Opowieść ta nie zaczęła się w tym miejscu, lecz tam gdzie mówi się o Matce Bestii. Nieodległa przeszłość rzutowała na teraźniejszości śmiałków, którzy ledwo co zaleczyli rany po ostatnich zmaganiach, chociaż nie każda z blizn okazała się być piękną pamiątką na przyszłość.
Pełgająca świeca oświetliła uśmiech starca, który poprawił kapelusz na swej siwej głowie i zdradziła wyraz zaniepokojenia na twarzy siedzącego naprzeciw niego młodzieńca. Opowieść o „Liniach Krwi” zrobiła wrażenie na młodzieniaszku, ale nie takie jakiego się chyba spodziewał. W końcu korzystając z dłuższej przerwy w opowieści zwrócił się do starca
- Dziadku! Myślałem, że opowiesz mi o czymś ważniejszym, co zdarzyło się podczas tej wojny, a nie jakieś bałamutne opowieści o gwałcicielach i zbójcach. Nie są to nawet bohaterowie. Na cóż mi ta wiedza? – Wyraził młody człowiek swe oburzenie, a starzec aż prychnął z rozbawienia.
- Wojna to nie tylko rycerskie pojedynki, a w tych wydarzeniach wojna była tylko tłem prawdziwego spisku. Nie mniej rozumiem, że cierpienia młodej Rózgi nie muszą ci się podobać. Tak jednak było i to, że pominę ten fragment opowieści, nie oznacza, że on nie istnieje. To historia. Historia trwa nawet, gdy wszyscy o niej milczą. Niech jednak będzie. Opowiem ci dłuższy wątek tej wojny, zwany „Wojną Nieludzi”.
- Czy to kolejna opowieść o krasnoludzie Olvo Mętne Sadło? – Dopytał wnuk.
- Nie, ale bohaterowie tej opowieści spotkali tego krasnoluda, chociaż w okolicznościach, które nie należały do najprzyjemniejszych. No i w zasadzie zgadłeś, że jest to opowieść o naszych sojusznikach krasnoludach z Dunkielheit. Było to tak, że pewnego letniego dnia zeszli oni z gór w okolicach miasta Virn w Westwaldzie, a ścieżka zwana Rugbą niosła ich prosto do tej górniczej okolicy. Nim jednak tam dotarli wiele rzeczy się zadziało…
Jednym z ważniejszych przystanków na szlaku zwanym Rugbą, który biegnie od południa, po północ Tåkefjell, jest warownia Flotthus, leżąca na zboczu góry o tej samej nazwie. Stara warownia, jeszcze z czasów klanu Kripphus nie jest okazała, ale do tej pory spełniała swoje zadanie – broniła wspólnoty. Ostatni raz swój walor obronny pokazała, gdy w 45 roku erilara Krwawojatka dvergowie raźnie ruszyli do Srogotów na naradę do Grommila, a w wiosce zostały niemal same pacholęta i kobiety. Znienacka nadciągnęły gobliny i złupiły wioskę, lecz w porę pozostali mieszkańcy schronili się w warowni. Rzemieślnik Ksawery chroniąc mieszkańców wydał swoje zwierzęta jako jadło, a sam ruszył po pomoc, lecz nie mogąc przedostać się Rugbą do Srogotów, wybrał się na północ i tam najął Ogrobijów, którzy rychło przybyli i w blaskach wybuchających bomb przerwali oblężenie, a kobiety z dziećmi uzbrojone w kile i narzędzia przebiły się przez zielonoskórych. Najeźdźców wybito, a majątki zachowano, prócz nielicznych strat. Było to dziewięć lat temu, a od tego czasu spokój. W samym Flotthus prócz warowni postawiono 29 domostw, a w dalszej okolicy było ich jeszcze 25, przez co wspólnota liczyła blisko 400 głów. Okolica typowo pasterska, z dość licznymi owcami i kozami, z mniejszą liczbą kur, a ostatnio była tutaj nawet świnia, lecz Helgir Hevelssonn ją zjadł po urodzeniu się mu córki Trishy.
Na zachód od Flotthus na zboczu górskim w dość niedalekim sąsiedztwie stały dwie chaty, które należały do synów Grunala. Starszą, ulokowaną bliżej Flotthus zamieszkiwał Theobald wraz z żoną Idalia, córką Ishildą oraz gasnącą w oczach prawie dwuwiekową seniorką, swą matką Fridą Brondsdotter, a dalszą samotnie zamieszkiwał Brond - również syn Fridy i brat Theobalda, przy czym temu krasnoludowie dość rzadko zdarzało się przebywać w tych stronach. Grunalssonnowie mieszkali tu od lat, już od czasów Rigreva „Kamieniomiota”, a za czasów Jermir Rigrevssonn wybudowali stojącą starszą chatę, po tym jak wcześniejsza, stojąca w miejscu aktualnej nowszej chaty spłonęła. Po drugiej stronie góry, która swoją drogą zwana była Flotką, stał zakład Ksawerego Brauera, który korzystał z mocnego cieku wodnego spływającego z Flotki. W przeciwieństwie do domostw Grunalssonnów, Ksawery miał dość okazałą siedzibę, chociaż gros jej wielkości przeznaczone było na prace rzemieślnicze. Jeszcze w okolicy były domostwa w których mieszkała między innymi wdowa Ettera Jontorsdotter, której usługi karmicielki zostały wykupione przez Grommila, aby karmić Bestię Bronda. Z Etterą mieszkały również jej dzieci, a mocniejszy rzut kamieniem od jej domostwa mieszkała jej siostra Derrinda Jontorsdotter, która była uważana za kurewkę i nie miała dzieci, tylko bękarty. Trzecią chatkę w tamtych stronach zajmował Ulf „Pomagier” Jontorssonn, brat Ettery i Derrindy, który większość czasu i tak mieszkał u Ksawerego, gdyż jego żona Tondra Hevelssonn, po tym jak przeszła jej młodzieńcza miłość stała się dla Ulfa istnym wrzodem, wypominającym mu, że wżeniła się w najgorszy sort Flotthus.
Większość innych domostw znajdowała się na południe Flotthus, wzdłuż. Ale cóż to były za domostwa - Ściany układane z ciosanych kamieni ledwo wystawały ponad poziom gruntu, aby było gdzie uczynić drewniane drzwi i okna wypełnione masą z cienkiego koziego rogu. Wyglądały one mierząc ludzką miarą jak jedno lub dwuizbowe piwnice z dachami. Przy nich zaś wydeptane setkami bosych stóp ulice w kamieniu, które wszystkie schodziły się do warownego domu Flotthus, który mieścił się wewnątrz góry. Wysokie na dwa krasnoludy podwójne okute wrota w ściętym i wymurowanym górskim zboczu, wysokim na 30 krasnoludów, z licznymi stanowiskami dla kuszników. Flotthus nie schodził w dół, lecz piął się w górę, a na szczycie zaś miał wyjście na górski szczyt, na którym wybudowano wieżę obserwacyjną, z której chyba nikt nie wyglądał od czasu przejęcia władzy przez Krwawojatka. Ta wystająca ponad dwieście metrów nad wejściem do Flotthus wieża górowała nad całą okolicą i czasami widać było nawet wylatujący z niej dym, który pochodził z dymarki znajdującej się w Kowalskich Salach. Dziś wiał wiatr, więc rozwiewałby dym, ale dymu nie było, bo urobek do Flotthus trafiał rzadko, a ostatnio w zasadzie wcale. Takie były czasy. Dymy leciały jednak z kominów domostw znajdujących się przed ściętym zboczem, chociaż były to raczej dymy pochodzące z kuchni, niż pieców. W jednym z domów przed samym warownym domem mieszkał Tordrek „Łamacz Kości” Hoggssonn wraz ze swą żoną Zaną Goltorsdotter, chociaż bywał tak rzadko, że ta sama zajmowała się ich dziećmi, a poza tym z uwagi na rozsądek i zamiłowanie do plotek, które nie idą zwykle w parze, była okoliczną swatką. Domostwo Tordreka dzieliło ścianę z domostwem Beatrycze „Ptaszyny”, w którym to piastunka mieszkała ze swoimi synami. Teraz dom ten jednak stał pusty, gdyż nie dość, że jej mąż Karev nie żył, to ona sama zmarła, podobnie jak jej syn Egar „Wyżarty”, a Emer „Wzgardziciel” ruszył w świat ze swym wujem Tordrekiem.
Ten dzień miał za patrona Pasterza i był 15 dniem lata 54 roku erilara Krwawojatka lub jak kto woli 1976 roku ery upadku Svirtbēṯ, a nad Flotthus już z wolna zachodziło słońce, gdy skąpani w czerni żałobnicy wracali do swych domostw. Niebawem je osiągnęli, lecz mimo powrotów do domostw nie sposób było powrócić do spokoju i zmyć z siebie smutku pożegnania Beatrycze „Ptaszyny”, której prochy spoczęły obok jej męża, a druha żałobników Kareva. Letnie słońce uśmiechało się pomarańczą i różem, który ogarniał górskie zbocze, rzucając zarówno swój urokliwy blask na Flotthus, jak i na Flotkę. Niespodziewanie jednak żałobnicy nie odnaleźli w swych domostwach spokoju, gdyż szybko u drzwi pojawili się nieproszeni, acz zacni goście…
15 dzień lata 1976 EUS / 54 roku erilara Krwawojatka, dzień Pasterza
Theobald „Gromowładny” Grunalssonn
Przed skromną chatką rozsiadło się pół tuzina zbrojnych krasnoludów z klanu Srogich Pięści. Widać, że są tu Grubomveg „Oczko” Rakmordssonn, Revlir „Z Nieprawego Łoża”, Hargru „Dzik” Abgvissonn, Frigad „Stalohełm” Karadssonn, Bomgor „Fałszerz Nut” i Bomdin „Leniwa Noga” Karhargvissonnowie. Nie widać na ich twarzach gniewu, ani złości. Gdy tylko ujrzeli zbliżającego się Theobalda, Revlir nawet pierwszy uniósł dłoń na znak przywitania, a Bomgor raźnie rzekł żując mniamble - „Hodeskalleskjold!” – informując o obecności gospodarza wychodzącego właśnie z sieni domostwa Jovina Czachotarcza. Za erilarem wyszła Idalia, lecz wnet cofnęła się do chaty. I tak oto żwawym krokiem przemieszcza się w stronę Theobalda barczysty krasnolud w ciężkiej stalowej zbroi i hełmie z ptasimi piórami. Na zdobionych runami naramiennikach widać symbole Srogich Pięści, a na hełmie wygrawerowaną ludzką czaszkę, której motyw pojawia się również na ciężkiej okutej tarczy. Jovin wyszedł naprzeciw Gromowładnego i zapytał bez ogródek - Powiedz druhu... umiesz strzelać z łuku szyszkojadów?
Ksawery Brauer
Po drugiej stronie Floki Ksawery Brauer właśnie przekraczał próg swego domostwa i przywitał go znajomy zapach fermentacji. W środku był Ulf i z kimś rozmawiał. Kilka kroków Ksawerego w kierunku większej izby i ukazał mu się obraz Ulfa „Pomagiera” Jontorssonna, który siedział na ławie obok Lotora "Grzywacza" Kagolssonna. Odziany w kolczugę dość stary krasnolud znany był z tego, że jego gęste włosy dawały się poskromić tylko poprzez zaplecenie ich w warkocze. Stąd też na głowie Grzwacza było dwadzieścia pięć grubych blond warkoczy, a i tak część włosów była rozplątana rzucając na jego twarz grzywę sięgającą blond brody. Krasnolud ukrywał bliznę ciągnącą się od czoła, przez lewą skroń, do policzka w którym miał srebrną płytkę miast skóry. Otulony karmazynową peleryną trzymał pokrytymi tatuażami rękoma kostur, na którym opierał swą muskularną sylwetkę, a który to miał między nogami. Nie wstał, gdy Ksawery pojawił się w izbie, jako uczynił to Ulf. Pomagier przywitał się z Ksawerym i od razu skierował go na spojrzenie Lotora, który nie czekał zbyt długo: Niech pochwalony będzie Pasterz! Piastunie Ksawery. – rzekł pięknie akcentując imię boga.
Brond "Łamaczkości" Grunalsson
Do pustego, nieogrzanego domu wejść było łatwo, ale wchodziło się niechętnie. Zachodzące słońce napełniało izbę kolorem złota, ale próżno było szukać tu przepychu. Ettera Jontorsdatter złożyła Bestię na posłaniu, po tym gdy dostało pokarm. Wyszła informując, że wróci rano nakarmić młodego. Brond został w chacie sam ze swym synem. Spojrzał na niego. Jego szarawa skóra, pełna brązowych refleksów i zielone żyły pulsujące intensywnie z rytmem bicia jego serca. Owinięty w pieluszkę, jeszcze nie wiedział jak ciężkie będzie jego życie odmieńca. Wydał z siebie delikatny wysoki dźwięk, lecz Brond nie wiedział czy to normalne, czy jednak wyjątkowe odgłosy. Nie znał się na dzieciach, tym gorzej będzie mu poznawać wszelkie arkana sztuki wychowawczej na swym własnym potomku. Zapłata w srebrze, którą otrzymał za udział w ostatniej wyprawie nie wystarczy na godne życie tego dziecka, a z jednym rodzicem i to jeszcze nie najbardziej majętnym, nie czeka go świetlana przyszłość. Złote barwy zachodzącego słońca wyglądały przeto szyderczo w tym miejscu i w tej chwili.
16-19 dzień lata 1976 EUS / 54 roku erilara Krwawojatka, dni Hvitliv, Górnika, Ojca i Kowala
Kontrakt Wojenny
Wysokie na dwa krasnoludy podwójne okute wrota w ściętym i wymurowanym górskim zboczu, wysokim na 30 krasnoludów, z licznymi stanowiskami dla kuszników. Flotthus nie schodził w dół, lecz piął się w górę, a na szczycie zaś miał wyjście na górski szczyt, na którym wybudowano wieżę obserwacyjną. Dziś wrota były otworzone na oścież chłodząc wędrowców oddechem z wnętrza góry. Panował tu spory ruch, krasnoludowie wchodzi i wychodzili. Wnet ukazała się znajoma twarz członka eldeskyldy Karbora „Domatora” Borvintorssonna, który mieszkał w warownym domu Flotthus od początku swych dni, a miał ich na karku więcej jak Theobald i Ksawery razem wzięci, a przez to również więcej, niż sam Brond. Jego uśmiech zdradzał, że już ujrzał kogo trzeba.
Przysięga
Gwar w sali milknie, a krasnoludowie tworzą przejście przy długich stołach. Czterej rośli dvergowie wnoszą do biesiadowni wielki, stary pień, którego korzenie przeplatane są stylizowanym w gałęzie dębu żelastwem, a który to wygląda jak wielkie kowadło, którego góra jest czarna od dawno upuszczanej nań krwi. Trafia on po chwili przed wielki stół z tyłu sali i skupia na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych, aż opierający się o laskę Lotor „Grzywacz” Kagolssonn dochodzi doń i podnosząc nad głowę swą laskę odmawia z pamięci psałterz do Ojca i córek, prosząc ich o uwagę, a po chwili Jovin „Czachotarcz” Grommilssonn podchodzi do niego z trzymanym przy piersi czerwonym zawiniątkiem. Lotor odrzuca na boki czerwoną, ciasno haftowaną tkaninę i odsłania srebrny sztylet. Podnosi wzrok na wyprawiających się i wyciąga srebrny sztylet, aby go przejęli.
Wymarsz
Od 16 dnia lata zaczęło być we Flotthus dość gwarno, gdyż z okolic schodzili się dvergowie, łącząc się w drużyny. Poczęli też schodzić z wolna członkowie klanu Bokobrodych, lecz jeszcze tylko garstkami. Można było porównywać swoje rynsztunki, dobrze wyprawione skóry, żelazne kolczugi, czy nawet u krezusów zbroje z pełnego żelaza, a może nawet stali. Członkowie klanów Srogich Pięści i Bokobrodych przedstawiali podobny poziom bogactwa, stąd więcej było podobieństw w uzbrojeniu, niż różnic. Wiadomo jednak od razu było, że dany dverg normalnie parał się wojaczką, gdyż miał lepszy oręż, niż rzemieślnik ten z kolei lepszy, niż górnik, a już wszyscy mieli lepsze wyposażenie, niż pasterze, którzy wyruszali na wojnę w celu łatwego zarobku i wysokich stawek, bo ekwipunku wciąż potrzebnego do wojaczki jakoś się nie dorobili.
18 dnia lata, w dzień Ojca, we Flotthus zaczął panować tłok, po tym jak przybyły liczne grupy krasnoludów z Steinhus i Bokobrody. Drużyny Bokobrodych podzieliły się na dwie grupy i jedna z nich miała dotrzeć do Virn drogą wschodnią, a druga grupa z osad Dimbedra, Jerning, Kamionek Wielki oraz Thordon miała do celu dotrzeć drogą zachodnią. Każda z tych grup była jednak zbyt duża, aby podróżować wielką kolumną, stąd krasnoludowie ci, nawet z jednej grupy dzielili się na mniejsze podgrupy. Takim oto sposobem we Flotthus znalazła się jedna z tych grup, aby jutro opuścić osadę i dać zająć swoje miejsce innej grupie, która z kolei wyruszy zapewne w ogonie, który wyjść z najbardziej na zachód oddalonego przybytku Srogich Pięści ma dopiero 20 dnia lata. Prócz Bokobrodych w osadzie znaleźli się również ziomkowie z Boulder, co sprawiło, że w osadzie przebywało ponad tysiąc krasnoludów w jednym momencie. Tłok był tak duży, że namioty podróżnych i ich zwierzęta zajęły całą polanę rozciągającą się między Flotką, a Flotthus.
Następnego dnia nie było wcale lepiej, gdyż ci, którzy poszli dalej zostali zastąpieni przez nowych podróżnych. Przybyli wówczas Grommil „Krwawojatek”, erilar klanu Srogich Pięści oraz Dimm Dvilfssonn, następca Lanej Cyny – erilara Bokobrodych. Dumni krasnoludowie zaszyli się na dłuższą naradę z dowódcami obecnych tu drużyn w warownym domu, a ich podkomendni chodzili i broili. Dość rzec, że krasnoludowie wciąż rozluźnieni brakiem pełnej dyscypliny wojskowej pozwalali sobie na więcej, niż można będzie sobie pozwolić na froncie. Doszło do tego, że wielu dvergów, poprztykało się między sobą, w wyniku czego stracono łącznie blisko 30 zębów, jedno oko, palec prawej ręki, dwa i pół ucha, część brody splecionej w warkocz, całą fryzurę która zajęła się od łojowej świecy, a poza tym przepadło dość sporo kóz, kilka niewieścich cnót i dość sporo drobiazgów, których ubytku już nikt nie rejestrował. Wyrwane sztachety z płotów da się naprawić, a zaszczane ściany zwietrzeją dość szybko. Gorzej z kałem zostawionym w dość przypadkowych miejscach, gdyż mieszkańcy Flotthus będą w niego wchodzić jeszcze do połowy lata. Aż chciało się odejść z tego miejsca, co też się w końcu stało w dniu Svardød.
20 dzień lata 1976 EUS / 54 roku erilara Krwawojatka i kolejne dni
20 dzień lata jeszcze się nie rozpoczął we Flotthus, lecz górskie szczyty już zdradzały nadciągające słońce, którego złote malunki nosiły na sobie. W tej warownej siedzibie ostała się już tylko jedna krasnoludzka drużyna, a dowódcą jej był nie kto inny jak Jovin „Czachotarcz”, syn erilara Grommila „Krwawojatka”. Wszystkie inne drużyny, czy to Bokobrodych, czy Srogich Pięści były już w drodze i prawdopodobnie Ogrobije już też wyruszali, ale Jovin przetrzymał swych dvergów do ostatniej chwili, aby sprawdzić jak radzą sobie w Marszu Wojennym. Pozostał jeszcze ostatni wspólny posiłek w Warownym Domu przed wyruszeniem i możliwe, że na wiele miesięcy straci się z oczu tych wszystkich, których się tu kocha. Nim doszło do śniadania Bohaterowie zebrali się w swych domostwach, a jeszcze nim Ksawery doszedł do domu Theobalda, pojawił się tam Brond. Matka Frida nie była w stanie odprowadzić synów do Warownego Domu, więc pożegnała ich już teraz przemywając ich czoła wodą i kreśląc nią jedyne runy jakie znała. Słabym swym głosem zmówiła modlitwę i prosiła Grunala, aby nie wzywał synów na ucztę. Dopiero na koniec zwróciła się do Łamacza Kości i Gromowładnego.
- Możemy się widzieć ostatni raz, zapamiętajcie moją twarz synowie. Jak się nie zobaczymy tu w górach, to ujrzycie mnie w Salach Biesiadnych, jak będę podawać wam jadło ze stołu Ojca i dolewać do waszych pucharów najlepszego piwa. Przedstawię was przodkom, a zwłaszcza Rigrevowi „Kamieniomiotowi”, ojcu ojca mego męża i Briggowi Trudellochssonnowi, memu pradziadowi. Me babki doniosą wam serów i mleka, a wszyscy będziemy zapraszać Pasterza, aby posłuchał jak śpiewa ma babka Hillemga Briggsdatter. Nie dajcie się zabić na tej wojnie, ale zaklinam was - tylko godność jest szatą, w której się wpuszcza na tę ucztę. Lepiej byście w grobowcach złożeni mieć byli, niźliby was honor opuścił i do drzwi Sal Biesiadnych dobijać byście się musieli przez wieczność całą! – Rzekła Frida i splunęła przed chatą swą zbrązowiałą od krwi śliną, nie zainteresował ją płacz pozostawionej w żłobku Bestii i wzrokiem odprowadziła synów, wnuczkę i synową do ścieżki przy której stał Ksawery z Ulfem. Razem wszyscy przeszli do Warownego Domu, oddali się wystawionemu przez Jovina śniadaniu i zabrali skromny dodatkowy prowiant na drogę. Idalia ucałowała w policzek męża, a Ishilda rozpłakała się tuląc ojca Theobalda. Ponad setka dvergów była gotowa do drogi. Słońce już rozświetliło wieżę obserwacyjną i wtem Jovin dał rozkaz wymarszu. Pod nogi wojakom starszyzna, kobiety i pacholęta rzucały górskie kwiaty i nie pochowali się do domostw, nim ostatni z orszaku nie zniknęli im z oczu, idąc Rugbą w stronę gór Ogrobijów.
Jovin wiedział, że dotarcie do Virn do zmierzchu 30 dnia lata będzie wyzwaniem, gdyż to tylko 11 dni, a dystans wielki, nawet jak na szlak. Podzielił więc świtę na dwa zespoły, których kryterium miała być szybkość. Szybsi, mniej liczni, mieli za zadanie zwinąć każdy obóz, wyprzedzić wolniejszych na szlaku i rozbić nowy obóz, aby tamci nie tracili czasu na te sprawunki. Theobald i Ksawery należeli do tych szybszych, a Brond szedł z wolniejszymi, chociaż nie był najwolniejszym z drużyny. Krasnoludowie byli pozbawieni dostatecznej liczby kuców, osłów, czy konni, a problem ten dotknął również oddziału Krwawojatka, gdyż użyczone koniowate Adzie Braun przepadły, a pozostałe drużyny nie miały obowiązku się dzielić. Dvergowie więc sami ciągnęli dwukółka wypakowane ekwipunkiem i kurwili siarczyście, gdy musieli je przenosić przez stopnie, wciągać na schodkowe zbocza lub przepychać po korzeniach. Gdyby jednak nie one, to nikt nie byłby w stanie w tym tempie przenieść takiego ciężaru ekwipunku bez utraty zdrowia. Czachotarcz okazał się być jednak dobrze zorganizowany i sam nie dosiadał kuca, który ciągnął jeden z wozów, maszerował wraz z wolniejszymi narzucając tempo i doskonale dobierał momenty przerwy, aby zespół szybszych bezkolizyjnie wyprzedził główny zespół na ciasnej Rugbie. Udawało się to dzień w dzień, chociaż akurat innych problemów było co niemiara. Zaczęło się od tego, że niektórzy dvergowie chcieli dodatkowych przerw, to na posiłek, to na siku, czy nawet opróżnienie jelita. Nikt nie dostał przerwy, ale srogi żołnierski opierdol już tak. Zdarzyło się, że ktoś nadwyrężył nogę, inny przejął się losem swego psa, który nie nadążał, więc z dnia na dzień cierpliwość się niektórym kończyła, aż 26 dnia lata kilku dvergów się załamało i chciało zrezygnować. Zostali oni oddelegowani z drużyny jako niekompetentni, obłożeni obietnicą dodatkowego podatku wojennego i odszkodowania za naruszenie kontraktu, a na koniec dostali solidnego kopa w rzyć od samego Jovina i nawet jeden dverg o imieniu Jerk popłakał się, a drużyna Czachotarczów zmieniła mu przydomek z „Lawina” na „Płaczek”. Nikt nie miał jednak sił, aby go żałować, tak jak sześciu pozostałych fajtłapów. Ostatecznie cała drużyna Jovina ukształtowała swą liczebność na 95 brodach, przy czym 7 bród było żeńskich.
Droga do Virn nie kończyła się, a w Nyt, jednym poważnym siedlisku Ogrobijów, akurat tak się złożyło, że nie było czasu nawet nocować, gdyż plan trasy zakładał pokonanie jeszcze pięciu godzin marszu tego dnia. Tak też uczyniono, ale śmiechów było co niemiara, gdyż widok starszyzny Ogrobijów, którzy nie poszli do Virn z „Niedźwiedzimsynem” uświadamiała o różnicy w majętności klanów. Oczywiście najlepsze uzbrojenie poszło z dvergami na wojnę, ale pozostawienie w Nyt tylko kijów i przeszywanych wełnianych pancerzy wskazywało, że nie wiedzie się tym krasnoludom zbyt dobrze. Byli jednak z innego klanu, więc to był podwójny powód do okrutnych żartów.
27, 28 i 29 dnia lata Jovin podczas obozowania, gdy w zasadzie wszystkim puchły stopy ze zmęczenia i nierzadko leciała krew z nosa był w pełni sił, a przynajmniej robił takie wrażenie. Jego ścisła świta zdawała się podzielać jego możliwości i byli dla niezaprawionych w sztuce koncentrowania wysiłku dvergów wzorem do naśladowania. Ci jednak, którzy przetrwali pierwszych pięć dni pozostali do końca, więc wzór okazał się dostatecznie dobry. W te wieczory syn erilara zabierał na stronę to odpowiednio Theobalda, Ksawerego i Bronda, aby pomówić z nimi o bardzo ważkiej kwestii.
Dopiero 30 dnia lata dvergi Czachotarcza zeszły z gór na wzgórza Dem i pierwszy raz od początku podróży krajobraz się zmienił. Schodziło się łatwiej, teren wydawał się równiejszy, a na pewno Rugba wygodniejsza do wędrówki. Nawet blisko południa zespół szybkich zrównał się z zespołem wolniejszych i już razem mogli kroczyć do Virn, gdyż tego dnia nie będzie pośpiechu z rozbiciem obozowiska. Niewiele później oczom drużyny Czachotarczów ukazał się oddział „Karkołamaczy” prowadzony przez Torraak „Karkołama” Dimssonna ze Srogie Pięści. Akurat Karkołamacze odpoczywali, gdy proporzec z czaszką w tarczy obok dwóch pięści zrównał się z proporcem na którym widniała postać z nienaturalnie przekręconą w bok głową. Chwilę później byli już z tyłu mimo posiadania znaczniejszej liczby kuców. Jovin pozdrowił Torraaka, ale nie zatrzymał się, aby z nim porozmawiać, gdyż już widać było tył innej drużyny krasnoludów. I tych udało się dogonić, a następnie przegonić, gdy zatrzymali się na strawę. Proporzec z toporem pomiędzy bokami brody szybko został przegoniony, a zdziwieni dvergowie dowodzeni przez Kraha oglądali się ze zdziwieniem widząc niemal lecących po wzgórzach dvergów Jovina. A było komu się oglądać! Topornicy byli przynajmniej dwukrotnie liczniejsi od Czachotarczów. Jovin aż zaśmiał się, ciesząc z tego, że dobrze zaplanował podróż i poprowadził swój oddział. Był cały czas w dobrym humorze, gdy Czachotarcze minęli pierwsze ludzkie chaty, sady owocowe i bogate pastwiska. Ziemia była tu o wiele żyźniejsza, niż w górach i rodziła rzeczy, które mogły uchodzić za rarytasy. Virn było już niedaleko.
- Oddział! – Wrzasnął Jovin wskakując w swej ciężkiej zbroi na głaz. - Tu się zatrzymamy na ostatni odpoczynek przed dotarciem do miasta. Ogarnąć się i opróżnić pęcherze. – Zeskoczył z głazu by wziąć łyk z bukłaka, a drużyna zrozumiała, że nim minie wieczór znajdą się w ludzkim mieście Virn.
Zapadał zmrok, a akurat pojawiający się nów sprawił, że łatwo przebijał blask pierwszych gwiazd, czy jak bogatsi w wiedzę astronomiczną by stwierdzili – planet. Wędrowców nocnego nieba. Virn było na północy, to na pewno cel wyprawy. Wysokie mury na wzgórzu, które schodzą do rzeki i górujący nadwszystkim zamek. Liczne wieże, liczniejsze smugi dymów i spore obozowisko rozstawione przed miejskimi murami. Jovin był zdziwiony, gdy dotarli, rozmówił się ze swą świtą, a następnie dwójką krasnoludów na kucach, którzy przyjechali przywitać oddział. Byli z tutejszej diaspory, krasnoludowie odziani w zbroje na kucach, którzy wyglądali jak groteskowi ludzcy rycerze. Dowódca był poirytowany, gdyż okazało się, że za murami miasta nie będzie miejsca dla wszystkich przybyłych i muszą się oni rozbić poza murami, tam gdzie znajduje się jedna z bram i gdzie właśnie stało już wielkie obozowisko. Nie było wielkiego wyboru, jak udać się tam i rozbić się obok swych ziomków z klanu Srogich Pięści, Bokobrodych i Ogrobijów. Pocieszeniem miało być zaproszenie na biesiadę w murach miasta jeszcze tej nocy, ale Jovin pokiwał tylko brodą i machnął ręką. Liczne namioty były rozłożone bez ładu zajmując teren najbliższy wysokiej bramie miejskiej z wieżą. Widać było w niej rękę krasnoludzkich rzemieślników, którzy ozdobili bramę tak, że wyglądała jak dwie wielkie pawęże. Już dvergowie z klanów zdążyli znaleźć jakąś kredową farbę i namalować obok niej wielkiego kutasa, ale rozbawienie z tego faktu trochę mieszało się tu z zażenowaniem. W obozowisku było wielu ludzi, którzy nosili kurczaki, jakieś kopiejki jajek, wypieczone bochny chleba i ogólnie sporo żywności. Kwitł tu handel i widać było, że krasnoludowie z klanów poczynają wymieniać przyniesione dobra na tutejsze wyroby. Tak się witało Virn.
Rozbicie obozowiska trwało nie więcej jak pół świecy, gdyż drwa były już narąbane, a tereny pod namioty w zasadzie wyznaczone. Oto z wolna kończył się zmierzch.
31 dzień lata 1976 roku EUS zastał śmiałków w obozowisku pod Virn, lecz nie słońce ich zbudziło, lecz huk. – Alarm! Alarm! Najazd! – Krzyczał krasnolud biegnąć między namiotami. Śmiałkowie rychło się zbudzili i usłyszeli wielki harmider szybko powstających krasnoludów, dopytujących się krzykami nawzajem i dobywających swej broni. Nie oni byli jednak najgłośniejsi, lecz odgłosy bicia dzwonów w mieście. Biły chyba wszystkie tworząc tak potężny hałas, że krasnoludowie poza miastem musieli się przekrzykiwać. Niektórzy panikowali, inni wykonywali wyuczone zachowania poprzedzające atak.
Przysięga krasnoludów
Popołudniu na niebie nad Westwaldem pojawiły się w końcu chmury. Białe i puszyste niczym baranki pod koniec zimy sunęły sobie z wolna niesione rześkim wiatrem znad Tåkefjell. Tak urokliwe podniebne stado mogło wzbudzić wiele sentymentów w przebywających w Virn pasterzach, gdyż tutejsi dvergowie chcący nazywać się krasnoludami, raczej nie byli w stanie docenić takiego pięknego zjawiska. Gromadzili się więc na głównym placu krasnoludzkiej dzielnicy marzyciele zapatrzeni w niebo i twardo stąpający po bruku tubylcy. Tłum gęstniał i rychło trzeba było przeciskać się między ciekawskimi, którzy przybyli tutaj świadkować zbliżającej się uroczystości, której kulminacyjnym momentem miało być złożenie przysięgi przez dowódców krasnoludzkich drużyn, które zaciągnęły się na wojnę. Doniosłość wydarzenia rozbrzmiewać miała w tym, że tylko ci, którzy złożą przysięgę będą mogli wybierać ze swego grona dowódcę krasnoludzkiej armii, która zgodnie z kontraktem miała nie być dzielona podczas szalejącej na północy wojny. Wśród gwaru było słychać jak krasnoludowie zapowiadają orszak ludzi, któremu przewodzić będzie sam Landgraf Fürst Ferdinand I Adler-Herr – pan całego Westwaldu i formalny dowódca armii Westwaldu w skład której prócz rycerzy, najmitów i tutejszego zaciągowego chłopstwa wejść mieli właśnie krasnoludowie. Starsi krasnoludowie przewidywali w rozmowach, że chłopstwo dopiero pod koniec lata trafi na front, gdyż już za niedługo będą żniwa, a wtedy każda para rąk do pracy się nada, ale krasnoludzkie ręce są stworzone do dostojniejszych rzeczy, niż trzymanie kos i wideł. Wśród tłumu właśnie, z uwagi na to, że Landgraf musiał być tu obecny i jakoś dostać się pod Salę Førstseptu, przechadzali się tutejsi zbrojni i pilnowali, aby od strony Krasnoludzkiej Bramy był wolny przejazd po sam ustawiony tego ranka drewniany podest. Pięknie odziani w pełne ciężkie zbroje, zdobione hełmy i dzierżący doskonałe bronie tutejsi zbrojni robili co mogli, ale było ich zbyt mało, aby ogarnąć całą tłuszczę. Prym w utrzymywaniu przejścia wiódł krasnolud z rozbitym nosem, na którym miał opatrunek, który to chyba niedawno stracił parę zębów, bo usta przy wąsie wciąż miał sine. Młotem rozganiał towarzystwo i co bardziej niesfornego dverga zdziałał po głowie. Wybierał zachowawczo jednak do zdzielenia mniejszych od siebie i tych, którzy nie przemieszczali się w zorganizowanych, liczniejszych od niego grupach. Całemu tłumowi przyglądały się wychylające się z okien kamienic pierzei okalających rynek, liczne ładne główki możniejszych tego miasta, a białe baranki dalej sunęły po niebie.
Po pewnym czasie nie trzeba było już machać młotem pobitemu krasnoludowi, gdyż wzdłuż trasy przejazdu Landgrafa poczęli ustawiać się zaciężni krasnoludzkich drużyn wypełniając swoimi dwurzędami i trójrzędami cały dwustronny odcinek od strony ulicy Krasnoludzkiej Bramy do samego podestu. Krasnoludzkie drużyny rozstawiały się zgodnie z porządkiem ostatnich sukcesów na manewrach i tak najdalej od serca ceremonii byli na swych kucach westwaldczycy Synowie Wojownika i obok nich Ruchomy Mur, a naprzeciw ze Srogich Pięści Karkołamacze. Bliżej od nich zaś kolejni jeźdźcy zwący się Obrońcy Sali Ojca i naprzeciw nich Wybizęby ponownie ze Srogich Pięści, a jeszcze bliżej naprzeciw siebie stali Zbieracze Skalpów i Chorągiew Dwunastu Run obie drużyny z klanu Bokobrodych. Mniej więcej w środkowej części stali jeźdźcy nieobecnego na manewrach krasnoluda Gródka, którzy tytułowali siebie Synami Wojownika mając naprzeciw siebie najliczniejszych piechurów z klanu Bokobrodych zwących siebie Topornikami. W środku byli rzędów prowadzących do podestu stali również Synowie Gór z Bokobrodych i Krwawojatki ze Srogich Pięści, Przelewacze Krwi i Cyny z Bokobrodych, Krwawi Najmici ze Srogich Pięści i najlepsi z jeźdźców - Siewcy Wojny z Westwaldu. Zaszczytne miejsca przed podestem zajęli Czachotarcze ze Srogich Pięści i stojący naprzeciw nim Pogromcy Orków z Bokobrodych, a ku zgrozie wielu dostojników z Virn najbliżej stali niepokonani w manewrach Ogrobije. Co prawda słychać było już dysputy tłumu, że jak miast przepychanek na manewrach dojdzie do użycia broń, gdy będzie trzeba się szybciej przemieszczać jazdą i gdy będzie walka na poważnie, to wartości tych drużyn mogą się zmienić, ale wszystkie te gwary milkły wobec majestatu obdartych pastuchów. Bliżej podestu od Ogrobijów był już tylko pusty placyk.
Na szerokim drewnianym podejście ustawionym przed wejściem do Sali Førstseptu widać było gromadzących się zacnych krasnoludów. Kogóż tam nie było! Byli dowódcy drużyn: Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn, Bjerr „Łupacz” Klitorssonn, Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn, Bril Cleegain, Dimm Dvilfssonn, Grommil „Krwawojatek” Adborssonn, Hoggkun „Łysa Główka” Jergondssonn, Jovin „Czachotarcz” Grommilssonn, Krah „Topór” Lotorssonn, Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn, Lur „Wybiząb” Dimssonn, Ragnarrak „Nieśmiertelny” Orissonn, Torrak „Karkołam” Dimssonn, Vegthun „Młody” Lirkorgrussonn, Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn, Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków, a także piastuni: Karlig „Piastun”, Mordekssonn, Karev „Pieśniarz” Dvilssonn, Lotor "Grzywacz" Kagolssonn, Trudelloch „Cwany” Grommilssonn, Ksawery Piwowar, Trig „Zajęczy Ząb” Murburssonn, Brina „Wróżka” Torisdatter, Goltor Gollo „Prawy” Gollossonn. Mird „Żelazna Broda” Odissonn, Raggor „Strażnik Córek” Adborssonn, Zwerk „Runotwórca” Torissonn. Przed podestem zaś widać było znane w krasnoludzkiej dzielnicy osobistości. Panował gwar, gdy dość niespodziewanie od strony Krasnoludzkiej Bramy rozległ się dźwięk rogu, który na chwilę podniósł gwar, a następnie zaprowadził chwilę ciszy na rynku. Oto fanfary i wiwat przywitały wjeżdżające na krasnoludzki rynek chorągwie zdobione dwugłowym orłem barwy złotej z mieczami w szponach na zielonym tle. Orli Gniew. Na wysokich koniach wjeżdżali odziani w ciężkie zbroje postawni ludzie z mieczami i zdobionymi herbami tarczami. Odziani w kosztowne tabardy, ozdobieni ptasimi skrzydłami, piórami, rogami bawołów, turów, stylizowanymi pancerzami, a przede wszystkim dostojni swym szlachectwem rycerze z wolna w dwurzędzie przesuwali się w kierunku podestu. Było ich ponad pięćdziesięciu. Ciężko było rozpoznać w tym zacnym, jak na ludzkie standardy, towarzystwie wodza, lecz bystre oko było w stanie dojrzeć, że jeden z hełmów zwieńczony był książęcą koroną. Landgraf wysunął się na przód dopiero gdy całe rycerstwo znalazło się na pustym placyku przy Ogrobijach. Ustawiwszy się w pierwszych rzędach na piedestale krasnoludowie ukłonili się łamiąc się w pasach, aż ich brody dotknęły wyłożonego na piedestał dywanu, a ci górale w rzędach tylnych lekko się schylili, zapewne argumentując to wiekiem i bólem w plecach. Landgraf dopiero wtedy podniósł psi łeb swego hełmu, a piastun o jakże trafnym przydomku Piastun rozpoczął przemowę powitalną w języku ludzi: „Krasny lud wita swego suwerena, jaśnie dostojnego i wielkiego swą dobrocią, szlachetnego duchem, mężnego wolą, wiernego Mymkraftowi Landgrafa Westwaldu, pana łąk, kopalń, kowadeł i uderzających toporów, księcia Adler-Herr, Ferdinanda pierwszego tego imienia.” Gwar umilkły podnosi się na nowo, jako przywitanie. Krasnoludowie bili w swe tarcze, tupali i dali dowody swej obecności ze swych gardeł. Tutejsi głośno, a przybyli zachowawczo.
Landgraf wyciągnął z pochwy miecz i trzymając go za klingę podniósł rękojeścią ku niebu. Jego srebrzysta zbroja mieniła się każdym promykiem słońca, który przemknął pomiędzy stadami podniebnych baranków, a długi miecz zdawał się w ogóle nie rzucać cienia. W końcu odezwał się głośno dając dowód, że doskonale wymawia krasnoludzkie słowa: „Wzywam was krasny ludzie na wojnę! Tak jak przysięgaliście, tak pójdziecie i dajcie dowód swego posłuszeństwa wzywając na świadka Førstsept”.
Piastun ukłonił się, a czterej rośli dvergowie wnoszą z wnętrza Sali na podest wielki, stary pień ściśnięty żelaznym pierścieniem, do którego dokuto młoty, topory i miecze tworząc z nich stelaż. Góra pnia jest czarna od dawno upuszczanej nań krwi. Trafia on po chwili przed Piastuna i skupia na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych, aż w końcu Karlig „Piastun” Mordekssonn podnosząc nad głowę laskę pasterską odmawia z pamięci psałterz do Ojca i córek, prosząc ich o uwagę, a po chwili Karev „Pieśniarz” Dvilssonn ze Srogich Pięści podchodzi do niego z trzymanym przy piersi czerwonym zawiniątkiem. Karlig odrzuca na boki czerwoną, ciasno haftowaną tkaninę i odsłania srebrny sztylet. Podnosi wzrok na wyprawiających się przywódców drużyn i wyciąga srebrny sztylet, aby go przejęli. Podchodzi wpierw Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn i okazując przywiązanie do Forseptu całuje wpierw ołtarz, a następnie kładzie na nim swój topór i nacina swą dłoń podanym sztyletem i po upuszczeniu na ołtarz krwi wypowiada formułę: „Będę cierpliwy jak Pasterz, wytrwały jak Górnik, solidny jak Rzemieślnik i waleczny jak Wojownik. Ojcze prowadź mnie do chwały lub złóż córkom me ciało!” Gdy tylko przekazywał swój sztylet Ragnarrakowi „Nieśmiertelnemu” Orissonnowi Ogrobije tupali i uderzali w swe tarcze, a także wrzeszczeli z aprobatą. Ragnarrok podobnie postąpił jak Niedźwiedzisyn, a wtedy jego drużyna dała wyraz swej aprobaty i tak dalej sztylet trafił do Jovina, później Bortara-Ferdinanda „Kriega” Ferdinandssonna i kolejnych dowódców, kończąc na Bjerru „Łupaczu” Klitorssonnie. Tylko Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn ze Srogich Pięści, Hoggkun „Łysa Główka” Jergondssonn z klanu Bokobrodych i Torrak „Karkołam” Dimssonn z klanu Srogich Pieści nie wypowiedziało formułki z pamięci, a Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn z klanu Bokobrodych wypowiadał formułę powtarzając za Piastunem. W końcu Karlig ponownie podniósł pasterską laskę w górę i tym razem wszyscy mogli wiwatować. Książe w otoczeniu swych rycerzy począł kierować się w stronę Bramy Karłów, aby móc obejrzeć krasnoludzkie manewry w praktyce. Drużyny krasnoludzkie musiały przejść obok piedestału ze stojącym na nim ochlapanym krwią ołtarzu przysięgi, a wtedy dowódcy i piastuni dołączali do towarzystwa. Zachowywano wtedy porządek stania w odległości od ceremonii, identyczny z porządkiem podawania sobie srebrnego sztyletu, który teraz spoczywał w rękach piastuna Karliga, a który to błogosławił przechodzących obok niego dvergów. Za drużynami szedł tłum, który chciał obejrzeć pełnoskalowe manewry z użyciem krasnoludzkiej jazdy.
W zamglonym kącie umysłu cieniami malowana sala z dostojnymi siedziskami i zakrytym stołem. W półleżącej pozycji ustawiło się dwóch krasnoludów o bogato zdobionych pierścieniami dłoniach, doskonale przystrzyżonych brodach i wyczesanych głowach. Ubrani w karmazyny chichoczą do siebie, ciesząc swe podniebienia trunkiem skrytym w masywnych kuflach inkrustowanych runami Wojownika, Pasterza, Górnika i Kowala. Pierwszy rozgrzany odsłonił swą owłosioną pierś, na którą spadała jego srebrna broda, a drugi pochylony nad krojoną w plastry szynką podnosił kawałek za kawałkiem nie bacząc, że na jego brodzie w kolorze żelaza pełno już okruchów od kruszone jeszcze chwilę temu chleba. Twarze krasnoludów wydawały się bardzo znajome, chociaż malowane były mgłą wspomnień. Nagle z twarzy znikła mgła i ujawniła ich oblicza, dokładnie w momencie, gdy zza ciemności wyszedł krasnolud o mężnej postawie i podobnie jak dwaj tu obecni odziany karmazynem. Przybyszem był Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków, chociaż twarz jego wyglądała inaczej. Siedzący krasnoludowie mieli nieznane twarze, chociaż na tyle charakterystyczne, że łatwo byłoby je teraz zapamiętać.
Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków: Chwalmy Svardød przyjaciele!
Narrator: Rzekł wchodzący do sali Waldemar.
Waldemar: Kriegu.
Narrator: Krasnolud z okruchami na brodzie podniósł kufel.
Waldemar: Folddelu.
Narrator: Krasnolud z rozpiętą koszulą również podniósł kufel.
Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn: Witaj Waldemarze! Spóźniony, ale jakże aktualny w czasie.
Folddel Hegborssonn Żelazny: Twoje zdrowie i chwała Svardød!
Waldemar: Niestety na krótko wpadłem, mam jeszcze dziś kilka piczek do wyruchania, a poza tym czekają mnie księgi rachunkowe za całą wiosnę.
Folddel: Myślałem, że dziś to będziesz miał co świętować. Wygrać zakład z Inżynierem, to nie lada powód do wypicia kufla.
Waldemar: O czym mówisz?
Folddel: Hansik się dziś rozjebał, po tym jak wystrzeliło go z trebuszu. Zaplątał się i sruu… ostatni lot krasnoluda.
Waldemar: Poważnie? Rzyć Inżyniera już niebawem zabłyszczy na Markt in der Geschlossener Bezirk. Zapowiada się dobra biesiada za dziesięć dni.
Bortar: Patrz go, patrz go. Już w piórka urasta. Ale jak wolisz dziś orać picze, niż o przyszłości prawić, to droga wolna. Tylko daj tu chwilę uwagi, bo kilka rzeczy ugadać trzeba.
Narrator: Waldemar z wolna zasiada na krześle i podnosi wyłaniający się z mgły kufel. Bierze pierwszy łyk.
Waldemar: Dobre. Kto nawarzył tego piwa?
Bortar: Ten… jak mu tam. Klemens. Chyba Klemens. Góral Klemens.
Folddel: On się chyba inaczej nazywał.
Waldemar: Jebał go elf. Grunt że dobre rzeczy nam tu sprawił.
Folddel: Ten góral jest piastunem u Krwawojatka. Ponoć to człowiek.
Bortar: Toć kurwa, to na pewno ma on na imię Klemens.
Waldemar: Dobrze Kriegu, że nasze imiona ci się nie plątają. Ale niech będzie, może być Klemens. Na piwo zaprosiliście? Kiedyś już miałem od niego antałek lub beczkę. Dobre, ale nie na tyle, aby nakładać drogi.
Folddel: Trzy kwestie do poruszenia, a mianowicie: wojna, kurwa i nowe miasto.
Waldemar: Zawsze zaczynam od kurew.
Bortar: Mój brat Burdel będzie miał nie lada gratkę. Elfa do wyruchania.
Waldemar: Będę ruchał.
Bortar: Jeszcze nieotworzona. Samica. Jak wysupłasz kuferek złota, to możesz ją otworzyć.
Waldemar: Wsadzę tej cnotce w piczę pięść, aż jej krew siknie, po tym jak staranuję jej brochę swą knagą.
Bortar: No i jeszcze jedna część zapłaty. Wiedziałem, że cię to zainteresuje.
Waldemar: Kuferek to mało?
Bortar: Armią będzie dowodził Dimm Dvilfssonn.
Waldemar: Przecież ta pizda nie zna się na wojnie. On potrafi tylko w księgach siedzieć i pluć półsłówka. Jak będzie miał nami dowodzić, to ćwierć armii do piachu pójdzie. Kurwa! Kto na to wpadł? Przecież jak już ktoś miałby dowodzić z synów Dvilfa, to lepszym byłby Kripp Syn Gór, bo ma doświadczenie wojenne.
Folddel: Może i pół armii pójdzie do piachu, ale to będą górale, a nie nasi. Jest plan taki, że Dimm bierze dowodzenie, zyskuje pełne poparcie klanu i starszyzny przy sukcesji Bokobrodych, a w zamian daje nam kopalnię na zachodzie i Niedźwiedź wraz z Zajęczym Zębem będą gryźli glebę.
Waldemar: Bierzemy Ogrobijów z gór i zamykamy w kopalniach?
Folddel: Bierzemy.
Bortar: Chyba rozumiesz, że to doskonała okazja do tego, aby w końcu pozbyć się tej zakały z gór?
Folddel: Bokobrodzi korzystają z zatargu jaki mają, przejmują pastwiska Ogrobijów i ich wypędzają. Klan się rozpada, my bierzemy dvergi i robimy z nich krasnoludów. Trafiają do kopalń, a część wysyłamy do budowy nowej dzielnicy w Kröne.
Bortar: W końcu te prostaczki przestaną zdychać z głodu każdej zimy. Kaganek cywilizacji i te sprawy.
Waldemar: Kurwę biorę za kufer złota, a co do reszty to muszę to przemyśleć. Co ze Srogimi Pięściami?
Folddel: Nie wiemy jak zachowa się Grommil, ale jak mu się zapewni dostawy zboża, sukna, miodu i pszczelego wosku, to zachowa co najwyżej obojętność. Może tamte dvergi będą chciały bronić Ogrobijów, bo Bokobrodych to raczej mniej lubią, ale kilku furiatów wojny klanowej nie zmieni.
Waldemar: Wojna Nieludzi.
Bortar: Rola w tym Dimma, aby wytracił najcenniejszych wojów Ogrobijów na wojnie, w tym najlepiej Niedźwiedzisyna. Dopóki on będzie żył, to nigdy nie uda się wprowadzić postępu. Nie rozumiem jak można honorowo głodować ustami swego klanu. Kurwa… on zabija naszą populację trzymając ich w tej ciemnocie wieków minionych.
Waldemar: A ty Krieg nie masz honoru?
Bortar: Nie wkurwiaj mnie! Honor ma się w sobie i można wymagać go co najwyżej od siebie. Honor wymagany od innych to tylko ładna nazwa na skurwysyństwo. Ja mogę swoje życie oddać za sprawę, ale nie będę tego wymagał od swych ziomków. Niedźwiedzisyn wymaga honoru od wszystkich i stąd, do kurwy nędzy, głodni górale.
Folddel: Kłótnie nie są najlepszym dodatkiem do interesów. A jako ich podstawa to już w ogóle. Masz Waldemarze kurwę za kufer, a co do reszty przemyśl.
Waldemar: Przemyślę. Co ze Srogimi Pięściami? Na pewno neutralność za podarki?
Folddel: Karkołam i Wybiząb zrobią to, co im powiemy, mają z nami zbyt dużo kontraktów. Krwawojatek i Czachotarcz to rodzina i zachowają się w ten sam sposób. Jak ten Cwaniak, młodszy syn Grommila, nie zacznie kumać, że na długo Srogie Pięści będą tym mniejszym klanem z gór, to wszystko pójdzie dobrze. Herszt Najmita jest wciąż zagadką. Gdyby Grommil chciał się bić za Ogrobijów, to mógłby wystąpić przeciw niemu i założyć własny klan z Boulder.
Waldemar: W ogóle Grommil zbierze swoich górali na wojnę ludzi? Podobno u niego krucho z sakiewką.
Bortar: Na razie zbierają się do wojny. Byli u mnie 35 dnia wiosny Drektor czy Tordrek i tacy dwaj kretyni, z czego ten większy to już zupełny. Kligo. Na pewno Kligo. Aj… co za debil. Na pewno przekazali wieści Grommilowi o wyprawie, a ten już coś wymyśli, aby zebrać ten kontraktowany jeszcze z czasów Adbora kontyngent.
Folddel: Uuu… koledzy nie na bieżąco widzę.
Bortar: Zaśpiewaj tę pieśń.
Folddel: U Grommila była jakaś awanturniczka. Zapłaciła za wystawienie drużyny do rajdu na koboldy, a później okazało się, że to wiedźma i nie będzie miała środków na zwrot pożyczki. To co miała wystarczyło na ucztę z 74 dnia wiosny i opłacenie najmitów. Zysków dodatkowych nie będzie. Ale sprytny Grommil zrobił na tej uczcie usłuchanie wezwania.
Waldemar: 74 dnia wiosny? Jak tamci szli do niego prawie 40 dni? Obchodzili góry dookoła?
Bortar: Daty pomyliłeś?
Folddel: To, że ty Krieg mylisz imiona, nie znaczy, że ja mylę daty. Było to tak, a nie inaczej. Nie wiem jak do tego doszło. Może fakt, że ta trójka posłańców to idioci zaważyła na tym, że późno dowiedział się on o wojnie.
Waldemar: Grommil to wąż. Na pewno uknuł w tym intrygę. Pewnie w chuja zrobił klan, aby nie trzeba było im negocjować żołdu.
Folddel: To powiem wam najlepsze. Wiecie ile górale dostają za wojnę?
Waldemar: Póltora sylva dziennie i wyżywienie?
Folddel: Pól sylva i jadło.
Bortar: Gdzie półtora sylva trafia? Przecież łącznie miały być dwa sylvy samego żołdu.
Folddel: Gdzie „trafi”, bo dopiero od 35 dnia lata mamy w kontrakcie wypłatę żołdów. Reszta trafia do erilarów. Dvilf i Grommil są przy tym jednakowi. Stawki jednakowe i jednakowy wyzysk.
Bortar: A Ogrobije?
Folddel: Oni zakontraktowali dostawy zbóż. Niedźwiedzisyn nie dyma swoich dvergów na złocie, tylko na ich życiu i przyszłości, a tym razem za wszystko wynegocjowane ma spore dostawy jedzenia.
Waldemar: A tak w kwestii dymania, to muszę polecić tę córkę Hansika. Ciągnie knagę lepiej jak jej matka. Dziś idę zaorać jej piczę po raz któryś.
Bortar: A ten Grenbur nie gryzie ci sumienia, że padł, abyś mógł wygrać zakład?
Waldemar: Jebał go elf. Dawaj temat miasta. Po kilku wypowiedziach wnioskuję, że Ansgar osiągnął porozumienie.
Folddel: Tak jak się domyślasz. Wobec tego z tym to będziemy musieli poczekać na rozmowę z Bankierem.
Waldemar: Na Ojca! Czyli Lemieszowi udało się wszystko zakontraktować z von Burke? Aj, aj… Jestem pełen podziwu.
Folddel: Będziemy potrzebować krasnoludów, którzy rozpoczną zasiadywanie gruntów w stolicy tego kraju. Rozumiesz Waldemarze, że populacja krasnoludów znów zwiększy się o kilka tysięcy. Ojciec nam błogosławi.
Waldemar: To najlepszy argument za tym, aby zagospodarować klan Ogrobijów. Szkoda, że nie da się tego zrobić inaczej.
Bortar: Gdyby dało się inaczej… Liczmy na to, że Dimm nie będzie takim jełopem wojennym za jakiego go mamy.
Waldemar: Będzie, ale nawet jak padnie tysiąc górali, to populacja odnowi się w ciągu trzech pokoleń, a po dwóch kolejnych w zasadzie podwoi. Magia ludzkiego rolnictwa i naszych talentów rzemieślniczych już tak po prostu działa. A co jak wodzem armii zostanie Niedźwiedzisyn? Jest na to plan?
Bortar: Wiele rzeczy się poplącze.
Folddel: Aj.
Waldemar: Aj. W takim razie nie obiecuję, ale też nie odmawiam. Trzeba do tego opracować strategię, bo wtedy z wielu inwestycji nici. Aj. Piwo dopite. Kiedy będzie ta elfia kurwa?
Bortar: Blisko 30 dnia lata.
Waldemar: Jak ją zdobył Burdel?
Bortar: To tak w zasadzie półelfka. Ludzie ze Straży Szlaków dopadli ją w jakichś leśnych ostępach. Nie wyglądała na taką, która należałaby do enklawy, ani nie wiedziała kto jest jej panem. Głupia. Coś tam mogła skłamać. Wzięli ją za podatki, a że niczego nie miała to od razu topór albo wykup. Burdel wykupił. Dobrze, że ludzie jej nie wydymali, bo straciłaby na wartości.
Folddel: Coś jeszcze o niej wiemy?
Bortar: Interesuje cię to? Deltor, który organizował jej zakup, nim poszarpał jej włosy zamienił z nią słowo. Ponoć jakiś czarodziej porwał jej młodszą siostrę. Deltor, cwaniak z niego, nawet wypytał o to jak się nazywa ta siostra.
Waldemar: Jak?
Bortar: Roesga.
Waldemar: Bardzo ładnie. Będę jej to szeptał do ucha przy forsowaniu piczy.
Bortar: A ta półszyszkojadka nazywa się Mikre’kir, jeżeli cię to też interesuje.
Waldemar: Te szyszkojady mają zawsze takie miłe dla ucha dźwięki jako swoje imiona. Jest to aż obrzydliwe. Jeszcze jedna rzecz mnie nurtuje. Dimm poradzi sobie z Ogrobijami?
Folddel: Łysa Główka może zrobić mu rewoltę, bo są w sporze. Nie liczę, aby poszedł on ze swoimi na Ogrobijów, chyba że za pełne kufry złota. Krah Topór nie pójdzie na Ogrobijów, jeżeli Krwawojatek będzie ich bronił. W takim razie… nie mam pewności, ale Topór może też być przeciw wojnie z Ogrobijami albo nawet pokusić się o własny klan. Z nim Dimm może mieć kłopot, więc tu dużo zależy od Grommila. Nieśmiertelny tak jak służy Dvilfowi, tak będzie wierny Dimmowi, więc zabierze swoich wojowników na wojnę z Ogrobijami. Vegthun „Młody” Lirkorgrussonn pewnie będzie tak samo wierny jak Nieśmiertelny. Nie zrobi niczego, co byłoby wbrew klanowi, w końcu jest związany więzami krwi z samym Bokobrodym.
Bortar: Pozostaje sprawa Kroppa.
Waldemar: Chyba Krippa.
Bortar: Aj. Jak zwał, tak zwał. Brat Dimma mógłby wziąć klan, bo ma duże poparcie. Dimm musi zyskać sławę, a to może być ostatnia okazja. Jeżeli teraz ją zawali, to cały plan kobold moczem strzeli. Waldemarze… my potrzebujemy krasnoludów, aby nie stracić pozycji w regionie. Lemiesz zrobił swoje, teraz na nas kolej. Zyski same się nie zrobią.
Waldemar: Jeszcze nie obiecuję, ale wydaje mi się to wszystko warte przemyślenia. Prześpię się z tym dwie noce, zamienię słowo z synem, wydupczę kilka chętnych dziewek i rozmówię się z wami, jeszcze nim górale do nas przyjdą.
Bortar: Od 30 dnia lata będziemy się spotykać u mnie, aby dogadać szczegóły i wybadać grunt wśród dowódców. Zaproszę kilku znaczących piastunów, niech nie będą wrodzy w razie czego. Nawet ten cały Klemens się nada.
Folddel: Niech tylko dyskusje będą w kuluarach, a nie na forum. Nie wprowadzajcie we wszystko synów i przybocznych, bo sprawa jest śliska i można się skrzywdzić.
Waldemar: Aj… Racja. Rozmówiliśmy co trzeba. Jak rzekłem, prześpię się z tym dwa dni i dam wam znać jeszcze przed naradami. Bywajcie!
Bortar: Słodkich snów i mokrych cipek. Bywaj!
Folddel: Bywaj!
Narrator: Twarze krasnoludów znów spowiła mgła, a następnie głucha ciemność, gdy tylko postać Waldemara opuściła salę w sposób odwrotny do pojawienia się w niej. Cienie zaczęły się ze sobą mieszać, a po chwili widać było, że cała narracja zatacza pętlę i scena powtarza się od samego początku, jak chwila z której nie można się ocknąć.
Ból głowy, szarpnięcie, jakieś niezrozumiałe głosy i kolejne szarpnięcie. Blask, ból głowy, szarpnięcie, śmiechy i jeszcze jedno szarpnięcie. Ból życia, to dobry znak. Jęki dookoła, ciemność, ból głowy, delikatne odstawienie i gwar. Blask rozpalonego kandelabru, smak zaschłej krwi i dymu w ustach, wibrujący ból głowy i twarzy, dysputa w języku kamiennym. Blask rozpalonego kandelabru na środku stołu, którego światło walczy o prymat w izbie z tym wypadającym przez wąskie okna wysoko na ścianach, sporna dyskusja krasnoludów siedzących przy stole pod oknami i tych na ławach umieszczonych przy ścianie naprzeciw okien. Ciepła skóra pod rzycią, miękkie futro za głową, ale głowa boli. Pięciu krasnoludów przy stole, a na środku odziany w kolczugę dość stary krasnolud z gęstymi włosami zaplecionymi w warkocze i częścią włosów rozplątanych i rzucających na jego twarz grzywę sięgającą blond brody. Krasnolud ukrywał bliznę ciągnącą się od czoła, przez lewą skroń, do policzka w którym miał srebrną płytkę miast skóry. Otulony karmazynową peleryną trzymał pokrytymi tatuażami rękoma gorący napitek, a do głowy przykładał jakąś wilgotną szmatę. Lotor Grzywacz patrzył na dverga siedzącego na szczycie stołu ze swej lewej strony mijając spojrzeniem dostojnie ubranego w karmazynową koszulę i pelerynę i ozdobionego złotem krasnoluda z szerokimi dłońmi złożonymi na różowych policzkach przebijających z siwej brody zaplecionej w trzy koki.
Spojrzenie Lotora mijało niezauważenie krasnoluda po jego lewej stronie i kierowało się na mówiącego akurat gospodarza Sal Førstseptu – obitego na pociągłej twarzy ciemnowłosego i przykładającego okład do wystających z czaszki świeżych guzów Karliga. Opuchnięte usta nie przeszkadzały mu w mowie kierowanej do krasnoluda siedzącego na przeciwległym szczycie stołu. Akurat Karlig zerknął raz na krasnoluda siedzącego po prawej stronie Lotora, lecz ten bardzo biały na brodzie, łysy na głowie krasnolud nie mógł odwzajemnić tego spojrzenia, ponieważ w oczodołach miast oczu miał sporej wielkości brązowe kamienie szlachetne z czarnymi inkluzjami przypominającymi źrenice. Jego poparzona twarz i niemal wypalony nos były odziane cieniem od karmazynowego kaptura naciągniętego na głowę. Skrzyżowane na piersi stare pomarszczone dłonie były równie poparzone jak twarz.
Karlig jednak kontynuował mowę skierowaną do najaktywniejszego interlokutora z przeciwległej strony stołu. Odzianego, odmiennie od reszty, w ciemną szatę zdradzającą skromność, która komponowała się z jego pofalowaną antracytową brodą i włosami, dostojnie błyszczącymi w świetle. Słuchał on Karliga wbijając w niego węglowe oczy, lecz na ustach miał uśmiech pogardy.
Ksawery przypomniał sobie swoje imię, a także to, że żyje i jakiś czas temu miał mocne spotkanie w pięścią Jovina Czachotarcza. Siedział z boku ławy na miękkiej skórze, a za bolącą głową miał jakieś miękkie futro. Przed nim przy stole siedzieli piastuni, lecz przechył głowy w lewy bok zdradził, że na ławie siedzą również czterej dvergowie, a dalej za ławą na oddzielnym fotelu pucołowata siwobroda kobieta odziana w karmazynową szatę pod napierśnikiem podnoszącym jej obfity biust. Słuchała przemowy Karliga nie podnosząc na niego wzroku, a wbijając go raczej w skórę niedźwiedzia leżącą na podłodze między ławą, a otwartą stroną stołu. Podbite oko kobiety świadczyło, że była w domu Ferdinandssonnów.
Podobnie jak wzrok kobiety w skórę niedźwiedzia wbite było spojrzenie obandażowanego całego na twarzy krasnoluda, którego ubogi wełniany strój był umazany zaschniętą i sczerniałą krwią. Ręka na temblaku i usztywniona na stołku noga świadczyły, że dverg dość poważnie przeżył wydarzenia z okazałej rezydencji przy Markt in der Geschlossener Bezirk. Ksawery jednak od razu rozpoznał w tych obandażowanych rysach twarzy Zajęczego Zęba, chociaż ten przeglądając się swemu odbiciu w wodzie mógłby nie wiedzieć na kogo patrzy. Obok Zajęczego Zęba siedział wpatrzony w mówiącego Karliga mocarny, acz najmłodszy z obecnej tu rasy krasnoludów zawadiaka z rudą brodą. Odziany w pełną zbroję zdobioną runicznymi tytułami Córek trzymał przy stopie spory młot, a na twarzy grymas niezadowolenia.
Na środku ławy siedział rudowłosy, piegowaty Karev z zaciekawieniem patrzący raczej na reakcję słuchaczy, a nie na mówiącego krasnoluda. Jego znoszony, acz wciąż dobry podróżny strój i buty był odświeżone, podobnie jak opatrunek, który miał teraz na głowie. Zaraz zaś przy Ksawerym na ławie siedział z opuchniętym policzkiem ciemnowłosy krasnolud o niezniszczonych pracą dłoniach, noszący miast zbroi pierścienie i bogato zdobiony pas. Podobnie jak Karev analizował reakcję, a nie sam słowa, chociaż robił to o wiele bardziej dyskretnie od ostentacyjnego Pieśniarza. Trudelloch pogładził opuchnięty policzek, a Ksawery przypomniał sobie jak bardzo boli go głowa.
Karlig: … i dlatego od którego się zaczęło, na tym się skończyło po przejściu wszystkich stadiów ewolucji moralnej, a to, że nie wynika to z mitu Koszałka Opałka, który swoją drogą jest zbyt wczesny, aby to ująć, nie znaczy, że jest to opowieść epizodyczna. Handlarz jest takim samym rozwojem moralnym Pasterza, jakim rozwojem jest Rzemieślnik dla Kowala.
Zwerk: Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że tę opowieść spisano przy użyciu run min-dre, które w tym kontekście heurystycznym, wskazują intencje raczej jednorazowej działalności Pasterza, a nie zmiany jego profesji lub zajmowania się daną czynnością dłużej.
Karlig: Takim rozumowaniem Wojownik nie byłby obrońcą ludu, a tylko raz miałby stoczyć bitwę z gigantem. Szanowny Zwerku, to absurd. Przecież jego wyprawy rozpisane są w osiemdziesięciu mitach i w blisko dwustu kolejnych odnaleźć można korespondencję do bezpośrednio nieopisanych.
Zwerk: Mógłbym się zgodzić, gdyby była tylko jedna wersja zapisu tej opowieści, lecz tak nie jest. Częściej rozpisuje się je w runach przez mellomdir, niż przez min-dre. Tutaj mamy raczej błąd niektórych przekazów zdradzających, że niekiedy bezokoliczniki mają swoje meta poziomy w pewnych starych zdaniach.
Karlig: Byłoby tak tylko, gdyby stosować różne logiki wykładni, a co gorsze dokonać jakiego prymatu teleologicznego przed funkcjonalnym. To nieporozumienie. Mellomdir ma wykorzystanie przy podmiotach mających zmianę psychosomatyczną, które jawią się w epifaniach półotwartych. To nie są meta poziomy lingwistyczne, tylko wyraz zdziwienia pisarzy starych run.
Zwerk: Jeżeli byłoby tak jak mówisz, to mielibyśmy jakiś uporny konsensualizm zbudowany na alegoryczności runicznej narracji.
Karlig: Nie ma tego problemu, gdy przyjmiemy model dynamicznych zmian moralnych. Z resztą! Poparz na doskonałą egzemplifikację tego z naszego życia. Jak daleko ludniejsi są czciciele Handlarza, nad Pasterzem? Podstawowa zasada, skoro już napomniałem o Koszałku Opałku: Ojciec błogosławi sukcesem i przemawia do nas przez historię.
Raggor: To pierwsza zasada dla ludu. Pierwsza zasada w ogóle, to „Szanuj Ojca” i jest to zasada Córek.
Mird: Ciekawe, moi młodzi ziomkowie, iż nie toczycie sporów o to, że Córki stały się Siostrami. To byłoby dopiero słuchowisko.
Karev: Godne pieśni, by wybrzmiewała tak dumnie jak dumnie walczą tryki na graniach
Gdy szczęk żelaza słychać w naburmuszonych tromtadracją zdaniach
Raggor: Jak na tak pokiereszowaną twarz cały czas masz dobry głos Pieśniarzu.
Karev: Nos, zatoki i szczęka
Bez nich pieśń to udręka
Póki całe, tedy głośny
Dźwięk z ust leci znośny
I może drążyć serca z kamienia nie gorzej, niż oskard drąży skałę.
Karlig: Może jednak wrócimy do poważniejszych tematów?
Raggor: Jak takich, że tolerujesz, że lud kłania się w pas przed ludziem zamiatając trakty z błocka swoimi brodami?
Karlig: Traktując poważnie twą wypowiedź Raggorze, zapytam czyś aby nie zauważył, że ulice w Geschlossener Bezirk są wybrukowane? Dzięki temu brud trafia do ścieku, a nie na brodę, a łaźnia sprawia, że w brodzie nie znajdą się wszy.
Raggor: Wy się tu kurwicie, a ludzie się śmieją! Drugi raz zawitałem do tego upadłego miasta i drugi raz żałuję. Burdel na burdelu, rynsztoki pełne spermy i obrazy czci Córek. Co za ojciec godzi się na to, aby jego córka puszczała się? Za to kutas na pień i toporek.
Karlig: Najedzony krasnolud - twój klan może jeszcze tego nie zna w pełni - miewa głupie zachcianki. Zważ jednak, że mówisz o koniecznym marginesie, a nie głównej zasadzie. Może dzięki temu serce naszej społeczności może mnożyć się na chwałę Ojca.
Raggor: Bawi mnie niepojęcie, że nie mówisz nawet „klan”, tylko „społeczność”. To dowód, że nisko upadł lud. Oj nisko… Nie ukrywam, że gdy widzę upadek, mam zawsze ochotę ręką chwycić i przytrzymać, aby nie upadło doszczętnie, a mój uchwyt chociaż pomocny, to wierz mi, że bardzo boli.
Lotor: Gdybyś Raggorze był bardziej ostrożny, to nie szastałbyś argumentem z klanu, gdy nie masz pewności, że wszyscy macie przynajmniej jednego wspólnego przodka w piątym pokoleniu wstecz oraz arrogację do niego. Bokobrodzi to dziś dwa, może nawet trzy lub cztery klany, które korzystają z tej samej nazwy i mają tego samego erilara.
Zwerk: Nie potrzeba tak surowych wymogów, bo były one potrzebne tylko dla pierwszych klanów. Piastuni już w czasach sprzed upadku Svirtbēṯ wskazywali na faktyczną arrogację, gdy żyje się „jakoby jeden klan”.
Goltor: Tak, przez to mamy prawo Siódmego Dnia po Ojcu. Mógłbyś Lotorze zapoznać się kiedyś z dyskursem w tym zakresie, bo trochę wstyd kończyć wiedzę na podstawowych tradycjach runicznych. W obronę jednak biorę twój sąd w sprawie, gdyż rzeczywiście powinniśmy wrócić do tradycji swoich ojców w tej kwestii.
Lotor: W takim razie dopytam cię znawco praw. A te inne runiczne tradycje to pochodzą od królów czy uzurpatorów?
Goltor: Od mądrzejszych od nas.
Lotor: Dziwne, że Raggora tak oburza ludzki książę, a nie oburzają go uzurpatorzy z królestw Gór Środka Świata.
Mird: Lotor ma rację. Trzeba znać umiar. Uzurpatorzy to najgorsze zło, które skłóciło nasz lud, a ludzcy władcy to oddzielne światy, które z naszymi tylko się stykają, miast próbować nas pożreć. Siódmy Dzień po Ojcu to prawo wciąż nieobyczajne.
Goltor: Nie ode mnie zależy, że juryści run częściej w królestwach są, niż poza nimi.
Mird: Nie dbam o to jak bardzo lubisz prawa mój ziomku, lecz zadbaj o to, aby nie dawać młodym piastunom złego przykładu.
Goltor: Niech nikt mnie źle nie rozumie! Nie uznaję uzurpatorów i plwam na nich, lecz pomny jestem tego, że z Gór Środka Świata wszyscy jesteśmy i tam też dzieje się nasza tradycja. Jedyny król na jakiego się zgodzę, to Piast.
Karlig: Piast jedynym królem być może!
Raggor: Ojcze daj nam Piasta!
Mird: Ay!
Karev: Niechże wrócą nasze dni chwały
Gdy góry pięty Piasta całowały!
Zwerk: Przestańcie. Smutek mnie ogarnia, gdy myśli moje drążą tę zdradę, a dziś nie trzeba nam brodami łez zbierać. Jak Ojciec da, to Piast powróci.
Brina: Bracie, przecież jeden Piast zawsze w ludzie żyć będzie. Wiem, że on żyje, tylko nie wiem jaką ma brodę, ale oczy widziałam. Ma w nich marmur, węgiel, miedź, żelazo, srebro i złoto. Obudzi się uśpiony Piast i zetnie głowy uzurpatorów, tak jak niegdyś głowa Króla Błystka była ścięta.
Gwar zamilkł na dłuższą chwilę, gdy krasnoludzkie miny od smutku przeszły do nadziei. Głębokie oddechy wzruszające blask pełgających świec kandelabru i jakieś cienie przechodniów za oknem uzupełnionym szkłem, w którym pojawił się refleks. Ból głowy mijał i stało się jasne, że oto w jakiejś piwnicy zebrali się wszyscy piastunowie krasnoludzkiej armii. Wydarzyło się coś niedobrego.
Trig: Wffyffy ffekamy na Piafta, a fo fo klafów, fo my Ogrobije chyba jako jefyfi w Fåkefjell jeffeśmy klafem, a fie zbiorem rofów.
Mird: Cóż to za nowy głos pojawił się w naszym gronie. Takiej barwy jeszcze nie słyszałem, a takiego seplenienia nawet u małych kamyczków nie uświadczyłem.
Lotor: Trig, a powiedz „dodawanie”.
Trig: Fofawafie.
Karev: Ha! Aż wytrąciło mnie to z lirycznego letargu. Widać, że nasz Zajęczy Ząb stracił swój zajęczy ząb. Na Ojca! Trzeba dać Trigowi za brodę chwycić i szukać dla niego nowego miana, bo stare już nie wypada.
Trig: Barfo śmieszfe.
Lotor: Na szczęście bracie piastunie nic ci się nie stało podczas tej pijatyki u Ferdinandssonnów, a bruk rynku doskonale zamortyzował twoje wypadnięcie z okna.
Trig: Wypchnięfo mfie!
Karlig: Ja już tego nie widziałem.
Raggor: Nie nazwę tego wypchnięciem. Vutar po prostu wziął Triga i wyjebał go przez okno razem z oknem, a że wysokość była znaczna, tak mamy Triga, a nie mamy jego słynnego zęba.
Karev: Chwytajmy się za brody, bo oto siedzi przy nas Trig „Bezzajęczy Ząb” Murburssonn.
Trig: Jak już wyfobrzeje, to ifaczej pogafamy Karev.
Lotor: Nie widzę tu możliwości innego dialogu. Już tak ci zapewne zostanie do końca dni, bo nie słyszałem o tym, aby zęby krasnoludów odrastały, jak u jakiegoś szczuroludzia. Ty Trig to nie jesteś jorem. Chociaż… tak… tak myślę. Nie o twoim pochodzeniu, nie krzyw się tak. Może rozmówimy się z tym cyrulikiem, aby wstawił naszemu Trigowi jakąś protezę zajęczego zęba. Wtedy i przydomek może wrócić.
Karev: Ay! Wtedy będziemy mieć piastuna Triga „Znów Zajęczego Zęba” Murburssonna.
Brina: Dość! Każdy swoje powiedział w tej kwestii, a nikomu nie jest wstyd. Wstydzę się za was, skoro was ominęła ta sztuka. Pijatyki mają swe obyczaje, ale nie jest obyczajnym, aby je czynić w takich momentach i tym bardziej nie w takim gronie, a jak już w takim gronie, to niechże chociaż w ciszy leczą się sińce i złamania. Właśnie z powodu niepohamowania żądz ubyło naszej armii jednego sprawnego wojownika. Boleję wraz z tobą Trigu. Jeżeli kiedyś przez to dvergowie poginą, to ze wstydem będziecie patrzeć na mury Sal Biesiadnych, które będą zbudowane z waszych szyderstw i jeżeli jakimś cudem przeskoczycie te mury, to nie liczcie, że kiedyś podam wam strawę.
Mird: Może nawet mięsiwo będziesz wyjadać nam z półmisków?
Brina: Rzucę je wiernym psom chadzającym między stołami.
Zwerk: Nie kujmy tego żelaza, klinga z niego już nie powstanie, a jak powstanie to tylko, aby nas kaleczyć. Każdy coś dostał wczorajszej nocy siostro. Najczęściej z tego co widać był to solidny cios. Daj nam chwilę dowcipu, bo nim dojdziemy do końca naszego zebrania już tak miło nie będzie, a później jeszcze mniej miłe rzeczy czekają. Och! Najmłodszy z piastunów jeszcze nie zabrał głosu. Coś cicho siedzisz Trudellochu, ale oczyma lustrujesz nas, aż wznosi się krzyk.
Trudelloch: Głos zabieram tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Niczego koniecznego tu nie było.
Mird: Daj posłuchać młodemu słów starszych piastunów Zwerku. Nikt od pierwszego dnia nie dochodzi do pełnej wiedzy, ani tym bardziej do czci wymaganej do tego, aby być słuchanym. Grommilssonn uczciwie milczy, bo nic mu do dysput o teologii.
Zwerk: Zauważmy jednak, że Trudelloch nie jest najmłodszy wiekiem, lecz tylko praktyką i to głównie dlatego, że bardzo późno ją zaczyna. Do tej pory Ksawery był najmłodszym piastunem, a z przyczyn oczywistych do jego wieku się nie odniosę. A teraz mamy… w sumie w zasadzie to nie wiadomo kogo mamy.
Lotor: Co ci pałęta myśli Zwerku? Nie znasz Trudellocha? Nie wiesz, że Mordbur „Sędziwoświatły” Drudssonn miał dane mu prawo wyznaczenia następcy po zmarłym piastunie? Śmierć Beatrycze…
Brina: Niech w Salach Biesiadnych podaje najlepsze jadło swych przodkom, mężowi i dzieciom.
Lotor: … była niespodziewana, ale prawo jest prawem.
Zwerk: Nie mam uwag do prawa, tylko do jego egzekucji. Popatrz Lotorze i wy wszyscy popatrzcie, że my piastuni zawsze kimś jesteśmy. Wróżka jest matką, Prawy jest górnikiem, Pieśniarz jest wojownikiem, podobnie jak ty Lotorze i oczywiście piastun Mird. Trig jest pasterzem, a ja, Raggor i Ksawery jesteśmy rzemieślnikami. Nie słyszałem jeszcze o piastunie, który byłby politykiem. Co to w ogóle za zajęcie? Nie jest ono godne, a piastun to godność.
Raggor: Nie zapominaj o tym, że Karlig też jest nikim. A przepraszam! On jest „Handlarzem” i sprzedaje swój lud w niewolę przyjemności.
Karlig: Mylisz mnie Raggorze z kimś, kto by poważnie traktował twoje zarzuty. Zadam ci takie pytanie, może nabierzesz powagi przez odpowiedź: Ilu krasnoludów było w górach oraz w mieście przed Złotym Rajdem, a ilu po nim? Czy u ciebie, w najbogatszym z górskich klanów, kobiety mają liczne potomstwo? Coś mi się wydaje, że nie. U nas nawet biedota rodzi zdrowe dzieci, a w górach biedota nie jest w stanie przeżyć srogiej zimy. Czy uznasz w takim razie, że Pasterze, Górnicy, Rzemieślnicy i Wojownicy lepiej prowadzą swój lud, niż „Handlarz”?
Raggor: My jesteśmy przynajmniej dvergami, a wy jesteście kpiną z naszych świętych tradycji. Masz przydomek „Piastun”, bo nie ma tu nawet innych piastunów. Kpina po stokroć na młot Kowala. Ile owiec pasłeś Karlig?
Karlig: A ile razy trzymałeś w gołym ręku żagiew żelaza?
Raggor: Mam do tego obcęgi.
Karlig: A ja mam do tego ludzi. Dosłownie ludzi.
Brina: Dość! Budujecie tymi sporami wysokie mury. Niebawem będą tak wysokie, że nie będzie nawet zza nich słychać wiwatów na cześć przodków.
Mird: Ay! Nie bądź taki porywczy Raggorze. Fanatyzm nie zastąpi ci myślenia, a fanatyzmem najłatwiej się zaślepić. I mówi ci to ślepiec.
Goltor: Nim będziecie tak żywo bronić dla odmiany Trudellocha, to pragnę wam przypomnieć, że prawo musi być każdorazowo wsparte dobrym obyczajem, a nie pamiętam, aby ktoś poruszał w naszym gronie kwestię podniesienia „Cwanego” do godności piastuna, a już na pewno sprawa ta nie była dyskutowana na Eldekhrav.
Zwerk: Niegdyś zaufaliśmy w mądrość Sędziwoświatłego w tej kwestii, a przecież takie sytuacje się już zdarzały.
Goltor: Masz rację mój ziomku, że się zdarzały, ale w sytuacjach szczególnych, a śmierć piastunki nie jest sytuacją szczególną, wbrew wcześniejszej mowie Grzywacza.
Raggor: Sytuacją szczególną jest to, że piastunka puściła się nie wiadomo z kim, a wobec tego została pokarana powiciem potwora. Wdowa po Karevie „Pieniorąbie” okryła się hańbą, podobnie jak wszyscy ci, którzy mogli, a nie strącili bestii z urwiska.
Lotor: Zważaj na swe słowa Raggorze. Targasz dobre imię Ptaszyny, a ojciec dziecka nie będzie zachwycony, gdy dowie się, że kaleczysz prawo przynależności do klanu jego oseska.
Raggor: Plwam na to. Jeżeli chciałby mego szacunku, to ożeniłby się z Ptaszyną, miast rugać jej łono.
Zwerk: Nie pamiętam, aby istniał nakaz zrzucania bękartów z urwiska.
Raggor: A zakaz znasz w tej materii?
Goltor: Tutaj sprawa jest delikatna, bo dziecko to ponoć żywa bestia wypełniona żyłami magii, które wzbudziła wiedźma. Jeżeli ktoś miałby mieć zarzut do Beatrycze, to tylko taki, że nie uchroniła dziecka przed magią, a do Trudellocha, że nie wykrył spisku wiedźmy.
Zwerk: Jeżeli prawdą jest co mówią, to bogactwo wiedźmy oślepiło następców Adbora. Nie wyciągnęli oni wniosków z przypowieści o królu Błystku.
Karev: Czyń runy Runotwórco, miast oskarżeń i jadu
Nikt wszak nie robił z wiedźmą układu
Brina: Rację ma Pieśniarz mój bracie. Gdyby wiedźma nie była wiedźmą, to by nie oszukała Krwawojatka. Mądrość dverga nie obroni się przed czarami, a Siostry nie dają każdemu trzeźwości, nawet gdy potrzeba tego jest wielka. To tak nie działa.
Trig: Ffrafa Beafrycze fo fla fas piaffufów wielki ciof. Fa śmierć boli barfiej, niż moje fiefaffużofe rafy.
Karev: Nie umiem być poetą, gdy Trig przemawia. Jest to zbyt komiczne.
Zwerk: Za chwilę mi wszystko opowiecie jak to było. Przyda się wspólna w miarę dokładna i co najważniejsze spójna relacja.
Karlig: Co tu opowiadać? Była pijatyka i stąd tyle zamieszania.
Zwerk: Powtórzę. Potrzebna jest jedna wspólna wersja, dla podjęcia sądu w tej sprawie. Najlepiej jak sąd ten będzie poprzedzony obecnością umysłów wszystkich piastunów, aby namysł był nad tym samym, a nie różnymi opowieściami. A ty Trigu nie odzywaj się, bo i tak nie wiadomo co mówisz. Wiem o czym mówisz, ale nie wiem co mówisz. Twoje wypadnięcie przez okno było widziane przez dostateczną liczbę oczu.
Trig: Wypchnięfo mfie!
Karlig: Już to nam mówiłeś. Zauważam jednak, że każde twoje próby aktywnego udziały w dyskusji barwią twoje opatrunki kolorem krwi. Gromrak to znamienity cyrulik i mistrz fachu, lecz nie jest cudotwórcą. Gdzieś jest granica słów po których stracisz przytomność, a niekoniecznie chciałbym sprawdzać gdzie ona leży. Z uwagi, że sam ci chyba kilka razy przyłożyłem, pozwól, że sfinansuję ci tę protezę zajęczego zęba.
Trig: Fie pofrzebuję fwej fafki. Obęfę się bef fiej. F reszfą fo fie jeff ważfe. Ważfe fą wfiofki fe fpofkafia.
Goltor: Masz rację, ale miałbyś więcej racji, gdybyś milczał.
Karlig: Wracając do kwestii nowego piastuna, to sytuacja może nie jest wyjątkowa, ale z uwagi na dane przez wielu z nas słowo sędziwemu nauczycielowi starych run, nie powinniśmy kwestionować jego wyboru. Dostrzegam, że miał do tego prawo.
Zwerk: Również to dostrzegam.
Goltor: A ja akurat nie dawałem w tej sprawie słowa. Ufam jednak waszej mądrości, chociaż wolałbym, aby najmłodszy z piastunów nim zacznie piastować ludowi przyjął jakiś tradycyjny status roli w klanie, który wyznacza profesja.
Karlig: Chyba już przyjął, skoro jest „politykiem”. Polityk to rzemieślnik, chociaż polityka to wojna, a prowadzi się ją przez pasterstwo nad ludem, niczym nad stadem.
Raggor: A w twojej denominacji może w razie czego przehandlować lud i tradycje?
Karlig: Sam sobie to dopowiedziałeś i jest tak mądre jak twe wcześniejsze wypowiedzi.
Zwerk: Nie drążmy tej skały, bo zbyt wiele sklepień wspiera się na niej, a złota w niej mniej, niż koszty strat.
Raggor: Cześć dla Handlarza nigdy naszemu ludowi nie służyła, podobnie jak wprowadzanie zmian w naszym życiu. Wszystko zaczęło się od sprowadzenia świń z krain ludzi. Kto to słyszał, abyśmy w górach hodowali świnie? I co? Trudssonnowie, którzy te świnie do Tåkefjell poginęli w pożarze, gdy świńskie kojce zajęły się ogniem. To niesłychane, że i dziś zdarza się, że kto świnie trzyma. A Jare Bobki? Lichwiarze przeklęci! Miast pasterzyć jak Pasterz przykazał, to poczęli jeszcze za czasów swych dziadów pożyczać na nieuczciwy procent i dzierżawę przez pośredników z obcych klanów, aby u siebie podatku nie płacić. Ogień strawił ich włości ku chwale Ojca.
Brina: To zakrawa o bluźnierstwo przez złorzeczenie. Włości Jarych Bobków spalił elf! Widziałam to w wizji.
Mird: Może źle dojrzałaś symbole tej wizji. Raczej jakiś dłużnik wolał wziąć sprawy pod swą brodę i podniósł rękę na bliźnich.
Goltor: Przesłuchaliśmy wszystkich dłużników i wszyscy przysięgali na Ojca, że to nie oni, a także przysięgali ich dziatki i krewni, że w obronę swoich nie brali tą metodą.
Mird: Ufam raczej, że ktoś ze strachu wolał zamknąć przed sobą drzwi do Sal Biesiadnych, niż przyznać się do winy. Kto ogień podkłada, ten stokroć grzeszy.
Brina: Powiadam wam ziomkowie, że to był elf. Słyszałam jak nazywany jest on „Długouchim” przez Siostry i słyszałam jak dają one talent Pogorzelcowi, którego babka w kołysce przed ogniem swym ciałem okryła, aby talentem w cięciwie i strzałach mógł wywrzeć zemstę. Ulf „Pogorzelec” Jary Bobek kiedyś znajdzie tego elfa.
Raggor: Nie ważne jak to było, ważne że Ojciec dopuścił ogień do Handlarzy. Nie ma przypadków, są tylko znaki, a reszta to milczenie.
Trudelloch: W takim razie ja przemówię, skoro już Runotwórca mnie wywołał, a Prawy tak słodko mu wtórował, przy aplauzie reszty piastunów Bokobrodych…
Zwerk: Nie będzie to konieczne patrząc po siedzącym obok ciebie Ksawerym. Chwalmy dzień Svardød piastunie Piwowarze! Niech ci jadła nie zbraknie.
Wszystkie spojrzenia trafiły na Ksawerego, który już ocknięty zupełnie mógł doskonale zrozumieć ból twarzy po uderzeniu którego doświadczył. Zapadła cisza przy której krasnoludowie poczęli odkładać swoje mokre okłady, gorące napitki i inne drobiazgi, które mogłyby zakłócić coś, co się właśnie szykowało. Kandelabr dawał dostatecznie dużo światła, aby ludzkie oko mogło ogarnąć nawet kąty izby, a światło z okien jeszcze poszerzały zakres widzenia. Dla krasnoludów zaś nie było w tej izbie różnicy żadnej, niż gdyby spotkanie odbywało się w słoneczne południe na rynku.
Karlig: Wczoraj zostałeś obalony uderzeniem Piwowarze, ale cyrulik cię opatrzył i stwierdził, że nawet nie musi krwiaków przebijać, gdyż bardzo dobrze ci się rany zamknęły i nawet nie krwawiły. Widać, żeś dobrze odżywiony... ale co zdziwienia nabrał fleczer, gdy zostałeś tu przyniesiony, to uśmiech na brodzie go nie opuści do końca dnia.
Lotor: Rzekł on „Na Ojca! Jakim strasznym sposobem zdeformowano tego dverga?!” Dopiero po chwili uświadomił sobie, że krasnoludem jesteś w środku, a na zewnątrz masz ciało człowieka.
Zwerk: Przechodząc do rzeczy. Zebraliśmy się tu w podziemnej izbie lecznicy Gromraka Białego w trzydziestym czwartym dniu lata, dniu Svardød. Z uwagi, że nie dokonano wyboru svaglara krasnoludzkiej armii w dniu wczorajszym, a zaszły okoliczności uprawdopodabniające złamanie zakazu szarpibrody, będzie nam dane rozstrzygnąć związane z tym wykluczenia. Z uwagi, że jako jedyny nie byłem obecny z tu zebranych na wczorajszej uczcie w domu Ferdinandssonnów z Geschlossener Bezirk, będę prowadził narady i wysłucham uzgodnionej relacji z wydarzenia, które jak tylko dojdzie do ludzian z miasta, to rychło szyderczo tytułowane będzie „Wojną nieludzi”. Widzę, że chcesz Prawy coś rzec. Tak? Pierwszy głos.
Goltor: Zabieram pierwszy głos w sprawie z uwagi na wydarzenia o których powiadomiono mnie w dniu wczorajszym, a które miały miejsce siedemdziesiątego czwartego dnia wiosny w Warownym Domu Srogotów. Obecny tu piastun Ksawery Piwowar został zobowiązany przez Mordbura „Sędziwoświatłego” Drudssonna do wyjaśnienia ludzkiej emisariuszce, która w konsekwencji okazała się wiedźmą, czym jest prawo usłuchania wezwania. Piastun Piwowar nie był w stanie sprostać temu zadaniu, co budzi moje obawy o to czy jest w stanie piastować. Korzystając ze spotkania piastunów mających kworum decyzyjne wnoszę o rozstrzygnięcie zgody na dalsze piastowanie przez Ksawerego poprzez poddanie go próbie wiedzy.
Zwerk: Wniosek poddaję pod rozwagę. Wyłączam Ksawerego od złożenia uwag. Czy jest ktoś, kto wnosi w tej sprawie jakieś zastrzeżenia?
Trudelloch: Tak. Piastun nie był odpowiednio zawezwany na spotkanie, stąd nie mógł się przygotować odpowiednio do próby.
Lotor: Nie jest obyczajne dokonywać próby w czasie wojny.
Zwerk: Czy są jeszcze jakieś zastrzeżenia? Nie widzę. Drugie zastrzeżenie oddalam, gdyż nie został wybrany svaglar, a poza tym to nie krasnoludowie zostali zaatakowani i nie prowadzimy obrony. Nie jest to więc próba w czasie wojny zgodnie z treścią zastrzeżenia, ani taka, na którą obyczajność powoływać się można. Pierwsze zastrzeżenie również oddalam, gdyż to piastun musi zawsze piastować godność, a nie tylko po specjalnym przygotowaniu się. Wniosek mógłbym oddalić tylko wtedy gdyby piastun Ksawery się tu nie pojawił, a jak widzimy został odpowiednio wniesiony przez balwierzy, którzy oświadczyli, że jest w dobrej kondycji, co przyznał przed chwilą Grzywacz... Przepraszam, nie piastun Grzywacz, tylko Piastun z tegoż miasta. Słucham propozycji próby dla Ksawerego.
Karlig: Niech piastun Ksawery opowie czym jest zakaz szarpibrody.
Zwerk: Słucham zastrzeżenia do propozycji. Z wyłączeniem uwag zainteresowanego.
Mird: Czy piastun zwany tu „Piastunem” zna piastuna Ksawerego?
Karlig: Poznałem go dopiero teraz, dosłownie parę dni temu. Bywał w Salach Førstseptu i piastował.
Trudelloch: Czy przedmówca ma wiedzę o tym, ażeby próbowany nie umiał odpowiedzieć na to pytanie?
Karlig: Nie mam takiej wiedzy.
Brina: Dlaczego wybierane zostało zagadnienie prawne, a nie teologiczne?
Karlig: Ponieważ spotkaliśmy się właśnie w celu ustalenia czy ten zakaz został złamany i jest on w tym momencie najaktualniejszą kwestią dla krasnoludów z armii, która się właśnie zawiązuje.
Brina: Słuszna uwaga.
Zwerk: Propozycja wydaje mi się uczciwa, a piastun Karlig słusznie wyważył aktualną kwestię. Nie jest to zagadnienie zbyt trudne, ale nie jest też dostępne drobiazgowo dla każdego dverga, no i jest to sprawa jak najbardziej bieżąca, bo rozpatrywana właśnie teraz. Próba zostaje obrana. Wobec powyższego piastunie Ksawery, opowiedzcie czym jest zakaz szarpibrody.
Ksawery: Zakaz szarpibrody to zwyczaj godnościowy, sprawiający, że w pewne zachowania między krasnoludami uważane są za nieprzystojne. Naruszenie zwyczaju polega na zbyt gwałtownym zachowaniu wobec niezasłużonych na reakcję, jak np. wszczęcie bójki w domostwie gospodarza, naruszenie czci niewieściej, wypicie całego alkoholu podczas biesiady, zadłużenie się i wymigiwanie się od spłaty. Przez naruszenie traci się godność i podlega swoistemu wykluczeniu. Wykluczenia powinni dokonać na zebraniu piastuni.
Zwerk: Oceń proszę Gollossonnie próbę Ksawerego.
Goltor: Wiedza Ksawerego o prawach, a przynajmniej o tym, jest powyżej wiedzy dvergów i zbliża się nawet piastunów studiujących runy, lecz to wciąż nie ten poziom. Nie dostrzegam niczego, co mogłoby uniemożliwiać piastowania Piwowarowi.
Zwerk: Piastun Mordekssonn.
Karlig: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: Żelazna Broda.
Mird: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: Wróżka.
Brina: Popieram Prawego.
Zwerk: Piastun Zajęczy Ząb.
Trig: Ay jak Prawy.
Zwerk: Strażnik Córek.
Raggor: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: I na koniec zdanie ziomków klanowych. Piastun Grzywacz.
Lotor: Nie zgłaszam zastrzeżeń do zdania Prawego.
Zwerk: Pieśniarz.
Karev: Wobec wszystkich zasadna puenta.
Próba skończona, a decyzja podjęta
Zwerk: To formalna kwestia, muszę mieć jasny przekaz.
Karev: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: Cwany.
Trudelloch: Podzielam ten konsensus.
Zwerk: Również podzielam, więc to solidny konsensus. Jak nikt nie ma zastrzeżeń do przebiegu próby, ani nie zgłasza kolejnych kwestii pod naradę, to chciałbym przejść do sprawy dla której się tu znaleźliśmy. Jak wiecie jako jedyny nie byłem obecny z tu zebranych w domu Ferdinandssonnów, więc ominęła mnie pijatyka. Piastun Karlig wyjaśnił swoją stronę sporu doktrynalnego, który był dyskutowany z Niedźwiedzimsynem, lecz nie będziemy tu rozkruszać wyznań. Opowiedz Karligu o zaczątku wydarzenia.
Karlig: Dyskutowałem z Niedźwiedzimsynem. Była to ostra dyskusja, bo Vergo jest okazał się jeszcze bardziej uparty, niż dekadę temu, gdy go widziałem po raz ostatni. Nic nie wskazywało na to, że rozpoczną się rękoczyny, ale wkroczył Inżynier Złotorodek, który był już mocno dotknięty alkoholem. Najwyraźniej planował tej nocy się upodlić i plan ten mu się powiódł, gdyż włączył się do dyskusji i podniósł moje argumenty na dość niespodziewany poziom. Dość stwierdzić, że tam gdzie budowałem zdania probabilistyczne, tam Inżynier Złotorodek stawiał zdania nawet nie asertywne, lecz apodyktyczne. Gdyby był piastunem, to na pewno wygłosiłby kilka herezji, ale był wtedy zwykłym pijakiem, który ubrał w słowa kilka niepotrzebnych myśli.
Zwerk: Taki poziom dokładności chyba nie jest konieczny. Wyraź wprost piastunie co się działo.
Karlig: Niedźwiedzisyn pchnął Inżyniera Złotorodka tak mocno, że uderzył we mnie nabijając mi tego guza. Inżynier wtedy odbiwszy się do mnie chciał doskoczyć do Vergo, chociaż nie podniósł wtedy rąk do bójki, lecz cios Niedźwiedzisyna ponownie skierował go w moją stronę. Tym razem wpadł tak mocno, że się razem przewróciliśmy i poczułem smak krwi w ustach. Rozjuszony zaczął bić tych, którzy chcieli go uspokoić, a jeden z ciosów posłał Binbura „Topielca” z Gródków na córkę gospodarza Mirralę i chyba straciła właśnie wtedy przednie zęby.
Raggor: Większość biesiadników piła kilka dni z rzędu, więc wyglądało to tak, jakby niektórzy padali po ciosach, a tak naprawdę padali po alkoholu i wstawali, aby walczyć dalej, gdy oponent już walczył z kim innym. Tak Trig i Karlig chyba po dwa razy padali i powstawali. Na pewno Niedźwiedzisyn walczył jednocześnie z kilkoma dvergami i doszło do ataków na plecy, gdy Ogrobije rzucili się do akcji.
Karlig: Tak, Vergo walczył z Bjerrem „Łupaczem” Klitorssonnem, Bortarem-Ferdinandem „Kriegiem” Ferdinandssonnem oraz Brilem Cleegainem jednocześnie, przy czym Bril po którymś strzale w głowę już nie wiedział kogo bije i dostało się ponownie Mirrali. Jak nie straciła przednich zębów od Vergo, to na pewno już po Brilu stała się szczerbata.
Raggor: Każdy z wymienionych zaatakował przynajmniej raz od tyłu i wymierzył podstępnie cios piastunowi Trigowi, chociaż ten szarpał się z piastunem Karligiem.
Lotor: Wtedy też Trig powalił Karliga i jeszcze wziąwszy w garść kufel spacyfikował Bortata. Nie był to jednak z jego strony dobry ruch, gdyż włączył się wtedy Vutar „Gniew Wojownika” z Eiwerk i wtedy doszło do defenestracji piastuna Zajęczego Zęba.
Zwerk: Wszyscy dowódcy z Westwaldu włączyli się do tej bójki?
Karlig: Nie. Tylko tych trzech wspomnianych. Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków ostatnio w ogóle się nie pojawiał publicznie, a podczas bójki chyba nawet zaczął drzemać, chociaż syn mój twierdzi, że dostał w głowę usypiacza. Ja tego jednak nie widziałem.
Goltor: Wtedy też dvergi z Dimedry i z bandy syna Gródka rzuciły sobie do gardeł. Moi ziomkowie z klanu musieli zacząć, bo jeden od Gródka miał rozbity nos.
Karlig: Ta banda to oddział Goltora Siegfrieda Jovinssonn, ale Sigmar o którym mówisz, to miał już wcześniej rozbity nos.
Brina: Nie potrzeba relacji o wszystkich uczestnikach pijatyki, bo było to ponad sto bród. Może dwieście. Nie wystarczy dnia, aby odpowiedzieć o wszystkim, a dowódcy czekają.
Karlig: Tak, rzeczywiście czekają. W zasadzie Runotwórco powinniśmy zacząć od tego, że dowódcy drużyn są pod kluczem w Salach Førstseptu i czekają na nasz osąd w osamotnieniu. Mają czas, aby przemyśleć wczorajsze wydarzenia, które mogą rzutować na wyborze svaglara.
Zwerk: Piastuni „Wróżka” i „Piastun” mają rację. Nie ma co odpowiadać o wszystkim, bo oczekiwanie na sąd nie powinno trwać dłużej, niż między pierwszym a drugim posiłkiem dnia. Skupmy się na działaniach związanych z dowódcami.
Goltor: W sprawie erilara Ogrobijów i dowódców z diaspory, to sprawa jest dość oczywista i nie wymaga dalszego komentowania.
Mird: Tak, jest ona oczywista. Smutna i oczywista.
Zwerk: Przejdźmy do kolejnych uczestników. Kto się tam jeszcze z kim zmagał?
Lotor: Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn i Lur „Wybiząb” Dimssonn, tylko że ono to pobili się dla zabawy i przy okazji ja zarobiłem lewego sierpowego od Wybizęba, lecz wytrącił mi tylko płytkę z policzka. Nie niszczyli wyposażenia domowego i wszystkie ciosy, które spadły na innych były powodowane nieuwagą, a nie wściekłością.
Brina: Potwierdzam tę relację.
Goltor: Wydziałem w zasadzie to samo, więc opowiedzmy o kimś następnym. Widział ktoś w ogóle Dimma Dvilfssonn?
Lotor: Tak schował się pod stół, gdy ława przeleciała mu nad głową.
Zwerk: Tchórzliwe.
Mird: Tak, ale nie zabronione.
Zwerk: To racja. Czy zrobił coś więcej?
Brina: Pełzając pod stołami wydostał się z sali.
Zwerk: Nie będę tego komentował. Niech dowódcy go ocenią.
Lotor: Nie wiem ilu dvergów to widziało, gdyż większość była zaabsorbowana walką.
Brina: Jego brat to widział.
Goltor: Nie jest to jednak nasza sprawa. Rozpatrujemy zakaz szarpibrody.
Zwerk: Kolejny. Może Krwawojatek dla odmiany.
Lotor: Siedział i zagrzewał różnych do boju, a z ciosów, to tylko dał po gębie Jovinowi.
Karlig: Kiedy to było?
Lotor: Już nieprzytomny leżałeś pod swoimi ziomkami z miasta.
Karlig: Jeszcze biegającego Jovina pamiętam.
Lotor: On też bił dla zabawy, ale bardzo honorowo, zawsze z rozmówieniem się lub odpierając atak.
Zwerk: Ktoś to jeszcze widział?
Mird: Akurat dobrze siedziałem, więc słyszałem, że rzeczywiście wymieniał słowa przed ciosami. Szczególnie z Trudellochem. Jak to było… ach, no przecież. „Niedźwiedzisyn położył już czterech, Vutar i Ragnarrak po kilku. Co robić bracie?” No i odpowiada Cwany. „Bij po mordzie.”
Goltor: Chyba wtedy zrobił rundkę po sali i obalił trzech ze swego klanu, w tym Ksawerego. Rzeczywiście przy każdym stanął i coś powiedział. Kilku obalił po uniknięciu ciosu. Bił się jak na syn Wojownika.
Mird: Nawet wrócił do Trudellocha, który podliczył mu siedem zwycięstw. Chyba wtedy nie było już z kim walczyć, bo wszyscy byli pozajmowani, więc Cwany powiedział mu, aby i jego rąbnął, bo inni mają więcej zwycięstw.
Zwerk: Potwierdzasz to piastunie Trudellochu? Z resztą na twojej twarzy widać dowody.
Trudelloch: Nie będę temu zaprzeczał.
Lotor: Tak było. Karev też od niego dostał.
Karev: Powiedział mi, że od poezji woli opisy bitew. Później przez chwilę widziałem ciemność, ale uznaję to za zabawne.
Zwerk: No i Jovina w końcu dopadł jego ojciec?
Lotor: Jakoś się zdarzyło, że biegał jeszcze on chwilę po izbie i Krwawojatek go pacnął, bo najwięcej swoich pobił.
Zwerk: Nie ma w tym niczego zdrożnego.
Goltor: Jovin, Adklitor, Lur, Dimm i Grommil nie uczynili niczego zdrożnego w ramach zakazu. Kto nam jeszcze został do opowiedzenia? Hoggkun, Krah, Kripp, Torrak, Vegthun. Kogoś na pewno pominąłem.
Mird: Jeszcze Ragnarrak.
Goltor: Tak. Z nimi to będzie wszystko. Nie widziałem jednak zmagań nikogo z nich.
Lotor: Ja również nie kojarzę. Może prócz tego, jak Vegthun „Młody” wziął ze swoimi i przekopali ostatecznie tych zawadiaków od syna Gródka. Mieli przewagę liczebną, ale tamci wcześniej rzucali w nich stołkami i dzbanami.
Brina: Tak, rzucali i nawet jeden z dzbanów uderzył mnie pod oko.
Zwerk: Rozbił się na tobie Wróżko?
Brina: Był z żelaza. Tylko wgiął się od strony dna.
Karev: Jak stawali, tak dostawali.
Zwerk: Hoggkun, Krah, Kripp, Ragnarrak i Torrak.
Raggor: „Łysa Główka” też skupiony był na przekopywaniu tych od Gródka, w końcu tamci zaczęli głównie z jego wojami. Chyba raz czy dwa jego ciosy spadały też na swoich, ale to z powodu nieuwagi.
Zwerk: Zostaje nam tylko ostatnia czwórka.
Lotor: Krah siedział z Krwawojatkiem i podobnie jak on zagrzewał do boju. Jedyny cios jaki widziałem, to klepnięcie po plecach jakie uświadczył od niego Grommil, gdy tylko obalił niesfornego Jovina.
Zwerk: Kripp?
Brina: Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn gdy tylko jego brat wypełzał z sali, to wyskoczył za nim, aby go zrugać. Jeżeli doszło do rękoczynów, to poza salą, więc i tu nie będzie złamania zakazu.
Mird: Słyszałem jego obraźliwe wyzwiska wobec starszego brata. Chyba Dimm poza salą jakoś dalej salwował się ucieczką.
Zwerk: Co robił Ragnarrak?
Brina: Widziałam jak zaatakował w złości krasnoluda przy pieczeni.
Karlig: Za co?
Brina: Chyba za nic.
Raggor: Niespodziewanie uderzył wiele razy Łamacza Kości z klanu Srogich Pięści, ale nie wiem dlaczego.
Karev: To ojciec Bestii od Beatrycze.
Raggor: W takim razie miał dobry powód. Nierządnik zbezcześcił łono Ptaszyny, więc poniósł zasadną karę.
Goltor: Bzdury pleciesz. To nie jest powód, aby kogoś bić w obcym domu i jeszcze niespodziewanie. Zachowuj rozeznanie Raggorze w tej sprawie.
Zwerk: Ktoś zna może powód?
Karev: Łamacz Kości jest w drużynie Czachotarczów, a ci lepiej spisali się na manewrach od Pogromców Orków. Ah!
Nie wykluczajmy zawiści, gdy wpadnie już w oczy.
Jak raz w nie wpadnie, to do zguby wnet patrzący kroczy.
Brina: Dalej z drużyny Jovina dvergowie rzucili się na pomoc Łamaczowi Kości, ale „Nieśmiertelny” był mocniejszy od nich wszystkich. Nie widziałam, aby Jovin do niego dobiegł, a to mogło być wydarzenie.
Zwerk: Co się w ogóle ostatecznie stało z Niedźwiedzimsynem? Jak zakończyło się jego starcie?
Lotor: Była kotłowanina, w której Vergo i Vutar kręcili się jak szaleni odrzucając przyczepionych do nich Ogrobijów i tutejszych. Wiele zębów wtedy wypadło.
Brina: Ragnarrak też się w którymś momencie odbił od tego kotła. Widać, było że śpieszył się, aby jeszcze dopaść ubitego wcześniej Łamacza Kości. Córki mi jednak nie zdradziły jeszcze czemu się to wszystko w jego sercu zadziało.
Zwerk: Nie widzę wciąż powodu dla którego Ragnarrak zachował się w ten sposób. Nie widzę uzasadnienia, ale znam go i nie chcę wierzyć, że doszłoby z jego strony do takiej lekkomyślności.
Goltor: A wierzyłbyś, że Niedźwiedzisyn zaatakuje w ten sposób?
Zwerk: Dogmaty mają swoją wagę, która kruszy skały. No i został w końcu Torrak.
Raggor: A to akurat było zabawne, bo zasłużone. Wszyscy znają Wisienkę, córkę Krwawojatka? Torrak pokuśtykał do niej, gdy była z boku sali i klepnął ją w tyłek.
Zwerk: Wisienka, zwana powszechnie „Cudo Tyłeczkiem” niemal wabi do tego. Bez obrazy piastunie Trudellochu.
Trudelloch: Mnie to nie obraża.
Raggor: No i jak na uczciwą niewiastę przystało Wisienka rozbiła na czerepie Torraka kamienny puchar.
Goltor: Zbyt mocna reakcja na tak niewinny żart jak klepnięcie w tyłek.
Raggor: Gdyby Torrak jeszcze stał, to sam bym go odesłał za ten czyn do krainy snów, ale Wisienka była w tym szybsza, chociaż już szedłem. Tak się jednak złożyło, że Cudo Tyłeczek miała przy sobie jakąś torbę, którą Torrak pociągnął upadając, a z niej zaczął się w jednej chwili wydobywać dym i taki świst.
Mird: Wtedy to pewnie Wisienka krzyknęła: „Padnij!”
Raggor: Tak. Rzuciła torbę na bok sali, gdzie nikogo nie było.
Goltor: To było wtedy… tak. Niewielu już jednak wtedy stało.
Raggor: Jak jebnęło, tak wszystkie niewybite okna wyleciały. Błysk, podmuch i cała sala w dymie. Do rana mi dudniło w uszach, jak wtedy gdy te ludzie z miasta wszczęli dzwonami alarm dwa dni temu. Na Ojca! Nie wiedziałem co się dzieje.
Zwerk: To akurat widziałem w tym wszystkim, gdyż akurat szedłem na biesiadę. Podniosłem akurat na widok blasku brodę i ujrzałem jak okna na całym piętrze wypadają. Szkło rozsypało się po bruku, a z pustych okien wyleciał dym. Na szczęście nie skończyło się to pożarem, bo może i całą naszą wyprawę goblin by trafił. Macie wszyscy szczęście, że zorganizowałem tak szybko dla was pomoc, bo może byłyby nawet jakieś trupy, a tak tylko w miarę niegroźne obrażenia.
Mird: Ponoć niektórzy do teraz nie odzyskali słuchu. Nie ukrywam, gdyby i mnie to spotkało, to można by mnie złożyć z grobie, gdyż żadnego ze mnie nie byłoby już pożytku.
Zwerk: Podsumowanie tej części niech będzie takie. Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn, Dimm Dvilfssonn, Grommil „Krwawojatek” Adborssonn, Hoggkun „Łysa Główka” Jergondssonn, Jovin „Czachotarcz” Grommilssonn, Krah „Topór” Lotorssonn, Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn, Lur „Wybiząb” Dimssonn, Torrak „Karkołam” Dimssonn, Vegthun „Młody” Lirkorgrussonn i Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków bez przewiny. Bjerr „Łupacz” Klitorssonn, Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn, Bril Cleegain i niestety Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn z przewiną. Oni na pewno naruszyli zakaz szarpibrody zarówno z pozycji gości jak i gospodarzy. Żaden z nich nie powinien mieć prawa zostania svaglarem.
Mird: Racja.
Goltor: Ay.
Trudelloch: Ay.
Trig: Fiesfefy macie rafję. Boleję najbarfiej. Ay.
Karlig: Ay, to wszystko jest zgodne z prawem.
Zwerk: Nie widzę głosu sprzeciwu, a kiwanie brodami jest tu poza dyskusją.
Karlig: Co z Ragnarrakiem?
Lotor: Jaką ma on szansę na zostanie svaglarem?
Trudelloch: Po manewrach bardzo wysoką.
Goltor: A jakie ma to znaczenie? Przy podejmowaniu decyzji nie obchodzi nas kwestia polityczna, tylko prawna. Jakby miał zostać królem… tfu! to też nas to nie ma co obchodzić.
Karlig: Prawy ma rację. Nie rozstrzygamy o polityce i jest ona poza zakresem naszego zainteresowania przy tym sądzie.
Zwerk: Trudna sprawa, ale musimy podsumować to zebranie, gdyż dowódcy czekają i muszą mieć jakąś podpowiedź od piastunów.
Goltor: Przydałyby się wyjaśnienia, który zdradzają intencje. Ay… Już bardzo późno, a jeszcze dziś manewry. Poza tym musimy wybrać kogoś, kto przekaże dowódcom konkluzje z naszej narady.
Lotor: Powinniśmy wysłać najmłodszego stażem piastuna. Niech Trudelloch wykaże się swoim talentem i najmilej odpowie o tym kto zostaje wykluczony z wyborów na wodza naszej armii.
Raggor: Spodziewamy się takiej odwagi u piastuna Cwanego? Jedno złe słowo i można zrobić sobie wroga do końca dni. Świetnie! Wyślijmy Trudellocha. Tylko co z Ragnarrakiem? Nie mamy w tej sprawie decyzji.
Brina: Nie zgadzam się z wysłaniem Trudellocha. Piastun Karlig winien nas reprezentować, gdyż z tego co mi wiadomo nie wyrusza z armią do północnych krain, więc nie będzie ciągnął za sobą cienia, a to, że jego ziomkowie z miasta są wykluczani, nie sprawia, że jego rola ma być ograniczona.
Mird: Piastunie Runotwórco! Podsumuj spotkanie i złóż propozycję. Rozumiem, że jest to bardzo trudne, ale skoro już obrałeś przewodnictwo w naszej grupie, to weź i na siebie ten końcowy obowiązek. Kwestia „Nieśmiertelnego” jest naprawdę skomplikowana, ale coś trzeba w danej sprawie zrobić. Niestety słaba decyzja w tym wypadku będzie po stokroć lepsza, niż żadna decyzja.
Lotor: To prawda co rzekł nam piastun Żelazna Broda. Z przywództwem wiążą się obowiązki i chociaż są one niemiłe, to trzeba jasno wskazać co się stanie, gdyż nasza decyzja będzie konstytutywna. Runotwórco podsumuj nasze zebranie w aspekcie Ksawerego „Piwowara”, naruszenia zakazu szarpibrody i wysłania naszej reprezentacji do zamkniętych pod kluczem dowódców.
Zwerk: Niech będzie. Ksawery „Piwowar” zachowuje godność piastuna. Bjerr „Łupacz” Klitorssonn, Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn, Bril Cleegain i Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn nie mogą biernie brać udziału w wyborze svaglara krasnoludzkiej armii z powodu naruszenia zakazu szarpibrody. Z uwagi, że sprawa z Rangarrakiem jest wątpliwa zostanie on przeegzaminowany w tej sprawie przez naszą reprezentację w osobach Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna, Ksawerego „Piwowara” oraz Karliga „Piastuna” Mordekssonn. Po egzaminie ocena zostanie przekazana wybranemu z trójki, który będzie naszymi ustami w tej sprawie. Wybierzecie się do Sal Førstseptu natychmiast. Co się tyczy pozostałych dowódców drużyn, to nie dopatrzyliśmy się u nich żadnej przewiny.
Brina: To najmądrzejsze rozwiązanie. Zgadzam się.
Goltor: Również przychylam się do słów moich ziomków z klanu, którzy są zstępnymi Toriego.
Karev: Pogładźmy wszyscy swe brody
Nie będę burzył tej zgody
Popieram.
Karlig: To najlepsze rozwiązanie. Ay! Popieram.
Lotor: Ay. Popieram.
Mird: Również popieram.
Raggor: To w zasadzie jedyne godne rozwiązanie ze wszystkich możliwych. Popieram swym sercem i młotem.
Trig: Ay!
Trudelloch: Również popieram.
Ksawery: …
Lepiej być martwym wśród koboldów niż żywym wśród miastowych.
Theobald słabo spał ostatnimi dniami. Felerna kampania z ludzianką, zwieńczona śmiercią nieodżałowanej Beatrycze i jej syna, odbiła się na krasnoludzie. Nie tak to miało wyglądać. Ale też czy mogli zdziałać coś więcej pod takim przywództwem?
Następna kampania miała być inna. Godna. Zorganizowana. Jednolita ideowo i rasowo. Nie mogło być inaczej, w końcu szli bić wspólnego wroga… niby jakichś ludzi, ale tak naprawdę oni byli tylko w tle. Główny cel to szyszkojady.
Nie mogło się to nie udać.
A po nocy przychodzi dzień. Teraz, gdy Theobald opuszczał westwaldzkie miasto Virn, miał wreszcie od długiego czasu chwilę na zagłębienie się we własne myśli, co rzadko robił. Nawet głosy skaczące mu po głowie, ciche echa dawnych wspomnień i wydarzeń, ucichły. A Theobald nie potrzebował towarzystwa. Jego brat, Brond, głowa i opoka tej rodziny był blisko, a znali się tak dobrze, że nie potrzebowali słów. Wioskowy piastun, Ksawery, z kolei znał Theobalda tak dobrze, że Theobald aż bał się coś powiedzieć, by nie zabrzmieć głupio. Wszystko wydawało się oczywiste dla Ksawerego, który zgłębił liczne księgi, zrozumiał bogów, naturę i świat.
Szedł więc w ciszy. Ale myślał intensywnie, do czego przyzwyczajony nie był. A wszystko zaczęło się jeszcze we Flotthus, kilka dni przed wyruszeniem armii. Jovina Czachotarcz, głośny, odważny i godny następca swojego ojca, odwiedził liche domostwo Theobalda. Cóż za zaszczyt! A większym zaszczytem było jeszcze to, że wystawił mu intratną propozycję. Tak dobrą, że pasterz musiał aż skonsultować się z piastunem, czy aby na pewno dobrze to wszystko zrozumiał, bo wydawało mu się to nie do wyobrażenia.
- Ojciec godnie nagradza oddanych mu dvergów… - wyszeptał pod nosem, zagłuszony przez szczękający hałas podróżującej armii. – Ishilda nie mogła trafić lepiej. A już się bałem, że wrócę z wojny, a ta dalej pozostanie niezaręczona.
Tak godny konkubinat ustawi ją na całe życie. Nigdy nie będzie chodzić głodna, a jej dzieci wyrosną na mężnych i walecznych dvergów. Niczego im nie zbraknie. Chwalmy Pasterza, gdyż percie, którymi zmierzamy, mimo niesnasek i trudności, zaprowadzić nas mogą w końcu do błogiego miejsca. Miejsca, którego nie widać na pierwszy rzut oka we spowitych przez chmury górach. Łatwiej jest zejść z gór w doliny. Tam trudniej skręcić nogę, łatwiej zapomnieć o wysiłku, chętniej odejść można od wiary. Kuszą, kuszą złotą monetą i puchową poduchą. Karmią i poją, ale nie tylko jadłem i napitkiem, ale też kłamstwem i heretyckością. Tak też kończą ci dvergowie, co sami siebie „krasnoludami” zwą.
Koboldy to miała być ostatnia wyprawa… Theobald czuł się już słaby, niepewny, tracił iskrę w oku. Chciał jeszcze dożyć swych wnuków, chwytać je za brody i uczyć pasania, dojenia i strzelania z łuku. I przede wszystkim uczyć wartości wiary. Z drugiej strony kolejna wyprawa pomoże mu zapewnić ciągłość krwi. A ta wyprawa nie miała być niebezpieczna. W końcu podróżują całą armią. Dziesiątkami, setkami, czy nawet i tysiącami.
- To ostatnia wyprawa… dla ciebie – rzekł w eter, odpowiadając swojej córce, której głos zagłuszył mu myśli. – Zasługujesz na najlepsze. Na to, czego ja czy Brond nie mieliśmy.
Szkoda Bronda. Nigdy nie miał żony, a obie kandydatki zmarły na jego dłoniach. Śmierć Beatrycze była wstrząsająca, a jej spaczone, czy może błogosławione dziecko nie wypełni Brondowi pustki, jak pozostała. A ta druga, o której była mowa? Theobald nie słyszał nigdy o tej drugiej, która zmarła lata temu. Hilda jej chyba było na imię. Brond niechętnie mówił o swoich uczuciach. Ale tym razem nie miał wyboru, bo prawda go dogoniła. Szkoda, że w takim momencie. Theobald nie miał mu za złe, że milczał. Przecież Gromowładny sam skrywa kilka tajemnic, o których wiedzą tylko nieliczni… bądź nikt. Prócz samego Ojca. Przed nim nic się nie uchowa.
- Jak będziesz chciał, Brondzie – rzekł do brata, w nadziei, że go usłyszy – możemy porozmawiać o wydarzeniach ostatnich dni. Cokolwiek byś nie zrobił, pamiętaj, że stoję za tobą murem. I wierzę w ciebie nieustannie, chociaż czasami trudno mi to ubrać w słowa.
Trzydziesty dzień lata. W Tåkefjell było dość ciepło, a co dopiero w Siegvaardzie. A tutaj Theobald dawno nie był, wiele, wiele lat. Trochę pozapominał ichniejszego języka, prostego, prostackiego, ale jak bardzo potrzebnego, gdy jest się najemnikiem na ich wezwanie. To kpina, że dvergowie muszą uczyć się języka ludzi, a ludzie nie chcą nauczyć się kamiennego. Czyżby czuli się gorsi, że nie opanują go tak, jak byle dverg jest w stanie pojąć ich język? Że potkną się na najbliższej zbitce słownej i skompromitują, znając tylko jedno określenie słowa „kamień”, mimo że tych odpowiedników w języku dvergów są dziesiątki, a każdy z nich tyczy się innego rodzaju kamienia?
- Ha, Olvo, tyś mimo że inny, bo lodowy, to respektujesz nasze klany i nasze zwyczaje. Szkoda, żeś poszedł w swoją stronę, butaniku. Dobry był z ciebie kompan.
Miasto Virn było wielkie, pyszne i opływające w luksusy. Theobald nie musiał stawiać tam nogi, by wiedzieć, jakie bezeceństwa i niegodziwości tam się mnożą, by zaraz wypełznąć na światło dnia. Już pierwszego dnia. Obnażony, niegodny dverg, tańczący na rynku. Inżynier Złotorodek. Kawał chuja to był, a żadna wiedza nie zrekompensuje mu wulgarności działań i myśli. A następnie jakaś spętana szyszkojadka, która miała stanowić główną atrakcję miejskiego burdelu. To już było zrozumiałe i słuszne. Szyszkojady powinny cierpieć, a za każdego dverga rażonego strzałą powinno się skatować tysiąc długouchych. Nie mają prawa tu żyć i dobrze, że miejscy dvergowie przynajmniej tego nie zapomnieli. Może to kwestia czasu.
Burdel-Ferdinand Ferdinandssonn. Kolejny barwny dverg. Przybytek miał zacny a kurwy okazałe, ale sam z siebie był takim kawałkiem żałosnego pyszałkowatego skurwysyna, tak pozbawioną refleksji i wiary, że, gdyby mieszkał we Flotthus, zostałby publicznie zlinczowany, opluty, wydziedziczony, powieszony czy nawet skazany na banicję. I nie tylko on. Całe miasto było przesiąknięte fetorem.
- Kurwy miejskie! Zamknijcie mordy! Za wymyślanie sobie bożków, za czczenie waszego „Handlarza” nie traficie do Sal Biesiadnych! Pukać będziecie w bramy, a huk biesiadujących was zagłuszy! Na tyle wam będzie tego ziemskiego dostatku, aż w pył się nie obrócicie i skomleć będziecie na wieki! – rzekł, czy nawet krzyknął. Nie mogą rozprzestrzeniać fałszywej wiary!
Kpiną jest to, co robią. A podobno mają sporą autonomię w swojej dzielnicy. Czy ludzie narzucają im swoje obrządki? Ha, z pewnością nie! A nawet jeśli, czy to coś zmienia? Dverg to dverg, a nie „krasnolud”. Może jeszcze szyszkojady „elfami” zaczniemy nazywać? A Tåkefjell „Dunkelheit”? I co dalej? Obcinanie bród przez kobiety?
A to był dopiero początek. Trzydziestego pierwszego dnia lata ludzie, jakby dla żartu, zaczęli targać świątynnymi dzwonami, nie uprzedzając nikogo. Tak, śmiechu musieli mieć co nie miara, gdy dvergowie, przygotowani do sygnału alarmowego, zerwali się bić wroga, który nigdy miał nie nadejść. Miejscy dvergowie z pewnością klepali się po plecach, jak to „górali” i „pastuchów” nabrali.
Wystraszyło mnie to okropnie. Zagrożenie z zewnątrz, z nieznanego kierunku, o świcie. Chciałem walczyć, a w głowie miałem tylko ucieczkę. Dlaczego tak się zachowałem, jak tchórz? Czyżby ostatnie wydarzenia z koboldami i sytuacja bliska śmierci skruszyły mnie na tyle, że zacząłem się rozpadać? To wtedy zacząłem słyszeć więcej rzeczy i osób, niż powinienem… Czyżby ta wiedźma Ada Braun przeklęła mnie wespół z dzieckiem Beatrycze? Starałem się jej służyć i dyscyplinować Kligo, by jej nie porąbał na kawałki… ale może to nie miało znaczenia. I szkoda, że Kligo tego nie zrobił, ale przysięga była ważniejsza. Nawet jeśli zawarta na fałszywych fundamentach, o czym dowiedzieliśmy się dopiero potem.
- To ostatnia wyprawa… - wyszeptał.
Duch Wojownika mnie opuścił. Nie jestem gotowy na śmierć. Boję się śmierci. To takie niegodne, niehonorowe. Czy umniejsza mi to jako dvergowi, że chcę jeszcze żyć i dokazywać swoim wnukom?
Czy naprawdę mi to umniejsza...?
Dusza i ciało
Najpodlejsza włosiennica wygodniejsza jest od najznamienitszych atłasów.
Miejskie domy wywierały wrażenie. Jednak pod ich bogatą, pyszną powłoką schowana była schorowana, licha dusza, wątła i uciemiężona przez złoto i zaszczyty, że jawiła się jako półprzezroczysta, niemal niewidoczna, niezauważalna. To właśnie był problem tego miasta. A rezydencja Grudków to tylko jeden z wielu przykładów degrengolady tych, co dvergami się zwać nie chcą.
Jakiś dverg Sigmar jako kolejny drwił sobie z naszych tradycji. Kolejny z wielu, podpuszczany przez towarzyszy.
- Wszystkich nie sprowadzę na dobrą drogę… Ale próbować muszę.
Tylko czy strzaskany nos i wybity ząb uzmysłowią mu coś, co pewnie od oseska wpajane było z mlekiem matki? Ludzkie „tradycje” i „postępowość”?
Zmiana musiała iść od góry. Tak jak w wiosce słowa piastunów są ostateczną wyrocznią, tak podobnie powinno być tutaj… czyż nie? Tyle że w Virn piastun jest jeden. Jeden! A powinna ich być setka, a stosy, szafoty, szubienice, koła, dyby i gąsiory powinny gęsto wypełniać każdy plac targowy. Nawet teraz, w mieście, ogłoszone było, że nowy piastun zostanie mianowany. Ale u nas, ze Srogich Pięści, a nie z miasta! Trudelloch ma wypełnić miejsce po Beatrycze… Ale jej buty są za duże nawet dla najroślejszego dverga.
Ale jest też inny autorytet moralny – głowy rodów. Mimo braku jakiejkolwiek wiedzy religijnej czy mimo nieskrępowanej obyczajowości zyskują posłuch swoich ludzi i prostaczków. Może warto od nich zacząć? Naprostować choć jednego dverga – to już sukces. Jednym z nich był Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków. Ważny i poważany dverg.
- I kompletny skurwysyn, plujący na Ojca.
Dopadła go klątwa. Na początku mogłem się cieszyć, że to sam Ojciec pokarał go za bezczeszczenie świątyń i własnej wiary. Ha! Może na końcu i tak było? Tylko Górnik przyćmił drogę do prawdy, by nie była zbyt koląca w oczy dla tych, którzy wiary w swoim życiu nie widzą? Wiara wymaga poświęcenia i właśnie tego – wiary. Nie może być dana na talerzu. Dlatego klątwa miałaby być spowodowana morderstwem Grenbura.
Niektórzy urodzili się lepsi od pozostałych. Są zarówno szlachetni dvergowie oraz inni, prości, wykonujący mniej odpowiedzialne prace, zgodnie z ich przeznaczeniem. I należy pogodzić się z tym losem, gdyż Rzemieślnik tak chciał. Każdy z nas został wykuty z innego kruszcu… Ale ci, co ze szlachetniejszego materiału są zbudowani, muszą prowadzić klan. Wiarą i dowództwem. Wojną i pokojem. A ci, co obdarci są z godności, sami sprawiają, że ci pod nimi również takimi się stają, bez wiary, bez dyscypliny.
- Bez czci honoru! – burknął głośno.
Zalążki tego było widać już wcześniej, nim poznaliśmy tajemnice jego wspomnień. Ale jak skonfrontowaliśmy się z tym ludzkim czarodziejem… Nie wiedziałem, co mnie czeka. Piastun Ksawery pewnie też nie do końca, ale wiedział, co czynić. I to mi wystarczyło. Brond też dodawał mi otuchy, która teraz była na wagę złota. To miało miejsce już parę dni, odkąd zawitaliśmy w mieście. Smród zgnilizny stał się czymś codziennym, że aż dverg przestawał się dziwić kolejnym wyprawianym bezeceństwom.
To, że Waldemar rucha się z kurwami to nic złego. Zdecydowanie lepiej ruchać kurwę, która tylko do tego służy, niż mieć kochankę, która niszczy więzi małżeńskie. Ale w Virn nawet kurwy potrafią być kompletnymi… skurwysynami?
Cała rodzina: córka, matka, babka, ruchają się z tym samym dvergiem w nadziei na łatwy zysk. Srebrne świeczniki, drogie sukna, sztućce… To nawet nie zrobiło aż takiego wrażenia. Nie po dotychczasowych przeżyciach z tym miastem.
- Ale żeby nieboszczyka okraść? Za parę marnych silvów zbezcześcić ciało swojego ojca i narazić się na wieczne potępienie przez Ojca, tego na niebie?
Tego było już za wiele. Dziwię się, że Ksawery kazał mi wstrzymać dłoń przed wymierzeniem kary… Ale wiem, że widział w tym cel, którego ja nie jestem w stanie dostrzec. By na własnego ojca, na własnego męża pluć! Nie do pomyślenia!! One nie zostaną wpuszczone do Sal Biesiadnych. Nie wiedzą tego, nie myślą o tym, ale w końcu każdy z nas umiera. I wtedy jest już za późno.
Przynajmniej bransoletę udało się odzyskać i oddać ją zmarłemu. Ha, był wtedy przy nim Złotorodek, czego nigdy bym się nie spodziewał. Chyba pierwszy raz od wielu lat zdał się na płacz. Musiało to nim wstrząsnąć tak, że aż trudno mi to określić znanymi mi słowami.
Zaraz… jak to było z tym Złotorodkiem? Zaczęło się od jego tańców na placu, a potem? A, tak. W mieście był ten cały warsztat inżynieryjny. Całkiem ładny. Znali się tam na liczbach i na rzemiośle, potrafili budować potężne konstrukcje. Huta, akwedukty, mosty… tego można było pozazdrościć, bo nie były to tylko czcze zachcianki, a coś, co pozwalało się rozwijać swoim naturalnym torem. Flotthus czy Srogoty mogłyby skorzystać na takich specjalistach, ale może lepiej, że tak nie jest? Wraz z inżynierami przybyłyby w góry miejskie idee, które podważyłyby dotychczasowy porządek świata. Jeśli choroba toczy nogę, to lepiej tę nogę uciąć, niż by rozprzestrzeniła się po całym ciele. Zwłaszcza że tą chorobą był ten cały „Inżynier Złotorodek”. Kawał sukinsyna, dziwaka i pewnie też dewianta, ale… tu pewności jeszcze nie mam. Pewnie tak, ale tych oskarżeń nie rzucę. Jakby się zastanowić, to był on po prostu kawałem chuja, ale nie drażnił praw Førstseptu w widoczny sposób… Ale tu też pewności nie mam.
- Złotorodek to kawał chuja… ale gdy zajrzy się pod jego twardą skórę, to można znaleźć głęboko schowane ciepło.
Widać to było zwłaszcza gdy dowiedział się, że „Hansik” to jego syn z nieprawego łoża. Zasmuciła go ta wiadomość bardziej, niż się spodziewałem. Jest surowy, co można nawet odebrać za zaletę w takim precyzyjnym zawodzie, jakim jest ta cała inżynieria. Ale takie gnębienie dverga, który musiał nosić swoje brzemię bękarctwa, było nie na miejscu. Każdy to wiedział, że bękarci są przeklęci przez bogów, gdyż zrodzeni są z chuci, emocji i chciwości. Nic temu nie mógł zaradzić, a jednocześnie stał się ofiarą mordu, za który Waldemar otrzymał karę, której nie mógł się spodziewać. Do tej pory pozostawał poza prawem… i może to się zmieni, gdy już wyzdrowiał? Złotorodek też mógł przejrzeć na oczy i zreflektować się, że może warto zacząć myśleć o czymś innym, niż o sobie samym. Może tak pozostanie?
Wcześniej Złotorodek założył się z Ksawerym, że do końca wojny jego uczeń wykuje lepszy topór niż sam piastun. Ha! Niedoczekanie. Ksawery to dverg wielu talentów, a jeśli ten wulgarny i zapatrzony w siebie inżynier myśli, że piastun tylko piwo potrafi warzyć, to mocno się rozczaruje. Mam tylko podejrzenia, czy będzie to czysta gra? Czy Złotorodek nie będzie chciał w jakiś sposób oszukać, by żyć w zgodzie z zakłamaną naturą całego miasta, które oszukuje siebie dzień w dzień, że złoto i dostatek są lepsze, niż spełnienie woli bogów? Phi! Nawet Ogrobijów wyśmiewają, że ubodzy ciałem, mimo że duchem są najczystsi, bardziej pewnie niż nawet Srogie Pięści. W tym mieście wyglądają oni na jedynych zaufanych sojuszników… Szkoda, że taki los został im dany, że mają stać się planszą dla rozgrywek miejskich „krasnoludów”. Tylko jak tu zadziałać, gdy przysięga wiąże, by nic nie powiedzieć? To była… To jest najcięższa przysięga, z jaką mam do czynienia. Ale piastun Ksawery słusznie mówi, że i takiej przysięgi nie wolno złamać.
- Jednak podobnie było z przysięgą wobec wiedźmy Ady Braun…
Pomimo przysięgi, wciąż jednak udało się coś ugrać. Przynajmniej powierzchniowo. Wejście w umysł Waldemara to było coś, czego nie chciałem doświadczać. Magia to coś niebezpiecznego, co lepiej trzymać schowane głęboko pod ziemią i nie mówić o tym, nie rozpowiadać.
- A jak było z tą geothyrą? I klątwami rzuconymi przez Adę Braun?
Nic, co rozwiązane magią, nie wychodzi na dobre. Zobaczymy, jak to będzie w przypadku Waldemara. Jemu może pomogła, ale ja… długo nie zapomnę o tym, co tam się stało. Nie wiem, czy kiedykolwiek o tym zapomnę. Nawet nie chcę do tego wracać myślami. O tym, co wyprawił ten skurwiel Waldemar, skazując nas wszystkich na potępienie… Czy to, jak ten mag wszedł i w nasze umysły, by wrócić do momentu śmierci Beatrycze.
Sadystyczny skurwysyn. I na co mu to było? Beatrycze nie było w umyśle Waldemara, więc dlaczego się tam pojawiła?
I to, że moja żona i córka się pojawiły. W burdelu. Moja żona i córa w burdelu, dające dupy za srebro! Czy tak naprawdę było? Czy gdy jestem na wojnie, Idalia i Ishilda nie kurwią się z wioskowymi? Czy był to wymysł senny, czy wizja? Czy była w tym prawda, czy to ten ludzki czarodziej pętał nasze umysły?
Co z tego miało sens? Co z tego miało znaczenie? Piastun Ksawery mówił, by to zignorować, że to tylko wymysły wyobraźni, że nic z tego w rzeczywistości się nie wydarzyło. Tylko czy nie jest tak, że nawet piastuni czasami nie wiedzą wszystkiego? Zwłaszcza, gdy chodzi o ludzką magię? Czy powinienem się bać? Ta wyprawa miała nie mieć miejsca. Koboldy miały być ostatnią wyprawą. Miałem być w wiosce. Co zastanę, gdy do niej powrócę? Czy będzie stała? Czy moja rodzina będzie żyła? Córka, żona, matka? Miałem być z nimi, żyć ze zdobytego złota, paść owce, dożyć wieku sędziwego, doczekać się wnuków… Co zastanę, gdy powrócę do Flotthus?
- Powoli odchodzę od zmysłów.
Potyczki i polowania
Lepsze źdźbło zboża wyrośnięte na górskim gruncie niż cała morga na ludzkich polach.
W całym tym burdelu pozostały mi trzy filary, które dają mi poczucie stabilności: Ojciec, Ksawery i Brond. Cała reszta to chorągiewki, wydmuszki, fałszerze i szubrawcy.
Przynajmniej ten cały Waldemar dotrzymał słowa, gdy już ocknął się z lepkich omamów sennych… Ha! I przysiągł, że już nie będzie ruchać i będzie żyć zgodnie z wiarą i prawami Førstseptu. Dobre sobie. Pomyśli tak dzień, dwa, a potem pamięć zakryje się mgłą, wrócą dawne chuci i bluźnierczość powróci. Czy dla takich kłamliwych neofitów jest osobne miejsce po śmierci?
- Nie wiem, ale się domyślam.
Przynajmniej pomógł nam w głosowaniu na dowódcę krasnoludzkiej drużyny. Skoro ryba psuje się od głowy, to może wymiana tej głowy pozwoli na powrót dawnych, górskich tradycji?
Potem spotkaliśmy dawnych kompanów: Tordrek, Kligo, Emer i Gollo. Do kompletu brakowało tylko Olva, ale nie wydaje mi się, by był gdzieś w mieście. Gdzie on podróżował? Na zachód miał iść? Na pewno prędzej czy później znów się spotkają. Siegvaard wszak nie może być duży, może ma parę miast i tyle. A dvergów było co nie miara. Zwłaszcza teraz, jak wszystkich zebrali na przysięgę. Jakiś dziwny człowiek wjechał na plac na koniu. Jakoś zwał się Landgraf, ale potem jego dalsze imię się tak ciągnęło, że trudno było je całe spamiętać. Na pewno było dłuższe niż nawet imię Abjerdreka „Blizn Kilka na Czole” Adgrussonna, a to już niemały wyczyn. Jakiś książę czy ktoś, więc wszyscy ładnie się słuchali i upuszczali swą krew, dobrowolnie tym razem. Potulni jak baranki, służą tym, którzy przecież nie tak dawno ich w góry przegonił, a tych, co zostali w miastach, przemienił na sobie podobnych „krasnoludów”.
- Kpina.
Głupstwem było jednak protestować w takim momencie. A i później inne tematy były na tapecie. Hmm… Manewry udały się nieźle. Sam coś tam zdziałałem, ale co Brond się wykazał w ostatnim starciu, to głowa mała. Dobra robota, Brond. Rozbiliśmy nawet rozdział Ragnaroka Nieśmiertelnego, który do tej pory pozostawał niepokonany!
- Dobra robota, Brond. Te manewry to naprawdę, zrobiłeś ich jak dziecko. A nas poprowadziłeś ku zwycięstwu.
Dobrze, że został wybrany na jednego z dowódców. Zasługuje na to jak nikt inny i nie jest tak pazerny na władzę jak co poniektórzy. Dobrze, że go doceniają, choć wciąż za mało. On to własny klan powinien prowadzić i byłby to najlepszy klan ze wszystkich klanów!
Może konkubinat Ishildy pomógłby mu osiągnąć ten cel? Nasza rodzina stałaby się ważniejsza, skropiona nobliwą krwią. Nie bylibyśmy rodziną taką jak setki innych, ale częścią, może przybudówką, ale jednak, elity Srogich Pięści. Ech, tylko wrócić cało z tej wojny…
Hmm, ale miałem też okazję zrobić wreszcie coś, do czego zostałem stworzony. Jednak z czasem okazało się, że nie tylko miasto jest spaczone, ale i wszystko, co jego bezpośrednim zasięgu. Nawet lasy, do których wybrałem się na polowanie, zawierały dziwaczną, wręcz egzotyczną zwierzynę. Bo kto to widział, by w pospolitych lasach były jakieś minotaury? Nadnaturalne zwierzęta, niby jak byk, ale też trochę jak dverg. Czy już do tego dochodzi w tym Siegvaardzie, w tym Virn? Że kobiety oddają swoje łona bykom, by rodzić pokraczne istoty? Nie dziwiłoby mnie to.
- A cholerstwo było twarde. Prawie bym życie stracił. Mówiłem ci już o tym, Brond? Naszpikowałem go najostrzejszymi strzałami, a ten nic. I tak rzucił się na mnie. Gdyby nie Ulf „Jary Bobek”, zwany też „Pogorzelcem”, to byłoby ze mną kiepsko. Trochę chyba go początkowo strach obleciał, ale jak już się otrząsnął, to tak włócznią bestię pchnął, że od razu padła!
Właśnie, przez te wszystkie wydarzenia nie było kiedy podpytać Ulfa, jak poszło z tą bestią. Miał sprowadzić pomoc, by je przetransportować do obozu. Dużo mięsa z tego będzie, oj dużo. Warto go znaleźć nim się rozdzielą w ramach tej „wyjątkowej misji”. Szkoda dverga i szkoda tego przydomka, ale winy ojca idą na syna, a on musi nieść pokutne brzemię.
Ten minotaur musiał już być zaprawiony w boju, bo znalazłem przy nim topór. Ciekawe kim był ten cały Derdek „Nabijacz” Torglossonn z Klanu Opiłków? Raczej on nie stąd, ale może też warto podpytać, bo w sumie co ja tam kurwa wiem kto pod jakim klanem tu służy.
- I wiesz co, Brond, chyba w najgorszym momencie mnie nie było, bo może sytuacja by była zgoła inna. A tu wracam, ty poturbowany, piastun walczy o życie…
A potem miało być już tylko gorzej.
Wiara i polityka
Lepszy szczery gniew niż fałszywa przyjaźń.
Na wojnie i przy polityce krew buzuje mocno. A gdy omawia się politykę wojenną… To każdego dverga mogą ponieść emocje i nie dziwię się wcale.
Ale sądownictwo odbyło się, mimo że w mocno pokrzywdzonej formie. Ale nie sam wyrok mną wstrząsnął… W sumie nawet nie pamiętam za bardzo, co tam było poruszane. Wstrząsnęło mną za to, czego dowiedziałem się od Bronda. I to nie od niego samego, a od osób trzecich, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. To był policzek w godność moją i mojej rodziny. Brond dusił tyle lat to, co mógłby mi powiedzieć bez konsekwencji, a za to ze zrozumieniem. Dlaczego Brond, najbliższy mi dverg, starszy brat, wielki wojownik i największa dla mnie inspiracja, zatrzymywał informacje? Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie jestem. Mój własny brat…
Musiał mieć jakiś powód. Do tej pory nie kryliśmy przed sobą niczego. Chyba że złożył przysięgę? Muszę go o to spytać. Tak, to musiała być przysięga. Bo co innego? Sam też złożyłem przysięgę i boli mnie to dzień w dzień, że nikomu nie mogę tego powiedzieć. Nawet własnemu bratu. A to przecież słowa mojego własnego ojca! Naszego ojca! Jak można się nimi nie dzielić w rodzinnym gronie? Naszego ojca co prawda już nie ma, ale pozostaje Ojciec. I to on pilnuje, by przysięga nie została złamana.
Brond słabo wyglądał przez ostatnie dni, i to nie z powodu odniesionych ran. Miał pustkę w sercu i nie dziwię mu się. Nie uważa się za wielkiego wojownika czy dowódcę, co jednak jest wielkim błędem. Mimo dwukrotnej utraty miłości musi dalej nieść swój topór i wykorzystywać talenty, które otrzymał. Tylko tak otrzyma zasłużone miejsce na salach biesiadnych.
- Będzie dobrze. Przynajmniej nasze działania osiągnęły jakiś cel. Jovin został przywódcą armii krasnoludów. Bardzo szybko obrósł w piórka. Młody jest, jeszcze nauczy się powagi i pokory.
Następnego dnia, w dzień Wojownika, zaatakowali nas bandyci. Już wcześniej się z nimi spotkaliśmy, gdy byliśmy na tropie skradzionej bransolety. Zamotały w głowie piastunowi, który ledwo co stał na nogach, z pewnością otumaniony przez wszelkie zioła i inne medykamenty, które mu podawali. Jak inaczej mogłoby się to stać? Dobrze, że nogi miałem długie, to udało się ich dogonić nim bez krzty honoru rozprawili się z bezbronnym kapłanem. Chwilę później przybył Brond i razem wybiliśmy napastników, aż miło. Jeden tylko ocalał przez tego skurwysyna o gadzim spojrzeniu, schowany za hełmem.
- I nic nie przemówiło im do rozsądku, tylko jego puścili wolno, a mnie spętali, jakbym sam Ksawerego chciał bić! Pospolite miejskie kurwy.
Gdy sprawa się już wyjaśniła, było za późno, by szukać ostatniego z żywych napastników. Brzmi to na ukartowane działanie w chuj. Trudelloch nawet szeptał coś po cichu, ale niewystarczająco cicho. By „ w lecznicy na wszelki wypadek zabitym łotrzykom dorobić symbole wygnańców”. Czyli to nie byli wygnańcy, co nas zaatakowali, tylko jacyś pospolici miejscy bandyci! Czyżby Trudelloch maczał w tym palce i miałby skorzystać na śmierci Ksawerego? Może sądzi, że skoro sam został piastunem, to nie jest mu potrzebny już nikt inny, kto by kwestionował jego wątpliwe, ale przebiegłe porady prawne?
Czy jego brat Jovin też o tym wie? Wydaje się, że ma prostszy, bardziej honorowy umysł, ale czy na pewno?
W co oni grają? Muszę o tym pomówić z piastunem. Jeszcze nim ruszymy na tę misję, której obawiam się coraz bardziej. Czy idziemy na śmierć, jako jedyni świadkowie?
No i jeszcze „Burdel”, uwikłany w tym po uszy. Zablokował mnie w drodze do lecznicy, acz może chciał mi tylko wypomnieć chodzenie do burdelu, a niekoniecznie musiał wiedzieć o bandytach… Acz trudno w to uwierzyć. Zresztą, to jest w ogóle szczyt skurwysyństwa! By publicznie zarzucać mi hipokryzję, że rucham na prawo i lewo w jego burdelu, a sam oskarżam Waldemara, że nie szczędzi fiuta. W kurwach nie ma nic złego, dopóki podczas ruchania nie bezcześci się świątyń Førstseptu! To z tego powodu Waldemar był skurwysynem bez zasad! Miastowi nawet podstawowych praw wiary nie znają, a mędrkują i wymyślają własne, pokraczne, heretyckie idee. To miasto powinno się żywym ogniem traktować. A „Burdelowi” należy się śmierć.
- Nawet nie boją się publicznie oznajmiać, że czczą „Handlarza”. Tfu!
Karlig został uniewinniony. Trudelloch też chciał go uniewinnić. Potwarz w biały dzień.
Całe miasto heretyków, a tylko garstka nas, idących w paszczę lwa. Nic dziwnego, że skończyło się to samosądami i bijatyką. Dobrze, że Brond był w pogotowiu i w porę osłonił Ksawerego. Atak na piastuna! W biały dzień! Na podeście, w centrum placu, na oczach tysięcy dvergów! Tego miasta nie da się uratować. I tych dvergów również. Zbyt długo byli psuci przez ludzi i samych siebie.
Dobrze, że Czachotarcz wykazał się inicjatywą i zaprowadził porządek na ulicach. Tylko paru zginęło tego dnia, a mogła zginąć i setka.
- Dobrze zapowiada się ta wojna. Nawet wroga nie potrzebujemy. Sami się pozabijamy.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2023-04-01, 18:09, w całości zmieniany 1 raz
Krasnoludzka armia w końcu opuściła ludzkie miasto Vrin, korzystając z możliwości spławienia większości sił dzięki pobliskiej rzece. Dvergi z różnych klanów chętnie odpowiedziały na wezwanie do wojny, która zawitała do ludzkich krain Siegvaardu. Poza dobrym żołdem, na wojowników czekała wojenna chwała i łupy. Niedziwne, że wszędzie panowała radość i wesołość. Tak powinno to wyglądać - radosny dzień na chwałę Wojownika. Brond siedział na jednej z barek transportowych otoczony współziomkami z klanu. Próżno było jednak szukać na twarzy krasnoluda radości, mino rozbrzmiewającej wesołej pioseneczki od biciu elfów Kareva zwanego pieśniarzem. Brond wyglądał jak cień samego siebie, choć większość ran na ciele się zabliźniła to serce wciąż krwawiło pod ciężarem niedawnych wydarzeń. Oczy krasnoluda były przekrwione od wylanych łez i podkrążone, a zadbana niegdyś blond broda była pozlepiana i skołtuniona. Woj czuł, że powinien cieszyć się z wymarszu nie miał jednak ku temu sił. Mężczyzna zerknął na swoje odbicie wodzie. Fale nieprzerwanie wznosiły się i opadały, trzaskając i rozbijając jego smętne oblicze. Gdyby Brond był poetą pewnie przyznałby, że strzaskane oblicze na tafli wody stanowi świetną metaforę jego stanu. Brond jednak nie był poetom, a jedyne na czym się znał była wojaczka. Powrócił myślami do rodzinnej wioski, gdy przybyły wici o wielkiej wyprawie.
W tedy choć pogrążony w smutku i żalu po tragicznej śmierdzi ukochanej Beatrycze wciąż tliła się nadzieja. Zwiedzeni przez przeklętą wiedźmę Adę Braun wyprawa na koboldy zakończyła się w makabryczny sposób. Dotknięta spaczeniem Beatrycze zmarła w połogu dając Brondowi syna dotkniętego klątwą. Ostatnim życzeniem ukochanej było, by Brond zaopiekował się dzieckiem. Krasnolud bez wahania się zgodził, gotów zrobić wszystko dla przyszłości swojego potomka. Ta mała krucha istotka była jedną z niewielu spraw, które podtrzymywały wojownika przed utonięciem w rozpaczy. Beatrycze nie była jedyna ofiara knowań wiedźmy, Egar jeden z dorosłych synów Beatrycze dokonał żywotu w mękach wyżarty przez larwę kobolda. Pierwszą próbą dla nowego ojca było zmierzenie się z niechęcią uprzedzonych współziomków, którzy upatrywali w jego nieszczęsnym synu złego omenu. Brond dwoił się i troił, by jego syn został zaakceptowany. Krasnolud zdobył poparcie piastunów - klątwa nie musiała się być złym omenem, mogła zwiastować również wielkość. W końcu sam legendarny Zimowy Król nosił magiczne znamię. Dumny ojciec nie omieszkał przy kufelku piwa każdemu rozpowiadać tej historii. Opieka nad dzieckiem przekraczała umiejętności Bronda. Potrafił zabijać na wiele sposobów, ale nijak nie umiał się zająć małym oseskiem. Za zdobyte pieniądze z wyprawy wojownik wynajął mamkę dla syna, a z pomocą rodziny brata jakoś zaczął układać swoje życie na nowo. Teobald okazał bratu wielkie wsparcie mimo niechęci swojej małżonki. “Jak mógł wytrzymywać tyle czasu z tą heterą. To musiała być miłość jak nic.” - Pomyślał krasnolud. Niespodziewanie pewnego dnia dom Bronda odwiedził Jovin zwany Czachotarczem syn eriliara ich klanu. Jovin wielką radość wzbudził radość w sercu wojownika proponując mu udział w nadchodzącej wyprawie wojennej, a także stanowisko dowódcze. Krasnolud nie wiele mógł zrobić w wiosce dla swojego pierworodnego, ale mógł zdobyć środki na jego przyszłość podczas wyprawy - robiąc to na czym się zna miażdżyć młotem. Obowiązek dowódczy był wielkim honorem dla syna Wojownika, ale i wielkim wyzwaniem. Brond nigdy jeszcze nie dowodził, mimo to nie odrzucił wyzwania i przyjął je z podniesionym czołem. Do uszu Bronda doszła jeszcze jedna radosna nowina Jovin wybrał córkę Teobalda na swoją konkubinę. Tak znamienity krasnolud z pewnością zapewni Ishildzie dostatnią przyszłość, w której o nic jej nie zabraknie. Wspaniała wiadomość. Chodziły co prawda słuchy, że Jovin jurny jest jak tur i żadnej nie przepuści, ponoć nawet brał się za metresę swojego ojca. To musiały być grubo przesadzone plotki, nikt by się na coś takiego nie poważył. Brond zbył je koło ucha, nic nie mówiąc bratu by go nie martwić. Jovin miał również specjalne zadanie dla braci Grunalssonów. Zadanie nietypowe, ryzykowne i groźne. Jovin chciał, by napaść na ludzką wioskę i wyrżnąć ją w pień na modłę elfów. W ruch miały iść łuki i włócznie - typowa broń spiczastouchych, a nie młoty i topory. Miało to pokazać ludziom, żeby nigdy nie przymierzali się z elfami. Teobalda wybrano ze względu na jego wielką wprawę w posługiwaniu się łukiem, zaś Bronda ze względu na zaufanie i lojalność z jakieś słyną. Początkowo wojownikowi nie spodobało się zadanie jakie otrzymał. Wzbraniał się twierdząc, że w nie ma w nim honoru, a to postronnie ludzi mają przecie walczyć. Jakże to atakować sojusznika nie godzi się. Jednak Jovin i piastun Ksawery wyjaśnili mu dobitnie jakże błędne ma założenia. Po pierwsze wyprawa owszem była na wezwanie ludzi, ale także przeciw ludziom. Jak już ongiś bywało Siegvardzie bywało, wybuchła kolejna wojna domowa, więc nic zdrożnego zabijaniu człowieka. Ludzie też jak powszechnie wiadomo to kłamliwe i pozbawione wiary w Ojca i Jego Dzieci stworzenia. Nie można więc ich traktować na równi z krasnoludami ani kodeks honoru ich się nie tyczy. Ostatecznie celem zadania nie było karanie ludzi, ale ich edukowanie. Człowiek jest słabym i krótko żyjącym stworzeniem szybko wybacza i zapomina krzywdy wyrządzone mu przez szyszkojady. Za przykład niech posłuży Dziadek Jovina padł machinacjom elfów - pomimo, że walczył dla ludzi został stracony przez nich. Ludziom należy przypominać jakie to podłe i niebezpieczne istoty. Elfom nigdy nie wolno ufać ani się z nimi bratać. Pod ciężarem tych argumentów Brond zrozumiał swój błąd i przyjął zadanie. Mężczyzna spojrzał na swoje falujące w wodzie rozbite oblicze, wiedział, że wciąż czeka go trudne zadanie, ale nie zawiedzie pokładanych w niego zaufania klanowego. Z domu wojownik pamiętał jeszcze ckliwe pożegnanie z matką. Krasnoludka dożyła już słusznym wieku ponad dwustu lat, ciężar lat mocno się na niej odbijał. Czas, gdy Ojciec pośle po nią swoje Córki zbliżał się nieubłagalnie. Mimo wieku pobłogosławiła swych synów z dużą werwą. Brondowi aż łzy podeszły do oczu, miał nadzieję, że matka dotrwa by dostrzec ich powrót w chwale z wojny. Krasnolud zatroszczył się również o swojego syna, dając sporo sylvów na maluszka rodzinie Teobalda, by mieli na niego baczenie i co do garnka włożyć. Ze spokojnym sumieniem Brond mógł wyruszyć na wyprawę. Przed wyruszeniem spotkała woja miła niespodzianka, bowiem piastun Ksawery, by uhonorować przyjaźń jaka ich dzieliła podarował mu doskonale wykonaną wielką okutą tarcze z wygrawerowanymi łamanymi kości - ukłon w stronę przydomka ‘Łamaczkosci”. Wzruszony mężczyzna przyjął dar i niemal się z nim nie rozstawał. Wyprawa w tedy zdawała się jawić w jasnych barwach.
Zewsząd rozbrzmiały śmiechy, gdy Karev spłodził wyjątkowo sprośną strofkę na temat elfiej piczki. Mimo zadumy Brond również lekko niemal niewidocznie się uśmiechnął nim znów się zasępił. Spojrzenie powędrowało w stronę miasta ludzi Virn powoli znikającego w oddali. Pamiętał, gdy po raz pierwszy się tu zjawili. Miasto było większe niż jakakolwiek osada jaką w górach widział mężczyzna, a mieszkające tam krasnoludy miały własny dystrykt. Kto w górach uchodził za krezusa, tu ledwie mógłby zwykłym mieszczaninem. Bliskość ludzi odwiodła jednak mieszkańców od tradycji, ba przestali nazywać się dvergami a z duma nazywali się po prostu krasnoludami. Dziwne to było dla wojownika, by odrzucać miano z ojczystego języka i używać odpowiednika człowieczego. Piastuna Ksawerego doprowadzało wręcz do szału, a gorzej jeszcze miejscowi zwali Pasterza Handlarzem. A dziwów było więcej... Krasnoludzka kawaleria doskonale wyposażona i dosiadająca kuców, jakby parodiująca ludzkie rycerstwo. To nie była sztuka wojenna dvergów. Brond wiedział, że kawaleria sieje spustoszenie na polu walki, ale wątpiłby była słuszną formacją dla krasnoluda, który jest przecie urodzonym piechurem. Przy murach ustawiono dziwną drewnianą machinę trebusz – zdolny miotać wielkie głazy i kruszyć mury twierdz. Chodziła nawet plotka, że jakiegoś nieszczęśnika z niej wystrzelono. Brond w kolejnych dniach pobytu miał poznać jego straszną historię dogłębnie. Pierwszego dnia miasto wydało wielką ucztę na cześć zbierającej się armii. Piwo lało się strumieniami, a pojeść można było nieźle. Burdele nęciły swoimi dziewczynkami. Miastowi byli tak pokręceni, że szykowali wielkie otwarcie elfiej branki. Jaki zdrowy dverg chciałby dubczyć elfa toż to obrzydliwe. Zważywszy na przeżywaną żałobę Brond unikał burdeli, co innego Teobald wizja szybkiego sexu bez proszenia się małżonki bardzo mu się spodobała. Młode miejskie krasnoludy pokpiwały z wyglądu przyjezdnych przezywając ich góralami. Wojownik wiedział, że krowa, która dużo ryczy mało mleka daje - wystarczyło im pomachać pięścią i uciekali. Tego dnia widzieli jeszcze jedno dziwo. Oto odziany w dziwne zwiewne szaty z okrytym torsem i piwnym brzuchem krasnolud wdrapał się na podwyższenie i pokazał zebranym dupę. Brond śmiał się z tłumem myśląc, że to jakiś lokalny błazen. Jakie było jego zdziwienie, gdy się okazało, że to był powszechnie znany inżynier Złotorodek, dziwak i ekscentryk, który to przegrał zakład z kimś. Ów inżynier zbudował tą wspaniałą machinę wojenną ustawioną przed miastem, kto by pomyślał, że teraz tak chyżo wypina dupę na zgromadzonych. Wojownik miał, w krótce poznać i jego historię, a także zepsucie jakie trawiło Virn...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
W oddali zabrzmiały gorączkowe dzwony, gdy dwie barki zbliżały się niebezpiecznie blisko siebie. Flisacy na szczęście zapanowali nad barkami nim doszło do zderzenia. Dzwony przypomniały Brondowi wydarzenia jakie miały miejsce drugiego dnia pobytu we Virn. Teraz można się było z tego śmiać, choć w tedy nikomu nie było do śmiechu. Z samego rana wszystkie dzwony w mieście zaczęły bić. W krasnoludzkim obozie zapanował popłoch. Wszyscy myśleli, że miasto zostało zaatakowane. Na horyzoncie majaczyły ciemne dymy jakby ktoś ogień podłożył. Krasnoludy biegały po obozie bez ładu i składu. Jedni chwytali za broń i pancerze, drudzy salwowali się ucieczką. Niestety Teobald był pośród tych drugich. Brond czuł wstyd, że jego własny brat okrywa hańbą ich ród. Po prawdzie Teobald nigdy nie był prawdziwym wojownikiem jeno prostym pancerzem. Dawno temu Teobald porzucił kompanie najemniczą po to, by założyć rodzinę, w przeciwieństwie do brata. Brond walczył niemal całe życie. Wojownik zerknął na brata siedzącego na barce razem z nim, również wygląd na przygaszonego i przybitego zdarzeniami w Virn. Łamaczkosći nie miał okazji porozmawiać szczerze z bratem, mimo, że wiedział ze tego potrzebuje. Nie znajdował jednak słów, którymi mógłby go pocieszyć i potrzymać na duchu Teobala. Taka była rola starszego brata, ale po tym co doświadczył nie miał sił na nic. Czuł się wewnętrznie strzaskany i rozbity. Mimo wszystko cieszył się, że miał ze sobą brata. Choć ciężko doświadczeni wciąż stanowili dla siebie opokę. Brond powrócił do wydarzeń w Virn. Tego dnia również piastun Ksawery poddał się panice, ale nikt nie miał mu tego za złe był duchownym przewodnikiem, a nie wojownikiem. Krasnolud pamiętał jak gorączkowo nałożył hełm na głowę chwycił tarcze w jedną rękę i młot w drugą. Będąc jeno w płóciennych gaciach był gotów się bić. Większość wyższych stopniem nocowała w mieście, prawie nie było nikogo to mógł zapanować nad chaosem w obozie. W tedy też oczom wojownika ukazał się stary krasnolud eriliar klanu Ogrobijów Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn. Mimo upływu lat Vergo wciąż zasługiwał na swój przydomek, wciąż zachowywał siłę i krzepę niedźwiedzia. Tamtego dnia był opanowany i niewzruszony jak skała, wykrzykiwał rozkazy i zbierał ze sobą dvergi. Ogrobije byli najbiedniejszym z klanów, mieli na grzbietach niewiele więcej niż zwierzęce skóry, ale byli natchnieni przez Wojownika. Niewielu z Ogrobijów tego dnia zhańbiło się ucieczką, większość stała murem za swym wodzem. Stary krasnolud zrobił kolosalne wrażenie na Brondzie. “O to prawdziwy syn Wojownika” - pomyślał w tedy Łamaczkości. Idąc za przykładem znamienitego woja Brond skrzyknął wokół siebie swoich ziomków, którzy nie mieli zajęczych serc i dołączył do zbierających się szeregów. Brond stanął w pierwszym szeregu obok samego Vergo. Pamiętał swoją determinację z tamtego dnia. Był wojownikiem i nie zamierzał splamić swojego honoru ucieczką. Jeśli ma umrzeć to właśnie w walce. Ruszyli zwartym szeregiem na spotkanie wroga. Wyłonili się za załomu mury dostrzegli jeno spanikowanych ludzi. Na wzgórzach dostrzegli rozstawione dymarki, ludzie wypalali coś w sobie znanym celu. Dymy, które widzieli pochodziły z dymarek. Krasnoludy stały skonsternowane wypatrując wrogów. Z miasta nadszedł posłaniec informując, że dzwony to biją nie na alarm, a na ludzkie święto. Vergo pierwszy wybuchnął rubasznym śmiechem, po czym dołączyła reszta w tym Brond. Fałszywy alarm, wszyscy zaczęli się rozchodzić. Cała historia stała się karczemną opowiastką znaną jako “Wojna nieludzi”. Choć z tych co uciekli przed dzwonami jeszcze długo będą kpić i wyśmiewać...
Pieśń urwała się na chwilę, gdy Karev zrobił sobie przerwę by przepłukać gardło piwem. Cisze szybko wypełniły ciche gorączkowe szepty krasnoludów, komentujące niedawne wydarzenia. Dvergi kochają plotkować. Nie inaczej miało się w Virn. Brond poza dowodzeniem otrzymał jeszcze jedno zadanie - zbadać nastroje wśród krasnoludów co do wyboru wodza wyprawy. Wszystkie klany żyły zbliżającymi się wyborami - dowódcy klanu mieli wybrać spośród siebie wodza. Jak wiadomo co klan to był inny typowany. Brond się nasłuchał się w obozie i mieście przy kuflu piwa najróżniejszych rzeczy. Przy okazji za parę sylwów większych posiłek u markietanek. Krasnolud zawsze lubił sobie podjeść, złośliwi nazywali go za plecami chodzącą beczką. Niech to, który spróbuje to w twarz powiedzieć Brondowi to od razu zęby straci. W mieście również młoda krasnoludka próbowała okraść nieświadomego niczego Bronda udając, że chce sprzedać mu kurę. Na szczęście przyłapał ją na gorącym uczynku i złapał ją za jej plugawą rękę. A Ci cholerni miastowi zamiast zaprowadzić ją do piastuna, to jej nie dopilnowali. Pozwolili jej uciec. Brond był wściekły. Kolejna oznaka zepsucia miasta. Plotki były różne niektóre nawet o samym Brodzie, Beatrycze i jej synu Egarze. Rozmówca chyba był zbyt pijany by zdawać sobie sprawę z kim rozmawia. Wojownik z wielkim trudem pohamował chęć dania mu w mordę. Lepiej dla klanu było nie wywoływać awantur. Usłyszał też wieści z krainy ludzi, ktoś z Malburgi poważnie zadłużył się u krasnoludzkiego bankiera – Miastowi węszyli w tym wielki interes. Słyszał jak to landy Siegvaardu są ze sobą skłócone i gotowe rzucić się sobie do gardeł. Okazji do zaciężnej wojaczki nigdy nie zbraknie. Usłyszał również, że podobno gdzieś daleko żyje mag o skórze z żelaza, a ludzie mają z nim nie mały problem, bo żelazny nie chce dosłownie spłonąć na stosie. A to ci dopiero historia! Opowiedziano mu również o locie Grenbura pogardliwie zwanego “Hansikiem”. Ludzie w zwyczaju mają, że jak kogo nie znają to zwą osobę Hansem, a że Grenbur do bystrych nie należał to tak przezwano. Nie wiadomo czemu inżynier Złotorodek wziął go na ucznia. Niewiele z tego wyszło. Nieszczęśnik zaplątał się w liny przy strzale z trebusza i poleciał wraz z gazem. Dvergi jak wiadomo dobrze nie latają. Grenbur rozbił się o ziemię, a w zasadzie rozmaślił. Podobno wiadrami zbierali jego szczątki. Brond jeszcze w tedy nie wiedział jak ważne było to zdarzenie i jakie konsekwencje przyniosło. W końcu do uszu wojownika doszły informacje na których mu zależało. Miastowi widzieli, by najchętniej jako wodza Waldemara Jovina Torrikssonna z Gródków głowę tegoż rodu. Powiadali, że wpływowy i majętny to krasnolud znający się na wojaczce. Problem był, że Waldemar zaniemógł złożony chorobą. Miastowi pokładali w nim wielkie nadzieje i nie bardzo widzieli kogoś na jego miejsce. Brond miał w przyszłości poznać dokładnie przyczyny niemocy nestora Gródków... Srogie Pięści jak było to przewidzenia popierali Jovina albo Grommila. Co prawda sam Grommil miał wątpliwości czy dowodzić, lata zaczęły mu mocno ciążyć. Sam Brond wiedział, że oboje mają predyspozycję. Za Gromilem stało doświadczenie, nie jedną kampanię już poprowadził. A Jovin choć młody był, to tagże utalentowany i ambitny, na pewno sprostał, by wyzwaniu. Wojownik usłyszał również, że drugi syn Grommila – Trudelloch zwany “Cwanym” za swój spryt, dostąpił godności piastuna. Grommilssonnowie z pewnością dokonają wielkich czynów. Duma rozbierała Bronda, że jest członkiem tak znamienitego klanu. Wybór wśród Ogrobijów mógł być tylko jeden Vergo „Niedźwiedzisyn”, zwłaszcza po tym jak pokazał z jakiego kamienia jest zrobiony, gdy biły dzwony Virn. Nie tylko Ogrobije darzyły wielkim szacunkiem Niedźwiegosyna, stary wiarus cieszył się estymą wśród innych klanów. Brond również był pod sporym wrażeniem Vergo, jeśli ktoś zasługiwał na miano syna Wojownika to pewnością eriliar Ogrobijów. Przejęcie dowództwa było, by z pewnością godnym zwieńczeniem jego żywota. Bokobrodzi zaś obstawiali Dimma Dvilfssonna i Ragnarraka „Nieśmiertelnego” Orissonna. Wybór Dimma był dziwny. Ten dverg nie uczynił nic znaczącego, bo nawet przydomka się nie dorobił. Brond nie rozumiał czemu był typowany na tak ważne stanowisko. Za to Ragnarrak – to imię Łamaczkości znał aż za dobrze. W tamtej chwili bolesna przeszłość uderzyła ze zdwojoną siłą. To były czasy młodości krasnoluda, nie dorobił się jeszcze przydomka. Wyprawa na orków z Czarnej Plamy. Brond podłamany wyborem Beatryczne, która postanowiła się związać z jego przyjacielem Karevem postanowił szukać szczęścia jako najemnik. Nieoczekiwanie znalazł miłość w postaci Hildy Oridatter, siostry Ragnarraka. Połączyło ich wielkie uczucie i pasja. Mieli wspaniałe plany, po wojnie Brond miał się jej oświadczyć i mieli wieść wspólne życie. Jedno zdarzenie przekreśliło wszystko. Orkowie zasadzili się na nich. W straszliwej bitwie poległo wielu zacnych dvergów. Brond był świadkiem jak Hilda zostaje zarżnięta przez orków. Zawiódł na Wojownika! Choć starał się ze wszystkich sił nie zdołał ochronić ukochanej. Wściekły rzucił się na wrogów miażdżąc napotkanych orków swoim młotem. Tamtego dnia zyskał przydomek Łamaczkości. W tedy pragnął spotkać się z Hildą w wielkich salach Ojca. Walczył, póki zmęczenie i rany nie powaliły go. Jednak Ojciec nie wezwał go do siebie... Musiał żyć ze świadomością, że zawiódł... Wojownik spojrzał na swoje zniekształcone, złamane przez fale odbicie. Myślał o swojej przeszłości. Hilda... Beatrycze... Obie kochał nad życie, żadnej nie potrafił ocalić. Czy powinien zwać się synem Wojownika? Skoro zawodził za każdym razem, gdy był najbardziej potrzebny... Tego samego dnia Ragnarrak również zyskał swój przydomek, gdy szyk został przerwany i linia obrony krasnoludów uformowała się 12 kroków dalej, a on sam został otoczony przez wrogów. Machał wówczas włócznią i bronił się tarczą, tak zaciekle, że żaden ork nie był w stanie go sięgnąć, aż w końcu przed nim samym poczęli się wycofywać i jako pierwszy pogonił ich. Naliczono, że podczas bitwy ubił trzy tuziny orków, co stanowiło prawie co trzeciego orka zgładzonego orka w bitwie. Choć obu mężczyzn łączyła ta sama kobieta nigdy się nie poznali. Po bitwie Ragnarrak wyruszył dalej, a Brond leżał ciężko ranny w lecznicy. Łamaczkości wiedział, że należą się bratu Hildy wyjaśnienia, choć bał się jego reakcji i wstydził się swojej słabości. Czyżby Virn miało okazać się miejscem rozliczenia z przeszłością? Głęboką ranę w sercu Brond nosił sam. Nikt nie znał historii jego i Hildy. Poczucie wstydu i hańby było zbyt silne. Nie zwierzył się z nich piastunowi Ksaveremu, ani nawet swemu bratu choć nigdy nie mieli przed sobą tajemnic. Brat zawsze widział w nim niezłomne wojownika kryształowego jak górski strumień. Teobald nie zniósłby prawdy... To kładło się cieniem na ich braterstwo.
Brond zerknął na przepływającą obok barkę. Krasnoludy zawzięcie się na niej kłóciły o kolejność miejsc. Wojownik doskonale przekonał się podczas manewrów w Virn jak bardzo krasnoludy są krnąbrne i uparte. Powierzone przez Jovina dowództwo nad lewą flanką drużyny “Czachotarczów” było wielkim zaszczytem jak i sporym wyzwaniem dla Bronda. Mężczyzna jeszcze nigdy nie sprawował dowództwa nad liczną zgrają krasnoludów. Na manewry jasno pokazały, że łatwo przyjmowało się rozkazy niż się je wydawało. Co się zaś tyczyło piastuna Ksawerego otrzymał specjalną dyspensę, by wraz ze swym przybocznym Teobaldem, wielka łaska spłynęła na brata Bronada, nie brać udziału w części manewrów. Ksawery zajął się wielce istotną sprawą w mieście Virm, która, póki co dla Bronada okryta była całunem tajemnicy, a także założył się z inżynierem Złotorotkiem, że wykuje lepszy topór niż jego uczeń. Póki piastun nie potrzebował Bronda, a ten nie wnikał sprawy w duchowe. Świadomość, że Teobald pomaga piastunowi była wystarczająca. Sam wojownik musiał się skupić na dowodzeniu. Pierwsze ćwiczenia były dość proste. Grupa Bronda uformowała czworobok składający się z sześciu rzędów w sile sześciu dvergów. Sam Brond stał w centrum pierwszej linii utrzymując mur tarcz. Uformowanie oddziału i marsz po prostym, nie sprawiało problemu świeżo mianowanemu dowódcy. Dopiero omijanie przeszkód w zwartym szyku, nastręczało problemów. Wielce trzeba się było natrudzić by utrzymać szyk. Małym pocieszeniem dla Bronda był fakt, że prawa flanka pod dowództwem Mordbura “Pioruna” radziła sobie tylko ciut lepiej. Za to Jovin stający na czele centrum miał łeb na karku, nie dość, że panował nad swoimi dvergami to wydawał rozkazy pozostałym grubą. Miał zadatki na wielkiego przywódcę. Może właśnie zruganie przez Jovina oraz jego rozkazy sprawiły, że Brond zebrał się w sobie i wzniósł się na wyżyny swoich możliwości. Dzięki czemu “Czachotarcze” dobrze wypadli na ćwiczeniach, a to dopiero pierwsze dni manewrów były. W kolejnych dniach Brond podziwiał kunszt i karność krasnoludzkiej jazdy. Podczas pozorowanej walki Brond nie zdołał utrzymać flanki, na którą naparli jeźdźcy. Łamaczkości wiedział, że musi dać siebie wszystko i bardzo szybko się podszkolić, by nie zawieść w prawdziwej bitwie swoich ziomków. Ciężar odpowiedzialności i powinności wyraźnie się na nim odcisnął. Potem nadeszły starcia drużynowe. Cóż to były za emocję. Pierwsze starcie przeciwko Ogrobiją z Niedźwiedzimsynem na czele. Potężny przeciwnik Ogrobije choć gorzej wyposażeni, byli dwukrotnie liczniejsi niż Czachotarcze, a obecność ich słynnego eriliara dodawała im sił. Starcie było ciężkie. Grupa Jovina starła się z grupą prowadzoną przez samego Vergo, naprzeciw grupy Bronda stały Ogrobije pod wodzą piastuna “Zajęczego zęba”. Centrum i prawe skrzydło niestety nie wytrzymało, a lewa flanka wytrzymała na tyle by “Czachotarcze” nie poszły w totalną rozsypkę i wyszły z twarzą ze starcia. Kolejni byli słynni “Synowie wojny” duma miasta Virn. Dwukrotnie liczebniejsi niż Srogie Pięści, a także doskonale wyposażeni. Na nic te przewagi, jeśli nie było ducha walki. Brakowało pośród nich dowódcy Waldemara Jovina Torrikssonna, pozbawieni głowy ulegli przybyszom z gór. Brond uśmiechnął się pod nosem. Dobrze dali tym zarozumialca z miasta do wiwatu. Jovin przebił się klinem przez nich i rozbił po kolei ich podzielone siły. “Synowie Wojownika” nieźle się w tedy skompromitowali. Kolejne starcia z tego dnia nie zapisały się zbytnio w pamięci Bronda, dodać tylko można, że “Czachotarcze” dobrze na nich wypadli. Dzięki temu podczas przysięgi przed ludzkim władcom, którego imiona i tytuły były dłuższe niż broda najstarszego z piastunów, “Czachotarcze” zajmowali zaszczytne miejsce tuż przy piedestale naprzeciw mając “Pogromcy Orków” z Bokobrodych. Łamaczakości rozbierała duma, że może być częścią tak znamienitego oddziału. Znów spełniał się jako wojownik. Najbliżej podium stali Ogrobije, którzy nikomu nie ustąpili pola na manewrach. Miastowi kpili z Ogrobijów, że jak przyjdzie prawdziwa walka to uciekną z pola walki. Brond wiedział jednak, że górale prowadzeni przez Vergo mają w sobie ducha walki samego Wojownika. Udowodnili to podczas bicia tych przeklętych dzwonów. Nikt nie wiedział co nadchodzi. A Ogrobije szli bez lęku, a Brond pośród nich. A gdzie byli słynni “Synowie Wojownika” najdalej od podium, ponieśli najwięcej porażek na manewrach. “Hah i co wy na to zarozumiali miastowi! Wasza duma na samym końcu!” - chciało się krzyczeć. Przed uroczystością Brond nawet miał okazję rozmawiać z samym Vergo. Stary krasnolud nawet zapamiętał jego imię - co za zaszczyt. Temat szedł jak zawsze na wybory wodza. Brond przyznał, że “Niedźwiedzisyb” zasługuje na ten tytuł podobnie jak Jovin i Grommil. Sam Vergo twierdził, że zagłosuje na Ragnarraka. Vergo okazał się też bardzo religijnym krasnoludem, wypytywał Bronda o przypowieść o Ojcu. Łamaczkości choć znał podania to nigdy nie był przesadnie oddany głębokim analizom prawd wiary, więc niuans, o który pytał Vergo wymykał się mu. Na szczęście obok był Teobald, który tyle przebywa z piastunem, że doskonale znał odpowiedź. Następnie odbył się przemarsz dla Landgrafa i kolejne pokazowe manewry. Nauka nie poszła między kamienie. Grupa Bronda poradziła sobie sprawnie z przemarszem. W pierwszym starciu zmierzyli się “Zbieraczami Skalpów” prowadzonymi przez Hoggkuna „Łysą Główkę” Jergondssonna. “Zbieracze skalpów” byli liczniejszy od górali. Hoggkun dobrze wykorzystał przewagę spychając do obrony “Czachotarcze”. Jovin próbował śmiałego wypadu, ale został zatrzymany i musiał uznać wyższość przeciwnika. Kolejne starcie było nader gorące, o to przeciwko sobie stanął ojciec i syn. Brond na lewym skrzydle stanął naprzeciw brata Beatrycze – Tordreka. Łączności nie oddał pola twardo trzymając szyki wraz ziomkami. Nawet, gdy siłacz Kligo przeskoczył za linie tarcz wytrzymali. Teobald, który był tym razem z nimi zatrzymał potężnego krasnoluda. Jovin w końcu wymanewrował ojca i odtrąbił zwycięstwo. Ostatnie starcie było najtrudniejsze stanęli naprzeciw swoich największych rywali z manewrów “Pogromców Orków” prowadzonych przez Ragnarraka „Nieśmiertelnego” Orissonna. Ragnarrak wykorzystał nierówności ternu na swoją korzyść zdobywając na początku starcia lekką przewagę. Brond zdecydował się na śmiały manewr podobny do tego co zastosował w poprzednim starciu Tordrek. Kazał uformować most tarcz na którym Teobald wybił się i wpadł na tyły wroga. Korzystając z panującego chaosu dvergi Łamaczakości przerwały lewą flankę adwersarzy. Ragnarrak próbował jeszcze ratować sytuację napierając na odział Bronda. Choć sam Łamaczkości przypłacił to utratą równowagi, to dzięki temu Jovin mógł odnieść wielkie zwycięstwo. Zapanowała dzika radość wśród Srogich Pięści. Choć Brond spodziewał się, że to Teobalda okrzyknął bohaterem, to ku własnemu zaskoczeniu dvergi podniosły go i zaczęły podrzucać. Łamaczkości nie należał do chucherek i wielkiej siły trzeba było by go podnieść, a co dopiero podrzucić. To był najszczęśliwszy dzień w życiu Bronada od czasu śmierci Beatrycze. Serce krasnoluda wypełniała radość, a widok chmur na błękitnym niebie, gdy był podrzucany zapamiętał do końca życia. Wojownik uśmiechnął się lekko do swoich wspomnień i rozejrzał się po barce. Widział swojego brata, piastuna Ksaverego, dvergi z oddziału.... jeśli dla czegoś było warto dalej egzystować to dla nich. Takie miał obowiązki wobec nich, Jovina, całego klanu i samego wojownika. Po walce Brond zamienił po raz pierwszy parę słów z Ragnarrakem. Poza wymianą uprzejmości “Nieśmiertelny” pragnął dłużej zamienić z nim słowa później na uczcie. Wojownik czuł, że zbliża się moment, w którym będzie mógł wyrzucić z siebie wszystko co dusił w sobie przez lata. Uśmiech, który na chwile pojawił się na twarzy mężczyzny momentalne zniknął na to wspomnienie. Zerknął na łamiąca się pod falami tafle wody i swoje smętne smutne oblicze.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Barka płynęła dalej, Brond zerknął na pobliską plątaninę korzeni wpadających do wody ze skarpy w ziemi. Zniekształcone oblicze korzeni w wodzie i złowróżbne cienie otulające je sprawiały nieprzyjemne wrażenie. Przesądni nazwali, by to miejsce uroczyskiem. W krasnoludzie budziły niepokojące koszmarne wspomnienia z Vrin. To co doświadczył ciężko oddać słowami. Pełną skalę zepsucie i degrengolady miejskich dvergów. W mniej więcej samym czasie, co Brond spełniał swoje obowiązki, piastun Ksawery z pomocą Teobalda badał sprawę niemocy Waldemara Jovina Torrikssonna. W zamian za pomoc syn szlachcica obiecał poprzeć kandydaturę Srogich Pięści na wodza wyprawy. Śledztwo Ksawerego długo pozostawało tajemnicą, jednak w końcu piastun poprosił Bronda o pomoc. Prawy krasnolud nie wahał się, by wesprzeć piastuna. Wojownik złożył przysięgę przed Ojcem, że wszystko co ujrzy i usłyszy pozostanie tajemnicą. Sekret jaki ujawnił Ksawery mroził krew w żyłach. Waldemar był najpodlejszym z krasnoludów. Szlachcic chełpił się władzą i bogactwem, nie licząc się z nikim i niczym. Traktował wszystkich jak swoją własność. Kurwił się na lewo i prawo, nawet w świętych salach Ojca. Szczególnie upodobał sobie gnębienie nierozgarniętego sługi Grenbura zwanego “Hansikiem”. Waldemar używał sobie do woli jego matkę starą kurwę, ale to mu nie wystarczyło. Jego żonę również skurwił dzięki władzy i pieniądzom. A jak córka Grenbura osiągnęła odpowiedni wiek i ją wziął w obroty. Waldemar szczycił się, że miał je wszystkie w swojej władzy, a biedny Grenbur nawet świadom tego nie był. Bronda aż skręcało w środku na myśl o tych okropnościach. Waldemar w swych dekadenckich zabawach często gościł inżyniera Złotorodka , z którym zwykł się zakładać. Tym razem założyli się o to, że Złotorodek przeszkoli Grenbura na inżyniera. Jak wiadomo z plotek skończyło się to fatalnie. Grenbur wkręcił się w liny maszyny oblężniczej i poleciał wraz z głazem. Nawet jednak tak okrutna śmierć nie zakończyła upokorzeń tego nieszczęśnika. Miastowy piastun miał zbyt wiele pracy i posłał swego syna, który nie był w pełni wyświęcony, by wypełnił obrządek. Ksawery ustalił, że ciało Grenbura zostało okradzione i zbezczeszczone przez jego własną zdeprawowaną córkę. Co za obrzydliwość, było to niedomyślenia dla Bronda, by córka nie szanowała własnego ojca. Zgroza! Zabrała z jego grobu jedyną cenną rzecz jaką miał - bransoletę należącą do jego dziada piastuna przekazaną mu przez matkę, która choć kurwą była wciąż go kochała. Bransoleta okazała się cenną relikwią przekazywaną w rodzie piastuńskim z ojca na syna. Ta tradycja skończyła się na matce Grenbura. Na szczęście Ksawery w swej mądrości wykupił bransoletę od lokalnych rzezimieszków, zbeształ wyrodną córkę i dokończył należycie ceremonie pochówku zwracając zmarłemu jego własność. Piastun z gór ustalił również kto był ojcem nieszczęśnika. Matka Grenbura pamiętała, że jej klient miał na piersi tatuaż kształcie trybiku, taki sam nosił inżynier Złotororodek. Jakże przewrotny los, ojciec Grenbura doprowadził nieświadomie do śmierci syna. W imię czego okrutnego zakładu. Z początku inżynier nie dowierzał piastunowi w jego ustaleniach, jednak w końcu przyjął gorzką prawdę. Złotorodek nie jest wzorem cnót, ale zrozumiał swoje błędy i ich żałował. Uhonorował nawet swojego syna po śmierci składając do grobu trybik. Ksawery dał szansę Złotorodkowi był stał się lepszym dvergiem, choć wiele pracy przednim. Brond zerknął na zmęczonego piastuna, dumny z tego jak mądrego i prawego mają przewodnika. Co się tyczy Waldemara, Sam Ojciec pokarał grzesznego szlachcica zsyłając na niego nieustanne koszmary, które wyssały z jego wszelkie siły i chęci do życia. Pierwszy krokiem do zdjęcia klątwy było zapewnienie Grenburowi godnego spoczynku, o co zadbał już piastun. Kolejny był znacznie trudniejszy. Wezwany przez Grudków ludzki mag miał przenieść piastuna wraz z obstawą do koszmaru, gdzie trzeba było przegnać marę prześladującą szlachcica. Po to wezwał Ksawery Bronda do walki z upiorem. Walka, która nie przypominała niczego innego... Surrealistyczna... Nie z tego świata... Rodem z koszmaru... Nie wszystko pamiętał albo nie chciał pamiętać. Brond się wzdrygnął zerknął na uroczysko, w porównaniu z tym co widział w innym świecie wydawało się wręcz uroczym i spokojnym miejscem. Czarodziej napoił ich magicznymi miksturami, umieścił w kręgu skrzących się symboli, by w końcu wprowadzić ich w trans i przenieść do koszmaru Waldemara. Znaleźli się w Virn, a raczej w czymś co je przypominało - w pokracznym odbiciu rzeczywistości. Ulice pełne były brodatych cieni bez twarzy. Przemierzali miasto tropem Waldemara obserwując wszystkie grzechy jakie popełnił. Już samo to niszczyło psychikę. Teobald wpadł w szał, gdy Waldemar bezcześcił sale Ojca. Coś jednak było nie tak, koszmar zaczął odziaływań na całą trójkę. Podążyli za szlachcicem do burdelu, by tam ujrzeć... żonę i córkę Teobalda jako kurwy! Brond był w szoku, ale jego brat zdruzgotany. Teobald w złości zabił żonę. I... nagle nie znajdują się w burdelu, a w domu rodzinnym Teobalda. Bratanica Bronda ucieka z krzykiem, pozostawiając pogrążonego stuportcie ojca ściskającego ciało martwej żony. Wojownik nie wie, ile trwała ta tortura dla jego brata nim znów byli w tym przeklętym mieście. Widzieli dalej ekscesy Waldemara. Urządzał wystawne przyjęcia. Ze szlachcica wypadały podarki niczym z kukły elfiej cukierki dla dzieciaków na festynie. Momentami zdawało się im, że są w rodzinnej wiosce, by później być znów w tym przeklętych mieście. Czasami docierał do nich głos czarodzieja z realnego świata starając się ich naprowadzić na właściwą ścieżkę. Przemierzając dziwny świat ud i mar, w końcu trafili na zakrwawiony pieniek z wbitym w niego toporem. Ksawery przy nim zaczął się dziwnie zachowywać, mamrotać coś do siebie i oskarżać Bronda o niestworzone rzeczy. Omal niedoszło między nimi do bójki i w porę piastun zorientował się, że padł ofiara uroku. Ruszyli poza miasto szukając miejsca śmierci Grenbura. Piastun podejrzewał, że w tym miejscu zdołają przegnać złego ducha. Brond został z tyłu i zgubił się w lesie. Niespodziewanie wpadł w zasadzkę elfów. Długousi torturowali okrutnie krasnoluda tnąc, przypiekając żywym ogniem, wyłamując palce, ścinając brodę.... Nawet wykastrowali... Gdy elfom znudziły się tortury zamknęły Bronda w klatce, by tam skonał z głodu. Nie pamiętał, ile czasu tam spędził sam... Zapomniany... Nim klatka się rozpadła.... Odnalazł towarzyszy, nawet nie zauważyli, że go nie było tyle czasu... Na Ojca! Ten koszmar wydawał się taki prawdziwy i rzeczywisty. Krasnolud odruchowo sprawdził miejsce, gdzie został zraniony. Na ciele nie miał żadnych śladów. Blizny zostały jedynie w umyśle. Krasnolud nie potrafił pojąć tego co się stało... To było tak realne... Jakby naprawdę to przeżył... Ból... Hańba... Chyba nigdy się z tego do końca nie podniesie. Najgorsze było przed nimi. Na miejscu katastrofy ujrzeli... Beatrycze! Serce wojownika zabiło szybciej. Brond zaczął tłumaczyć jej jak bardzo ją kocha i wyjaśnił, że spełnił jej ostatnią prośbę zajmując się ich synem. Krasnoluda całkowicie był przytłoczony smutkiem i żalem. Ptaszyna przekonywała ich, że są w miejscu, gdzie być nie powinni i natychmiast mieli je opuścić. Ksawery nie zamierzał ustąpić. Piastun przekonywał, że krzywdy Grenbura zostały naprawione i znalazł już drogę do sal Ojca. Beatrycze wściekła odparła, że Ksawery jest złym piastunem i myli się. Nalegała, by Brond przegnał Ksawerego i Teobalda z tej ziemi. Piastun w odpowiedzi wykrzykiwał, że Ptaszyna to kolejna sztuczka złego ducha. Wojownik bardzo pragnął, by Ksawery naprawdę się mylił... By znów być ze swoją ukochaną... Znów poczuć jej dotyk... Smak ust... Jednak nie mogła być to prawda! Prawdziwa Beatrycze nigdy nie nawoływała, by do walki z przyjaciółmi i towarzyszami! Z oczu krasnoluda spłynęły łzy, otarł je ręką. Spojrzał na swoje żałosne zniekształcone oblicze. To co wydarzyło się w świecie snów kompletnie zniszczyło krasnoluda. Podszycie się za jego ukochaną Ptaszynę, było najpodlejszą i najgorszą sztuczką upiora. Brond rzucił się na upiora, choć jego serce krwawiło. Choć wiedział, że to uda. Wciąż miał przed oczami jak własnymi rękami atakuję ukochaną. Dotyk upiora palił poleśnie jego postać przybierała na zmianę postać Beatrycze i cienia z rogami. Po ciężkiej walce odegnali złego ducha i uwolni Waldemara. Stary szlachcic zarzekał się, że się zmieni i będzie żyć w czystości. Brond miał wątpliwości, czy zrobili słusznie, pamiętając grzechy Waldemara. Widział je na własne oczy. Czy nie lepiej, by doświadczał kary jaką sam na siebie za ciężkie grzechy sprowadził? Zwycięstwo nigdy nie miało tak gorzkiego smaku...
Markietanka zaczęła rozdawać podróżnym obiecane rację - pajdę chleba, suszoną wołowinę i kufel piwa na popitkę. Jak na warunki wojenne całkiem solidna porcja, choć bledła w porównaniu do wspomnień o wielkiej biesiadzie w czasie wyboru dowódców - mięsiwa przyrządzone na setki sposobów, zapiekane warzywa, a piwo płynęło strumieniami. Uczta godna sal Ojca! Brond dawno się tak nie obżarł, zapychając wszystkie cztery krasnoludzkie żołądki. To była wspaniała wyżerka. A teraz parę dni później przeżuwał kawałek suchej wołowiny. Ironiczny los wojaka! Krasnolud przełknął popijając piwem i zerkając na Tordreka. Brond zastanawiał się, jakby to się wszystko potoczyło, gdyby zamiast na ucztę poszedł z bratem Beatrycze napić się w karczmie. Tordrek mimo tego się wydarzyło w kopalni, śmierci bratanka i siostry w połogu, mimo tego co widział i słyszał w Virn wciąż pozostawał przyjacielem Bronda. Wiele to znaczyło dla krasnoluda i chyba trzymało go, by całkowicie się nie posypał. Toldrek wiedział, że Brond miał najczystsze intencje do jego siostry i pragnął dla niej jak najlepiej. Nawet jeśli Toldrek nie do końca zgadzał się co do losu naznaczonego magią dziecka siostry, to akceptował wolę rodziców. Tak niewiele, a może tak wiele... To naprawdę znaczyło sporo dla wojownika. Inaczej miała się sprawa z Emerem ocalałym starszym synem Beatrycze. Brond zerknął na młodego krasnoluda siedzącego obok Tordreka. Nawet teraz syn Beatrycze wpatrywał się w Łamaczakości z wielką niechęcią. Emer nie pogodził się z tym co się stało w kopalni i nie uznawał swojego niedawno narodzonego brata. Nie dość tego próbował doprowadzić do konfrontacji z Brondem. Jakże to rozdzierało serce wojownika nie chciał toczyć sporów z synem ukochanej, ale też nie mógł pozwolić na obrażanie jego własnego dziecka. Brond pragnął tylko spokoju, nawet jeśli się nie zgadzali nie mogli żyć bez zbędnych sporów? W pokoju? Na co waśnie w rodzinie, która dość już wycierpiała... Zapewne jakby w tedy poszedł z Tordekiem musiał, by się skonfrontować z jego gniewnym bratankiem. To był jeden z powodów jakich Brond wybrał ucztę, drugim nie wypadało odmawiać na zaproszenia od Jovina. Ojciec miał inne plany dla Bronda. Tamtej nocy miał rozmawiać z bratem ukochanej nie jednak Tordrekiem, a Ragnarrakiem. Brat Hildy sam znalazł wojownika przy stole. Początek był nie zobowiązujący, od gadka o manewrach i wyborach. Każdy dverg na sali tym żył. Brond wiedział jednak, że mają inny temat do poruszenia i obawiał się go. W końcu zaczęli rozmawiać o kampanii przeciwko orkom. Zdruzgotany krasnolud opowiedział Ragnarrakowi wszystko, z czego nikomu jeszcze się nie zwierzył, nie kryjąc niczego. Brond był i jest honorowy nie mógł zataić niczego. Z resztą nie było to godne pamięci Hildy. Opowiadał jak bardzo pokochał siostrę Ragnarraka i jak wielkie plany mieli po wojnie, by żyć razem. Opowiedział o zasadzce orków łamiącym głosem. Przyznał, że nawet walcząc z całych sił nie zdołał jej ochronić i jak bardzo żałował, że nie poległ razem z nią podczas bitwy. “To Hilda powinna być na tej uczcie nie ja” - pomyślał wojownik patrząc na swoje smętne strzaskane w falach odbicie, roniąc łzy nad swoim smutnym żywotem. Ragnarrak długo milczał, a na twarzy wstępowały kolor. Rozwścieczony brat Hildy zaczął zapamiętale okładać Bronda. Nie za to, że był zbyt słaby, żeby ochronić Hildę, ale głównie za to, że ją pohańbił jako kobietę. Brond stał jak słup soli przyjmując na siebie ciosy. Uważał, że Ragnarrak miał to tego pełne prawo i nawet się nie bronił. Dostał tak wiele razy, że stracił przytomność. Kątem oko dostrzegł jak Vergo wykłócał się z miejskim piastunem o sprawy wiary, by ostatecznie w złości powalić go jednym ciosem. Resztę Brond znał z relacji innych. Krasnoludy jak to krasnoludy pijane wszczęły burdę. Wystarczył jeden impuls dla pijanych dvergów i się zaczęło, nie ważne już było kto z kim i o co, byle się napierdalać. Nici z wyborów wodza. Pijany Jovin biegał po sali rażąc każdego kto mu się nawinął pod pięści, w tym też Ksawerego. Piastun “Zajęczy ząb” został wyrzucony przez okno, wyniku czego stracił swoje słynne zęby. Bitka była pamiętna. Brond ocknął się w lecznicy pod troskliwą opieką swojego brata Teobalda i piastuna Ksawerego. Ksawery wyjaśnił mu następnie, że piastuni długo debatowali, kto z dvergów złamał prawa gościnności. Vergo został pierwszy wykluczony, gdyż od niego zaczęła się burda. Sam Ksawery sądził Ragnarraka i uznał, że mimo słusznych powodów nie powinien w osobistych spraw rozstrzygać na uczcie. Ragnarrak został pozbawiony możliwości wyboru na wodza. Brond bardzo żałował, że przez niego tak zacny woj traci wielką szansę. Gdyby tylko Ksawery spytał wojownika o zdanie, ten jasno powiedziałby, że nie ma żalu do Ragnarraka i miał prawo do takiej relacji. W tedy też opowiedział swoim towarzyszą o Hildzie. Tak jak podejrzewał nie potrafili tego zrozumieć, wciąż widzieli w nim wielkiego wojownika. Towarzysze wciąż go przeceniali, mimo że tyle razy zawiódł innych i samego siebie... Jedną dobrą informacją jaka przyszła, że dowódcy pod przewodnictwem piastunów dokonali wyboru wodza naczelnego. Został nim nie kto inny jak Jovin! Klan Srogich Pięści zyskał wielki honor, a Brond i jego towarzysze byli częścią tej wiktorii. Waldemar dotrzymał danego słowa i poparł Jovina. Ksawery i Teobald stwierdzili, że Jovinowi woda sodowa uderzyła do głowy po nominacji. Nie dziwota po takim zaszczycie. Brond był pewny, że ich dowódca, gdy nadejdzie czas okaże się godny. Teobald też napomknął, że gdy trwała uczta sam udał się na polowanie, gdzie ubił minotaura. Brond w szoku niedowierzał, jednak Teobald nigdy nie kłamał i gadał głupot. Skoro ubił bestie to tak było. Choć jak to Teobald nieskładnie to wszystko opowiedział. Brond będzie musiał dokładnie wypytać brata o to i odpowiednio uczcić jego zwierzynę, jak tylko... Przestanie być cieniem samego siebie. Krasnolud zerknął na swoje mizerne zniekształcone w falach oblicze.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Zamyślenia wyrwały Bronda słowa piastuna Ksawerego. Piastun spokojnym głosem tłumaczył coś dvergom zgromadzonym na barce. Wojownik zerknął na zmęczone poznaczone starością oblicze piastuna. To dzięki jego mądrości, wiedzy i wierze wiele tajemnic Vrin wyszło na jaw i wiele krzywd zostało naprawionych. I za to jego życie było zagrożone... Co najmniej dwukrotnie. Jak opuścili lecznice Teobald zauważył, że śledzi ich jedna z kurw. Kiedy złapał ją wraz z bratem i przycisnął, wyznała, że ktoś chce śmierci piastuna i może ich zaprowadzić do niego za parę sylvów. Brond starał się nieskutecznie zebrać parę Srogich Pięści, by rozprawić się z tymi co mają czelność nastawać na piastuna. Cóż za zepsute miasto! Sama myśl o zranieniu piastuna napawa bogobojne dvergi obrzydzeniem. Tymczasem sprytna kurwa zamąciła w głowie Teobaldowi, tak że ten zostawił piastuna bez opieki. Kurewka zaś zagadując ufnego Ksawerego prowadziła w pułapkę. Bracia zorientowawszy co się dzieje czym prędzej ruszyli za piastunem. Jeśli Ksawery zginąłby na ich warcie równie dobrze mogli sami ogolić sobie brody i skoczyć ze skały. Taka hańba była nieprzyjęcia. Naszczepcie Teobald jest doskonałym sprintem i dotarł na czas, by interweniować. Hah z pewnością przegoniłby niejednego człowieka. Brond zaś nim ich odnalazł pogubił się w ciasnych alejkach, nieszczęście odgłosy szamotaniny wskazały mu drogę. Okazało się, że kilku banitów z wytatuowanymi znakami wygnańców nastawało na życie piastuna. Tylko wygnaniec i bezkastowiec poważyłby się zranić piastuna, nawet zdeprawowani miastowi, by tego nie uczynili. Brond zjawił się w samą porę, by ratować piastuna. Wygnańcy stosowali nieczyste sztuczki walce, zarzucili siec na Bronda i próbowali obalić. Nieźle się zdziwi, że nawet w skrepowany wojownik dawał im solidny opór i nie pozwalał przejąć inicjatywy. W końcu zdołali powalić tych tchórzy, a za jednym z ocalałych pognał Teobald. Brond wyplątał się z sieci i zajął wstrząśniętym piastunem. Jak się okazało Teobald i wygnaniec trafili na patrol straży. Dobrze by się to skończyło, gdyby nie to, że straż nie uwierzyła łowcowi Srogich Pięści. Co za zepsute miasto by puścić wolno bandytę, a aresztować bogobojnego dverga. Straż próbowała również aresztować Bronda i Ksawerego, ale powołując się na swój autorytet zdołali tego uniknąć. Sprawę rozstrzygnięto na głównym placu, gdzie gromadziła się większość mieszkańców i ważnych dvergów... A był to pomysł Ksawerego, który w stresie zapomniał, że oskarżył miejskiego piastuna o złe prowadzenie społeczności. Całą trójkę zwolniono, bo oczywiste było, że są niewinni. Wtedy też w obliczu zgromadzonych piastunów, dowódców i zwykłych dvergów zaczął się wiec. Ksavery podniósł sprawę nazywania Pasterza Handlarzem, niedopilnowania obrządków pogrzebowych oraz rozwiązłości mieszkańców. Debata była zaciekła, a rekcja miastowych gorąca. Brond niewiele zapamiętał z argumentów obu stron, wciąż jeszcze będąc pod ciężkimi wspomnieniami wizyty w koszmarze i spotkania z Ragnarrakiem. Nagle na scenę ludzie Burdela Burdelssona wnieśli wyrywającego się Teobalda, a ich pan oznajmił im, że tak wygląda cnotliwy góral, który każdą panienkę w jego burdelu obskoczył. Co za wstyd, krasnoludy śmiały się i kpiły z brata Bronda, a oskarżenie Ksawerego straciło na swojej mocy. Wojownik wiedział, że po wizycie w koszmarze z jego bratem było równie źle co z nim, ale na miłego Ojca wszystkie problemy topić w chuci. Brond będzie musiał szczerze pomówić z bratem o wszystkim co się działo, jak tylko... Przestanie być cieniem samego siebie. Krasnolud zerknął na swoje mizerne zniekształcone w falach oblicze. Musiał znaleźć w sobie siłę, jeśli nie dla siebie to dla innych. Potrzebowali go! Był taki zmęczony tym wszystkim... Podburzony lud stanął za swoim piastunem. Piastuni głosowali i niejednogłośnie Karlig zachował swoją godność. Vrin chyba zbyt długo uciekało od boskich praw... Tego dnia zdarzyło się coś jeszcze. Piastun Raggor „Strażnik Córek” Adborssonn samowolnie postanowił poddać jeszcze jedną sprawę pod osąd przyznając rację Ksaweremu w sprawie nieobyczajności. Wprowadził szarpiącego inżyniera Złotorodka na scenę i wezwał też Bronda. Wojownik dostrzegł sługi piastuna w tłumie idące ku niemu. Nie było takiej potrzeby... Krasnolud zaskoczony usłuchał wezwania. Nie był tchórzem i z podniesiona głowa wszedł na podest. Raggor oskarżył ich obu o nieobyczajność i płodzenie bękartów. Spaczenie na synu Bronda miało być dowodem. Raggor szukał poparcia wśród innych piastunów zwłaszcza Ksawerego i domagał się kastracji oskarżonych. Brond poczerwieniał ze złości, zacisnął pięści aż pobielały kłykcie. Krasnolud miał jednak wątpliwości czy powodem jego nieszczęść była wybujała chuć i gniew bogów. Kochał je obie, Hildę i Beatrycze. W życiu nie pragnął niczego więcej niż je poślubić. Był zbyt opieszały w deklaracji tego. Czy to tak wielka winna? Przyjął na siebie odpowiedzialność... Spełnił prośbę Ptaszyny i wziął na wychowanie syna. Nie uciekał od tego. A jego cierpienie jest winą klątwy wiedźmy, nie boską karą. Jeśli piastuni dostrzegą w tym jego winę... Sam był gotów spełnić wyrok. Kiedy Brond przeżywał wewnętrzne rozterki to Złotorodek klną wyklinał i błagał. Inżynier za nic nie miał w sobie godności. Był w końcu świadomy swych win, miał szanse pojednać się z synem, odrzucił ją ze strachu. Brond za zgodą piastunów przemówił do zebranych pewnym donośnym głosem. Opowiedział dvergom o swoich uczuciach do Beatrycze, o knowaniach wiedźmy i tym, że to ona jest odpowiedzialna za klątwę ciążąca na jego synu. Wykrzyczał, że nie wstydzi się swojego dziecka i dał mu swoje nazwisko, a magicznie znamię wedle piastuna jest wyznacznikiem wielkich czynów tak jak było w przypadku legendarnego Zimowego Króla. Czuł, że wielu piastunów aprobowało jego słowa jak i zgromadzonych. W tedy też Ragnarrak wyrwał się do oskarżeń dokładając też hańbę swojej siostry. Tego dnia Ojciec chciał, by Brond wyznał wszystko co kładło się cieniem na jego sercu. Opowiedział raz jeszcze historię jego i Hildy, przed wszystkimi dvergami obnażył swoją duszę i tłumiony ból. Ragnarrak znów chciał się na niego rzucić, ale pochwycił go w niedźwiedzi uścisk sam Vergo. Krasnoludy zaczęły skandować “niewinny”. Brond padł na kolana czekając na wyrok, gotowy na niego nie zależnie jaki on będzie. Ksawery choć starał się być neutralny uznał swojego towarzysza za niewinnego. Raggor uznał to za zdradę i rzucił się na Ksawerego z toporem. Brond niewiele myśląc zasłonił piastuna swoim ciałem. Nie ośmielił się zaatakować innego piastuna, byłoby to świętokradztwo. Nie mógł jednak pozwolić, by Ksawery tutaj zginął. Zaskoczyny Raggor odbił się od tłustego brzucha Bronda. W tedy inni zdołali go rozbroić, jednak dla tłumu było to zawile. Emocje sięgnęły zenitu wybuchła kolejna burda, poplecznicy Raggora zaczęli walczyć. Rozruchy były tak wielkie, że zostały okrzyknięte “drugą wojną nieludzi”. Był to zarazem pierwszy test dla nowego dowódcy. Jovin poradził sobie z tym znakomicie choć nie obyło się bez ofiar. Po wszystkim Brond miał jeszcze okazję pomówić z jednym z najstarszych piastunów Lotorem "Grzywaczem" Kagolssonnem, dopytując nestora o swoją winę. Piastun Lotor stwierdził, że w takich sprawach orzeka piastun oskarżonego i jego współziomkowie. “Jeśli nie widzą w tobie winy ja również jej nie dostrzegam” - przemówił spokojnym głosem. Te słowa dodały otuchy wojownikowi i wziął jej głęboko do serca. Brond spojrzał na swoje oblicze wodzie, fale się uspokoiły, a obraz stał się klarowny. Widział krasnoluda z pogrążonymi oczami, zmęczonego życiem z brodą w nieładzie. Wizyta w Virn była dla niego okazjom do rozliczenia się z przeszłością. Wojna zbliżała się wielkimi krokami, jak na razie największym zagrożeniem były inne krasnoludy. W krótce się to zmieni i zacznie się prawdziwa bitka. Brond musiał wytrwać dla klanu, wodza Jovina, piastuna Ksawerego, swojego brata Teobalda i jedynego syna Egara.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
z wielkim szacunkiem i serdecznymi pozdrowieniami kieruję do Piastuna list, aby zapytać o Piastuńskie zdrowie i życzyć wszelkiej pomyślności. Mam nadzieję, że Piastun dobrze się czuje i jest w dobrym zdrowiu.
Chciałbym poruszyć kwestię problemów religijnych w Virn. Niestety, muszę zmartwić Piastuna i opowiedzieć o tamtejszym wzroście nieprzyzwoitych zachowań, nierządu oraz przestępczości, które wpłynęły negatywnie na moralność i postawę ludności. Muszę ostrzec. Nie będę żałował gorzkich słów na temat tego co tam widziałem. Wojna jest nieprzewidywalna a chce mieć pewność, że to co widziałem w tym mieście dojdzie do Twych uszu. Dlatego też piszę ten list.
29 dnia lata dojechaliśmy do murów miasta, była już tam spora grupa krasnoludów. Rozbiliśmy obozowisko. Doszły nas wieści o wieczerzy w mieście. Ruszyłem do miasta. Towarzyszył mi Theobald i Brond. W mieście było wielu dwergów, wszyscy czekali na możliwość posilenia się.
Na początku zastał nas widok obnażającego się dwerga i gawiedzi radoście wykrzykującej. Jak potem się okazało był tutejszy inżynier, który przegrał zakład. Do występków Briggsa Samorodka bo tak się zwię, wrócę później.
Przechodząc koło zaułka spotkaliśmy grupkę młodych dwergów. Pyskowały i szukały zaczepki. Całkowity brak szacunku wobec starszych jak i mnie jako piastuna.
Tu zatrzymam się dłużej, bo to nie jedyny raz gdzie się spotkałem z takim zachowaniem. Młode dwergi tu skupiają się na stojeniu i pachnieniu a nie pracy. Ważniejsza dla nich rozrywka niż ich dziedzictwo i tradycje. Ale to najmniejszy z problemów tutaj. Nawet byciem dwergiem pogardzają bo uważają się za krasnoludy.
Wróćmy. Tego dnia na placu te odbyło się szopka z szyszkożerną kurwą (wiem to nie gramatyczne, nie powinno się tak pisać podobnie jak pisać masło maślane ale kurwa to był jej zawód). Co do tej kurwy to miała ona się stać przyszłym nabytkiem w tutejszym burdelu. Wszyscy wiwatowali i czekali na jej “rozpakowanie”. Mi przypadło przypadkowo to “szczęście” poprzez wygranie zakładu z właścicielem burdelu. Ostatecznie nie skorzystałem z tak obrzydliwego przywileju. Nie godzi się takie zachowanie. A i interakcja z takim plugastwem mnie nie przysparza radości. Pewnie nawet jakby jaką szczurzyce złapali to miejscowi by ją wychędożyli bez zawachania. Nierząd jest normą w tym mieście. Boję się pomyśleć ile bękartów się z tego powodu narodziło.
Historię jednego z tutejszych bękartów udało mi się zgłębić.
Kilka dni przed naszym przyjazdem zdarzył się wypadek przy obsłudze jednej z maszyn oblężniczych terebiszcza. Jeden z członków świty inżyniera Samorodka (tak tego, który się obnażał), zaplątał się w linę machiny i został wystrzelony. Spotkała go błyskawiczna i brutalna śmierć. Opowiadam tą historię bo wiążą się z nią dwa wydarzenia, które nie powinny nigdy mieć miejsca. Pierwsza z nich to, że nieszczęśnik Grenbur był bękartem, synem lokalnej kurewki. Trzy wydarzenia.
Bo w tej rodzinie były aż trzy kurwy. Każda gorsza od drugiej. Ale wróćmy do Grenbura skoro już rozpocząłem ten wątek. Grenbur, jak potem się dowiedziałem od jego matki okazał się synem inżyniera Samorodka, który w młodości często zabawiał się z tą kurwą. Grendur nigdy nie poznał imienia swego ojca za życia. Zmarł jako bękart. Po zwyczajach panujących w tym mieście zakładam, że takie zjawisko jest na porządku dziennym. To haniebne i niegodne. A także to, że takie zachowanie jest dopuszczalne.
Co do zwyczajów mało tego, okazało się, że córka Grenbura zabrała po jego śmierci jego przedmioty osobiste i sprzedała je. Ona jak i jej matka i babka nie kryły się w ogóle, że nie mają żadnych zasad. Zrobiłem co w mojej mocy aby naprawić te przewiny i dać szansę nieszczęśnikowi na dostąpienie Sal Biesiadnych.
Podczas moich prób miałem okazję spotkać wygnańców w mieście. Nie kryli się za bardzo z tym. Nie miałem odpowiedniej siły zbrojnej aby się tym zająć od razu. Ale takie plugastwa mają przyzwolenie na przebywanie w mieście. Inaczej nie da się tego nazwać bo u nas jakbyśmy jakiegoś wygnańca spotkali, to byśmy od razu od chaty do chaty zwołali się i zrobiliśmy porządek z zarazą. A tu nic. Tutejsi na pewno widzieli ich nie raz i nic nie zrobili z tym. Hańba.
Wracając do sprawy Grenbura warto poruszyć sprawę, jego pochówku.
Miastem w sprawach wiary przewodzi piastun - Karlig „Piastun” Mordekssonn.
Uroczystości pogrzebowe odprawiał jego syn, który poznaje nauki piastuńskie.
Z tego co słyszałem o uroczystościach pogrzebowych to były one prowadzone w sposób niepoważny. Zebrani na uroczystości dobrze się bawili i robili sobie żarty na uroczystości. Nie tak powinny wyglądać obrządki pogrzebowe. Ze strony Karliga nie popłyneła żadna reprymenda do jego syna na temat tych zdarzeń. A powinna!
Tutejsi zapominają o swych korzeniach i bardzo to widać. Kpią sobie z tradycyjności dwergów z gór. Kpią sobie z naszego przywiązania do wiary. Chełpią się swoją dzietnością i to przypisują jako usprawiedliwienie dla ich pobłażania w sprawach wiary i tradycyjności.
Najgorsze w sprawach wiary co tu słyszałem to, że czczą tu handlarza. Nie ma u nich Pasterza. Jest tylko handlarz. I tutejszy piastun nic z tym nie robi. Tłumaczą, że handlarz robi dobre interesy i dlatego dobry. Dlatego, oni żyją w dobrych warunkach i ta ich higiena. Nie. Nie ma mojej zgody na takie coś. Nigdy.
To kilka wydarzeń z którymi miałem styczność przebywając w mieście. Brak wartości u tutejszej ludności miał wpływ na inne wydarzenia tego czasu. Nie tylko mi to nie przypadło do gustu.
Na uczcie na której miał się odbyć wybór svaglara była pijatyka. Nie będę wchodził w szczegóły jak przebiegała. Ale opowiem jak się rozpoczęła.
Vergo “Niedźwiedzisyn” Korgothssonn zaczął się kłócić z tutejszym Piastunem na temat zwyczajów tutejszych. Nazywania Pasterza handlarzem. Od tego zaczęła się pijatyka. To doprowadziło wtedy do niezgody a następstwem tego było naruszenia zakazu szarobrody.
Wstyd mi tutaj. Ja jako Piastun nie walczyłem tak o dusze Naszego Ludu jak zwykły wojownik. Milczałem na początku, dlatego, że nie znam run i nie czułem się odpowiednią osobą do pouczania bardziej wykształconych Piastunów. Wszyscy Piastuni powinni się wstydzić tego dnia.
W podziemnej izbie lecznicy Gromraka Białego w trzydziestym czwartym dniu lata, dniu Svardød, zebrali się Piastuni z moją osobą włącznie i zostało rozstrzygnięte, czy nastąpiło złamanie zakazu szarpibrody. Przy okazji zostałem poddany próbie znajomości Naszych Praw.
Na tym spotkaniu poruszyłem kwestie prowadzenia ludu przez Karliga.
Gdy nastał dzień oficjalnego rozstrzygnięcia czy Karlig nadal jest godzien prowadzenia ludu w Virn, zdarzyła się rzecz niespodziewana. Zamach na moją osobę.
Od rana ruszyłem po Sal Forseptu na spotkanie w tej sprawie, wraz z Teobaldem oraz Brondem. Sił mi wciąż brakowało po wcześniejszej pijatyce, dlatego nie poruszałem się zbyt szybko.
Po drodzę spotkaliśmy ponownie młodą dverkę, siostre zmarłego Grenbura. Ostrzegła mnie o zamachu na moją osobę. A w praktyce to ona wciągnęła mnie w zasadzkę wykorzystując kiepską kondycję mojego umysłu.
Brond i Theobald na szczęście mnie odnaleźli i pokonali tych oprychów choć zbiry miały przewagę liczebną. Nasz lud nie tylko umysłowo ale fizycznie przewyższa ludność żyjącą w Virn. Zbiry były wygnańcami. Kto ich najął, i kto wydał wyrok na mnie… nie wiem. Ale bez wątpliwości było to związane z tym, że mam się stawić w Salach Forseptu. Theobald schwytał jednego z nich ale niekompetentna straż miejska wypuściła wygnańca a zatrzymała Theobalda.
Ostatecznie straż odprowadziła nas od Sal Forseptu aby rozstrzygnąć czy mówimy prawdę.
Na miejscu byli już wszyscy Piastuni. Zebrała się też gawiedź.
Ja byłem oskarżycielem Karliga, Piastun Mird „Żelazna Broda” Odissonn był jego obrońcą.
W kwestiach prawnych miałem wystarczającą siłę argumentów aby przekonać Piastunów. W kwestiach teologicznych równoważne Piastunowi Mirdowi.
Mam przekonanie, że gdybym był w lepszym stanie zdrowia i tłum by mnie tak nie przekrzykiwał i nie wchodził w ciągle w słowa, siła moich argumentów byłaby większa. Osąd Piastunów uważam za sprawiedliwy i w pełni się zgadzam z ich mądrością. Ale wciąż uważam, że wydarzenia które mają miejsce w tym mieście wymagają naszej Piastuńskiej uwagi. Niedobory Piastunów w tym mieście są widoczne. W tym mieście przybywa tylko więcej burdeli. Wszelkie pobłażanie i przymykanie oczu na to co tam się dzieje jest niedopuszczalne.
To nie koniec wydarzeń na tym spotkaniu.
Raggor „Strażnik Córek” Adborssonn postanowił osądzić tam Bronda oraz inżyniera Samorodka za ich lubieżność. Przyrodzenia tych dwergów miały iść pod topór. Osądzenie ich Raggor oddał mi z racji, że krytykowałem lubieżność tego ludu i konsekwencje tego czyli płodzenie bękartów nie znających swych przodków.
Raggor działał pod wpływem emocji i napierał aby wydał wyrok nawet mimo tego, że inni Piastuni zwracali uwagę, że nie tak powinny odbywać się sądy. Brond był gotów mężnie oddać się każe jeśli tylko taki byłby osąd Piastunów. Jako, że Raggor oddał mi osąd, podjąłem najlepszą możliwą decyzje w tamtym momencie czyli wstrzymałem się od decyzji. Nie tak działa prawo jak wtedy chciał tego Raggor. Raggor źle zniósł tą decyzje. Ruszył ku mojej osobie z toporem w dłoni. Brond stanął na jego drodzę. Niewiele brakowało a byłbym wieczerzał w Salach Forseptu. Szkoda. Poczekam.
Po wydarzeniach w Salach Forseptu wybuchły zamieszki. Nie obyło się bez ofiar. Lud bardzo był za swoim Piastunem. Zapewne dlatego, że nie na wiele im pozwala.
W Virn rodzi się powoli herezja moim zdaniem. Zwyczaje ludzi wypaczają tutejszą społeczność. Prędzej czy później doprowadzi ona ten lud do zguby. Ich pycha i arogancji sprawi, że wyprą się swych korzeni. Samo przebywanie w tym mieście ma negatywny wpływ na relacje między samymi Piastunami. Dobrze, że nie muszę dłużej przebywać w tym mieście. Reszta ludu z gór też jest pewnie z tego zadowolona.
Mam nadzieję, że nie narobiłem Ci trosk tym listem drogi Piastunie. Wracam do swych obowiązków. Pozdrawiam.
Wysłany: 2023-05-01, 22:17 Przesłanie do elfów od Takefjell
"Przesłanie do elfów od Takefjell"
autor Karev „Pieśniarz” Dvilssonn
My jesteśmy krasnoludki
Hopsa sa - hopsa sa
Rozwalimy wam ogródki
Hopsa - hopsa sa
Topór w rękach, taka moda
Oj tak tak - oj tak tak
Honor, duma, stal i broda
To nasz - to nasz znak
Szyszki z drzewek pospadają
Hopsa sa - hopsa sa
Szyszkojady wyzdychają
Hopsa - hopsa sa
Mocna piącha w elfie lico
Sru tu tu - sru tu tu
I zasypiasz ladacznico
Lulu lulu - lu
Płoną elfy, płoną lasy
Hopsa sa - hopsa sa
Nie bierzemy za to kasy
Hopsa - hopsa sa
Hełm na głowie, topór w dłoni
A ja jaj – a ja jaj
Góral zaraz was pogoni
Uhu uhu – ah
My jesteśmy krasnoludki
Hopsa sa - hopsa sa
Czas odpłacić dawne smutki
Hopsa - hopsa sa
Młotem łatwo liczyć kości
Oj tak tak - oj tak tak
Chwała w naszych sercach gości
To nasz - to nasz znak
Co uciekasz szyszkojadzie
Hopsa sa - hopsa sa
Przybyliśmy w stałym składzie
Hopsa - hopsa sa
Tu na czele Srogie Pięści
Sru tu tu - sru tu tu
Porąbiemy was na części
Lulu lulu - lu
Są tu z nami Ogrobije
Hopsa sa - hopsa sa
Każdy elfa dziś zabije
Hopsa - hopsa sa
No i przecież Bokobrodzi
A ja jaj – a ja jaj
Drzewolubom się zaszkodzi
Uhu uhu – ah
I tak sobie śpiewali i płynęli wraz z rzeką Westernlodirn na północ, aby zmierzyć się ze swym przeznaczeniem i stać się godnymi Sal Biesiadnych. Virn okazało się być ledwo przystankiem długiej podróży, lecz najciekawsze było dopiero przed nimi.
Pełgająca świeca oświetliła jeszcze raz uśmiech starca, który zdjął na chwilę kapelusz, aby przeczesać włosy. W świetle widać było jeszcze więcej zaniepokojenia na twarzy siedzącego naprzeciw niego młodzieńca, który zżywszy się z bohaterami nie musiał odczuwać takiej odrazy, która nawiedziła jego wątrobę podczas poprzedniej opowieści. Starzec to widział swymi stalowymi oczami, a znając dalszą część tej historii, wiedział że młodzieniec doświadczy jeszcze wielu różnych emocji.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum