TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Na pograniczu światów - akt V
Autor Wiadomość
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2025-12-07, 18:40   Na pograniczu światów - akt V



Na pograniczu światów – akt V
Kroniki Eleasa, Folletrisa i Silvii





Na pograniczu światów - akt V

3 dzień Arros. Poranek.

Tego dnia było już po wszystkim. Osmalone szczątki drewnianych bierzm sterczały ku niebu niczym obgryzione do czysta kości, mieniące się w promieniach wschodzącego słońca, które za nic nie miało współczucia wobec tragedii, która się tu wydarzyła. Wręcz przeciwnie, zdwoiło siły i rozgromiło wczorajsze chmury, intensywnymi i ciepłymi snopami światła zalewając całą wioskę i okolicę.

Wioska była ograbiona, spalona, a jej mieszkańcy - przepędzeni, zbezczeszczeni, wymordowani. Kto miał szczęście, ten uciekł na bagna, do lasu czy do grodu na wzgórzu… w nadziei na to, że palisada nie zostanie sforsowana przez armię Evrona. Kto szczęścia nie miał, ten wciąż czekał na odszukanie przez rodzinę i godny pochówek - jedyne, na co można jeszcze liczyć w tym miejscu zapomnianym przez świat. Pojedyncze osoby krążyły wokół zgliszczy, szukając tego, czego obawiały się, że znajdą. Płacz i lament były jedynymi dźwiękami, które przerywały dotkliwie bodącą ciszę.

Eleas spoglądał na wioskę, powracając ze swojej wyprawy. Oglądał niewzruszonych, uzbrojonych krasnoludów oraz wycieńczonych żałobą chłopów. Widział rodziców wydobywających dzieci spod gruzów, a także dzieci szukające rodziców wśród niemożliwych do odróżnienia ciał. Widok ten złamałby każdego.

Silvia Velikova od trzech dni krążyła po Wiecznym Lesie, a ostatnie wydarzenia w Grudicach pamiętała jak przez mgłę. Nie była w stanie stwierdzić, jak dokładnie dostała się do wioski, jak udało jej się, pomimo ognia, chaosu i hordy krasnoludzkich bandytów, przemknąć do swojej chaty, a następnie z niej cało, lecz samotnie, uciec. Następne dni przeplatane były tymi wyrywkowymi, lecz intensywnymi wspomnieniami, zaburzając myśli o teraźniejszości, a co dopiero o przyszłości. Jednak mimo tego wszystkiego, z czasem myśli można było ułożyć, a ułożone myśli pozwoliły na uformowanie planu dalszego działania. Cel w tym momencie był klarowny, jednak droga do celu złożona była z wielu niezbadanych ścieżek.

W tym samym momencie, nie tak daleko od wioski Grudice, Folletris widział licznych rannych leżących pod gołym niebem, obolałych, proszących o ukojenie bólu, czy nawet z bólu się wijących, błagających o skrócenie ich mąk. Byli tam zarówno ci, którzy stanęli po stronie Meyera, jak i ci, którzy trzymali stronę Evrona. Oraz także paru chłopów: dzieci, dorośli, kobiety, starsi… nikogo los nie oszczędził. A obecnie, w obliczu śmierci, wszyscy oni i tak byli równi, nieporadni, na łasce tych, którzy mieli więcej szczęścia od nich. Podobnie było z tymi krasnoludami, którzy jako jedni z niewielu pozostawali cisi, bierni, niemal niewidoczni. Rozbrojeni, spętani, rozlokowani grupami po kątach i pilnowani. Jeńcy, którzy zreflektowali się w porę i złożyli broń. Teraz ważyły się ich dalsze losy. Ci czekali wciąż na decyzję Meyera "Niezłomnego" Omerssonna, jednak byli też tacy, których losy się już przesądziły.

Eleas wyminął Grudice, wkroczył do lasu, prosto w stronę ruin Starej Wieży. Ponownie spojrzał na nędzne, brudne, martwe ciało Borka Krwawego, powieszonego przed samym wejściem, niczym bolesne przypomnienie ku przestrodze innym, że wybory mają konsekwencje. Ciało skręcało lekko na sznurze czy to w lewo, czy to w prawo, powoli, miarowo, raz w stronę Starej Wieży, by zaś po chwili spoglądać martwymi oczami bardziej w stronę samego lasu, jakby nawet po śmierci trudno mu było się zdecydować, którą stronę obrać.

Folletris zauważył Eleasa, a Eleas dostrzegł Folletrisa. Od czasu straty Anhelma pozostali sami w tym wrogim świecie… acz to właśnie Anhelm był tym spoiwem drużyny, mając z Eleasem wieloletnią znajomość, a z Folletrisem zbliżone usposobienie. Jednak w tym momencie jednoczył ich przede wszystkim wspólny cel. A gdy cel się wypełni? Co będzie dalej z tą dwójką bohaterów? Jaka będzie ich przyszłość i czy będzie ona pisana tym samym piórem?

Spotkali się więc, otoczeni ruinami zamku, rozstawionymi namiotami polowymi, wozami, całym sprzętem, który dało się uratować przed ogniem, i przede wszystkim rannymi, licznymi rannymi, a także felczerami oraz zbrojną ochroną. Sama wieża stanęła w płomieniach i zawaliła się, podobnie jak jej drewniane przybudówki, składziki i stajnia, ale zewnętrzne mury wciąż stały silne, niewzruszone, dając ochronę wszystkim, którzy znaleźli się w środku, a jedyna brama zewnętrzna, pilnowana przez dwóch czujnych krasnoludów, wyglądała na pozostającą w ciągłej gotowości do nagłego zamknięcia, jakby w każdym momencie z lasu miał wyłonić się wrogi sztandar i legion zbrojnych. Póki co jednak nic takiego nie nastąpiło. A Silvia mogła się tylko przyglądać z oddali, z ukrycia. Widziała, jak grupa krasnoludzkich zbrojnych zaprowadziła chłopa do środka. Widziała wiszącego na drzewie trupa krasnoluda, powieszonego tak, by nikt przypadkiem go nie ominął wzrokiem. A po chwili widziała również pewnego elfa, którego skądś kojarzyła, i który żwawo i samotnie wyłonił się zza gęstwiny, by zaraz po chwili przejść przez bramę i znów się schować, tym razem wewnątrz murów leśnej rezydencji, witany przez strażników jakby był jednym z nich…
  
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-01-20, 19:13   

Cytat:
Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie.


Friedrich Nietzsche


Wspomnienia Eleasa
Na pograniczu światów – akt V


3 dzień Arros


Samotny elf wyłonił się z lasu przy brzegu rzeki Siva. Miał na sobie płaszcz maskujący, a na plecach łuk kompozytowy. Jego pozbawione wyrazu puste spojrzenie uważnie śledziło grunt. Zwał się Eleas, choć przybierał też inne miana, za czyny których dopuścił się w przeszłości. Dobre... Złe... Szalone... Nie miało to znaczenia był wyrzutkiem, banitą. Ostatnie dni były naprawdę ciężkie. Jego przyjaciel Anhelm odebrał sobie brutalnie życie, nie mogąc znieść dłużej prześladujących go wizji i głosów. Coś w tedy pękło w mężczyźnie. Świat utracił swoje barwy. Nic już nie było takie same... Wszechogarniająca pustka. Do tej pory łudził się, że jakoś to będzie. Wszystko zaczynało się sypać. Nie było nawet czasu porządnie opłakiwać towarzysza, gdyż należało powstrzymać zbuntowanego Evrona i jego zauszników, którzy poddali się bluźnierczemu wypaczającemu rytuałowi. Od kilku dni wraz z krasnoludzkimi sojusznikami wiernymi tradycyjnym wartościom ścierał się z buntownikami, by w końcu zadać im decydującą klęskę w bitwie o Starą Wieżę. Evron jednak umknął wraz z kilkoma zaufanymi. Łowca podążał ich tropem aż tu. Okute krasnoludzkie buty zostawiały wyraźnie ślady na ziemi. To nie mogło być jednak tak proste. Trop urywał się na rzece. Głębokie wydrążone ślady w przybrzeżnym mule świadczyły, że uciekinierzy wsiedli do łodzi, a w którą stronę popłynęli elf nie był wstanie wyczytać ze śladów. Wśród mułów Eleas dostrzegł coś jeszcze naprędce zgubioną podczas ucieczki sakiewkę. Musiała należeć kogoś ważnego, gdyż znajdowało się w niej parę nieociosanych rubinów, kilka monet, kwarcowe kości do gry i kartka z notatką, której niestety nie dało się odczytać z powodu namoknięcia. Na szczęście jego towarzysz Paweł posiadał magiczny sztylet, którego moc pozwalała ujrzeć przeszłość wszelakich przedmiotów. Z jego pomocą może odkryją, dokąd uciekł Evron. Łowca zawrócił do lasu idąc w stronę Starej Wieży, gdzie stacjonowały siły klanu Szarych Kapturów.
***

Wracając elf minął Grudzice, ale raczej to co z nich zostało. Armia Evrona przemaszerowała przez wioskę, splądrowała ją i spaliła. Niewiele się ostało poza zgliszczami. Chłopi, którzy zdołali uciec, teraz ratowali co się dało i lamentując grzebali tych co nie mieli tyle szczęścia. Mężczyzna patrzył na to wszystko obojętnym wzrokiem. Tyle śmierci i zniszczeń, a on nie czuł nic. Jakby to wszystko było snem, ułudom, a nie przerażającą rzeczywistością. Czy klątwa krwawych elfów ciążąca za nim za grzechy rodziców obracała jego serce w twardy głaz? Wszystko na to wskazywało...

Warowny gród na wzgórzu zdawał się nietknięty. W desperacji z Pawłem starał się ostrzec jego mieszkańców przed oddziałami Evrona. Nie dali im wiary. Nie po tym czego się dopuścili. To zdawało się tak dawno, a minęło raptem parę dni. Anhelm w przypływie szaleństwa zabił zarządcę grodu, a Eleas zbyt pijany nie zrobił nic, by go zatrzymać, a nawet mu pomógł wrzucić ciało do wychodka. Te zdarzenie mocno ciążyły mężczyźnie. Śmierć Slobodana była całkowicie niepotrzebna i bezsensowna. Zupełnie nic na tym nie zyskali poza kłopotami. Omal ich w tedy nie schwytano, gdy przyszli z wieściami, a sądząc po zniszczeniach, ich ostrzeżenie zostało zignorowane. Tak już był urządzony świat kręcący się wokół możnowładców i szlachty za nic mając los zwykłych mieszkańców...

***

W końcu łowca dotarł do Starej Wieży, a raczej do ich ruin, bo wyniku gwałtownych starć obróciła się pył. Po drodze do niej na sznurze dyndał krasnolud Borko Krwawy, ku przestrodze dla innych, że każdy czyn przyjdzie kiedyś zapłacić. Borko należał niegdyś do niesławnej bandy Siwogębego, nieświadomie brał udział w machinacjach brata Evrona, które doprowadziły do puchu. Ostatecznie niczego się nie nauczył i dołączył do buntowników, choć odmówił udziału w bluźnierstwie. Podczas walk poddał się i błagał o litość. Jego los był obojętny zarówno Eleasowi jak i Pawłowi. W końcu został skazany na powieszenie. Mężczyzna przystanął i wlepił puste spojrzenie w rozhuśtane na wietrze ciało. Czy to los pisany też jemu? Podczas ich ostatniego spotkania Konkordia zapowiedziała, że zawiśnie za swe zbrodnie. Jaka była jego wina? Zabijał owszem, ale ratował ukochaną Shea po tym jak banda Kovačevića brutalnie ją pohańbiła. To nie miało jednak znaczenia, Shea stała się własnością szlachcica i tylko to miało się liczyć. Obiecana pomoc od Konkordii, okazała się rozdzieleniem kochanków i wydaniem na szafot. Gdy nie Paweł i Anhelm teraz zapewne sam by dyndał jak teraz Borko. Czy nie taka sama sytuacja miała miejsce po wydarzeniach na Karlowym Moście? W tedy z Anhelmem zatrzymali jednego z wielkich możnowładców, który chciał siłą przejść prze most nie płacąc myta. Kogoś ten bandycki akt interesował? Nie, liczyło się tylko to, że ośmieli się podnieść rękę na szlachcica. Wiedział, że zrobił słusznie, ale dla swoich krajanów był przestępcą, wyrzutkiem, banitą... Nawet jeśli powstrzymają Evrona nic to zmieni... W Erxen był zbrodniarzem. Nie czuł strachu czy lęku... Był po prostu zmęczony. Miał dość ukrywania się i uciekania. Chciał, by to się po prostu skończyło...

***

W murach Starej Wieży krasnoludy z klanu Szarych Kapturów pod wodzą Meyera “Niezłomnego” Omerssonna rozbiły swój obóz i stąd prowadziły pościg za niedobitkami sił Evrona po okolicznych lasach. W prowizorycznym obozie pomagano rannym i udzielono wsparcia uchodźcą, którzy przetrwali atak siepaczy Evrona. Pośród nich czekał Paweł, którego w końcu odnalazł Eleas. Paweł był obecnie jedyną osobą, z którą elf mógł swobodnie porozmawiać. Obaj mężczyźni dzieli los wygnańców, choć pasowali do siebie jak pięść do oka, jednak tylko na sobie mogli w pełni polegać. Ich współpraca oparta była na pragmatyzmie i konieczności. Paweł był o wiele bardziej związany z Anhelmem. Człowiek często przyklaskiwał i brał udział w szalonych pomysłach półelfa. Paweł jednak nie był szalony, na pewno nie w ten sam sposób co Anhelm. Umysł tego skrytego za tajemnicami człowieka działał klarownie, choć w odmienny sposób niż większości erxeńczyków. Tym bardziej niepokojące były dla elfa jego mroczne i niecodzienne pomysły. Samobójstwo Anhelma mocno wpłynęło też na Pawła. Jeszcze przed tym tragicznym wydarzeniem Eleas nie pojmował ani nie rozumiał człowieka, a teraz dystans między nimi stawał się jeszcze większy. Zwłaszcza, gdy wszystko dla elfa zdawało się być jakby za wielką szybą. Nie chcąc poruszać trudnych tematów, łowca skupił się na zadaniu. Moc sztyletu znów okazała się użyteczna. Paweł odkrył, że sakiewka należała do samego Evrona i zdołał rozszyfrować część notatki - “Miej tę kartkę zawsze przy sobie”. Nie dało im to najważniejszej informacji, ale dało cenną wskazówkę. Nie mogli jednak rozmawiać dłużej swobodnie. Od dłuższego czasu młoda elfka bacznie im się przyglądała. Nie mogli tak tego zostawić...

***

Młoda dziewczyna okazała się nie jaką Silvia Velikova z okolic Grudzic. Młoda elfka była nader urodziwa, nawet Eleas musiał to przyznać choć, takie rzeczy zupełnie nie były mu w głowie. Po bliższym przypatrzeniu się, ostrzejsze rysy i delikatne zaokrąglenie na uszach świadczyły, że jednak nie w pełni była elfem. Była mieszańcem, a domieszka krwi elfów mocno się odznaczała. Na Pawła jej uroda też zadziała i starał się robić do niej afekty z mizernym skutkiem jak zwykle z resztą. Sprawy się skomplikowały, gdy Silvia stwierdziła, że ich szuka i chce pomówić w ustronnym miejscu. Sądząc po jej praktycznym stroju i dopasowanej skórzni też była łowcą. Nosiła przy sobie dziwną broń, naręczne ostrza przypominające pazury bestii. Przez całe swoje długie życie Eleas nie widział nigdy czegoś podobnego. To było mocno frapujące... Kobieta zaproponowała las jako neutralne miejsce. Paweł nie był przekonany, podejrzewał pułapkę. Elf czuł się doskonale w lesie, sam wolałby tam rozmawiać. Był tak pewny swoich zdolności, że przystał na to i uspokoił towarzysza. Niewielu jest w stanie podkraść się do niego w lesie....

Opuścili ruiny Starej Wieży i ruszyli leśną ścieżką. Pawła rozpalała energia, przechodząc ścinał toporkiem młode drzewka. Eleas nie reagował, przywykł już do dziwactw towarzysza i stały mu się obojętne jak reszta świata. Za to Sylvia wyglądała na zaskoczoną i mocno tym zmieszaną, nie doczekała się sensownego wyjaśnienia. Dziewczyna zaprowadziła ich do miejsca, gdzie kiedyś pili z Predragiem. Mieli w tedy zdecydowanie mniej trosk, a radość wciąż gościła wśród nich. Przede wszystkim byli w tedy jeszcze z Anhelmem. Czy to był przypadek, a może zrządzenie losu? Tylko bogowie znali odpowiedź na to pytanie... Wspomnienia wróciły też najwyraźniej do Pawła, bo zaproponował kolejkę. Początkowo Eleas się wzbraniał, pamiętając co się stało, gdy za dużo wypił w grodzie, ale nie mógł odmówić salutu za zmarłego przyjaciela. Sylvia zaś nie miała ochoty na alkohol.

Dziewczyna w końcu wyjawiła im swoją historię. Wraz matką mieszkała w okolicach Grudzic, aż nastąpił moment ataku. Siepacze Evrona zarżnęli jej matkę i spalili dom. Ku własnemu przerażeniu Eleas słuchał tego bez żadnych emocji. Powinien coś czuć smutek, współczucie, chociaż gniew... Nic zupełnie nic. Tylko pustka. Jakby słuchał obwieszczenia poborcy podatków i przyjął po prostu je do wiadomości. Sylvia wyjawiła, że zabiła sprawcę tej tragedii. Jeśli to prawda było to imponujące, zwłaszcza w przypadku tak drobnej i niepozornej dziewoi. Elf boleśnie się przekonał jak ciężko zabić zmutowanego krasnoluda, nawet z zaskoczenia. Półelfka chyba nie była tak zwyczajną osobą jak można było sądzić na pierwszy rzut oka. Sylvia przyznała, że chce dopaść Evrona dla zemsty. Kolejne wyznanie było szokujące, ale chyba nie aż tak jak oczekiwała dziewczyna. Wyjawiła im, że Duchy Lasu zsyłają jej wizje przyszłości, a w jednej z nich ujrzała ich stających do walki z znienawidzonym Evronem. To właśnie przez tą wizję ich odszukała i postanowiła do nich dołączyć. Ku jej zdziwieniu dwójka przybyszów nie wyśmiała jej tylko przyjęła to wyjaśnienie jak dobrą monetę. Po tym co widzieli w sercu Wiecznego Lasu oraz jak wielokrotnie doświadczyli wieszczych wizji Anhelma – nie mieli powodu wątpić. Eleas zastanawiał się czy Duchy Lasu nie sprowadzili jej do nich celowo. To nie mógł być przypadek... Przełamawszy początkową nieufność zgodzili się na współpracę. W trójkę mieli wspólny cel - dopaść Evrona. Banici wyznali dziewczynie czemu to robią, byli świadkami licznych zbrodni krasnoluda, a ich przyjaciel Anhelm, który targnął się na swoje życie pragnął nader wszystko go powstrzymać. To była swoista próba uhonorowania towarzysza i dokończenia jego dzieła. Sylvia zwierzyła się im, że miała też inną wizję o tym jak krępe istoty, na których czele stał osobnik ze świecą zbroją dzierżący młot dwuręczny, napadły na wioskę wysokich i wysmukłych istot. Jeśli dobrze odczytali znaki Evron zaatakuje kolejną wioskę najprawdopodobniej elfów. Niestety nie mieli żadnego punktu odniesie, gdzie nastąpi atak, poza tym, że było to gdzieś w górzystych terenach. Nie mogli tracić czasu... Łowca podzielił też swoimi spostrzeżeniami znad rzeki z półelfką. Sylvia zaskoczyła ich prosząc o możliwość obejrzenia sakiewki oraz nakazała im się obrócić. Spełnili jej nietypowe żądanie. Czułe uszy elfa wychwyciły, jak pociąga nosem jakby węszyła. To zdecydowanie było najdziwniejsze co tego dnia doświadczył. Niewiedział co o tym sądzić. Sylvia skrywała więcej sekretów niż z początku sądził. Pasowała do ich dziwacznej kompanii. Paweł wychwycił również jej dziwne podobieństwo do Anhelma i zapytał ją bez ogródek czy duchy każą jej się okaleczeć. Pewne rzeczy się nie zmieniają...

***

Powrócili do ruin Starej Wieży pomówić o swoich spostrzeżeniach z Meyerem. Szare kaptury miały sporo teraz na głowie. Czułe uszy elfa wychwyciły mimochodem rozmowę mehra z jego bratem Avnerem “Orkową Zmorą” Omerssonnem. Okazało się, że nie wszyscy w armii Evrona dokonali aktu bluźnierstwa i złożyli broń podobnie jak Borko. Krasnoludzcy dowódcy dywagowali co z nimi począć. Z jednej strony się dopuścili się buntu, a z drugiej jednak się opamiętali. Avner opowiadał się za surową karą, a Meyer był bardziej powściągliwy. Twardy orzech do zgryzienia. Eleas wolał się w to nie mieszać, niech krasnoludy same sobą rządzą. W końcu mieli okazję porozmawiać i przedstawić dowódcom Sylvie. Bracia nie byli pewni co do półelfki i chyba nie traktowali do końca poważnie jej deklaracji zemsty. Niemniej krasnoludy uznały ostatecznie jej obecność pod wpływem Pawła i Eleasa. Nie raz już udowodnili swoją przydatność, a ich niecodzienne pomysły i działania potrafiły odmieć bieg wydarzeń. Mimo ciężkiego położenia w jakim się znajdowali sojusz z krasnoludami przynosił owoce. Niosło to małe pocieszenie i nutę optymizmu dla łowcy. Następnie obie strony podzieliły się swoimi spostrzeżeniami. Elf zdał relację z wyprawy nad rzekę. Krasnoludy natomiast nie natrafiły na ślady Evrona w lesie, choć wciąż tropili i pacyfikowali niedobitki buntowników. Ta część, która nie poddała się bluźnierczemu rytuałowi składała broń. Zmutowane krasnoludy walczyły do końca, nawet jeśli przewaga była kilkudziesięciu na jednego. To było zatrważające. Eleas miał przed oczami sceny z bitwy jak ponabijany strzałami apostata niezmordowanie parł na przód nie zważając na nic. To byli wrogowie, których nie należy lekceważyć. Wszystko wskazywało na to, że przywódca buntowników zbiegł na rzekę. Niestety nikt nie miał pojęcia, w którą stronę się udał. Meyer poradził im, by rozpytali w Grudzicach, okazało się, że gród nie został zdobyty, ale jego bramy pozostały zamknięte w obawie przed krasnoludami. Nie dziwota po tym co zrobiła armia Evrona. To była dobra wiadomość, że gród przetrwał. Niemniej tylko Sylvia z ich trójki mogła spróbować nawiązać kontakt. Przeszłość wszystko komplikowała...

W obozie dla uchodźców Sylvia dostrzegła swojego znajomego Arona. Kobieta zamieniła z nim parę słów. Liczyła, że może widział co zrobił Evron bo bitwie. Niestety był zbyt zajęty ratowaniem życia niż baczyć na ruchy wrogów. Nie dziwiło to Eleasa, w podobnej sytuacji też skupiłby się na ucieczce. Kolejny ślepy zaułek....

***

Mieli ruszać w stronę Grudzic, gdy Paweł wpadł na jeden ze swoich genialnych pomysłów. Próbował za pomocą magicznego sztyletu zbadać płaszcz Sylvi. Eleas nie wiedział jak na to zareagować, przyglądał się temu w milczeniu. Człowiek w końcu wysępił skrawek płaszcza od kobiety. Półelfka była zaskoczona i dopytywała o co chodzi, gdy Paweł na stronie korzystał z mocy sztyletu. Zmęczony ciągłymi dokazywaniami towarzysza łowca wyjaśnił jak działa sztylet. Miał nadzieję, że prawda uspokoi dziewczynę pozwoli chociaż trochę zrozumieć dziwne zachowania Pawła. Sylvia jednak pobladła, na jej twarzy malował się strach, czmychnęła czym prędzej do lasu nim Eleas w jakikolwiek sposób zareagował. Paweł natomiast był wściekły na niego za ujawnianie ich sekretów i zachował dla siebie wizję. Elf był gotów przysiąść, że to zobaczył człowiek wstrząsnęło nim i zaciekawiło. Świetnie. Po prostu świetnie... Teraz to wszystko było winą jego niedyskrecji. Łowca niemal nigdy nie wychylał się z cieni i pozostawał cicho, zacierał też ślady jak byli w podróży. Ale to on był tym nieostrożnym! Ile razy szalone i irracjonalne pomysły Pawła przykuwały na nich uwagę. Nie sposób zliczyć. Człowiek wcale nie krył się z używaniem magicznego sztyletu i nadużywał jego mocy. Taka wielka tajemnica, ale to on ją zdradzał. Eleas powoli miał już dość niezrozumiałych zachować towarzysza. Ruszyli czym prędzej odnaleźć Sylvie...

Dogonili dziewczynę, gdzieś w leśnym odmętach. Sylvia była mocno wystraszona, przywodziła na myśl zaszczute zwierzę. W tedy Paweł bez ogródek wyjawił co już ujrzał dzięki mocy sztyletu. Wizji widział, jak półelfka zmienia się w wilka. Następnie człowiek nazwał ją wilkołakiem. Sylvia stanęła jak wryta, nie zaprzeczyła. Eleasowi aż tchu zabrakło w piersi na tę rewelację, a dziwne wcześniej zachowania kobiety zaczęły nabierać teraz sensu. Ludowe podania pełne są opowieści o krwiożerczych i przeklętych wilkołakach. Trudno orzec co jest prawdą. Wilkołaki mają łączyć naturę ludzką z bestią. Swobodnie mogą zmieniać swoją formę w wilka, chyba że księżyc będzie w pełni w tedy ujawnią swoją prawdziwą naturę. W blasku miesiąca tracą nad sobą kontrole wpadając w krwawy szał. Powstrzymać ich może tylko srebro, przynajmniej tak mówią... I choć oboje się strwożyli to nie uciekli, ani nie przegnali Sylvi. Zbyt wiele już widzieli w swojej podróży. Headwynna przemienionego psogłowa... Skutki gniewu Duchów Lasu... Drzewo Życia w sercu Wiecznego Lasu... Zjawę króla... Rozwścieczonego żmija... Zjadliwe wodniki... Straszliwą Myrkydie... Czy daleko nie sięgając pamięcią przeklęte owoce bluźnierstwa Mędrca z Gór... Ze stuporu pierwszy wyrwał się Paweł, który jak zawsze zaskakując przeciął swoją dłoń, czym ukazał swoją prawdziwą naturę. Zamiast czerwonej posoki popłynęła najprawdziwsza błękitna krew. Dowód, że nie jest zwykłym człowiekiem. Pośród elfów krążyły opowieści o istotach tak niezwykłych i szlachetnych, że ich krew przepełniona magią przybierała odcień błękitny. Czym naprawdę był Paweł? Eleas nie wiedział do końca, ale zakładał, że jakiegoś rodzaju mieszańcem. Nigdy nie dopytywał, nie miało to znaczenia w ich sytuacji. Przeznaczenie dziwnie splątało ich losy... Idąc za śladami towarzysza elf wyjaśnił jak jego rodzice sprowadzili na niego klątwę krwawych elfów w obawie przed siłami Strażnika i jak teraz klątwa ta wyniszcza go. Jedynym rozwiązaniem było przezwyciężenie jej lub poddanie się jej. Łowca wciąż wierzył, że znajdzie sposób, by odczynić klątwę. Te bezprecedensowe wyznania sprawiły, że Sylvia nie uciekła i postanowiła im zaufać. To spotkanie było im pisane, Leśne Duchy o to zadbały...

Elfka opowiedziała im swoją historię. Jej ojciec był wilkołakiem i zniknął, gdzieś w odmętach głuszy pozostawiając matkę brzemienną. Sylvia jak sama określiła nigdy nie miała własnego stada, watahy... To właśnie matka dziewczyny nauczyła ją żyć z klątwą i była jej jedyną bliską osobą, dlatego tak bardzo pragnęła zemsty na Evronie. Z zgodnie jej naukami trzymała się z dala od ludzi, żyjąc na uboczu cywilizacji. Strzegła pilnie swojego sekretu przed innymi. Baczyć też miała na dni pełni, by w tym czasie stronić od ludzi. Jeśli przyszło jej kogoś zranić, zawsze musiała zakończyć jego żywot, by przekleństwo się nie roznosiło. Eleas częściowo rozumiał Sylvie. Sam od jakiegoś czasu żył ze świadomością piętna klątwy za grzechy swoich ojców. Na własnej skórze poznał część jej obaw i lęków, choć jej przekleństwo zdawało się o wiele gorsze. Zapragnął głęboko w sercu jej jakość pomóc, choć o ironio nie potrafił pomóc nawet samemu sobie...

Sylvia pokazała im swoją wilczą formę. Najpierw kazała im się odwrócić, po chwili usłyszeli warczenie. Jak zerknęli za ramię przy drzewie dostrzegli tobołki dziewczyny, a obok czarną wilczycę o złocistych tęczówkach, w których pobłyskiwała inteligencja. Wbrew oczekiwaniom tęczówki wilka różniły się od tych elfki. Świat był pełen niezwykłych tajemnic. Eleas miał już wielokrotnie styczność z wilkami, nigdy jednak nie widział takiego osobnika, aż czuł mrowienie na karku. Z jednej strony niepewność z drugiej zaciekawienie. Sylvia... Wilczyca obiegła ich i obwąchała. Było to bardzo wilcze. Łowca był w szoku poznawczym. Wilczyca coś od niego chciała, trącała go pyskiem i łapała za poły płaszcza. Chwilę mu zajęło nim pojął, że chciała, by ją zasłonił płaszczem. Gdy to zrobił odmieniła się szybko i zgarniając swoje rzeczy się przyodziała. Mimo dziwaczności to zdarzenie było też w pewien sposób zabawne. Po raz pierwszy od dawna elf się uśmiechnął pod nosem...

***

Po szczerych rozmowach wrócili do Grudzic rozpytać o Evrona. Dwójka wagantów z oczywistych względów nie mogła udać się do grodu. Wyjaśnili Sylvi pokrótce przyczyny tego stanu rzeczy, nie wdając się zbytnio w szczegóły. Znów się rozdzieli. Paweł i Eleas rozpytali chłopów na podgrodziu, jednak podobnie jak Aron skupili się głównie na ratowaniu swoich żywotów i niezwracani uwagi na ruchy sił Evrona. Wieśniacy mieli też pretensję do nich, że nie pomogli im podczas ataku. Elf poczuł się dotknięty, wiele ryzykowali próbując to wszystko zatrzymać, jednak co mogli z działać we dwóch przeciw całej armii. Ryzykując własne głowy zanieśli nawet ostrzeżenie do grodu. Prawda znana była nielicznym, chyba już na zawsze będą skazani na niesławę. Zirytowany Paweł dał upust swojej frustracji oskarżając o brak reakcji Pedraga zwanego Skazą. Łowca nie wiedział czy to słuszne dolewać oliwy do ognia, siejąc niesnaski pośród ludzi. Sam jednak nie miał sił wchodzić w polemikę z towarzyszem ani wyjaśniać coś mieszkańcom Grudzic. Porostu w ciszy to wszystko obserwował.

Sylvi się poszczęściło w grodzie. Kobieta wszystko im opowiedziała po powrocie. Warownia górowała nad okolicą i obrońcy doskonale widzieli ruchy krasnoludów. Większość najeźdźców poszła w rozsypkę i skryła się po lasach. Ich stary znajomy Pedrag wyglądający na mocno zmęczonego na blankach widział grupkę krasnoludów płynącą w dół rzeki, natomiast świeższy Luca grupę płynącą w górę rzeki. Ciekawe, nie można było wykluczyć żadnej z opcji. Czyżby wróg się rozdzielił? A może Szare Kaptury wysłały wieści do domu? Cała trójka miała wiele pytań i wątpliwość, na szczęście na ich część mógł odpowiedzieć Meyer. Co zaś się tyczy samego grodu jego wrota zostały zatrzaśnięte na głucho w obawie przed krasnoludami, niezależnie od frakcji. Po tym co się stało nie można się temu dziwić... Eleas czuł żal i frustrację, że możni mimo ostrzeżeń nie pomogli wiosce i zadbali tylko o siebie. To było takie niesprawiedliwe...

***

Sylvia musiała jeszcze pochować matkę. Nie mogli jej tego odmówić, tak nakazywał obyczaj i przyzwoitość. Paweł zaoferował się pomóc przy tym. Rzadko bo rzadko człowiek potrafił zachować się porządnie. Eleas, by nie marnować czasu ruszył sam porozmawiać z przywódcą krasnoludów. W ruinach Starej Wieży wrzało. Elf znów mimochodem usłyszał o problemach z jeńcami. Tym razem zebrało się znacznie większe grono krasnoludzkiej starszyzny. Wielu krasnoludów przybyło do Skråningen na wezwanie wojenne, które spreparował Evron, a następnie dali się porwać jego płomiennej przemowie nawołującej do walki przeciw Erxen. Wielu krasnoludzkich wodzów twierdziło, że jeńcy padli ofiarą oszustwa, z drugiej strony podważyli władzę mehra. Przedstawiciele klanów nie potrafili osiągnąć porozumienia w sprawie właściwej kary. Eleas nie zamierzał się wtrącać w ich sprawy, czekał cierpliwie na możliwość rozmowy z Meyerem. W końcu stary krasnolud wysłuchał elfa. Mehr potwierdził, że wysłał w stronę Skråningen grupę krasnoludów, lękając się, że Evron zaatakuje osadę. To potwierdzało słowa Luca, które przekazała półelfka. W takim razie z Evron popłynął w dół rzeki. Wódz Szarych Kapturów udzielił im też wsparcia w dalszej podróży i choć nie mógł przydzielić im wojowników to użyczył łodzi i prowiantu na dalszą podróż. Łowca mu podziękował, dzięki temu wsparciu byli w stanie dogonić tego łotra...

Eleas odnalazł towarzyszy na granicy lasu i wioski przy świeżo wykopanym grobie. Sylvia na kolanach i łzami w oczach odprawiała modły za duszę matki. Elf przyglądał się temu beznamiętnie. Przerażało go, że mimo tak silnych emocji dziewczyny to sam nie odczuwał niczego. To nie powinno tak wyglądać. Czuł się jak pusta skorupa. Niespodziewanie Paweł zaproponował toast za spokój dusz. Nie mógł go odmówić, ale nawet ostra woń i smak alkoholu nie rozbudziła w nim emocji. W milczeniu pozwoli półelfce pożegnać się z matką.

***

Po pożegnaniu zmarłej drużyna miała już zbierać się nad rzekę, gdy niespodziewanie dochodziły do nich gardłowe okrzyki krasnoludy - “Idzie Evron! Gotować się do boju!”. Całkowicie tym zaskoczeni ruszyli czym prędzej w stronę ruin Starej Wieży pomóc Szarym Kapturom. Elf niedowierzał w to co się dzieje, przecież siły puczystów poszły w rozsypkę, a ich przywódca zrejterował. Może to był postęp, sprytny manewr, który wyprowadził ich w pole. Łowcę przeszły ciarki po plecach na myśl o kolejnej bitwie z po mutowanymi krasnoludami. W obozie panował tumult krasnoludy pośpiesznie łapały za broń i zajmowały pozycje obronne. Meyer wykrzykiwał rozkazy, starając się zapanować nad sytuacją. Czułe zmysły łowca wychwyciły z daleka okrzyki Avnera - “Swoi idą!”. Przekazanie tej wiadomości nieco uspokoiło nastroje. Nie wszyscy dawali temu wiarę. Nikt nie wiedział, gdzie poszedł Avner. Obawiano się kolejnego podstępu. Niespodziewanie Sylvia zgłosiła się, że pójdzie na zwiad. Eleas, który niedawno przekonał się jak niebezpieczna morze być taka wycieczka, wypaczone krasnoludy wszak miały niezwykle czuły węch i ciężko było się do nich podkraść, zgłosił się do pomocy.

Ruszyli we dwoje w las. Sylvia postanowiła się przemienić, jak zniknęli z oczu obrońcom. Dobrze było mieć kogoś na kim można było polegać podczas zwiadu, nawet jeśli tym kimś był wilkołak. Paradoksalnie mężczyzna czuł się spokojniejszy mając obok siebie wilczycę niżli człowieka czy elfa. Wśród zwierząt i natury czuł się pewniej niźli w miastach. Ostatni raz, kiedy polował z kimś miał u swojego boku Shea. Pamiętał to doskonale w tedy narodziło się między nimi uczucie, które na zawsze zmieniło ich życia. To było zupełnie inne żywot pozbawiony zgryzot i trosk, był wówczas szanowanym łowcą mości Lolaraila Variella. Te czasy dawno już przeminęły... Co prawda długo już podróżował z Pawłem, ale nie był on nawykły do życia w lesie. Człowiek poruszał się po dziczy jak byk w składzie porcelany, nie był więc wstanie pomóc w tak skrytych zadaniach. To tej pory przepatrywanie było tylko na barkach Eleasa. Nieoczekiwana kompanka obciążyła go trochę... W końcu dostrzegli kolumnę krasnoludów, wśród nich było wielu mężów o brodach przybrudzonych siwizną na ich czele, a jakże szedł Avner w niecodziennej kompani. Elf aż przetarł oczy ze zdumienia. Obok Orkowej Zmory szedł: łysawy człowiek w średnim wieku w stroju urzędnika, którego gęba się nie zamykała; ludzka kobieta również w stroju z magistratury, która znudzonym wzrokiem lustrowała okolicę i opasły krasnolud chłonący każde słowo kompana, który zdawał się być szerszy niźli wyszły. Astrarion świadkiem, że łatwej było tego krasnoluda przeskoczyć niż obejść. Avner szedł swobodnie nie wyglądał na skrępowanego. Eleas zerknął na Sylvie pod postacią wilka, ta gestem łba przekazała, że nie wyczuwa nic dziwnego. Czy to były pierwsze odznaki szaleństwa, że konsultował się z wilczycą? A może w tym szalonym świecie towarzystwo wilkołaka było najzupełniej normalne...

Zwiadowcy po sprawdzeniu kto nadchodzi i niedopatrzeniu się zagrożenia, zawrócili do obozu. Sylvia korzystając z osłony lasu powróciła do ludzkiej formy. Wieści jakie przynieśli zaskoczyły obrońców, ale uspokoiły nastroje. Kiedy nadszedł Avner z grupą krasnoludów i wymienił się z bratem hasłem bezpieczeństwa to wszyscy odetchnęli z ulgą. Fałszywy alarm, sytuacja wręcz komiczna. Teraz można było się z niej śmiać. Przybyła grupa krasnoludów okazała się maruderami z klanu Kościanej Koszuli, którzy za późno ruszyli na fałszywe wezwanie Evrona. Mieli sporo szczęścia, spóźnienie ocaliło ich przed machinacjami zdrajcy. Natomiast ludzie w otoczeniu Avnera okazali się delegacją z miasta Vodenitska. Eleas przez to co się wydarzyło niemal zapomniał, że w Erxen szaleje bratobójcza wojna domowa o to kto obejmie urząd duska chory. Póki byli skryci na odludziu wojna domowa do nich nie docierała, ale w końcu jej echa ich odnalazły. Cóż nie potrzebowali kolejnych problemów, jak zwykle pozostali skryci w cieniu. Zresztą delegacja zainteresowana była krasnoludzkim dowództwem, a nie ich dziwną zgrają.

Stało się też coś jeszcze. Opasły krasnolud, którego widzieli wcześniej podszedł do Pawła. Grubas przedstawił się jako Fodrin Żelazny i wręcz człowiekowi list od ojca. Nowo przybyli musieli przejść przez Skråningen. Na tym w zasadzie skończyła się ich interakcja. Ich towarzysz chciwie pochłonął lekturę i podzielił się spostrzeżeniami ojca na temat przeklętych. Spożycie krwi Myrkydii pozbawiała zdolności umysłowych, za to rozwijało te fizyczne. Powodowało to upośledzenie zdolności społecznych i wzrost agresji. O tym już dawno przekonali się boleśnie na własnej skórze. Przemieni polegali bardziej na zmyśle węchu i rozpoznawali się poprzez zapach swojej krwi. Ojciec Pawła twierdził, że przemiana jest nieodwracalna, natomiast piastun Hevel był przekonany, że zmiany można cofnąć. Raczej się o tym nie dowiedzą, żaden ze zmutowanych nie został wzięty żywcem. Wieści mroziły krew żyłach. Tym mocniej utwierdzały ich jakiego bluźnierstwa i świętokradztwa Mędrzec z Gór wraz z Evronem się dopuścili. Paweł wpadł na pomysł, by pozyskać krew przemienionych i z trudem przekonał do tego Avnera. Ruszyli za kolejnym niecodziennym pomysłem Pawła...

***

Avner zaprowadził ich do odosobnionego miejsca, gdzie krasnoludy złoży szczątki przemienionych. Kopiec ziemi na mogile wciąż był świeży. Stary wiarus opuścił ich czym prędzej, nie chcąc mieć z tym nic wspólnego. Paweł złapał łopatę i zaczął rozkopywać ziemię. Szybko ich oczom ukazały się rozkładające się już powoli powykręcane zwłoki mutanta. Widok i zapach był koszmarny. Eleas cały pobladł z trudem utrzymał zawartość w żołądku. Po minie Sylvi też było widać, że nie jest dobrze, wszak zmysły wilkołaka są jeszcze bardziej wyostrzone. Sprawy nie ułatwiał człowiek, który owładnięty jakimś dziwnym szałem odrąbał zewłokowi głowę łopatą. Następnie wsypał do łba czarny proszek, który usiłował podpalić, a następnie cisnął w dal. Poza strużką dymu nic się nie stało. Cokolwiek planował Paweł nie udało się, a to jeszcze bardziej go rozsierdziło. To z pewnością był jeden z najdziwaczniejszych i niepokojących epizodów jakie miał ostatnio człowiek. Jego towarzysza patrzyli na to oniemiali zdjęci trwogą. “Co na Asteriona Mistrza robili?” - pomyślał wstrząśnięty łowca. Właśnie dopuścili się zbezczeszczenia zwłok. To, że należały do wroga - pomutowanego apostaty tego nie zmieniało. Jednak potrzebowali tej krwi, w nierównym starciu z przemienionymi musieli chwytać się wszelkich sposobów i forteli. Eleas pomógł Sylvi pozyskać krew. Elf przypomniał sobie również, że jest w posiadaniu posoki myrkydii, którą również przekazał. Widać było, że już same zapachy wystarczyły, by odstręczyć dziewczyna, ale dzięki tym próbką łatwiej będzie jej tropić i ukryć własny zapach. Dokonało się. Eleas złapał sam za łopatę, zaczął zakopywać zwłoki. Wystarczająco naruszyli spokój umarłych...

***

Pod wieczór ruszyli nad rzekę, rozbić obozowisko. Z rana mieli wypłynąć, z krasnoludami wszystko już uzgodnili, już nawet łódź na nich czekała. Sylvia poprosiła Eleas, by pomógł jej przerobić plecak tak, by mogło nosić go nawet pod postacią wilka. Elf chętnie się na to zgodził, w spokojniejszych czasach zajmował się wyprawianiem skór i prostym wytwórstwem. Któż wie może zdołałby przy odrobine pracy i samozaparcia zostać kaletnikiem. Już nigdy się nie dowie, jego los potoczył się zgoła odmiennie. Łowca zajął się pracą przy ognisku. Wykonanie przeróbek nie było trudne, zajmowało umysł i ręce. Choć na jedną chwilę znalazł spokój. W tym czasie Sylvia zebrała resztę swoich rzeczy z wioski szykując się do drogi, a Paweł pił i pił, wręcz na umór. Człowiek wyraźnie sobie nie radził z emocjami. Elf nie wiedział co począć z towarzyszem i jak zacząć rozmowę. Rzeczywistość zbyt mocno go przytłaczała, dlatego uciekł w pracę...

Nagle z rutyny pracy Eleasa wyrwało upadające w ognisko drzewo. Łowca rozejrzał się zaskoczony w około. Ujrzał podchmielonego Pawła odrzucającego siekierę. Człowiek najwyraźniej szukał kompana do picia i rozmowy, usilnie starając się zgarnąć uwagę towarzysza. Elf nie miał na to najmniejszej ochoty, odesłał nabuzowanego mężczyznę z kwitkiem i kazał znaleźć coś produktywnego do roboty. Próbował wrócić do pracy, ale Paweł nie dawał za wygraną i wyrwał mu plecak z rąk. Miarka się przebrała. Zirytowany Eleas wstał zaczęli się szarpać. Kazał człowiekowi - “Spadać”. Słowa nie wystarczały. Paweł nie dawał za wygraną prowokował do bójki - “Co zrobisz, uderzysz! No dawaj!”. W końcu elf nie wytrzymał, nagromadzona w nim złość i frustracja zwyciężyła. Przywalił towarzyszowi w szczękę. Łowca nie był wprawiony w bójkach, wolał ich unikać, jednak podpity człowiek nie był wyzwaniem. Poprawił raz, drugi. W końcu człek wylądował na ziemi z jękiem i już się nie podniósł. Elf nie wyglądał, ale trudy życia sprawiły, że na standardy swojej rasy był całkiem silny. Eleas stał jak wryty patrząc na swoje roztrzęsione ręce. Był mocno wstrząśnięty tym co zrobił. Nie poznawał siebie. Nie dość, że nie zapanował nad sobą to jeszcze pobił kamrata. Czy wciąż był sobą, a może klątwa powoli odzierała go z tego kim jest? Te kołatające się myśli były przerażające, każda z alternatyw. Zerknął na Pawła. Człowiek zasnął i chyba nic mu nie było poza obitą mordą. To dziwne, czuł wyrzuty sumienia, a jednocześnie dziwną satysfakcję. Zaklął pod nosem i przykrył towarzysza. Uporządkował ognisko, otrzepał plecak, usiadł i wrócił beznamiętnie do pracy. Ręce pracowały same, a umysł wyzbył się myśli...

Łowca w końcu skończył przeróbki, w rychło czas, bo Sylvia powróciła do obozu. Dziewczyna zaskoczona rozejrzała się, po bojowisku jaki po sobie zostawili i po stanie Pawła. Elf westchnął zmęczony i opowiedział o całym zajściu. Półelfka usiadła obok nawiązała się długa rozmowa. Mężczyzna wyrzucił długo skrywane w sobie emocje. Opowiedział jak Anhelm z Pawłem pomogli jemu i jego ukochanej Shea, gdy wszyscy inni odwrócili wzrok od ich cierpienia. Jak sprawiedliwość była zarezerwowana tylko dla możnych. Jak przemycona pokątnie mikstura, ocaliła dwa żywoty. Z pozoru mały nieznaczący gest, dla niego był długiem zaciągniętym na całe życie. Pawła tak naprawdę poznał przez Anhelma. Półelf i człowiek dogadywali się świetnie, razem nakręcając swoje szaleństwa. Z tym że umysł Anhelma błądził nękany wizjami i złowrogimi głosami, a Paweł z kolei zdawał się myśleć klarownie i trzeźwo, ale jego motywy i działania nie były jasne. Eleas nie znał naprawdę człowieka, nie miał pojęcia kim naprawdę jest. Nie miało to jednak znaczenia, nie po tym co dla niego zrobił. Sylvie poruszyła ta historia. Jej mowa nagle stała się kwiecista pełna metafor i alegorii głównie odwołujących się do wilków. Przypominała bardziej opisy głównego łowczego, gdy w dworku tłumaczył zwyczaje wilczej watahy niżli potoczną mowę. Rozmowa prowadzona w blasku złamanego księżyca przybrała dziwny obrót. Eleas próbował przede wszystkim zrozumieć co dziewczyna ma na myśli, nie było to wszak dziwniejsze od pomysłów Anhelma i Pawła, a kryła się za tą mową jakaś logika. Może sam już oszalał... Kiedy wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one... Sylvia stwierdziła, że martwi się o Pawła, bo jest częścią watahy i jego przyjacielem, inaczej nie dbałby o niego. Elf zerknął na śpiącego mężczyznę. Nigdy wcześniej nie pomyślał o nim jak o przyjacielu, traktował go bardziej jak towarzysza podróży. Dziewczyna mogła mieć rację. Człek nie był mu obojętny, wzbudzał w nim skrajne emocje. Ale nie był obojętny jak reszta świata... To coś musiało znaczyć. Półefka stwierdziła, że zmarli zabierają nam część siebie. To było niezwykle piękne i poruszające stwierdzenie. Zarówno on i Paweł stracili przyjaciela i nie mogli z tym sobie poradzić. Poradziła, dosłownie - by pomówił z nim w język w język. Chyba miała rację - Eleas postanowił, że skończy z uciekaniem od rozmowy. W końcu trzeba ją przeprowadzić. Sylvia niesiona chwilą opowiedziała o swojej stracie w pokrętny sposób. Jako szczenię straciła swoją watahę. Basior odszedł zatracając się w lesie. Pozostała przy niej jedynie dwunożna wadera pogrążona w żalu. Dorastając szczenię straciło kły i bało się, że zmieniło zapach i basior go nie pozna. Elf wywnioskował z tego, że opowiadała o rozpadzie swojej rodziny. Dziewczyna mówiła też, że Duchy Lasu zawsze o nią dbały choć prowadzą ją krętą i wyboistą ścieżką. Poruszony Eleas nie chciał pozostawać dłużny, opowiedział dziewczynie o swoim dzieciństwie. Jak w obawie przed Strażnikiem jego rodzice próbowali siebie i jego przemienić w Krwawe Elfy. Jak rytuał został przerwany przez pojawienie się zakonników i sprowadził na niego klątwę - zły los. Jak wraz z siostrą uciekał przez lasy Erxen przed wielką wojną. Jak w końcu znaleźli schronie na dworze Lolaraila Variella. Jak po latach przekleństwo znów dało o sobie znać, prowadząc nieuchronnie do przemiany lub zatracenia. Przyznał się jak bardzo lęka się, że zatraci siebie – stanie się kimś innym lub czymś. Ta dziwaczna pełna, metafor rozmowa była bardzo orzeźwiająca. Po raz pierwszy od dawna mógł zwierzyć się komuś innemu niż Paweł ze swoich odczuć i leków. Lżejszy na duszy i umyśle tej nocy zasnął spokojniejszy.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-01-20, 19:15   

4 dzień Arros


O poranku w trójkę zaczęli szykować się do spływu. Eleas za radą Sylvi pomówił z Pawłem. To była długa rozmowa. Obaj mężczyźni zaczęli od przeprosin: człowiek za ciągłe zaczepki i prowokację, a elf za to, że dał się ponieść emocją i w dał się w bójkę. Następnie przeszli do sprawy Anhelma. Nie zdawali sobie sprawy jak druzgocą dla nich była śmierć przyjaciela, choć oboje przeżywali ją inaczej. Eleas stoczył się w otchłań marazmu i odciął się od świata, zaś Paweł z gniewu i bezsilności prowokował wszystkich, licząc, że jakoś to zakończą. Poczucie straty i żałoba na nowo ich połączyła i zjednoczyła w bólu. W końcu pojęli, że nie są w tym sami. Łowcy bardzo ulżyło po tej rozmowie, mimo skrajnych różnic coś ich jednak łączyło...

Przed odpłynięciem Sylvia zwierzyła się im z kolejnej wizji. W snach, a może koszmarach widziała pogrążoną w chaosie grupę elfów przedzierającą się przez bagna. Na ich sztandarach widziała na dwa herby: odwróconą podkowę na błękitnym polu wraz z kręgiem asteriońskim, a na drugim przedstawiony był młodzieniec. Jak zawsze wizja pozostawała niejasna, żadnemu z nich nic nie przychodziło na myśl. Eleasowi ten pierwszy z herbów wydał się jakoś znajomy, ale nie potrafił sobie skojarzyć skąd. Nie chcąc tracić czasu na trze dywagację wsiedli do łodzi. Prędzej lub później wizja się wyjaśni, a gdzieś tam zbiegł Evron...

***

Eleas siedział związanymi z tyłu rękami, przywiązany do pala w namiocie. Obok niego podobnie skrępowany drzemał Paweł. Tego popołudnia wszystko poszło nie tak... Podróż minęła im bez większych kłopotów koło południa byli w okolicach Mocvarów. Nad okolicą górował warowny zamek. Przybili do bagnistego brzegu i skierowali się w stronę najbliższej osady. Po dłuższej chwili dostrzegli obozowisko, ruch był większy niż się spodziewali. Wysmukle postacie ich również zauważyły. Nakazali się ujawnić, a ich głosy wydawały się dziwne znajome dla elfa. Wyszli im na spotkanie. To był błąd. Eleas zbyt późno zrozumiał wizje Sylvi. Elfy walczące z Evronem walczyły pod sztandarem jego dawnego pana Lolaraila Variella. Jak to możliwe, że nie rozpoznał symbolu swojego pana? Nie minęło aż tyle czasu, by zatarło się to w pamięci. Łowca pamiętam swoje dane życie jak przez mgłę, jakby minęły lata, a nie zgoła miesiąc... Tylko co u licha robili tak daleko od domu? Odpowiedzią była ta nieszczęsna wojna domowa. Jego dawni znajomi przybyli oblegać zamek. Nim zdołał zareagować Hedomir rozpoznał jego i Pawła. Nakazali im się poddać. Eleas miał już dość ucieczki, a już na pewno nie chciał walczyć z dawnymi towarzyszami. Złożył broń, został ujęty wraz z człowiekiem. Sylvie na szczęście puścili wolno, nie chciałby podzieliła los Shea, którą oskarżono niegdyś o jego przewiny. Próbowali jeszcze wyjaśnić sytuację, ale nikt nie zamierzał ich słuchać. Powiedzieli im, że odpowiedzą za zabójstwo ludzi Kovačevića i mord na zakonnikach, choć dziwowali się, że Eleas wziął w tym udział. Wydało się też, że za to wszystko obciążyła ich Konkordia. To nie dziwiło kobieta już wcześniej się tym odgrażała. O ich ostatecznym losie miał zdecydować sam Variell, dlatego zostawili ich skutych w namiocie...

Jak już byli skuci nim usnął Paweł, zaczął czynić Eleasowi wyrzuty. Człowiek obwiniał go za to, że dał się złapać specjalnie i pociągnął go ze sobą. Elf nie ukrywał, że już miał dość tej ciągłej ucieczki zwłaszcza przed swoim dawnym panem. Opowiedział Pawłowi jak dawno temu Variell przygarnął pod swój dach sieroty wojenne - jego wraz siostrą. Nie mógł zdzierżyć, że za dobroć miłościwego pana odpłacił jeno kłopotami i zhańbieniem jego imienia. Pragnął wszystko wyjaśnić, jeśli naprawdę popełnił zbrodnie odpowie za nią. Co się zaś tyczy człowieka, to też powinien zmierzyć się z konsekwencjami swoich czynów. Łowca nie wiedział co naprawdę zaszło między Anhelmem, Pawłem, Konkordią, Headwynnem, a zakonnikami. Człowiek zawsze twierdził, że zakonnicy zginęli z rozkazu kobiety. A po wszystkich ta stara jędza zrzuciła na nich winę za to co zaszło. Mimo wszystko nie chciał w to wciągać przyjaciela i przeprosił go za swoją nieostrożność. Wyrzuty towarzysza jeszcze bardziej przybiły elfa. Co raz bardziej pragnął, by to się w końcu skończyło, nie ważne w jaki sposób... Rozmawiali jeszcze chwilę o pośmiertnej deklaracji Anhelma, który chciał wsiąść całą winę na siebie. Ani Eleas, ani Paweł nie chcieli szargać dobrego imienia przyjaciela. Poza tym w obliczu zeznać Konkordii, nie było pewności czy jego ostatnia wola zostanie uzna. Korzystając z nieuwagi strażników Sylvia wślizgnęła się do namiotu i poluzowała ich więzy. Eleas stwierdził, że ma dość uciekania i jest gotowy poddać się osądowi. Dziewczyna zapowiedziała, że nie zostawi ich tak i pomówi z szlachcicem. Po jej wyjściu zostało im tylko czekać, teraz wszystko zależało od woli Variella...

Mijały godziny aż w końcu do namiotu niespodziewanie powróciła Sylvia. Dziewczyna klęknęła przy łowcy chcąc przeciąć więzy. Eleas ogarnięty niemocą odrzekł raz jeszcze, że nie jest wart ratunku i powinien być osądzony. W tedy półelfka zaskoczenia zdzieliła go w tył głowy, po czym powiedziała, że rozmawiała z Variellem. Szlachcic już podjął decyzję co do ich losu i nawet nie zamierzał ich wysłuchać. Elf miał trafić na szafot, a człowiek miał zostać wydany zakonowi. Słowa Konkordii wystarczyły, by zapadł wyrok. Eleas czuł się jakby dostał obuchem w twarz. Obraz dobrotliwego pana rozpadł się w drzazgi w jednym momencie. Sprawiedliwość czy coś takiego naprawdę istniało na tym świecie? Czy to jest coś o co sami muszą walczyć? Z odrętwienie wyrwała go Sylvia przecinająca węzły. Opadł bezsilny na ziemię. Dziewczyna prędko uwolniła Pawła i dodała, że elfy faktycznie starły się z krasnoludami Evrona, ale i tym razem ten skurwysyn uciekł, ponoć tak szybko jakby goniły go ogary samych piekieł. Nie mieli czasu do stracenia, musieli uciekać czym prędzej. Półefka wymknęła się niepostrzeżenie po ich rzeczy, a oni mieli opuścić potajemnie obóz. Elf nie powinien mieć z tym problemu, ale znów fatum i zły los o sobie przypomniały. Nieopatrzny krok sprawił, że jeden z namiotów runął, robiąc sporo rabanu. Czemu coś takie zawsze spotyka jego? Przecież sztukę ukrywania opanował do perfekcji... Cały obóz postawił na nogi. Pobiegli, ile mieli sił w nogach. Rozdzieli się, by zwiększyć swoje szanse. Ufał, że Paweł jakoś sobie poradzi. Nie miał nawet broni, by mu pomóc. Może i to dobrze. Naprawę nie chciał jej używać przeciw swoim dawnym ziomkom. Biegł, ile miał sił w nogach. Szybko zgubił większość pogoni poza konnym. Na nieszczęście dla jeźdźca teren był bagnisty, dzięki czemu łatwością go wymanewrował. Z dudniącym sercem ukrył się na moczarach, zastanawiając się co dalej począć...

Sam nie wiedział, ile czasu spędził w ukryciu, aż usłyszał szelest. Obrócił się dostrzegł pokrwawionego wilka. W pierwszej chwili cofnął się zlękniony, nim rozpoznał w stworzeniu Sylvie. Była ranna, ale krew na jej pysku wskazywała, że nie tylko swoją była zbrukana. Ciarki przeszły po plecach Eleasa, nawet nie chciał snuć przypuszczeń co się stało jego dawnymi krajanami. Za wilczycą wynurzył się nieco zmaltretowany Paweł. Mogli odetchnąć z ulgą, przynajmniej na moment, znów byli w komplecie. Sylvia wróciła do ludzkiej postaci starając się ogarnąć. Okazało się też, że dziewczynie się poszczęściło i zdoła odzyskać większość ich ekwipunku. Łowca nie mogąc znieść przygniatającego poczucia winy, znów przyznał, że nie był wart ocalenia. Po raz kolejny dziewczyna przyłożyła mu w tył głowy i nazwała durniem. Przyznała też, że nie widzimy w nim zła. Wraz z Pawłem próbowali uratować jej wioskę, a ratując ukochaną wbrew światu postąpił szlachetnie. Jego dawny pan był głupcem niewidzącym niczego więcej poza czubkiem swojego nosa, jeśli nie potrafił tego dostrzec, ufając tylko słowom Konkordii. To w pewien sposób było budujące i pozwoliło częściowo na nowo pozbierać się Eleasowi. To co się potem wydarzyło trudno opisać słowami. Wydawało się tak surrealistyczne jak sen. Paweł zaproponował dziewczynie miksturę lecznicą, a ta z chęcią przyjęła. Problem w tym, że człowiek pomylił eliksiry i dał jej napój miłosny. Półelfka spojrzała na łowcę maślanymi oczami i skomplementowała jego sylwetkę. Do tej pory nikt poza Shea tego nie zrobił. Dla elfa było to miłe i nieco krępujące. Tylko Astarion raczy wiedzieć jakby się to potoczyło, gdyby nie efekt uboczny eliksiru. Dziewczyna nagle dostała rozwolnienia i zawstydzona ukryła się w krzakach. By jakoś przetrwać tą hańbiącą sytuacje przemieniła się z powrotem w wilka. Nie mogli jednak czekać tu zbyt długo aż przejdzie półelfce, pogoń mogła ruszyć za nimi lada moment. Łowca poprowadził ich przez bagna skrzętnie zacierając za nimi wszelkie ślady. Gdy odeszli spory kawałek elf znalazł osłonięte miejsce, w którym mogli odpocząć po tym szalonym dniu...
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-01-20, 19:17   

5 Arros


Eleas obudził się obok nagiej Sylvii wtulającej się w niego. Pamiętał tylko, że w nocy wilczyca zasnęła u jego boku. Elf nie był gotowy na takie widoki z rana. Pamiętając smutny los Headwyna, który został obarczony klątwą za zdradę i chcąc zachować wierność Shea, odsunął się nieco zlękniony. W zasadzie nigdy nie był w takiej sytuacji, by inna kobieta niż Shea okazywała mu czułość. Nie bardzo wiedział za bardzo co począć. Poprosił Sylvie by się okryła i wydukał, że ma już kobietę. Dziewczyna była zdumiona jego przesadną reakcją i czmychnęła w krzaki się okryć. W tym samy czasie Paweł zdołał w końcu rozszyfrować tajemniczą notatkę znalezioną nad rzeką, głosiła ona mniej więcej - “Miej tę kartkę przy sobie i codziennie ją odczytuj dla przypomnienia. Pamiętaj, by do przemienionych zwracać się krótko i stanowczo, aby nie zapomnieli kto jest alfą. Zawsze dawaj im zadania proste i nieskomplikowane”. Wychodzi na to, że były to rady od Mędrca z Gór jak postępować z mutantami. Niech po stokroć przeklęta będzie ta heretycka konfraternia. Chyba pośród ludzi, elfów i krasnoludów na ziemiach Erxen nie wydarzyło się nic tak plugawego od czasu inwazji strażnika. Musieli ukrócić te bezeceństwo raz na zawsze. Zdobyte przez człowieka informacje mogły się przydać w nadchodzącym starciu. Zdeterminowani, zebrali obóz i ruszyli w dalszą drogę.

***

Prowadzeni przez Eleasa długo kluczyli przez bagna zacierając za sobą ślady, nim zawrócili w stronę zaatakowanej przez krasnoludy wioski. Osadę ominęli szerokim łukiem, nie chcąc ponownie trafić na ludzi Variella. W oddali widzieli oblężoną twierdzę. Wojna domowa na dobre rozgorzała w Erxen i teraz przekonali się o tym na własne oczy. Sylvia pod postacią wilka bez trudu złapała trop niedobitek z armii Evrona. Dodatkowo Paweł za pomocą sztyletu sprawdził miejsce wskazane przez wilczyce. Ujrzał wizji dwa powykręcana od mutacji krasnoludy ciągnące ze sobą człowieka. To była niepokojąca wiadomość, ale dzięki niej wiedzieli, że byli na dobrym tropie. Pod wieczór pośród drzew dostrzeli ogień i sylwetki przysadzistych krasnoludów. Mutanci ucztowali na ciele jakiegoś nieszczęśnika, a Evron odpoczywał jak wódz pod płachtą namiotu. Widok mroził krew i budził obrzydzenie, ale utwierdzał ich w słuszności swoich poczynać. Nadszedł najwyższy czas położyć temu kres. Uradzili, że Eleas wraz Pawłem wespną się na drzewa i rozpoczną z niego atak, w tym czasie Sylvia zakradnie się do obozu wroga od tyłu. Nasmarowali się krwią mutantów, by oszukać ich węch i ruszyli...

***

W końcu było po wszystkim. Stali we trójkę pośród pobojowiska nad truchłem znienawidzonego Evrona, a wokół walały się trupy zmutowanych krasnoludów. Zwyciężyli i chyba sam Astarion nad nimi czuwał, bo żadne z nich nie zostało ranne. Walka była naprawdę ciężka. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Początkowo wszystko szło zgodnie z ich planem. Niepostrzeżenie zajęli pozycję. Eleas wymierzył i posłał strzałę prosto w niespodziewającego się niczego Evrona. Niestety wróg był za daleko, jego strzała nie zdoła przebić dziwacznego pancerza krasnoluda. Elf zareagował instynktownie i natychmiast zmienił target raniąc poważnie jednego z mutantów. Zaalarmowani wrogowie zaczęli ich szukać. Elf miał dość czasu, by posłać do piachu dwóch z mutantów. W końcu jednak dowodzeni przez Evrona dopatrzyli go na drzewie. Paweł cisnął w ich bombą zapalającą, ale te potwory niewiele sobie z tego zrobiły. Zupełnie jak podczas bitwy o Starą Więżę. Przemieni nie byli zbyt rozgarnięci, jeden z nich stracił broń próbując nieskutecznie rzucić nią w elfa ukrytego na drzewie. Nie można tego było powiedzieć o Evronie, który sam nie poddał się mutacji. Wrogi wódz uderzył potężnie swoim dwuręcznym młotem w drzewo strącając Eleasa z drzewa niczym dojrzały owoc. Tylko dzięki elfiej gracji łowca zachował równowagę, niewiele myśląc cisnął sherkshenen, w twarz Evrona oślepiając go, po czym zaczął uciekać. Ironio losu dawno temu otrzymał ten podstępny proszek od Konkordii, sam nie wiedział czemu go zachował, ale z pewnością dzięki niemu udało się teraz uratować życie. Nie było czasu na świętowanie. Dwójka mutantów pobiegła za nim i pochwyciła go. Myślał już, że to koniec. W tedy usłyszeli z lasu mrożące krew w żyłach wycie wilkołaka. To Sylvia rzuciła wyzwanie mutantom, odwracając tym samym ich uwagę. W tym samym czasie Paweł zeskoczył z drzewa i sherkshenem oślepił ostatniego ze zmutowanych krasnoludów trzymającego kuszę. Eron w szale ruszył kierując się słuchem w stronę pochwyconego Eleasa. Wielki młot wzniósł się w górę i opadł. Astarion naprawdę czuwał tego dnia nad elfem. Oślepiony przywódca buntowników zmiażdżył omyłkowo swojego zausznika druzgocącym ciosem. Korzystając z zamieszania łowca wyślizgnął się z uchwytu drugiego adwersarza. Oślepiony kusznik zmylony przez Pawła trafił swojego wodza. Los im sprzyjał. Eleas posyłał strzałę za strzałą w stronę przeklętego zdezorientowanego Evrona, ciągle zmieniając pozycję. Kontem oka widział jak wilczyca zagryzła pozostałą dwójkę mutantów. W końcu brodząc we własnej krwi wrogi przywódca osamotniony opadł bezsilny na kolana. Łowca miał już napiętą cięciwę, jedną strzałą mógł zakończyć jego żywot. Ku pamięci Anhelma, zdradzonych i wyprowadzonych na manowce krasnoludów i wszystkich niewinnych erxeńczyków zarżniętych w krwawej jatce. Zatrzymał się w ostatniej chwili, pamiętając obietnice daną Sylvi. Elf skinął Pawłowi, ten niepewnie podszedł i ściągnął hełm z głowy bezsilnego Evrona. Dziewczyna przybrała znów ludzką postać i wbiła swoje naręczne ostrza w szyję krasnoluda rozpłatując ją. I tak o to umarł Evron “Miastowy” Eviatarsson przywódca buntu “Szklanej Dłoni” zarżnięty jak prosie. Eleas widząc ulgę i satysfakcję na twarzy Sylvi, wiedział, że dobrze zrobił wstrzymując swoją strzałę. Półelfka opadła na kolana rycząc dając w końcu upust nagromadzonym wewnątrz uczuciom żalowi i gniewowi. Sam Eleas czuł satysfakcję, że przyczynił się do śmierci tego bydlaka. Nie było wątpliwości, że dokonali czegoś słusznego, pomścili niezliczone ofiary szalonych ambicji krasnoluda, który nie cofnął się nawet przed bluźnierstwem. Nie mogli jednak świętować, ludzie Variella mogli tu wkrótce się zjawić zwabieni zamieszaniem. Kiedy Sylvia dawała upust emocjom, we dwójkę zgarnęli co cenniejsze z ekwipunku buntowników, zerwali pancerz z Evrona i zabrali jego słynny młot na dowód zwycięstwa. Paweł dodatkowo odrąbał głowę pokonanego wodza biorąc je jako krwawe trofeum. Truchła wrzucili do ognia i czym prędzej opuścili pobojowisko, zacierając za sobą ślady.

***


Po długim marszu w końcu mogli odpocząć i złapać oddech, a także zebrać myśli. Musieli jakoś wrócić do Grudzic, by zanieść dobrą nowinę Szarym Kapturom, jeśli tam ich nie zastaną to ruszyć do Skråningen. Na horyzoncie majaczyło kolejne wyzwanie, nieubłagalnie zbliżała się pełnia, która wypadała ósmego dnia tego miesiąca. W pełnym blasku księżyca klątwa wilkołaka wyzwalała pełnie swej grozy. Po tym co razem przeszli, zarówno Eleas jak i Paweł nie zamierzali pozostawać Sylvi samej sobie w tym trudnym czasie nawet jeśli miało im to zagrozić. Razem jakoś przetrwają ten straszny czas. Co zaś się tyczy samej dziewczyny, to sama nie wiedziała co począć po dokonaniu zemsty. Zastanawiała się, czy nie rozpocząć poszukiwań ojca, choć nawet nie wiedziała, gdzie je zacząć. Eleas zasugerował jej, by skonsultowała swój przypadek z ojcem Pawła pozostającym w Skråningen. Albert był wszak uczonym w wiedzy tajemnej i mógł znać sposób na zdjęcie klątwy z półelfki. Sylvia ku jego zaskoczeniu nie paliła się do szukania sposobu na zdjęcie klątwy. Co nie mieściło się w głowie elfa, przekleństwo traktowała zdaje się jako część siebie. Sam Eleas zastanawiał się, czy dla wilkołaczki nie znajdzie się miejsce w kongregacji Drzewa Życia, wszak byłoby to idealne miejsce, by przy duchach lasu odnalazła spokój. Będzie musiał zapytać Pawła o to, jak tylko znajdzie się ku temu okazja. Finalnie też będzie też musiał poprosić o zgodę na ujawnienie tajemnicy zżercy. To jednak pieśń odległej przyszłości, teraz muszą przetrwać najbliższe dni.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
ZombieMuffin 
Nowicjusz


Wiek: 36
Dołączyła: 24 Sie 2023
Posty: 5
Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-02-24, 13:32   Wspomnienia Silvii

Nie wiem ile dni minęło odkąd to wszystko się zaczęło. Trzy?Pięć? Część z nich zlewa mi się w kakofonię krzyków i posmak krwi w ustach. Mama zawsze powtarzała że chaos myśli jest niebezpieczny dla takich jak ja, czy mój ojciec dlatego spróbuje zapisać swoje myśli w tym skradzionym dzienniku.. mam nadzieję, że to pomoże. Zacznijmy więc od samego początku.

Pamiętam trawę pod moimi łapami, obce zapachy zlewające się z palonym drewnem, ziołami i krwią. Widziałam krasnoludy, które zdawały się przeczesywać las szukając czegoś, teraz już wiem że szukali niedobitków armii tego przeklętego Evrona. Nawet jednego znaleźli kiedy ich obserwowałam, pachniał czymś nienaturalnym, obcym i niepokojącym. Obserwowałam jak rzucił się na grupę tych co go chcieli pojmać, jak zrozpaczone zwierze przyparte do drzewa walczył do ostatniego tchnienia. Ciężko mi było powiedzieć do końca , czy to był ten krasnoludzki honor o którym mama mi opowiadała a może desperacja i instynkt? Ich konfrontacja jednak uświadomiła mi , że podobny zapach czułam gdy zaatakowali wioskę, kilka punktów które po namyśle przyprawiało mnie o niepokój. Jak przez mgłę pamiętam że wdarli się do domu gdy byłam na polowaniu, duchy lasu szeptały z niepokojem a potem pamiętam krzyk mamy i jak jakiś niski krępy cień nad nią stał. Jak przez mgłę pamiętam dalsze wydarzenia.. rzuciłam się na niego wbijając kły w jego szyję i powalając nim zdołał zaatakować. Chyba tak jak to czasem robiłam z królikami zmiażdżyłam jego krtań i dlatego nie zawołał po pomoc, chyba pamiętam jakiś chrzęst kości i krew w pysku a może to już jedynie śniło mi się w koszmarze? Zabrałam co się dało z domu nim reszta która plądrowała wioskę zobaczyła co się dzieje, nie mogłam pomóc już mojej mamie, cień przebił jej serce mieczem… a może zmiażdżył głowę młotem? Moje myśli same blokują to wspomnienie, może duchy lasu chronią mnie przed szaleństwem? Nim to wszystko się stało miałam też kolejną wizję zesłana przez duchy – widziałam wysokiego elfa z łukiem skrytego pod płaszczem łowczego i dziwnego człowieka stojących naprzeciwko innego krasnoluda ( później dowiedziałam się że nazywa się Evron i to on był odpowiedzialny za atak na moją wioskę),patrzyli na niego gotów do walki. Jak wcześniej napisałam przed samym atakiem nie wiedziałam co mogła dokładnie ta wizji znaczyć jednak wiedziałam że muszę ich odnaleźć jeśli chciałam się zemścić na tym cholernym krasnoludzie. Nawet miałam szczęście bo obserwując oddziały innych krasnoludów ( tych którzy wyłapywali niedobitki armii Evrona) dostrzegłam jak przez bramy prowizorycznego obozowiska zrobionego przy starej wieży przechodzą właśnie ci dwaj mężczyźni. Nie wiele myśląc wróciłam do swojej ludzkiej formy i podeszłam do dwóch krasnoludów którzy stali na warcie. Nie powiem bym się nie obawiała podchodząc, w końcu jedyne krasnoludy jakie wcześniej spotkałam spaliły moją rodzinną wioskę robiąc ze mnie sierotę. Widziałam jednak też, że ci akurat krasnoludzi pomagali chłopom którym udało się do lasu zbiec, nawet Arona od żab zabrali do środka tego obozowiska. Zebrałam w sobie całą odwagę i starałam się udać że jestem znajomą elfa i go szukam, nigdy nie byłam zbyt dobra w kontaktach z innymi ale chyba kupili moją grę bo otworzyli mi bramy. Dowiedziałam się też, że elf ma na imię Cel ( po krasnoludzku oznacza to cień ) i chyba krasnoludy go lubią. Mama mi mówiła zawsze ,że krasnoludy nie lubią elfów więc tym bardziej wtedy byłam zdziwiona.

Pierwsza część mojego planu poszła całkiem prosto, trudniejsza była wtedy przede mną, nie wiedziałam całkowicie jak do nich zagadać. Stałam więc jak zając na łące gapiąc się z ukrycia na nich a przynajmniej tak mi się wydawało że się ukryłam. Szybko mnie zauważyli więc nie widząc innego wyjścia podeszłam do nich, nim zdołałam się przedstawić człowiek powiedział że jest w żałobie a następnie starał się mnie pocałować. Byłam w niemałym szoku bo komu takie rzeczy są w głowie po tym co działo się w wiosce? Zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno duchy lasu dobrze mnie kierowały, na szczęście elf zdawał się bardziej opanowany, przedstawiłam się im i spytałam, czy nie moglibyśmy przejść w bardziej ustronne miejsce by porozmawiać. Nie dziwiło mnie to, że byli początkowo sceptycznie nastawieni, w końcu nie znali mnie ale nie mogłam z nimi rozmawiać otwarcie w obozie pełnym wścibskich uszu. Cel a w zasadzie Eleas jak się po dłuższym czasie dowiedziałam uspokoił Konkordiusza ( Pavla ) mówiąc że w lesie będą bezpieczni bo nikt nie da rady go zajść. Częściowo rozbawiło mnie to w duchu jak pewny siebie był elf, tak jak mama powtarzała mężczyźni patrzyli na mnie przez pryzmat mojej urody nie spodziewając się tego kim jestem. Postanowiłam zaprowadzić ich na polankę przy rzece, często tam się wylegiwałam nocą kiedy miałam już dosyć odgłosów wioski. Już wtedy widziałam że Eleas ewidentnie był łowcą, jego kroki były ciche i delikatne, jak basiora na polowaniu, oczywiście nie mógł równać się ze mną w mojej wilczej formie ale i tak bardzo dobrze sobie radził. Paweł za to to była zupełnie inna historia, z niewiadomego zupełnie dla mnie powodu człowiek wyjął niewielki toporek i zaczął ścinać co mniejsze drzewa, starałam się dowiedzieć jaka jest logika za jego czynami ale nie doczekałam się żadnej sensownej odpowiedzi. Ostrzegłam go jedynie że duchy lasu nie lubią bezmyślnego niszczenia przyrody a rzucaniem siekierką w pień drzewa może zaimponować co najwyżej wioskowym dziewczętom. W końcu dotarliśmy na miejsce, cisza tego miejsca zdawała się przeczyć zupełnie wszystkiemu co działo się w wiosce jeszcze niedawno, gdyby nie zapachy krwi i spalonego drewna niesione przez lekki wiatr nigdy bym nie pomyślała że wydarzyła się taka tragedia. Okazuje się, że nieświadomie zaprowadziłam ich w miejsce gdzie pili z jeszcze jednym towarzyszem kiedyś alkohol, później dowiedziałam się że Anhelm ( tak miał na imię ten towarzysz) popełnił samobójstwo. Cokolwiek sprawiło, że targnął się na swoje życie musiało być straszne, na szczęście duchy lasu przyjmą w swe objęcia każdego nie zależnie od przyczyny śmierci. Póki został pochowany w ziemi będzie dalej uczestniczył w cyklu a jego duch będzie towarzyszyć im z każdym podmuchem wiatru i szelestem leśnego listowia… tak jak moja mama będzie teraz towarzyszyć mi. Opowiedziałam im o wszystkim co mnie spotkało podczas ataku, omijając ze względów bezpieczeństwa fakt że powaliłam krasnoluda jako wilk a nie człowiek. Wiele mnie kosztowało by opowiedzieć to zachowując spokój, nadal chce mi się chce wymiotować na wspomnienie smaku krwi tej bestii która zabiła moja mamę. Musiałam też walczyć by łzy nie zalewały moich oczu, bo choć teraz wiem że ona jest przy mnie tak w tamtej chwili wszystko było nowe i straszne, nie było jej fizycznie obok mnie i nie mogła przytulić mówiąc, że będzie wszystko w porządku. Powiedziałam im o chęci zemsty na Evronie za wszystko co uczynił i dlatego ich szukam. Musiałam przyznać się im do tego że Duchy Lasu sprowadzają na mnie wizje, że widziałam ich w jednej z nich i dlatego to wszystko wiem. Zawsze uczono mnie by zachować dla siebie tajemnice o nim dlatego w tym większym szoku byłam jak moi nowi towarzysze nie do końca zareagowali szokiem. Wkrótce okazało się, że to głównie dlatego że ich zmarły towarzysz też miewał takie wizje, nie ukrywam że sporo to wtedy uprościło. Powiedziałam im też o wizji jaką miałam w chwili spotkania z nimi – widziałam chaos bitwy, jakieś krępe istoty walczyły z wysokimi i smukłymi cieniami. Wokół znajdowało się zaledwie parę chat a sam teren był górzysty. Jedna z tych krępych istot mocno się wyróżniała swoją lśniącą w słońcu zbroją, dzierżyła też zdobiony młot którym roztrzaskała klatkę piersiową jednej z tych smukłych istot. Niestety moi towarzysze nie wiedzieli o jaką wioskę mogło chodzić ale widząc że mogę się przydać przystali na to byśmy współpracowali w osiągnięciu wspólnego celu jakim była śmierć Evrona. Miałam częściowe szczęście bo mieli przy sobie jak się okazało sakiewkę tego przeklętego krasnoluda. Poprosiłam ich czy mogę ją wziąć do ręki, korzystając z węchu chciałam zobaczyć czy może pozostały jakieś ślady jeszcze wśród liści i na ziemi ale nie poszczęściło mi się, trop urwał się przy rzece.

Po tej nieudanej próbie wytropienia jakichkolwiek śladów ruszyliśmy wspólnie znów do obozowiska, towarzysze byli trochę zaskoczeni moimi metodami tropienia ( usłyszeli jak węszę gdy poprosiłam ich o zamknięcie oczu, wolałam by w razie czego o magije mnie oskarżyli niż zaczęli podejrzewać że jestem wilkołakiem, w końcu nie wiedziałam na ile mogłam im wtedy ufać) ale nie kwestionowali ich za specjalnie. W drodze Paweł zapytał mnie, czy Duchy Lasu nakazują mi się też samo okaleczać jak ich zmarłemu towarzyszowi, było to bardzo niecodzienne pytanie, w końcu bez powodu one nigdy by czegoś takiego nie nakazywały komuś. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.. przyznam szczerze nie miałam ochoty wtedy też kontynuować tej rozmowy, czułam się bardzo niepewnie przy człowieku, którego zachowanie było nieprzewidywalne i głośne. W obozie poprosiłam ich by tłumaczyli mi o czym mówią krasnoludy bo nie znam ich języka, przystali na to co sporo ułatwiło. Spotkałam się z mehrem krasnoludów mając okazję chwilę z nim porozmawiać, nie potraktował poważnie moich deklaracji o zemście na Evronie, był też bardzo nieufny wobec mnie. Nie mogę mu się dziwić jestem całkowicie obca, Eleasa i Pawła zdawał się znać widząc jak ich przyjął i tylko dlatego chyba ze mną rozmawiał. Nie mogę powiedzieć że brak zaufania nie był odwzajemniony, po wszystkim co przeszłam te krępe istoty są dla mnie jeszcze bardziej obce i zdecydowanie należy na nie uważać. Z rozmowy zrozumiałam że moja osada padła też ofiarą jakiś ich wewnętrznych sporów wśród krasnoludów, Eleas powiedział o tym że nie udało nam się dokładnie wytropić w która stronę Evron ruszył. Ominął mój niecodzienny sposób tropienia na szczęście, krasnoludy niestety nie okazały się również zbyt pomocne w kwestii dorwania Evrona. Dowiedzieliśmy się że póki co wyłapują niedobitki jego armii w lesie, a te zmutowane krasnoludy na zapach których aż mnie mdli walczą do samego końca i nie dają się pojmać. Jedyne co mehr poradził to by rozpytać w grodzie, nie było to zbyt pomocne bo sami mogliśmy wcześniej to zrobić ale no cóż, przynajmniej spotkałam Arona. Miałam nadzieję, że może coś dostrzegł jak uciekał ale niestety szczęście i tu mi nie dopisywało, najważniejsze było , że nic mu się nie stało. Uzgodniliśmy że ruszę do grodu by dowiedzieć się więcej na temat tego gdzie mógł ruszyć Evron, nim to się stało jednak Pavel znów zaczął zachowywać się dziwnie. Poprosił mnie o kawałek mojego płaszcza, nie wiedząc do końca co chciał zrobić i nie chcąc robić większej sceny pozwoliłam mu dotknąć go a ten wyjął dziwny sztylet i wbił go w materiał. W chwili jak to zrobił nagle stanął z nieobecnym spojrzeniem jakby pogrążony w czymś co tylko on widział, instynkt aż wył bym uciekała i czułam jak moje nogi same chcą mnie nieść w las. Spytałam starając się ukryć strach Eleasa co się dzieje i co to za sztylet, moje najgorsze obawy zostały potwierdzone gdy elf powiedział, że ten magiczny przedmiot pozwala widzieć co się działo z właścicielem dźgniętego przedmiotu do jakiegoś czasu wstecz. Każdy włos na moim ciele się zjeżył, wiedziałam że moja tajemnica się przez to wyda i nie byłam bezpieczna w tym miejscu. Szybko uciekłam z tamtego miejsca bez wyjaśnień zostawiając Eleasa zaskoczonego, mama nie raz mi mówiła, że w chwili kiedy moja tajemnica się wyda będę w niebezpieczeństwie i mam albo uciekać albo walczyć. Nie byłabym w stanie sama pokonać całego obozowiska krasnoludów więc wybrałam ucieczkę, stopy niosły mnie odruchowo na łączkę przy rzece. Jest tam wystarczająco dużo roślinności pozwalającej mi się skryć wtedy, słyszałam wręcz jak moje serce biło jak oszalałe. Pytania kakofonią krzyków niemal kłębiły mi się w głowie, czy wyjawią mój sekret, czy w ogóle się o nim dowiedzą, czy będę musiała zabić jedynych sojuszników jakich będę mogła mieć? Wtedy też dowiedziałam się o tym, że jednak nie doceniłam Cela i jego zdolności tropienia, odnaleźli mnie nad rzeką, byli jednak sami. Nadal wtedy nie oznaczało to tego że byłam bezpieczna, obserwowałam każdy ich ruch gotów walczyć jeśli zajdzie taka potrzeba. Ciężko mi nadal orzec, co dokładnie kierowało Pavlem ale mimo że dowiedział się kim jestem to zdawało się bez większego strachu wyjawił mi wszystko co widział w swojej wizji – widział jak zmieniam się w wilka i jak wracam do swojej humanoidalnej postaci. Elf zdawał się bardziej wtedy wstrząśnięty tą rewelacją, szczególnie że nie mogłam temu zaprzeczyć już, choć Konkordiusz również zdawał się tym zaskoczony nadal. Staliśmy tak chwilę w ciszy, ja w głowie już rozważałam wszystkie za i przeciw bezpośredniej walki z nimi, w końcu moja ludzka forma jest słabsza od wilczej jednak, w końcu jednak Pavel odezwał się pierwszy zaskakując mnie ponownie. Człowiek naciął swoją dłoń z której popłynęła dziwna niebieska krew, zapachem przypominała mi burzę zmieszaną z czymś nienaturalnym. Nie był to nieprzyjemny zapach jednak nigdy z takim się nie zetknęłam. W ślad za nim poszedł Eleas, opowiedział mi wtedy o tym jak to jego rodzice dopuścili się strasznego czynu i teraz on płaci za to cenę obarczony klątwą krwawych elfów, którą chce odczynić. Oboje tak jak ja nie byli zwykłymi istotami a kimś na kogo jeśli by ktokolwiek się o tym dowiedział inni by polowali, być może to też był powód dla którego Duchy Lasu chciały bym to z nimi walczyła z Evronem? Być może wiedziały, że staną się moją watahą? Ciężko mi to wyjawić ale ich wyznania choć mnie nie uspokoiły w pełni to sprawiły, że postanowiłam zaryzykować i im chociaż trochę zaufać. Opowiedziałam im moją historię. Opowiedziałam o ojcu którego wezwały Duchy Lasu, o naukach mojej mamy i o tym, że nigdy nie miałam swojej watahy. Miejscowe wilki zdawały zawsze wiedzieć że nie jestem w pełni jedną z nich zachowując pewną rezerwę a od ludzi obie z mamą stroniłyśmy. Odpowiadałam na ich pytania dotyczące sposobu przenoszenia się klątwy nim w końcu padła prośba o to czy nie pokazałabym im swojej wilczej formy. Nie do końca wiem czemu wtedy się na to zgodziłam, może bo ta forma przynosi mi jakieś ukojenie, zmienia się częściowo percepcja na niektóre rzeczy a hałas w głowie staje się cichszy w porównaniu z odgłosami lasu. Kazałam im się odwrócić kiedy się rozbierałam, podczas samej przemiany choć jest ona szybka jestem bezbronna a nadal wtedy choć częściowo im zaufałam to nie mogłam pozwolić sobie na bycie bezbronną. W chwili kiedy przybrałam moją wilcza formę las znów wydawał się jeszcze bardziej nieznośnie pusty, wszystkie gryzonie i ptaki które zwykle dokazywały zdawały się uciec obawiając nieludzkiej aury tamtych krasnoludów. Jedyne zapachy jakie czułam to moich towarzyszy, śmierci i krasnoludów. Częściowo czułam zadowolenie kiedy widziałam ich podziw nad moim futrem i wyglądem, podeszłam do nich obwąchując ich chcąc w ten sposób jeszcze potwierdzić ich intencje. Ludzie często nie zdają sobie sprawy jak łatwo wilczy nos może wykryć emocje, każda emocja ma swój zapach, po obwąchaniu ich zdawało się że ich intencje były szczere to bardziej mnie uspokoiło. Dałam się nawet pogłaskać Eleasowi nim pociągnęłam go za płaszcz starając się dać do zrozumienia by mnie zasłonił, nie mogłam im tego w tej formie powiedzieć co jest jedynym minusem bycia wilkiem. Moja mama zawsze wiedziała czego chce jako wilk, oni nadal się tego uczą. W końcu po dłuższej chwili zrozumiał o co mi chodzi i zakrył mnie bym mogła się odmienić oraz odziać. Co najważniejsze Pavel obiecał wtedy nad rzeką też, że już nigdy nie wykorzysta mocy tego sztyletu na mnie, jeśli to zrobi nie będę miała oporów by w wilczej formie obsikać mu rzeczy za złamanie przysięgi.

Po tych wszystkich rozmowach i uspokojeniu moich nerwów postanowiliśmy wykonać w końcu wcześniej ustalony plan. Miałam iść do grodu rozeznać się czy nie widzieli gdzie uciekał Evron, po drodze dowiedziałam się pokrótce też czemu oni sami nie mogą tam iść. Nie do końca rozumiałam tego w pełni ale w tamtej chwili nie było to aż tak ważne dla mnie. Gród dalej stał zamknięty, tak jak mama mówiła możni widząc zagrożenie będą myśleć tylko o sobie, ich spojrzenie na świat zostało wypaczone przez poczucie sztucznej kontroli nad innymi, nawet w swej arogancji sądzą że mogą kontrolować naturę. Zza samej palisady dostrzegłam jak obserwuje mnie jeden z zbrojnych do którego po chwili dołączył Predrag. Obaj podali mi sprzeczne informacje i obaj zdawało się że mówili prawdę – według zbrojnego Evron popłynął w stronę Skroningen za to Predrag twierdził że popłynęli w zupełnie przeciwną stronę. Ciężko było mi orzec wtedy który z nich widział faktycznie Evrona, na szczęście kiedy przekazałam wieść o tym Eleasowi i Konkordiuszowi to mając więcej informacji od samych krasnoludów powiedzieli że lepiej będzie byśmy ruszyli w przeciwną stronę do Skroningen. Nim jednak mogliśmy wyruszyć musiałam jeszcze zrobić jedną rzecz – pochować moją mamę. Nadal czuję jak ciężkie były moje kroki kiedy szłam w stronę mojego starego domu a raczej tego co z niego pozostało po tym jak ogień strawił jego część. Pavel chyba zapłacił kilku chłopom by pomogli mi odgruzować strawione resztki ogniem, byłam zbyt skupiona na tym by przypomnieć sobie nauki mamy. Teraz mi jest łatwiej dostrzec w ruchach listowia i szepcie wiatru jej obecność ale wtedy jak dostrzegłam jej powyginane od płomieni ciało miałam ochotę krzyczeć, nie chciałam wierzyć że to jest ona, z jednej strony czułam jej zapach zmieszany z zapachem palonego drewna, ziół i śmierci, z drugiej wydawało się to wszystko nie realne jakbym była gdzieś obok swojego ciała. Dopiero kiedy składałam ją w ziemi na brzegu lasu zaczęło do mnie docierać, że to nie jest wizja czy złudzenie. Była to okrutna rzeczywistość, łzy same napływały mi do oczu a nogi ugięły się pod ciężarem myśli, chciałam jednocześnie krzyczeć, płakać i przeklinać bogów za to że do tego dopuścili. Czułam w sercu coś jeszcze – nienawiść jakiej nigdy nie czułam, paliła mnie od wewnątrz i kąsała zajadle jak wściekły wilk który chciał się wydostać. Wszystko wokół przestało istnieć, byłam tylko ja, grób mojej matki, ból i przysięga którą w myślach złożyłam, że pomszczę ją. Nie miałam niczego i nikogo, byłam wilkiem bez watahy którego jedyną wolą było skonać dopełniając zemsty. Nie zdawałam sobie sprawy nawet z potoku łez które spływały po moich policzkach, kiedy Cel i Konkordiusz usłyszeli krzyki krasnoludów o powrocie Evrona. Czym prędzej ruszyliśmy do Starej Wieży pomóc krasnoludom, widziałam jak te krępe istoty łapały za broń szykując się do walki. To wszystko było zbyt podejrzane w końcu wiedziałam wtedy że wojska Evrona były rozbite, nie byłby w stanie tak szybko ich uzupełnić, szczególnie że uciekł w górę rzeki jak podejrzewaliśmy. Cel wychwycił jak nieznajomi z oddali krzyczą po krasnoludzku że swoi idą, mówił też o jakimś Avnerze. Mogliśmy tak stać i zastanawiać się nad tym czy to podstęp albo sprawdzić to, wolałam wybrać tą drugą opcję. Zaskoczyło to krasnoludy ale zgodzili się bym to zrobiła, Eleas też się zgłosił do pomocy, ciężko było mi orzec czy z strachu że sobie nie poradzę a może też ciekawość nim kierowała wtedy. Kiedy tylko znaleźliśmy się w lesie z dala od oczu innych przybrałam swoją wilczą formę w której o wiele szybciej i łatwiej jest mi się przemieszczać, elf zaskakująco dotrzymywał mi kroku i wydawał się wręcz spokojniejszy kiedy byłam w tej formie. Teraz jak o tym myślę przeczy to trochę ze słowami mojej mamy która mówiła że inni będą zawsze obawiać się mnie w tej formie ale wtedy o tym w ogóle nie myślałam. Po niedługim czasie dostrzegliśmy kolumnę krasnoludów – krępe istoty z długimi siwymi brodami wyglądały jakby szykowały się na walkę. Eleas uspokoił mnie, że to faktycznie na czele jest osobnik którego on zna, na wszelki wypadek jednak jeszcze skupiłam się by sprawdzić czy nie czuć wśród nich tych przeklętych istot. Nie wyczuwając niczego plugawego dałam Eleasowi o tym znać, na szczęście ten gest odczytał z łatwością mimo mojej postaci. Nim wróciliśmy do obozowiska odmieniłam się znów w swoją człowiecza postać zabierając rzeczy, informacje które przekazaliśmy zdawały się uspokoić nastroje w obozie. Pozostawiłam rozmowę wtedy innym, widziałam tylko jak do Pavla podszedł jakiś opasły krasnolud który podał coś człowiekowi po czym odszedł, widziałam go wcześniej w tej gromadzie Avnera z innym łysiejącym mężczyzną i jakąś kobietą. Krasnolud ten przedstawił się jako Fodrin, był zdecydowanie szerszy niż wyższy ale ciężko było mi orzec na ile to były mięśnie a na ile tłuszcz, nie wiele mnie to też tak naprawdę wtedy interesowało, nadal miałam mętlik w głowie i to palące uczucie nienawiści wewnątrz. Mama mnie uczyła że nie jest to dobra oznaka więc robiłam co mogłam by to jakoś uspokoić ale wiedziałam ze jedyne co będzie mogło ugasić ten pożar to śmierć przeklętego Evrona. Z wyobrażeń jak wbijam swoje kły w jego szyję i rozrywam ją barwiąc powietrze kroplami jego plugawej krwi wyrwały mnie słowa Pavla dopiero. Okazało się że to co zostało mu przekazane to jakaś notatka od jego ojca który interesuje się tematem przeklętych krasnoludów. Dowiedziałam się że powstają one poprzez wypicie krwi Myrkydii, sprawiało to że stawali się bardziej zwierzęcy, wszelkie zdolności społeczne zanikały a agresja znacząco wzrastała. Jego ojciec twierdził ponoć że zmiany tej nie można odwrócić ale za to jakiś piastun Hevel kimkolwiek jest twierdził w liście że jest to możliwe, gdzie leży prawda mało mnie interesowało. Te istoty nie były naturalne i samo ich istnienie rozgniewało duchy lasu, dlatego należało wraz z Evronem je wytropić i wybić co do ostatniego. Konkordiusz wpadł na pomysł by pobrać krew od jednego z zmutowanych którego krasnoludy zakopały, nawet udało się mu przekonać Avnera do tego pomysłu. Starszy krasnolud wskazał gdzie znajduje się grób tego plugastwa a człowiek zajął się odkopywaniem ich, długo nie zajęło jak najpierw do moich nozdrzy dobiegł ten koszmarny zapach a następnie nasze oczy ujrzały powykręcane ciało mutanta. Nie wiem co Pavel chciał osiągnąć kiedy odrąbał głowę istoty a następnie wsypał jakiś dziwny czarny proszek do niej chcąc go podpalić, kiedy mu się to nie udało cisnął głową potwora jak najdalej mógł, co nie było tak daleko przy tym że nie jest on zbyt silny. Całe to zdarzenie było niepokojące, w połączeniu z wcześniejszym nieobliczalnym zachowaniem człowieka wiedziałam że muszę mieć baczenie na niego. Nie wiedziałam wtedy czy i mi nie postanowi w swoim szaleństwie czegoś takiego zrobić. Wraz z Eleasem pozyskałam krew z wątroby przemienionego krasnoluda, posoka śmierdziała nienaturalnie kiedy pokazali mi krew Myrkydii faktycznie oba się pokrywały częściowo choć jeden zdawał się bardziej przypominać zgniłe jajka gdy drugi zardzewiałe żelazo, od obu było mi niedobrze. Cieszyłam się jak w końcu zakopali te zwłoki a my mogliśmy iść nad rzekę by rozbić obozowisko nim ruszymy następnego dnia.

Eleas był na tyle uprzejmy że zgodził się dopasować mój plecak do mojej formy wilczej bym nie musiała zostawiać swoich rzeczy i później po nie wracać. Nie mam ich zbyt dużo ale nadal są jedyna pozostałością po mojej mamie i domu. Była jeszcze jedna rzecz która musiałam zrobić nim wyruszymy za Evronem, chciałam jako wilk pożegnać się z lasem. Nie miałam pewności, czy przeżyję ta walkę, tak naprawdę było mi to nawet wtedy obojętne, pierwszy raz byłam w pełni sama i przerażało mnie to. Powiedziałam elfowi że wrócę później po czym w odosobnionym miejscu przemieniłam się w wilka i zaczęłam biec przed siebie. Liście i gałęzie krzaków smagały mnie po pysku i łapach a ja biegłam ile miałam sił, miałam nadzieję że usłyszę moją mamę w szepcie duchów lasu ale jedyne co dudniło mi w głowie to chęć zemsty. Ujadanie wilka które przysłaniało wszystko inne i które błagało o to by wypuścić go na zewnątrz. Nawet nie zdałam sobie sprawy ale bezwiednie zatrzymałam się przy grobie mamy. Wpatrywałam się w kwiaty i zioła które ułożyłam wcześniej, zawyłam rozpaczliwie mając nadzieje że ktokolwiek mi odpowie ale jedyne co mnie otaczało to przygniatająca cisza. Nawet powietrze było inne, to już nie był mój dom. Po dłuższym czasie wróciłam do nowych towarzyszy, Eleas akurat kończył mój plecak jednak mnie zastanowiło pobojowisko które dostrzegłam dookoła. Nawet jako człowiek widziałam że z elfem nie jest dobrze, jego też coś mocno męczyło i zapewne to coś miało związek z obitą twarzą Konkordiusza. Częściowo nie chcąc myśleć o swoich problemach usiadłam obok Eleasa zaczynając z nim rozmowę, dowiedziałam się że Pavel pijany sprowokował go do tego by elf go obił. Od słowa do słowa opowiedział mi tez o tym jak zarówno Pavel i ich zmarły towarzysz Anhelm pomogli odbić ukochaną Eleasa kiedy ta została pojmana, o przemyconej miksturze która zapoczątkowała lawinę wydarzeń przerastających go psychicznie. Słuchałam wszystkiego uważnie z mieszaniną gniewu na czyny jakich dopuściła się szlachta oraz smutku że musieli tyle wycierpieć z powodu tej niesprawiedliwości. Zaskoczyło mnie jednak jedno, mimo że widać było że Pavel nie jest obojętny Eleasowi nie nazwał go przyjacielem a towarzyszem. Poradziłam mu by szczerze z nim porozmawiał, w końcu każdy z nich przeżywał tragiczną śmierć Anhelma na swój sposób, powiedziałam mu też to co kiedyś moja mama mi przekazała – zmarli odchodząc zabierają cząstkę nas samych. Być może wzajemnie muszą tą pustkę teraz uzupełnić, uciekając od rozmowy na ten temat na pewno rozpadną się jako wataha a przy tym ile wspólnie przeszli powinni być silniejsi razem. Opowiedział mi też o swojej historii, jak jego rodzice chcąc ochronić go przed Strażnikiem przeprowadzili rytuał który przemieniłby go w krwawego elfa gdyby nie to że zakonnicy pojawili się przerywając go w połowie. Jak wraz z siostrą uciekali przez lasy Erxen przed wojną w końcu osiadając na dworze jakiegoś szlachcica. Opowiedział mi też o swoich obawach przed przemianą, że zatraci siebie w pełni i przestanie być tym kogo zna. Nie byłam w stanie niestety w pełni zrozumieć tych obaw, przemiana zawsze była dla mnie czymś normalnym, może gdybym się z tym darem nie urodziła było by to cięższe? Widząc jaki Eleas jest nie wydaje mi się by miał się zatracić, słyszałam że krwawe elfy są ponoć pozbawione emocji których czuje cała paletę barw w nim. Być może przez lęk jaki czuje wydaje mu się że się bardziej zatraca niż faktycznie tak jest?W każdym razie podzieliłam się z nim też moją historią.. o tym jak miałam tylko moja mamę bo tata odszedł i nawet nie wiem czy by mnie po tylu latach rozpoznał. Zdaje się że rozmowa ze mną mu pomogła, jego ciało nie było już aż tak spięte a twarz nabrała łagodniejszego wyrazu, miałam szczerą nadzieję że porozmawia z Pavlem o troskach którymi podzielił się ze mną. Chciałam by im się ułożyło, w końcu własna wataha jest niezwykle ważna. Z ta myślą ułożyłam się spać chwilę jeszcze spoglądając w gwieździste niebo mając nadzieje że dostrzegę jakikolwiek znak od mamy, jednak zmęczenie dało o sobie znać szybciej zamykając moje powieki do snu.

Kiedy obudziłam się następnego dnia dostrzegłam że chyba Eleas i Pavel poszli za moją poradą i porozmawiali o ciążących na ich sercach wydarzeniach. Ich twarze zdawały się spokojniejsze, atmosfera zdawała się też lżejsza, cieszyłam się że mogłam jakoś pomóc. Zwierzyłam się im też z kolejnej wizji jaką w swojej łasce zesłały mi duchy lasu – widziałam grupę smukłych istot przedzierającą się przez bagna. Był też młodzieniec, który zdawał się być najważniejszy pośród tych wszystkich smukłych cieni, miał na tarczy jeden z szlacheckich herbów. Przekazałam nawet dokładny opis że była to odwrócona złota podkowa na błękitnym polu z kręgiem asteriońskim wpisanym w tą podkowę. Powiedziałam też że ten młodzieniec na tle reszty cieni był wyjątkowo wyraźny dla mnie, opisałam jego ciemnobrązowe włosy i nawet żelazną zbroję jaką miał na sobie. Z 50 szczupłymi cieniami ruszyli na północny wschód jakby w pogoni za czymś albo kimś. Wspólnymi siłami wywnioskowaliśmy jedynie że te smukłe cienie to muszą być elfy ale herb kompletnie zdawał się obcy dla Cela i Konkordiusza, co było wyjątkowo dziwne biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia. Przeprawa łodzią była nawet spokojna, zatrzymaliśmy się gdzieś na brzegu chcąc skorzystać z leśnej polany, nim zdołaliśmy porządnie się rozejrzeć zostaliśmy przyuważeni przez obcych z pobliskiego obozowiska które rozbiło się pod wieżą warowną. Nie wydawali się niebezpieczni jednak ostrożnie do nas podeszli, jak się okazało to był błąd. Nieznajomi okazali się być ludźmi dawnego pana Eleasa o którym wieczór wcześniej wypowiadał się w wyniosłych słowach jako wybawcy jego i jego siostry. Szybko nakazali się elfowi i człowiekowi poddać, dopytując mnie czy nic mi nie zrobili, jakby byli jakimiś bandytami. Cała sytuacja mnie skołowała, za dużo hałasów i nowych zapachów oszołomiło mnie lekko, oni sami nie zdawali się mnie traktować jako niebezpieczeństwo. Wykorzystując to postanowiłam udawać niewinną kobietę która podróżowała z Eleasem i Pavlem, mama uczyła mnie że męska ignorancja potrafi być też kluczem do osiągnięcia swoich celów. W tym wypadku moim celem było uwolnienie moich towarzyszy, szczególnie kiedy widziałam, że nikt nie chce słuchać ich wersji wydarzeń które miały miejsce. Mieli odpowiedzieć za zabójstwa którymi obciążyła ich szlachcianka Konkordia, a samą decyzję o tym co to ma być za kara miał wydać dawny pan Eleasa. Krew się we mnie burzyła ale nie mogłam tego tak zostawić, starałam się dotrzeć do ludzi Variella ale nikt nie chciał mnie słuchać. Wykorzystując lekcje matki najpierw przekonałam ich by pozwolili mi porozmawiać z Eleasem i Pavlem na osobności kiedy Ci byli związani w namiocie. Elf zdawał się całkiem załamany, niemal gotowy na śmierć która na pewno ma nastąpić, zaczął gadać że mam siebie ratować a on zapłaci za grzechy popełnione w przeszłości. Starałam się go przekonać że porozmawiam z jego panem i jeśli jest taki jak mówi to powinien go chociaż wysłuchać. Na wszelki wypadek poluzowałam dyskretnie ich więzy by mogli uciec gdyby doszło do jakiegoś ataku Evrona albo jakby miał się dokonać jakiś samosąd. Żołnierze w obozowisku dziwili się kiedy powiedziałam że chcę pojechać przekazać Variellowi informację dotyczącą zmutowanych krasnoludów, nie byli przekonani powtarzając mi jak to niebezpieczne dla tak młodej bezbronnej damy. W końcu jednak postawiłam na swoim i zgodzili się bym pojechała z konnym samej przekazać te informacje jak i wstawić się za Eleasem i Pavlem. W całym tym zabieganiu zapomniałam, że zwierzęta które są czulsze na dary lasu wyczuwają moją wilczą naturę i reagują jak przystało na drapieżnika. Całe szczęście udało się konnemu opanować tego wierzchowca a cała sytuacja została zrzucona na nastroje w obozie wpływające na konia. Przez cała podróż elf (chyba miał na imię Ruaidhri.. Ruadri.. nie jestem już po takim czasie pewna) który prowadził konia starał się mnie poderwać, puszczałam to mimo uszu nie zainteresowana całkowicie takimi głupotami teraz. Skupiona byłam na uratowaniu towarzyszy jak i zemście na Evronie a nie jakimś słabym basiorze, który był mocny jedynie w słowach. Oczywiście mama nie wychowała prostaczki więc ładnie się uśmiechałam i mu odpowiadałam ale myślami skupiona byłam na swoim zadaniu, zastanawiałam się nawet przez chwilę czy nie było by szybciej jakbym jako wilk sama pobiegła ale na szczęście elf chciał się przede mną nie wiem czemu popisać zmuszając konia do szybszego galopu. Po dłuższym czasie w końcu dotarliśmy do wioski która przypominała mi tą z mojej wizji, wszędzie były poukładane ciała chłopów i krasnoludów. Podjechaliśmy do byłego pana Eleasa który zdawał się wydawać jakieś rozkazy, ponieważ mama uczyła mnie że powinnam uważać na szlachtę zachowałam czujność. Grzecznie się przedstawiłam, powiedziałam skąd jestem i po co przybyłam, szlachcice nie lubią kiedy chłopi gadają i zabierają im czas. Miałam nadzieję po opowieściach Eleasa, że może w chociaż tym wypadku moja mama się myliła ale kiedy tylko doszłam do kwestii moich towarzyszy i próbie pomocy im to szlachcic nie chciał mnie słuchać. Powiedział, że co więcej nie zamierza nawet ich wysłuchiwać bo Konkordia jest szlachcianką i jej słowo jest nadrzędne nad słowem kogokolwiek innego. Bardzo nie podobały mi się jego słowa, mimo moich argumentów jego arogancja i ignorancja aż biła od jego osoby. Okazał się taki sam jak inni, nie widziałam więc sensu strzępić swojego języka na głupców i postanowiłam dalej grać niewinną dziewoję z zniszczonej wioski, coś co łykali chętnie niczym ptactwo ziarna. W głowie zaczął formować mi się inny plan, jeśli nie da rady uwolnić ich dyplomacją, postanowiłam zrobić to siłą. Dowiedziałam się jeszcze podczas rozmowy, że zdziesiątkowany oddział Evrona z nim samym uciekał przez bagna, była to niezwykle istotna informacja pozwalająca nam zawęzić pole poszukiwań.

Powróciłam z Ruaidhrim na koniu do obozu i od razu postanowiłam porozmawiać z towarzyszami. Przekradłam się do ich namiotu niepostrzeżenie i szybko poinformowałam o wszystkim. W ciszy słuchali jak opowiadałam o tym, że wizja się już sprawdziła i elfy walczyły z krasnoludami Evrona w wiosce nieopodal, że wiem gdzie uciekł i możemy go wspólnie wytropić. Powiedziałam też o tym, że moje rozmowy z dawnym panem Eleasa nie poszły pomyślnie i nawet nie zamierza ich wysłuchać. Widziałam jak ramiona elfa opadają pod ciężarem moich słów a wizja dobrotliwego pana pęka jak lustro. Cel był całkiem załamany, zaczął gadać, że nie ma sensu uciekać, że powinnam z Pavlem uciec a on zostanie i przyjmie na siebie karę. Matka powtarzała że mężczyźni potrafią być durni ale nie spodziewałam się że aż tak, nie mając czasu na rozległe wyjaśnienia po prostu zdzieliłam go w tył głowy otwartą dłonią po czym w krótkich i dosadnych słowach powiedziałam co sądzę o szlachcicach jak jego były pan, czy ta cała Konkordia. To zdawało się ocucić trochę Eleasa z tego depresyjnego stanu. Następnie powiedziałam by wymknęli się kiedy ja odzyskam ich rzeczy, jako wilk z łatwością będę w stanie ich wytropić a do tego nikt mnie nadal nie podejrzewa że mogłabym coś zrobić sprzecznego z prawem. Rozdzieliliśmy się zdawało mi się na chwilę, nie wiem co dokładnie się tam stało ale z jakiegoś powodu szybko zorientowali się o ucieczce więźniów w obozie. Czym prędzej zgarnęłam co się dało z ich plecaków i zmieniłam się w wilka biegnąc w stronę w którą uciekali mając nadzieję że zdążę jeśli będą potrzebowali pomocy. Eleas na szczęście zdołał zgubić pogoń ale Pavel nie miał tyle szczęścia, biegnąc jakby wiatr mnie niósł dostrzegłam jak 4 zbrojnych przytrzymuje go lejąc a może nawet chcąc zabić. Serce biło mi dziko jak krople deszczu odbijające się o drewno podczas silnej ulewy, przestałam myśleć nad lekcjami matki i pozwoliłam by moja druga natura mnie prowadziła. Czułam smak krwi wypełniający moje gardło kiedy rozszarpywałam ich gardła, jak pazury wbijają się w tkankę kiedy obaleni starali się bronić. Ich bronie smagały też moje wilcze ciało ale ból wydawał się czymś odległym w tej chwili, silniejsza była realizacja, że nawet jeśli chwilowo to teraz oni są moją watahą i nie pozwolę by ich zraniono. Wydaje mi się, że wśród tej 4 był też ten konny co mnie podrywał, wydaje mi się że powinnam coś czuć w związku z tym ale skłamałabym gdybym powiedziała, że tak jest. Robiłam co musiałam by chronić moją watahę i bez zastanowienia powtórzyłabym to gdyby sytuacja tego wymagała. Widziałam że Konkordiusz był chyba z jednej strony zaskoczony tym, że przyszłam mu na ratunek a z drugiej był bardzo wdzięczny. Nie mieliśmy czasu na rozmowy jednak, korzystając z swoich czułych zmysłów zaczęłam tropić Eleasa.

Po dłuższym czasie w końcu go odnalazłam, skrywał się skulony w krzakach, na mój widok cofnął się bardziej w strachu relaksując dopiero kiedy rozeznał się że to ja. Jak teraz o tym myślę widok faktycznie mógł być przerażający, w końcu wymordowałam osoby które wcześniej znał i nawet nie jest mi z tego powodu smutno. Odmieniłam się w człowieka nie przejmując się już nagością, wśród watahy takie rzeczy nie mają znaczenia, zadane rany zaczęły mi trochę doskwierać ale dzięki pomocy Eleasa i Pavla szybko się pozbierałam. Byli mi bardzo wdzięczni za pomoc, że narażałam swoje życie dla nich i że nie zostawiłam ich w potrzebie. Eleas znów zaczął mówić że nie był wart ratowania, ponownie przywaliłam mu w tył głowy tym razem już mówiąc też że jest durniem. Wyjaśniłam mu że zła osoba nie ryzykowałaby pojmania by uratować jej wioski, zła osoba też nie ryzykowałaby tyle dla ukochanej a jego dawny pan Variell czy jak mu tam jest po prostu zapatrzonym w siebie dupkiem . Nie ukrywam że też lekko się zawstydziłam na wcześniejsze miłe słowa towarzyszy, były one dla mnie czymś nowym.. nie mogłam jednak długo się zastanawiać nad tym wszystkim bo kiedy otrzymałam miksturę leczącą od Pavla stało się coś dziwnego. Najpierw poczułam jak mi ciepło i jak powietrze wypełnia cudowny zapach, co dziwniejsze pochodził on od Eleasa, w lekkim blasku gwiazd który odbijał się w jego piwnych oczach jego sylwetka nabrała zupełnie nowego kształtu. Wyglądał jak basior który mógłby przewodzić watahą wraz ze mną, było to zupełnie nowe uczucie którego dalej nie rozumiem. Niestety zaraz za tym uczuciem poczułam kłucie w brzuchu i musiałam uciec w krzaki bo dostałam rozstroju żołądka, by zachować resztki godności zmieniłam się w wilka znów. Tym gorzej że nie mogliśmy czekać aż nas ktoś znajdzie, na szczęście Cel przeprowadził nas przez bagna zacierając krępujące ślady. Kiedy już oddaliliśmy się wystarczająco na bezpieczną odległość moje dolegliwości minęły ale nie miałam nawet sił by się odmienić, chciałam jedynie położyć się i zasnąć zmęczona wszystkim co się stało. Ostatnie co pamiętałam to że położyłam łeb na torsie elfa i że mnie drapał za uchem nim pozwoliłam duchom lasu ponieść mnie do krainy snu.

Kolejny dzień rozpoczął się dosyć niezręcznie, w nocy musiałam podczas snu odmienić się znów w elfkę więc rano obudziłam się naga wtulona w Eleasa. Dla mnie nie było to nic dziwnego , choć nie mogę zapomnieć o tym dziwnym nowym uczuciu. Jednak dla elfa było to najwyraźniej coś bardzo krępującego, zaczął nieskładnie tłumaczyć że ma kobietę i że tak nie wypada. Nagość jest naturalna, jest to też forma okazania zaufania bo w tym stanie jestem bardziej podatna na atak niż jako wilk. Matka miała rację że mężczyźni są dziwni i nielogiczni czasem pozwalając by wszystko sprowadzało się do instynktu rozmnażania. Nie chcąc wprowadzać go w dalsze zakłopotanie przeciągnęłam się i czmychnęłam w krzaki się odziać, czując się też zdecydowanie lepiej niż poprzedniego wieczora. W trakcie trwania tego wszystkiego Pavlowi udało się odszyfrować kartkę z dziwnym zapiskiem którą wcześniej znaleźli. “Miej tę kartkę przy sobie i codziennie ją odczytuj dla przypomnienia. Pamiętaj, by do przemienionych zwracać się krótko i stanowczo, aby nie zapomnieli kto jest alfą. Zawsze dawaj im zadania proste i nieskomplikowane” Te plugawe mutanty potrzebowały przywódcy stada by funkcjonować, była to informacja która mogliśmy w walce wykorzystać na własną korzyść. Problem polegał jednak na tym, że Pavel nie nadaje się na alfę, nadal biję się z myślami co do Eleasa. Z jednej strony wie jak postępować ale czasem brakuje mu jednak tej pewności, wiedziałam że jeśli przyjdzie co do czego ja będę musiała pokazać dominację by stać się alfą tych plugastw w celu osłabienia ich w walce. Długo kluczyliśmy bagnami zacierając ślady za sobą, musieliśmy też ominąć osadę w której wcześniej byłam by przypadkiem nie natknąć się na ludzie Variella. Im bliżej byliśmy tym łatwiej jako wilk było mi złapać trop, dodatkowo Pavel wykorzystał ten dziwny sztylet by z pomocą wizji zobaczyć czy nie dowie się czegoś więcej. Nadal nie czuję się swojo jeśli chodzi o ten sztylet choć moje wcześniejsze obawy odnośnie człowieka zdecydowanie zmalały. W swojej wizji widział jak dwa zmutowane krasnoludy ciągną jakiegoś człowieka ze sobą w stronę w stronę o której wcześniej mówił szlachcic. Im byliśmy bliżej go tym bardziej coś we mnie było zniecierpliwione. Czułam mieszaninę uczuć – z jednej strony miała się dokonać w końcu zemsta którą przysięgłam nad grobem matki, z drugiej jednak pojawił się też strach.. co dalej? Póki co jesteśmy watahą ale zostaliśmy pojednani przez ten jeden wspólny cel, nie wiedziałam co dalej moi towarzysze będą chcieli czynić. Oni mają siebie wzajemnie.. ja.. poza nimi nie mam nic. Nie mam domu, nie mam rodziny nawet las w Grudzicach po wszystkim stał się obcy. Ta plątanina myśli kołatała mi w głowie kiedy w końcu wieczorem dostrzegliśmy pośród drzew krępe powykręcane sylwetki mutantów które ucztowały na nieszczęśniku z wizji Pavla. Przywodziły na myśl plugawe wygłodniałe zwierzęta, wyklęte przez duchy lasu i wszelakich bogów. Nasz wzrok skierował się na odpoczywającego pod namiotem Evrona jego zbroja chroniła całe jego ciało co mogło stanowić duży problem dla moich kłów. Cicho zawarczałam nie mogąc się powstrzymać, ustaliliśmy że najlepiej będzie przeprowadzić atak z 2 stron. Ja miałam zajść ich od tyłu kiedy Eleas i Pavel rozpoczną atak z drzew. Dodatkowo by zmylić zmysły mutantów nasmarowaliśmy się krwią która została wcześniej pobrana z truchła jednego z nich.

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, nikt nie zauważył jak przekradałam się między krzewami, ani jak moi towarzysze wspięli się na drzewo. Niestety pierwsza strzała którą wypuścił nie przebiła się przez dziwny pancerz Evrona. Walka się rozpoczęła wraz z gniewnym rykiem krasnoluda i szturmem mutantów na drzewa na których człowiek i elf byli. Byłam skupiona na Evronie widząc jedyną szansę w powaleniu go jeśli uda mi się go zaskoczyć i trafić idealnie między łączenia zbroi, miałam jedną szansę na to. Podczas walki krasnolud swoim potężnym młotem strącił z drzewa Eleasa któremu jakimś dziwnym proszkiem udało się oślepić wcześniej przeciwnika. Niestety pech elfa znów się odezwał kiedy to uciekając został pochwycony przez 2 plugawe istoty, musiałam szybko podjąć decyzję co było dla mnie ważniejsze. Z jednej strony mogłam wykorzystać oślepienie Evrona i łatwiej było by mi go zaatakować, z drugiej strony jeśli nie zareagowałabym i dalej bym go starała się zajść te mutanty mogły zabić Eleasa. Nie mogłam mieć pewności, czy będe miała kolejną taką okazję, czy w ogóle będe w stanie przeżyć tego starcia. Serce znów biło mi jak oszalałe, świat zalewała czerwień a ujadanie wilcze w głowie niemal zmuszało by pomścić matkę, wtem poczułam jednak to. Było to jak muśnięcie wiatru na pysku ale wystarczyło, było to jak jej dotyk, nie chciała bym się zatraciła, nadal była przy mnie. Zawyłam najpewniej jak potrafiłam, rzucając wyzwanie zarówno mutantom jak i Evronowi a może nawet i bogom. Wystarczyło to by zwrócili na mnie uwagę pozwalając Konkordiuszowi na zeskoczenie z drzewa i oślepienie ostatniego mutanta. Wszystko działo się szybko, ja rzuciłam się na stojącego po drodze mutanta chcąc pomóc pochwyconemu dalej Eleasowi kiedy Evron kierując się słuchem uniósł swój młot nad głowę. Już myślałam że zawiodłam kiedy chyba same duchy lasu postanowiły wysłuchać moich próśb i oślepiony przywódca krasnoludów omyłkowo zmiażdżył młotem głowę jednego z zmutowanych krasnoludów. Eleas wykorzystał to by się wydostać, natchnieni otaczającymi nas duchami lasu walczyliśmy zajadle. Elf posyłał strzałę za strzałą w kierunku Evrona ranić go poważnie tak że kiedy został sam na polu walki opadł na kolano nie będąc w stanie się ruszyć. To był koniec, wokół zapanowała niemal nienaturalna cisza jakby cały las oczekiwał sprawiedliwości za zbrodnie krasnoluda. Byłam wdzięczna towarzyszą że pozwolili mi zadać Evronowi ostateczny cios, żałowałam że nie widział mnie w swoich ostatnich chwilach, chciałam by moja zemsta była tym co ostatnie zapamięta, by lękał się tego wygnany przez wszystkich bogów. Nie chciałam skalać swoich ust jego plugawą krwią, nie zasługiwał na to , jako człowiek wbiłam mu jury głęboko w gardło słysząc jak krew mieszająca się z powietrzem wydaje charczący dźwięk. Obserwowałam jak się wykrwawia do końca nie spuszczając nawet na chwilę z niego oczu, dopełniłam swojej zemsty. Poczułam nagle jak wielki ciężar spadł mi z serca jednocześnie cały smutek i żal wylewa się na zewnątrz. Płakałam jak nigdy wcześniej, wszystkie łzy które złość blokowała wylały się jednym wielkim potokiem. Tym razem jednak w tym wszystkim czułam też jej obecność, moja mama była obok mnie wśród duchów lasu, dopiero teraz zdałam sobie też sprawę że cały czas była jednak niesiona gniewem w którym niemal się zatraciłam nie byłam w stanie jej wyczuć. Nie wiem ile czasu minęło jak płakałam, poczułam wszech ogarniający lęk tego co dalej? Co począć, co zrobić, gdzie się udać… czy nie lepiej było by się oddać duchom lasu i na zawsze być już obok mojej matki jako wilk? Z tego wszystkiego wyrwał mnie Eleas który powiedział że powinni ruszać nim zjawią się ludzie jego dawnego pana. Wstałam z kolan ciągle mając ten natłok myśli, szłam odruchowo dalej zastanawiając się czy nie lepiej było by poddać się swojej naturze.

Po długim czasie zatrzymaliśmy się rozbić obóz, moi towarzysze musieli zastanowić się co dalej zrobić. Zdziwiło mnie kiedy zapytali mnie o zdanie, okazało się że zdecydowali się że po wszystkich wydarzeniach jakie miały miejsce nie zostawią mnie samej. Chcą mi pomóc, jakakolwiek by to pomoc nie była, mimo niebezpieczeństw pełni chcą pozostać moją watahą. Nie ukrywam te słowa mnie wzruszyły, być może duchy lasu zdecydowały się nas połączyć nie ze względu na zemstę a na to bym właśnie odnalazła nową rodzinę? Może każde z nas w jakimś stopniu będzie w stanie pomóc sobie nawzajem na więcej sposobów niż tylko w walce. Zastanawiam się, czy duchy też chciały żebym spotkała Eleasa i Konkordiusza bym dowiedziała się czegoś więcej o mojej krwi? Chociaż kiedy elf zaczął mówić coś o lekarstwie na mój dar zaskoczyło mnie to.. nie postrzegam tego jako klątwy, po prostu taka jestem. Zastanawiam się czy może duchy lasu nie chcą bym też pomogła mu zaakceptować jego przemiany której tak bardzo się boi? Cokolwiek duchy zaplanowały na pewno dowiemy się w przyszłości, obecnie obraliśmy drogę znów do Grudzic, chcieli powiedzieć tamtejszym krasnoludom o tym co zaszło. Na dowód tego zamierzają pokazać im odciętą głowę Evrona i jego pancerz, które pozyskali kiedy byłam pochłonięta w wodospadzie emocji po tym wszystkim. Czeka nas długa droga piechotą podczas której trafimy też na pełnię ale wierzę sobie że i z tym sobie poradzimy.
_________________
Flamingi gryzą jak musztarda
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group