TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poprzedni temat :: Następny temat
Na Dziedzińcu Virnburg
Autor Wiadomość
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2023-05-22, 16:02   Na Dziedzińcu Virnburg

Postacie dialogu:
Emeryk - Herold Emeryk von Richtenberg
Hekehard - Mistrz Hekehard z Zwischenbergu
Johann - Johann zu Kleks.
Kanut - Doktor Kanut z Kröne
Trudelloch - Trudelloch „Cwany” Grommilssonn z klanu Srogich Pięści

Dialog nawiązuje do wydarzeń opisanych w wątku Wojna Nieludzi - Akt I.

Narrator:
Była noc 34 dnia lata 1976 roku Ery Upadku Svirtbēṯ, która to noc według kalendarza runicznego należała do Svardød, ale dla ludzi Siegvaardu był 2 dzień sierpa 699 roku i jak każdy inny dzień należał do Mymkrafta, gdy na dziedzińcu zamku Virn z wolna siedmiu dvergów zdejmowało z dwukołowego wozu ciało zabitej rogatej bestii. Przyglądał się temu Mistrz Hekehard z Zwischenbergu ubrany w odświętną szatę maga z wyszytymi symbolami przynależności do cesarskiej warowni Malheim. Dla dvergów, tu zwanych krasnoludami, było dostatecznie jasno od świateł bijących z kilku dolnych okien wychodzących na dziedziniec i prawego jasnego rogala na niebie, ale Mistrz Hekehard nim truchło legło na bruku dziedzińca rozkazał sługom przynieść z dolnych sal wychodzących na krużganek wysokie kandelabry, co też pośpiesznie uczyniono. Hekehard odprawił sługi, gdy zbliżył się do niego na krok ciemnowłosy krasnolud o niezniszczonych pracą dłoniach, noszący miast zbroi pierścienie i bogato zdobiony pas. Krasnolud pogładził opuchnięty policzek i też odprawił dvergów, którzy patrząc na truchło rogatej bestii, jeden za drugim splunęli na bruk, a ostatni opuszczający dziedziniec przy bramie nawet puścił głośnego bąka, czym wywołał niesmak u pozostającego krasnoluda, lecz nie udało mu się wywołać u niego zdziwienia.

Hekehard:
Twoi ziomkowie Trudellochu nigdy się nie zmieniają, nawet gdy zamknie się ich w murach ludzkiego miasta.

Trudelloch:
Już zapomniałem Mistrzu Hekehardzie, że bez zająknięcia deklamujecie oczywistości z nadzieją, że nikt jeszcze ich nie dostrzegł.

Narrator:
Mistrz Hekehard uśmiechnął się, a jego siwy wąs zalśnił w świetle kandelabrów. Trudelloch odwzajemnił uśmiech, po czym krasnolud i człowiek serdecznie ścisnęli sobie ręce, a następnie zaczęli rozmawiać tylko w sobie znanym języku, różnym od języków poleceń, które przed chwilą wydali.

Trudelloch:
Rad jestem z tego spotkania. Rubikon ponoć nieczęsto wypuszcza magów swego kręgu. Czy to prawda, że mimo mistrzostwa w magii ty i pozostali czarownicy z Malheim wróciliście do roli adeptów?

Hekehard:
Może „adept” nie oddaje w pełni tej roli, w której się obecnie z moimi konfratrami znaleźliśmy, ale rzeczywiście Rubikon przewyższa nas tak jak mistrz przewyższa ucznia.

Trudelloch:
Jest tak potężny jak mawiają?

Hekehard:
To mag z Imperium, pielęgnujący tradycję awatarów, którą rozpoczął Asterion. Z magów mojej rasy nie ma potężniejszych w Sorii. To, że do Siegvaardu zawitał ktoś, kto nie musiał pół życia praktykować ze związaną jedną ręką przez Kościół, a żyje jakieś pół tysiąca lat, sprawia, że trudno się nam do niego porównywać. Ale… leży u naszych stóp bestia, a my rozprawiamy o rzeczach znacznie dalszych.

Trudelloch:
Na bestię przyjdzie czas, gdy zejdzie do nas Landgraf Fürst Ferdinand Pierwszy Adler-Herr, a teraz można wymienić się wieściami.

Hekehard:
Niedoczekanie twoje przyjacielu. Fürst Ferdinand się do nas nie pofatyguje, bo rozprawia o strategii ze sztabem. Nie zejdzie też do nas pan tego zamku, Burggraf Hans-Adolf Adler-Herr.

Trudelloch:
wysłałem posłańca, który donosił o tej bestii. Przecież to kwestia bardzo ważna. A poza tym, dlaczego nie wezwano mego brata Jovina, który będzie dowodził krasnoludzką armią?

Hekehard:
Co do tego ostatniego, to nie wiem, ale bacz, że te sprawy na dziedzińcu widać nie są tak ważne, jak ważna jest polityka. Spokojnie przyjacielu, niebawem powinni tu być herold Emeryk von Richtenberg, doktor Kanut z Kröne oraz ktoś o kim pewnie nigdy nie słyszałeś, ale teraz warto zapamiętać jego miano.

Trudelloch:
Jest to jednak niepokojące. Herolda i doktora Kanuta już spotkałem. Kim jest ta ostatnia osoba triady?

Hekehard:
Johann zu Kleks.

Trudelloch:
Nawet nie wiem, gdzie znajduje się takie miejsce jak Kleks. Co to za totumfacki człowiek księcia i jak dostąpił on zaszczytu stania przy heroldzie?

Hekehard:
To champion turnieju, który urządził książę w Grundem przed wymarszem do Virn. Nie oglądałem samego turnieju, ale doniesiono mi, że chociaż licho uzbrojony doskonale operował… umbo? Chyba właśnie tym.

Trudelloch:
Umbo to środkowa część tarczy.

Narrator:
Trudelloch wskazał na wiszące na balustradach krużganka okrągłe tarcze, a następnie, gdy Mistrz Hekehard skupił na nich wzrok obrysował palcem w powietrzu metalowe serce tarczy. Cofnął jednak rękę, gdy zdał sobie sprawę, że ludzkie oczy w ciemności zewnętrznej części dziedzińca mogą nie dostrzec tego szczegółu.

Hekehard:
W każdym razie wygrał turniej, dostał pas, piękne ostrogi i teraz na czas wojny będzie championem księcia, a co się z tym wiąże, będzie mu raportował… lub jeżeli jest intelektualnie w stanie, to może nawet będzie księciu konspektował… sprawy nie najwyższej wagi, ale wciąż formatu wymagającego rozwagi. No i będzie jego prokurentem. Herold i doktor Kanut wprowadzają go w niuanse godności, której dostąpił, a mnie, podobnie jak im przypadło w udziale „służyć championowi radą na czas wprowadzenia”. Dokładnie taką formułę mi polecono, lecz nie jestem pewny czy wiąże się z tym jakiś awantaż.

Trudelloch:
Powiedz mi coś jeszcze o nim.

Hekehard:
Stanu zwykły Adel. Prostaczek z tytułem rycerskim lub bliskim niego. Ledwo je łyżką i jak już nabiera pokarmu, to zawsze z górką. Drapie się publicznie, zakłada ręce za głowę, stoi w rozkroku jak do jazdy, chociaż przecież konia nie ma zawsze pod sobą. Ma chyba siedemnaście lub osiemnaście lat i w swoim Kleksie żonę z pierwszym dzieckiem. Ojciec już nie żyje, a poza tym o rodzie niczego się nie dowiedziałem. Herold jednak rozpoznał jego herb i rycerze z Westwaldu byli w stanie go przedstawić. Herold zna wszystkie herby Malburgii i pewnie nawet wszystkie herby całego Siegvaardu, a może i Apricji, i Środkowych Królestw. Całe starcze życie zaskakuje mnie, że ktoś się uczy w młodym wieku herbów jak symboli haetel, chociaż pożytek z tego jedynie towarzyski.

Trudelloch:
To chyba trochę bardziej zawiłe zagadnienie. Przy okazji, póki nie przybyli wspominani. Czy mógłbyś mi zorganizować rzeczy z tej listy?

Narrator:
Krasnolud podał czarodziejowi niewielką białą kartę zapisaną inkaustem, a ten odwracając jej wierzch do kandelabra objął ją jednym spojrzeniem. Mag nieśpiesznie podniósł wzrok na swego rozmówcę i rzekł z namysłem.

Hekehard:
Nie wszystko, ale może zadowolisz się pewnymi substratami. Tak. Z zamiennikami nie będzie problemu, jeżeli rzecz jasna uzbroisz się w cierpliwość równą koniecznej drodze do Malheim i dalej na front. Mistrz Waldemar będzie tam niebawem ruszał, więc mogę polecić mu sprowadzenie tych rzeczy. Bacz jednak, że z gaerdalium będzie problem, bo to komponent wysoce przetworzony. Można go uzyskać z prekursorów w małym laboratorium alchemicznym, między innymi z dendrytu i jakiegoś zewnętrznego aksonu. Potrzeba do tego jednak czasu. Tak… jeszcze z chryzelefantyną będzie problem dla tego amalgamatu, bo potrzebny jest specjalny łącznik z drewna, którego nie mieliśmy na stanie, gdy opuszczałem warownię. To tyle jeżeli chodzi o listę, którą dołączę Waldemarowi. A swoją drogą nie wiesz może kogo odwiedzał on w krasnoludzkiej dzielnicy ostatnimi dniami?

Trudelloch:
Nie wiem nic o tym, aby jakiś czarodziej pałętał się po Geschlossener Bezirk od kiedy tu jestem, a na każdych wrotach miałem bystrego dverga.

Hekehard:
Waldemar jest sprytny. Jeżeli nie chciałby być zobaczony, to by nie został zobaczony. Może snuje on swoje intrygi, ale na razie nic nie wskazuje na to, aby były jakoś bardzo sprzeczne z ogólną linią naszej konfraterni. À propos konfliktów, co ci się stało? Bitwę żeś stoczył? I w ogóle, to dlaczego pachniesz wędzarnią? Przez chwilę myślałem, że to truchło podwędzone lub majordomus księcia oszczędza na świecach i miast woskowych podał nam w kandelabrach łojowe, ale przecież to ty nosisz się z taką aurą.

Trudelloch:
Słyszałeś ten wybuch wczorajszej nocy? Moja siostra Wisienka straciła torbę z materiałami alchemicznymi, a zasadniczo piro-alchemicznymi. I ten wybuch był właśnie tam, gdzie i ja byłem. Ten siniak zaś to krasnoludzka kampania wyborcza. Można rzec, że udana.

Hekehard:
Wierzę w twe słowa. Och przypomniało mi się! Jedna rzecz cię zaskoczy przyjacielu, gdy ci o niej opowiem. Wiesz, że książę nauczył się języka runicznego?

Trudelloch:
Runicznego? Nie chodzi ci po prostu o język kamienny? Wczoraj i dziś nim mówił, a zna go pewnie od dekady.

Hekehard:
Języka runicznego. Tego opartego o alfabet eldrunnic.

Trudelloch:
Żartujesz?

Hekehard:
Nie.

Trudelloch:
Nie może być. Przecież nawet piastunów, którzy znają język runiczny da się policzyć na palcach. Skąd się go nauczył?

Hekehard:
Nie wiem na pewno, ale to musiało być źródło spoza Virn. W każdym razie, gdy półtorej dekady temu książę został wzięty w pertraktacjach przez krasnoludzkie tuzy z miasta…

Trudelloch:
Dokładnie to Ansgara Hekgvina Lemiesza zwanego „Bankierem”.

Hekehard:
Tak, tak. Właśnie jego i jego wspólników. Chyba ubodło go to, więc teraz gdy pośredniczył negocjacjom tego Lemiesza z księciem von Burke porządnie się odegrał. Ugryzł Lemiesza, mógł połknąć, ale wolał wypluć.

Trudelloch:
Pewnie chodzi o ich negocjacje w sprawie lokacji krasnoludzkiej dzielnicy w Kröne. Przecież doszli do porozumienia i Westwaldzcy krasnoludowie będą mieli swój przyczółek na wolnej ziemi w stolicy Malburgii.

Hekehard:
Tak, ale podczas negocjacji książę zastawił gambit w imieniu von Burke, na który złapał się Bankier, a przez to Lemiesz miał wybór między utratą brody, a utratą oprocentowania pożyczek wojennych. Jak pewnie wiesz Bankier cały czas ma brodę, więc jego zysk z wojny to naprawdę resurs... i prawo osiedleńcze dla westwaldzkich krasnoludów.

Trudelloch:
Języka runicznego można się uczyć tylko na naszych starych podaniach, spisanych i nie czytanych, lecz opowiadanych. Nie wiem co zastosował książę, lecz rozumiem, że musiało być to coś relewantnego i wyciągniętego z naszej historii jeszcze sprzed upadku Svirtbēṯ. Warto wiedzieć, że to niebezpieczny adwersarz. Tak! Warto to wiedzieć. Do pustej beczki! To zmienia układ sił w mieście, a jutro niepotrzebna konfrontacja.

Hekehard:
Warto o jednej rzeczy jeszcze wiedzieć, ale to ty potwierdź. To prawda z wiedźmą?

Trudelloch:
Jeżeli pytasz o Adę Braun, to tak, chociaż wśród wiadomości są plotki. Nie jestem pewny czy jest wiedźmą, czy tylko narzędziem jakiegoś wysublimowanego prymatu. Jeżeli to pierwsze, to musi być potężnym magiem, bo była w stanie ukryć swoje magiczne moce, a jeżeli to drugie, to niebawem przyjdzie nam się zmierzyć z jakąś dominacją. Myślisz, że ma to związek z tym truchłem?

Hekehard:
Tak myślę i podobnie myśli tu obecny krąg magów. A wiem, bo zdążyłem im przekazać wieści i zasięgnąć opinii. Widzisz przyjacielu, w ostatnim roku bardzo dużo się wydarzyło na ziemiach od Sudemarku do Rheinlandu i chyba w końcu zmierzamy do konkluzji tej opowieści.

Narrator:
Krasnolud i człowiek spojrzeli raz jeszcze na rogatą bestię, której pysk zastygł w grymasie agonii. Bycza głowa tego stworzenia miała ostre rysy, a szeroki nos unosił wąski pysk, który wypełniały liczne kły. Zdawało się, że zmrużone oczy z boków pociągłej głowy, szukały celu ataku nawet gdy stwór był już truchłem, a potężne rogi nad nimi skierowane w przód miały wskazywać ten cel. Stwór w zasadzie nie miał szyi, ale gdyby stał, to mierzyłby blisko dwa i pół metra wysokości. Mógł ważyć przy tym więcej jak trzysta kilogramów, a jego humanoidalne, pokryte brązowo-brunatnym futrem ciało wydawało się umięśnione i twarde. Mocarne ręce i nogi zdradzały dużą siłę stworzenia, a pięść zdecydowanie mogła zrobić poważną krzywdę przy uderzeniu. Mogłaby jednak tylko o tyle, o ile stwór byłby żywy. Teraz zaś był martwy, co z ulgą przyjmowali obecni interlokutorzy. Potwór nie był nagi. Odzienie, w które został upakowany było skórzaną zbroją. Prymitywną, ale wciąż zbroją, co budziło konsternację. Mistrz Hekehard już z wolna otwierał usta do kolejnej części rozmowy, gdy nagle jego uwagę przykuł nowy głos pojawiający się na dziedzińcu.

Johann:
Oho! Wasza wielebność doktor Kanut niech wzywa Wielkiego Kapłana. Toć to na dziedzińcu mag heretyk z poganinem bawią, a to miast świec trzeba stos rozpalić… orzesz, ale bestia. Dawno ubita?

Narrator:
Spokój Trudellocha Grommilssonna i Mistrza Hekeharda przerwał zbiegający ze schodów na dziedziniec młodzieniec o blond włosach i błękitnych oczach. Ewidentnie miał styczność z alkoholem, co zdradzała plama wina na jego kołnierzu, który wystawał spod starej zbroi. W oczy rzucał się jednak całkowicie niedopasowany do prostego odzienia bardzo ozdobny pas i niepotrzebnie zostawione przy butach ostrogi, które wymagały zeskakiwania ze schodów. Pod arkadami krużganku poczęli zbierać się ciekawscy rycerze ze świty czempiona Johanna, lecz wzrok krasnoluda i maga kierował się na schodzących z wolna dwóch mężów. Dostojnie starszego, blisko czterdziestoletniego herolda odzianego w aksamitny, czarno-bordowy houppelande z wyszywanym po lewej stronie lwem dzielonym poziomo w pół, który u góry był złoty na czarnym tle, a u dołu czarny na złotym tle. Na głowie herold miał czarny chaperon, a na pasie prawie tak ozdobny pas jak blond młodzieniec Johann. Za heroldem schodził ubrany w zdobiony habit kapłan o szpakowatym wyglądzie i ponurych, głęboko osadzonych oczach. Kapłan na szyi nosił złoty symbol tarczy słonecznej, z której wystawały po bokach poskręcane miecze, a na palcach nosił pierścienie, które można było widzieć tylko o tyle, o ile trzymał się on poręczy schodząc ze schodów, gdyż z nawyknienia szybko schował złączone dłonie w rękawy swego habitu, gdy tylko nie musiał trzymać się poręczy. Krasnolud i mag wymienili się z kapłanem skromnymi grzecznościami, gdy herold podszedł do wychodzących z westybulu dwóch heroldów gończych. Dopiero po tych grzecznościach Trudelloch zdecydował się zwrócić do młodzieńca, który już szturchał nogą bestię, odpowiadając na jego pytanie.

Trudelloch:
Dziś o brzasku.

Johann:
Nie musisz klęczeć krasnoludzie podczas rozmowy… chwila. Ty stoisz. Myślałem, że klęczysz. Na uśmiech świętego Hermenegilda. To prawda, że krasnoludy są niskie jak dzieci, a szerokie jak… po prostu szerokie. I ta broda. Długo ci rośnie?

Trudelloch:
Nie pamiętam championie, abyśmy wchodzili w zażyłość. Odpowiem jednak i na wasze drugie pytanie. Od stu czterdziestu trzech lat.

Johann:
Babka mi mówiła, że krasnoludy żyją dwieście lat, a później zamieniają się w grzyby lub kamienie, w zależności od tego czy były dobre czy złe.

Kanut:
Jest to baśń. Krasnoludowie Górscy dożywają dwustu lat, po czym ich proces starzenia się przyśpiesza. Dożywają lat circa dwustu pięćdziesięciu, przy czym umierają w niespektakularny sposób. Częściej jednak populacja ta umiera z powodu przemocy wojennej, najazdów prymitywów, głodu i chorób powodowanych niedożywieniem.

Johann:
A krasnoludy miejskie?

Kanut:
W porządku nauk biologicznych nie ma czegoś takiego jak krasnolud miejski. Ten lud żyjący w swojej zamkniętej dzielnicy i cieszący się protekcją jaśnie księcia to krasnoludowie górscy, którzy niczym się nie różnią od górali. Z wyjątkiem obyczajów i częstotliwości kąpieli. Poza tym żyją w Sorii krasnoludowie lodowi i czarni. Pierwsi są podobni obyczajem do górskich i oddają cześć tym samym bożkom, a drudzy oddają cześć Myrkrydom, czyli odwróconemu Førstseptowi.

Johann:
No dobra. A co to za bestia?

Hekehard:
Niech mnie wielebny doktor Kanut poprawi, jeżeli jestem w błędzie, ale ta bestia to tuerrtaur.

Narrator:
Mistrz sztuk magicznych uczynił szeroki i prowokacyjny uśmiech w kierunku honorowanego stopniami naukowymi kapłana Kanuta. Kanut udał, że tego uśmiechu nie widzi, lecz opuścił swój wzrok na truchło stwora.

