Biada, oj biada temu
Kto niespełna rozumu
Z brodatym pójdzie w szranki
Przy opróżnianiu szklanki
-"Świata oczywistości spisane", autorstwa Vennera Vorsprenkera, uznanego wykładowcy na Uniwersytecie Humanistycznym w Gwynn.
W paszczy lwa
Kroniki Ethana i Dalina
Powóz skakał niemiłosiernie na wyżynających się z ziemi kamieniach. Ethan tak właściwie zdążył się do tego przyzwyczaić. Jego tyłek nie odczuwał już bólu, a raczej zdrętwienie, które miało odezwać się dopiero gdy wóz stanie, a on będzie mógł zeskoczyć z szorstkich, dębowych desek i postawić przeszytą na wpół tymczasowym paraliżem stopę na twardej, stabilnej skale. Póki co, trwał w spokoju i czujności. Imperialne trakty, szczególnie te przecinające najważniejsze ludzkie miasta, mogły cieszyć się z nienagannych warunków podróży. Podróże te Ethan nie raz i nie dwa odbywał na tyle spokojnie, wręcz sielankowo, bez oznak zagrożenia, że aż prosiło się, by przykryć głowę czapką i wyłożyć się jak długi na skrzynkach na tyle wozu. Szczególnie, gdy zamiast skrzynek ładunek wyściełany był grubym, miękkim suknem czy innym materiałem, będącym doskonałą imitacją łóżka.
Jednakże nie narzekał na obecny stan. Nauka języka krasnoludzkiego nareszcie przyniosła wyczekiwane profity. Udało mu się bowiem znaleźć robotę przy eskorcie jakichś skór, sukien właśnie i innych materiałów, które mogłyby stanowić niemały kąsek dla żądnych szybkiego zarobku rzezimieszków. Tych póki co nie było i nie zapowiadało się, by mieli nagle zaskoczyć podróżujących. Właśnie, podróżujących.
Dwójka krasnoludów, Hugo i Moert. Wygląd pierwszego wyjaśniał, dlaczego do transportu został najęty tylko jeden miecz. Z tego, co Ethan zdołał się dowiedzieć, był to ćwiczący w wolnym czasie topornik, który swoją pasję rozwinął do takiego stopnia, że w zarówno walce w zwarciu, jak i trafianiu toporami na dystans nie miał sobie równych. Był niski, łysawy na głowie, z długą, czarną brodą spiętą w jeden mocny warkocz. Drugi z krasnoludów miał włosy w tym samym odcieniu, z tą różnicą, że na czubku głowy wyrastała istna gęstwina mocnych, lecz krótkich włosów. Ilekroć wóz mijał pochodnię zatkniętą na ścianie, tylekroć jego włosy, starannie ułożone, odbijały refleksy światła prosto w stronę Ethana. Czoło wypchnięte do przodu, małe oczka. Jego postura była całkowicie inna od poprzednika - wątłe ciało, brak umięśnienia. Wybraniał się wysublimowaną gadką, kiedy to Hugo z reguły mu przytakiwał. Właściwie to mało co dało się ujrzeć siedząc na samiusieńkim tyle, mając przed oczami oddalającą się drogę i nogi, majtające w powietrzu co chwila. Wóz zapełniony był w całości, po brzegi.
Pięć srebrnych monet za dwa dni podróży nie było najlepszą ze wszystkich ofert, jakie otrzymał, ale wybierając nicnierobienie a nicnierobienie z odrobiną podskoków na kamieniach, miłym towarzystwem i darmowym posiłkiem, wybór zdawał się być prosty.
A podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Jedyną atrakcją był chwilowy postój w jakiejś lichej krasnoludzkiej wsi, jakich wiele. Po kwadransie Moert powrócił z jakimś zawiniątkiem, które następnie schował do swojej torby podróżnej. Nudy, przeklęte nudy. Nie wiedział nawet, jaka jest obecnie pora dnia. Jedynie obserwacja i notowanie w pamięci ilości mijających transportów wykazała, że tych jest coraz mniej. A więc i pora staje się późna.
Za pół godziny mieli dotrzeć do jakiegoś miasta. O nazwę wojownik chyba nie zapytał, bo zapamiętałby ją. Szlak, szeroki i wybrukowany kamieniami, zniszczonymi przez tysiące przejeżdżających zaprzęgów, zapełniony był gęstwiną innych wozów, konnych, czy pieszych. Jedni wychodzili z miasta, a drudzy dopiero co mieli do niego wstąpić. Zerowe zagrożenie. Jego zadanie dobiegło końca i mógł teraz tylko rozmyślać, co zamierza zrobić dalej.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-27, 16:18
Czas dłużył się i dłużył a człek nie mógł się doczekać końca podróży i tego co zobaczy w tej krasnoludzkiej krainie. Jego pierwsza zagraniczna podróż przebiegała spokojnie i bez przygód, potrzebował tego spokoju i zamyślenia by ogarnąć swoją nową drogę życia. Jeszcze nie dawno był w domu i wiódł takie sobie życie a teraz wyruszał w świat i już jakieś dziwactwa go napotykały. Starał się nie rozmyślać zbytnio o tamtym incydencie bo zwyczajnie nie miał wiedzy na temat magii czy różnych tajemnic tego świata. Wiedział również że wciąż prowadzi normalne życie i nagle nie stał się kimś innym. Po prostu dziwna cecha o której on wie, jego wuj umiał wyginać ciało w ciekawy sposób, jego ojciec miał nosa do zapachów nie wiadomo dlaczego a on ma jakieś odporności na sztuczki magiczne. Ethan odpoczywał przed końcem podróży i zastanawiał się co ma zamiar teraz zrobić. Może złapie jakąś pracę, może odbywa się coś ciekawego w mieście, może po prostu znajdzie transport do Imperium jak mu się nie spodoba. Na tą chwilę jeszcze nie miał planów, czekał na koniec zadania
Najemnik zagłębił się w myślach. Wspominał swoją tak niedawną, ale jakże inną przeszłość, zakończoną wydarzeniem, które zarówno odebrało mu dotychczasową opiekę bardziej doświadczonych w tym fachu ludzi, jak i, patrząc z pozytywnej strony, wykazało w nim interesującą, bardzo niecodzienną... zdolność? Odporność przeciwko czarom? Ethan nie mógł do końca wiedzieć, skąd ta właściwość. Czy była ona już ot tak, od zawsze, czy wyuczył się jej, nawet nie wiedząc o tym?
Siedział, podskakując od czasu do czasu na nierównej drodze. Nie odzywał się do dwójki krasnoludów, którzy, w przeciwieństwie do niego, zajęci byli jakąś mało istotną rozmową, z której człowiek wyłapywał może co trzecie zdanie. Wada większych pojazdów, denerwującego echa, do którego ten nie zdołał się jeszcze przyzwyczaić, czy w końcu hałasu wynikającego z samej podróży. Ale czy miał w ogóle zamiar z kimś rozmawiać, tracić czujność?
- No panie Ethan! - wykrzyknął nagle jeden z właścicieli, Hugo. - Za chwilkę dobijemy do miasta!
Słowa były oczywiste, zbędne nawet z tej racji, że już od dłuższego czasu widać było w oddali wzniosłe mury skalne ozdobione pochodniami, rozświetlające sztandary w barwach miasta, czy może rejonu.
Dziesięć minut później owe mury prezentowały się przed nimi w pełnej okazałości. Zaraz potem do uszu człeka dotarł stanowczy, ale wyprany z emocji głos.
- Dzień dobry, witamy w Gwynn. Proszę zjechać na pobocze, sprawdzimy zawartość wozu. Venyr, weź się pospiesz, do cholery!
Dalsza rozmowa między dwójką pracodawców a strażników przebiegła krótko. Ograniczyła się do wyciągniętego i ukazanego papieru przez Moertera, a następnie do błyskawicznego zajrzenia pod narzutę wozu. Ethan zmuszony był do zeskoczenia z powozu.
[...]Ethan: Test: Odporność na ból: k20(9) + 15 = 24 // ST = 20
Sukces
Jego nogi wybuchnęły przeszywającym paraliżem, o sile gromadzonej przez kilka godzin niewygodnej podróży. Człowiek wytrzymał ból bez większych problemów, a następnie wsiadł z powrotem, gdy tylko strażnicy skończyli przeszukiwać cały ładunek.
Pojechali dalej. Minęli jakieś domy, pierwsze kramy ze smakowitym jedzeniem, które przypomniały mu, że nic nie jadł od dobrych paru godzin. Wreszcie stanęli. Całkowicie. Przed jakąś szopą, stajnią, czy innym składowiskiem.
- Nareszcie! - niemal krzyknął Hugo, zsiadając z wozu. Zawtórował mu drugi z krasnoludów, rozprostowujący kończyny stojąc już na ziemi.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-28, 18:07
Uśmiech błyskawicznie pojawił się na twarzy Ethana, poczuł się od razu lepiej zsiadając z wozu i podziwiając nowe widoki. Zwrócił się do towarzyszy:
- No to dotarliśmy bezpiecznie do celu, będę jeszcze w czymś potrzebny czy możemy już zakończyć nasze interesy?
Jeśli tamci nic więcej nie chcieli to po prostu odebrał zapłatę i pożegnał się z krasnoludami. Następnie rozejrzał się po okolicy i ruszył w poszukiwaniu jakiejś karczmy, nie zamierzał jednak wtargnąć do pierwszej lepszej rudery jak jakieś biedne pijaki, nie miał ochoty na takie przygody teraz. Chciał po takiej podróży normalnie zjeść i wypić. Nie to żeby od razu stać go było na luksusy ale pewnie w takim mieście są różnego rodzaju karczmy. No chyba że u krasnoludów są same siedliska pijaństwa. Hehe czas sprawdzić te krasnoludzkie karczmy. Jeśli jakimś cudem trudno było znaleźć karczmę to zapytał jakiegoś krasnoluda o nią.
- Azaliż! - rzekł Moert, odwracając się w stronę najemnika. - Dzięki za wspólną przejażdżkę i kompanię. Głupcem byłbym jednak, gdybym ot tak kazał cię spławić kilkoma drobniakami. Jeśli pozwolisz, to zapraszamy cię do znajomej arendy, ja stawiam.
Wizja darmowego alkoholu czy jadła mogła robić piorunujące wrażenie na kimś, kto po prostu wykonał swoją robotę i powinien był go spławić, tak jak cała rzesza pozostałych pracodawców. Moert tak nie uczynił, co wydawało się co najmniej dziwne... A może tak nakazywała zwykła kultura krasnoludzka, do której człek nie zdołał się jeszcze przyzwyczaić? Tak czy inaczej, stanął teraz przed wyborem. Miasta nie znał, ale po ulicach krążyły dziesiątki osób, to i o wypytanie kierunków nie było trudno.
Nie wiedział, jak długo spał.
Gdy się obudził, oczekiwał rutynowych zapachów pysznych potraw przygotowywanych przez pewnego kowala, który zawsze wstawał przed nim. Chciał wtulić się mocniej w łóżko, ale te wydało tylko trzeszczący dźwięk, po czym wygięło się niebezpiecznie ku dołowi, pod masą krasnoluda.
Wstał. Niby wyspany, ale zmęczony. Jeszcze bardziej senny niż uprzednio. Mimo sklejonych oczu, udało mu się rozejrzeć po okolicy. Znajdował się w malutkim pokoiku, o meblach i łóżku godnych karlego goblina. Pamiętał to miejsce. Był już tu. To w tym miejscu, na tym niewygodnym posłaniu już raz spał. I przeklinał ten wybór. Był w gospodzie. Tej o cholernie ciasnych ścianach, o szorstkim karczmarzu i o podejrzanym towarzystwie. Gwynn.
Powrócił.
Jego dobytek spoczywał w kącie pomieszczenia. A z pomiędzy zwiniętych ubrań i plecaka wyłaniało się ostrze topora uciekające przed materiałem, który go okalał.
Topór.
Dotknął go. Paszcza lwa uchwycona w ryku. Cztery kamienie szlachetne w ostrzu.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-28, 21:29
- Grzech odmówić tak więc prowadźcie.
Radok uśmiechnął się na wieść o miłym geście krasnoluda i ruszył za nim. W sumie to w dobrym towarzystwie to każda karczma dobra więc teraz mniej go obchodziło gdzie się udadzą. A raczej krasnolud w ramach takiego gestu nie prowadził by go do jakiejś słabizny. Tak więc uradowany podążał za krasnoludami by ugasić głód i pragnienie.
Dalin obudził się. Oczy mu się kleiły, najwyraźniej nie wyspał się dobrze. Łóżko było nad wyraz nie wygodne, takiej nocy w Undus jeszcze nie miał. Ciekaw co dziś na trening przygotował Farfin przetarł "zaspane" oczy i rozejrzał się. A to co zobaczył zupełnie go zaskoczyło. Nie znajdował się już w krajnie bogów, znalazł się w ciasnym pokoiku arendy w Gwynn. Pamiętał doskonale ten nie wygodny przybytek. Poruszył się, a marne łóżko pod nim zareagowało jękiem. Zwątpił w to co się do tej pory wydarzyło. Aresztowanie, więzienie, cała ta katorga wydawała się jeno koszmarem. I to całe ocalenie! Undus rozmowa z bogiem! Phi! Jak to się pięknie układało do koncepcji snu. Snu szaleńca! Ale czy umysł jest wstanie wygenerować to wszystko. To przecież było takie realne. Z pamięci krasnoluda wynurzyło się wiele twarzy: towarzyszy współwięźniów: Var, Ghathnar i tego o tym chujowym imieniu jak mu było... Ygdgrim, przeklęta świńska morda Arrala jak i przyjaciół z Undus: mistrza Farfina, elfki Naether, "podrywacza" Keffa , zadziornego Zulfa, poczciwego Vorrina oraz pijaka Berma. To nie możliwe był leżał tu pijany jak bela i śnił o innym świecie. Wstał, a łóżko jęknęło przeciągle. Rozejrzał się podejrzliwie. W końcu jego wzrok spoczął na bogato zdobionej rękojeści topora. A więc to wszystko naprawdę się wydarzyło...
Powrócił! Powrócił by wypełnić swe przeznaczenie! Powrócił by wywrzeć zemstę na Jarpalu! Powrócił by spełnić obietnicę daną bogu! Powrócił... do punktu wyjścia! Chociaż wiedział gdzie jest, nie wiedział kiedy. Uczona elfka go ostrzegała, że takie podróże bywają zdradliwe. Może być ciągle poszukiwany musi uważać. Należy postępować ostrożnie...
Na razie jednak skupił się na danym mu orężu. Zaiste tak wspaniały to dar, który kryje w sobie niezliczone tajemnice. Moc, której nawet sami twórcy do końca nie pojmowali. Pierwszym krokiem do poznania sekretów broni ma być osiągnięcie jedności z ostrzem. Tak mówił Farfin, a krasnolud mu bezgranicznie ufał. Mistrz jeszcze nigdy się nie pomylił. Wojownik chwycił broń i pogładził ją ręką, a wyglądało to tak jakby głaskał lwa zaklętego w ostrzu. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami, a oręż położył na kolanach. Zamknął oczy.
O to Brzytwa Żywiołów!
Skupił swe myśli na czterech podstawowych żywiołach.
Przypomniał sobie żar i skwar panujący w kuźni koloni karnej. Rozgrzane wibrujące żelazo przyłożone do twarzy i piersi. O to ogień!
Przypomniał sobie bezkresną lodowatą toń ogromnego podmorskiego jeziora, gdzieś w sercu góry. O to woda!
Przypomniał sobie przeszywającą chłodem śnieżną zawieruchę w rodzinnym Bergu. Musiał przestać całą noc na warcie. O to powietrze!
Przypomniał sobie nie z mierzalną krasnoludzkim wzrokiem jaskinie w której znajdowała się krajna bogów. O to ziemia!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- Perfekcyjnie! Hugo, idźcie już do naszego dobrego znajomego, ja jeszcze załatwię sprawę wagonu. Zamówcie mi jakiś lepszy trunek, nie piwo, oj nie! Dzisiaj mamy co świętować! - odrzekł, wskazując wyłaniającego się drobnego chłoptasia z budynku będącego stajnią, szopą czy czymś innym.
Ethan był już wtedy poza zasięgiem słuchu. Wraz z drugim z właścicieli wozu udali się przed siebie. On również był uśmiechnięty, czy to z powodu tego, że podróż zakończyła się i zaczął się przyjemniejszy etap dnia, a może właśnie dlatego, że "jest co świętować", cokolwiek by to miało nie znaczyć. Tak czy inaczej, najemnik na tym skorzysta. A że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda...
Dalinowi długo zajęło pojmanie tego, co wydarzyło się przed chwilą... Jak i to, co działo się tygodnie temu. Zabawa w piromancję, wymuszona podróż na pewną śmierć, na północ, czy wędrowanie po innych planach materialnych. To wszystko było za dużo jak na umysł jednego krasnoluda.
Usiadł wraz z bronią. Jeśli to, co było mu powiedziane, jest prawdą, to zamierzał to właśnie sprawdzić. Skupił się, myśląc o poszczególnych żywiołach. Nie nauczono go, jak powinien zespolić się z toporem w jedność, tak więc próbował na swój własny, spontaniczny sposób. Zupełnie jak niespotykana, wymyślona przez siebie modlitwa na cześć boga, tak też i medytacja z trzymanym orężem.
Nie poczuł jednak niczego. Nagły wybuch światła nie wystrzelił z obucha, lwy nie wydały przerażającego ryku, a Brzytwa nie uniosła się samoistnie do góry i nie przemówiła, mieniąc się czterema kolorami. Nic.
Przeszli kawałek, pięć minut drogi. Mijali różnorakie budynki, w większości mieszkalne. Dzielnica, w której się znaleźli, nie była najokazalsza, ale też nie mogła być nazwana kolokwialnie "dziurą". Po prostu zwykły, niewyróżniający się plac, całkiem spory swoją drogą. A dokładnie naprzeciwko, ledwo zauważalna, stała karczma, czy raczej drzwi do niej. Podatki za dostęp do wspomnianego placu musiały być olbrzymie, gdyż drzwi do oberży były niemal takiej samej szerokości, jak cała ściana. Po bokach plasowały się inne budynki czy domostwa, o normalnej szerokości. Nad wejściem wisiał szyld przedstawiający jakiegoś prosiaka ze słabo wyrytym jabłkiem w gębie, zupełnie jakby osoba, która tworzyła ten znak, nie miała zielonego pojęcia, czym wspomniany owoc może się różnić od pomidora. Całość ozdabiał też charakterystyczny kufel piwa, rozwiewający ewentualne wątpliwości.
- Żechście, cholera, zaszalali! Jak mie teraz... Stara zobaczy...
I trójka podpitych krasnoludów, gdzie dwójka trzymała tego pośrodku by ten, w pijanym amoku, nie wywrócił się na twardy grunt. Obraz tych osobistości wychodzących z karczmy był wielce groteskowy z tej racji, że nie dało się dostrzec, który z tych trzech zdawał się być najbardziej trzeźwym.
Brak reakcji ze strony broni wcale nie zniechęcił wojownika. Nie wiedział jak ten proces powinien się odbywać i najprawdopodobniej nikt nie byłby wstanie tego wyjaśnić, musiał dość do tego sam. Opróżnił głowę z niepotrzebnych myśli, a gdy już miał czysty umysł wyobraził sobie topór jak tylko najlepiej potrafił. Oczami wyobraźni widział ikonę złotego lwa i kamienie szlachetne. Jak tylko obraz był w pełni gotowy wstał i otworzył oczy, a następnie wykonał wyuczone podczas treningu ruchy. [...]Aby nie było wątpliwości wydaje dwa punkty karmy na synchronizację.
Po zakończeniu ćwiczenia i medytacji, poszukał jakieś szmaty w którą owinie topór. Robił to precyzyjnie i powoli, tak aby żaden z elementów broni nie był widoczny pod materiałem. Następnie zaczął się ubierać, najpierw założył ciemnobrązowy strój, a na to naciągnął skórzaną zbroję staranie zapinając każdy trok. Potem podszedł do plecaka i sprawdził czy jego zawartość się zgadza. Wyciągnął metalową miskę i wypolerował rękawem, aby móc się w niej przejrzeć. Korzystając z prowizorycznego lustra zaplótł na brodzie trzy warkocze dwa mniejsze bo bokach i jeden duży centralny. Następnie przeszukał pokój, to co wydało się przydatne spakował, a na końcu przypiął topór to troków plecaka i założył go na plecy. Ruszył powoli w stronę drzwi, starając sobie przypomnieć dokładną datę jego ostatniej wizyty w tej arendzie. Ruszył schodami na górę i rozejrzał się.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-29, 12:55
Spojrzał na pijaków, na karczmę i szedł dalej za towarzyszem do karczmy. Może nie wyglądała zbyt okazale i klientela jak widać ciekawa to nie narzekał i po prostu brał od życia to co mu daje. Ciekawił go los tych pijaczków, sam w takiej sytuacji kończył różnorako. Od spania w jakimś zaułku przez nocne wkradanie się do domu skończywszy na uciekaniu przed strażą miejską. Uświadomił sobie że dawno już nie miał karczemnych przygód, ostatnio zajęty był albo pracą albo przemyśleniami. Obecnie był po pracy a dobry napitek pomaga przemyśleniom. No i chyba szykowało się jakieś świętowanie, pewnie w takim mieście niezły ładunek sprzedawali.
