TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Ostatnie poselstwo - akt IV
Autor Wiadomość
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1881
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2026-05-13, 19:46   Ostatnie poselstwo - akt IV



Ostatnie poselstwo – akt IV
Kroniki Fodrina, Stefana i Taigi





4 dzień Arros, roku 380. Wieczór. Ruiny Starej Wieży.

Panowała cisza jak nigdy przedtem. Wszyscy, jak jeden mąż, wpatrywali się niemo i w skupieniu w jedną osobę, która to z kolei wpatrywała się w trzymany w dłoniach dokument, by sporadycznie zerknąć na tłum. Krasnolud ten stał na podwyższeniu, przez co widać go było z daleka. By widzieć i słyszeć go mógł każdy, kogo tyczyła czytana przez niego umowa.

- Podpunkt dziesiąty: Umowę sporządzono w dwóch językach, erxeńskim i kamiennym. W przypadku różnic przy wykładni zapisów umowy, pierwszeństwo ma wykładnia z języka erxeńskiego.

Jego długie, ciemnobrązowe włosy spływały dumnie po jego głowie w całej ich objętości, a głos miał malowniczy i trwały - aż do samego końca, pomimo długości oraz zawiłości czytanego przezeń dokumentu, spisanego przez najtęższe lokalne głowy. Dłonie ściskające umowę były wyciągnięte przed niego, niemal w sposób teatralny, i tak, że eksponowały przytłumiony karmazyn wystający mu spod płaszcza.

- I ostatni, podpunkt jedenasty: Nagłówki artykułów mają charakter porządkowy i nie wpływają na wykładnię zapisanych tam treści.

- Hmm… I dalej mamy pieczęcie i podpisy. Stefan Terter, Ziv „Strącający Lawiny” Zvissonn, Hilda „Wszechmatka” Darsdatter, a także Tamir „Kościana Koszula” Hillelssonn. No, to by było na tyle!

Krasnolud opuścił dłoń z dokumentem.

- Jutro o świcie widzimy się na zbiórce pod Grudicami. A póki co - wiwat! I napijmy się! Za kampanię!

Krasnolud zszedł z podestu i zniknął we wtórującym mu w wiwatach tłumie. W tłumie, który w tym momencie przerwał ciszę i bezruch, i zaczął znów huczeć i przemieszczać się niczym sam środek pszczelego ula.
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 36
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1465
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-06-07, 11:32   

Ostatnie Poselstwo

Akt IV

Wspomnienia Fodrina


4 Arros


Pod wieczór w krasnoludzkim obozie w Starej Wieży zapanowała euforia, po tym jak Eskill “Kobziarz” Zivsson odczytał treść umowy najmu zaciężnej kompanii zawartej z miastem Vodenistko. Zgromadzone dwergi dawały upust swojej radości głośno wiwatując i wznosząc toasty, a było co świętować - oficjalne potwierdzenie zbrojnej wyprawy. Pośród swoich rozradowanych ziomków kroczył skołowany Fodrin poszukując Hildy i jej “córeczek”. Opasły krasnolud działając w ramach miejskiej delegacji doprowadził do zawarcia umowy, a nawet został jej partycypantem ku własnemu zdziwieniu. Wojownikowi przyznano pod komendę oddział karny sformowany z niedobitków armii zdradzieckiego Evrona, a nawet ustanowiono zastępcą dowódcy politycznego na wypadek trwałej niedyspozycyjności Stefana Tertera. Nowo przyznane obowiązki mocno ciążyły dwergowi i przytłaczały. Parę dni temu rola zastępcy dowódcy delegacji dyplomatycznej wydawała mu się szczytem możliwości, a teraz miał dowodzić własnym oddziałem, mało tego mógł przejąć kierownictwo nad całą kompanią. Zwłaszcza ta ostatnia perspektywa napełniała go przerażeniem, przecież nie poradził sobie nawet z musztrą u Kościanych Koszul. Jak, na Brodę Ojca, ma pokierować całą kompanią! Co prawda poczynił już pewne postępy uważnie obserwując i słuchając Stefana, ale to wciąż było za mało. Czy sama determinacja wystarczy, by sprostać powierzonemu mu zadaniu? Odpowiedź mogli znać tylko bogowie...

Po odczytaniu treści umowy miejska delegacja przeprowadziła krótką naradę, jednak nie przyniosła oczekiwanych odpowiedzi i tylko zirytowała krasnoluda. Idąc przez obóz Fodrin wspominał tę krótką wymianę zdań. Świeżo upieczonemu dowódcy zależało przede wszystkim na dowiedzeniu się ilu dwergów dokładnie będzie miał pod swoją pieczą. W końcu bez przywódców pozostawało ponad trzydzieści bród. Na to pytanie ku rozczarowaniu wojownika jak na ironie wszystko wiedzący zwykle Stefan Terter nie potrafił udzielić odpowiedzi. Ta kwestia pozostawała nierozstrzygnięta do momentu zwołania narady wojennej, co miało nastąpić z rana. Ta niepewność drażniła niemiłosiernie krasnoluda... Następnie poruszyli kwestię Grudzic. Mimo ustaleń zawartych z Meyerem to Stefan nie zamierzał rezygnować z grodu. Inspektorowi zależało przede wszystkim jak sam twierdził na dobru ich przechwyconego jeńca Eryka, jednak bardziej od wzniosłych haseł młodzieniec był potrzebny do uwiarygodnienia fortelu z udawaniem Kovacevica. Człowieka nie interesowało, w jaki sposób dopnie swoich planów groźbą, prośbą, fortelem a nawet siłą. Tego już było za wiele. Fodrin sprzeciwił się planom użycia siły czy podpalenia grodu. To jawnie godziło w umowę zawartą z Szarymi Kapturami! Kolejny plan zakładał wystosowanie groźby pod adresem grodu. Ultimatum teoretycznie nie naruszało umowy zawartej z Meyerem, ale było zagraniem czysto pokerowym. Z oczywistych powodów nie mogli spełnić groźby, jeśli obrońcy się nie zlękną narażą się na śmieszność wobec całej kompani! Cóż Stefan nie miał takich wątpliwości... Ostatnim z pomysłów było podszycie się ponowne pod Kovacevica przez celnika i przekonanie obrońców, że Zoran Izaplaniński zginął na wojnie przez co jego sukcesorem zostaje jego brat Radko więziony w lochu. Fodrin był zniesmaczony słuchając jak grubymi nićmi szyta jest ta intryga. Czuł, że prawda szybko wyjdzie na jaw i kopnie ich w dupsko. Już sam fakt, że Eryk został schwytany i mógł wyjawić co wydarzyło się w Krairechen czy Slainbhaile czynił ten plan mocno ryzykowny. Terter zdawał się nawet nie myśleć ani o ryzyku ani o późniejszych konsekwencjach. Krasnolud rozumiał desperację człowieka, walczył w końcu o swój dom i gotów był na każde ryzyko. To wszystko zaczęło już przekraczać granice rozsądku. Poróżnili się wtedy o sposób prowadzenia wojny dla Fodrina toczona być powinna z honorem w starciach na otwartym polu, Stefan zaś uważał ją za grę podstępów i forteli. Ich wizje były diametralnie różne, nie sposób ich pogodzić. Koniec końców to Stefan dowodził i do niego należała ostateczna decyzja, choć w podążaniu za rozkazami wojownik widział wyraźną granicę w postaci honoru i interesów krasnoludów... Następnie temat zszedł na dokonanie rekonesansu w grodzie. Stefan chciał, by Tajga się na niego udała. Ryzyko było ogromne, sam Fodrin to podkreślił. Kobieta miała wątpliwości i obawiała się schwytania. Dowódca mocno na nią naciskał aż w końcu się zgodziła. Desperacja popychała ludzi to śmiałych i szalonych czynów. Wojownik pochwalił ogromną odwagę celniczki i jej gotowość do poświęceń, choć ona sama w swej skromności tego nie dostrzegała. Próbowali też ustalić co ma mówić, jak zostanie schwytana, czy udawać uchodźcę, a może dalej brankę Kovacevica albo po prostu przyznać się do członkostwa w delegacji. Potencjalnych opcji było wiele, decyzji nie ułatwiała plastyczna forma zamiarów Tertera. Fodrin pogubił się w tym i ostatecznie nie wiedział na czym stanęło... Większość spraw została omówiona i Stefan swoim zwyczajem zaczął mędrkować, tym razem o różnicy w wierze w Ateriona, a Forseptu. Dwerg ni w ząb nie rozumiał tych dziwacznych dywagacji. Tego dnia miał już po dziurki w nosie inspektora i jego pomysłów. Nie chcąc już dłużej słuchać tych bredni oddalił się pośpiesznie. Do zwiadu i tak się nie nadawał. Ufał też, że towarzysze mimo wszystko nie złamią słowa danego Meyerowi występując jawnie przeciw Grudicom. Potrzebował chwili oddechu i właśnie dla tego poszukiwał Hildy i jej uroczych “córeczek”.

W końcu Fodrinowi udało się odnaleźć ognisko, przy którym bawiły chyże krasnoludki. Ku rozczarowaniu mężczyzny Hilda już udała się na spoczynek i nie było sposobności porozmawiania z nią. Tak bardzo chciał poprosić ją o radę i pomoc w sprawie dwergów, których miał prowadzić do odkupienia grzechów. Liczył, że kobieta zwana “Wszechmatką”, która odchowała z pewnością sporą ilość krasnoludów, podpowie mu jak wskazać tym zbłądzonym właściwą drogę. Nie dane mu było dziś zmierzyć się ze strapieniami, za to zyskał miłe towarzystwo “córeczek”. Usiedli razem przy ognisku pijąc mocny bimber śmiejąc się i gawędząc. Pogawędka układała się o wiele lepiej niż ostatnio, nie czuł już takiego zażenowania. Sam nie wiedział co miało na to wpływ. Nabrał ogłady? Alkohol dodał animuszu? A może jako dowódca był lepszą partią do rozmów? Kto wie? A może wszystko po trochu... W każdym razie bawił się przednio zapominając o troskach. Usłyszał parę ciekawych plotek od dziewczyn. Ponoć Dimitrowa Vola jest oblężona przez oddział Bogdana Zamlińskiego zwanego “Zbożowym Księciem. Sam Zamliński ma reputacje tchórza i oportunisty, zasłaniając się oblężeniem odmówił marszu na Vodenistko. Ponoć nawet własną ziemię bronił rękami zakonu, gdy napadli ją krasnoludzcy łupieżcy. To bardzo ciekawe wieści. Wojownik podejrzewał, że mogłyby zainteresować ich dowódcę, zwłaszcza, że prawdopodobnie udają się w tamte strony. Kolejną bardziej wstrząsającą wieścią była dawna przyjaźń między Zivem “Strącającym Lawiny”, a Tamirem “Kościaną Koszulą”. Odegnaj te dwa dwergi różne jak ogień i woda, łączyła wielka zażyłość, której teraz próżno szukać pośród nienawidzących się klanów. Mawia się, że Ziv jest niezwykle honorowy, a Tamir to wiarołomca i oportunista. Pośród krasnoludów Halldor “Niezmordowany” podkomendny Tamira miał lepszą reputację od swojego mehra, bowiem mimo biedy nie ruszył na wezwanie wojenne. To się jednak zmieniło, gdy dołączył do kompanii. Nikt nie wierzy, że Halldor będzie chętnie współpracował z Lawinowcami. Warto uwzględnić animozje między klanami prowadząc kompanie, ta wiedza z pewnością się przyda. Kto wie co by jeszcze Fodrin od dziewoi usłyszał, gdyby nie zamieszanie w obozie. Strażnicy widzieli ognie nad Grudicami, zmęczony dwerg miał nadzieję, że to nie jest sprawka Stefana. Niechętnie musiał opuścić urocze towarzystwo i sprawdzić co się dzieje.

Próbując ustalić źródło zamieszania woj natrafił na dyskutujących ze sobą Meyera i Tertera. Zmęczony krasnolud dołączył do rozmowy, starając się wywiedzieć w sytuacji. Stefan zarzekał się, że nic nie wie o pożarze w Grudicach i jedynie wysłał Tajgę na zwiad. Fodrin nie miał powodu wątpić w słowa swojego dowódcy, który pozostał w obozie. Mehr był bardziej sceptyczny, jednakże wtrzymał się z osądem. Czekając na powrót czujek, rozmowa przeszła na temat organizacji kompani, której wciąż miała nieobsadzone wakaty w radzie wojennej. Stefan chciał docenić Halldora jako pierwszego z dwergów, którzy wybrali służbę miastu, poprzez proklamacje na jednego z dowódców. Człowiek zasugerował, by to właśnie jego zastępca wystosował na radzie ten postulat. Fodrin zgadzał się w tym osądzie, choć nie bardzo zrozumiał, dlaczego osobiście miał to zgłaszać. Masywny dwerg nigdy nie wyznawał się na polityce. Meyer dał jasno do zrozumienia, że wybór dowódców jest już wewnętrzną sprawą kompani i nie będzie się wypowiadał. Starszy krasnolud jednak wyjawił, że klany prowadziły już rozmowy w tej sprawie między sobą i zamierzają wskazać na dowódców Eskilla, Geldre i właśnie Halldora. W tej sytuacji dla Fodrina cała ta zabawa w politykowanie inspektora traciła sens, skoro wybór już zapadł. Tak naprawdę pozostał już jeden wakat i o nim będzie jutrzejsza narada. Korzystając z okazji woj podzielił się z dowódcą wieściami o jakich zasłyszał przy ognisku. Ku zaskoczeniu krasnoluda, człowiek zdawał się w ogóle nie zainteresowany sprawą oblężenia Dimitrowej Voli. Na Topór Wojownika obecność potencjalnej wrogiej armii i sojusznika w kłopocie powinna wpłynąć na plany wojenne! Stefan to wszystko z bagatelizował uznając za drobny lokalny spór! Fodrin był szczerze zdumiony taką niefrasobliwością. Stefan nie byłby sobą, gdyby stracił okazję do wygłoszenia wykładu o historii rodu Zamlińskich, którzy otrzymali tytuł za udział w wygnaniu krasnoludów z terenów nizinnych. Dwerg miał powód, by nie przepadać za tym rodem. Może za sprawą Ojca będą mieli okazję wymierzyć sprawiedliwość dziejową... Z kolei wieści o sporze “Lawinowców” i “Kościanych Koszul” żywo zainteresowały urzędnika magistratu. Dowódca polityczny natychmiast zrozumiał implikacje tego faktu na działanie kompani i wyjaśnił swojemu zastępcy, że należy zadbać o wewnętrzną równowagę między klanami, aby nie doszło do ekscesów. Stefan również na szybko zaplanował marszruty i obozy armii tak, by siły obu klanów oddzielały neutralne drużyny Hildy i Fodrina. Dla początkującego oficera to była bardzo pouczająca lekcja.