Johann:
Tuter… Turtar…

Kanut:
Tuerrtaur. Inna nazwa tego stworzenia to minotaur.

Johann:
Kto wymyśla te nazwy? Nie może się to po prostu nazywać w jeden sposób?

Hekehard:
To przyjęta praktyka od dawien dawna. Stwory te były znane od czasów, gdy Mymkraft chodził po świecie. W zamku Minon, który już dawno zasypany jest piaskami ergu używano takich stworów jako strażników, stąd też nazwa „minotaur”.

Johann:
A co to w zasadzie jest? Prócz tego, że to plugawe truchło. Ktoś to przebił włócznią?

Emeryk:
Dość! Sprowokowane rozmowy nie są na miejscu. Wszystko źle. Championie, udzielam ci ósmego dziś upomnienia. Ab ovo!

Kanut:
Podzielam uwagę jego dostojności herolda von Richtenberg.

Narrator:
Herold w końcu zbliżył się do rozmówców i wykonał adekwatny dworski ukłon dla widzianego pierwszy raz tego dnia krasnoluda. Kanut podniósł wzrok z truchła stwora i skierował je na mistrza sztuk magicznych, który dopiero w tym momencie zdjął z kapłana swoje spojrzenie. Były to jednak szczegóły, gdyż niemal całą atencję skupił Johann. Młodzieniec wnet westchnął i opuścił głowę, po czym oddalił się w koncercie śmiechów, zgromadzonych na zewnętrznej części krużganka gapiów. Jedynie pełną powagę udało się zachować dwóm gończym heroldom, których herold Emeryk von Richtenberg wprowadzał w arkana heraldyki i zwyczajów turniejowych. Akurat do nich zbliżył się champion i odwrócił do czwórki stojącej dookoła truchła. Założywszy prawą rękę za plecy Johann wyprostował się i marszowym krokiem zbliżył się do zgromadzonych. Przy ostatnim kroku zaś złożył nogi i ukłonił się okazując szacunek, lecz nie uniżenie.

Emeryk:
Johannie zu Kleks, przedstawiam Trudellocha Grommilssonn z klanu Srogich Pięści, drugiego syna erilara Grommila, młodszego brata służącego pod sztandarem jaśnie pana Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra dowódcy krasnoludzkiego Halbheer Jovina, potomka Gimlira „Srogiej Pięści” z linii rodu Trudela zwanego „Lochem”, noszącego przydomek „Cwany”, piastuna wolnych klanów.

Johann:
Moje uszanowanie krasnoludzie.

Emeryk:
Trudellochu Grommilssonnie z klanu Srogich Pięści, przedstawiam Johanna zu Kleksa, championa czwartego turnieju jaśnie pana Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra, syna Johanna herbu proso, prowadzącego pierwszą chorągiew rycerską Westwaldu.

Trudelloch:
Moje uszanowanie championie.

Emeryk:
Możesz championie zainicjować indagację.

Johann:
To znaczy?

Emeryk:
Możesz już pytać.

Johann:
A więc chciałbym na początku dowiedzieć się co piastuje krasnolud.

Emeryk:
Korniej!

Johann:
Co to jest?

Emeryk:
Moje polecenie jako wprowadzającego. Sformułuj pytanie w sposób poprawny i godny championa jego miłości księcia.

Johann:
Dobrze…, a więc, co wy piastujecie krasnoludzie?

Trudelloch:
Piastun to nazwa godności klanowej i rodzaj przewodnictwa.

Johann:
Jak szlachta?

Trudelloch:
Nie. Piastunem może być w zasadzie każdy.

Johann:
Czyli jesteście takim kapłanem, jak wielebny doktor Kanut?

Trudelloch:
Co prawda trzymamy pieczę nad koherencją kultu, lecz bliżej nam do nauczycieli, gdyż nasza religia jest inna i obrzędy sprawują rodziny. Z twej kultury najbliżej piastuna będzie ktoś, kto łączy funkcje minstrela, jurysty i nauczyciela. Pozwolisz, że i ja zadam ci pytanie championie zu Kleks. Jesteś z Westwaldu i nigdy nie widziałeś krasnoluda? Nawet dziś nie widziałeś kogoś z mego ludu podczas przeglądu wojsk księcia na łąkach po wschodniej stronie murów Virn?

Johann:
Nie widziałem, bo książę wysłał mnie z misją… po prostu nie widziałem. Słyszałem o was, głównie od babki, ale do Virn przybyłem dopiero dzisiaj, a z końcem zeszłego miesiąca wybrałem się po raz drugi w życiu do Grumdem. Pierwszy raz byłem jeszcze jako pacholę, lecz ni razu nie zaszedłem do krasnoludzkich nor. Było to wtedy, gdy jako giermek służyłem u Rittera Oscara von Felden. Później do chwili ożenku bawiłem na północy krainy i teraz dopiero jako pan na swoim wziąłem udział w turnieju, gdy zawiązano chorągwie Freiherra Siegfrieda von Ezzon. Ale tam w Grumdem, przy turnieju, nie widziałem waszych, bo ci co na wojnę szli, to już tu byli w Virn. No i tako w dorosłym życiu pierwszy raz widzę karła.

Emeryk:
Ad rem.

Johann:
Dobrze. To akurat już wiem co znaczy heroldzie. To co to w ogóle jest ten tertur?

Hekehard:
Minotaur jest bestiatem, a dokładniej bestiatem synkretycznym drugiego stopnia „tuerr” z „taur”. Przy nazewnictwie tych istot dokonuje się połączenia nazw, stąd w klasyfikacji jest on tuerrtaurem.

Johann:
Bestiat to bestoid jak pies czy gryf?

Kanut:
Nie. Wbrew podobieństwu nazw, bestiaci nie są bestoidami, gdyż nie powstają w procesie rozmnażania się po zapoczątkowaniu procesu kreacyjnego w intelekcie supranaturalnym. To aberroidy. Abominacje, które powstają przy użyciu plugawej magii.

Johann:
Czy wy Mistrzu Hekehardzie lub wasi druhowie z Malheim robicie takie stwory?

Hekehard:
Nie. Po pierwsze jest to zakazana magia, a po drugie zwykle zbestnienie jest skutkiem katastrofy magicznej.

Kanut:
Nie wprowadzajcie w błąd młodzieńca magistrze Hekehardzie. Wszelka magia jest zakazana, ale pewne realizacje magii są depenalizowane na mocy kanonu marceliańskiego. Oczywiście pod warunkiem, że nie traktuje się ściśle aneksu Tertuliana do Księgi.

Hekehard:
Uznajemy legalność magii na mocy przywileju cesarskiego.

Kanut:
To źle uznajecie magistrze Hekehardzie, ale nie jesteście prawnikiem, tylko magikiem. I obyście nigdy nie byli posądzeni o czarnoksięstwo.

Johann:
Później sobie o tym pogadacie zacni panowie… to dobra formuła heroldzie?

Emeryk:
Nieprawidłowa. Przy zwrocie do tytularnie różnych porządków korzysta się ze zwrotu pleno titulo, ale idźmy dalej.

Johann:
Jeszcze raz muszę to usłyszeć, bo nie wiem czy rozumiem. Jak to bydle powstało. Że z magii, to wiem, tylko jak.

Hekehard:
Ten martwy osobnik był kiedyś człowiekiem, a może krasnoludem lub należał do innej rasy. Na ten moment tego nie ustalę. Zadziałała na niego silna magia, która wypaczyła wzór tego nieszczęśnika i zamienił się on w bestię.

Johann:
Bestoidy i bestiaci są bestiami. Nawet sensowne. To w ogóle chłop czy baba?

Kanut:
Te istoty nie mają płci. Płeć jest rozróżnieniem istot, które rozmnażają się, jak wskazuje nazwa „płciowo”. Aberroidy co było już powiedziane nie rozmnażają się w ogóle, nie przez wadę narządów rodnych, tylko ich brak. Nie są to więc mężowie czy niewiasty, ani nie są to obojnaki. Z uwagi, że bestiaci pochodzą od istot dwupłciowych najdokładniej można wskazać, że są to istoty niebinarne. Co zaś się tyczy pochodzenia rasowego stwora, to można to ustalić poprzez sekcję. Pewne partie mięśni i ułożenie organów wewnętrznych, pozwoli rozstrzygnąć czy ten minotaur pochodzi od człowieka.

Johann:
A kto go w to ubrał?

Trudelloch:
Dobre pytanie. Jak widać ma na sobie skórznię dopasowaną do wymiarów swego ciała bez czepca. Jest to robota prymitywna, więc raczej nie był on krasnoludem.

Emeryk:
Nie byłbym tego taki pewny. Zwróćmy uwagę, że do wykonania takiej skórzni potrzebny jest gotowany olej i płaty skóry. Nie jest to skóra świńska ani cielęca…

Kanut:
Skończmy te dywagacje. To skóra innych bestiatów.

Johann:
Oskórowali swoich? Chwila! To znaczy, że musi być więcej takich stworzeń.

Kanut:
Logicznym wnioskiem jest, że było więcej takich stworzeń, a nie, że ich jest. Nie wykluczam jednak, że jest ich więcej, bo to niebezpodstawny wniosek indukcyjny.

Trudelloch:
Co prawda znaleziono przy tym stworze podrzynacz krasnoludzki.

Johann:
Miecz karłów.

Trudelloch:
Tak. Na klindze była inskrypcja w języku kamiennym - „Własność Derdeka „Nabijacza” Torglossonna z Klanu Opiłków”.

Johann:
To wasz znajomy krasnoludzie?

Trudelloch:
Nie. Klan Opiłków zamieszkuje Nilf. W waszym języku Nilf nazywane jest Allenberg.

Johann:
Kojarzę. To gdzieś na wschodzie.

Emeryk:
W Allenlandzie. Jest to prowincja kraju Bergmark. Prowincja ta znajduje się na zachodzie kraju i obejmuje zarówno góry Allen, jak i doliny od granicy z Forstmarkiem, do gór Hochkalt. W prowincji tej rządzą burggrafowie, którzy odpowiadają za miasta i warownie. No i żyją też dvergowie, czy jak wolisz „krasnoludowie”. Zapamiętaj do championie.

Trudelloch:
Nie znam wszystkich Opiłków, bo to dość odosobniony klan, ale niedawno nasz pieśniarz wrócił od klanów mieszkających w bliskim sąsiedztwie i nikt nic nie wspominał o tym, aby poginęli Opiłkowie. Jeżeli sprawa jest bardzo nowa, powiedzmy, że krótsza, niż kwartał, to wszak wszystko mogło się wydarzyć.

Johann:
Ciekawe, ciekawe. Mówiłeś… znaczy, mówiliście krasnoludzie, że ubity dziś z rana. Czy ciężko ubić taką bestię?

Trudelloch:
Dokonało tego dwóch dvergów. Jeden postrzelił stwora i przyjął na siebie szarżę, w której przytrzymał go, a drugi przebił bydle włócznią zachodząc zza pleców. Tu widać miejsca uderzeń. Ten, który zadał ostatni cios, Ulf „Pogorzelec” z rodu Jarych Bobków, czeka za bramą dziedzińca. Teobald „Gromowładny”, który trzymał stwora był widziany w lecznicy.

Johann:
Krasnoludy są bitne, bo ponoć miast rozumu mają żelazo, ale nie wygląda na to, aby takie stwory były specjalnym zmartwieniem. Dwóch karłów na jednego, a karłów w mieście i pod murami tuziny tuzinów.

Emeryk:
Mylisz się młodzieńcze. Z podań wynika, że stwory te są bardzo niebezpieczne. Nie mają zasad, nie czują strachu i pałają żądzą mordu. Nie zawsze uda się zaskoczyć stwora atakiem zza pleców, a poza tym rycerstwo byłoby niezdolne do takich działań. Wysyłając na takie stwory chłopstwo, można w pierwszej kolejności w niegodny sposób stracić rekruta.

Johann:
Rozumiem. Zapytam jeszcze, bo cały czas te czarnoksięstwo mnie tu martwi. Ta bestia nie powstała przez przypadek, co nie?

Hekehard:
Skoro bestiatów było więcej i mieli ze sobą kontakt, chociażby śmiertelny dla części z nim, skłaniałbym się do tego, że nie jest to przypadek.

Johann:
Kto więc może być za to odpowiedzialny?

Narrator:
Herold popatrzył na Mistrza Hekeharda, a ten spojrzał na doktora. Kanut zaś skierował swój wzrok na Trudellocha, który patrząc się prosto w oczy Johanna powiedział dwa krótkie słowa.

Trudelloch:
Ada Braun.
Ostatnio zmieniony przez Pythonius 2023-06-02, 10:27, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2023-05-30, 23:35   

Narrator:
Jak na wezwanie zawiał wiatr, który wprawił świece w pełganie i spowodował pojawienie gęsiej skórki na karkach okupujących krużganki rycerzy. Większość z dzielnych wojów struchlała, a w szumie wiatru słychać było przyśpieszenie bicia serc. Jeden z gończych, niższy blondyn o piegowatej twarzy, która w świetle świec wyglądała na nakrapianą sadzą, chwiejnie przestąpił z nogi na nogę. Herold popatrzył na Mistrza Hekeharda, a ten spojrzał na doktora. Kanut zaś skierował swój wzrok na Trudellocha, który patrząc się prosto w oczy Johanna czekał na reakcję.

Johann:
A co to za suka?

Emeryk:
Będziesz musiał championie i tę kwestię dopracować. Ada Braun, to córka Oberstera Teobalda Brauna i córka Amandy zu Silberacker, wnuczka Wernhera Magnusa Maximiliana Freiherra von Braun und Wirsitz. Pochodzi z Wischderlandu w Svierlandzie. Pierwotnie ród jej zwał się von Wirsitz, ale po wojnie domowej w Svierlandzie, a szczególnie bitwie pod mokradłami Leichemorast w prowincji Fleusen w 662 roku, gdzie pomarli wszyscy mężczyźni rodu von Braun, swoją drogą wymordowani przez krasnoludy, Wernher Magnus Maximilian przyjął iure uxoris ziemię von Braun i włączył je do swego nazwiska rodowego. Później ziemie z tytułem Freiherra von Wirsitz przypadły starszemu bratu ojca wspomnianej, Jekertowi, a młodszy Teobald ograniczony do tytulatury rodu matki odziedziczył część ziem Braun. Reszta przypadła Kościołowi. Dość wspomnieć, że akurat w Virnburgu przebywa akurat Teobald Braun i już może dziwić się, że niektórzy dziwnie na niego patrzą. Dopiero po naradzie dowie się o poczynaniach swej córy.

Hekehard:
Zamieniłem z nim już kilka słów. Rzeczywiście jest nieświadomy tego co przylgnęło do jego nazwiska, a tym bardziej co porabiała jego córa ostatnimi czasy. Nie nosi on jednak na sobie śladów magii, co poręczą moi współbracia z kręgu. Wygląda na to, że będzie on już niebawem… zdziwiony.

Emeryk:
Grunt, aby był zdolny udowodnić swe oddanie. Przewodzi on honorowej chorągwi z Wischderlandu, która będzie po naszej stronie, pod sztandarem naszego księcia. Wyrzeczenie się córki natomiast uratuje jego majątek w razie procesu wiedźmy.

Hekehard:
Honorowa chorągiew? Przecież to najmici ze Svierlandu. Patetyczny ton jest tu zbędny.

Kanut:
Heroldzie i magistrze! Młodemu championowi chodziło o prostszą odpowiedź. Ada Braun to zła baba, która zamieszana jest w wiele spisków przeciwko ludziom i dvergom.

Johann:
Nie znam tej heretyckiej suki, dlatego pytałem… można mówić tak o wiedźmach?

Emeryk:
Dla nich to bez znaczenia, ale dla mówiącego to ujma.

Johann:
Ja nie z tych wstydliwych. Do ognia z jędzą bez krępulca! Mówcie mi czego się po niej spodziewać… albo wpierw co takiego zmajstrowała. Tak patrzę po waszych licach pleno titulo panowie i dostrzegam, że każdy coś już o niej wie. Czarowniku, to ktoś z twojej profesji, więc zacznij o niej mówić.

Hekehard:
Nic nie wiem o tym, aby była ona objęta jakimś wprowadzeniem w arkana magii, więc nie uważam jej za kogoś ze swojej profesji, ani też nikt z mego kręgu nie byłby skłonny tak o niej mówić. Nie korzysta najprawdopodobniej z magii samoistnie, lecz jest narzędziem w rękach jakiejś potężniejszej mocy.

Johann:
Jakiej? Diabła z piekieł? Może diabła z naszego świata… Strażnika

Hekehard:
Nie wiem tego.

Johann:
A co wiecie? Czarownica kroczy po ziemiach cesarza, sprowadza rogate bestie, jakieś turtury i nic się nie da z tym zrobić? Nie wyśledzisz jej czarowniku jakimś zaklęciem lub nie zrobi tego jakiś twój pobratymiec z kręgu?

Hekehard:
Magia nie działa w ten sposób. Zaklęcia lokalizacyjne muszą mieć sprecyzowany przedmiot poszukiwania, a ten się precyzuje przez części ciała lub przedmioty należące do poszukiwanego.

Johann:
To weźta tego rogacza z bruku.

Hekehard:
Minotaur jest podmiotem, a nie przedmiotem w kategoriach ontycznych i dopiero może być przedmiotem, gdy stanie się celem geolokalizacji. Na ten moment możemy co najwyżej szukać wiedźmy intelektualnie, obmyślając strategię jej pojmania.

Kanut:
Magister Hekehard ma rację po dwakroć. Magia nie jest wszechpotężna, a jej działanie obarczone wysokim ryzykiem i kosztami. Po wtóre zaś wiedźmę należy odszukać i pojmać przy denuncjacji lub programowi poszukiwań. Wiemy o jej ostatnich dokonaniach dość wiele, a przez to możemy się pokusić o jakąś prognozę jej dalszych knowań.

Hekehard:
Dziękuję doktorze Kanucie za przyznanie racji. Co do wiedźmy… lub ściślej jej grupy konspiracyjnej… to aktywna działalność rozpoczęła się w Mauerburgu zeszłej jesieni, gdy otworzono blisko sto grobów i najprawdopodobniej ożywiono zmarłych. Było to działalnie jednorazowe w tamtym miejscu, ale do dziś niewyjaśnione.

Kanut:
Ale nie jest to pewne, że akurat w tym brała udział zła baba Braun. Możliwe, że na późnej jesieni zeszłego roku była w Weirandzie, gdzie maczała palce w uśmierceniu przeoryszy Olgi z klasztoru świętej Winandy.

Emeryk:
To drugie tłumaczyłoby zabójstwo Alicji Leonarda zu Vogtritter przez nią w miesiącu lodowego młota zeszłego roku, gdyż Alicja była ślubowaną temu klasztorowi. Możliwe, że śledziła wiedźmę i zginęła z jej ręki nieopodal Bradenmarku w Abschirlandzie.

Kanut:
Lecz głosy są i takie, że to Alicja zu Vogtritter uśmierciła przeoryszę, a jakaś czarownica tylko ją do tego inspirowała. Niekoniecznie może chodzić przy tym o złą babę.