Szmata na topór znalazła się bardzo szybko. Wszak zastał ją już gdy pierwszy raz ujrzał broń, zawiniętą właśnie w ten materiał. Krasnolud skupił swoje myśli, oddalił inne, rozpraszające sprawy i z pustym, klarownym umysłem począł wykonywać doskonale mu znane ruchy, wyprowadzając ostrze powoli przed siebie, by potem szybko zrobić kilka cięć powietrza. Ciężko było wykonać poprawny manewr, będąc w malutkiej kletce. Następnie schował broń i ubrał się. Sprawdził plecak, w którym znajdowało się wszystko, co zabrał ze sobą, łącznie z tajemniczym trunkiem przeznaczonym dla pewnego elfa. Gdyby tylko istniała szansa, że spotkają się raz jeszcze...
[...]Dalin: Test: Zręczność: k20(15) + 11 + 3 (lustro) = 29 // ST = 16
Sukces
Warkocze wyszły nienagannie, a nawet lepiej niż zazwyczaj, gdy rutyną było związywanie brody, by nie przeszkadzała przy pracy w kopalni. Zadowolony rudzielec wyszedł przez drzwi, zabierając ze sobą kluczyk tkwiący w dziurce. W pokoju nie zostawił niczego, prócz paru miedzianych włosów z brody. Ostatnio w tym przybytku gościł... dwa tygodnie temu? Na pewno był to wieczór. A po otwarciu drzwi dotarły do niego jednoznaczne, karczemne odgłosy. Tak przyjemne dla uszu, tak prowokujące dla gardła. Znowu był wieczór. Wcześniejszy czy późniejszy, ale wieczór.
- Nie radzę przychodzić tutaj, nie znając od poszewki gospodarza - ciszę przerwał Hugo, naciskając klamkę od drzwi. - Trzeba mieć te, no... - złapał się za brodę, próbując przypomnieć sobie słowo - konkeksje! W sensie, że znajomości! Inaczej da ci taniego piwa, co smakuje jak elfie szczyny!
A człowiek wprost nie mógł się już doczekać. Karczemna przygoda, szczególnie ta wliczająca latające kufle i łamane krzesła na głowach tych, którzy mają ją na tyle mocną, by jeszcze po solidnym piciu być w stanie wszczynać bójki, mogła być interesującą odmianą od nudnej, bezkrwawej podróży. Najpierw jednak warto się było napić, póki dają. Krasnolud otworzył szeroko drzwi. Do nozdrzy Ethana dotarły znajome, ale też bardzo intensywne zapachy. Piwo, przypalone jadło i pot spracowanego proletariatu.
Austeria była niesamowicie skurczonym przybytkiem.
To prawda, tak jak od placu wystawały tylko drzwi, bez miejsca na jakikolwiek mur, tak w środku były znacznie szerzej oddalone od siebie ściany. O całe dwa metry. Może. Każda ze ścian przyozdobiona była rzędami stolików uplasowanych przy niej. Po dwa stoliki, tworząc łącznie liczbę czterech. Plus jakieś przystawione zydle przy samym kontuarze, na których nikt jednak nie siedział. Siedzieli za przy trzech stolikach: dwóm najbliższym wyjścia i jednym dalszym, po prawej stronie. Ostatni, lewy, był wolny. Na cztery miejsca. Gości było raptem paru - jak widać, pora musiała być już późna, bo dwójka krasnoludów leżała spita na pierwszym stole po lewej, a po prawej trójka mężczyzn już dogorywała w alkoholowym marazmie. Ostatni zajęty był przez dwójkę ludzi, którzy byli najbardziej trzeźwi, ale też nie na tyle, by nie dało się poznać ich stanu stojąc we framudze drzwi.
A przy ladzie stał gospodarz. Jego koszula bez rękawów odsłaniała tatuaże na każdym z ramion, a kolczyk w uchu dopełniał tylko całości. Zajęty był przecieraniem blatu, ale w pewnym momencie przerwał. Nie ze względu na nowych gości. Odwrócił swoją głowę w stronę osoby, która przed chwilą weszła po schodach będących na samiusieńkim końcu, za ostatnim stolikiem ludzi. Schody prowadzące w dół, prawdopodobnie do jakiejś piwniczki. Był to rudy krasnolud z przystrzyżoną głową, za to z długą, rudą brodą splecioną w warkocze. Na plecach miał spory dobytek, wliczając w to plecak i jakiś długi, zasłonięty materiałem przedmiot.
- No kogo ja tu widzę! - wykrzyknął karczmarz, widząc Dalina wchodzącego po niesamowicie ciasnych schodach na górę. - Już myślałem, że się schlałeś na śmierć tą wódą!
Jego głos nie był wesoły, a raczej prześmiewczy, na pokaz. Mówił tak, jakby właśnie coś przeżuwał.
- Jakbyś kurwa nie mieszał dobrej gorzały z jakimś toksycznym gównem to by nie zaszkodziło!
Zripostował rudzielec i przecisnął się do lady. Dalin uważnie zlustrował karczmarza zimnym spojrzeniem. Nie darzył go zbytnim zaufaniem, pamiętał kto naprowadził strażników na jego trop. Oparł rękę o kontuar i odrzekł szorstko:
- Zamiast pieprzyć od rzeczy, lepiej opowiedz co słychać w mieście. Kurwa czuję, że straciłem parę dni! - Westchnął przeciągle. - Właściwie to jaki mamy dziś dzień?
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-29, 21:04
- No to dobrze że mam takie świetne towarzystwo ze znajomościami, to mi się trafiło!
Uśmiechnął się, wskazał na wolne miejsca i spytał:
- Siadamy tam?
Człek rozejrzał się po tej ciasnej karczmie a następnie podążał za towarzyszem. Wreszcie będzie mógł odpocząć, najeść się i napić się. Może jakieś inne atrakcje też będą.
- Z gównem? - krzyknął karczmarz o pół tonu głośniej niż Dalin. - Chyba nie sądzisz, że serwuję tu trunek gorszej jakości! Sam żeś widział, jak ci podawałem nowiuteńką, dziewiczą butelczynę! A z tego co widzę, to chyba spełniła swoje zadanie!
Głos właściciela karczmy słyszany był z daleka. Nawet w drzwiach można było usłyszeć rozmowę zarówno jego, jak i rudego krasnoluda.
- Usiądźmy - odparł Hugo. Po chwili jednak dodał. - Usiądź, ja zamówię jadło. Masz jakieś szczególne wymagania?
Grupka skulonych, ledwo trzymających się na siedzeniach krasnoludów zauważyła konflikt między karczmarzem a klientem, jednak brakowało u nich siły, by jakimiś gestami podsycić konflikt, chociażby werbalnie. A Ethan doskonale wiedział, że właśnie w taki sposób przemienia się pijatykę w bijatykę.
Co innego z ludźmi - ci bacznie obserwowali wydarzenie, które działo się tuż przy nich. Nie reagowali jednak, jeno wpatrywali się bez mruknięcia.
- Co się dzieje w mieście? - powtórzył pytanie karczmarz. - Przychodzi do mnie gość z tak słabą głową, że zajęło mu to niemal dobę, by dojść po siebie po wysączeniu butelki gorzałki i pyta się, co słychać w mieście!
Oparł pewnie ręce na kontuarze, spluwając w kąt czymś, co do tej pory mełł w ustach.
- Dobra, słuchaj. Dzisiaj jest piąty dzień tygodnia czy tam szósty od dobrych paru godzin. Ale co słychać w mieście... Nie no, ludzie - rozejrzał się po towarzystwie - czy wy go słysz...
Przerwał, gdy dopiero teraz jego oczy ujrzały dwójkę nowych bywalców.
- Hugo! - wykrzyknął, rozdziawiając gębę w uśmiechu.
Wołany krasnolud rozchylił ręce na boki, niemal zahaczając o stolik ludzi.
- No wreszcie żeś zauważył, że masz klientów, stary draniu!
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-30, 12:17
Rudzielec wydawał się denerwujący, z tego co słyszał był to też jakiś alkoholik. Kto normalny jest taki nieogarnięty? Ciekawe czy za chwilę nie zacznie opowiadać o spotkaniu z bogiem alkoholu. Bo sądząc po nim to latał już w chmurkach na pewno. No ale co tam jakiś krasnal, wreszcie mieli zamawiać. Oglądał serdeczne powitanie obu krasnoludów a następnie sam rzekł do karczmarza:
- Witam, jestem Ethan. Wszystkie karczmy u krasnoludów są takie ciasne? haha
Spojrzał na towarzysza i rzekł:
- Stawiasz więc mi obojętnie, coś polecasz?
W międzyczasie obserwował rudzielca, nie wyglądał na prostego pijaka. Plecak i prawdopodobnie broń, może ten sam fach co on?
Dalin był zaskoczony, czy to możliwe, że minęła zaledwie doba o od jego przybycia do tej karczmy. W mieście już powinno być głośno od jego wyczynów, nie możliwe by karczmarz nie u słyszał o podpaleniu alchemika. Mogło by się zdawać, że nic takiego nie miało miejsca. Czy naprawdę miał aż takie urojenia? Jednak miał Brzytwę Żywiołów, która była dowodem, że to wszystko się zdarzyło. Prosty umysł krasnoluda nie potrafił objąć złożoność implikacji podróży w czasie i między wymiarami. To przerastało wojownika, jednak nie zamierzał dać się obrażać jakiemuś zadufanemu w sobie chujkowi, w końcu został pobłogosławiony przez samego Brimmigara boga hulanki.
- Kuźwa ty naprawdę serwujesz gówno zamiast porządnej gorzałki! Naprawdę sądzisz to kurwy nędzy, że jedna butelczyna powaliła by rosłego chłopa! Pierdolisz tyle Ci powiesz, a swoją klientelę trujesz! Jeśli jakiś pewny swych wyrobów, a mojej słabej głowy to proponuje mały zakład. Urządźmy zawody w piciu! Jeśli wygrasz w co wątpię przepracuje u Ciebie za darmo pięć dni. Jeśli jednak to ty okażesz się miękki w uszach zapłacisz mi tak jak by pracował przez pięć dni. To co podejmujesz wyzwanie czy tchórzysz?! [...] Prowokacja
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Hugo usłyszał odpowiedź człowieka, ale nie zareagował na nią. Zajęty był dwoma zwaśnionymi stronami - karczmarzem i jakimś rudym gościem, wykłócającym się o podany mu trunek.
- Nikt w progach mojej gospody nie będzie mi mówił, że truję moich gości! Jakoś dziwne, że musiałeś osuszyć całą butelkę, nim zdecydowałeś się na złożenie reklamacji! Tfu!
Przekrzywił głowę i splunął czymś ciemnozielonym na podłogę.
Jeszcze mnie do końca nie pojebało, by w własnej karczmie chlać na umór z jakimś rudym wypierdkiem! Zakładać to się możesz z tymi, o - wskazał otwartą ręką resztę bywalców - ale na mnie, kurważ, nie licz! Tym bardziej, że ktoś będzie musiał powynosić te schlane cielska, wliczając w to ciebie. A teraz pozwól, że zajmę się moimi gośćmi.
Odwrócił się ku dwójce. Dalin automatycznie spojrzał na nich. Przy kontuarze stał niski krasnolud, łysy, ale o mocnej, czarnej brodzie i podwiniętych rękawach, odsłaniających umięśnione przedramiona. Człowiek był równie dobrze umięśniony, o włosach i bródce tego samego koloru. Jego twarz była blada, a miecz przy boku podkreślał, że jego właściciel nie był pierwszym lepszym ludzkim chłopcem do bicia.
- A witaj, panie Ethan. Co cię tu sprowadza, Hugo? I gdzie zgubiłeś naszego inteligenta?
- W interesach jesteśmy, przed chwilą przyjechaliśmy. Daj no nam jadła na trzy osoby i picia na sześć, tylko nie żałuj nam dobrego trunku, bo dzisiaj mamy wielki dzień!
- Wielki dzień, powiadasz? - zapytał retorycznie karczmarz. - A cóż to znaczy?
Hugo uśmiechnął się, splatając palce u rąk.
- Tego się dowiesz jak już Moe przyjdzie, wszak to jego święto!
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-30, 16:20
Usiadł na wolnym miejscu i czekał na jedzenie, w międzyczasie obserwował rudzielca nie tylko z ciekawości ale też by nie zaskoczył go jakimś dziwnym ruchem. Takiego dziwaka to trudno przewidzieć a on nie miał teraz ochoty użerać się z nim. Spojrzał na Hugo i rzekł wskazując na rudego:
- Dziwak jakiś co nie? Szybki do awanturowania się, przydało by mu się trochę kultury. Tak poza tym to kiedy nasz towarzysz do nas dołączy?
- Kurwa słyszeliście go własnej gorzały to pić nie chce! Ha boji się, że sam się zatruje tym gównem! - Odrzekł, a raczej wykrzykną na całą salę. Poczym rzekł ciszej do karczmarza. - Cielska powiadasz! W sumie przydało by się parę fenigów? Za odpowiednią opłatą mogę Ci pomóc. Pomyśl obaj na tym zyskamy ja zarobię, a ty spokojnie zajmiesz się szynkwasem. - Wyszczerzył zęby uśmiechając się. - A ty człowieku... - Rudzielec błyskawicznie odwrócił się do człowieka zwanego Ethanem. - ...lepiej zważaj na słowa nie jesteś u siebie!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- Lada chwila, jak sądzę. Nie powinno mu długo zlecieć na odprowadzaniu tego wozu.
Ethan postanowił siedzieć z boku, nie włączając się do konfliktu. Jego komentarz, skierowany tylko do Huga, został też jednak odebrany przez rudego, awanturniczego krasnoluda. A ten zdawał się coraz bardziej czerwienić na twarzy ze złości.
- Nie potrzebuję pomocy - odparł szynkarz. - Sam widzisz, że ten lokal do olbrzymich nie należy. A teraz, pozwolisz, że obsłużę tych, którzy chcą coś u mnie zamówić.
Odrzekł, a następnie odwrócił się plecami do Dalina. Jego ręce zawirowały szybko łapiąc trzy kufle, przystawiając je do antała z piwem, a następnie kładąc dłoń na wajsze. Nie nacisnął jednak. Podrapał się w głowę, po czym wraz z trzema szklanicami udał się na zaplecze.
- Nie jest, to prawda - odpowiedział Hugo na zarzuty berserkera - ale przynajmniej potrafi się zachować, nie wszczyna awantur i uczciwie zarabia na chleb. Tak więc odwal się od niego, bo to jest mój gość, więc jeśli masz coś do niego, to możesz to równie dobrze powiedzieć mi!
Podszedł i pogroził piąchą. Nie żeby dosłownie chciał go uderzyć, bo dzieliło ich nieco ponad metr, ale, jak było widać, już i jemu zbrzydło zachowanie rudzielca.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-30, 22:18
Ethan dalej był w dobrym nastroju, słowa rudzielca skontrował uśmiechem pogardy. Niedługo zje i napije się porządnie, ma fajne towarzystwo. Teraz tylko pozostawało czekać... nie lubił czekać. Awanturnik w sumie zabijał czas i sprawiał że coś się działo.
Postanowił przynajmniej się dowiedzieć czegoś o mieście w międzyczasie. Gdy karczmarz wrócił spytał się:
- Rudzielec pytał się co słychać w mieście i wtedy nasze przybycie wam przerwało. Coś ciekawego tutaj się dzieje? Może jakieś atrakcje są planowane? Zastanawiam się czy warto tutaj zostać.
- Niech tylko kurwa nie obraża innych to zostawię go w spokoju. Patrzcie no kurwa ledwo przyjechał, a już się mądrzy!
Warknął rudzielec, jego wybuchowa natura sprawiała, że co raz bardziej się nakręcał. Chwilowo jednak bijatyka była ostatnim co mu do szczęścia brakowało. Niestety w jego przypadku wystarczył tylko mały impuls. Starając się w myślach uspokoić, słuchał co tamta gromadka ma do powiedzenia, a nóż coś ciekawego.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- Chyba to tyś zaczął drzeć mordę - zripostował Hugo, ale nie ciągnął dalej tematu. Nie chciał, podobnie jak Dalin, wszczynać bójki. Był zbyt zmęczony podróżą. W normalnych warunkach Ethan mógłby być wręcz pewny, że ten nie omieszkałby się rzucić na rudego krasnoluda.
A potem nastał niesamowity spokój. Wszyscy, bez wyjątku, zamilkli. Trwało to zaledwie kilkanaście sekund, jednak była to nad wyraz wymowna scena. Dopiero po chwili rozległ się szczęk naczyń. Pełne już kufle podskakiwały na drewnianej desce trzymanej przed właścicielem arendy. Tańczył tak zawzięcie, jakby miały się za chwilę przewrócić i rozbić na podłodze.
- Co to za cisza? - zapytał karczmarz, stawiając tacę na kontuarze. - Jak udało się wam uciszyć tego...
Drzwi otworzyły się z hukiem. Nim ktokolwiek zdołał zareagować, do środka wparował drugi z przewoźników. Zrobił kilka kroków do przodu, oparł pięści na biodrach i wypiął dumnie pierś.
- No nareszcie żeś przyszedł, stary drabie! - szynkarz uśmiechnął się na widok Moerta. Był to kolejny osobnik z kruczoczarnymi włosami. Jego czoło było pofałdowane, niczym u wykształconego mędrca. Jego ubrania były typowo podróżne, ale nie dało się nie zauważyć paru szykownych zdobień, które doskonale komponowały się ze strojem.
- Oczywiście wszystko na mojej głowie, a jak! Nalej nam no... - rzucił okiem na przygotowany już trunek. - Nosz cholera, czemu jeszcze nie pijecie? Góra, daj no nam jakiegoś jadła - byle wyrafinowanego, by było godne dzisiejszego wieczora!
Podszedł do kontuaru, łapiąc za jeden z kufli. Przytulił go do piersi, kontynuując mowę.
- Otóż dnia wczorajszego - mówił głośno, wyraźnie, by każdy, nawet najbardziej spity w trupa usłyszał jego słowa - w godzinach wczesnoporannych, moja cudowna żona porodziła mi syna! Błogosławiony niech będzie ten dzień! Nie mogłem wypić zdrowia przy niej, wypiję tutaj! - wzniósł kufel do góry. - Zdrowie małego Vannloppera!
Krasnolud nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Poczuł, że wręcz nie wypada zakłócać szczęścia świeżo co upieczonego ojca bijatyką. Całe napięcie jakby z niego zleciało. Potrafił uszanować doniosłość chwili. Postanowił, że bitka na pewno nie wybuchnie z jego winy. Rzucił, krótkie acz szczere:
- Winszuje!
Po czym znalazł sobie jakieś miejsce do siedzenia, aby mieć grupę w zasięgu słuchu. Jednak słowa krasnoluda sprawiły, że przypomniał sobie o Brandzie. Rudzielec wyraźnie spochmurniał. Czy gdyby nie ten potworny wypadek nie był by dziś szczęśliwym ojcem? Złotka na pewno by chciała mieć gromadę pociech. Pamiętał jak mówiła, że chce czworo chłopców i tyle samo dziewczynek. Tak omal się wtedy nie zachłysnął piwem jak to usłyszał. Jak się w tedy z niego śmiała. Miała uroczy uśmiech. Życie mogło się potoczyć wieloma ścieżkami, ale wybrało tą najbardziej chujową... Stracił wszystko żonę, szwagra, dobre imię, wyparł się raju... Wiedział, że są jednak sprawy ważniejsze niż własne szczęście.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2013-08-31, 00:30
- Na zdrowie
Rzekł Ethan gdy udał się po swój kufel i się napił. Ciekawiło go jakie piwo tu serwują. Został przy karczmarzu i spytał o to co chciał. Z szacunkiem do nowego ojca nie interesował się takimi rzeczami. Jeszcze daleko mu do ojcostwa...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum