Naprawdę nie znam takiego wydarzenia na skalę lokalną, czy to wśród ludzi, elfów czy pozostałych ras zamieszkujących Sorię i tereny okalające, które w skali i poświęceniu przewyższałoby, albo przynajmniej starałoby się dorównać kunsztowi wydarzeniom krasnoludzkim. Lud ten, nieprzywykły do przykuwania uwagi do rodziny w takim stopniu, jak robią to mieszkańcy Imperium, a nawet Silvanii, muszą przeto, co logiczne jest i naturalne, część emocji przelać w inne dziedziny. A co takiego wydarza się w życiu każdego krasnoluda, nieważne czy jest on lordem połowy Gór Środka Świata, czy zwykłym pańszczyźnianym chłopem? Prócz rokrocznych świąt, których skala obchodów przerosła moje najśmielsze oczekiwania, są też standardowe trzy: narodziny, zwane "Uformowaniem" tudzież "Wykuciem ze Skały" (motyw okraszania wszystkiego skalnymi i kamiennymi określnikami na warsztat wzięty został już we wcześniejszych rozdziałach tej księgi), zaślubiny oraz pogrzeby ("Oddanie Skale", w wolnym tłumaczeniu. Przymiotników skalnych i kamiennych jest na tyle wiele, że nie da się znaleźć dobrego odpowiednika w jeżyku imperialnym czy jakimkolwiek innym). I tak, jak sama ceremonia ślubna związująca kolejną rodzinę jest nieporównywalnie małostkowa, gdyż to klan w mentalności krasnoludzkiej pozostaje najważniejszy, narodziny nowego członka owego klanu uznawane jest za niemałe święto. Ale za największy ewenement uchodzi ostatnie wydarzenie w życiu każdego brodacza, czyli pogrzeb. I mimo najszczerszych chęci, drogi czytelniku, nawet w tym momencie, gdy zebrałem olbrzymią wiedzę na temat życia i zwyczajów krasnoludów górskich, nie mam bladego pojęcia, dlaczego ze śmiercią wiąże się najhuczniejsze lokalne święto na całym znanym nam świecie.
Fragment „Wspomnienia wybrane Albrechta Sonnenberga”, wydane w 1509 roku
Obcy wśród swoich
Kroniki Ethana i Dalina
Działo się.
Obchody święta wiatru w Gwynn były nieporównywalnie większe od tych w Bergu czy jakimkolwiek mieście Imperium, w jakim Ethan przebywał w tym czasie. Zresztą każde święto, nawet niezwiązane z porami roku, bledło na samą myśl o tym, jak mogłoby to wyglądać w mieście krasnoludów.
Działo się.
Niepohamowana radość, tłumy, hałas. Alkohol, jedzenie, rozrywka w każdym miejscu. Korzystali, jak na bohaterów miasta przystało. Niektórzy ochoczo ich przyjmowali, inni z rezerwą, jakby targała nimi obawa, że nagle sięgną po jakąś broń i wyrżną sklepikarza wraz z dziesiątką kupujących. Broni co prawda nie mieli, ale infamia istniała. Słabiej, zdawałoby się, niż pozytywna sława. Niemniej jednak pojawiły się słowa krytyki, stłumione przez euforię witających głowę rodu tłumów. Nawet bez tego święto byłoby po prostu niesamowicie pompatyczne. Każdy miał w to swój wkład, każdy przyozdabiał swoją część miasta i dbał o porządek, dzięki czemu i mir panował, i kasa miasta nie mogła zostać przesadnie roztrwoniona. Krasnoludy słyną ze skąpstwa i wątpliwym było, by chociaż jeden miedziak został źle wydany.
Z drugiej strony niecodzienne było tak ochocze oddawanie się, zdawałoby się - niepragmatycznym i drogim ekscesom. Gwynn uchodziło za miasto łączące rasy i mało konserwatywne. Dalin, tak czy inaczej, nie zdołał przyzwyczaić się do tej aury, mimo całego wieczora spędzonego na jedzeniu, piciu i zabawie.
W "dobrą zabawę", jak łatwo się można było domyślić, wliczone były też pewne oczywiste usługi towarzyskie, z których mężowie wszystkich ras korzystali szczodrze. No, może nie srebrne elfy, ale jak to mawia się w górach, w celu kultywacji odwiecznej krasnoludzko-elfiej uszczypliwości, ten ich mróz to pewnikiem im fiutki poodmrażał.
Nawet Ethan miał okazję machnąć kilka razy w tę i z powrotem swoją szabelką. Miało to miejsce, jak przechodził gdzieś między uliczkami, a wtem porwała go trzyosobowa grupa całkiem niebrzydkich ludzkich kobiet, bardziej rozebranych niż ubranych, które następnie, w ustronnym zaułku, demonstrowały swe zdolności sztuki miłosnej nie tylko na zaskoczonym wojowniku, ale także na sobie nawzajem. Towarzyszyło temu nieustanne chichotanie, a w eksplozjach przyjemności głośno wychwalały mało mówiące mu imię "Laas".
Działo się.
Grajkowie, zdawałoby się, grali całą noc. Dopiero nad ranem miasto uspokoiło się, spite i wyzute z sił wszelakich. Kramy poznikały, mieszkańcy - niekoniecznie. Duża liczba świętujących leżała po prostu na ziemi, jak kłoda. Wozy wyjeżdżające z Gwynn musiały najsampierw pozbyć się blokujących ruch półżywych ciał, by ruszyć się o więcej, niż kilka jardów. Zaliczono też kilka pobić, dziesiątki kradzieży, parę gwałtów, dwa morderstwa i cztery śmierci własne, poprzez spadnięcie w otchłań Studni, mimo solidnego i wysokiego ogrodzenia. Tak więc standard.
Nie ucichły jeszcze ostatnie alkoholowe pieśni zataczających się krasnoludów, gdy Dalin i Ethan przejeżdżali przez bramy miasta. Wóz przysłany był przez Luwina, z woźnicą wożącym ich już poprzednio oraz z nieznanym im starszym krasnoludem, wyposażonym w dużą skórzaną torbę, dziesiątki kartek, piór i kałamarzy. Krasnolud był siwy na głowie i blady na twarzy, z fioletową czapą, okularkami, siwą, długą brodą w kształcie zwężonego, podłużnego trójkąta oraz godnym strojem w barwach tych samych, co płaska, wełniana czapa z szarym piórkiem wetkniętym w tyle. Zwał się Sigir Grimmson i był lojalnym skrybą klanu Białego Lwa. Z nim też mieli poruszyć i omówić wszystko, co pozostawało w nieścisłości albo miało zostać jeszcze zmienione, jak przekazanie oficjalnego listu traktującym o zdjęciu banicji, czy też odszukanie niedoszłej wdowy po Brendzie i przemyśleć plan funduszu ofiar górniczych.
Jechali w ciszy i spokoju. Prócz nich był jeszcze pojedynczy strażnik, odziany w prawdziwą i błyszczącą kolczugę i barwy rodu, wyposażony w miecz, tarczę i lancę. Poruszał się na koniu, kilkadziesiąt metrów przed wozem. A że wóz był zamknięty, prawie taki sam, może nieco skromniejszy niż ten, którym wjechali na najniższe piętro Gwynn, prawie nie dostrzegali jeźdźca, nie rozmawiali z nimi i w ogóle prawie zapomnieli o jego istnieniu.
Do Bergu pozostała godzina drogi. Przez większość czasu Sigir wypełniał jakieś notatki, przeglądał papiery i ogólnie zajmował się czymś w obietnicy, że jak tylko skończy, omówi z Dalinem wszystko, co omówione zostać powinno.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2015-01-25, 01:40, w całości zmieniany 1 raz
Dalin całą drogę był niesamowicie spięty, wyglądał dosłownie jakby siedział na gwoździach. Przygryzał nerwowo wargę, wodził niespokojnie oczami po zgromadzonych i naprzemiennie zaciskał i rozkurczał pięści. Myśli krasnoluda gnały jak oszalałe. A miał o czym rozmyślać... To co się wydarzyło przekraczało granice pojmowania. Zdołał dopełnić przysięgi złożonej nad ciałem szwagra, z pomocą nowego kompana Ethana, wymierzając sprawiedliwość przeklętemu po wsze czasy czarnoksiężnikowi Jarpalowi Lovganowi. Sądził, że po tym czynie będzie musiał żyć w hańbie z mianem mordercy. Początkowo ta wizja zaczęła się spełniać. Wspomnienie sali tortur sprawiło, że zimny dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa rudzielca. Jednak rzeczywistość po raz kolejny go zaskoczyła... Sługa okazał się zaklętym wielkim władcą. To brzmiało jak bajka dla dzieci, podobna do tych co dawno temu dziadunio przed snem zwykł opowiadać. Choć trzeba przyznać uczciwie, że częściej prawiły one o smokach, potworach wszelakich i dzielnych wojak niźli o zaklętych księciach, ale i takie się trafiały. W podzięce swym wybawicielom spełnił ich prośby. Wojownik zyskał więcej niż kiedykolwiek śmiał marzyć. Obietnice uczty, która zaspokoi wizje boga hulanki, rentę dla ukochanej szwagra, fundusz dla ofiar wypadków górniczych i najważniejsze oczyszczenie własnego imienia. Fortuna to zmienna pani. Aż trudno było w to uwierzyć, bardziej przypominało sen niż rzeczywistość. Być może to kolejna pijacka mara jakich wiele miał w swoim życiu krasnolud. Sięgnął prawą dłonią do policzka i uszczypnął się. Świat pozostał taki jaki był.
Z każdą minutą zbliżał się co raz bardziej do swego rodzinnego domu. Ile to już minęło czasu? Dalin stracił całkowicie rachubę dni, a wszystko przez wizytę w Udus, gdzie czas całkowicie rządził się innymi prawami. Uczucia jakie opanowały berserkera były całkowicie sprzeczne. Z jednej strony czuł ulgę i wypełniała go nadzieja. Znów będzie mógł odwiedzić groby bliskich i oddać należną im cześć, a także znów zobaczyć twarze dawnych towarzyszy. Paradoksalnie czuł również zdenerwowanie i strach. Strach uczucie, które prawie już zapomniał. Stawiał w życiu licznym zagrożeniom z podniesioną głową i widział nie jedną przerażającą rzecz, a jednak bał się... bał się... powrotu do własnego domu. Wyroki klanu są święte, a banicja jest najgorszym jaki może zapaść. To gorsze niż śmierć dla skazanego lepiej, żeby się w ogóle nie narodził. Wojownik doskonale zdawał sobie sprawę, że żaden świstek papieru czy słowa wielkiego możnowładcy nie wpłynął na sposób postrzegania członków klanu. Takie sprawy załatwia się lokalnie. Co z tego, ze oficjalnie będzie mógł wrócić jeśli nie zyska akceptacji współziomków. I co najgorsze będzie musiał wyjaśnić im jak zginął Brend... Nie miał pojęcia co ma im powiedzieć. Przecież to była jego winna... Jego topór... Być może lepiej było pozostać wygnańcem na taki los zasłużył! Udręczony własnymi myślami jechał w całkowitej ciszy.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2014-09-09, 23:25
Ethan już wiedział że będzie miał co wspominać z podróży do tej krainy. Przygody, intrygi, zabawy, na prawdę cieszył się że tutaj przybył. Czuł że coraz bardziej dojrzewa i zyskuje doświadczenie, przemienił się z zwykłego chłoptasia w bohatera. A teraz wraz z nowym ekwipunkiem i czując się pewniej zmierzał tam skąd pochodził jego nowo poznany towarzysz Dalin. Nie wiedział zbytnio jaka była jego sytuacja, nie znał się na społeczeństwie krasnoludzkim i ich zwyczajach. Wiedział jednak że Dalin zasługuje na drugą szansę, sam wiedział że był to krasnolud porywczy i taki który wiele w życiu przetrwał, może popełnił błędy a w głębi serca jest miłość do rodziny i twarde zasady. Człowiek mógł nawet powiedzieć że podziwiał swojego towarzysza.
Tymczasem dalej jechali i jechali a Ethan czekał na koniec trasy w milczeniu i spokoju. Ciekawiło go to co zostanie na miejscu i jak sytuacja Dalina się rozwinie. Był w dobrej myśli...
Powóz jechał spokojnie, podskakując czasami na wybojach nierównej, wąskiej drogi. Nie był już to trakt, który bezpośrednio wylewał się z Gwynn; były to malutkie tunele na szerokość dwóch wozów i łokcia, okazjonalnie oświetlone, często z pogubionymi albo dawno wypalonymi pochodniami. Droga ta była uczęszczana, oczywiście, ale chyba nikt nie czuł się na tyle odpowiedzialny, by wziąć sprawy we własne ręce, wykosztować się i odświeżyć przygasłą jasność zatwierdzoną na ścianach.
Chociaż jedynie Ethanowi mogło sprawiać to nieprzyjemność. Ranek zazwyczaj wiązał się z jasnymi promieniami mocno bijącego słońca, a teraz, w półmroku, znów poczuł zintensyfikowaną tęsknotę za Imperium.
Trwali tak już długo, każdy pogrążony we własnych myślach. Bo trudno było uwierzyć w to, co miało miejsce zaledwie dzień wcześniej. Wojownicy dumali, a Sigir skrobał piórem. I tak już dłuższą chwilę. W końcu odstawił pióro i dokument, przejrzał jeszcze raz spokojnym, niespiesznym wzrokiem, i schował wszystko do torby, wraz z innymi, wcześniej wyciągniętymi szpargałami. Następnie oparł się o wygodne, obite siedlisko, splótł dłonie na piersi, nabrał powietrza i głośno odetchnął. Potem przekręcił głowę i spojrzał za okno. W końcu rzekł:
- Wybaczcie, panowie, że trzymałem was tak w ciszy - głos miał miły, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu mógłby być nazwany jowialnym, ale teraz, patrząc z perspektywy wieku, bardziej optymalnym przymiotnikiem byłby właśnie miły, taki sympatyczny, dalej młody, chociaż mówiący nie wyglądał na młodzieniaszka. - Pracy mam co niemiara i nawet w podróży... - przerwał i powrócił głową do standardowej, wpatrzonej w siedzących naprzeciwko. - Tak czy inaczej, chyba pora omówić kilka elementarnych kwestii. Jak dobrze pamiętam, w Bergu egzystuje klan, sekunda... - wpatrzył się w sufit, jakby gdzieś na nim miała znajdować się odpowiedź. Położył dłoń na brodzie, tuż pod rozwartymi lekko ustami. - A tak! Kamienny Filar, mam rację? Wchodzący w okręg protekcyjny Spiczastej Tarczy, który już podlega nam, to jest Białemu Lwu.
Spiczasta Tarcza, nazwa ta już wiele mówiła Dalinowi. Faktycznie, klan ten słynący z protekcjonalności i dbania o interesy klanów podległych był znany każdemu w wiosce i tak właściwie wiedza o władzy zwierzchniej kończyła się na Tarczy. Dla Dalina, oczywiście. Wszak nigdy nie pałał miłością do zapamiętywania wielu szczególików, bo może i starsi wioski znali dobrze Białego Lwa, ale on miał rzeczy, zdawałoby się, ważniejsze do zrobienia. Praca fizyczna ponad wiedzę, a pracował wyjątkowo fanatycznie.
- Więc sprawa - kontynuował - prawnicza banicji pozostanie załatwiona i chyba nawet nie muszę jej poruszać, więc druga rzecz. Ta krasnoludka, która, em... Stratna, do której pieniądz miał być posłany. Jak się zwie? Miesza w Bergu, czy gdzieś indziej?
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2014-09-11, 19:39
Ethan zbyt wiele nie miał do roboty, nudził się podróżując w tych słabych dla niego warunkach. Zbytnio nie był zaangażowany w sprawy które omawiali między sobą jego towarzysze. Po prostu nie mógł się doczekać końca trasy i jakiejś akcji. Mimo że ostatnio miał aż za dużo jej, wciąż łaknął przygody. Gdy raz wpadniesz w wir przygód już nie ma odwrotu. Mógł tylko czekać na rozwój wydarzeń i .... zjeść sobie i wypić! Mimo że ostatnio aż nadto zajadał a pewnie po przybyciu będzie jakieś jedzenie to musiał skorzystać ze swoich zapasów bo jedzenie nie powinno tylko zabierać miejsca w plecaku. Tak więc wyciągnął racje żywnościową oraz przed i po spożyciu napił się wody.
Słowa skryby wyrwały Dalina z wiru szalonych myśli. Zamrugał i spojrzał uważnie na starca. Następnie kiwnął głową i odpowiedział:
- Zgadza się od niepamiętnych czasów Berg zamieszkuje klan Kamiennego Filaru.
Przed oczami krasnoluda pojawiło się w wspomnienie majestatycznego monumentu, od którego klan zyskał swoje miano. Olbrzymi stalagnat, którego ojcowie założyciele wybrali na swą siedzibę. Legenda głosi, ze podtrzymuje on całą górę. Rudzielec nie mógł się już doczekać, by znów go zobaczyć.
- Opiekę nad nim sprawuje klan Spiczastej Tarczy.
Dodał po chwili ponuro wojownik doskonale pamiętał ten klan. Współpraca między klanami była bardzo ścisła. W Bergu ciężko nie było odczuć wpływu potężnego sąsiada. Jednak Dalin najbardziej zapamiętał pewnego młodego szlachcica wywodzącego się z tego klanu, który śmiał obrazić zmarłą Brendę. Pięści krasnoluda zamknęły się mimowolnie na samo wspomnienie. Broniąc honoru żony zabił bezczelnego młodzika i to właśnie za ten czyn został wygnany.
Co do tych co stali nad Spiczastą Tarczą nigdy w zasadzie nie interesowali wojownika. Wiedział, że skomplikowane sojusze i umowy sięgają w dół krasnoludzkiego społeczeństwa, ale kto stał na samym dole nie miało znaczenia dla prostego górnika. Trudy życia były i tak wielkie, że nie należało ich zwiększać niepotrzebnymi informacjami. W tamtych czasach liczyło się tylko tu i teraz. Rudzielec powątpiewał, bym sam Molacius był wstanie spamiętać wszystkie swoje domeny. Jako na dole tak i na górze...
- Nazywa się Lidia i w zasadzie wszystko co o niej wiem. - Dalin z zakłopotaniem podrapał się po głowie. - Tyle się dowiedziałem nim od szwagra nim spotkaliśmy tego cholernego czarnoksiężnika.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ethan nie wdawał się w dyskusję, która go nie dotyczyła. Wyciągnął wodę wraz z prowiantem i zaczął jeść. Głodny co prawda wielce nie był, bo kilka godzin temu spałaszował pokaźne śniadanie, ale wody napił się chętnie. Więcej w siebie nie wcisnąłby.
- Z imienia Lidia... - mruknął skryba, spoglądając w dół, do zgromadzonych w torbie notatek. Wyciągnął jakiś pliczek małych kartek, pióro i kałamarz i zaczął coś znów wypisywać. Czynność ta zajęła mu najwyżej trzy sekundy, więc pewnie po prostu zanotował sobie owe imię, może z jakimś dopiskiem. Nic ponadto, gdyż zaraz jak wykonał ostatnie pociągnięcie pióra, podniósł głowę i wypytywał dalej. - A rodzina szwagra, jak mniemam, również w Bergu zamieszkuje? Na pewno od nich dowiemy się więcej - odstawił na bok zebrane papiery, ale nie wsadził ich z powrotem do torby. - Tak czy inaczej, teraz więcej nie wskóramy, więc kwestia trzecia: ta wielka biesiada, mająca trwać siedem dni i siedem nocy. Gdzie i kiedy ma mieć miejsce, Dalinie?
Odpowiedział zwięźle wojownik. Oni powinni to wiedzieć. Iskierka nadziei na spełnienie tego drobnego gestu wobec szwagra pojawiła się w sercu rudzielca. Przygasła ona jednak szybko, Dalin nigdy nie utrzymywał głębszych kontaktów z dalszą rodzinną żony. Kontakt praktycznie się urwał po śmierci Brandy, choć początkowo jej krewni docenili gest jakim było ufundowanie marmurowego grobowca, to późniejsze pijackie wybryki rudzielca sprawiły, że stał się on niezbyt mile witanym gościem. Dodatkowo berserk obawiał się, co powie rodzinnie szwagra odnośnie jego śmierci. Czy będzie w ogóle w stanie spojrzeć im w oczy. W końcu Brend zginął z jego ręki...
- Biesiada... - Jak tylko skryba zmienił temat wyraz twarzy krasnoluda uległ zmianie stał się pewniejszy i spokojniejszy. - Myślałem, że powinna odbyć się trzy dni przed co rocznymi obchodami Brimmignozii. Dniem, gdy otwiera się beczki ze świeżo dojrzałym piwem. W tedy święto przypadnie w samym środku wielkiej hulanki, każdy piwowar z okolicy będzie mógł się wykazać. Kurwa! To podkreśli rangę wydarzenia i będzie wielkim hołdem dla Brimmigara. A co do miejsca to myślę, że plac okalający kurewsko wspaniały Kamienny Filar będzie doskonały!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- Tak jest, tak jest... - mruczał jakby sam do siebie, spoglądając na leżące nieopodal notatki. Sięgnął znów po pióro i zaznaczył coś jednym ruchem dłoni. - Brimmignozie? - spytał, jakby nie będąc pewien, czy dobrze usłyszał. - Miejsce to Berg, ale... Ależ tak, tak... - znów mruknął do siebie. - Święto piwa to odległa data, to dobrze. Wszystko będzie tedy zapięte na ostatni guzik.
Znów sięgnął do notatek, którymi zasłonił swoją twarz. Machnął kilkakrotnie piórem. Odgłos skrobania mieszał się z cichym chrupaniem suchych i mało smacznych racji żywnościowych, jakie spożywał w ciszy Ethan. Następnie popijał wszystko wodą. Skrobanie, chrupanie, gulgotanie. I stukot podskakującego co i rusz wagonu, prowadzonego przez liche i nierówne drogi, których dawno nikt nie remontował.
- Dobrze - wyjrzał zza notatek. - Więc jeszcze ostatnia rzecz pozostała. Całkiem sprawnie nam to idzie...
Wtem nagle wychylił się przez okno i, wciąż ściskając kurczowo pęk notatek, wykrzyknął:
- Ile jeszcze?
Nie było w tym głosie cienia niecierpliwości, ale raczej brzmiał on tak, jak brzmi głos osoby pytającej się, ile należy dodać jajek do naleśników. Tak czy inaczej, na odpowiedź woźnicy nie musiał czekać długo.
- Niecała godzina, panie!
- Ile razy ci mówiłem, byś mnie tak nie tytułował! - pomachał teatralnie zaciśniętą pięścią przez okno, a po chwili wrócił na swoje miejsce. Woźnica zaśmiał się przyjacielsko. Mały uśmieszek wpełznął też na twarz Sigira. - Dobrze, to na czym stanęliśmy? - spytał się bardziej samego siebie, niż siedzącego naprzeciwko Dalina. Spojrzał do notatek. - A, no tak! Fundusz rozbudowy Kamieńca! Myślę, że skoro miasto będzie eksploatować tę kopalnię, to samo z siebie będzie konieczne rozbudować tę miejscowość, by sprostać wszystkim wymogom, czy to bezpieczeństwa, czy wydobycia. Czemu więc nie rozbudować Bergu? Macie tam chyba aż trzy kopalnie...
Kąciki ust krasnoluda uniosły się automatycznie w górę, gdy ten zobaczył zachowanie skryby i woźnicy musieli już nie jeden raz razem podróżować. Na propozycje staruszka Dalin wybuchnął szczerym śmiechem.
- Kurwa widzę, że łatwo wydajesz pieniądze. Musicie chyba spać na złocie, skoro z tak lekkością proponujesz mi tak poważną sprawę. - Rudzielec wybuchnął rubasznym śmiechem. - Jeśli tylko Kamieniec na tym nie ucierpi to niech i Berg niech się rozwija! Hah! Świat do przedziwne miejsce jednego dnia jesteś zwyczajnym krasnoludem, a następnego masz decydować jakie osady mają się rozwinąć! - Umilkł na chwilę i przeczesał ręką brodę. - Coś mi tu nie pasuje. W Bergu mieliśmy tylko dwie kopalnie węgla i żelaza. - Spochmurniał momentalnie, pięści mimowolnie się zacisnęły. - Z tymże kopalnia żelaza została zamknięta z powodu tego pieprzonego wypadku!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- Em... Tak... To znaczy nie. Pieniądz akurat gra rolę drugorzędną, pierwszą zaś obowiązek spełnienia wszystkiego, o co ongiś poprosiłeś. Ocalenie zaginionego Mehra wymaga równie wielkiej wdzięczności, a to, o co prosisz, mogłoby być znacznie większe. Wszak oddałeś kopalnię...
Wrócił spojrzeniem w papierzyska. Wtedy też zapadła cisza, pozbawiona dźwięków wszelakich, w tym też hałasu jedzenia, gdyż Ethan, najedzony, schował resztę prowiantu i bukłak z wodą. Nowiutki miecz zabłysnął wystającym uchwytem przez moment, gdy światło pochodni wlało się do wnętrza pojazdu.
- Ale na złocie nie śpimy, absolutnie nie. Wracając do... A, tak, dwie kopalnie? - rzucił okiem w kierunku torby. - Możliwe... Wypadek, zaraz... - postawił opuszki dwóch palców na brodzie, które po chwili zjechały na dół, wplatając się we włosy. - Sprawdzę to zaraz.
Sięgnął do pozostałych, zgromadzonych notatek i zagłębił się w nie obiema dłońmi. Przeczesywał niezliczone papierzyska, całkowicie się temu oddając.
- Słyszałem też - powiedział po chwili, zwilżając palce językiem - że ciało szwagra wieziesz do Bergu. Trochę wściubiam nos i z góry za to przepraszam, lecz czy nie myślałeś o tym, by ku jego czci wyprawić tę pompatyczną ucztę?
Nagle przestał szukać. Wyglądało na to że znalazł to, co chciał. Wyciągnął spięte klamrą papiery pełne liter i liczb i położył sobie na kolanach. Poprawił okulary i począł przeglądać stronę po stronie, mrucząc coś do siebie niezrozumiale.
Dalin nie skomentował tego, że udało mu się ocalić mehra i odmówić przyjęcia kopalni. Jego jedynym celem było zabicie Jarpala, nie miał nawet bladego pojęcia, że kamerdyner jest władcą całego rejonu. Nigdy go nie interesowały tytuły i pieniądze, zrobił to wszystko by rozliczyć się z przeszłością i odzyskać resztki honoru. Dlaczego miał by z tego czerpać profity? Uśmiechnął się pod nosem, tak naprawdę wystarczała mu świadomość że spłacił wszystkie długi.
Pytanie o pochówek szwagra zaskoczyło rudzielca. Ciało Brenda powinno już dawno spoczywać razem z siostrą w marmurowym sarkofagu. Zadbał oto. Nie wierzył by Donia go okłamała. Odrzekł cicho i stanowczo.
- Mój szwagier powinien być już dawno pochowany. Zatroszczyłem się o to. Kurwa, jednak nie mam pewności. Nie byłem wstanie tego osobiście dopilnować. Jeśli nie został oddany kamieniowi, będzie trzeba zmienić nasze plany. To jest sprawa najważniejsza! Jeśli pytasz o ucztę, to ma się odbyć jako dziękczynnie wobec Brimmigara, za to, że pozwolił mi znów stanąć naprzeciw czarnoksiężnika!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2014-09-15, 21:30, w całości zmieniany 1 raz
Sigir Grimmson zmarszczył brwi, wyraźnie nieprzyzwyczajony do ciskanych w trakcie rozmowy przekleństw. Ścisnął usta i spojrzał na Dalina. Jego twarz z kolei wyrażała wyraźne zaskoczenie. I nic dziwnego, gdyż polecenie pochowania Brenda zostało wydane dobry miesiąc temu.
- Jeszcze nie został pochowany... - zaczął flegmatycznie, z rezerwą, by w następnych słowach powrócić do standardowego tonu wypowiedzi. - Z tego co wiem, ciało pana szwagra opuściło Gwynn zaledwie wczoraj i z niemałym rozgłosem, w końcu zwłoki wywożone incognito poza miejskie mury to nie jest rzecz codzienna. Nawet wcześniej zostało już zatrzymane, ale moja interwencja, gdy już powrócił do nas Mehr Molacius, zażegnała sprawę. Tak czy inaczej, ciało wraz z oskardem powinno już być w Bergu. Ale na pewno nie zostało pochowane, chyba, że przez noc, w co naprawdę, panie Dalinie, szczerze wątpię.
Spojrzał znów za okno. Tereny podziemne miały to do siebie, że w przeciwieństwie do otwartych przestrzeni nie dało się dostrzec jakichś wyraźnych obiektów terytorialnych, które podpowiadałyby, w jakim punkcie drogi się znajdowało. No i monotonia podróży, za jedyną rozrywkę mając tak właściwie tylko rozmowę, bo widok przewijanej, nieskończonej ściany i pochodni na niej zatkniętych. Ethan odczuwał to najboleśniej, bo już same wpatrywanie się w kamienną monotonię wywoływało po jakimś czasie obrzydzenie prowadzące do choroby lokomocyjnej. A z pełnym żołądkiem bez trudu dało się podzielić tym doświadczeniem z resztą pasażerów.
Dalin głośno zgrzytną zębami, nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Gniew po raz pierwszy i ostatni nim zawładnął.
- Kurwa mać! Nie możebne, żeby krasnoludowi odmawiać powrotu do skały macierzystej. Szlag! - Rudzielec uderzył otwartą ręką w ścianę wozu. - Tak się kurwa nie godzi! Co się to kurwy nędzy wydarzyło!? Kto za to odpowiada? Z chęcią się z nim rozmówię!
Krasnolud zakrył twarz rękami i zamilkł. Próbował się uspokoić choć nie było to łatwe.
- Wybacz, łatwo mnie ponosi. - Odrzekł spokojnie po chwili wojownik odrywając ręce od twarzy. - Ile to czasu minęło od jego śmierci? .... Chyba z miesiąc? Cholera, w jakim stanie są zwłoki? - Zamilkł, a w zasadzie zacisnął zęby, aby nie miotać niepotrzebnie przekleństwami. - To zmienia postać rzeczy. Należy urządzić Brendowi godny pochówek i zorganizować porządną stypę. Pamięć o nim nie może zostać zapomniana...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Twarz Sigira zachmurzyła się. Reakcja Dalina tym razem nie zaskoczyła go, a po prostu zirytowała. Słowa, jakimi odpowiedział, nie były jednak ostre ani w jakimś stopniu wykazujące gniew, a normalne, dyplomatyczne, takie jak do tej pory. Ale pierw czekał, aż jego rozmówca całkowicie da upust emocjom i słowom idącym pod ich przewodnictwem. Z czasem jego wyraz twarzy powrócił do tradycyjnego, tak że trudno było dociec, czy wciąż dusił w sobie irytację, czy ta dawno już uleciała, pozostając daleko za jadącym wozem.
- Byłem tam - rzekł najspokojniej jak tylko mógł - i stan twego szwagra jest... dobry - już przed wypowiedzeniem ostatniego słowa zrozumiał, jak nietrafna była ta wypowiedź, więc szybko się poprawił. - To znaczy medykiem nie jestem i nie wiem, czy są takie środki balsamiczne, niemniej nie wydaje mi się, by był to miesiąc. Jakiś chłoptaś miał zawieźć to... to znaczy go do Bergu, ale złapany przy bramie przy rutynowej kontroli... Mówił niejasno, że on nic nie wie, ale tak czy inaczej zaraz dojedziemy do wioski i sam się przekonasz.
Gubił się w słowach, jakby w obawie przed kolejnym rozwścieczeniem agresywnego berserkera, który siedział zaraz naprzeciwko niego, z wielką, obosieczną bronią tuż pod ręką. Kilka sekund później do wozu podjechał konny, do tej pory będący przed wozem. Był już w sile wieku, jednocześnie doświadczony i wciąż sprawny fizycznie, co widać było zgrabnością, z jaką operował koniem. Na głowie miał metalowy nosal, a zza niego wystawały dwoje zielonych, roztropnych oczu, z których łatwo wyczytać można było lojalność, jaką darzył Grimmsona lub całego Białego Lwa. Gdy był już na wysokości lewego okna, przy którym siedział Dalin i Sigir, schylił się, by było go widać, i zapytał:
- Co się...?
Skryba nie dał mu dokończyć. Macnął lekceważąco ręką i rzekł proste "nic". Po tym rycerz spojrzał raz jeszcze na Dalina, na przytroczoną do boku broń i odjechał z powrotem na przód, dwadzieścia metrów od wozu.
Rozsierdzony krasnolud nawet nie zauważył, że jego zachowanie irytuje skryba. Słowa urzędnika tym razem jednak nie spotęgowały gniewu krasnoluda. Słysząc, że ciało nie jest w najgorszym stanie rudzielec wręcz odetchną z ulgą.
- Środki balsamiczne? Tyle dobrze, że ktoś o to zadbał. - Krasnolud mówił już nad wyraz spokojnie, spojrzał na notatki skryby. - Masz może dokładną datę jego śmierci? Przez te wszystkie wydarzenia straciłem rachubę czasu.
Jego rozmówcy nawet nie mogli przypuszczać, że siedzący przednimi krasnolud przeżył po dwakroć podróż w czasie i przestrzeni. Widok strażnika zaskoczył berserka, początkowo nie rozumiał dlaczego sprawdził wóz. Po chwili zdał sobie sprawę, że to przez jego gwałtowny temperament rycerz martwił się o bezpieczeństwo skryby. Nic nie odrzekły skrzyżował ramiona, a na twarzy wykwitł mu niewielki rumieniec.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2014-09-18, 22:16
"On nawet w takiej sytuacji nie umie się zachować. Już obawiam się co się stanie jak dojadą na miejsce. Oby go od razu nie zbanicjonowali ponownie hehe."
A jak już Ethan pomyślał o dotarciu do celu to od razu z nudów chciał dowiedzieć się kiedy kończą podróż. Może zachowywał się jak niecierpliwe dziecko które nie może wytrzymać ale mało kto by wytrzymał w tych warunkach. Spytał więc się:
- Mogę wiedzieć kiedy dotrzemy na miejsce?
Następnie ponownie starał się wytrzymać i jakoś dotrzeć do końca.
- Obawiam się - rzekł spokojnie, ale stanowczo - że nie dane mi było znaleźć wystarczająco czasu, by przejrzeć medyczne dane denata... Lecz ponoć byłeś przy nim w momencie jego śmierci, czyż nie?
Nie mówił już nic więcej. Zamilkł, a ciszę tę przerwał tym razem Ethan, zadając jakże proste, ale i rozładowujące atmosferę pytanie.
- Mniej niż godzinę. Jesteśmy już chyba na terenach Spiczastej Tarczy. Od najbliższego miasteczka, przez które będziemy przejeżdżać, to będzie pół godziny drogi.
Następnie spojrzał na papiery i wiedząc, że nic już więcej na nie w tym momencie nie naniesie, spakował wszystko, co miał wyciągnięte, a torbę odsunął na bok, na czwarte, puste siedzenie.
- Tak to prawda. - odrzekł krasnolud, a w jego głosie było cuć smutek i poczucie winny. - Tamtego straszliwego dnia zostałem poważnie ranny... Czarnoksiężnik był przekonany, że już się z tego nie wykaraskam. Kurwi syn zostawił mnie bym się wykrwawił... Jednak dzięki dużej dozie szczęścia ktoś mnie odnalazł i mi pomógł. - Dalin zwiedzał, że szczęściu musiał trochei pomóc, ale wolał przemilczeć co się dokładnie stało. - Straciłem przytomność i nie wiem ile czasu minęło...
Zamilkł wspomnienia tamtej nocy były wciąż zbyt bolesne. W sercu berserkera powstała okrutna rana, która zapewne nigdy się nie zagoi i będzie zadawać ból większy niż jakiekolwiek rany fizyczne.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- No cóż - skwitował skryba - ja sam nie omawiałem tych kwestii z panem Molaciusem, więc nie powiem, ile czasu mogło minąć. Niemniej jednak tuszę, iż po wyczekaniu jeszcze paru chwil... sam znajdziesz odpowiedź na zadane pytania.
Rzucił okiem na bagaż leżący po prawej stronie. Gdy wóz podskoczył na wybojach, popchnął profilaktycznie torbę dalej, aż do oparcia, by ta przypadkiem nie wysunęła się i nie spadła na ziemię. Szkoda było zniszczeń, a skóra, będąca głównym jej materiałem, błyszczała i prezentowała się nienagannie.
Dalej jechali już w ciszy, każdy ponownie pogrążony w swoich myślach. Sigir splótł dłonie na wysokości pasa, i, oparty wygodnie, wpatrzył się w jakiś konkretny punkt za oknem. Jechali a czas zleciał im szybko. Wyminęli jakieś miasteczko, które Dalin kojarzył, bo był to jeden z główniejszych ośrodków, wtedy zdawałoby się, duże miasto, w porównaniu do Bergu, gdzie spotykały się różne klany, handlowały i zbierały się na organizowanych przez Spiczastą Tarczę wiecach. Teraz, mając wciąż żywe wspomnienia ogromu Gwynn, miasteczko prezentowało się po prostu licho. Ale wciąż, patrząc na jego rodzinną wioskę, była to niemal metropolia, jedyna większa miejscowość, do której chadzał w miarę regularnie.
Miasteczko Ruda Pieniawa, nazwa pochodząca od rzeki, która przepływała przez tę miejscowość, jak Dalin wiedział, a Ethan dowiedział się w tym momencie od skryby. Rzeka wchłaniała kolor miedzi, której kopalnie znajdowały się w okolicy, a także absorbowała odpadki wydobywcze, które tym bardziej powielały złoto-miedzianą barwę wody. Tylko jednak kopalnia znajdowała się w Rudej Pieniawie. Sigir opowiedział o tym wszystkim człowiekowi z wiedzą, jakby od urodzenia tu mieszkał. Ale samo miejsce nie zmieniło się zbytnio, a żadna znajoma twarz nie ukazała się rudzielcowi. Jechali więc dalej, bez zbędnego postoju.
- Dawno tutaj nie byłem... - rzekł przepełnionym sentymentem głosem. - A pochodzę z daleka, z zachodu, ale sercem pozostałem tutaj, przy Gwynn... A ty, Ethanie, jeśli wolno spytać: skąd dokładnie pochodzisz? Jest to Civitas, Caligomones, może jeszcze dalej?
Dalin jechał w milczeniu pogrążony we własnych myślach. Rudzielec obserwował drogę, bez trudu poznał okolicę. Tereny należące do Spiczastej Tarczy okolice jednego z wielu miasteczek w górach, które wyrastały jak grzyby po deszczu przy okolicznych kopalniach - Ruda Pieniawa. Kiedyś wydawało się bardziej imponujące, nim ujrzał Gwynn. Życie polityczne wszystkich okolicznych klanów było związane z tym miejscem. To właśnie tutaj zbierały się okoliczne klany na wiece. Największe miasto jakie widział nim został wygnany. Po wszystkich przygodach jakie przeżył świat jaki niegdyś znał wydał się niezwykle malutki. Widział największe miasto w rejonie wraz z siedzibą suwerena, kolonie karną, a nawet Wyspę Bogów, a przy niej bladło wszystko inne. Przekonał się, że świat nie ogranicza się do najbliższego odtoczenia, nawet granica pasm górskich nie są przeszkodą, ba że istnieją inne światy zawiadywanie przez bogów. Jakże ciasne były niegdyś jego horyzonty. Pytanie skryby zainteresowało wojownika. Wyprostował się i spojrzał na człowieka. Po za górskimi zboczami i podziemnymi ścieżkami istnieją również inne krainy o których niewiele wiedział berserker. Przedstawiciela jednej z nich właśnie miał przed sobą. Ethan w ciągu ich krótkiej i burzliwej znajomości poznał całą historię krasnoluda, za to Dalin wiedział tylko niewiele więcej o swoim towarzyszu niż na początku przygody. Może teraz dowie się więcej?
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2014-09-22, 22:27
Ethana nie napawał sympatią do tak zanieczyszczonej rzeki, może na jego terenach nie ma cudownie czystych rzek ale przynajmniej nie są rude. Na wieść o jego pochodzeniu tylko westchnął i odpowiedział:
- Z Civitas, to było typowe ludzkie miasto. Las po jednej stronie, pola po drugiej stronie, rzeka w pobliżu. Jednak podobało mi się to miasto, potem po prostu zrobiło się nudne dla mnie i je opuściłem. Moje dzieciństwo to poznawanie mojego miasta, może nie było jakieś szczególne ale było moim rodzinnym miastem. Chociaż zbyt bardzo się do swoich terenów nie przywiązuję, ludzie nie przywiązują się do terenów. Odnajdą nowe tereny to tam zamieszkają i odnajdą się lepiej niż rodowici mieszkańcy. Ważne jest szczęście więc jeśli jest na innych terenach to czemu by nie wyruszyć. A moje miejsce jest na trasie wraz z moim mieczem.
Ethan uśmiechnął się kończąc tą kwestię a następnie powrócił do wyczekiwania na upragniony koniec podróży.
- Rzeka w pobliżu... - uśmiechnął się starzec. - To, jak widzę, cecha wspólna każdej z naszych miejscowości! Rzeka w pobliżu, em... może u ciebie, Dalinie, w wiosce rzeki nie ma, no ale już tutaj, nieopodal przepływa, a że rzek wewnątrz gór nie jest wiele... Sam rozumiesz.
Spojrzał znów na Ethana.
- No tak, faktycznie, bo jesteś wszak najemnym mieczem... Jeśli mogę tego zwrotu użyć i nie będzie on ubliżał, rzecz jasna. Ach, ciekawe, ciekawe...
Widocznie rozmarzył się. Z uśmiechem wpatrywał się znów w jakiś punkt nad głowami towarzyszy podróży.
- Przygody, podróże, setka znanych karczmarzy, przyjaciół w wojaczce, wrogów do pokonania... Nie potrafiłbym sobie tego wyobrazić, żebym ja miał tak pójść nagle z plecakiem, bronią w poszukiwaniu lepszego jutra. No cóż, nie mnie to pisane, lecz chyba... chyba was rozumiem.
Na tym rozmowa zakończyła się. Jeśli Dalin miał nadzieję na dowiedzenie się czegoś więcej na temat człowieka, musiało go spotkać lekkie rozczarowanie. Ethan nie zwykł być wylewny w tych kwestiach, zostawiając je daleko za sobą.
Pół godziny później byli już na miejscu. No, prawie.
Jechali wąskim tunelem, typowym dla małych, biednych miejscowości, jakich tysiące w Górach Środka Świata. Rudzielec wiedział, że jeszcze kilka minut i pojawi się zakręt, za którym powinien już wyłaniać się Berg. I prawdopodobnie tylko on, z goszczących wewnątrz wozu, zdawał sobie z tego sprawę. Sigir siedział tak jak siedział, z przymkniętymi oczami, które pewnie oddałyby się snu, gdyby nie ciągłe podskoki na nierównych kamieniach. Może jedynie sam woźnica i konny, ale pierwszy pozostawał cichy, drugi zaś oddalony był o kilkadziesiąt metrów, prowadząc. Zbrojny, skoro prowadził, pewnikiem wiedział, dokąd zmierzać.
Tak czy inaczej, pozostało kilka minut do ponownego ujrzenia najbliższych, a jednocześnie najdalszych. Zimna kropla potu spłynęła wzdłuż kręgosłupa, a oczy już teraz, mimowolnie, odnajdywały dawne, charakterystyczne elementy otoczenia, oraz mieszkańców, którzy w tym miejscu zwykli nie bywać, ale nie dało się pozbyć tego uczucia panicznego stresu, wraz z pytaniami, jakie zostaną wypowiedziane w przeciągu chwili, gdy tylko ujrzą twarz egzula Dalina.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2014-09-22, 23:54
Ethan domyślał się że lada chwila powinni wreszcie dotrzeć na miejsce więc zaczął oglądać się czy wszystko jest na miejscu i jest gotowy do zejścia z wozu. Nie to żeby teraz zaczął się stroić czy zbytnio przejmować jak wygląda ale lepiej zrobić dobre pierwsze wrażenie. Chociaż pewnie główną "atrakcją" będzie jego towarzysz krasnolud a nie on. Chociaż kto wie, może człowiek tutaj spowoduje jakieś zainteresowanie. W końcu to nie było Gwynn żeby zbyt często widzieli przedstawicieli innych ras. A do tego był towarzyszem ich niedawnego banity. No nic, zobaczy jak to będzie na miejscu.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum