Wysłany: 2025-05-01, 11:22 Na pograniczu światów - akt IV
Na pograniczu światów – akt IV
Kroniki Anhelma, Eleasa i Folletrisa
Biesiada w Skråningen trwała całą noc.
Jednak głupstwem byłoby stwierdzić, że jej celem była czcza zabawa. Ci bardziej spostrzegawczy mogliby wychwycić kilka kluczowych elementów, które towarzyszyły tej nocy i które miały tej nocy nadać charakter cezury oddzielającej dawny porządek od nowego. Meyer Omerssonn, syn nieodżałowanego Omera "Kaptura" Orelssonna, był centralną postacią tego wydarzenia. On był w środku, a wszyscy podążali do niego. To, co wcześniej było po prostu powiedziane, tak teraz zostało zatwierdzone okowitą, tańcem i uściskami. Głowy rodów składały mu hołd, zbrojni przysięgali służyć, wioska stała się mu posłuszna. Celem tej nocy nie była ani zabawa, ani nawet konsolacja po zmarłym Omerze. Celem tej nocy była konsolidacja władzy.
A następnego dnia, czyli 29 dnia Merris, patrząc po kalendarzu erxeńskim, gdy krasnoludy i goście się już pobudzili, a więc w okolicach południa, Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn przybył do domu piastuna Hevela, a przybycie to zbudziło Folletrisa, Anhelma i Eleasa. Alkoholowy sen i zmęczenie po niedawnej walce zbrojnej przetrzymał ich tego dnia długo, a obecna mocno deszczowa pogoda nie pomagała, by zmotywować się i wstać. Avner skrupulatnie zachował zasady etykiety, spytał o stan zdrowia Hevela, o samopoczucie Hildy i jej podopiecznych, a następnie zwrócił się ku trójce przybyszy:
- Chciałbym wam jeszcze raz podziękować za wsparcie naszego klanu, zwłaszcza w tak trudnym dla niego momencie - rzekł do nich, i to w języku erxeńskim, okazjonalnie tylko kalecząc gramatykę. - Mam nadzieję, że jadło wam smakowało, a napitki wchodziły jak woda?
Po wstępnych grzecznościach krasnolud przeszedł do bardziej praktycznej części rozmowy. Bo mimo wszystko to o nią tu chodziło, a nie o czcze wymiany uprzejmości.
- Nasz armia się już szykuje, ale potrzebuje czasu i informacji. Mój brat chciałby skorzystać z waszej wiedzy na temat tamtego miejsca z wieżą, gdzie zadomowiły się krasnoludy ze samozwańczego klanu Evrona "Miastowego" Eviatarssonna. Podobno byliście tam w okolicy?
Forpoczta przybyła wieczorem.
Był to niewielki, mobilny oddział zwiadowczy wyprzedzający główną armię. Tych parunastu krasnoludów trudno byłoby nawet zauważyć na tych mało sprzyjających, nierównych, zarośniętych i podmokłych terenach, gdyby nie było wiadomo, gdzie należy ich szukać. A Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn wiedział dokładnie.
Spotkali się późnym wieczorem, na południowy zachód od wioski Grudice. Widać było agresywnie dotkliwą łunę płonącej wioski, która biła zza drzew. Sam gród jednak nie płonął, co mogło napawać odrobiną nadziei.
A kilka świec później dołączyła do nich wlekąca się na tyłach forpoczty armia, a na czele tej armii - Meyer Omerssonn. Zaskakująco sprawnie udało się ją zorganizować, a nie wyglądała na skleconą na słowo honoru. Potężna fala żelaza miażdżyła wilgotne błoto swoimi ciężkimi butami, dotkliwie dając do zrozumienia, że oto nastąpił moment przełomowy.
Była głęboka noc, ale energia panująca wkoło była daleka od sennej. Przyświecała im misja.
1 Arros. Kilka świec przed świtem.
Pogoda wyglądała na przyjemną. Zimny, północny wiatr ustąpił ciepłemu wiatru z południa. Niebo było gwieździste, tylko co jakiś czas przysłonięte chmurami. Wokół panowała kompletna ciemność. Nikt nie był na tyle nierozsądny, by źródłem światła zdradzić swoje położenie, nawet jeśli wszyscy byli schowani wewnątrz lasu, pod koronami drzew. Zresztą, nikomu nie przeszkadzała ciemność. Prawie nikomu.
Folletris stał obok Eleasa, obaj oparci o sąsiadujące ze sobą drzewa. Zapowiada się długi dzień przed nimi. Przynajmniej dobrze, że, czekając na przybycie armii, mieli okazję się wyspać. A resztę zrobi adrenalina.
Mieli jeszcze chwilę na rozmowę. Eleas widział, że Meyer Omerssonn, Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn a także grupa krasnoludzkiej starszyzny dyskutowała ze sobą zawzięcie. Avner odzywał się często. Opowiadał o wszystkim, czego dowiedział się od Folletrisa i Eleasa. Eleas widział, jak Meyer co chwilę spogląda na nich, by znów odwrócić się do Avnera, by kontynuować rozmowę. Wiadome było, że lada chwila zostaną wciągnięci w tę dyskusję, gdzie mają zapaść najważniejsze decyzje, odbijające się echem do końca ich życia.
Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie.
Friedrich Nietzsche
Wspomnienia Eleasa
Na pograniczu światów – akt IV
Eleas stał przy brzegu rzeki kątem oka obserwując Avnera szykującego łódź do wyprawy oraz swoich towarzyszy użerających się z owcą. Jak zawsze Anhelm i Paweł mieli szalone pomysły. Ciężko było powiedzieć, dlaczego jego towarzysze kupili owcę. Zwłaszcza teraz kiedy czekało ich trudne zadanie w zorientowaniu się w planach Evrona. Dzisiejsza narada wojenna nie napawała optymizmem, zbuntowany krasnolud zebrał ze sobą parę setek bród. Na domiar złego wizjach Alhelm widział jak Mędrzec z Gór dokonuje w wieży bluźnierczego rytuału przemieniającego podległych mu krasnoludów na w półdzikie bestie. Do tej pory każda wizja jego kompana zawsze się sprawdzała, to było wyjątkowo niepojące... Ta konkretna wizja napawała lękiem łowcę nie dość, że muszą powstrzymać silne z natury krasnoludy to jeszcze stawić czoła magicznie wypaczonym wersją. Członkowie rady wyśmiali lęki łowcy i podważali siłę Asteriona, gdy zwrócił się do swojego boga o pomoc. Elf puścił te słowa mimo uszu podejrzewając mało wyszukaną prowokację, w interesie ich wszystkich było powstrzymanie Evrona. Eleasowi mimo wygnania nie był obojętny los jego ludu, wciąż na ziemiach Erxen żyła jego siostra i dawni przyjaciele. Dodatkowo robili to wszystko, by poznać los ojca Pawła, odzyskać tajemniczą magiczną księgę będącą w rękach Mędrca z Gór i znaleźć sposób na powtrzymanie rozwoju klątwy krwawych elfów, która powoli i nieubłaganie przemieniała Eleasa. Mając za sobą wsparcie klanu Szarych Kapturów ich cele nie wydawały się tak odległe, wciąż jednak trudne do osiągnięcia. Tak wiele zmartwień i zgryzot, a jego kompani zdawali się tym nie przejęci, wciąż dokazując i wygłupiając się. Choćby rano Anhelm wrzucający do gulaszu rzygowiny w ramach niesmacznego żartu, a teraz kwestia tej nieszczęsnej owcy. Chyba całe miasteczko wyległo oglądać zmagania Pawła z owcą. Cóż to był za widok, gdy ten tajemniczy człowiek otrzymał srogie baty od owieczki. Wszystkich wokoło to rozbawiło pozwalając odgarnąć złe myśli, nawet Eleasa. Jego towarzysze mieli niezwykły talent do rozbawiania ludzi. Łowca dostrzegał coś jeszcze, z pozoru półelf wydawał się szczęśliwy po przejściu na wyznanie krasnoludów, jednak coś wciąż leżało jego przyjacielowi na sercu. Mimo tak radykalnej zmiany wiary to co toczyło umysł Anhelma nie dawało mu spokoju, wciąż nie czuł się w pełni krasnoludem i miał wątpliwości do którego świata należy. Pomimo najszczerszych chęci elf nie potrafił zrozumieć towarzysza ani dać mu ukojenia w jego wątpliwościach. Sam Eleas obawiał się tego bluźnierczego aktu jaki został dokonany, jednak zaakceptował wybór towarzysza licząc, że mu to pomoże. Teraz elf nie wiedział co czynić i jak zabrać się do rozmowy z przyjacielem. To musi poczekać... Mieli ważne zadanie do wykonania. Będzie jeszcze czas na rozmowy. Łowca sprawdził raz jeszcze swój ekwipunek zaraz będą ruszać...
Eleas nie zdawał sobie sprawy jak bardzo się wczoraj mylił, nie było już więcej czasu na rozmowę...
Nazajutrz łowca ze w łzami w oczach nawlekał na rzemień kawałek lusterka i łuskę żmija pamiątki po straconym towarzyszu. Obok siedział nieobecny Paweł przeżywający swoją żałobę, za pomocą magicznego sztyletu odtwarzał ostanie wspomnienia o Anhelmie, póki jeszcze to było możliwe. Znajdowali się obok Grudzic, nie miało to jednak większego znaczenia. Nie teraz... Nic nie było już takie same... Elf czuł jak rozpadł się na kawałki, do tej pory wierzył, że jakoś razem znajdą szczęśliwe rozwiązanie problemów. Nie znajdą... Wszystko w okół zdawało się pozbawione sensu. Los świata stał się obojętny Eleasowi. Czuł pustkę wypełniającą jego zbolałe serce. Śmierć stała się tak powszechna, że przestała szokować, w swoim makabrycznym tańcu zabierała każdego... Jak miał ratować innych, jeśli nie potrafił uratować swojego najbliższego przyjaciela. Pogrążony w ponurych myślach odtwarzał przebieg zdarzeń minionej nocy.
Płynęli całą noc ze Skråningen do Grudzic, gdzie miała wylądować armia Evrona. Avner zajmował się łodzią, a oni mieli odpocząć. Nic nie zapowiadało tragedii, ale czy na pewno... Dlaczego czułe zmysły Eleasa niczego nie wychwyciły? Dlaczego nie zauważył jak jego przyjaciel znika z tego świata? Byli przecież tuż obok... Przed świtem krasnolud zbudził człowieka i elfa, gdy zbliżali się do celu podróży. Anhelm położył się na drugim krańcu łodzi, Paweł ruszył zbudzić go. Człowiek słabo widział w półmroku, podszedł do zdawać się mogło śpiącego towarzysza i parę razy go szturchnął. Nie zadziałało, nie mogło zadziałać... Poirytowany Paweł wpadł na pomysł, że zrobi psikusa towarzyszowi i wytatuuje mu coś na ręce. Łowca miał już dość wybryków towarzyszy i ten postanowił zatrzymać. Złapał Pawła za rękę i ujrzał widok, który na zawsze wypalił mu się w pamięci. Anhelm z błogim uśmiechem, jak by z radością przyjął to co nastąpiło, leżał w kałuży własnej krwi z wybebeszonym brzuchem. Ręka półelfa wciąż zaciskała się na zakrwawionym sztylecie. W nocy jak nie zwrócili uwagi, Anhelm odebrał sobie brutalnie życie. Paweł nie dawał wiary Eleasowi w to co się stało, dopiero, gdy Avner przyświecił latarnią poznał bezmiar tragedii. Łowca padł na kolana odsuwając się w panice od ciała. Nie rozumiał co się stało. Nikt na łodzi w to niedowierzał. Przecież rytuał krasnoludów miał pomóc Anhelmowi znaleźć spokój... A może tylko elf sam siebie zwodził, że tak ma być, nie mając już siły walczyć ze wszystkim ani próbować zrozumieć szaleństwa przyjaciela. Czuł, że zawiódł jako towarzysz nie poświęciwszy Anhelmowi dość uwagi i pozwalając mu wraz z Pawłem oddawać się co raz bardziej szalonym i irracjonalnym pomysłom. To nie tak miało wszystko wyglądać... W głowie elfa pojawiły się wątpliwości, a jeśli to klątwa ciążąca nad nim sprowadziła nieszczęście też na Alhelma. Już wcześniej nieszczęścia dotykały jego bliskich, choćby to co stało się z Shea czy Headwynem... Mógłbyś to też efekt gniewu ducha króla Bielisława... Mówił towarzyszą, że nie powinni zabierać niczego z jego grobowca, ale nie potrafił im tego wyperswadować. Teraz już było za późno... Trwał tak sparaliżowany w marazmie szlochając za utraconymi szansami i towarzyszem. Avner znalazł przy ciele Anhelma listy pożegnalne. Łowca przeczytał swój nie mogąc ukryć łez. W liście mimo wątpliwości jakie sam miał Eleas było zawarte, jak ważnym przyjacielem był dla Anhelma i jak bardzo liczyło się dla niego wsparcie oraz próby zrozumienia. Ze słów zamkniętych na papierze wynikało jasno, że półelf nie potrafił znaleźć swojego miejsca na świecie i mimo ceremonii czuł, że krasnoludzkie bóstwa odrzuciły go. Anhelm bał się tego co się stanie po śmierci, lękał się, że prześladujące go demony pożrą jego dusze albo wyklęty przez bogów wiecznie będzie się tułał. Straszliwy los... Łowca zarzucał sobie, że nie potrafił zrozumieć ani ulżyć w bolączek kamrata. Znali się tak długo przeżyli razem tak wiele. Wydarzenia na Karlowym moście... Rozbicie bandy Siwogębego... Wspólna odsiadka w lochu... Służba u Konkordii... Zejście do grobowca króla Bielisława... Wygnanie... Odkrycie drzewa życia i jego wspólnoty... Intrygi w Grudzicach... Pucz Evrona w Skråningen... Mimo tak wielu wydarzeń, przelanej krwi, szaleństwa i śmierci pozostali przyjaciółmi aż do gorzkiego końca. Nawet po śmierci Anhelm starał się ich chronić w osobnym liście przyznał się do zabicia ludzi Kovacevicza oraz Slobodana. Atak na obóz Kovacevicza był szaleńczą próbą uratowania Shea przez Eleasa. Łowca nigdy nie żałował tego czynu uważał, że działał słusznie. Anhelm postanowił po śmierci wziąć na swoje barki winy przyjaciela, łowca wątpił jednak, że po tak długim czasie ktoś w to uwierzy, zwłaszcza że Konkordia wiedziała już o wszystkim i nie zamierzała siedzieć cicho. Co do Slobodana, w tedy elf był zbyt pijany, by zatrzymać towarzysza, gdy ten w przypływie obłędu zabił zarządcę. Eleas czuł się winny tej bezsensownej zbrodni nie dość, że jej nie zatrzymał to jeszcze pomógł ją zatuszować. Łowca wątpiłby miał okazję wykorzystać deklarację przyjaciela i czy jego własne sumienie pozwoli mu to zrobić. Obarczyć winami Anhelma... Ten ostatni gest braterstwa i przyjaźni jeszcze bardziej zdruzgotał serce elfa. Nie mieli jednak czasu opłakiwać przyjaciela, wciąż mieli zadanie do wykonania. Z trudem się pozbierali. Eleas pożegnał Anhelma kładąc mu monetę przy ciele, tak jak sam zwykł czynił ze zmarłymi oraz słowami - “Żegnaj przyjacielu mam nadzieję ze znalazłeś ukojenie tam, gdzie trafiłeś”. Uzgodnili z Avnerem, że krasnolud powróci do osady wraz z ciałem Anhelma, a oni dokonają zwiadu na brzegu i będą się kontaktować przez magiczny artefakt zwany klikaczem.
List do Eleasa
Cytat:
Eleasie, Przyjacielu!
Nie doszukuj się sensu w mojej śmierci, bo w sumie w żadnym moim działaniu sensu nie było - a mimo to stałeś u mojego boku. Nie mogłem w to uwierzyć do ostatniej chwili, że ktoś tak porządny i wartościowy jak Ty chciał być przyjacielem takiego szaleńca jak ja. Zawsze byłeś wyrozumiały nawet, kiedy chyba niezbyt rozumiałeś to, co robiłem. Dziękuję Ci za to. Za to i za wsparcie, które mi dałeś. Ja jednak nie miałem swojego miejsca. Swędziało mnie całe ciało, prosiło się o zagładę. Od dawna kawałek po kawałku się kaleczyłem, odkrajałem sam, z tego swędzenia części siebie, zupełnie bez powodu, a dziś, przyszła pora, żebym wykroił swoje serce - to samo serce, które kochało Ciebie i Pawła jak rodzonych braci... Bolała mnie też rozdarta dusza - między Bogami, między rasami, między światami, które znane mi były i nieznane. Nigdzie nie widziałęm dla siebie miejsca, a po ostatniej cermonii wiem już, że odrzucony Asterion mnie przeklął, a krasnoludzkie Bóstwa nie zechciały. Myślałem, że znajdę ukojenie, a w momencie pisania tego czuję tylko strach przed pożarciem przez to, co przyjmie mnie już na wieczność. A może nic mnie nie przyjmie? Może nadal będę się błąkał, może będę wodził za Wami w postaci ducha? Jeśli tak to może kiedyś uda mi się Was jeszcze ochronić? Nie wiem nic.
Nie wiem czy chcesz dzielić się moimi rzeczami z Pawłem, chciałbym, żebyście je wzięli wedle własnego uznania, tak czy inaczej zależy mi, żebyś wziął jedną chociaż pamiątkę - jedną z dwóch pozostałych łusek żmija, którego ubiliśmy. Tak, żeby przypominała Ci o wspólnych przygodach... No i drugi list, który dołączam do tego - wykorzystaj go wedle woli, jeśli znajdzie się ku temu okazja.
Wyznanie Anhelma
Cytat:
Imię moje Anhelm, nazwisko Padelek. W ostatnim liście spiasanym moją ręką oświadczam i przyznaję się do bycia jedynym winnym wybicia ludzi Kovacevicza i jedynym winnym zabójstwa Slobodana. Nie mogąc znieść wyrzutów sumienia piszę ten list i kończę swój żywot
Anhelm Padelek
Tak o to znaleźli się na brzegu. Czekali, jak wzejdzie słońce, by móc zorientować się w sytuacji. Wciąż przytłoczeni tym co się stało. Paweł jeszcze chwile rozważał możliwość ożywienia Anhelma, ukazując tym samym ukrywaną mroczną stronę. Eleas mocno się w temu sprzeciwił, w jego oczach było to najwyższe bluźnierstwo i czarnoksięstwo. Miał nadzieję, że był to przejaw rozpaczy i już nigdy nie wrócą do tego tematu. Pogrążeni w ciszy oddali się wspomnieniom przyjaciela, choć tak różni złączeni przez los i Anhelma. Paweł za pomocą magicznego sztyletu przeżywał ostanie wspomnienia z towarzyszem. Łowca wykorzystał czas zrobił amulet na pamiątkę kamrata, zgodnie z jego wolą wykorzystując łuskę żmija, którego niegdyś ubili oraz fragment lusterka, które przypominało Anhelmowi dom. W końcu słońce przebiło się przez listowie, a magiczna moc sztyletu się wyczerpała. Musieli ruszać...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Trwali w ukryciu w bezpiecznych objęciach lasu przy tajemnym tunelu do starej wieży. Paweł karmił i wdał się w pogawędkę z goblinem Sharku, którego kiedyś uwolni z lochów w Grudzicach. Związki Pawła z goblinem były trudne do określenia. Człowiek rzadko i zdawkowo mówił o swojej przeszłości, często podając sprzeczne informacje. Z tego co zrozumiał łowca goblin był jednym z więźniów ojca Pawła, których przetrzymywał w lochach. W każdym razie Sharku pomógł im odnaleźć sekretny tunel prowadzący do wieży. Eleas pozwolił im swobodnie rozmawiać i tak nie znał gobliśkiego. Pytanie jak Paweł poznał ten język, gobliny są uważane za wrogów cywilizowanych ras. Kolejna tajemnica...
Elf skupił się na informacjach jakie pozyskali tego dnia, zastanawiając się co czynić dalej. Rano sprawdził tropy spora grupa zbrojnych udała się w stronę starej wieży, pozostawiając Grudzice na razie w spokoju. Krasnoludy Evrona zostawili na brzegu swoje łodzie dobrze chronione. Sabotaż nie wchodził w grę... Zaniepokojony możliwością ataku na wioskę Eleas przekonał Pawła, że trzeba było ich ostrzec. To było słuszne, jednak po tym co zrobili w Grudzicach bardzo ryzykowne. Poszli do bram grodu i przekazali ostrzeżenie. Zbrojni nie dawali im wiary wierząc, że obowiązują ich traktaty z krasnoludami. Na domiar złego ich rozpoznali i próbowali schwytać. Cudem udało im się zbiec po skalistym zboczu unikając pościgu. Poobijani i postrzeleni z kusz znaleźli schronienie w lesie. Łowca musiał nawet interweniować i zniechęcić pościg nad nieporadnym Pawłem za pomocą łuku. Ich wyprawa, to był błąd... Choć istniał cień szansy, że gród przygotuję się do obrony. Tylko dlatego podjęli ryzyko... Elf miał nadzieję, że potraktują ostrzeżenie poważnie. Paweł skorzystał później z mocy sztyletu na pozyskanych bełtach i dowiedział się, że zbrojni powiązali ich ze śmiercią Slobodana i uwięzili Radka. Tyle z próby przewrotu szlachcica, który nie miał dość jaj, by sięgnąć po władze nawet, gdy podali mu ją na tacy... Kolejne miejsce, w którym są poszukiwani...
Po fiasku w grodzie zwrócili swe kroki w stronę wieży. Idąc natchnęli się na maszerującą armię krasnoludów w stronę Grudzic. Na szczęście skryci w leśnym listowiu pozostali nie zauważeni. Pozostało im liczyć, że obrońcy wioski przygotują się należycie... We dwóch nie zatrzymają przecież armii. Wieczorem widzieli skutki, krwawą łunę znad osady i niesione wiatrem krzyki mordowanych. Nic więcej nie mogli już zrobić... Eleas zaskoczony nie odczuwał strachu czy lęku. To co się działo przyjął nad wyraz spokojnie, jak naturalną kolej rzeczy. Do tej pory sądził, że taka rzeź będzie napawać go lękiem, teraz jednak nie czuł niczego. Od śmierci Anhelma czuł tylko pustkę...