Dalszą wymianę zdań przerwał nagły powrót Hadara “Góry” prowadzącego Quina podtrzymującego ranną Tajgę. Kobieta miała przebite bełtem ramię. Coś musiało się ostro spierdolić na zwiadzie. Fodrin tyle razy ich ostrzegał. Nigdy nie słuchali! To się kiedyś źle skończy. Stefan szybko opatrzył podkomendną, a Hadar zaraportował, że przyuważył ich, gdy w grodzie wybuchł pożar. Bardzo źle to wyglądało w oczach “Szarych Kapturów”. Quinn z Tajgą zapewniali, że nie mają nic wspólnego z pożarem. Meyer wątpił, że mogło dojść do samoczynnego zaprószenia, ale nie naciskał mimo sprzeciwu Hadara. Sam woj nie podważał słów towarzyszy, przecież na Brodę Ojca nie skłamaliby mu prosto w twarz. Przeszli razem tak wiele, nie byliby do tego zdolni... Tajga po opatrzeniu jej ran wyznała, że próbowała zinfiltrować gród i została przyuważona. Podczas ucieczki została postrzelona. Naliczyła w sumie siedmiu zbrojnych podczas eskapady oraz dostrzegła obóz uchodźców. Niewiele to wnosiło do ich planów. Fodrin szczerze wątpił, by te informacje warte były ryzyka i narażenia na szwank relacji z “Szarymi Kapturami”. Tajga była mocno wstrząśnięta po całym zajściu. Kobieta szczerze wyznała, że nie jest biegłym zwiadowcą i polega na szczęściu. Dwergowi było żal towarzyszki, której desperacja pchnęła do szalonych i niebezpiecznych czynów. Czuł też irytację, na Stefana, który potrafił bezwzględnie wykorzystać desperacje podwładnej przekonując ją do tak niebezpiecznych zadań. Mimo wielu apeli jego kompani pozostawiali głusi na głos rozsądku. Terter swoim mądralińskim zwyczajem widząc, że ma sporą publikę dał wykład na temat zagrożeń pożarowych i zapobieganiu ich. Zarówno Meyer, Hadar i sam Fodrin mieli dość pierdolenia człowieka i udali się na spoczynek.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 36
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1465
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-06-07, 11:33   

5 Arros


O świcie przy Grudicach zgromadziła się cała świeżo powołana kompania krasnoludów, niemal dwieście bród najętych przez miasto. Widok robił wrażenie i z pewnością taki był zamysł Tertera organizując punkt zborny tuż przed nosem załogi grodu. Pokaz siły, której nie można użyć. Szalony czy genialny ruch czas miał pokazać. Miejska delegacja przygotowywała się do negocjacji z grodem, dzięki czemu Fodrin miał chwilę na realizację własnych zamysłów. Krasnolud udał się na spotkanie z Hildą. W końcu wojownikowi udało się zastać kobietę, jednak rozmowa nie poszła po jego myśli. “Wszechmatka” była niechętna do pomocy we wskazaniu drogi pokutującym dwergom i sama nie wiedziała, jak tego dokonać. Podejrzewała, że muszą się wykazać w walce przed obliczem Wojownika i poradziła Fodrinowi, by zapytał piastuna o radę. Mężczyzna liczył na bardziej doraźną pomoc. Wierzył, że Hilda może go wspomóc w procesie resocjalizacji. Jednak pozostał sam z problemem, może faktycznie Eskill będzie też mógł coś doradzić? Negatywna reakcja krasnoludki uświadomiła Fodrinowi jak ciężkie brzemię spoczęło na jego barkach. Nim się rozstali pomówili też o swoich oddziałach, okazało się, że Hilda również była niepewna czy nie przydzielą do jej “córeczek” dodatkowych bród. Wszyscy z niecierpliwością oczekiwali narady wojennej, jednak najpierw czekały ich negocjacje z grodem. Pogrążony w myślach dwerg dołączył do korpusu dyplomatycznego Stefana.

Sama misja dyplomatyczna była dla Fodrina wydarzeniem niezwykle surrealistycznym. Po pierwsze Stefan zawiesił na drewnianym drągu swoje białe płócienne gacie symulując tym samym białą flagę. To powszechnie rozpoznawalny symbol, ale wykonany z gaci wydawał się niezwykle groteskowy i śmieszny. Tyle dobrze, że nie były obsrane... Po drugie inspektor przybrał na siebie za dużą zbroję po Kovaceviczu i zakrył twarz szczelnie pod hełmem. W połączeniem z ich proporcem wyglądało to jak parodia rycerza pokazywana w dni jarmarku ku uciesze gawędzi. Stefan Terter herbu białe gacie, toż to przedni żart, który wydarzył się w rzeczywistości... Tym razem delegacja została wysłuchana. Krasnoludowi ciężko było stwierdzić czy to przez stanowczy ton człowieka, czy przez obozującą niedaleko kompanię. Rozmowę z nimi podjął jednooki mężczyzna znany jako Vangel. Celnik bardzo wczuł się w rolę pokonanego szlachcica, zniżył głos zręcznie go naśladując. Fodrin stał obok wściekły i zirytowany, na ten parszywy fortel. Nie mógł z tym nic zrobić, jego dowódca dokonał wyboru. Te oszustwa kiedyś wyjdą na jaw... Krasnolud słuchał z niesmakiem jak Stefan, ogłasza, że Górski Gałgan nie żyje, a nowym panem na włościach zgodnie z dziedziczeniem zostaje Radko. Vangel oświadczył, że Radko został uwięziony za próbę rokoszu przeciwko bratu. Jednooki ustąpił pod groźbą użycia siły i wydał im więźnia. Za bramy wyszedł chudy blady mężczyzna, który lekko utykał. Tak oto odnieśli pierwszy sukces brudnym fortelem...

Stefan prędko wziął Radko na konsultacje na boku. Nie uszło uwadze krasnoluda, że teraz już się nie silił na udawanie Kovacevica i przedstawił się należycie. Całe to mataczenie kiedyś bardzo źle się skończy. Sam szlachcic był bardzo wdzięczny za uwolnienie i deklarował wierność Vodenistku oraz oskarżył brata o zdradę poprzez zmianę stron w wojnie domowej, a co do rokoszu zarzekał się, że nie miał z nim nic wspólnego. Zrzucił całą odpowiedzialność na trzech prowodyrów, dwóch mieszańców i jednego elfa - Stiepana, Igora i Scath. Co ciekawe ich opis pasował do Anhelma, Konkordiusza i Cela. Dziwny zbieg okoliczności, gdziekolwiek ta trójka się pojawiła, działy się rzeczy niewyobrażalne. Według słów Radka mieli upić Slobodana, a następnie wrzucić do wychodka, tak, że nieszczęśnik złamał sobie kark. Zatrważające, że nie był to wypadek. Fodrina obruszył opis tak niehonorowego zabójstwa. Mając jednak na uwadze, że pośród Szarych Kapturów ta trójka była uważana była za bohaterów, podejrzewał, że Erxeńczycy wyolbrzymiają. Jednak wątpliwości zostały zasiane w umyśle krasnoluda. Nie miał jednak czasu, by to rozsądzać. Szlachcic domagał się uwolnienia reszty rodziny i ukarania zdrajców, którzy wtrącili go do lochu poprzez niewolę czy też stryczek.

Po wysłuchaniu byłego więźnia Stefan powrócił do swojej roli i wystosował ultimatum w stronę załogi grodu, mieli do wyboru wydać żonę i dzieci Radka lub podjąć służbę na rzecz miasta w zamian za amnestię lub zginąć podczas zdobywania grodu. Na potwierdzenie tych słów celnik przekazał Radko miecz, którym ten groźnie zaczął wywijać. Vangel zniknął gdzieś za palisadą. Na moment zapadła cisza, wszyscy czekali na odpowiedź. Tajga korzystając z okazji przybliżyła Radko wydarzenia z puczu Evrona i roli jaką w jego pacyfikacji odegrały “Szare Kaptury”. Szlachcic bezczelnie stwierdził, że wszystkie krasnoludy są takie same. Fodrin nie wytrzymał słuchając takich kalumnii, zwłaszcza jak dopomógł w jego uwolnieniu. Wściekły dwerg zrugał bezczelnego człowieka i tak jak podejrzewał ten się momentalnie zamknął. Ludzie jak zawsze mocni w gębie, ale jak przyjdzie co do czego to nabierają wody w usta. Dla wojownika Radko był tchórzliwym paniczykiem, który głośno piał, a mało działał. W końcu Vangel powrócił, poddał gród i oddał się na służbę Stefanowi. Na brodę Ojca ten cwany człowiek dokonał tego, tylko czy było to warte splamienia swojego honoru kłamstwem?

Po otwarciu bram grodu Fodrin z Ivo zostali wysłani do Starej Wieży poinformować mehra “Szarych Kapturów” o zaistniałej sytuacji, a pozostali członkowie delegacji prowadzili dalsze rozmowy z Radko. Meyer był w niemałym szoku, że delegacji udało się bezkrwawo doprowadzić do otwarcia wierzei grodu. Szkoda tylko, że kosztem tak wierutnego kłamstwa... Stary krasnolud wprost przyznał, że przywódca delegacji niemożebnie go irytuje. Cóż Terter miał niezwykły dar do wyprowadzania z równowagi wszystkich dookoła czy to przemądrzałymi czy też kąśliwymi komentarzami. Korzystając z okazji “Niezłomny” wypytał wojownika o sprawę pożaru. Same okoliczności zdarzenia wydawały się wiarusowi bardzo dziwne, ale wierzył w zapewnienia towarzyszy, że nie przyczynili się do tego. Po wszystkim co razem przeżyli, nie wierzył, że kompani mogliby okłamać prosto w twarz. Fodrin ufny w swoich towarzyszy potwierdził ich słowa. Krasnoludy po krótkiej wymianie zdań pośpieszyli natychmiast do Grudic. Meyer natychmiast podjął rozmowy z Radko, co finalnie doprowadziło do odnowienia przymierza między “Szarymi Kapturami”, a rodem Izaplaninskich. Stefan zaś oznajmił Fodrinowi, że Eryk został wykupiony z niewoli przez swoją rodzinę za sześćdziesiąt denarów. Krasnolud wpatrywał się z rozdziawioną gębą w dowódcę niedowierzając w to co usłyszał. Wszystkie te knowania i intrygi miały posłużyć odzyskaniu młodzieńca, który dalej miał uwiarygadniać przykrywkę postaci Kovacevica. To była cała istota tego planu, a teraz ich branek został po prostu wykupiony. Ot tak! Ręce opadły dwergowi, powoli zaczynało mu brakować sił na to wszystko. “Ojcze czy ty to widzisz!?” - miał ochotę zakrzyknąć. To nie był koniec rewelacji. Terter przekazał mu pod pieczę czterech ludzi z Grudzic – Vangela, Luca, Velimira i Krunoslava. Jeden z nich był ciężkozbrojnym piechurem. Stary wiarus nie dokończa był zadowolony, że ma dowodzić jeszcze ludźmi, zwłaszcza, że ich lojalność może się zachwiać, gdy prawda o Zoranie wyjdzie na jaw. Krasnolud nie miał zbyt dużo czasu na przyjęcie tych rewelacji, bo zaraz miała odbyć się długo oczekiwana pierwsza rada wojenna.

W końcu zebrała się po raz pierwszy rada wojenna krasnoludzkiej kompanii. W jednym miejscu zebrali się najważniejsi dwergowie z armii, by radzić o przebiegu kampanii, a pośród nich był Fodrin. Wiarusa rozpierała duma połączona z wątpliwościami czy sprosta tak wymagającemu zadaniu. Stefan jak zawsze wszystkich zaskoczył przedstawiając członka Zakonu Wiecznej Walki Celacha, który miał dołączyć do wyprawy jako obserwator. Wywołało to spore kontrowersje, jako że zbrojny zakon znany był z niechęci do krasnoludów i powiązany był z wieloma pogromami. Pośród zebranych zawrzało. Celach opowiedział też o swoim zadaniu poszukiwał morderców i wichrzycieli – Anhelma, Pawła i Eleasa. Ich opis pasował do trójki, która sprawiała problemy w Grudicach i pomagała zwalczyć bunt Evrona w Skraningen. Wojownik był przytłoczony natłokiem informacji i już sam nie wiedział co myśleć o tej tajemniczej trójce. Z opowieści zakonnika wyłaniał się obraz szpiegów i banitów, ale dla “Szarych Kapturów” byli bohaterami. Pewne było jedno wokół tej trójki zawsze coś się działo, gdziekolwiek się nie pojawili. Oskarżenia pod adresem przybranego syna mocno się odbiły na Hildzie. Zarządzono przerwę w obradach, by krasnoludka pomówiła z zakonnikiem w cztery oczy.

Po opadnięciu emocji związanych z wystąpieniem Celacha wznowiono obrady. Rada przeszła do najważniejszego punktu, czyli wyborów dowódców. Stefan czynił aluzje, by Fodrin zabrał głos i zaproponował kandydaturę Halldora. Dwerg jednak milczał. Wiedząc, że klany i tak to ugadały się do wyborów, to nie zamierzał bawić się w politykowanie. Tego rodzaju gierki nikomu nie służyły, dla wojownika były jak wtykania kija w mrowisko. Jeśli Stefan chciał w tym mieszać niech sam to zrobi. Ostatecznie zgodnie z przewidywaniami Tamir i Ziv zaproponowali Halldora, Geldrę i Eskilla na nowych oficerów. Wniosek przeszedł jednomyślnie. Nie było niespodzianek. Większe emocje wywołało obsadzenie ostatniego stanowiska. Fodrin zabrał wtedy głos i zasugerował, by dwa największe klany z kompanii winny być po równo reprezentowane wśród oficerów. “Kościane Koszule” głośno zaprotestowały powołując się na to, że są dwukrotnie liczniejsi od “Lawinowców” im bardziej przeto należy się to stanowisko. To nie mogło być proste. Wtedy Tamir zaproponował Torba “Dwa Tobory” Tolakssona. Torb był nieokrzesanym dwergiem odzianym w futra i z brodą w nieładzie wywodzącym się z górali, nie wyznawał się na strategii, ale potrafił porwać za sobą tłumy. Ziv zaś przedstawił Ygwarra “Jedynaka” Egillssowna. Ygwarr prezentował się zgoła odmiennie od swojego rywala. Dwerg miał zadbaną ciemnoblond brodę i pełen rynsztunek bojowy, znał się na podstawach dowodzenia, ale nie był zbyt porywający. Na Fodrinie Ygwarr wywarł lepsze wrażenie i potencjalny materiał na dowódcę. Nim doszło do głosowania nieoczekiwanie zabrał głos Kiell “Negocjator” Svejsson z grupy krasnoludów miejskich. Kiell osobiście zgłosił swoją kandydaturę na oficera. Był dwergiem o nienagannych manierach i doskonale wyekwipowanym, a co najważniejsze znał się dobrze na strategii i miał posłuch wśród swoich. Idealny kandydat. Fodrin zawsze wierzył, że przy obsadzaniu ważnych stanowisk powinny decydować umiejętności i doświadczenia, dlatego zdecydował oddać głos na Kiella. Pierwsze głosowanie nie przyniosło rezultatu. Jak można było się spodziewać “Kościane Koszule oddały trzy głosy na Torba, a “Lawinowcy” dwa na Ygwarra, Hilda poparła Ygwarra, a Stefan zagłosował podobnie jak Fodrin na Kiella. Niestety z dwoma głosami kandydatura Kiella została odrzucona. W drugim głosowaniu decydujące były głosy członków delegacji Fodrin poparł Ygwarra, a Stefan Torba. Był remis cztery do czterech, jednak głos dowódcy politycznego miał większą wagę i Torb zwyciężył. Wśród “Kościanych Koszul” zapanowała euforia, zaś “Lawinowcy” z goryczą przyjęli porażkę. Stary wiarus nie pojmował co stało za decyzją Tertera. Czemu uczony człowiek wybrał na dowódcę tak nieokrzesanego i dzikiego dwerga jak Torb. Czy chodziło tu o całą tę politykę? Fodrin kompletnie się na niej nie wyznawał...

Następnie rada wojenna przeszła do spraw organizacyjnych. Ostatecznie ustalono skład oddziałów. Fodrin otrzymał pod swoją komendę dziewiątkę zdrajców z “Szarych Kapturów” dodatkowo dokooptowano Ivo oraz czwórkę ludzi z Grudic. Co dawało razem czternastu zbrojnych w tym siedmiu ciężkich piechurów - spora gromada. Ojciec i Wojownik postawili przed starym wojakiem spore wyzwanie. Mieszany oddział o charakterze karnym może być trudny do opanowania, ale nie zniechęcało to świeżo upieczonego dowódcy. Wierzył, że determinacja i dyscyplina pomoże wypełnić to wymagające zadanie. Hilda poza swoimi pięcioma córkami otrzymała pod komendę dziewięć bród z Gwynn i dziewięć z Vodenistka. Ziv miał mieć pod sobą dwudziestu dziewięciu dwergów, Eskill szesnastu, Tamir trzydziestu w tym piątkę po poległym Kjellu “Wędrowcy”, Halldor dwudziestu ośmiu, Geldra dwudziestu dziewięciu, a Torb dziesięciu kuszników po Ido “Gargulcu”. Stefan wraz z Tajgą i Quinnem mieli pełnić funkcję łączników między pozostałymi grupami. Dowódca polityczny ogłosił marsz na Karlowy Most, nałożył obowiązek wart na każdą drużynę i wyznaczył porządek marszruty oraz obozowisk. Terter zapowiedział również aprowizację w okolicznych wioskach, która miała polegać na przejęciu dziewięciu dziesiątych zapasów. Celnik przestrzegł, by nie dopuszczać do aktów grabieży i rozbojów podczas aprowizacji. Halldor się temu głośno sprzeciwił, postulując, że skoro kiedyś ich zmuszono do głodowania to teraz należy erxeńczykom zgotować ten sam los. Na tej ponurej deklaracji narada się zakończyła.

Po naradzie Fodrin stanął przed trudnym zadaniem. Dwerg musiał po raz pierwszy przemówić do powierzonego mu oddziału. W swoim życiu stawał naprzeciw wielu wrogów, ale nic nie napełniało jego serca większą obawą niż ta chwila. Narzucone mu na barki zadanie bardzo mu ciążyło i lękał się czy zdoła mu podołać. Podkomendni obserwowali każdy jego ruch, wyczekując co powie. Przełknął gulę w gardle i w końcu się przemógł. W swojej przemowie potępił zbrodnie, jakich się dopuścili idąc za Evronem oraz przekazał im wyrok Meyera skazujący ich na banicję. Następnie dodał, że zyskali szansę na odpokutowanie swoich win w oczach Ojca poprzez ofiarne podążanie drogą Wojownika, bowiem tylko przez przelaną krew mogą zmazać swoją hańbę. Na koniec dodał, że jeśli przysłużą się miastu, to po wojnie miasto im się może odwdzięczyć zapewniając nowy dom. Na potwierdzenie swoich słów opisał swój przypadek. Nie wyczuł u dwergów większego entuzjazmu, ale przyjęli jego słowa jako dobrą monetę. To był jakiś początek. Fodrin wierzył, że może dopomóc swoim ziomkom odzyskać honor. Na koniec przedstawił ludzką część oddziału, po czym wydał rozkaz wymarszu. Ku zadowoleniu świeżo powołanego dowódcy jego drużyna sprawnie zwinęła obozowisko i zdyscyplinowanie ustawiła się w pochodzie marszowym.

Kompania wyruszyła. Maszerowali długo niemal do zachodu słońca od Grudzic kierując się północny wschód w stronę Karlowego Mostu. Pochód prawie dwóchsetek dwergów był bardzo rozciągnięty. Za radą Stefana Fodrin przydzielił dwójkę ze swoich ludzi do tylnej straży. Zbrojni z Grudic potrafili jeździć konno, a to można było dużo lepiej spożytkować. Zwłaszcza, że krasnoludy są świetnymi piechurami, ale próżno szukać wśród nich tradycji kawaleryjskich. Podczas marszruty opasły krasnolud miał okazję porozmawiać z Tajgą. Kobietą najwyraźniej mocno wstrząsnęły słowa zakonnika, bo zaczęła wypytywać o Anhelma. Cóż celniczka zawsze była mocno religijna i ściśle wypełniała przykazania ichniego bożka. Dobrze, że zagadał wiarusa, gdyż jej kamienny nie był jeszcze w pełni wyuczony, bo omyłkowo wzięła zmarłego za partnera Hildy, a nie przybranego syna. Fodrin natychmiast wyprowadził przepatrywaczkę z błędu, nie chciał dokładać nieszczęsnej “Wszechmatcę” dodatkowej zgryzoty wynikającej z pomyłki. O samym Anhelmie, który wzbudzał tak wiele kontrowersji niewiele mógł powiedzieć, poza tym co zasłyszał. Przypomniał o roli mężczyzny w rozbiciu bandy Siwogębego i jego zaangażowaniu w powstrzymanie puczu Evrona. Finalnie pokierował Tajgę do Ivo, który znał mieszańca z rodzinnych stron. Może to jakoś pomoże celniczce uporządkować myśli. Sam miał przecież problem w ocenie postaci Anhelma...

Pod wieczór zwiadowcy donieśli, że za niedługo dotrą do wioski Duban. Osada wedle osądu Stefana miała być lennem rodu Variellów stojących po stronie Zlatnosurtskich, którzy władają tym rejonem z Sumkiej Doliny. Dowódca polityczny zarządził aprowizację na lennie wroga, nakazał otoczyć wioskę i z każdego oddziału wyznaczyć po pięć bród do poszukiwania oraz zabezpieczenia zapasów. Fodrin natychmiast wydał swoim odpowiednie rozkazy. Ku jego zadowoleniu podległe mu dwergi wykonały polecenie jak się należy. Obawiał się, że byli zwolennicy Evrona wykażą się wielką krwiożerczością. Ku uldze grubego krasnoluda nic takiego się nie stało. Zgodnie z planem połowa kompanii sprawnie otoczyła wioskę, a małe grupy rozpoczęły konfiskatę zapasów. Co bardziej krewkich chłopów należało przegonić, a poza tym nie było większych problemów. Do czasu, gdy nadeszła tylna część kompani złożona z oddziałów “Kościanych Koszul”. Przeklęci górale całkowicie zignorowali rozkazy i pełną siłą wtargnęli do wioski nurzając się w rozbojach. Podwładni Tamira mordowali kogo popadnie, gwałcili schwytane baby i rozkradali co tylko się dało. Fodrin patrzył na to wszystko niedowierzając. Gdzie był w tym honor? Nie tak przecież wygląda Ścieżka Wojownika! Nie różniło się to od tego co uczynił Kovacevic w Krairechen! Mimo chaosu jaki zapanował woj nie zamierzał przykładać ręki do tej bezsensownej rzezi. Powstrzymywał swoje dwergi od brutalności i nakazał przepuścić uciekających chłopów. Przyszli po zapasy i zamierzał się tego trzymać. Mimo wątpliwości co do moralności zdrajców z “Szarych Kapturów” zachowali wysoką karność i dyscyplinę. Zadowoleniem stwierdził, że zdołali przejść pierwszą próbę na Ścieżce Wojownika. Ich topory nie zostały zbrukane krwią słabych. Stefan był w szoku widząc co zrobiła połowa podległej mu kompanii. Człowiek zbladł i po raz pierwszy w czasie delegacji zamilkł, będąc świadkiem okropieństw wojny na własne oczy. Inspektor założył na głowę przy duży hełm Kovacevica i snuł się bez celu po wiosce, prawdopodobnie dotarło do niego, że górali już nie da się zatrzymać, gdy poczuli krew. Chaos zatriumfował! Przerażona Tajga próbowała wpłynąć na dowódców “Kościanych Koszul”, jednak Ci pozostawali głusi na głos rozsądku czerpiąc satysfakcje z przelanej krwi. Ostatecznie powróciła do Stefana i wdała się z nim w awanturę. Pewne rzeczy się nie zmieniają! Fodrin był zbyt zajęty, by wyjść z resztką honoru swojego jaki i podległych dwergów, by przejmować się waśniami towarzyszy. Czasami jego spojrzenie błądziło w ich stronę. Kobieta w końcu szarpiąc się z dowódcą, zerwała mu hełm z głowy, krzycząc przy tym - “Parz, do czego doprowadziłeś!!!”. Sądząc po blado-zielonym obliczu Tertera, doskonale wiedział za co był odpowiedzialny. Stres, wstrząsy i krwawe widoki doprowadziły do tego, że inspektor nie wytrzymał i zwymiotował wprost na zaskoczoną Tajgę. Pomimo powierzonego im zadania wciąż pozostawiali zwykłymi śmiertelnikami... Nim zaszło słońce wioska była doszczętnie złupiona, a ziemia chciwie spijała krew chłopów. Stefan Terter chcąc chyba zatuszować własne wyrzuty sumienia nakazał pozostawić w wiosce jedną dziesiątą zdobytych zapasów, jakby faktycznie doszło do aprowizacji, a nie rzezi.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 36
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1465
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-06-07, 11:35   

6 Arros


Krasnoludzka kompania obozowała w złupionej wiosce. Stefan zarządził z rana radę wojenną, by omówić wczorajsze zajście. Nim jednak wszystkie dwergi się zebrały na posiedzenie to Fodrin korzystając z okazji zagadnął Eskilla odnośnie do karnego oddziału. Piastun z zadowoleniem przyjął zaangażowanie i gotowość świeżo upieczonego dowódcy do wskazania drogi Wojownika błądzącym podkomendnym. Uczony krasnolud wyjaśnił, że za swą zdradę banici muszą wykazać się na nowo lojalnością i odwagą w oczach Wojownika, a przez niego otrzymają wybaczenie u samego Ojca. Przeto rolą dowódcy jest przydzielanie im najtrudniejszych i najbardziej wymagających zadań, by mogli się wykazać przed obliczem bogów. Stary wiarus uważnie słuchał rad i zapamiętywał, by móc je wprowadzić w życie. Fodrin z wielką powagą podchodził do powierzonego mu zadania. Poruszyli następnie temat zachowania “Kościanych Koszul”. Eskill ubolewał mocno, że piastun górali był zbyt wiekowy, by iść na wyprawę wojenną, a także nie miał ucznia, który mógłby go zastąpić. Przeto klan z Landsbyen pozbawiony był duchowego przywództwa oddalał się od Ojca i zachowywał się bardziej jak zwierzęta niżli dwergowie. Ku zaniepokojeniu Fodrina nic nie wskazywało na to, że “Kościane Koszule” będą chciały słuchać rad piastuna ze waśnionego klanu. Szansą na dotarcie do nich będzie wystąpienie dowódcy politycznego...

Zwołano kolejną radę wojenną. Tak jak zapowiedział Stefan zrobił długi wykład na temat różnicy między aprowizacją, a łupieniem. Fodrin zachodził w głowę, czy to akademickie mędrkowanie dojdzie do krewkich dwergów. Na szczęście ze swoim poparciem przyszedł Eskill, który autorytetem piastuna potwierdził, że przelewanie krwi słabych nie przynosi chwały. “Kościane Koszule” głośno oponowały, powołując się na spisany traktat domagali się obiecanych łupów i wykrzykiwali hasła o wymierzaniu sprawiedliwości za dawną krzywdę. Nawet milczący zwykle Fodrin, teraz się wypowiedział, że rzeź, jaka miała miejsce nie przynosi honoru i nie tak wygląda Ścieżka Wojownika. Na radzie wrzało, ale mimo silnych emocji nie doszło do żadnych konkluzji...

Niespodziewanie na radę wtargnęli strażnicy prowadząc ze sobą elfa. Przybysz przedstawił się jako Aragal i chciał pomówić z dowódcą po tym jak zorientował się, że kompania jest po stronie Vodenistka. Przybył z oblężonych Mocvar po drugiej stronie rzeki. Obrońcy obserwowali od dłuższego czasu poczynania kompani i po wczorajszym złupieniu Dubanu postanowili nawiązać kontakt. Elf w imieniu swojego pana Jabłucznego poprosił o pomoc oblężonemu zamkowi ze względu na zły stan zdrowia możnowładcy i kurczące się zapasy. Aragal obawiał się, że już zbyt długo nie wytrzymają. Wróg miał znaczne mniejsze siły, dysponował od czterdziestu do pięćdziesięciu zbrojnych pod wodzą Variella. Problemem była jednak rzeka, którą ciężko było się przeprawić całej kompani, gdyż dysponowali niewielką ilością łodzi. Elf wspomniał również, że wraże oddziały były już wcześniej nękane przez krasnoludzkie podjazdy. Rada natychmiast pojęła, że były to niedobitki armii Evrona, które zbiegły w dół rzeki. Cóż za przypadek... Po wysłuchaniu posła Stefan zarządził głosowanie nad jego sprawą. Fodrin mimo oczywistych problemów z logistyką głosował za interwencją. Stary wiarus rozumował, że maja szansę pomóc sojusznikowi i przy okazji pozbyć się ewentualnych posiłków jakie mogłyby ruszyć z odsieczą na Karlowy Most. Istniała też szansa na dorwanie Evrona, co z punktu widzenia oddziału karnego było priorytetem. Eskill poparł wiarusa choć nie dostrzegał strategicznego sensu w karkołomnej przeprawie to honor nakazywał poszukiwać sił zdrajcy. Hilda wtrzymała się od głosowania, a pozostali dowódcy dobitnie sprzeciwili się interwencji. Po podliczeniu głosów rada odmówiła udzielenia natychmiastowej pomocy Mocvarą. Aragal próbował w desperacji dalej błagać o pomoc. Wtedy w ocenie Fodrina dowódca polityczny wykonał bardzo dziwny gest. Nakazał przynieść kurę i ofiarował ją posłowi z obietnicą udzielenia wsparcia za dziesięć dni, jeśli zdołają odbić Karlowy Most. Elf jak można było się spodziewać potraktował to jako potwarz i drwinę. W gniewie mężczyzna rzucił się na zaskoczonego Tertera. Woj nie mógł na to pozwolić. Zareagował instynktownie, niespodziewanie szybko jak na krasnoluda tej masy osłonił swoim ciałem dowódcę politycznego i wyprowadził miażdżącą kontrę. Pancerna pięść wojownika złamała nos Aragala i momentalnie pozbawiła przytomności. Tak oto zakończyła się druga narada wojenna, a będący w szoku po całym zajściu Stefan zarządził wymarsz...

Krasnoludzka kompania ruszyła w dalszą drogę pozostawiając za sobą złupiony Duban i nieprzytomnego posła ze złamanym nosem. Do południa osiągnęli kolejną wioskę Reith. Quin i Tajga ruszyli na zwiad. Po powrocie donieśli, że wioska jest opustoszała i większość zapasów i cennych rzeczy została wywieziona. Stary wiarus podejrzewał, że uchodźcy rozpuścili już wieści co się stało w Dubanu, a wszystkie rozsądne chłopy w okolicy już zaczęły zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Ciężko się temu dziwić, po krwawych zabawach “Kościanych Koszul”. Maszerowali dalej. Gdy słońce chyliło się ku upadkowi, Fodrin wytężając wzrok dostrzec jak chłopi w popłochu przeprawiali się przez rzekę. Podejrzenia starego wiarusa okazały się jak najbardziej słuszne. Zwiadowcy donieśli, że najbliższa wioska Linderman też jest opustoszała, a dalej na południe znajdowała się większa osada Kosary, w której dostrzeżono ślady bytowania. Stefan zarządził postój w Linderman, a sam zdecydował wziąć udział wyprawie zwiadowczej wraz Quinem i Tajgą w stronę Karlowego Mostu. To było ryzykowne posyłać tam niewielką grupę konnych, ale nie mieli innego wyboru w przeciwnym razie byliby ślepi. Fodrin znów ze względu na swoją wielką tuszę musiał zostać z tyłu. Dwerg, by odgonić zmartwienie od towarzyszy skupił się na musztrowaniu swoich podkomendnych. Parę świec wspólnych ćwiczeń fizycznych i zgrywania formacji budowało między nimi więzi oraz dyscyplinę. Wiarus cieszył się z rezultatów. Przeprowadził tym razem musztrę bez niczyjej pomocy, a także zyskał respekt podkomendnych. Wysiłki jakie włożył w rozwój umiejętności dowódczych przynosiły teraz owoce. Czas mijał, grupa zwiadowcza wciąż nie wracała. Coraz większy niepokój kład się na sercu krasnoluda. Strach nie był związany tylko z dobrem towarzyszy, gdyby Stefanowi się coś stało to musiałby przejąć rolę dowódcy politycznego. To było zatrważające...

Późnym wieczorem konni powrócili. Fodrin sądził, że może odetchnąć z ulgą, ale coś było nie tak. Gdy krasnolud bliżej przyjrzał się grupie zwiadowczej zorientował się, że nie było wśród nich Tajgi zamiast tego ciągnęli ze sobą jeńca. Sam Stefan i Quin byli mocno pobijani i poszarpani. Stało się coś niedobrego! Zaniepokojony woj zaczął dopytywać o kobietę, a blady celnik w odpowiedzi zapytał czy już wróciła. Fodrin przeczuwając najgorsze pokręcił tylko przecząco głową. Wstrząśnięty człowiek zamilkł na chwilę. Dwerg jeszcze nie widział dowódcy w tak złym stanie psychicznym nawet po pacyfikacji Sivo Brdo czy wczorajszych ekscesach “Kościanych Koszul”. W końcu Terter zaczął nieskładnie opowiadać co się wydarzyło. Podczas zwiadu natknęli się na liczniejszą grupę wrogich jeźdźców. Próbowali im zbiec, ale adwersarze nieustępliwie ich ścigali. W przypływie odwagi Tajga się od nich oddzieliła kierując się w stronę Karlowego Mostu i zmuszając pościg do podziału swoich sił. Skąd kobieta brała w sobie tyle odwagi i śmiałości? Jej poświęcenie budziło podziw. Stefan przypuszczał, że skoro nie wróciła to dostała się do niewoli. Mężczyzna jak mantrę powtarzał, że tak tego nie zostawi i odbije towarzyszkę. Po raz pierwszy w czasie wyprawy Terter żałował swoich decyzji. Dwerg zacisnął pięści ze złości i bezsilności. Zawiódł miał chronić delegację, ale przez swoją zwalistą tuszę mógł tylko pilnować tyłów, gdy towarzysze tak się narażali. Poparł dowódcę, że nie zostawiają kompanki w potrzebie i razem ją odbiją. Człowiek powrócił do opowieści, jak wraz z Quinem uciekali w stronę rzeki. Jednak podczas przeprawy wróg ich dogonił nawiązała się brutalna walka. W desperacji powalili kilku z nich, a jednego wzięli do niewoli. Wstrząśnięty Stefan powtarzał niezbyt składnie, że tego nie zrobił. Chwilę Fodrinowi zajęło zrozumienie, że to był pierwszy raz, gdy celnik kogoś zabił. To mocno odbiło się na człowieku. Tego wieczoru Stefan Terter stał się mężczyzną. Uczynił krok na drodze Wojownika, która nie była mu pisana... Wiarus wsparł towarzyszy swoją obecnością i widząc ich nadszarpnięte nerwy odesłał na spoczynek. Wziął na swój karb ciężar dowodzenia. Nakazał podwoić straże w obozie i zachować czujność. Więźnia zamknął pod strażą w jednej z opuszczonych chat, rano zostanie przesłuchany. Tyle chociaż mógł zrobić...

Fodrin był zbyt przejęty, by udać się na spoczynek. Obawa o los towarzyszki i poczucie niespełnienia obowiązku mocno mąciły umysł, dlatego wziął pierwszą wartę. Masywny dwerg kręcił się na obrzeżach obozu wypatrując Tajgi w złudnej nadziei. Niewielka jego cząstka liczyła, że i tym razem kobiecie się poszczęści i powróci do nich. Z każdą minioną świecą nadzieja podupadała. Siląc, ile tylko mógł, swój wzrok, dostrzegł w końcu na horyzoncie jeźdźca. Serce dwerga zabiło mocniej. Czyżby naprawdę Tajdze się udało?! Płonna nadzieja uleciała równie szybko jak się pojawiła, gdy jeździec spiął konia i zawrócił w ciemność. Stary wiarus zrozumiał, że to był wrogi zwiadowca. Pognał, ile miał sił do swoich konnych, zbudzając ich na nogi. Nie mitrężąc czasu nakazał im ścigać szpiega. Pojął też, że ludzie nie poradzą sobie w nocy, dlatego wybudził zmęczonego Quinna do pomocy. Oczy półelfa lepiej wprawione były do ciemności. Czekał w napięciu aż wrócą. W końcu powrócili. Sami... Za wolno zareagowali. Zwiadowca zbiegł w stronę Dimitrowej Voli. “Kurwa, niedobrze!” - pomyślał. Wrogowie wiedzieli, gdzie się znajdują! Ostrzegł natychmiast wszystkich zwiadowców i dowódców drużyn. Nic więcej nie mógł zrobić, pozostało wyczekiwać świtu. Zmęczony psychicznie obawą o towarzyszy, wartą i świadomością, że wróg zdaje sobie sprawę z ich poczynań udał się w końcu na spoczynek.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 36
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1465
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-06-07, 11:36   

7 Arros


O świcie Fodrin spotkał się ze Stefanem i razem ruszyli przesłuchać schwytanego więźnia. Korzystając z okazji wiarus zameldował dowódcy o nocnych zajściach. Człowiek odzyskał dawny animusz, po fiasku jakim był jego wczorajszy wypad. Z charakterystyczną dla siebie przenikliwością stwierdził, że nocny gość odkrył obóz idąc po tropach jakie zostawił. Dowódcę zainteresował fakt, że wrogi zwiadowca udał się w stronę Dimitrowej Voli i postanowił wypytać więźnia o tę osadę. “Rychło w czas!” - pomyślał zirytowany dwerg, przecież parę dni temu donosił o prawdopodobnych wrogich ruchach w tamtej okolicy. Fodrin powoli zaczął się przyzwyczajać, że ludzie nie zwracają zbytniej uwagi na jego słowa i rady. To niemożebnie frustrowało wojownika. Kto wie jak sprawy się potoczyły, gdy poważnie potraktowano plotki o oblężeniu przez wroga Dimitrowej Voli...

W chacie czekał na nich schwytany wczoraj przez Stefana wróg. Mężczyzna rozebrany do gaci był przywiązany do krzesła i wyglądało, że niewiele spał i jadł. Wcześniejsze okazanie nie przyniosło rezultatów, zbrojni z Grudzic nie rozpoznali jeńca. Fodrin stanął przy ścianie obserwując poczynania dowódcy. Człowiek usiadł naprzeciwko jeńca i zaczął spożywać na jego oczach rację i czynić mu pretensje, że śmiał zaatakować go wczoraj. Dla krasnoluda ta nietypowa forma przesłuchania wydawała się bardzo dziwaczna. O dziwo okazała się też skuteczna. Jeniec zbity z pantałyku w obawie przed konsekwencjami zaczął mówić. Nazywał się Jadran, a jego poległymi kamratami byli Dragan, Zdravko oraz Igor. Pochodzili z Vukowych Jam i przybyli niespełna miesiąc temu wraz z odziałem liczącym dwie setki zbrojnych oblegać Dimitrową Volę pod wodzą Bogdana Zamlińskiego. Zasłyszane przez Fodrina wcześniej plotki o oblężeniu zamku okazały się prawdą, szkoda, że dowódca je zbagatelizował. To drastycznie zmieniało sytuację na froncie, obecność wrogich sił mogła utrudnić lub uniemożliwić odbicie Karlowego Mostu. Przesłuchanie, jednak na tym się nie skończyło. Więzień został wypytany o główny cel kampanii. Jardan zdradził, że Karlowy Most został wzięty szturmem z obu stron rzeki. Wróg wykorzystał przewagę w łodziach transportowych. Adwersarze utrzymali w zajętej mieścinie garnizon liczący około pięćdziesięciu ludzi. To mocno komplikowało sprawę, przy obecnym składzie kompanii nie mogli sobie pozwolić na próbę szturmu, a oblężenie trwałoby zdobywanie za długo. Patowa sytuacja... Stefan spytał na koniec jeńca, co mogła się stać z ich pojmaną towarzyszką. Więzień odpowiedział, że jeśli została schwyta to zabiorą ją do najbliższego posterunku, a po wstępnym przesłuchaniu odeślą do Dimitrowej Voli. Dwerg odetchnął z ulgą, wciąż istniała jeszcze szansa na odbicie Tajgi.

Po przesłuchaniu więźnia Stefan zwołał naradę wojenną, na której przedstawił krasnoludzkim dowódcom sytuację. Karlowy Most został dobrze obsadzony przez wroga i próba jego odbicia będzie nad wyraz kosztowna, na domiar złego wrogie zgrupowanie przy Dimitrowej Voli stanowiły duże zagrożenie dla kompanii. Pośród zebranych zawrzało, każdy ze zgromadzonych miał własną wizję dalszych działań. Stefan zaproponował zdjęcie oblężenia z Dimitrowej Voli i dalszą aprowizację w dorzeczu Sivej. Tamir chciał uniknąć walnej bitwy i złupić Kosary. Halldor poszedł o krok dalej zaproponował cofnięcie się na północny zachód, by złupić bogatą Sumską Dolinę. Torb najbardziej krwiożercy spośród górali głośno postulował, by spalić wszystkie okoliczne sioła. Piastun Eskill wzywał do toczenia godnych potyczek z równorzędnym przeciwnikiem, bowiem przelewanie krwi chłopów nie przyniesie chwały i honoru w oczach bogów. Fodrin i Ziv poparli mędrca domagając się godnej bitwy dla swych podkomendnych. Jedynie Hilda spośród dowódców nie zajęła stanowiska w dyskusji. Ostatecznie z chaosu dyskusji wyłonił się kompromisowy plan, łączący taktykę Stefana z niszczycielskimi zapędami “Kościanych Koszul”. Kompania siejąc spustoszenie w dorzeczu odetnie wroga od zaopatrzenia i tym samym zmusi do wycofania się z dogodnych pozycji w celu obrony własnych ziem. Jako ostrzeżenie spalą opuszczoną wioskę Liderman następnie uderzą na Kosary. W następnym kroku rozbiją zgrupowanie przy Dimitrowej Voli, by wyeliminować zagrożenie w postaci wrogich podjazdów. A kiedy zabezpieczą flankę, będą mogli swobodnie operować w całym dorzeczu. Wróg będzie musiał interweniować, jeśli nie chce utracić linii zaopatrzeniowych.

Po omówieniu taktyki Ziv zwrócił uwagę, że nie widział obserwatora Zakonu Wiecznej Walki od czasu, gdy złupiono Duban, Zapanowała konsternacja, gdy pozostali dowódcy potwierdzili zniknięcie zakonnika. Dopiero teraz Fodrin zdał sobie z tego sprawę. Nie wróżyło to nic dobrego. Eskill przestrzegł, że zakon tylko wypatruje pretekstu do walki z krasnoludami. Przez skandaliczne działania “Kościanych Koszul” mogli teraz zyskać potężnego wroga. Fodrin przeklinał w duchu, że dowódca polityczny nie zdołał w pełni zapanować nad kompanią tamtego dnia. Stefan próbował załagodzić sprawę, przekazując, że celem zakonu było ujęcie groźnych morderców i zapewne dlatego brat bitewny się od nich odłączył. Część dwergów zaczęła wystosowywać oskarżenia pod adresem Hildy o potajemne kontakty z zakonem. Speszona krasnoludka zasłoniła się sprawami prywatnymi, w odpowiedzi została wybuczana. Fodrin nie mogąc znieść, że niesłusznie następują na kobietę, stanął w jej obronie. Wiarus dobitnie oświadczył, że zakon poszukiwał przybranego syna Hildy, jednak nie ma pewności czy oskarżenia wobec niego są prawdziwe i to był właśnie powód jej rozmów z zakonnikiem. Przypomniał również, że Anhelm pośród “Szarych Kapturów” jest bohaterem, który zasłynął z rozbicia bandy Siwogębego oraz poległ walce z buntownikami Evrona. Przemowa Fodrina zamknęła gęby zgromadzonym, a jego słowa przyniosły ulgę nagabywanej matce. Po tym zamkończono naradę.

Zgodnie z rozkazami kompania rozpoczęła przygotowania do wymarszu i zniszczenia wioski Linderman. Część chat rozebrano, a z uzyskanego drewna zgodnie z sugestią Stefana zbito Kozły Espargyjskie. Te drewniane konstrukcje w postaci zbitych ze sobą skrzyżowanych pali miały posłużyć do ograniczenia mobilności wrogiej jazdy. Fodrin korzystając z czasu jaki pozostał nim formacja będzie gotowa do dalszej drogi postanowił raz jeszcze wypytać więźnia. W przeciwieństwie do Stefana zwalisty krasnolud nie bawił się w gierki psychologiczne tylko bez pardonu potrząsnął więźniem grożąc mu porachowaniem wszystkich kości, jeśli nie zacznie mówić. Sterroryzowany Jadran wyjawił zdradził szczegóły organizacji oddziałów Zamlińskiego. Według jego słów, Dimitrową Volę oblegało dwustu zbrojnych. Zaledwie ćwierć z nich stanowiła ciężka piechota. Wróg dysponował też tuzinem konnych, złożonym głównie z przybocznych dowódcy oraz jego syna. Te wieści ucieszyły starego wiarusa, bowiem wróg zdecydowanie ustępował sile krasnoludzkiej drużyny. Jadran przekazał również, że zaopatrzenie do oblegających pochodziło głównie z południa zza rzeki i tylko w rzadkich przypadkach z Karlowego Mostu. Zadowolony Fodrin nakazał przygotować więźnia do transportu, pozyskane informacje mogą się okazać przydatne w nadchodzącej bitwie.

Po przesłuchaniu więźnia Fodrin odnalazł dowódcę. Stefan rozmawiał z przedstawicielem kupców Adrianem “Wszędobylskim”, którego twarz została oszpecona przez wypadek z przetrzymywaną w klatce bestią. Dwerg usłyszał rozmowę dwójki ludzi. Stefan oddał pod opiekę kupca wszystkie ich łodzie w zamian prosząc, by wywiedział się co się stało z przechwyconą przez wroga Tajgą i w miarę możliwości próbował wynegocjować jej uwolnienie. Wojownika ucieszyła wiadomość, że ich porwana towarzyszka nie zostanie pozostawiona na pastwę losu i chociaż w ten sposób spróbują ją uwolnić. Nic bowiem nie zapowiadało się, by mogli tego dokonać zbrojnie w najbliższym czasie. Dowódca przekazał na ręce Adriana również list do pana Variella, w którym rzuca mu wyzwanie - jeśli nie stanie do walki na otwartym polu jego ziemie zostaną spalone do cna. Fodrin był pod wrażeniem gambitu jaki zastosował Stefan, aby wybawić wroga z dogodnej pozycji do obrony zagrażając jego lennu. Jeśli wróg przyjmie bitwę uniknął długotrwałego oblężenia. Wiarus zdał raport dowódcy z przesłuchania więźnia zaraz pod tym jak ten zakończył rozmowę z kupcem. Stefan nie krył zadowolenia słysząc, że mają przewagę nad wrogiem. Człowiek wieścił rychłe zwycięstwo. Towarzyszy poróżniły dalsze plany. Na północy siły wroga nękały też podjazdy buntowników Evrona. Stefan chciał jak najdłużej wykorzystywać zamieszanie, zaś Fodrin był przekonany, że należy ścigać bluźnierców jak tylko nadarzy się okazja. Zniewagę jaką Evron dopuścił się wobec Samego Ojca należy wymazać krwią. Ludzki dowódca tego nie pojmował, cynicznie chcąc wykorzystać zamieszanie. Wszelkie rozważania były jednak jałowe, dopóki przeprawa przez rzekę Siwą była w rękach wroga.

Krasnoludzka kompania wyruszyła w dalszą drogę pozostawiając za sobą płonące zgliszcza wioski Linderman. Tak oto rzucili wyzwanie panu tych ziem Variellowi. Po południu osiągnęli kolejną wioskę Kosary. Zwiadowcy donieśli, że chłopi w panice zbierali swój dobytek na wozy szykując się do ucieczki. Dowódca polityczny wydał rozkaz natychmiastowego ataku i przechwycenia zapasów, pozostawiając z tyłu tabory z niewielką obstawą. Fodrin wydał dyspozycje swojej drużynie, nakazał przejąć wozy z dobytkiem, a wieśniaków przegnać. Wiarus zakazał mordowania i gwałtów swoim podkomendnym. Mimo szalejącego wokoło chaosu wojennego wciąż pozostawał wierny swoim ideałom. Członkowie klanu “Kościanych Koszul” i tym razem nie hamowali swoich krwawych żądz, bezlitością uderzając na bezbronnych chłopów. Górale rżnęli, gwałcili i rabowali, ile dusza zapragnie. Stary wiarus patrzył na to z dezaprobatą i nie pozwalał na podobne ekscesy w swojej drużynie, nawet jeśli składała się głównie z wyrzutków. Jego podkomendni walczyli, by odzyskać honor, a krew słabych nie mogła przynieść im chwały w oczach bogów. Kosary padły niezwykle szybko. Opór był znikomy. Stefan nakazał Fodrinowi dopilnowanie zbierania łupów, a sam udał się na zwiad do Dimitrowej Voli. Dwergowi bardzo nie podobało się, że dowódca po raz kolejny osobiście podejmuje tak wielkie ryzyko. Nie mieli jednak wyboru – Stefan był jednym z niewielu jeźdźców, jakimi dysponowali, a kompania nie mogła zrezygnować z przewagi, jaką dawał konny zwiad. Z ciężkim sercem i rosnącym niepokojem weteran przystąpił do wykonywania rozkazów.

Pozostający w płonących Kosarach Fodrin “Żelazny” nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że oddziały Bogdana Zamlińskiego świadome zagrożenia w postaci nadchodzącej krasnoludzkiej kompanii, w panice wycofały się za rzekę porzucając machiny oblężnicze pod murami twierdzy. Zaś Stefan Terter został z honorami przyjęty przez obrońców na zamku Dimitrowej Voli. Wojna domowa w Erxen wkraczała, w kolejny krwawy etap.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
  
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-09-06, 01:43   

Zręczna ręka nawykła do pisania kreśli po pożółkłych kartach dziennika litery tak wyszukane i dziwaczne, że wydają się niemal żywe: spiczaste, poszarpane znaki, pełne ostrych haczyków, spiralnych zawijasów i nierównych kresek, które wiją się jak pnącza zębatej rośliny, czasem zbiegając się w gęste, chaotyczne sploty, a czasem rozciągając się w długie, drżące linie przypominające pazury lub zęby. Wyrazy powstają z tych znaków jak dziwaczne, asymetryczne konstrukcje – jedne zwarte i najeżone, inne rozlazłe i pełne pustych przestrzeni, jakby same litery kłóciły się o miejsce na papierze. Mało kto z obecnych w Erxen wiedziałby, że alfabet, którego używa pyszniący się swoim wykształceniem skryba, to nabeth, a język, który został wybrany do czegoś więcej, jak tylko sztuki kaligrafii to najbardziej wysmakowany z możliwych język pustynny, który według swych natywnych posiadaczy wymawia się Rahh’il i należy do reptiliańskiej grupy językowej. Zdania płyną nierównym, kapryśnym rytmem: raz rwą się krótkimi, urywanymi uderzeniami, jakby rejent spiesznie notował coś niebezpiecznego, raz wlewają się w długie, meandrujące frazy pełne powtórzeń i nagłych zwrotów, aż wreszcie, patrząc na ten misterny, prawie artystyczny zapis, trudno powstrzymać zdziwienie, że to wszystko może być… zwykłym raportem.


29 Merris 380 OZE, szlak Siskesjold
Rozbiliśmy obóz w sosnowym zagajniku przy szlaku Sisteskjold, gdzie drzewa dają nam przynajmniej pozór osłony przed wiatrem i obcymi oczami. Po południu padał deszcz, wieczorem zaś przeszedł w lekki śnieg, toteż bez zaradności pani Tajgi Sokolov noc byłaby znacznie cięższa — przepatrywaczka zabezpieczyła obozowisko, rozpaliła ogień i zdobyła nieco pożywienia. Okazała się wyjątkowo pomocna. Nabieram przekonania, że jest świetnym zwiadowcą, lecz nie chcę zbyt szybko jej kompletować, aby znów nie musieć tracić o niej dobrego zdania. Nie zmienia to rachunku: racji wystarczy na cztery dni, a potem rozpocznie się głodowanie. Panu Fodrinowi Żelaznemu powierzyłem musztrę towarzyszącego nam oddziału krasnoludów. Początki są marne, lecz pan Żelazny słucha moich rad i stopniowo zdobywa posłuch. Dostrzegam jednak, że jego lojalność wobec własnej krwi może z czasem przeważyć nad posłuszeństwem wobec delegacji, a wynika to z tego, że niestety asymilacja krasnoludów przebiega zbyt powoli, co w czasie wojny i tego, że muszę teraz na nim polegać, jest moim dodatkowym zmartwieniem. Nie czynię mu z tego zarzutu — rozsądny dowódca powinien wiedzieć, z czego zbudowane są sumienia jego podwładnych.
Rozważałem dziś możliwe kierunki dalszych działań: opanowanie Karlowego Mostu, odsiecz dla Dúnmara, a nawet marsz na Hristograd. Każdy z tych zamiarów wydaje się szaleństwem, dopóki nie porówna się go z pewnością zagłady Vodenitska przy zachowaniu ostrożności. Do podjęcia decyzji potrzebuję jednak dodatkowych informacji, dlatego postanowiłem wysłać panią Sokolov samotnie przez góry do Dúnmara – niech udowodni, że potrafi sobie poradzić jako przepatrywacz. Pan Żelazny sprzeciwił się temu, lecz nie podał żadnych argumentów, prócz swoich emocjonalnych przekonań, więc decyzja została już podjęta. Pani Sokolov również nie ukrywała, że uważa tę misję za niemal samobójczą, ale nie wiem czy na pewno zna swoje możliwości. Rozmowa pani Tajgi z paniczem Erykiem o jego rodzinie w Grudicach zapewne tylko wyostrzyła jej świadomość tego, co wszyscy możemy utracić. Mimo to wymusiłem zgodę. Nie uczyniłem tego lekko, choć na pewno tak będą mnie osądzać. Pani Sokolov ma największą szansę przejść niezauważona, a wiadomości z Dúnmara mogą ocalić setki istnień — być może całe miasto. Wychodzę przy tym z założenia, że przywódca, który nie potrafi poświęcić jednego człowieka dla ratowania wielu, jest jedynie dobrze wychowanym świadkiem klęski. Pozostaje mi wierzyć, że tym razem moje wyliczenia nie okażą się tylko elegancką nazwą dla cudzej śmierci.


30 Merris 380 OZE, szlak Siskesjold
Śnieżyca wreszcie ustąpiła, odsłaniając szlak, jeśli poszarpaną linię biegnącą przez dzicz w ogóle można tak nazwać. Pani Tajga Sokolov wyruszyła samotnie, zabierając opieczętowaną wiadomość z pieczęciami Vodenitska, w której zapewniłem obrońców Dúnmara o nadejściu wsparcia. Pewność zawarta w urzędowym piśmie musi niekiedy zastąpić pewność, której brakuje jego autorowi. Pan Żelazny złożył formalny sprzeciw wobec wysłania zwiadowczyni, powołując się na bezpieczeństwo delegacji i utratę naszej najlepszej przepatrywaczki. Przyjąłem jego notatkę, lecz nie zmieniłem decyzji. Dokumentowanie obiekcji jest prawem podwładnego; przyjmowanie ich za rozkaz nie należy do obowiązków dowódcy. Przed odejściem obaj ostrzegliśmy „nasz zwiad” przed wilkami, niedźwiedziami i lamiami grasującymi w Górach Zachodnich, a przede wszystkim przed mokradłami między Mocvarami a Grudicami. Rozlewiska Sivej są siedliskiem Myrkrydii — stworzeń, o których rozsądniej mówić szeptem, nawet przy jasnym ogniu. Ich szczególnie będziemy unikać.
Pan Żelazny obiecał pani Sokolov, że podczas jej nieobecności dopilnuje naszych interesów, a jeśli oddział będzie zmuszony ruszyć dalej, pozostawi w Skraningen wiadomość ze wskazówkami. Był to z jego strony gest lojalności, choć podejrzewam, że bardziej wobec niej niż wobec mnie. Nie mam mu tego za złe, gdyż osobiste przywiązanie bywa mocniejszym spoiwem niż przysięga złożona dowódcy i Miastu. W obozie kontynuujemy tymczasem opiekę nad rannym panem Quinnem. Odzyskał przytomność, co należy uznać za pomyślny znak, choć jego stan nadal wymaga czujności i uszczupla nasze skromne zasoby. Każde ocalone życie zwiększa ciężar marszu, lecz pozostawianie rannych byłoby przyznaniem, że przestaliśmy być delegacją, a staliśmy się bandą uciekinierów. Tajga niesie przez góry moją obietnicę pomocy, my zaś musimy uczynić wszystko, by nie okazała się ona wyłącznie kłamstwem uwiecznionym w inkauście i opieczętowanym lakiem.


1 Arros 380 OZE, szlak Siskesjold
Nieobecność pani Sokolov dała się odczuć już od pierwszych godzin marszu dzisiejszego dnia: bez przewodniczki poruszaliśmy się ostrożniej, tracąc czas na wybór drogi i samodzielne zdobywanie pożywienia, co szybko stało się obowiązkiem równie uciążliwym jak koniecznym. Na szczęście krasnoludowie bardzo dobrze znali szlak, więc o zabłądzeniu nie było mowy. Muszę wyjaśnić, że nie mogłem jednak pozwolić, by powierzony mi oddział uznał nasze spowolnienie za dowód, że wysłanie pani Sokolov do Dúnmara było błędem — cena dobrej informacji zawsze wydaje się wygórowana, zanim ta informacja ocali komuś życie. Pod wieczór rozbiliśmy obóz na wzgórzu, z którego dostrzegliśmy ognie Skraningen. Po dniach oglądania wyłącznie błota, śniegu i dzikich ostępów ich blask podniósł ducha całej grupy, choć mnie przypomniał przede wszystkim o obowiązkach czekających u celu. Jeśli pogoda i droga nas nie zdradzą, jutro dotrzemy do osady, a dopiero wtedy przekonamy się, czy te światła zapowiadają schronienie, czy tylko nowe kłopoty.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-09-06, 01:44   

2 Arros 380 OZE, Skraningen
Dotarliśmy do Skraningen, osady malowniczo położonej, lecz — co ważniejsze — solidnie ufortyfikowanej i obsadzonej przez znakomicie wyekwipowanych krasnoludów. Pierwszą przeszkodą na drodze okazał się oddział Omriego (Omri „Na skurwysynów cięty” Romersson) od dowiedziałem się, że po śmierci tutejszego mehra Omera niejaki Evron Eviatarsson dokonał puczu, a nowy mehr, Meyer Omersson, poprowadził wierne mu siły ku Starej Wieży, gdzie schronił się zdrajca. Wkrótce dołączyła do nas cała i zdrowa pani Sokolov, przynosząc wieści równie dobre, co niepokojące: Dúnmara nadal trwa pod własnym sztandarem, oblegana przez około siedemdziesięciu wojowników, którzy zamiast szturmu prowadzą blokadę. Na morzu widziano ponadto wrogie okręty, a zatem warownia jest odcięta również od strony morza przez blokadę. Następny patrol, dowodzony przez Ivo zwanego Karmiącym Ziemię, upewnił się, że ludzie Evrona nie zagrażają osadzie, po czym skierował nas na gościnę do piastuna Hevela. Tam on i Hilda przedstawili nam pełniejszy obraz zdrady Eviatarssonów: wywołaną przez nich lawinę błotną, zamach na piastuna, zajęcie Starej Wieży i zagładę Grudic, a także zwycięstwo Meyera w bitwie pod wieżą oraz bohaterską śmierć Anhelma — człowieka, który wcześniej zabił brata Evrona, wojownika zwanego Szumem Stali. Przedstawiłem propozycję sojuszu z Vodenitskiem, popartą ustępstwami terytorialnymi, a pan Żelazny poparł ją z gorliwością, której nie musiałem udawać. Hevel odmówił jednak podejmowania decyzji za mehra. Nie zgodził się również pobłogosławić nieochrzczonych ludzi, lecz udzielił konsekrowanego błogosławieństwa Fodrinowi i Ivo, a następnie także moim krasnoludom — gest politycznie skromny, lecz dla ich ducha cenniejszy niż niejedna przemowa. Wieczorem do domostwa wróciły młode wojowniczki wychowane przez Hildę, a pan Żelazny spędził z nimi czas na biesiadzie, rozmowach o broni i wspomnieniach dawnych bitew, coraz swobodniejszy wśród swoich. Ja natomiast zająłem się rachunkiem bardziej przyziemnym: nabyłem dla kompanii czterdzieści racji żywnościowych na dzień oraz obrok, płacąc łącznie sześćdziesiąt sześć oboli i dwadzieścia groszy. Sojusze wymagają zgody mehrów, wojny — bohaterów, lecz żaden marsz nie rozpocznie się bez pełnych juków. Dostrzegam coraz większą nieufność wobec mnie ze strony pana Żelaznego i pani Sokolov. Podejrzewam, że nie rozumieją oni powagi sytuacji, a szczególnie wagi zadania, które nam powierzono. Nie wiem czy będę w stanie im wytłumaczyć, że w czasach zamętu ludzie oczekują od przywódcy pewności, nawet gdy wszystkie drogi prowadzą przez mgłę. Polityka nie polega na wyborze między dobrem a złem, lecz na rozpoznaniu, które poświęcenie przyniesie najmniej zguby. Dopóki Vodenitsko pozostaje zagrożone, nie wolno mi przedkładać czystego sumienia nad skuteczne działanie.


3 Arros 380 OZE, wieczór Stara Wieża
Przed wymarszem ze Skraningen zdołałem dokładnie rozeznać się w miejscowej hierarchii oraz ukończyć ostatnie elementy listów uwierzytelniających, bez których nawet najlepsza oferta pozostaje jedynie słowem obcego przybysza. W stronę Grudic ruszyliśmy znaczną siłą: Ivo „Karmiący Ziemię” Doronsson prowadził dziewięciu dvergów, Omri „Na skurwysynów cięty” Romersson siedemnastu, Hilda „Wszechmatka” Dardatter sześciu, a z Landsbyen maszerowało czterdziestu sześciu naszych — łącznie siedemdziesiąt osiem krasnoludzkich głów, nie licząc pozostałych członków delegacji. Przeprawa przez rozlewiska Sivej była ciężka, lecz dała mi sposobność do omówienia z panem Żelaznym i panią Sokolov dalszego planu działań. Jeśli Karlowy Most okaże się słabo broniony, możemy go zająć i przejść ku Dúnmara; jeśli jednak stoi tam znaczny oddział, próba przekroczenia rzeki bez co najmniej pięciuset dvergów byłaby nie strategią, lecz samobójstwem. Na północnym brzegu znaleźlibyśmy się między siedemdziesięcioma wojownikami oblegającymi warownię a jazdą nacierającą od wschodu lub południa, wspartą przez załogę Karlovego Mostu. Gdyby za rzeką znajdował się jeszcze jeden oddział nieprzyjaciela, nie zdołalibyśmy utrzymać tam zaopatrzenia ani drogi odwrotu. Odwaga może zdobyć przeprawę, ale tylko liczebność i logistyka pozwolą jej nie utracić. Szacuję, że pięć setek bród wystarczy z zapasem, lecz jeśli nie zdobędę tylu, to będę musiał opracować alternatywne plany, w tym zdobycie Karlovego Mostu od strony wschodniej.

Grudice zastaliśmy spalone przez ludzi Evrona. Pogorzelisko, ruiny domostw i cierpienie ocalałych budziły politowanie, ale w końcu tak wygląda wojna. Tutaj nie walczyli nasi, lecz na północy też tak to będzie wyglądało, jeśli nie zrobimy tego, co należy zrobić. podczas gdy Przepatrywacze dowodzeni przez Avnera „Orkową Zmorę” ujawnili nam jeszcze gorszą prawdę: Mędrzec z Gór poddawał krasnoludów plugawym rytuałom, przemieniając ich w pozbawione strachu i bólu bestie o stwardniałej skórze i płonących oczach. Pan Żelazny odebrał to jako obelgę rzuconą samemu Ojcu i trudno odmówić mu słuszności, gdyż wojownikowi można odebrać życie, lecz odebranie mu rozumu i woli jest zbrodnią przeciw krasnoludzkiej wierze. Według jej nauk Ojciec wykuł ciała pierwszych krasnoludów z kamienia i metalu, ale dopiero obdarzając je rozumem oraz swobodą wyboru, uczynił z nich swoje dzieci. Wolna wola jest zatem boską iskrą, dzięki której każdy dverg może świadomie dochować przysięgi, wybrać wspólnotę i ponieść odpowiedzialność za własne czyny. Także strach i ból nie są wadami dzieła Ojca, lecz młotem i kowadłem hartującymi odwagę, ponieważ męstwo istnieje tylko wtedy, gdy wojownik rozumie cenę swojego czynu. Przemienianie krasnoludów w bezmyślne bestie stanowi więc bluźnierczą próbę poprawienia boskiego stworzenia i sprowadza dzieci Ojca do roli narzędzi w rękach fałszerza żywotów.

Przed wejściem do obozu przy Starej Wieży ujrzeliśmy wiszące na drzewie ciało Borka „Krwawego”. Niegdyś darowałem mu życie, mimo że próbował mnie zabić, dając mu sposobność powrotu na uczciwą drogę (więcej o tym opisałem w raporcie z 3 i 4 Merris 380 OZE), lecz on jednak przyłączył się do Evrona i doprowadził do osuwiska, za co starszyzna skazała go na powieszenie. Nie mogę odpowiadać za to, że nie wykorzystał otrzymanej szansy. Miłosierdzie nie jest umową gwarantującą poprawę winowajcy, lecz świadectwem tego, że sędzia uczynił więcej, niż wymagała od niego sprawiedliwość. Nasze przybycie pod Starą Wieżę wywołało wśród obrońców fałszywy alarm, który Avner rozładował sprośnym żartem — środkiem mało godnym kronik, lecz zadziwiająco skutecznym wobec uzbrojonych i zmęczonych ludzi. Następnie zostaliśmy oficjalnie przyjęci przez radę wojenną: mehra Meyera „Niezłomnego” Omerssona i jego małżonkę Jarę „Górską Lwicę”, sędziwego Efraima „Burzę Śnieżną” Yoelssonna, Haralda „Górę” Krvissonna, mehra Svart Juvet Ziva „Strącającego Lawiny” Zvissonna oraz mehra Landsbyen Tamira „Kościaną Koszulę” Hillelssonna. W samej wieży doliczyłem się blisko dwustu zdolnych do działania krasnoludów, nie uwzględniając licznych rannych, lecz wliczając jeńców, których można jeszcze pozyskać. Po bitwie z Evronem wielu potrzebowało pomocy, toteż wykorzystałem swoją znajomość sztuki leczenia. Eylert „Słona Broda” z Vodenitska niemal stracił nogę, lecz nie zostanie kaleką, a poza nim opatrzyłem również Gulbroka, Romara, Kiela, Leyfa i Didricha, wszystkich pochodzących z naszego miasta. Leczenie własnych ludzi było obowiązkiem, ale i argumentem, którego nie trzeba wypowiadać: najlepiej dowodzi wspólnoty interesów ten, kto własnymi rękami powstrzymuje cudzą krew.

Pierwsza tura negocjacji przebiegła bardzo korzystnie dla Vodenitska. Zaoferowałem złoto i dzierżawę ziemi w zamian za wojskowe wsparcie, czym zainteresowałem mehrów Ziva i Tamira, zwłaszcza że propozycja dawała sposobność trwałego rozstrzygnięcia sporów terytorialnych, a przynajmniej na najbliższe 100 lat. Nie otrzymałem od władz Vodenitska wyraźnego upoważnienia do zaoferowania dzierżawy, uznałem jednak, że jako główny dyplomata muszę negocjować zgodnie z rzeczywistym położeniem Miasta, a nie trzymać się poleceń wydanych przed zmianą okoliczności. Wieś Krairechen, gospodarująca na ziemiach w okolicy, została wyrżnięta, dlatego pozbawione rąk do pracy pola przez lata leżałyby odłogiem, nie przynosząc Vodenitsku ani żywności, ani podatków, ani żadnej korzyści obronnej. Stuletnia dzierżawa pozwoliłaby zachować nasze zwierzchnictwo nad tym obszarem, zagospodarować go cudzym wysiłkiem i w zamian uzyskać natychmiastową pomoc wojskową, toteż nie była ustępstwem, lecz rozsądnym użyciem martwego majątku dla ocalenia żywego miasta. Wskazałem również, że krasnoludzcy jeńcy mogliby odpokutować zdradę w walce, przytaczając przypowieść o Wojowniku i Pasterzu - użyteczny żołnierz służy wspólnocie lepiej niż kolejny trup wiszący przy drodze. Meyer pozostał nieugięty i odmówił wciągnięcia Szarych Kapturów do wojny domowej po stronie Północy, powołując się na neutralność oraz bezpieczeństwo własnego ludu. Gdy zauważyłem, że śmierć w łożu nie przystoi dvergowi, wywróżyłem mu ten sam los, co jego ojciec. Nie uważam jednak tej wymiany uwag za porażkę: pozwoliła mi poznać granice mehra, jego sposób myślenia oraz wagę, jaką rada przywiązuje do pamięci poprzednika. Zamierzam teraz udać się do Grudic i za pośrednictwem panicza Eryka nakłonić jego szwagra, Radka Izaplaniskiego, do wystąpienia przeciw zdrajcom. Pan Żelazny podjął się tymczasem nocnej wizyty u Avnera, aby zaprosić Efraima na śniadanie ze mną. Po jego powrocie podziękowałem mu nie jak podkomendnemu, lecz jak przyjacielowi, którym istotnie się stał, a on odwzajemnił tę deklarację lojalnością i przyjaźnią. Złoto może kupić najemników, ziemia — przychylność możnych, lecz tylko zaufanie sprawia, że człowiek pozostaje u naszego boku, gdy kończą się jedno i drugie. Mam nadzieję, że tym sposobem odwlokłem moment, w którym wbije on swój oręż w moje plecy.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-09-06, 01:44   

4 Arros 380 OZE, wieczór Stara Wieża
Czwarty dzień Arros rozpoczął się od sprawy pozornie błahej, która jednak wymaga odnotowania ze względów służbowych. Poleciłem pani Sokolov przygotowanie śniadania przed przybyciem Efraima „Burzy Śnieżnej”, lecz pani Sokolov odmówiła, twierdząc, że nie należy to do obowiązków pani Sokolov. Aby uniknąć kompromitacji delegacji, sam przygotowałem posiłek, który spotkał się z uznaniem naszego gościa, choć pan Żelazny obserwował całe zajście z nieukrywanym rozbawieniem i bez powodzenia próbował skosztować potrawy przed czasem. Istotniejszy od samego nieposłuszeństwa był sposób, w jaki pani Sokolov zwróciła się do przełożonego – tj. mojej osoby.

NOTATKA SŁUŻBOWA: Pani Taiga Sokolov używając słów wulgarnych i uwłaczających, obarczyła mnie odpowiedzialnością za śmierć mojej żony podczas połogu. Zarzut ten jest niezgodny z prawdą, nie ma żadnego związku z przedmiotem sporu i do chwili sporządzenia niniejszego wpisu nie został przez panią Sokolov odwołany ani opatrzony przeprosinami. Osobiste wzburzenie nie zwalnia funkcjonariusza z zachowania dyscypliny, szczególnie w czasie misji, od której zależy bezpieczeństwo miasta. Uwagi pani Sokolov nie przyjęła.
Podczas śniadania Efraim wyjaśnił, że Szare Kaptury zamierzają utrzymywać garnizon w Starej Wieży jedynie do czasu rozbicia pozostałych sił Evrona i udzielenia pomocy poszkodowanym. Pragną również unormować stosunki z Grudicami, lecz zamknięte wrota grodu uniemożliwiają jakiekolwiek rozmowy. Omówiliśmy następnie los trzydziestu trzech jeńców: pięciu ludzi Kjella „Wędrowca” Lauritssona, dziesięciu Ido „Gargulca” Illaissona z Gwynn, dziewięciu ze Skraningen i dziewięciu z Vodenitska. Nie przyjęli bluźnierczej komunii, a zatem — choć służyli zdrajcy — nie przekroczyli jeszcze granicy, zza której nie ma powrotu. Ponownie wystąpiłem przeciw ich egzekucji, proponując dożywotnią banicję z ziem Szarych Kapturów i karną służbę wojenną pod jurysdykcją Vodenitska. Efraim ostatecznie uznał, że przelana w obronie miasta krew będzie właściwszą pokutą niż sznur. W ten sposób ocaliliśmy trzydzieści trzy życia, a zarazem pozyskaliśmy zalążek potrzebnego nam oddziału.

W drodze do Grudic przedstawiłem możliwość opanowania grodu, lecz pan Żelazny i pani Sokolov uznali zamiar za niewykonalny oraz grożący zerwaniem rozmów z Meyerem. Doszło do wymianymyśli, podczas której argumenty dotyczące obecnej sytuacji zostały pomieszane z dawnymi urazami, jednak nie wyrzekłem się samego celu: Grudice pozostają relewantne z punktu wpływania na miejscową szlachtę i granicę ruchów sił południa. Wrota do Grudic pozostały zamknięte, a strażnik — szczególnie wrogo nastawiony do pani Sokolov — zakończył rozmowę groźbą użycia kuszy. Pozostawiłem więc panicza Eryka pod patronatem pani Sokolov, aby zbadała temat i spróbowała kolejnej tury rozmów, a sam wróciłem do Starej Wieży, gdyż wobec skromności mojego orszaku od początku negocjuje z pozycji słabości, a tu najwyraźniej trzeba użyć argumentu siły – którego nota bene nie mogłem użyć jawnie, z uwagi na możliwość zerwania rozmów z krasnoludami. Po powrocie do Starej Wieży przeprowadziłem z panem Żelaznym obchód wśród rannych. Odnaleźliśmy tam Vincenta, Arnulfa i Marlona, których znałem jeszcze z Vodenitska jako flisaków odpowiedzialnych za transport barki z wybrakowaną liczbą sztab żelaza. Pod naciskiem pytań przyznali, że żelazo nie zaginęło wskutek fal ani wypadku: ukryli sztaby w Sivo Brdo, zamierzając sprzedać je poza oficjalnym obiegiem, ponieważ czuli się oszukiwani przez klan Słonej Wody. Nie mieli ustalonego nabywcy ani rozsądnego sposobu ominięcia kanałów kontrolowanych przez Vodenitsko i Saltzberg, co czyniło ich postępek równie nieuczciwym, jak głupim. Flisacy twierdzili natomiast, że nic nie wiedzą o broni skradzionej z miasta, dlatego śledztwa w tej sprawie nie można jeszcze uznać za zakończone. Wojna ma osobliwą skłonność do skupiania w jednym miejscu zdrajców, złodziei, zbiegów i urzędników zmuszonych porządkować pozostawione przez nich rachunki.
Druga tura negocjacji przyniosła ostateczne warunki wystawienia zaciężnej kompanii. Meyer stanowczo odmówił udziału Szarych Kapturów i zażądał zapisu zakazującego najemnikom wrogich działań przeciw Grudicom. Nie był to warunek dla mnie korzystny, lecz jego przyjęcie zabezpieczało całe porozumienie. Ziv „Strącający Lawiny” i Tamir „Kościana Koszula” domagali się natomiast wyższych stawek, zaliczki, premii za bitwy oraz wyjaśnienia statusu dzierżawy ziem wokół Krairechen, do których wciąż posiadał prawa żyjący możnowładca. Osiągnęliśmy kompromis: wynagrodzenie wzrosło, lecz ograniczyłem liczbę kosztownych stanowisk dowódczych i zmieściłem się w limitach stawek wskazanych przez Miasto Vodenistsko, a nawet zachowałem margines kosztowy. Miasto odpowie za aprowizację i ogólny plan kampanii, natomiast bezpośrednie dowodzenie w bitwie przypadnie Radzie Dowódców. Pierwszym celem staje się teraz Karlovy Most, następnym zdjęcie oblężenia Dunmara, a później, zależnie od ruchów przeciwnika, kompania zwiąże jego siły na północy albo przeprowadzi podjazdy na południu, odcinając zaplecze wrogiej armii. Zobowiązałem się również ścigać Evrona, jeśli nadarzy się ku temu sposobność, przy czym nie kalkuluję tego, aby nastąpiła ku temu szczególna okazja. Kontrakt spisałem według zasad uczciwości, ekumenizmu różnych religii i pragmatyki wojennej, dlatego uważam go za wyjątkowo korzystny dla Miasta Vodenitska. Samą umową załączam jako oddzielny dokument, więc nie będę go tłumaczył na potrzeby raport. Dodam jednak, że dowodzenie oddziałem karnym powierzyłem panu Żelaznemu, którego ustanowiłem również zastępcą dowódcy politycznego na wypadek mojej trwałej niedyspozycyjności. Pan Żelazny nie posiada jeszcze doświadczenia odpowiadającego temu stanowisku i najpewniej odczuwa ciężar nowych obowiązków, lecz lojalność oraz zdolność zdobywania zaufania skazańców czynią pana Żelaznego najlepszym kandydatem. Wyszedłem ku temu z założenia, że nie mianuje się dowódców wyłącznie w nagrodę za dawne osiągnięcia, lecz czasami należy obarczyć właściwego człowieka (lub krasnoluda, jak w przedmiotowej sprawie) odpowiedzialnością, aby zmusić drzemiące w nim zdolności do ujawnienia się. Umowę uroczyście odczytał później Eskill „Kobziarz” Zivsson, a dowódcy złożyli podpisy i przysięgi lojalności wobec miasta. W obozie zapanowała euforia, lecz organizacja kompanii nadal wymaga pracy. Klany wskazały jako kandydatów do rady dowódców Eskilla, Geldrę i Halldora, pozostawiając jeden wakat do obsadzenia podczas porannej narady. Szczególnej uwagi wymagają napięcia między Lawinowcami a Kościanymi Koszulami oraz osobista niechęć między Zivem i Tamirem, których podobno niegdyś łączyła przyjaźń. Postanowiłem tak układać marsz i obozowiska, aby zwaśnione oddziały rozdzielały neutralne siły Hildy oraz pana Żellaznego. Armia złożona z wielu klanów nie rozpada się zwykle od uderzenia przeciwnika, lecz od drobnych zniewag, nierówno podzielonych racji i sporów, których dowództwo nie dostrzegło dostatecznie wcześnie.

Pani Sokolov i pan Quinn powrócili z pierwszej misji w Grudicach bez panicza Eryka, co wzbudziło we mnie i panach Żelaznym oraz Gębie niemałą konsternację. Podobno załoga warowni pojmała panicza Eryka. Pani Sokolov ustaliła ponadto, że Slobodan, syn Patriarchy i przyjaciel Zorana „Górskiego Gałgana” Izoplaninskiego, zginął po pijanemu, wpadając do wychodka i łamiąc kark. Radko Izoplaninski, młodszy brat Zorana, zwany niestety „Psim Ryjem”, przebywa w areszcie za sprzeciw wobec planów Górskiego Gałgana. Muszę nadmienić, że Izoplaninscy nigdy nie cieszyli się szczególnym szacunkiem: znaczenie rodu opierało się głównie na ich ojcu, po którym schedę przejął starszy syn Zoran. Zoran ma posłuch, lecz nie posiada żony ani potomstwa, podczas gdy młodszy o trzy lata Radko jest wykształcony, żonaty i ma dzieci. Uwolnienie Radka mogłoby zatem stworzyć w Grudicach ośrodek władzy zdolny przeciwstawić się Zoranowi, a Eryk pozostaje nie tylko naszym człowiekiem, lecz także ważnym ogniwem prowadzącym przez Antonelę do jej uwięzionego szwagra. Niestety wyglądało na to, że on również jest najzwyczajniej uwięziony, więc moje pierwotne cele nie mogły się w takim stanie rzeczy zrealizować. Nie zamierzałem pozostawić tej sprawy domysłom. W nocy przeprowadziłem rozpoznanie Grudic wraz z panią Sokolov i panem Quinnem. Pani Sokolov przedostała się za palisadę, lecz została zdemaskowana i podczas ucieczki otrzymała postrzał z kuszy w ramię. Aby odciągnąć uwagę pościgu, podpaliłem fragment umocnień i zraniłem bełtem człowieka próbującego ugasić ogień, po czym wycofałem się, zanim łuna ujawniła moje stanowisko, i okrężną drogą wróciłem do Starej Wieży. Pani Sokolov i pan Quinn zostali po drodze odnalezieni przez Hadara „Górę”. Pani Sokolov naliczyła w warowni siedmiu zbrojnych i dostrzegła obóz uchodźców, lecz skala całej załogi pozostaje nieznana. Wobec Meyera nie potwierdziłem udziału naszej delegacji w pożarze, ponieważ przedwczesne ujawnienie prawdy zagroziłoby dopiero co zawartemu kontraktowi, a ogień służył osłonięciu odwrotu rannej podkomendnej, nie zdobyciu grodu. Opatrzyłem ranę pani Sokolov. Szczęśliwie bełt nie zakończył służby pani Sokolov, lecz noc przypomniała, że nawet konieczny fortel może w oczach sojuszników wyglądać jak zdrada.

Tego dnia ustaliłem jeszcze kilka rzeczy, które się dzieją lokalnie. Otrzymałem wieści, że Bohdam Zaminski „Zbożowy Książę” oblega Dimitrovą Volję. Wcześniej obronił własne dobra siłami zakonu, a obecnie maszeruje na północ od rzeki i posiada nieokreślony krasnoludzki artefakt, co może być dobrym argumentem do tego, aby zjednać sobie krasnoludzką armię przeciw niemu. Nie uważam tego jeszcze za zagrożenie wymagające zmiany pierwszego celu kampanii, lecz zlekceważenie Zaminskiego byłoby równie nierozsądne jak podporządkowanie całego planu niesprawdzonej plotce. Należy obserwować jego siły, ustalić naturę artefaktu i sprawdzić, czy oblężenie jest rzeczywistym działaniem wojennym, czy wygodnym pretekstem oportunisty unikającego marszu na Vodenitsko. Kończymy dzień z podpisanym kontraktem, własną kompanią liczącą sto osiemdziesiąt dziewięć głów i planem odsieczy, ale także z paniczem Erykiem uwięzionym w Grudicach, ranną panią Sokolov oraz sojuszem, którego trwałość zależy od zachowania pozorów wspólnego celu. Jest to bilans korzystny: wojny nie wygrywa się bowiem bez ryzyka, lecz przez dopilnowanie, aby każde podjęte ryzyko przyniosło więcej możliwości, niż ich odebrało. Polityka wyznacza cel, strategia wybiera drogę, a etyka określa cenę, której nie wolno płacić bez rzeczywistej konieczności. Dowódca przywiązany do czystych zasad bardziej niż do życia podległych mu ludzi może zachować nieskazitelne sumienie, lecz najczęściej pozostawia po sobie jedynie szlachetnie uzasadnioną klęskę. Z kolei człowiek całkowicie pozbawiony zasad prędzej czy później niszczy zaufanie, bez którego nie utrzyma żadnego sojuszu ani armii. Dlatego fortel, zatajenie prawdy czy groźba są dopuszczalne wtedy, gdy przybliżają osiągalny cel i zapobiegają większemu rozlewowi krwi, nie zaś gdy służą próżności albo okrucieństwu. Prawdziwą miarą odpowiedzialności nie jest bowiem pytanie, czy nasze ręce pozostały czyste, lecz czy zabrudziliśmy je tylko na tyle, na ile wymagało ocalenie tych, których powierzono naszej pieczy. Wobec moich dotychczasowych działań nie mam zastrzeżeń, lecz w razie czego gotowy jestem na osąd, co też niniejszym uczciwie raportuję.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-09-06, 23:45   

5 Arros 380 OZE, Grudice
Na poranek tego dnia rozkazałem zebrać się mojej krasnoludzkiej armii w zasięgu widoku z wieży warownej, tuż przy podejściu do osady. Widok zbierających się krasnoludów na pewno spowodował dużo pytań po stronie zamkniętych w Grudicach ludzi, co musiało być potęgowane pamięcią niedawnego pożaru, ale zajęcie Grudic rozpocząłem materialnie de facto od przygotowania znaku pokojowych zamiarów. Ponieważ nie dysponowaliśmy właściwą chorągwią parlamentariusza, utrzymałem w ręku swą białą płócienną chustę do nosa z haftowaną falbanką. Rozwiązanie może niegodne reprezentanta magistratu, który winien być wyposażony w biały sztandar z nakreślonym gołębiem, lecz całkowicie zgodne z prawem wojennym i dostatecznie czytelne dla kuszników na palisadzie. Uznałem, że wykorzystam do szantażu walor poległego Kovacevicza, którego zbroję przywdziałem, a twarz ukryłem w hełmie. Zbroja ta mi nie leży, lecz leży, lecz wypchanie pustych miejsc po prymitywnej muskulaturze pokonanego zbrodniarza za pomocą dodatkowych ubrań zapewnia dostateczne maskowanie mojej sylwetki. Dyplomację ocenia się jednak po skutkach, nie po godności użytych rekwizytów. Pod palisadą przedstawiłem się fałszywym mianem Kovacevicza, obniżyłem głos i oświadczyłem jednookiemu obrońcy imieniem Vangel, że dotychczasowy pan – Górski Gałgan - nie żyje, a włości należy przekazać prawnemu dziedzicowi – Radko Izoplaniskiemu. Mistyfikację wspierała stojąca w pobliżu kompania niemal dwustu uzbrojonych krasnoludów, dlatego Vangel musiał rozważyć nie tylko wiarygodność moich słów, ale również cenę ich zakwestionowania. Fortel zadziałał, gdyż z grodu wypuszczono Radka Izaplaniskiego, który wyglądał bardzo mizernie. Radko natychmiast oskarżył starszego brata o zdradę stanu, a wobec jawnej słabości załogi Grudice przeszły pod jego zwierzchnictwo bez szturmu i rozlewu krwi. Zwycięstwo osiągnięte groźbą siły jest równie rzeczywiste jak zwycięstwo odniesione mieczem, a znacznie tańsze dla obu stron. Radko Izoplaninski obarczył odpowiedzialnością za rokosz trzech prowodyrów, których nazwał Stiepanem, Igorem i Scath. Podane przez niego opisy wskazywały jednak na Anhelma, Konkordiusza i Cela, o których dowiedziałem od Cealacha – elfa poznanego w Grudicach, członka Ordo Eterni Belli, który akurat otrzymał misję pojmania tych osobników. Wymaga to dalszego sprawdzenia, ponieważ imiona mogą być fałszywe, a zeznania człowieka dopiero co wydobytego z lochu nie zawsze są wolne od gniewu i wyolbrzymień. Radko Izoplaninski twierdził także, że cała trójka upiła Slobodana, następnie wrzuciła go do wychodka, gdzie syn Patriarchy skręcił kark. Rozmówiłem się z oswobodzonym paniczem Erykiem Gavrinichem, którego pozwoliłem wykupić za sześćdziesiąt denarów, z czego dwadzieścia denarów otrzymałem w monecie, a czterdzieści denarów w wekslu z terminem na 5 Arros 381 OZE, który podpisał Radko Izoplaninski oraz żyrowała jego żona Antonella. Przybył po tym Meyer wraz ze swymi przybocznymi, który był niezwykle rad z tego, że Grudice otworzyły swe bramy przed nim i jego ziomkami. Doszło do pierwszych negocjacji zasad pokojowego współistnienia między Grudicami a Skraningen, czemu walor nadała zwierzchność Miasta Vodenistska, które w mojej osobie było rejentem pierwszych ustaleń. Uzgodnili oni swobodny i bezcłowy handel, możliwość swobodnego spływu rzeką z prawem zatrzymywania się w Grudicach, pokojowe rozstrzyganie sporów przez powołaną wspólną komisję i ukaranie odpowiedzialnego za zniszczenie sioła Evrona. Wypisałem do tego dokument, który opieczętowany otrzymała każda ze stron, a jeden egzemplarz zachowałem dla Miasta Vodenistska, którego pieczęć jako gwaranta znalazła się na dokumencie (vide załącznik nr 1). Wspomnę tylko, że to pierwszy dokument ramowy w sprawie, a kolejne ustalenia będą uczynione, gdy zgliszcza dogasną. Niemniej uważam to za sukces negocjacyjny.
Przed rozpoczęciem narady wojennej wprowadziłem na obrady Cealacha z Zakonu Wiecznej Walki jako obserwatora, lecz Hilda chciała rozmówić się z zakonnikiem bez udziału całej rady. Sojusz nie staje się mocniejszy od ukrywania sporów, lecz od zamykania ich w miejscu, w którym można nad nimi zapanować. Wybór dowódców przebiegł spokojnie w przypadku Halldora, Geldry i Eskilla, natomiast ostatnie stanowisko wywołało spór. Wybór był między Tordem Dwa Topory Tollakssonnem, Ynyvarem „Jedynakiem” Egilssonnem, a Kjellem „Negocjatorem” Svejnssonnem. W pierwszej turze trzy głosy otrzymał Tord, trzy Ynyvar, a ja oraz pan Żelazny oddaliśmy głosy na Kjella, po czym zgodnie z regułą oznajmiłem, że odpadł on z głosowania. Następnie zapytany o przeniesienie głosu pan Żelazny wybrał Torda „Dwa Tobory” Tollakssonna, co również poparłem, przez co w drugiej turze otrzymał on pięć głosów. Wybrałem go nie dlatego, że uznałem go za lepszego taktyka, lecz dlatego, że stała za nim większość liczebna po stronie dvergów. Rada dowódców musi odzwierciedlać nie tylko kompetencje, ale także układ sił w kompanii, a pominięcie wpływowego przywódcy Kościanych Koszul mogłoby uczynić z całego oddziału Tamira osobną armię maszerującą obok naszej. Lawinowcy przyjęli wybór z rozczarowaniem. Była to cena politycznej równowagi, choć późniejsze wydarzenia w Dubanie wykazały, że popularność wśród wojowników i zdolność sprawowania nad nimi rzeczywistej kontroli nie zawsze oznaczają to samo. Panu Żelaznemu powierzyłem oddział złożony z dziewięciu skazanych uczestników puczu z klanu Szarych Kapturów, krasnoluda Ivo oraz czterech ludzi z Grudic: Vangela, Luca, Velimira i Krunoslava. Była to grupa niejednolita, obciążona winą i pozbawiona wspólnego doświadczenia, a więc znacznie trudniejsza do prowadzenia niż regularna drużyna, lecz jak już to wskazałem w raporcie z dnia poprzedniego – ma to być egzamin z dojrzałości pana Żelaznego. Nadmienię w tym miejscu, że ludzie z Grudic zostali przeze mnie zwerbowani za żołd w wysokości jednego denara na miesiąc lub dwóch denarów na miesiąc, gdy będą służyć jako jazda.

Kompania, licząca sto osiemdziesiąt dziewięć głów, wyruszyła następnie na północny wschód ku Karlovemu Mostowi. Przed zachodem słońca dotarliśmy do Dubanu, wsi położonej na ziemiach wrogiego rodu Variellów. Wydałem rozkaz rekwizycji dziewięciu dziesiątych zapasów na potrzeby kompanii, jednocześnie bezwzględnie zakazując zabijania mieszkańców, gwałtów, rozbojów i niszczenia dobytku niezwiązanego z aprowizacją. Rozkaz był surowy, lecz konieczny: armia bez żywności przestaje słuchać dowódców, a po kilku dniach sama rozpoczyna grabież, której nie można już ująć w żadne ramy. Oddział pana Żelaznego i pani Hildy przeprowadził zajęcie dóbr sprawnie i bezkrwawo, otaczając wyznaczony obszar oraz odpędzając najbardziej gwałtownych chłopów bez użycia śmiercionośnej siły. Można było zatem wykonać moje polecenie dokładnie tak, jak zostało wydane. Katastrofa rozpoczęła się wraz z wejściem do wsi tylnej części kolumny. Kościane Koszule pod wodzą Tamira i Torda całkowicie zignorowały rozkazy: górale zaczęli mordować bezbronnych mieszkańców, gwałcić kobiety, rabować domostwa i wzniecać pożary. Widząc szansę na łupy w ich ślady poszli pozostali dvergowie. Wydałem rozkaz panu Żelaznemu, aby przemówił Tordowi do rozumu, lecz nie był on w stanie wykonać tego rozkazu, podobnie jak pani Sokolov, która również próbowała wesprzeć pana Żelaznego. Gdybym w tym momencie sam próbował wydawać rozkazy, to zostałyby one zignorowane, a sam straciłbym reputację, gdyż po pierwszej odmowie łatwiej dowódcy dalej odmawiać. Pani Sokolov oczywiście obarczyła mnie odpowiedzialnością za masakrę, chociaż nie wskazała co można było realnie uczynić, aby ją powstrzymać. Poleciłem bezwzględnie pozostawić mieszkańcom jedną dziesiątą zgromadzonych zapasów, lecz nawet w chwili wydawania tego rozkazu wiedziałem, że żywność nie zwróci zabitych, nie odbuduje spalonych domów i nie oczyści honoru kompanii. W załączniku do tej części raportu, vide załącznik nr 2 dokładnie rozpisałem straty we wsi Duban, które podlegają odszkodowaniu, a które to odszkodowanie winno zostać potrącone z żołdu dla Torda, Tamira, lecz wola w tym zakresie, jako rzeczy, która nie podlega unormowaniu przez Umowę, winna zapaść po stronie Miasta Vodenitsko, w ramach opracowanego pokoju wieczystego po wojnie.

Nie przyjmuję twierdzenia, że rozkazałem dokonać masakry: polecenia były jednoznaczne, a postępowanie niektórych oddziałów wskazuje, że można je było wykonać rozkaz bez rozlewu krwi. Jako dowódca polityczny muszę jednak przyjąć do wiadomości, że sam zakaz nie ma żadnej wartości, jeśli brakuje siły gotowej natychmiast ukarać jego złamanie. Wybrałem za panem Żelaznym, górala Torda, ponieważ potrzebowałem osoby zdolnej przemawiać do innych górali, lecz w Dubanie okazało się, że potrafił on rozpalić ich zapał, a nie powściągnąć najgorsze instynkty. Strategia nie kończy się na wskazaniu celu marszu i zapewnieniu racji, lecz obejmuje również przewidywanie, kim staną się żołnierze, gdy poczują przewagę nad bezbronnymi. Jeżeli nie wyciągniemy z tej zbrodni konsekwencji, pod Karlovym Mostem nie poprowadzę już armii Vodenitska, lecz uzbrojony tłum, którego każde zwycięstwo przysporzy Miastu więcej wrogów niż pokonanych. Niestety z uwagi na bardzo skromne siły, nie jestem w stanie obecnie pozwolić sobie na przykładne rozwiązanie kontraktu w części, w której w armii pozostaje Tord. W tym momencie rodzi się we mnie przekonanie, że z takimi scenami będę musiał się po prostu oswoić i niech Asterion ma mnie w swej opiece.

Z pozytywnych rzeczy, które mimo wszystko się powiodły, to należy wskazać, że aprowizacja okazała się tutaj bardzo udana. Szczegółowe wskazanie zasobów stanowi załącznik numer 2 do niniejszego raportu (vide załącznik 2), w którym również opisano straty niepotrzebne po stronie Duban. Zapasy, które zdobyliśmy wystarczą jednak na wiele dni, więc przynajmniej pod tym względem należy być usatysfakcjonowanym. Jutro będę musiał podczas zebrania Rady Wojennej opowiedzieć o zasadach humanitaryzmu na wojnie, więc wstępnie zaznaczam, że prawo humanitarne nie traci sensu tylko dlatego, że konflikt ma charakter prymitywny, prowadzony jest przez klany, pospolite ruszenie i najemników, a nad walczącymi nie stoi żaden wspólny trybunał zdolny natychmiast wyegzekwować wyrok. Przeciwnie, właśnie w takich warunkach zasady odróżniające wojownika od bezbronnego, rekwizycję od grabieży, konieczność wojenną od okrucieństwa oraz jeńca od przedmiotu zemsty stają się ostatnią zaporą przed przemianą armii w bandę rozbójników. Ich przestrzeganie zachowuje ludność, zapasy i drogi potrzebne później zwycięzcy, ogranicza pragnienie odwetu, ułatwia kapitulację przeciwnika i pozwala oczekiwać podobnego traktowania własnych rannych oraz pojmanych. Brak sędziego nie unieważnia prawa, lecz przenosi ciężar jego wykonania na dowódców, którzy muszą zapisywać rozkazy, wskazywać winnych i potrącać odszkodowania, choćby pełna kara mogła zostać wymierzona dopiero po wojnie. Prawo humanitarne nie jest zatem ozdobą cywilizowanego konfliktu — gdyż konfliktów prawdziwie cywilizowanych nie ma — lecz praktycznym sposobem, aby po zakończeniu walk pozostało jeszcze coś, czym można rządzić, coś, co można odbudować, i ludzie zdolni uwierzyć w zawarty pokój.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-09-06, 23:46   

6 Arros 380 OZE, Lindermar
Rozpocząłem dzień w Grudicach od zwołanej Rady Wojennej i wyjaśnienia pewnych istotnych kwestii, a mianowicie różnicy między łupieniem, a aprowizacją. Piastun Eskil wyjaśnił, że piastun Kościanych Koszul był zbyt stary, aby wyruszyć z klanem, a przed wyprawą nie zdążył wykształcić następcy. Pozbawieni duchowego autorytetu górale zaczęli zastępować nakazy Ojca własnymi żądzami i pamięcią dawnych krzywd. Problem Kościanych Koszul nie polega zatem wyłącznie na braku dyscypliny wojskowej, gdyż jest to próżnia władzy duchowej, której nie da się wypełnić kolejnym rozkazem marszu. Człowiek może zmusić żołnierza, aby pozostał w szeregu, lecz nie rozkazuje mu, w co ma wierzyć, kiedy stanie przed bezbronnym przeciwnikiem. Wątpię, że moje słowa lub nakazy piastuna zostaną wysłuchane, lecz nie można mi zarzucić, że milczałem. Kościane Koszule odpowiedziały wrzawą: powoływały się na traktat, żądały obiecanych łupów i przedstawiały rzeź jako zadośćuczynienie za dawne krzywdy.

Wyruszyliśmy na północ, lecz niebawem po wymarszu strażnicy, przyprowadzili schwytanego elfa imieniem Ardgal. Przybysz okazał się posłańcem z obleganej warowni Mocvary, położonej na północnym brzegu rzeki Sivy. Obrońcy dostrzegli dym unoszący się nad Dubanem i rozpoznali, że maszerująca kompania służy Vodenitsku, dlatego Ardgal błagał o odsiecz w imieniu możnowładcy Jabucznego. Jego pan jest ciężko chory, zapasy w Mocvarach dobiegają końca, a głowa rodu Variell utrzymuje pod murami od czterdziestu do pięćdziesięciu wojowników. Posłaniec wspomniał ponadto, że oblegających nękały niewielkie krasnoludzkie podjazdy. Wszystko wskazuje na to, że byli to uciekinierzy Evrona, co czyniło wyprawę kuszącą zarówno politycznie, jak i z punktu widzenia obowiązków naszego oddziału karnego. Zwołałem drugą Radę Wojenną, aby rozstrzygnąć, czy kompania ma stracić co najmniej dobę na przeprawę przez Sivę i próbę zdjęcia oblężenia Mocvar. Pan Żelazny oraz Eskill opowiedzieli się za natychmiastową interwencją; widzieli w niej możliwość uratowania twierdzy i dopadnięcia Evrona. Ziv zagłosował przeciw, podobnie jak Tamir, Halldor, Gerda oraz Tord. Hilda wstrzymała się od głosu. Gdy wynik stał się przesądzony, przerwałem dalsze głosowanie zgodnie z zasadą rycerską i oznajmiłem Ardgalowi, że rada odrzuca jego prośbę, a armia będzie kontynuowała marsz na Karlovy Most. Decyzję uzasadniały brak wystarczającej liczby łodzi, gdyż mamy ledwo osiem łódek, ryzyko przeprawy i ryzyko otoczenia między siłami oblegającymi Dunmarę, Mocvarę i załogą Karlovego Mostu, która jest nam nieznana z liczby. Ratowanie każdej zagrożonej warowni z osobna rozproszyłoby armię, a szybkie opanowanie przeprawy może umożliwić udzielenie pomocy wszystkim. Ardgal nie przyjął odmowy i nadal błagał o ratunek. Nakazałem przynieść żywą kurę, którą przekazałem posłowi wraz z obietnicą, że po zdobyciu Karlovego Mostu odsiecz dotrze do Mocvar w ciągu dziesięciu dni. Gest miał znaczenie praktyczne i symboliczne: ptak stanowił zapas na drogę, a zarazem widzialny zadatek pomocy, której w tej chwili nie mogliśmy udzielić. Ardgal był obruszony i rzucił się na mnie. Pan Żelazny natychmiast zasłonił mnie własnym ciałem, po czym uderzeniem opancerzonej pięści złamał elfowi nos i pozbawił go przytomności. Po incydencie poleciłem zwinąć obóz i wznowić marsz.
Skutki masakry w Dubanie wyprzedzały naszą kolumnę. Reitch zastaliśmy całkowicie opuszczone: mieszkańcy wywieźli zapasy i dobytek, uciekając na drugi brzeg rzeki przed nadciągającymi krasnoludami. Lindermar również świecił pustkami. Strach chłopów pozbawił nas możliwości zdobycia żywności, zebrania wiadomości i pozostawienia przyjaznego zaplecza, a więc w ciągu jednej nocy Kościane Koszule uczyniły przeciwnikiem całą dolinę.

postscriptum 7 Arros 380 OZE, Lindermar
Nie byłem w stanie dokończyć raportu wczorajszego dnia, gdyż padłem wskutek stresu i zmęczenia. Należy jednak wskazać pewne istotne rzeczy, które do tego doprowadziły.
Krasnoludowie rozpoczęli w miejscowości Lindermar ćwiczenia, a ja w ich trakcie wyruszyłem konno na rozpoznanie Karlovego Mostu wraz z panią Sokolov i panem Quinnem „Złamaną Tarczą”. Dotarliśmy na miejsce i okazało się, że Karlovy Most ma pełną załogę oraz żadnych widocznych zniszczeń od strony wschodniej i południowej. Nie widziałem możliwości wejścia do warowni szturmem, który kosztowałby mnie dziesiątki rannych i wyłączenie armii na kolejny miesiąc. Od południa i południowego wschodu zaszło nas siedmiu nieprzyjacielskich jeźdźców. Pani Sokolov była osłabiona, nie chciała podejmować walki, a w chwili odwrotu wyszło na jaw, że pani Sokolov właściwie nie umie jeździć konno. Paradne i konieczne do ujęcia w tymże raporcie. Nie było czasu na ocenianie tej osobliwej kwalifikacji zwiadowcy, dlatego zarządziłem rozdzielenie grupy. Skierowałem panią Sokolov ku Karlovemu Mostowi, licząc, że jeżeli napastnicy przybyli spod oblężonej Dimitrovej Volji, uznają panią Sokolov za osobę uciekającą ku własnej załodze i ujawnią swoje pochodzenie, a przynajmniej dadzą jej czas na wykaraskanie się z opersji. Sam wraz z panem Quinnem ruszyłem na wschód. Czterech jeźdźców podjęło pościg za nami, natomiast trzech skierowało się za panią Sokolov.
Przy przeprawie przez rzekę mój koń poślizgnął się i runąłem do wody. W chwili, gdy przeciwnicy niemal nas dopadli, pojawił się Ivan Kovacevich i stanął w naszej obronie, zabijając dwóch napastników. Muszę przy tym uczciwie zaznaczyć, że liczba przeciwników, których pamiętam jako bezpośrednio ścigających nas przy przeprawie, nie zgadza się z bilansem walki. Nie potrafię stwierdzić, czy do starcia dołączyli kolejni jeźdźcy, czy też wskutek upadku, zimnej wody i zamieszania błędnie oceniłem liczebność pościgu. Przypuszczenie jakobym sam odebrał komuś życie, skreślam z raportu jako niepewne i wynikające z mętliku wspomnień, a tym bardziej nie było możliwości, aby pojawił się tam Ivan Kovacevich (skreślić). Pan Quinn wykazał się nadzwyczajnym kunsztem bojowym; według bilansu zebranego po starciu samodzielnie ubił trzech ludzi, a czwartego pojmał. Zgłaszam pana Quinna do stosownych laurów i nagrody, ponieważ bez działania pana Quinna zwiad zakończyłby się naszą śmiercią albo niewolą. Mój koń został podczas zajścia ranny, lecz szybko opatrzyłem obrażenia i nie przewiduję długotrwałych problemów z poruszaniem się zwierzęcia. Zabraliśmy trzy konie należące do napastników oraz pojmanego jeźdźca, po czym wróciliśmy do Lindermar. Pani Sokolov nie powróciła. Wszystko wskazuje na to, że trzej ludzie ścigający panią Sokolov dopadli ją w pobliżu Karlowego Mostu i że pani Sokolov znajduje się obecnie w niewoli tamtejszej załogi. Nie zamierzam pozostawić pani Sokolov w rękach przeciwnika, lecz na razie nie mam pomysłu jak ją oswobodzić.

Po naszym powrocie pan Żelazny przejął kierowanie obozem, widząc wyczerpanie moje i pana Quinna. Polecił podwoić straże, zabezpieczyć jeńca oraz utrzymać całą kompanię w gotowości. W ciemnościach zauważył samotnego konnego, który na widok straży natychmiast zawrócił. Jeźdźcy z Grudic oraz pan Quinn podjęli pościg, lecz nie zdołali schwytać obserwatora, a zbieg skierował się ku Dimitrovej Volji. Najprawdopodobniej był to zwiadowca sił prowadzących tamtejsze oblężenie, a zatem przeciwnik zna położenie naszego obozu i może przed świtem przekazać wiadomość o liczebności kompanii.
Kończyliśmy wczorajszy dzień z nieprzyjacielem świadomym naszego marszu, oblężonymi Mocvarami pozostawionymi bez natychmiastowej pomocy i panią Sokolov prawdopodobnie uwięzioną na obiekcie, który zamierzaliśmy rozpoznać przed szturmem. Jednocześnie posiadamy jeńca, trzy zdobyczne konie, coraz sprawniejszy oddział pana Żelaznego oraz potwierdzenie, że okolice Karlovego Mostu patroluje zwiad. Strategia wymaga porządkowania nieszczęść według ich znaczenia, nawet gdy każde z nich domaga się natychmiastowej odpowiedzi. Zarządziłem wymarsz, gdyż sytuacja wymaga zmiany planów.

Sytuacja strategiczna nie pozwala na bezpośredni szturm na Karlovy Most, którego pełna i nieznana liczebnie załoga korzysta z nienaruszonych umocnień, wąskiego podejścia oraz rzeki, przez co mogłaby zadawać nam straty niewspółmierne do osiągniętego skutku i wyłączyć kompanię z dalszej kampanii na wiele tygodni, z ryzykiem ataku zdjętej armii z oblężenia Dimitrovej Voliji na naszym zapleczu. Należy sprowokować przeciwnika do opuszczenia warowni i zdjęcia oblężenia armii z północy, a następnie podjęcia pościgu za rzekomo naszym słabszym oddziałem. W otwartym polu mury, blanki i przewaga wysokości przestaną mieć znaczenie, natomiast nasza kompania, licząca sto osiemdziesiąt dziewięć głów, będzie mogła rozwinąć szyk, związać nieprzyjaciela od frontu, oskrzydlić go i po pobiciu w polu odebrać obóz. Krasnoludzka piechota najlepiej wykorzysta swą zwartość i wytrzymałość właśnie w regularnym starciu w polu i dopiero po rozstrzygnięciu w bitwie należy uderzyć na osłabiony Karlovy Most, uwolnić panią Sokolov i otworzyć trwałą przeprawę ku Dúnmarze oraz Mocvarom. Stwierdziłem, że należy wysłać zaproszenie panu Variellowi, więc nakazałem spalić jego wioskę Lindermar. Ruszamy do Kosary.
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group