Emeryk:
Dziękuję za uwagę wielebny doktorze. Na pewno w okresie oddechu chłodu zeszłego roku służyła u von Rumpey, gdzie w okolicach piętnastego dnia miesiąca wyruszyła z Kastell Rumpey do Bradenmarku. Na ziemiach Rumpeya również zmarli wyszli z grobów, a poza tym grasował tam zły duch, który zowie się Leśnym Diabłem i grabi podróżnych. Możliwe, że wiedźma miała jakiś związek i z tymi sprawami, gdyż powtarza się tu modus operandi z Mauerburgu. Później pojawił się kult w Bradenmarku, a przed nim rzeź we Frabern …

Kanut:
Chwileczkę heroldzie! Nim pojawił się kult czarnych piór, o którym wiadomo, miało miejsce badanie złej baby przez Ordo Sancti Ignis.

Hekehard:
Inkwizytorów? Wiedźma przeżyła spotkanie z nimi?

Kanut:
Została przez nich zwolniona wraz ze swą świtą, bez stawiana zarzutu, ani nawet pierwszego pytania.

Hekehard:
Niepojęte… przecież najmniej podatny na działanie zaklęć człek trafia pod krępulec i na stos.

Kanut:
Zła baba nie trafiła na stos. Dostarczyła przeklęty przedmiot, który został zniszczony w świętym błękitnym ogniu, a badanie nie wykazało, jakoby zła baba była wówczas pod wpływem magii. Podobnie sprawa się miała z jej przybocznymi, którzy po nocy w celi opuścili siedzibę zakonu.

Hekehard:
Czy to pewne?

Trudelloch:
Jeśli to prawda, to zbliża nas do stwierdzenia, że Ada Braun jest jedynie narzędziem większej potęgi. Jestem skłonny przyjąć bez wahania to, że nie odkryto na niej żadnej magii, lecz logicznym wnioskiem z tego byłoby, przy założeniu, że jest ona odpowiedzialna za rzeczy, o których prawimy, że robi je nie przez magiczne spętanie, lecz… z własnej woli. Możliwe, że ten przeklęty przedmiot należał do konkurencyjnego kultu. Posłużyła się waszą osławioną inkwizycją i przeżyła. Iście diabelska sztuka. Wiadomo co to był za przedmiot?

Kanut:
Co do pierwszego, to poprawny wniosek krasnoludzie, lecz nie licz na odpowiedź. Nie zostałem wprowadzony w szczegóły tego czym był ten magiczny przedmiot, lecz wiedzieć to będzie na pewno Pierwszy od Świecy Ordo Santi Ignis w Bradenmarku. Gdybym zaś ja wiedział, to i tak reguła ślubów, a szczególnie moja obediencja, nie pozwoliłyby mi na podzielenie się tą wiedzą. Heroldzie, opowiedz o rzezi i o kulcie czarnych piór w Bradenmarku.

Emeryk:
Dobrze wielebny doktorze. Rzeź we Frabern to wątek łączny ze śmiercią Alicji zu Vogtritter. Frabern to sioło na wschód od Bradenmarku, gwoli wyjaśnień dla championa. Okoliczni mieli problem z jakimś potworem, jak doniesiono w mieście, lecz nie jest to pewne, gdyż nikt nie był w stanie wytłumaczyć czym miał być ten potwór. Plotki niosą, że to smok, lecz okolice badali później Strażnicy Szlaków, którzy niczego takiego nie byli w stanie potwierdzić. Prawdą jest natomiast, że Ada Braun trafiła do Frabern i nakazała swoim ludziom wymordować mieszkańców. Wielu chłopów padło, a zabudowania podpalono, czym uszczuplono majątek rodu Gunnerów. Straż Szlaków sprowadziła uchodźców z Frabern do Bradenmarku i historia nabiera wtem tempa. Szesnastego dnia lodowego młota w zagajniku nieopodal Bradenmarku zostaje odnaleziona martwa Alicja, w miejscu noszącym ślady obozowania. Jej ciało zostało ograbione, a w ognisku spalono księgę. Osiemnastego dnia lodowego młota ciało zostaje zidentyfikowane po herbie, a Alicja pochowana. Dwudziestego dnia lodowego młota Aubert Kugenbelt dowiaduje się, że jego siostra Karolina, której imię zakonne to Olga, została zabita przez Alicję. Wymusza wykopanie ciała Alicji i wywieszenie go, co zostaje uczynione. Wisi ona wówczas na Altplatz przez dwie doby. Dwudziestego drugiego dnia lodowego młota ciało Alicji zostaje ponownie pochowane, ale już dwudziestego czwartego dnia lodowego młota wieść o tym, że Alicja została rozpoznana przez sieroty z Frabern, jako jedna z dwóch kobiet odpowiedzialnych za spalenie sioła, dochodzi do Wielkiego Kapłana i Markgrafa. Nakazują więc oni powtórne wykopanie ciała Alicji i poćwiartowanie go na Rynku Głównym, co też zostaje uczynione. Oczywiście Alicja zu Vogtritter była widziana w towarzystwie Ady Braun, której już nie ma w mieście, lecz opis sierot był dokładny. Wiedźma ograbiła sioło, wyrżnęła mieszkańców, czego nie skradła to spaliła, a następnie zabiła zdeprawowaną siostrę zakonną.

Johann:
Na pąsy świętego Hermenegilda! Ta wiedźma była w stanie tak zepsuć inną niewiastę… i to o rycerskim nazwisku i klasztornej regule? W głowie mi się to nie mieści, ale co z tym kultem?

Emeryk:
Piętnastego dnia lodowego młota, czyli na dzień przed odnalezieniem ciała Alicji na Altplatz o poranku wystawiono wnętrzności ptactwa w towarzystwie czarnych piór. Iście okultystyczny gest wymagał zamknięcia placu i oczyszczania go modłami przez trzy doby. Śledztwo w sprawie kultu prowadził oczywiście zakon, ale równolegle swoje działania przeprowadzili ludzie margrafa i tym drugim udało się odszukać odpowiedzialnych za plugawą ceremonię. Próba pojmania kultystów, Norberta Gunnera i Otylii z domu Dönitz, nie powiodła się, ale Albert „Sercożar” Canaris, nadworny mag margrabiego Leopolda von Mulicka zaświadczył, że Norbert został zgładzony przez śledczych w czasie potyczki. Otylia zaś zbiegła i nie mamy wieści o tym, kto mógł ich inspirować. Może Kościół coś wie w tej materii?

Kanut:
Heroldzie, nie ciągnijcie mnie za język, gdyż to nieprzystojne.

Hekehard:
To też jest jakaś odpowiedź. Po wydarzeniach w Bradenmarku doszło do intryg w Klöm, a szerzej w Ostwaldzie.

Johann:
O! To już niedaleko nas, bo mamy granicę z tą prowincją.

Emeryk:
Możecie Mistrzu Hekehardzie opowiedzieć, a ja najwyżej dopowiem.

Hekehard:
W miesiącu szponu mrozu w Ostwaldzie zaczęły ginąć dzieci, co szerzej poczęto badać dopiero w czasie przebudzenia. Mowa tu oczywiście o zeszłym roku. Ada Braun przebywała wówczas w Ostwaldzie.

Emeryk:
Bawiła u swego wuja Marolda zu Silberackera w okolicach Klöm. Może jednak wielebny doktor Kanut opowie o tym, gdyż na pewno nie umknęła mu żadna nieutajniona przez Kościół nowina w tej kwestii.

Hekehard:
Może rzeczywiście jest to lepsze rozwiązanie. W razie czego i ja będę dopowiadał.

Kanut:
Również prowadzono śledztwo w sprawie, tym razem zaginięć, a nieświadomi dopuścili do postępowania naszą rzeczoną wiedźmę. W czasie śledztwa wykryto, że zaginione dzieci były rytualnie okaleczane i gwałcone. Od razu tematem zainteresowała się inkwizycja z Bradenmarku, która zawiadomiona przez Wielkiego Kapłana z kościoła św. Edwina od Świecy, Herberta von Elbrosta wysłała do Klöm, w sile kilku tuzinów, rycerzy zakonnych na czele z bratem Zyndramem. Ulryk von Rumpey, Provincial Ordo Sancti Ignis musiał być bardzo zdeterminowany, gdyż jak widzimy kultyści się mnożyli z niewiadomych przyczyn. W końcu śledztwo ujawniło, że odpowiedzialnych jest trzech głównych sprawców oraz niezliczona banda pomocników. Głównymi winnymi mordów okazali się według orzeczenia czarownica Mildreda z bagien Klöm, opętany złymi mocami Reichsfreiherr Aegidius von Reis oraz oczywiście Ada Braun. U tej ostatniej znaleziono przedmioty plugawej magii, a świadkowie zeznali, że zniosła jaja i wykluwała z nich demony.

Johann:
Na grymas świętego Hermenegilda! Ta wiedźma to najplugawsza istota, o której żem słyszał. Nawet babka w swych bajaniach nie opowiadała o kimś tak plugawym.

Emeryk:
Nie przerywajcie wielebnemu doktorowi championie.

Kanut:
Młodość to również czas ekspresji. Dorosłość polega na ich zdyscyplinowaniu. Wracając do rzeczy, Ada Braun oczywiście uciekła na bagna do swej kumoterki, a pościg za nią był realizowany przez zakon i Pawlusa von Stauffenberga, który pomógł w zdemaskowaniu wiedźmy Braun i towarzyszył jej uprzednio w śledztwie. Rozwinę ten wątek. Zakon spotkał na bagnach hordę jorów, która nie podjęła równej walki, lecz prowadziła ostrzał. Nieudany w zupełności, gdyż żaden z zakonników nie został ranny. Ci zaś kierowani świętą ikoną odnaleźli chatę wiedźmy Mildredy, niech ogniem oczyszczone imię to będzie, po czym ją pojmali. Wiedźmę udało się zabrać do Bradenmarku, po uprzednim zneutralizowaniu jej mocy magicznych. Ada Braun jednak uciekła. Aegidius von Reis zaś uległ wypaczonej mocy magicznej, zamienił się w zjawę, ale nie uchroniło go to przed zgładzeniem i śledczy z mianowania tamtejszego landgrafa położyli kres jego działalności. Na jego ziemiach trwały wówczas zaawansowane bunty, które zdławił zagon Gizeli von Schultz. Dwór szlachcica został splugawiony, stąd strawił go oczyszczający ogień, podobnie jak jego najbliższych klakierów.

Emeryk:
Nie wszystkich. Rainer von Heul jest na wolności.

Kanut:
Tak. Zaiste, jeszcze go nie złapano. Ten sługa czarownika porwał dziesiątego dnia przebudzenia brata Romualda z zakonu świętego Siegvaarda w Flachlandzie, gdy ten przebywał w jakiejś miejscowości, która zwie się Kleindorf. Brat Romuald był wciąż żywy, gdy zgładzono czarownika, ale znajdywał się w kiepskim stanie, gdyż Aegidius spuszczał z niego krew, aby płacić nią obiaty mieszając ją z miodem. Najdokładniejsze zeznanie mamy od brata Romualda, lecz pomija on w nich wątek dwóch wiedźm. Nie mniej orzeczenie w tej sprawie łączy wątek kultów, wskazując, że mogły być one wobec siebie konkurencyjne.

Johann:
Różne kulty? Diabeł też potrzebuje epuzerów niczym panna na wydaniu?

Kanut:
Chociaż zło jest tylko jedno, to jest izomorficzne. Kulty z całą pewnością też dotyczyły innych obliczy zła.

Johann:
Jakich?

Kanut:
Jeżeli zacznę teraz wypowiadać imiona złych mocy championie, to czeka wszystkich tu obecnych bardzo długa wizyta w świątyni, a ten dziedziniec ponowne poświęcenie. Czy na pewno chcesz to usłyszeć?

Johann:
Jak mam diabła lać po mordzie, to chcę znać jego imię.

Narrator:
Zapadła cisza. Dłuższa i niepokojąca cisza. Mina doktora nie zdradziła żadnych emocji, gdy usta otwarły się zdradzać plugastwa.

Kanut:
Aegidius von Reis należał do kultu Morfistenosa, a złe baby Ada i Mildreda do kultu Nehir Nuzula. Kult, który panoszył się w Bradenmarku był poddany temu pierwszemu, a co do pozostałych spisków nie możemy mieć pewności.

Narrator:
Herold gończy, który wcześniej zachwiał się, gdy usłyszał imię wiedźmy Braun, teraz pobladł jak ściana i poczuł jak po plecach zwala mu się lawina dreszczy. Wiedział i on, i inni tu obecni, że imiona wabią swych posiadaczy, a ci zerkają na tych, którzy o nich mówią. Johann był jednak niewzruszony, splunął przez lewe ramię i z pogardą popatrzył raz jeszcze na truchło bestii.

Johann:
Moc Mymkrafta jest większa niż wszystkich diabłów razem wziętych. Z jego pomocą wyłapiemy i ukarzemy wszystkich czarowników.

Hekehard:
Coś z prawdy może być w waszych słowach championie. Historia jednego z kultów dotarła jednak w nasze okolice, przechodząc przez krasnoludzkie ziemie. Może opowiecie Trudellochu o poczynaniach Ady Braun w górach?

Trudelloch:
A i owszem. Wszak przez to i tu jestem, aby podzielić się całością tej opowieści i rozwiać spekulacje. Szesnastego dnia uśmiechu kwiatów zeszłego roku waszego kalendarza pasterze napotkali Adę Braun w górach. Miała ze sobą pokaźne kufry i twierdziła, że straciła jucznego osła. Kierowała się do mego ojca, Grommila „Krwawojatka” z prośbą o pomoc. Dotarła do naszego warownego domu w Srogotach już dwudziestego dnia uśmiechu kwiatów i opowiedziała o tym, że zapłaci za pomoc w dotarciu do Smoltet Jern…

Johann:
Chwili, chwila. Przepraszam za przerwanie karłowi, znaczy krasnoludowi, ale takie mnie pytanie naszło. Ten turek jest jednym z bestiatów, a jakie są inne bestiaty? Możesz mi powiedzieć magiku, bo widać, że to twoja dziedzina.

Hekehard:
Jest ich dość wiele rodzajów, dość wspomnieć o przedstawicielach typu: Boarr, Boarrchirop, Boarrentaur, Boarrserpent, Boarrtaur, Caprichirop, Caprientaur, Capritaur, Capri, Capriserpent, Erqucentaur, Serpenterquc, Erquctaur, Erqucchirop, Erquc…

Johann:
Dobrze, już wystarczy. Tak na szybko nie spamiętam ich wszystkich, ale rozumiem zasadę, że jak się doda jeden do jednego, to te dwie cząstki, są jak po złączeniu antałka wody z antałkiem spirytusu, czyli ma się dwa antałki okowity, tylko że to tak jak w małżeństwie, że jedno i jedno tworzy tylko jedno.

Kanut:
To nie jest prawda. Po złączeniu jednej miary spirytusu z jedną miarą wody, otrzymuje się circa jeden i dziewięćdziesiąt sześć setnych okowity z powodu kontrakcji objętości. Po złączeniu męża i żony natomiast ma się żonę pod władzą męża. Nie o to też chodzi w kwalifikacji odmieńców.

Johann:
To jednak bardziej skomplikowane niż myślałem. No dobrze, kontynuuj krasnoludzie. Wiedźma chciała dotrzeć do knurnych chat Jern.

Trudelloch:
Do Smoltet Jern. To nie siedziba z knurnych chat, lecz opuszczona kopalnia w naszych górach, a także jeden z dawnych warowny domów mojego klanu, który dziś okupują koboldy.

Johann:
Czy to te stwory, co zakradają się do chałup i psocą wieśniakom sikając do mleka?

Kanut:
To raczej bajanie pospólstwa championie. Koboldy to niezbyt sprytne, przemądrzałe i złośliwe istoty, które są obojnakami, lecz myślą o sobie w kategoriach płciowych, zwykle męskiej. Rozmnażają się przez defekacjo-rodność, czyli defekację kolejnych osobników, w postaci żarłocznych larw, które po skonsumowaniu circa dwudziestu do trzydziestu kilogramów masy rozrywają odwłok uwalniając chude nogi. Tak wyrosły kobold je, a co tylko zje zamienia w energię lub żarłoczną larwę, którą w zależności od diety rzec jasna, może defekować nawet kilka razy dziennie. Te kreatury czasami nawet zjadają swoje defekowane larwy, a całkiem często dochodzi między nimi do kanibalizmu. Kobold od przejścia z fazy larwalnej do dorosłego osobnika może żyć circa dziesięć lat, lecz nigdy się nie starzeje. Zwykle życie takiego kobolda kończy się po kilku tygodniach, lecz niektóre dożywają sędziwego wieku sześciu lat. Jeżeli interesuje was championie systematyka, to koboldy są goblinoidami. W fazie żarłocznej larwy i w czasie jej metabolicznego wytwarzania w jelicie kobolda, gdy karmią się mięsem humanoidów przyswajają wspomnienia i wiedzę zmarłych. Kobold wyrosły na takim mięsie może mieć przebłyski niektórych wspomnień zjedzonego oraz znać wszystkie języki, którymi się on posługiwał. Z uwagi na te przebłyski pamięci skonsumowanych w fazie larwalnej humanoidów, koboldy często miewają irracjonalne zachowania, które naśladują zachowania skonsumowanych. Jako, że koboldy są humanoidami i są kanibalami, to możliwe jest, że wiele pokoleń po skonsumowaniu konkretnego humanoida, jego wspomnienia będą wciąż jako przebłyski pojawiać się nawet u całej populacji koboldów.

Johann:
Obrzydliwe. Niebezpieczne te koboldy?

Kanut:
Mikcja kobolda jest bardzo niebezpieczna, gdyż jego mocz jest toksyczny i szybko paruje. Kontakt z jego oparami powoduje wysiękową diarrhoeę. O ile przez przemoc fizyczną taki kobold nie jest zdolny zabić męża, o tyle z powodu uszkodzenia jelit i utraty wody można skonać po kilku godzinach od kontaktu z tą kreaturą. Krasnoludowie są jednak w pewien sposób odporne na efekty koboldzich szczyn.

Trudelloch:
Nie przeceniałbym odporności mego ludu, gdyż jest ona zbliżona do odporności na inne toksyny. Koboldy między sobą są odporne na toksyny ze szczochów, a także zauważono, że nie działa ona na inne zielonoskóre, zwane przez was ludzi goblinoidami. Dziesięciu dvergów ubiło ponad pół tysiąca koboldów, przy dwóch stratach, ale to raczej z powodu napotkania u koboldów trolli. Trolle również zostały zgładzone.

Johann:
Rzeczywiście koboldy, to małe wyzwanie. Wiedźma chciała się skumać z nimi?

Trudelloch:
Nie, nie chciała. Dopytywała o obecną w Smoltet Jern geothyrę. Nim sami dopytacie co to jest, już tłumaczę, że geothyra to rodzaj esencji żywiołu ziemi. Ma szarawy kolor z widocznymi… Ba! Możliwe, że nawet pulsującymi fluorescencją zielonymi żyłkami. Jest to silny koncentrator magiczny, który pozwala stabilizować się wzorom opartym o elementy ziemi. Nie jest ona powszechnie dostępna, jej żyły są rzadkością, a wobec tego czarodzieje z różnych stron świata gotowi są wiele za nią dać. Niestety wydobycie jej wymaga wysokich umiejętności górniczych, gdyż geothyra jest bardzo niestabilna i łatwo ją wypaczyć przez wykorzystanie złych narzędzi lub metod. Nie było jej nigdy dużo w Smoltet Jern, a ta która była w większości trafiła do Malheim na długo przed moimi narodzinami. Wiedźma Braun chciała zdobyć trochę geothyry, a z uwagi, że nie magazynowaliśmy jej, wykupiła pod swą służbę niewielką kompanię krasnoludzką, która ją miała zaprowadzić do kopalni, wybić jej drogę do źródeł geothyrnych, umożliwić jej wzięcie geothyry i ponownie wybić jej drogę wyjścia.

Johann:
Czym ona zapłaciła?

Trudelloch:
Posiadała liczne kosztowności, które zostały przez nas zabezpieczone.

Johann:
A skąd je miała? Nikt jeszcze nie wspominał, aby pokradła ona dobra. Jej kult użyczył jej swych bogactw?

Trudelloch:
Nie jestem władny, aby to oceniać championie.

Kanut:
Uwaga championa jest dość istotna. Jeżeli bogactwo pochodziło z działalności kultu, w takim razie w całości powinno trafić ono zgodnie z prawem do majątku Kościoła w ramach przepadku.

Trudelloch:
Nie pamiętam, aby w górach obowiązywały prawa Kościoła, o którym mówicie doktorze Kanucie. Zgodnie z prawem Ada Braun dokonała zapłaty, gdy jeszcze nie rozpoznano w niej wiedźmy, a to co posiadała po rozpoznaniu przepadło na rzecz erilara.

Kanut:
W takim razie erilar dostąpił przysporzenia w wyniku dokonanego przestępstwa przeciw dobru chronionemu cesarskim prawem. Obowiązany będzie do wydania tej korzyści.

Trudelloch:
Jeżeli twierdzący wykaże delikt po naszej stronie, chociażby w oparciu o lekkomyślność lub niedbalstwo, to oczywiście będzie to sposobność do wyrokowania. Na razie nic jednak na to nie wskazuje.

Kanut:
Ciekawie prawicie krasnoludzie, lecz chyba zapominacie, że wiemy o tym, że udzielacie schronienia apostacie. Sam ten fakt będzie rzutował na kompleksowej ocenie nastawienia moralnego erilara.

Trudelloch:
Piwowar Ksawery nigdy nie był ochrzczony w obrządku waszego Kościoła ani w żadnym innym, prócz naszego. Jego ojciec zaś już dawno nie żyje, więc nie widzę nikogo, którego można by sądzić.

Kanut:
Jesteście pewni krasnoludzie, że odstępca Ksawery uzyska zaświadczenia od wszystkich kapłanów w Siegvaardzie, że nie został ochrzczony w ich parafii? Jeśli tak, to uwierzę w wasze słowa, a jeśli nie, to i tak będzie trzeba traktować go jako odszczepieńca. Możecie jednak zawsze go odesłać z gór, aby powrócił na łono prawdziwej wiary. Czy przebywa on teraz tu w mieście?

Trudelloch:
Na pewno to sprawdzę doktorze. Nie mogę jednak być tego pewny, wszak z poziomu mojej brody nie wszystko widać.

Narrator:
Napięta atmosfera zdawała się sprawiać niemałą radość Johannowi, który z wyraźnym uśmiechem śledził wymianę słów kapłana i krasnoluda. Zdziwił się jednak, bo ani Kanut, ani Trudelloch nie zmienili nawet odrobinę swoich spojrzeń i nie widać było po ich twarzach oglądanych oczyma młodego championa jakiejkolwiek oznaki emocji. Chłód reakcji był na tyle przejmujący, że Johann ściągnął założone za głowę dłoni i przejechał nimi po płomieniach woskowych świec z kandelabru. Odwrócił się, aby opanować swoje ewentualne miny, a gdy tylko to zrobił, to uświadomił sobie, że brakuje mu jeszcze odpowiedniej postawy. Wyprostował się więc i z wymuszoną estymą odwrócił się do zgromadzonych.

Johann:
Niech wielebny nie psuje wieczoru naszemu gościowi, który pod nogi księcia złożył taki pokot. Kontynuuj opowieść krasnoludzie o postępkach wiedźmy.

Trudelloch:
W skrócie przedstawię co ważne. Kompania krasnoludów wykonała swe zadanie i doprowadziła Adę Braun do błot geothyrnych, w których ta postanowiła wykąpać swoje jaja, o których tu wspomniano. Z jaj wykluły się skrzydlate bestie, lecz związani przysięgą krwi dvergowie nie mogli ruszyć wiedźmy. Jeszcze wcześniej podczas podróży drużyna została zaatakowana przez elfów, a także napotkano jory, pewnie te same, które zauważył Zakon Świętego Ognia na bagnach. Jory przepędziły elfy i niestety po wyprowadzeniu wiedźmy z kopalni przejęły wiedźmę. W międzyczasie przybyli do Srogot kupcy z Ostwaldu, dokładnie dwudziestego szóstego dnia zielonych traw i przekazali nam wieści o tym kim jest Ada Braun. Jeszcze tego samego dnia erilar wysłał mego brata z zadaniem przejęcia Ady Braun i wydania jej w ręce ludzi. Niestety dzięki pomocy szczurów wiedźma zbiegła w stronę Ostwaldu. Ostatni raz ślady jej ucieczki były widziane w wasz Nowy Rok.

Emeryk:
Elfy w górach? Pewnie ścigały wiedźmę, tak jak i my.

Johann:
Miesiąc temu... Wiadomo co zrodziła wiedźma ze zniesionych przez siebie jaj?

Emeryk:
Daj temu chwilę championie. Trochę to rzuca nowe światła na działania wiedźmy. Skłaniam się do uznania, że to może ona współpracować z Prorokiem Cieni. Ponoć elfowie mają z nim zatarg.

Trudelloch:
Nikt nie umiał dokładnie opisać wyklutych potworów, lecz miały te stwory cztery szponiaste łapy, skrzydła, dziobate pyski i ptasie ogony, lecz w ogóle nie były podobne do gryfów. O Proroku Cieni nic mi nie wiadomo.

Kanut:
To przewodnik hordy szczurów. Wiele złych bab w śledztwach zeznawało, że wiedzę o magii posiadły od Proroka Cieni - plugawego szczura. Wątek ten jednak nie został do końca wyjaśniony, gdyż o ile zaobserwowano jory w Ostwaldzie, o tyle nikt nie zorganizował odpowiednio silnej wyprawy, aby zbadać bagna Grosshain, czy szerzej rozlewisko jeziora Klöm.

Johann:
Nie ma jakiegoś jora, który mógłby potwierdzić istnienie tego Proroka Cieni?

Emeryk:
Gdyby byli wśród nas Hekke, Infernus, Gha'ai skhi lub Baiken, to można by było ich zapytać.

Narrator:
Emeryk się zaśmiał i jego śmiech udzielił się zarówno magowi, jak i krasnoludowi, którzy zrozumieli o czym herold mówił.

Hekehard:
Nie wiedziałem heroldzie, że czytaliście legendy Sorii.

Johann:
Jakie legendy Sorii?

Emeryk:
To taki dowcip championie. Gha'ai skhi, Hekke, Infernus i Baiken to jorowie, którzy są bohaterami opowieści kompletowanych w zbiorach „Tales and Legends”. Różnej maści bardowie, trubadurzy czy rybałci powielali legendy z dawnego Imperium, czy szerzej z Sorii, które działy się blisko tysiąc lat temu. No, niektóre może pięćset lat temu. Powrót do tych legend był bardzo popularny dwie dekady temu i trwał przez blisko dekadę.

Hekehard:
Tak. Opowieści te były arcydziełami naiwności i wycieczkami w świat, który nie liczył na takich właśnie bohaterów. Dość wskazać, że zdarzały się opowieści o elfach jak Orick, Valandil, Farewell, Lar, Cierń, Altharis, Gori Lilai, Aramea czy Ervin Ichaer…

Emeryk:
O tak, męczyłem się z tym ostatnim w tej klatce. Pamiętam bardzo dobrze tę kameralną opowieść.

Trudelloch:
Czy Ervin Ichaer nie był przypadkiem człowiekiem?

Emeryk:
Były wątpliwości co do jego pochodzenia. Będąc zasadniczo pół elfem i pół człowiekiem mógł być kiedyś pogardzany przez jednych i drugich z przeciwnych pobudek

Trudelloch:
Teraz już sobie przypominam jego los i czemuż nie martwił mnie jego ból. Wśród mego ludu również pielęgnowano pamięć o tych legendach, a Dimm Dvilfssonn kiedyś użyczył mi zbioru opowieści o Lothorze, Myrosie, Gloydim, Dalinie „Szalonym Toporze”, no i oczywiście Torginie. Czytałem je wiele razy.

Hekehard:
Czyżby i na twarzy doktora pojawił się cień nostalgii?

Kanut:
Nie tyle nostalgii, co wspomnienie naukowego podejścia. Legendy te dość dobrze opisywały dawne zwyczaje różnych ludów, które żyły w Sorii przed nami. Część opowieści powinna być jednak na indeksie ksiąg zakazanych.

Emeryk:
Czyżby te o złych elfach?

Kanut:
„Zły elf” to pleonazm. Nie istnieją dobre elfy. Nie mniej wśród tych istot istnieje rasa mrocznych elfów, a z kronik Peliosa, Kaeril Maarena, Vesarda, Errdila, Syriusza, Siriona Clorserverda czy Dracona mogliśmy prześledzić zachowania i przypuszczalne reakcje moralne najpodlejszych z elfów. Podobnie kroniki Lipki Kalifa i Gori Lilai Kyo pozwoliły opracować strategię reakcji na knowania gogów, gdyby się kiedyś pojawiły w Siegvaardzie. Nie widzę jednak powodu, aby ktoś nieobeznany w sztukach aojdów, miał je czytać.

Johann:
Chyba kojarzę. A czy to się jakoś wiąże z tym dialogiem filozoficznym o charyzmie golema, który wspominał wielebny Kanut?

Emeryk:
Ten dialog nie jest związany z postaciami legend, ale wiem skąd to pytanie.

Johann:
A tak w ogóle, to te legendy są o prawdziwych postaciach?

Emeryk:
Nie możemy mieć pewności, bo to w końcu legendy, ale zgodnie zakłada się, że wszyscy oni żyli.

Hekehard:
Nie zgodzę się z wami heroldzie. Nie sposób dać wiary w to, aby przykładowo żył jaszczuroludź Pudzian.

Emeryk:
Tak, są wyjątki, o których trzeba rzeczywiście pamiętać. Babka nie opowiadała wam championie legend Sorii, gdy byliście berbeciem? Takie postaci jak Paulo, Muad’Dib, Anhur, Taleth, Asard, Reggirt, Anatoil, Tulian, Nathian, Duon "Ryo" Chario, Mirelle, Izumi Konata czy Cohen nic wam nie mówią?

Kanut:
Opowieści o magach są zakazane. Nie warto ich imion wymawiać w tym samym zdaniu, w którym się wspomina o przyzwoitych bohaterach.

Johann:
No tak! Kojarzę… wybaczcie doktorze, że przerwałem. Kojarzę Cohena, bo to sługa Aesira. Babka mi opowiadała o nim opowieści, a gdy chciała, abym zasnął to zawsze kończyła tym, że zżarł go okrutny wyger czy jakiś tam Meldaven. Chociaż chyba kilka razy mówiła, że w końcu został on świętym.

Kanut:
To bajki dla dzieci. Świętym można być tylko dzięki łasce Mymkrafta.

Hekehard:
I czyżby dlatego Kościół toleruje paladynów Aesira, którzy przybyli do Siegvaardu ze sztandarem noszącym ślady krwi paladyna Cohena?
Kanut:
Toleruje to dobre słowo, bowiem tolerować można tylko coś postrzeganego jako negatywne, lecz z uwagi na inne dobro, należy temu pobłażać. Jeśli chcecie się magistrze upewnić w naszych osądach, to wiedźcie, że niweczenie planów Razud jest warte tolerancji. Poza tym w tamtych stronach skąd pochodzą paladyni, co zresztą notują wspominane legendy, doszło do inflacji kultów. Avius, Gharruk, Ivael… byle demon dostąpił apoteozy. Kościół Aesira opanował te herezje i nie ma on, według kryteriów teleologicznych, planów sprzeczny z naszymi planami.

Johann:
O kojarzę jeszcze tę opowieść o łotrzycy… jak jej było? Chyba Alia, co tam gangi Erxen męczyła.

Emeryk:
Gangi Erxene. Bez tej litery wymawia się niczym nazwę heretyckiego państwa.

Trudelloch:
Trochę racji ma doktor Kanut, że niektóre z tych legend czyta się niczym przewodniki…

Emeryk:
Tak czytałem „Zaginione Miasto”, lecz chyba trochę się w nim zgubiłem.

Hekehard:
Gorzej niż Muad z anielicą w górach?

Trudelloch:
Nie o to mi chodzi heroldzie. „Gdzie kurz nie opadł - Uniknięcie Końca” czy „Honor wśród złodziei” to przykładowo przewodniki po życiu wewnętrznym bohaterów… o ile można tamtych nazwać w ten sposób. Niektóre historie mają to do siebie, że nawet jak się nigdy nie wydarzyły, to dzieją się ciągle i stale powtarzają.

Hekehard:
Słuszna uwaga. Może kiedyś jakieś postaci zbiorą się w kółko, gdzieś w dalekim świecie i będą o nas prawić, tak jak i my opowiadamy sobie o bohaterach Sorii, a wtedy i my staniemy się częścią tej niezależnej od czasu, ciągle powracającej narracji. Oby tylko nikt z zebranych nie przekręcał mych słów.

Johann:
Później sobie pleno peleno poopowiadacie o tym „Tales and Legends” ale teraz jeszcze muszę coś wiedzieć. Idziemy na wojnę, bo nas Rheinland zaatakował, więc Malburgia i zakonni, to dwie strony konfliktu. Przeciw komu są jory i ich Prorok Cieni?

Kanut:
Zarówno przeciw nam, jak i przeciw zakonowi. Jory są przeciwnikami ludzi, bo to złe istoty.

Johann:
Z jorami jest ta wiedźma Braun i kult Negi Numa…

Kanut:
Nehir Nuzula. Szczury korzystają z innego aspektu tej transcendencji, którą nazywają Kom’mula Eluk, ale jest zasadniczo ten sam podmiot.

Johann:
No tak, Nehir Nula Eluk. I oni z tym kultem, znaczy jory… to oni są przeciw Siegvaardowi. Ten drugi kult też jest przeciw Siegvaardowi i przeciw pierwszemu kultowi. Tak?

Kanut:
Tak.

Johann:
A elfy?

Hekehard:
Oni podzielili się ostatnio na zwalczające się frakcje. Na razie są przeciwko sobie i wygląda na to, że przeciwko kultowi wspieranemu przez jory.

Johann:
Mogą najechać naszą krainę? Te jory rzecz jasna.

Emeryk:
Nie jest możliwe ocenienie ich sił, ale na ten moment jest to mało prawdopodobne. Armia byłaby widoczna w działaniach. Jedyne co mogą zrobić, ale to tylko moja opinia, to najechać poszczególne wsie i sioła, plądrować je i ewentualnie zabijać pospólstwo, wraz z końcem żniw. Pytanie tylko jak liczne siły wypaczonych magią istot będą w stanie zebrać.

Johann:
No dobra pomyślmy. Musimy jakoś zareagować jako prokurent księcia.

Narrator:
Wtem nastała cisza, w której dało usłyszeć szmer szyderstwa przechodzący pod arkadami. Do uszu rozprawiających dyskutantów doszło jak jeden z rycerzy opartych o balustradę rzekł „Patrzcie go, jaki inteligentny myśliciel, a rano myślał, że prokura to nazwa ptaka.”

Johann:
Szczymta tam ryje, bo na dupie usadzę, miast dopuścić do szarży! To było rano, a teraz jako prokurent księcia mówię co następuje. Skoro wielebny jest w stanie po stolcu księcia poznać, co ten jadł, to niech sprawdzi trzewia tego tura tura i ustali co to dziadostwo żarło i co to za rasa była przed przemianą. Dowiemy się może gdzie to się lęgło ostatnimi czasy. Te, myśliwy! Gdzie ten pachoł? Ty na górze arkad! Weźmiesz i oskórujesz tego stwora, a skórę podzielisz i do boksów koni powkładasz, aby się przyzwyczaiły do tego zapachu. Jutro zbierzesz te futro i dalej pod nos konia. Jak mamy z tym walczyć, to lepiej, aby się wierzchowce nie płoszyły od smrodu, a coś tu capi wędzonką jak cholera. Dalej! Ty tam przy wejściu. Tak, ty. No baczność, bo kopa w dupę dam pachołku z miasta. Lecisz po staż szlaków. Sześciu na koń, niech ten karzeł, co za bramą czeka natychmiast zaprowadzi w miejsce, gdzie ubito bestię. Niech tropią skąd przyszła cholera i najdalej za dwa dni niech będzie raport, do obozu, gdzie będziemy spławiać armię rzeką. Mają się dowiedzieć skąd nadeszła bestia i czy te inne bydlaki mają jakieś leże. Jak trza, to niech ścigają do skutku, ale raportować. Rano goniec do Ostwaldu… o… ty tam herold gończy, co tak się chwiejesz. Pisemny? No i dobrze. To spiszesz coś usłyszał, a rano wyślesz do Landgrafa Gerarda zu Gestirn-Ostwalda gońca, aby sąsiedzi wiedzieli, co się dzieje. Tylko idź po pieczęć kancelarii księcia. Spokojnie magiku, spokojnie. Już czuć, jak się martwisz. Możesz sobie wziąć z tego stwora jakieś tam wnętrzności do tych swoich eliksirów. Wiem, że sprawiłbym przykrość, gdybym wszystko kazał spalić. Ale przejrzysz mądre księgi i odpowiesz na pytanie co tam mogła wykluć wiedźma z jaj i jak to zabić. A ten, co ryja nie umie utrzymać, niech zetnie łeb bestii i nabije na pikę. Będziemy nieść na czele chorągwi. No i wszyscy, którzy będą dotykać tego bydlaka, niech wyczyszczą sobie ręce jakąś okowitą, bo pchły robią w tym futrze szalone tańce. Dobrze, a teraz wszyscy do kaplicy, aby zmyć plugawe nazwy, którymi nas tu uraczono. No ruchy, ruchy… narada księcia się niebawem skończy i trzeba być w gotowości.

Narrator:
Herold Emeryk von Richtenberg i doktor Kanut z Kröne wymienili się spojrzeniami, a ten pierwszy ewidentnie się uśmiechnął widząc werwę młodego championa. Wnet wszyscy zaczęli w skokach ruszać się zgodnie z wolą Johanna i po chwili prócz ciągnących truchło na rzeźnię wykonawców, na dziedzińcu Virnburg pozostał tylko krasnolud i czarodziej.

Hekehard:
Co myślisz przyjacielu?

Trudelloch:
Wulgarny, prosty i wbrew pozorom całkiem bystry. Niestety będziemy potrzebowali jego sympatii.

Hekehard:
I niestety to jest w tym wszystkim najgorsze.

Trudelloch:
Jeszcze nie. Najgorsze jest to, że młodzik ma rację i po tej bestii harcują pchły. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego jak trudne będzie przekonać sześciu górali, aby się umyli.

Narrator:
Krasnolud pokręcił ze zgrozą swą brodą i westchnął pełen rezygnacji unosząc swą prawą rękę w geście pożegnania z czarodziejem. Idąc w kierunku bramy wiedział, że ten dzień jeszcze się dla niego nie skończył, a najtrudniejsze zadanie właśnie stało odebrało mu szansę na szybki sen. Pozostający na dziedzińcu Virnburg Hekehard obejrzał się jeszcze na krzątaninę i skupił swoje magiczne zmysły na przepływach mocy. Po krótkiej analizie uznał, że rozsądnym będzie jednak, zgodnie z poleceniem championa, udać się do kaplicy w celu ablucji, co też pośpiesznie uczynił.

Ciąg dalszy nastąpił w kolejnym akcie Wojny Nieludzi.
  
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group