Tego dnia mieli dość czasu, by przyjrzeć się starej wieży. Otoczona kamiennym murem wzniesionym na planie kwadratu, wysokim na trzy metry, który wciąż był patrolowany przez znudzonych krasnoludzkich wojowników. Drewniana brama wzmocniona żelazem była zatrzaśnięta na cztery spusty. W tylnym murze znajdował się spory wyłom, teraz częściowo już zasypany. Pewnikiem tędy krasnoludy zajęły wierze. Obecnie wyłom był dobrze pilnowany. Bezpośrednie podejście było szaleństwem. Jedyną drogą wejścia zdawał się tunel pilnowany przez goblina. Według słów przetłumaczonych przez Pawła, krasnoludy Evrona jeszcze nie znalazły tunelu. Mieli sporo szczęścia. Sam tunel okazał się dość ciasny, ledwo mieściło się w nim dwoje ludzi bądź elfów albo jeden krasnolud. Wiódł do lochów wieży, niestety wejście było mocno zagruzowane. Trzeba spędzić z pół świecy na odkopaniu. Na ich korzyść świadczyło, że krasnoludy wystawiły tylko pojedynczego wartownika w lochu. Łowca rozważał czy nie spróbować się tam przekopać w tajemnicy. Duże ryzyko, ale zyskaliby doskonały sposób do dostania się niezauważonymi do środka. Przemyślenia elfa przerwał stukot klikacza. Avner powrócił ze wsparciem. Musieli wracać na brzeg zdać raport...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Następnego dnia słońce w zenicie oświetlało krajobraz po bitwie. Krasnoludy pod wodzom Meyera Omerssona zdobyły Starą Więżę, nie obyło się bez strat. Walki były zacięte, obrońcy wybaczeni mroczną magią walczyli do ostatniej kropli krwi. Podczas bitwy Stara Wieża stanęła w ogniu, a teraz jej szczątki dogorywały w płomieniach. Powietrzu unosił się pył i dało się wyczuć swąd spalonych ciał, odór krwi i potu. Zmęczony Eleas skończył zbieranie strzał, tego dnia do połowy opróżnił kołczan. Ramię łowcy nieznośnie rwało, nadwyrężone od ciągłego napinania łuku. Przetrwali i zwyciężyli. Elf nie sądził, że znów w swoim życiu doświadczy wojny i na dodatek będzie brał w niej czynny udział. To co na początku roku było odległym koszmarem dla Eleasa, teraz było codziennością. Świat oszalał. Pogrążeni w wielkim sporze możni panowie Erxen zaczęli walczyć między sobą o władzę, a samozwańczy wódz krasnoludów Evron korzystając z okazji rozpoczął inwazję. Pożoga znów ogarnęła kraj. Eleas stracił rachubę ilu tego poranka zabił. Choć strzelał do istot rozumnych, nie odczuwał różnicy między zabiciem ich, a zwykłej zwierzyny. Elf nie odczuwał żadnych emocji, to nie tak powinno wyglądać. Przecież widział na własne oczy płonące żywcem krasnoludy, słyszał ich agonalne krzyki. Czy nie powinien być wstrząśnięty? Przerażony? Nic... Tylko zimna obojętność. Czy ciążące na nim klątwa już zaczęła go pochłaniać? Wyżuwając z wszelkich emocji... Jedynie co odczuwał to ulgę, że przetrwał kolejny dzień. Łowca zasiadł ciężko na resztkach połamanej skrzyni i przyglądał się pustym wzrokiem dogorywającym płomieniom. Wspomnienia minionych wydarzeń zalały umysł elfa.
Avner wraz z grupą zwiadowców przybyli pierwsi jako forpoczta głównych sił. Krasnoludy czekały na swoich sojuszników w umówionym miejscu. Obie grupy wymieniły się informacjami i odpoczęły, czekając na wsparcie. Eleas wyczuwał nerwowość u Pawła, w końcu mieli walczyć o jego niegdysiejszy dom. Ciężko orzec czy Starą Wieżę o ponurej reputacji ktokolwiek może nazwać domem? Sam Paweł nie ułatwiał tego, skrywając swoje odczucia głęboko w sobie. Elfowi zaś co raz trudniej było rozróżniać emocję innych. Sam łowca nie potrafił określić skąd w nim tyle marazmu i obojętności. Prawdziwa narada wojenna rozpoczęła się z chwilą przybycia Meyera z resztą sił. Eleas dokładnie zdał raport z tego co widział podczas zwiadu, a Paweł uzupełnił o informacje jak wygląda wnętrze zabudować, w końcu kiedyś tam mieszkał. Dodatkowo Paweł zaskoczył wszystkich i zabłysnął na naradzie, poddając pomysł zdobycia wieży. Człowiek chciał się wkraść do wieży tunelem i korzystając z kamienia mgły otworzyć bramę. Dla wszystkich było jasne, że nie są wstanie wydać bezpośredniej bitwy siłom Evrona, a szturm na wieże kosztowałby ich zbyt wiele strat. Pomysł Pawła wydał się najlepszą dostępną opcją. Meyer podjął decyzję, nie przypominał już tego niezdecydowanego krasnoluda ze Skråningen. Śmierć ojca zmieniła mehra, stał się pewny siebie i zdecydowany. Decyzją przywódcy mała grupka pod wodzą Avnera prowadzona przez Pawła i Eleasa wejdzie do tunelu, a następnie otworzy przejście pod osłoną magicznej mgły. Główne siły krasnoludów pod wodzą samego Meyera dokonają szturmu na bramę, gdy ta stanie otworem. W obwodzie miała czekać jeszcze jedna grupa, która miała dokonać uderzenia na wyłom. Rada wojenne podziękowała przybyszom za udzielone wsparcie i dostarczone, które pomogły w ocenie sytuacji. Eleas czuł, że w końcu nie błądzą po omacku i działają słusznie, w przeciwieństwie do nieszczęsnych wydarzeń w Grudzicach. Wszyscy udali się na spoczynek nerwowo wyczekując bitwy...
Jeszcze przed świtem wyruszyli, prowadzeni przez Eleasa skryci pod osłoną szarości poranka uniknęli patroli wroga. Doświadczenie i umiejętności łowcy dawało im sporą przewagę. Przy wejściu do tunelu Avner przekazał członkom drużyny mikstury wzmacniające przygotowane przez piastuna Hevela. To był cenny i użyteczny dar. Elf skorzystał z jednej. Miała dziwny posmak, ale czuł jak jego refleks się wyostrzył. Dziwaczne uczucie, jakby świat zwolnił albo on sam przyspieszył. Paweł również wypił coś dla kurażu. Elf był gotów przysiąść, że skóra towarzysza stała się szarawa i bardziej szorstka. Alchemia nie przestaje zadziwiać. Ruszyli w głąb tunelu ostrożnie. Na przedzie szedł oczywiście Eleas, a za nim Paweł, który miał pomóc w kopaniu. Wszystko szło doskonale według planu, strażnik w lochu nie zorientował się, że wróg podkradł się tak blisko. Po cichu we dwójkę zaczęli powoli odgruzowywać przejście. Zdołali odsłonić już połowę, gdy nagle jeden z kamieni wyśliznął się z rąk Eleasa, robiąc sporo rabanu i alarmując strażnika. Co za pech. Ciążące nad elfem fatum znów dało o sobie znać. Zręczny zazwyczaj łowca nie popełniał tak trywialnych błędów. Avner był wściekły, rozpamiętywał to nawet po bitwie. Przez ten jeden błąd stracili element zaskoczenia i musieli zmierzyć się ze strażnikami. Wielu krasnoludów z oddziału Avnera przypłaciło to życiem...Ciążyło to mocno Eleasowi, a co bardziej zaskakujące nie był to żal za utraconymi życiami, ale wstyd, że jako łowca tak bardzo spieprzył sprawę. Jak na ironie to właśnie umiejętności elfa sprawiły, że Avner nie powrócił do tematu po bitwie. Łowca walcząc ofiarnie odpokutował swoją winę... Już w tedy niewiele myśląc Eleas chwycił za łuk przymierzył i strzelił. Strzał w ciasnym tunelu przy tylko częściowym odgruzowaniu, należał do jednych z najtrudniejszych w historii łowcy. Strzała nie chybiła celu raniąc dotkliwie strażnika. Nie było czasu elf oddał kolejny strzał powalając ostatecznie wroga, jednak jego wrzaski z pewnością zaalarmowały wroga. Eleas i Paweł wycofali się, zostawiając kopanie krasnoludom. Ich sojusznicy już bez ceregieli odsłonili przejście, jednak wróg zdołał się przegrupować i wyprowadzić z celi więźnia błagającego o litość. Ich wrogowie budzili grozę, przemieni przez bluźnierczy rytuał Mędrca z Gór przypominali bardziej dzikie bestię niż krasnoludy. Mieli przekrwione oczy, nienaturalnie rozrośnięte mięśnie, co utrudniało nosić im pancerz, a także niezwykle bujne owłosienie nawet jak na krasnoludy. Na domiar złego wrogowie byli nienaturalną wytrzymałość. Rany, które powaliłyby każdego brodacza nie zatrzymywały ich i tylko zwiększały agresję. Łowca potrzebował dwóch-trzech strzał, by powalić jednego. Podczas natarcia zabili pięciu wrogów, okupując to własnymi stratami, ale zdołali przedostać się na parter wieży. Pozostawiając za sobą mroczne lochy Starej Wieży. W klatkach znaleźli rozkładające się szczątki jora, jednak we ferworze walki nikt się tym nie przejął. W niesławnych lochach przetrzymywano orków, gobliny i jak się okazało jory. Po bitwie sekrety te zostały zapomniane i pogrzebane w ruinach wieży...
Wdarcie się do wierzy, było zaledwie początkiem walki. Avner ruszył pierwszy i u szczytów schodów wróg zwarł się z nim w klinczu. W sukurs błyskawicznie przyszedł Eleas, który niemal w biegu posłał strzałę powalając adwersarza. Umiejętności łowcy znacznie wzrosły od początku tego roku, sam był w szoku do czego stał się zdolny. Ciągła walka i los wygnańca położyły wyraźne piętno na elfie. Hol wieży był dobrze strzeżony, wróg widząc o ich na tarciu rzucił przeciw nim spore siły. Paweł niewiele myśląc cisnął w ich stronę wybuchowy kryształ, jak zawsze zaskakując wszystkich. Nawet wybuch nie zdołał powstrzymać wypaczonych krasnoludów, obie strony zwarły się w klinczu w odrzwiach holu. Na szczęście dla nich wróg pogrążony w bitewnych szale nie zwracał uwagi na nic innego w okół, dzięki czemu Avner, Paweł i Eleas mogli przemknąć niepostrzeżenie pomieszczeniami dla służby. W bawialni zniszczonej przez rozpasane wojska Evrona dostrzegli kogoś kryjącego się za kotarom. Łowca sądząc, że to ktoś ze służby, nakazał mu się ujawnić. Polecenie zostało zignorowane. Dobyli broni, a Avner odsłonił ostrożnie zasłonę. Ich oczom ukazał się kulący ze strachu Borko Krwawy, u jego stóp leżał topór. Spotkali już wcześniej tego krasnoluda, w Skråningen został wynajęty przez Aharona do przeprowadzenie wykopów na wzgórzu, które w sekrecie miały doprowadzić do lawiny i były częścią diabelnych machinacji Mędrca z Gór. Trójka atakujących była zdziwiona obecnością tego nieszczęsnego krasnoluda. Borko nic nie nauczył się na błędach Skrånicgen i po puczu dołączył do sił Evrona zwabiony obietnicą łupów, jednak bluźniercze rytuały Mędrca z Gór to było zbyt wiele. Przerażony krasnolud odmówił dalszej kooperacji. Borko rozpaczliwie błagał o darowania mu życia. Avner nakazał mu siedzieć cicho i się nie wychylać. Dezerter przystał na to bez wahania. Po bitwie Borko został wzięty do niewoli jako jedyny z sił Evrona. Szare Kaptury uważały go za zdrajcę i rozważały egzekucje. Borko rozpaczliwie błagał o litość, obiecywał nawet, że wskaże miejsce ukrycia łupów zrabowanych przez Siwogębego. Eleas mgliście pamiętał, że kosztowności skradzione przez bandę łupieżców krasnoludzkich nigdy nie zostały odnalezione. Wydawał się to jednak bardzo odległy problem z dawnego utraconego życia. Elf nie zamierzał wierzyć komuś takiemu jak Borko byłemu banicie, oportuniście i dezerterowi. Powracając na służbę u Evrona po tym co miało miejsce sam przypieczętował swój los. Niech krasnoludy same się sądzą...
W oknach bawialni dostrzegli dziedziniec przed wieżą, przy bramie kręciło się trzech strażników, a kilku kolejnych na blankach. To był ich moment. Człowiek skruszył kamień mgły i cisnął go za okno, mlecznobiałe opary zaczęły wypełniać powietrze. Błyskotliwy plan Pawła został wcielony w życie. W tym samym czasie Eleas pewnym mierzonym strzałem między łączenia zbroi pod pachami zabił najbliższego strażnika. Niestety kusznicy z murów zorientowali się w ich obecności i zaczepi do nich mierzyć nim skryli się we mgle. Avner otrzymał postrzał, który zatrząsnął nim całym. Zbroja krasnoluda zatrzymała większość obrażeń, strach pomyśleć co by się stało z właścicielem bez niej. Sam elf byłby w stanie krytycznym, gdyby otrzymał tak potężne trafienie. W zasadzie tylko łut szczęścia sprawił, że kusznik nie wziął łowcy na cel. Eleas odpowiedział kolejnym wystrzałem powalając kusznika i skacząc we mgłę, za nim ruszyła pozostała dwójka. Elf korzystając ze swoich wyczulonych zmysłów lokalizował cele we mgle osłaniając Avnera i Pawła w drodze do bramy. Eleas musiał wnieść się na wyżyny swoich umiejętności. We mgle ledwo dostrzegał kontury wroga, musiał polegać głównie na słuchu. To z pewnością była jedna z najcięższych walk w życiu łowcy. Wrogowie nie pozostali mu dłużni, ku zaskoczeniu i przerażeniu łowcy wypaczone krasnoludy niczym zwierzęta były wstanie ich wywęszyć. Tylko dzięki ciągłej zmianie pozycji uniknął kolejnych bełtów wymierzonych w jego stronę. Zmutowane przez bluźnierczy rytuał Mędrca z Gór krasnoludy byli jednym z najbardziej wymagających przeciwników z jakich kiedykolwiek przyszło się mierzyć Eleasowi. W tym samym czasie towarzysze elfa zdołali otworzyć bramę. Szare Kaptury ruszyły do szturmu. Bitwa była w zasadzie wygrana, nieliczni obrońcy zostali przygnieceni przewagą liczebną atakujących. Mimo to obrońcy zaciekle stawali opór walcząc do samego końca, przez co bitwa stała się naprawdę zaciekła i krwawa. Elf stracił z oczu na chwilę Pawła w zamieszaniu i postanowił dołączyć do głównej fali atakujących. W głównym holu wypaczone krasnoludy odpierały ataki z dwóch stron sami stojąc w płomieniach, który ktoś zaprószył. Widok mroził krew żyłach, mimo przegranej dramatycznej pozycji oszalali obrońcy nie zamierzali złożyć broni. Bluźnierczy akt dokonany przez Mędrca z Gór woła o pomstę do nieba. Walki trwały dosyć długo, ale w końcu parter wieży i jej mur zostały zdobyte.
W miejscu, w którym wypoczywał, elf miał doskonały widok na załamujące się pod własnym ciężarem piętra płonącej wieży. Mieli sporo szczęścia, że udało im się umknąć pożarowi zwłaszcza Paweł. To właśnie najwyższym piętrze wieży rozegrały się najważniejsze wydarzenia tego dnia. W chaosie bitwy Paweł odnalazł Eleasa i przekonał do pomocy masywnego rudego krasnoluda zbrojnego w dwuręczny topór bojowy. We trójkę uszyli na górne piętro pokonując pierwszą grupę obrońców. Ich nowy towarzysz okazał się zaprawiony w bojach niosąc bez trudu śmierć swoim masywnym toporem. Rudzielec kazał im iść dalej i odnaleźć Mędrca z Gór, gdy z pokoi na piętrze nadeszli kolejni obrońcy. Elf nie chciał pozostawiać krasnoluda samego, posłał parę strzał we wrogów nim ruszył za Pawłem, coś w spojrzeniu nowo poznanego wojownika nakazywało się pośpiesznie oddalić. Człowiek w tym czasie odkrył przejście ukryte pod iluzją. Eleas nie miał odwagi wbiec w ścianę za towarzyszem, niepewnie powoli przekroczył iluzję. Idą po schodach słyszeli nieartykułowany okrzyk bitewny i odgłosy wzmożonej walki. Na górze powitał ich Mędrzec z Gór w wielkiej pracowni alchemicznej pełnej regałów ze zwojami i dziwacznego szklanego sprzętu, a u jego stóp leżał pobijany człowiek, jak się okazało ojciec Pawła i były pan tej wieży. Zdradziecki piastun skruszył w rękach magiczny czerwony kryształ i zaczął splatać w dłoni kolejne zaklęcie. Towarzysz Eleasa wdał się w słowną przepychankę z krasnoludem. Paweł ku zdumieniu wszystkich chciał spróbować przeklętej krwi i został odesłany do stajni, gdzie wciąż była uwięziona bestia. Nieodpowiedzialne i durne zachowanie człowieka kiedyś wpędzi ich do grobu. Eleas nie zważając na dziwne pomysły kamrata wziął za cel białobrodego krasnoluda, póki ten był zajęty rozmową. Taki był ich cel, powstrzymać tego przeklętego szaleńca. Elf zrobił to jednak zbyt wolno, bluźnierczy piastun uwolnił swoje dziwaczne zaklęcie. Ogromny paraliżujący ból unieruchomił łowcę, ledwo się powstrzymywał się by nie zawyć. Ku zdumieniu krasnoludzkiego apostaty Paweł okazał się odporny na jego sztuczki. Kolejna dziwna i niewyjaśniona rzecz wokół człowieka, a może elfina – w przypadku Pawła nic nie było pewne. Niepodatny na zaklęcie Paweł rzucił się na krasnoluda. Obaj adwersarze wpadli na ten sam pomysł i sypnęli sobie w twarz sherkshen. Oślepieni miotali się po pokoju w nieładzie. Eleas wykorzystał to przełamując zaklęcie i mogąc już w spokoju wycelować w znienawidzonego wroga. Elf długo na to czekał, z nieskrywaną przyjemnością postał strzałę prosto w oczodół zdradzieckiego piastuna. Strzał był druzgocący powalił krasnoluda. Nieoczekiwanie magiczna eksplozja jasnego światła oślepiła wszystkich w pomieszczeniu. Zdawało się, że to już koniec Mędrca z Gór. Zmaltretowany człowiek dziękuję im za ratunek i cieszy się, że jego syn jest cały i zdrowy. Przedstawia się jako Albert, a samego Pawła nazywał Folletrisem. O ile było wiadomo łowcy to właśnie było prawdziwe imię towarzysza, choć wolał, by nazywać go po prostu Pawłem. Eleas uszanował wolę towarzysza nie dopytując o powody, w końcu sam po tym co się wydarzyło w Erxen przyjął miano “cienia” w wielu językach. Elf wraz Albertem wypili mikstury leczące, by odzyskać część utraconych sił. W tym czasie Paweł odzyskał wzrok i akcie zemsty urżnął łeb z truchła krasnoluda. Choć był to makabryczny widok nie zrobił wrażenia na łowcy, jeszcze na początku tego roku pewnie by nim wstrząsnęło. Teraz czuł tylko obojętność i pustkę. Niespodziewanie zjawił się na piętrze rudy krasnolud cały skąpany we krwi, choć sam nie nosił żadnej rany, a z jego zbrukanego krwią topora przebłyskiwały złote zdobienia. To z pewnością nie był zwykły wojownik... Widząc głowę apostaty przybysz zawył z gniewu, następnie przyznał, że nazywa się Dalin Szalony Topór i już raz zabił tego czarnoksiężnika, którego zwał Jarpal Lovgan. Na Astariona z kim przyszło im się mierzyć, skoro był wstanie oszukać śmierć?! Wściekły rudzielec przepołowił toporem ciało bluźniercy i nakazał Pawłowi sprawdzić jego dobytek. Człowiek wywlókł wszystko z kieszeni zdrajcy, rezultaty jednak nie zadowoliły Dalina. Potężny wojownik wyciągnął błękitny kamień i zmiażdżył w dłoni. Ciało Mędrca z Gór zniknęło podobnie jak ściana przed nimi. Ujrzeli ponownie ich wroga pełzającego w kałuży swojej krwi z strzałą wystającą z oczodołu. To przynajmniej było prawdą... Rudzielec na ten widok wpadł w szał, wrzeszcząc “Ile razy mam Cię jeszcze zabić!? Choćbym miał iść za tobą do piekła... Odnajdę Cię wszędzie!!!”, rozbił głowę swojego wroga o kolano miażdżąc mu twarz. Następnie Dalin zaczął zapamiętale uderzać głową pokonanego o posadzkę tak długo aż zostało z niej tylko krwawa plama. Paweł rzucił, że zabicie kogoś kto potrafi powrócić z martwych było błędem. Rudzielec tylko gniewnie na to prychnął. Eleas przypomniał towarzyszowi o magicznym sztylecie. Paweł zaczął zapamiętale dźgać truchło wroga, aż nazbyt entuzjastycznie niż wymagała tego magia w przedmiocie. Człowiek w końcu ujawnił, że piastun używał kamienia feniksa, by chwili śmierci uniknąć letalnych obrażeń, a następnie skryć się za iluzją. Tym razem jego podstęp został przejrzany i wyglądało, że podła egzystencja Jarpala zakończyła się raz na zawsze. Wojownik był z tego nader rad, zgarnął też z pulpitu dziwną książkę oprawioną w czerwoną skórą i spiętą żelaznymi klamrami. Okazało się, że rudzielec już od dawna tropił tą przeklęty wolumin, po tym jak została wykradziona z pracowni mrocznego krasnoluda Agnara przez bandę szarych orków. W jaki sposób wpadła w ręce Mędrca z Gór pozostawało tajemnicą... Ku rozczarowaniu Pawła i jego ojca krasnoludzki wojownik stwierdził, że los księgi zależy od wyroku piastunów. Eleas był gotów przyznać temu rację, ten przeklęty wolumin wyrządził zbyt wiele zła. Albert zaczął lamentować, że na tej księdze oparł swoje wieloletnie studia, była kluczem do zrozumienia magii krwi i wpływu Strażnika. Wszystkie badania sponsorował Mędrzec z Gór, ojciec Pawła zarzekał się, że miały być czysto teoretyczne. Na temat prawdziwości tej tezy można, by długo debatować, nie to jednak zaprzątało umysł elfa. Ta przeklęta księga mogła być kluczem do zniesienia klątwy jaka stała się jego udziałem. Nie był to pewnik, ale w końcu jakiś realny trop i szansa. Ten fakt mocno poruszył łowcę. Stanowisko Dalina było nieugięte, opuścił więżę wraz z księgą. Po bitwie rada wojenna zdecydowała, że Dalin wraz z Eleasem, Avnerem, Pawłem i Albertem zawiozą księgę do piastuna i spróbują zdobyć więcej informacji w celu powstrzymania skutki rytuału. Jak pozostali sami sytuacja w wieży zaczęła się pogarszać, ogień zaczął pochłaniać dolne kondygnacje. Istniało ryzyko, że zostaną zamknięci w pułapce. Ojciec Pawła błagał ich, by pomogli ratować wyniki badań. Dla Eleasa poza księgą były jedyną szansą na ratunek przed klątwą, ryzykując pomógł wyrzucić je z wieży. Pawła poza księgami, interesowały jeszcze skarby. Poza zapiskami maga znaleźli dużo złota, trucizny i magiczne kryształy, które Paweł zidentyfikował później jako kamień życia, burzy i petryfikacji. Dla łowcy nie miało to znaczenia po uratowaniu zwojów, ile tylko czas pozwalał, zaczął uciekać. Nie było to łatwe pierwsze piętro stało już w ogniu. Mężczyzna uratował się wyskakując przez okno, lekko się przy tym obijając. Albert przezornie za w czasu opuścił płonącą więżę. Zbierając się z ziemi elf okrył, że jego towarzysz wciąż wrzuca złoto przez okno. Co za głupota... Chciwość prawie zabiła Pawła. Człowiek został odcięty przez ogień, z ziemi nie dało się mu pomóc. Łowca przysługiwał się wołania o pomoc kamrata i obserwował jego próby ratowana się. Eleas oczywiście nie chciał krzywdy towarzysza, ale czuł już się zmęczony jego szalonymi pomysłami i koniecznością ciągłego niańczenia go. A wtedy bezmiar jego głupoty sięgnął szczytu... Mimo tak wielu wspólnych przygód elf nie wykształcił z człowiekiem takiej więzi jak z Anhelmem. Wynikało to zapewne z infantylności Pawła i bardzo dużej rozbieżności co do światopoglądu obu wygnańców. Anhelm co prawda był szalony, ale w jakiś sposób kierował się też własnym kodeksem moralnym, w czym był podobny do Eleasa. Co zaś tyczy się człowieka to zdaje się nie ma dla niego żadnej świętości. To był największy problem z jego osobą... Tego dnia Paweł miał mnóstwo szczęścia, udało mu się znaleźć linę i opuścić na wysokość, z której mógł bezpiecznie skoczyć. Chciwość mogła skończyć się fatalnie. Elf patrząc już po bitwie na zgliszcza pomyślał, że powinna to być przestroga dla wszystkich...
Eleas odpoczywając po bitwie, przetarł ręką spocone włosy pokryte pyłem patrząc w stronę stodoły, pod którą podkładały ogień krasnoludy. Tam właśnie leżały szczątki bestii, której krew posłużyła Mędrcowi Gór do przeprowadzenia bluźnierczego rytuału. Po starciu Avner zebrał chętnych do jej wykończenia, Paweł i Eleas dołączyli do niej. Elf chciał zakończyć sprawę definitywnie, a także zmierzyć się z koszmarem, który mgliście pamiętał z dzieciństwa. Inwazja Strażnika na zawsze odcisnęła na nim piętno, mimo że w pamięci miał ledwie migawki. Stracił dom, rodziców i niemal został przemieniony w krwawego elfa. Jako dorosłemu mężczyźnie przyszło się mierzyć z konsekwencjami tamtych wydarzeń. Stanął w szeregu razem z resztą. Potwór, mimo że wycieńczony od ran, jakie zadali mu apostaci spuszczając z niego krew jak z prosiaka, wciąż warczał i rzucał się w klatce. Łowca zadrżał na te dźwięki, a pot spłynął po plecach, gdy obudzone zostały demony przeszłości. Bestia wciąż mogła rozerwać nieostrożnych, gdyby podeszli do klatki. Avner wydał rozkazał ostrzału. Półtuzina zbrojnych oddało salwę w stronę pomiotu ciemności, który w końcu padł. Strach pomyśleć jak bardzo wytrzymała to była bestia, na wolności siałaby ogromne zniszczenia. Nareszcie jednak świat był wolny od niej. Pozwoliło to na chwilę oddechu i ulgi. Avner chciał od razu spalić truchło, by nie przyciągało nieszczęść. Paweł jednak się uparł, by dla pewności urżnąć jej łeb. Nikt z gromadzonych nie chciał tak plugawego trofeum, jednak nie oponowali też co do pomysłu. Łowca nie zamierzał brać w tym udziału, ale jeśli jego kamrat tego chciał... To droga wolna. To nie pierwszy dziki pomysł człowieka, kiedyś zmierzy się z ich konsekwencjami. Eleas już nie miał na to siły, pożyczył mu nawet wytrychy, by mógł dostać się do klatki. Po wszystkim Paweł chciał jeszcze odwiedzić Sharku. Łowca nie był przekonany, jednak człowiek argumentował, że trzeba sprawdzić co się z nim dzieje i nakarmić go. Goblin mimo wszystko bardzo im pomógł, a gdyby krasnoludy go znalazły zapewne by z miejsca zabiły. Cóż przyzwoitość wymagałaby jakoś pomóc temu stworzeniu. W kryjówce nie zastali jednak Sharku, wszystko wskazywało na to, że uciekł. Cóż to chyba lepiej dla niego. Paweł zostawił mu prowiant na wszelki wypadek. Kiedyś dzikie pomysły człowieka sprowadzą na nich kłopoty... Wrócili z lasu akurat, w momencie, gdy krasnoludy podpalali stodołę. Smród spalonego truchła bestii był nie do zniesienia, ale zwiastował definitywny koniec tego szalonego dnia.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Jeszcze wieczorem tak jak zostało uradzone przeprawili się w piątkę z powrotem do Skråningen. Zostali przyjęci w domu piastuna Hevela. Eleas ze znużeniem słuchał niekończących się dywagacji Alberta i Piastuna, którzy badali księgę pod czujnym okiem Dalina. Rudzielec stał podparty o dwuręczny topór, gotów interweniować, jeśli wydarzy się coś niespodziewanego. Dowodów na korupcje księgi było aż nad to. To był długi wieczór. Najpierw powitała ich zdruzgotana Hilda przybrana matka Anhelma. To na Eleasie spoczął smutny obowiązek wyjaśnienia tego co się stało, Paweł wyjątkowo był w tedy mało rozmowny. Ciężko było wyjaśnić samobójstwo przyjaciela, nawet ostatnie jego słowa zawarte w liście tego nie ułatwiały. Hilda podobnie jak Eleas nie rozumieli decyzji elfina i czuli gorycz, że nie potrafili mu pomóc w żaden sposób. Połączyli się razem w smutku, człowiek i elf zaoferowali pomoc w pogrzebie. Hilda również rozpoznała przyniesioną przez nich księgę to przez nią Anhelm postradał zmysły. Mąż Hildy sprowadził ją na handel nie wiedząc czym dokładnie jest. Młody półelf niedopilnowany otworzył księgę i zło wsączyło się do jego głowy. Teraz wszystko było jasne te dziwne podszepty, o których mówił i wizje których doświadczał. To wszystko sprawka tej przeklętej księgi. O ironio Eleas i Anhelm byli bardzo do siebie podobni, obaj przeklęci za młodu z nie swojej winy, może dla tego los ich złączył ze sobą... Najlepiej było zniszczyć ten cholerny wolumin, lecz wiedza w nim zawarta mogła posłużyć w dalszej walce z siłami Evrona. Po długich dysputach piastun zgodził się ją przebadać z ojcem Pawła przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności, w tym Dalina czekającego z toporem. Po kilku godzina studiów mędrcy podzieli się z tym co odkryli. Plugawy wolumin zawierał praktyczne sposoby wykorzystania krwi myrkydii. W stanie surowym była wyjątkowo toksyczna, ale po odpowiedniej obróbce alchemicznej pozwalała na przemianę pijącego. Od stopnia oczyszczenia zależały efekty uboczne. Plugawy eliksir zmieniał umysł i ciało. W większości przypadków następuje zezwierzęcenie i utrata umiejętności społecznych, rozrastają się mięsnie, twardnieje skóra i wyrastają kły. Przemieni rozpoznają się po zapachu i zaczynają stadnie polować. Krew może posłużyć do zmylenia przeciwników poprzez zamaskowanie czyjeś obecności. Paweł wpadł na pomysł, że sparaliżowanie zmysłu węchu może ich ogłupić i skłonić do ataku na siebie nawzajem. Niestety efekty bluźnierczego rytuału są nieodwracalne. Ta wiedza z pewnością przyda się wojownikom Szarych Kapturów. W księdze ku uldze Eleasa znajdowały się również informacje o przemianie w krwawe elfy. Na wzmiankę o krwawych elfach niespodziewanie włączył się Dalin, mówiąc, że kiedyś poznał jednego, skurwiela jakich mało Koleusa. To imię kiedyś zasłyszał Eleas, ponoć to właśnie Koleus był odpowiedzialny za zamordowanie dziedzica duska co było początkiem wojny domowej. Kim na Asterinona był ten rudy krasnolud? Z pewnością niezwykłym wojakiem... Hevel i Albert stwierdzili, że będą w stanie spróbować zdjąć klątwę ciążącą na elfie. Serce łowcy zabiło wtedy gwałtowniej, po raz pierwszy w tej wyprawie naprawdę zbliżył się do swojego celu – uwolnienia się od klątwy. Teraz słuchając dalszych dysputy Eleas zastanawiał się jak zdobyć potrzebne Ingrediencje potrzebne do odczynienia uroku. Jego własna krew nie stanowiła problemu, gorzej z krwią krwawego elfa, choć miał nadzieję, że żerca mu pomoże, jeśli tylko wróci na płaskowyż. Paweł oferował fiolkę swojej krwi, ale w jego przypadku posoka była błękitna i choć to niezwykłe zjawisko niewiele w nosi w tym przypadku. Problem mogły stanowić rzadkie zioła i sprzęt alchemiczny. Łowca nie mógłby się swobodnie dostać się do miast Erxen. Na myśl Eleasowi przyszła do głowy stara alchemiczka Konkordia, wątpiłby pomogła z własnej woli, ale po tym jak go wykorzystała nie żywił do niej już żadnych ciepłych uczuć. Jeśli zajdzie potrzeba będzie gotów ja nawet okraść, by ratować siebie. Serce elfa powoli stawało się co raz bardziej zimne i zgorzkniałe. Z nową nadzieją obmyślając plany na przyszłość łowcy mijał czas do pogrzebu.
Eleas stał jako jeden z ostatnich przy dogasającym stosie pogrzebowym Anhelma. Pogrzeb przyjaciela był jednym z niewielu wydarzeń, które zdołały wykrzesać emocję z elfa. Łowca dał upust zgromadzonemu w nim smutku i żalu poprzez rzewne łzy, a towarzyszyła temu ulga, że zdołał odprawić przyjaciela w ostatnią podróż. To właśnie Eleasowi i Pawłowi przypadł zaszczyt przeniesienia ciała denata. Piastun wykazał się niezwykłym kunsztem w swoim fachu, bo zdołał zaszyć wyrwę w trzewiach półelfa, by godnie wyglądał na ceremonii. Do stosu licznie przybyli krasnoludowie, nie tak licznie jak na pogrzeb mehra, ale wciąż. Wbrew obawą Anhelma krasnoludy zaakceptowały go jak swojego, ba nawet po ujawnieniu intrygi Evrona został uznawany za lokalnego bohatera. To z pewnością ucieszyłoby zmarłego wojownika, akceptacja jakiej pragnął i długo zabiegał. Hevel przygotował piękną mowę odwołując się do krasnoludzkich bóstw. Patrząc w płomienie pożerające chciwie ciało przyjaciela Eleas wspominał wspólne dobre chwilę. Wspólną zabawę z okazji nowego roku na Karlowym Moście... Wiwatując tłum na ich cześć po rozbiciu bandy Siwogębego... Akt prawdziwej przyjaźni, gdy w tajemnicy Anhelm i Paweł pomogli łowcy i jego ukochanej zbiec spod wpływu intrygantki Konkordii... Radość, gdy na nowo odnaleźli się w lasach pod Bukowem... Mistyczne doznania zjednoczenia z drzewem życia... Wielka biesiada na cześć Meyera... I wiele innych które ciężko zliczyć. To była długa pełna wrażeń podróż. Pewne było, że coś się skończyło. Stos powoli dogasał, elf klęknął i złożył na nim monetę, tak jak miał zwyczaj czynić to Anhelm, po czym skierował do niego ostanie słowa:
- Żegnaj przyjacielu. Powstrzymaliśmy Mędrca z Gór. Odzyskaliśmy księgę, której tak bardzo szukałeś i od której się to zaczęło. Może zdołamy zatrzymać szaleństwo... I może dla mnie też jest nadzieja...
Odnajdując się w szaleństwie wydarzeń i odzyskując wewnętrzy spokój Eleas pomógł Hildzie w ostatnich obrządkach i razem ruszyli na stypę. Elf nie pił dużo nauczony bolesną lekcją z Grudzic, jednak nie odmówił toastu za przyjaciela. Trzymał się z dala od tłumu w samotności żegnając przyjaciela.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Następnego ranka Eleas, Paweł i Avner popłynęli z powrotem w okolice Grudzic. Łuny po pożarach wygasły, niepewny spokój panował na ziemiach. Zatrzymali się na chwilę, by zrealizować kolejny szalony pomysł Pawła - sprawdzić efekty krwi bestii na owcy. Ciężko było uwierzyć, że człowiek przekonał do tego rozsądnego krasnoluda. Paweł miał niezwykły dar przekonywania. Sam Eleas miał już dosyć tego wszystkiego i teraz obserwował znużony kłótnie towarzyszy. Oczywiście plan Pawła zakończył się spektakularną wpadką. Biedne zwierzę umarło w konwulsjach i becząc z bólu. Cudem wrogowie tego nie usłyszeli, musiało się to nieść na sporą odległość. Pomysły człowieka kiedyś ich zabiją. Nie mogąc już dłużej słuchać ich przekomarzania łowca ruszył na zwiad.
Świece później elf zsunął się zziajany z wysokiego drzewa cały pokryty listowiem połamanymi gałęziami. Na ziemi walały się cztery trupy rozstrzelanych przez łowcę wypaczonych krasnoludów. Ta wycieczka niemal kosztowała go życie. Początkowo nic nie zwiastowało problemów, Eleas bez trudu podkradł się do Starej Wieży, a w zasadzie do tego co z niej zostało. Okazało się, że liczniejsze siły Evrona otoczyły Szare Kaptury broniące się w ruinach. Nie wyglądało to dobrze, ale na ich szczęście wróg nie odkrył tunelu pod ziemią. Niespodziewanie podczas obserwacji sił wroga wiatr zmienił kierunek i zmutowane krasnoludy dosłownie wywęszyły elfa. Łowca nie czekając zerwał się do biegu, sądził, że długie elfie nogi dadzą mu przewagę nad powolnymi krasnoludami. Ku jego zdziwieniu i trwodze mutanci padli na cztery łapy jak psy i zaczęły go bez trudu doganiać. W desperacji wbiegł na drzewo, wróg był jednak nieustępliwy i wspinał się za nim. Chyba tylko dzięki łasce Astariona przetrwał to starcie. Złapał się obiema nogami gałęzi i zaczął jak szalony pruć z łuku aż wszyscy adwersarze padli. To było niewiarygodne... Jakoś się udało. Teraz łapiąc oddech rozejrzał się szybko czy nie nadciągają kolejni wrogowie. Zawrócił klucząc do towarzyszy zdać im raport. Uradzili, że wykorzystując tajemny tunel dołączą do Meyera. Mając w pamięci co się wydarzyło, tym razem spryskał się krwią myrkydii, by zamaskować swój trop. Jak na ironie krew bestii okazała się dodatkowo rżąca. Takie już jego parszywe szczęście... Tym razem już bez problemów przeprowadził towarzyszy do przejścia.
Po południu mieli za pasem kolejną bitwę o wiele cięższą od poprzedniej. Eleas osunął się zmęczony po ścianie mury, niemiał sił nawet się ruszać musiał wypocząć. Zewsząd było słychać okrzyki na cześć Meyera “Niezłomnego” Omerssona. Mehr w końcu dorobił się przydomka, który elf zasugerował, a tłum podchwycił. Łowca wykrzesując z siebie trochę energii też dołączył do skandowania. Jednak pośród tych, którzy walczyli na wyłomie przywódca zostanie na zawsze zapamiętany jako Meyer “TRZYMAJ KURWA LINIĘ” Omerssona. Odpoczywając Eleas starał uporządkować sobie w głowie wydarzenia. Po przedostaniu się do ruin wieży przekazali zdobyte informację radzie wojennej, a te wydatnie wsparły wysiłek wojenny. Evron tymczasem po raz kolejny wystosował swoje ultimatum. Żaden z krasnoludów nie zamierzał się poddać apostatom wiedząc, że skończyć się to dla nich splugawieniem. Niespodziewanie Paweł zabrał głos przekrzykując Evrona i przekazując, że Ci co wypili spaczoną krew wkrótce umrą w straszliwych konwulsjach. Elf musiał przyznać człowiekowi, że to było mistrzowskie posunięcie. Słowa Pawła wywołały zamieszanie w szeregach wroga, a jak donosili strażnicy część nawet zdezerterowała. Nie cieszyli się jednak długo tym drobnym zwycięstwem. Wróg zaatakował dużą siłą napierając na wyrwę, niezważająca na nic masa zmutowanych krasnoludów przystąpiła do szturmu. Obrońcy nie załamali się tylko dzięki rozkazom samego Meyera. Paweł i Eleas natychmiast pobiegli wesprzeć zaatakowany odcinek. Łowca wypuszczał strzałę za strzałą. Wrogów było bez liku, aż zaczął się martwić, czy starczy mu pocisków w kołczanie. Wypaczeni parli naprzód nie zważając na grad strzał, bełtów, kamieni i włóczni, padali jedynie wtedy, gdy otrzymali śmiertelne obrażenia, a ich miejsce i tak zajmowali następni. U stóp murów powstał stos trupów po którym wspinali się wrogowie. Sytuacja była beznadziejna. W desperacji Paweł cisnął bombę alchemiczną, jednak źle wymierzył i płomień objął też sojuszników w tym dwójkę grasantów. Pomysły człowieka w końcu wpędzą ich do grobu... Linia obrony załamała się, gdy wszyscy w panice starali się ugasić. Wróg jednak stojąc w ogniu parł dalej nie zważając na nic zdobywając przewagę. Czy tak wyglądał atak Strażnika? Eleas niejasno kojarzył, że tak mogło być. Łowca niewiele myśląc złapał za przygotowane do obrony dzbany z oliwą zasypując nimi wrogów tworząc ścianę ognia na ich drodze. Prawdziwe piekło na ziemi... Nawet to nie powtrzymało mutantów, którzy w dzikim szale przebiegali przez płomienie. Prawdziwy koszmar na jawie. Dało to jednak dość czasu, by Meyer przeorganizował obronę i ustawił szyk na nowo. Przewaga przechylała się z jednej strony na drugą. Losy bitwy były na włosku. Wtem nagle Eleas wypatrzył na skarpie wrogie dowódcę wykrzykującego rozkazy. Elf niewiele myśląc wycelował i posłał strzałę. Wbiła się w stalowy pancerz, to jednak nie wystarczyło na potężnego krasnoluda. Posłał kolejną i kolejną w końcu zabijając zmutowanego przywódcę. Sytuacja zaczęła przechylać się na ich korzyść. Wróg pozbawiony lidera zaczął atakować bez ładu i składu ustępując świetnie zorganizowanym siłą Meyera. Po pół świecy natarcie finalnie się załamało. Wojsko Evrona poszło w rozsypkę. Sam Miastowy złorzecząc zrejterował z pola walki. Zwycięstwo należało do nich. Podczas obrony padło parę dziesiątek wrogów, łapiąc potencjał bojowy puczystów ostatecznie. Maruderzy wciąż byli groźni, ale nie zagrażali już bezpośrednio Erxen. Opierając się o zimny mur Eleas cieszył się z wygranej i przetrwania bitwy. Ocalił swoją ojczyznę, która pewnie nigdy tego nie do ceni mając go za wyrzutka. Choć widoki jakich był świadkiem były przerażające to nie napełniały go trwogą. Pustka, której ostatnio doświadczał stawała się co raz silniejsza i przesłaniała niemal wszystko. Czyżby umysł docierał do granic pojmowania... A może klątwa zaczęła pożerać go od środka... Mieli jeszcze tyle do zrobienia... Dopaść Evrona i definitywnie zakończyć pucz... Sprawdzić, czy ostało się coś z napadniętych Grudzic... Powrócić na płaskowyż... Poprosić żerce o pomoc... A nader wszystko ukryć się w ramionach Shea i zapomnieć o tym ponurym świecie... Był taki zmęczony... Nie miał już na nic sił... Miał dość walki, ukrywania i pogoni za wizjami... Pragnął spokoju... Elf zamknął oczy i zasnął.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Na porośniętych lasem wzgórzu wciśniętych, gdzieś pośród Gór Środka Świata, znajdowała się skromna samotna góralska chata wykonana z drewnianych pniaków. Z pokrytego słomianą strzechą dachu wyrastał kamienny komin, z którego powoli sączył się dym. Wewnątrz chaty w skromnie urządzonej izbie krzątał się krasnoludzki góral, dokładając drwa do świeżo rozpalonego ognia w kominku. Krasnolud posiadał długą czarną brodą sięgającą pasa i długie włosy tego samego koloru kaskadą opadające na ramiona. Zarówno broda jak i włosy pozostawały w nieładzie, gdzieniegdzie skołtunione. Nos mężczyzny był bulwiasty i nienaturalnie wykrzywiony po jednej z bójek. Góral nosił kaftan podszyty niedźwiedzim futrem, a zapasem miał wetknięte dwa toporki. Mir domu zakłóciło nagłe walenie do drzwi. Krasnolud prychnął i dorzucił ostatnie polano do kominka. Walenie nie ustawało, ktoś lub coś usilnie chciało się dostać się do chaty. Mężczyzna wyprostował się, poprawił ułożenie toporków za pasem i ruszył do drzwi.
Idę, idę... Nie pali się kurwa... Kto zaś!?
Burknął czarnobrody, nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi poza dalszym waleniem, stanął przy drzwiach bokiem i powoli ściągnął rygiel. Od pchnięcia z zewnątrz drzwi się otwarły ukazując stojącego na progu kolejnego krasnoluda. Przybysz miał na sobie znoszony przykurzony szarobury płaszcz podróżny, spod którego pobłyskiwała stalowa wysłużona kolczuga, w której można było dostrzec ubytek kilku ogniw. Wędrowiec miał przez plecy przewieszony masywny dwuręczny topór, który posiadał o dziwo liczne złote zdobienia. Mężczyzna nosił długą rudą brodę splecioną w prosty warkocz oraz krótko przystrzyżone włosy tego samego koloru. Czarnobrody wyszczerzył się na ten widok ukazując swój szczerbaty uśmiech.
-Dalin!!!
-Ursus! Kopę lat.
Mężczyźni wpadli sobie w ramiona jowialnie się obciskając, z taką siłą, że zwykłemu człowiekowi z pewnością pękłyby żebra. Góral gestem zaprosił towarzysza do środka i jak wszedł zaryglował ponownie drzwi.
-Wchodź, wchodź! Rozgość się! Opowiadaj, jak poszła wyprawa?
- Ech to będzie długa opowieść. Jak wiesz udałem się na wschód w poszukiwaniu księgi skradzionej czarnoksiężnikowi Agnarowi przez szare orki. - Rudzielec ścignął z pleców broń i oparł ją ścianę, następnie odwiesił na hak płaszcz. - Trop wiódł mnie aż do granicy Erxen.
-Erxen? To szmat drogi z stąd...
-Nie inaczej. - Dalin rozsiadł się na prostym fotelu wyplecionym z wikliny, mebel stęknął pod jego ciężarem. - Wszystko zaczęło od pogłosek z Gwynn, że ciało tego cholernego czarnoksiężnika Jarpala Lovgana zniknęło. Rozpłynęło się w powietrzu. - Zirytowany krasnolud trzasnął ręką w drewniany stolik, aż ten cały się zatrząsnął. - Kurwa rozumiesz coś z tego? Przecież kurwa sam ściąłem mu łeb!
- Co do diabła? Jak to możliwe? - Ursus rozszerzył ze zdumienia oczy. - Na brodę Ojca. Nie dawałem wiary w te pogłoski.
- A jednak...
- Co tam się tam do cholery wydarzyło?
- Spokojnie wszystko wyjaśnię. Po kolei...
- Łatwo Ci mówić, ciekawość mnie zżera. Dobra... Albo nie czekaj na sucho tego nie zdzierżę... Poczekaj!
Czarnowłosy mężczyzna wyszedł na chwilę z głównej izby, przechodząc do kuchni. Z wnętrza kuchennego dobiegały nerwowe odgłosy poszukiwania czegoś. W końcu krasnolud wrócił niosąc miedzianą tacę, na której leżało pęto podsuszanej kiełbasy, dwa miedziane kubki i gliniany dzban z miodem pitnym.
-To rozumiem. Potrafisz ugościć. - Rudzielec przyglądał się jak gospodarz wszystko wyłożył na stole i rozlał trunek, by w końcu zasiąść obok na wiklinowym fotelu. Dalin nie odmówił sobie przyjemności. - Mhm wyśmienity dwójniak tam w Erxen na miodach się nie znają. Mlask dobra ta kiełbaska opalałeś jałowcem... Dobrej kiełbasy też tam wędzić nie potrafią... Gdzie to ja stanąłem?
- Tak, jałowiec. Do rzeczy Dalin! - Potwierdził kulinarne niuanse zaaferowany historią góral. - Ciało tego kurwiegosyna Jarpala zniknęło.
- A właśnie Jarpal... Nie dawało mi to spokoju. Czy ten skurwiel zdołał wymknąć się śmierci? To pytanie doprowadzało mnie do szału. Aż nagle usłyszałem, że podobny z wyglądu krasnolud rezyduje w Skråningen i udziela nauk jako Mędrzec z Gór. Nie pasowała tylko jedna rzecz tatuaż na bani.
- Skråningen to nieopodal Erxen... Zaczynam rozumieć...
- Dokładnie. Udałem się tam osobiście, by samemu zweryfikować plotki. Do tego rozeszły się wieści, że mehr Szarych Kapturów ogłosił wezwanie wojenne.
- Wezwanie wojenne? Przecież od lat jest tam pokój. Nawet orki się tam nie zapuszczają. Chociaż w Erxen teraz wojna domowa. No masz to zupełnie jak w Siegvardzie, gdzie ludzioki między sobą się biją, a nasi jako najemnicy dołączają. Do tego jest sprawa tej przeklętej wiedźmy Ady Braun...
-Szczurzanka?
-Słyszałeś o niej...
-Tak jej niesława jest wielka. Sam bym się do Siegvardu udał, gdyby nie było to tak daleko i że inne rzeczy mam na głowie. Z początku myślałem, tak jak ty. Na miejscu się okazało, że nie było żadnego wezwania.
-Jak nie było wezwania?!
-Kurwa ktoś zakpił sobie z Szarych Kapturów i rozpuścił fałszywe wici. A dwergowie tłumnie odpowiedzieli...
-Skurwysyństwo...
-I to wielkie... Słyszałeś o ich mehrze Omerze “Kapturze” Orelsonnie?
-Tak zasłużony dwerg, założyciel klanu.
-A to prawda... Ojciec pobłogosławił go długim życiem. Zbyt długim... Wiek pozbawił go wszelkich sił i przykuł do łoża. Nie życzliwy zaczęli nazywać go “Ospałym”. Smutna sprawa... Oby Wojownik dał nam godną śmierć w boju.
Czarnobrody zawtórował i obaj mężczyźni stuknęli się kuflami, by następnie opróżnić ich zawartość.
-W klanie Szarych Kapturów nie działo się najlepiej. - Ciągnął rudzielec. - Syn mehra Meyer Omerssonn próbował załagodzić sytuację, ale nie było to łatwe, jak każdą decyzję musiał konsultować z ojcem. Niewdzięczna rola.
Ursus skinął głową, doskonale pamiętając, że czas również źle obszedł się z jego ojcem sprawiając, że jego umysł nie był tak sprawny jak dawniej. Dalin widząc to poklepał przyjaciela po plecach dodając mu otuchy przy ciężkich wspomnieniach.
-Na domiar złego dwergi zaczęły szeptać między sobą, że Szare Kaptury odwróciły się od tradycji...
-Co ty godosz?
-Dasz mi skończyć... Eh kurwa... - Rudy westchnął zagryzając suszoną kiełbasę. - Przy Erxen góry się kończą teren jest bardziej płaski. To tamtejsi zaczęli ziemię uprawiać. Niegłupi pomysł. Jadła mieli w bród.
-Nie ma rolnika pośród bogów.
-Jakby Pasterz żył na płaskim terenie też, by ziemię uprawiał. Ot co, może nie tradycyjne, ale nie ma w tym nic złego.
-Kurwa Dalin od kiedy zostałeś piastunem... Jeszcze powiesz, że Rzemieślnik to handlarz!?
-A powiem, że też handlarz. Dzieła swoich rąk jakoś opychać też musiał.
Mężczyźni łypnęli po sobie, warknęli na siebie po czym się roześmiali. Ursus rozlał kolejkę, stuknęli się kuflami i opróżnili je.
-Dobra dość tych religijnych waśni. - Rzekł góral przecierając usta. - Jeszcze się tu pobijemy. Synowie Ojca mieli wiele talentów, nie nam je roztrząsać. Mądrzejsi od nas są od tego.
-Co racja to racja. Ja chyba za długo słuchałem wielkomiejskich dwergów. Nie mniej wśród Szarych Kapturów wrzało. Oliwy do ognia dodawał niejaki Evron “Miastowy” Eviatarsson siejąc ferment słowami. Dasz wiarę, że podburzał dwergi jawnie na placu... Aż kurwa dziw, że Meyer nie zrobił z nim od razu porządku.
-Kurwa u nas takiego prowodyra od razu za brodę by się złapało, wytarmosiło i zasadziło kopa w rzyć. Banicja jak nic.
-Racja, racja... Ale cóż na wschodzie są znacznie łagodniejsi. W całym tym kurwi dołku nie mogłem zbliżyć się do Mędrca z Gór... Ciągle chodził w obstawie. Kurwa nie chciałem robić chryi. Chuj mnie strzela... Jakbym działał zdecydowanie może powtrzymał, bym tego skurwiela nim wcielił swoje szalone plany w życie.
-Nie obwijaj się Dalin. Nie możesz być wszędzie na bakier z prawem. - Odparł zmartwiony o przyjaciela Ursus. - Sam nic nie zdziałasz przeciw całej osadzie. To się w końcu źle dla Ciebie skończy...
-Wiem, wiem... Kurwa, ale ta bezsilność mnie dobijała. Zasłyszałem za to, że ten cały Mędrzec trzyma u siebie dziwną księgę. No kurwa trafiłem. Miałem nosa.
-Nie nadymaj się tak. Taki z Ciebie tropiciel jak z koziej dupy trąba.
-Tak kurwa... A kto ubił niedźwiedzia. Ha!?
-Bo żeś na niego wlazł durniu.
-Bahaha! Szczegóły...
Czarnobrody napełnił znów kufle, które haustem opróżnili śmiejąc się jowalnie.
-Co ja... A tak... - Ciągnął dalej rudzielec po krótkiej dygresji. - No więc kurwa utknąłem w Skråningen. Nie bardzo wiedząc co dalej robić, siedziałem i czekałem na jakąś sposobność. Aż w końcu wydarzyła się tragedia...
-O kurwa... Czyli co?
-Dowiesz się kurwa jak nie będziesz przerywał... - Marudząc pod nosem rudzielec przegryzł kiełbasę. - Z okalających osadę wzgórz zeszła lawina błotna, która pogrzebała pola uprawne i parę chat.
-O kurwa... Niech nas Górnik chroni od wszelkich lawin i osuwisk...
-Święte słowa bracie... Rzuciłem się z resztą dwergów na pomoc pogrzebanym... W chuj się przy tym napracowaliśmy... Jak się domyślasz Evron wcisnął swoje trzy grosze w to... Zamiast pomóc to paplał o gniewie bożym...
-A to skurwiel...
-Jo i to spory... W tedy po raz pierwszy spotkałem tą dziwną trójkę...
-Trójkę?
-Kurwa dasz mi mówić... Ja pierdole będziesz mi za każdym razem przerywać... A no trójkę... Dziwne trio, które niedawno zjawiło się w osadzie i trochę dokazywało. Nic przesadnego jakieś szczeniackie wygłupy z tego co słyszałem. Pasowali do siebie jak pięść do oka. Oleg półelf to dopiero było indywiduum, nie uwierzysz miał się za krasnoluda.
-Miał się za krasnoluda?! Półelf!? Kurwa Dalin co ty pieprzysz...
-No kurwa to co widziałem. Takie cuda tylko w Erxen... Powiem więcej później piastuni uznali jego deklarację, oficjalnie wyparł się swojego bożka i przyjął Forstsept. Biba była z tego wielka. Szkoda, że nie widziałeś. Ha, ależ się w tedy nabzdryngolił.
-Jak piastuni to uznali, to zaprawdę nawrócił się na wiarę w Ojca. No proszę... - Czarnobrody znów polał. -Wypijmy na chwałę Ojca i Synów!
Gość radośnie zawtórował, stuknęli się kuflami i wybili za swoich bogów.
-To nie koniec dziwów z tym Olegiem związanym. Ponoć godoł sam do siebie i miewał wizję. Porąbana sprawa...
-Wizję?
-Tak tego co się wydarzyło lub miało się wydarzyć. Kurwa wiedźmiarz jakiś ot co... Przynajmniej tak dwergi godoły... A po mojemu to wyglądał na takiego co umie się bić i sporo przeszedł. Postawiłbym pękatą sakiewkę, że najmita jakiś.
-A pozostali?
-Kolejny też indiwiduum jedno w swoim przypadku. Chyba człek... Konkordiusz na niego wołali. Z wyglądu niczym się nie wyróżniał. Odziany jak jakiś urzędas... Wędrowny skryba może... Cholera wie... Ale za to zachowywał się jak wioskowy głupek, paplał trzy po trzy... Dasz wiarę, że stoczył bój z owieczką i przegrał. Hah co to był za widok.
-Hah! Kurwa pierdolisz jak z owcą!? - Góral dostał napadu rubasznego śmiechu. - O kurwa ja pierdolę! To ci dopiero...
-Wagabunda jakiś po mojemu... Za to trzeci najmniej rzucał się w oczy, gdyby nie tamta dwójka nie zwróciłbym na niego uwagi. Żeby było śmieszniej elf...
-Kurwa Dalin... Półelf który myśli, że jest krasnoludem... Człowiek trefniś i elf... Kurwa mać brzmi jak żart...
-Ale żartem nie jest... Wysoki i chudy, do tego mrukliwy... Zawsze lustrujący okolice swoim chłodnym elfim wzrokiem, aż ciarki przechodzą. Ni w ząb nie pasował do swoich kompanów. Na plecach nosił łuk kompozytowy. Takie cacko widziałem w Elidionie. Z tego co zasłyszałem był wprawnym łowcą, tropicielem i przepatrywaczem. Mówili na niego “Cel”.
-Cień? Znał naszą mowę?
-Słabo... Cel to pewnie przydomek, jego skośnouchego imienia raczej bym nie powtórzył.
-No niema co ciekawa zgraja... Najmita, błazen i łowca...
-Wesoła gromadka... Zeszli od strony lawiny i zaczęli nam pomagać. Sporo dwergów w tedy uratowaliśmy. W końcu usłyszeli tego krzykacza Evrona i się zaczęło. Oleg wyszedł mu naprzeciw i się opalił. Kurwa Ursus było ostro. Półelf oskarżył Evrona i jego brata Aharona “Szum Stali” o spisek, wywołanie lawiny i atak na piastuna Hevela “Pojednawce” Darssona.
-No kurwa jakieś wykopy tam robili... Kurwa aż tak dobrym górnikiem nie jestem. Myślisz, że to jest w ogóle możliwe?
-Hm... - Góral podrapał się po swojej skołtunionej brodzie. - Kopiąc w odpowiednich miejscach można wywołać osuwiska... Kurwa dawno nie słyszałem o tak wielkim skurwysyństwie!!!
-Popieprzona sytuacja... Zapowiadała się z tego niezła chryja. Wyszło zaraz, że wyniku starcia między tą dziwną trójką, a poplecznikami Aharona na wzgórzach padło paru dwergów w tym sam Aharon, a sam piastun był ciężko ranny. Evron od razu zaczął odwracać kota ogonem i oskarżył przybyszów o spisek, wywołanie lawiny, zabójstwo brata i usiłowanie zabicia piastuna. W tłumie zawrzało. Sam nie wiedziałem co myśleć.
-Nie dziwota, jak tego słucham też jestem skonfundowany.
-Jo... Wściekła tłuszcza przekonywała się do argumentów Evrona. Zapowiadała się sroga bitka, widziałem w oczach Cela i Konkordiusza są gotowi. Mieli ponurą determinację wypisaną na twarzy. Oleg próbował załagodzić sytuację, ale nie trafił kompletnie do tłumu. Kurwa ciężko orzec jakby się to wszystko skończyło, gdyby nie zjawił się Meyer i wszystkich aresztował.
-No kurwa w końcu jakaś sensowna decyzja...
-Tak myślisz... Parę świec później uwolnili Evrona.
-Kurwa jaja sobie robisz, wypuścili z więzienia kogoś na kim ciążyły takie zarzuty. Pierdolona głupota...
-Durne to było niemożebnie. Ponoć dlatego, że Evron nie brał udziału na wzgórzach i by uspokoić jego popleczników, którzy domagali się jego uwolnienia. Ech szkoda godoć... Szybko się na nich to zemściło. Evron zebrał wściekły tłum i ze wsparciem Mędrca z Gór ogłosił secesję i założenie nowego klanu...
-Kurwa mać... Powstanie nowego klanu nie zdarza się często... Ale okoliczności są chujowe... Na brody Braci nie tak powinien powstawać klan...
-Byłem światkiem kurewsko smutnego wydarzenia... Pierwszą decyzją Evrona było wypowiedzenie wojny Erxen!
-Erxen? -Góral podrapał się po nosie. - Kurwa czemu im ponoć nie mieli zwady?
-Ponoć ich dziadów kiedyś wypędzono z tamtejszych ziem. Stara uraza... Cóż Evron zebrał ze sobą parę set bród i wymaszerował na wojnę, ciągnąc ze sobą jakiegoś dziwnego stwora w klatce. Myrkydia czy jakoś tak... Paskudne stworzenie w kłębie wyższe od niedźwiedzia, porośnięte czarnym futrem, o czerwonych ślepiach i zębach ostrych jak brzytwa. Nie wspomnę już o diabelskich rogach.
-Kurwa – Ursus aż się wzdrygnął. - Na cholerę mu to diabelstwo?
-W osadzie trzymał je jako ciekawostkę i trofeum. Kurwa myślę, że sam bym miał z tym problem, gdyby zdołało się uwolnić.
-Na topór Wojownika...
-Niewielu zostało pośród Szarych Kapturów. Za Evronem poszli głównie młodzi spragnieni sławy i podbojów, znudzeni spokojnym życiem. Na szczęście stara gwardia, weterani i wiarusi pozostali lojalni Omerowi. W tym też ja... Niestety jak ta wieść dotarła do starego dwerga jego serce niewytrzymało i pękło na dwoje tak jak klan, który założył. Wypijmy zdrowie Omera “Kaptura” Orelsonna niech córy powiodą go do hal Ojca na wieczną biesiadę.
Wznieśli toast i zamilkli na chwilę pod ciężarem omawianych wydarzeń.
-Rozdarty klan pogrążył się w żałobie po stracie ukochanego wodza. - Dalin ciągnął dalej opowieść. - W krótce po wymarszu popleczników Evrona wyszło na jaw, że piastun Hevel był podtruwany przez Mędrca z Gór zamiast leczony. Wszystko po to, by chronić spiskowców. Trójka przybyszów miała rację od początku... Evron, Aharon i jak się okazało ten zawszony Mędrzec z Gór zawiązali spisek, by przejąć władze w klanie Szarych Kapturów. Dzięki wysiłkom tej trójki dziwaków spiskowcy osiągnęli tylko połowiczny sukces...
-Ja pierdole Dalin... Dawno nie słyszałem tak wielkim nagromadzeniu skurwysyństwa... Szambo wybiło jak nic...
-To dopiero początek...
-Kurwa jak początek!? Co tam się odpierdoliło jeszcze?
-Jak mi dasz mówić to się kurwa dowiesz... - Warknął zirytowany rudzielec. - Wiele się wydarzyło... No ale kurwa po kolej... Należało pożegnać mehra, to była wspaniała stypa. Uczta godna Hal Ojca! Szkoda, że tam Cię nie było przyjacielu. Wszystkie lojalne dwergi przybyły z okolicy, by pożegnać swojego wodza. Sam piastun Hevel poprowadził ceremonię mimo odniesionych ran. Cholera cóż to była za mowa. Brak mi słów, by oddać jej piękno. Omer został godnie upamiętniony.
Góral znów nalał do miedzianych kubków trunek i raz jeszcze wznieśli toast za starego zasłużonego mehra.
-Potem nadeszła pora wyboru nowego mehra. Nie zdziwi Cię, że został wybrany syn Omera Meyer. - Przybysz powrócił do opowieści. - Po zaprzysiężeniu zapowiedział pogoń za zdrajcami i ich rozliczeniem. Wojownicy jacy się ostali poprzysięgli mu lojalność, w tym ja. Urata ojca zmieniła Meyera, stał się bardziej zdecydowanym i konkretnym dwergiem.
-Dobrze słyszeć.
-Meyer dał się też poznać jako świetny organizator i logistyk. W niecały dzień zorganizował transport i zaopatrzenie dla ponad setki bród.
-Imponujące.
-Zaiste... W tym czasie, gdy formowała się właściwa wyprawa przodem ruszyła grupa zwiadowcza pod wodzą brata Meyera Avnera “Orkowej Zmory” Omerssona, w której skład wchodziła ta dziwna grupa przybyszów.
-No proszę... Aż dziw, że powierzyli tak ważne zadanie obcym...
-Udowodnili dobitnie po czyjej stronie stoją.
-Też racja. - Góral podrapał się po brodzie i przegryzł trochę kiełbasy. - I co z tego wyszło...
-Niepewność... Niespodziewanie Avner powrócił szybciej nim zdołaliśmy się zebrać do drogi. I to nie sam, z trupem Olega...
-O kurwa...
-Ponoć półelf nie wytrzymał tych dziwnych wizji i rozpruł sobie brzuch.
-Paskudna śmierć.
-Lepiej bym tego nie ujął... Nie było czasu zająć się ciałem, przekazano je do piastuna. Avner przyniósł też wieści. Evron i jego zausznicy wylądowali przy erxeńskiej osadzie Grudzice i pomaszerowali do starej wieży, gdzie podobno rezydował lokalny czarodziej o szemranej reputacji.
-Kolejny czarodziej... To się zaczyna w coś składać.
-Tak to nie mógł być przypadek. W każdym razie, Cel i Konkordiusz zostali na miejscu obserwować ruchy wroga.
-Sporo ryzykowali...
-Dalej podważasz ich motywacje?
-Dobra... Widzę co chcesz powiedzieć...
-Przeprawa rzeką takiej ilości bród nie było łatwe zadanie, zwłaszcza, że była pełna meandrów, rozlewisk i chaszczów. - Przybyły wojownik wyszczerzył się na słowa towarzysza i płynie zmienił temat. - Mam dość rzek na długi czas. Cały bez mała dzień nam to zajęło. Przybyliśmy jednak za późno siły Evrona zajęły starą więżę i spaliły Grudzice. Nie mieliśmy pojęcia czy sam warowny gród zdołał się wybronić.
-To zdecydowanie zaszło za daleko.
-Nasi zwiadowcy nie próżnowali, zdobyli sporo przydatnych informacji. Evron podzielił swoje siły. Duża grupa uderzeniowa splądrowała Grudzice, a mniejsze siły pozostawiono w wieży wraz zapasami. Rada wojenna zdecydowała zdobyć więżę i odciąć buntowników od zaopatrzenia.
-Dobry plan.
-To prawda, ale nawet z taką przewagą szturm na wieże wiele by nas kosztował.
-Niewesoła perspektywa.
-I tu z pomocą przyślij nasi niecodzienni towarzysze. Kurwa znaleźli tunel prowadzący pod starą więżę. Mieliśmy fart. Dodatkowo Kokordiusz znał układ pomieszczeń wieży, bo kiedyś w niej mieszkał.
-No proszę, ale niespodzianka.
-Ha to nie koniec, człek zaproponował, że do otwarcia wrót użyć kamienia mgły, by zmylić wroga.
-Ano pełen tajemnic ten cały Konkordiusz. Podzieliśmy się na trzy grupy. Główna dowodzona przez Meyera miała zdobyć bramę, też w niej byłem. Drugą przewodził Avner i miała za zadane przejść tunelem oraz otworzyć bramę pod osłoną mgły, byli też tam nasi dziwni przybysze. A trzecią... - Rudy drapał się po brodzie. - Dowodził... A kurwa z głowy mi wypadło, mieli wpaść na mury wykorzystując osuwisko i wspomóc główną grupę. Jak uradzili tak, zrobili. Ja pierdole czekaliśmy skryci w krzakach jak tamtym się powiedzie. Kurwa ciągnęło się to niemiłosiernie. Już kurwa myślałem, że zniosę tam jajko. Ale w końcu dostrzegliśmy jak mgła wszystko zaczęła okalać. Meyer dał sygnał do ataku. W biegliśmy w mlecznobiałą mgłę. I brama faktycznie stała otworem. Wdarliśmy się do środka niczym lawina.
-Ha teraz to musiało być z górki. Obrońcy się poddali.
-No właśnie kurwa nie! - Odparł Dalin ku zaskoczeniu przyjaciela. - Wszyscy walczyli do samego końca niczym oszalałe zwierzęta. Okazało się, że Mędrzec z Gór podał im krew Myrkydii przemieniając ich w coś plugawego, na pół dwerga na pół bestię. Stali się wynaturzeniami o przerośniętych mięśniach, że ledwo się w zbroje mieścili, o wydłużonych kłach jak u dzika, o grubej stwardniałej skórze jak u tura, o czerwonych ślepiach pełnych nienawiści. Skórze porośniętej ni to szczeciną ni to futrem. Tego dnia Ojciec zapłakał w Kamiennych Salach nad swymi dziećmi. Kurwa mać! To bez wątpienia najgorszy, najbardziej skutwiały z czynów Mędrca z Gór. Rozumiem już czemu Brimmigar pokierował tak moimi krokami.
-Tfu! - Ursus splunął przez ramię do miedzianej spluwaczki. Na jego twarzy malował się mieszanina grozy i obrzydzenia. - Kurwa taka podważ dla Ojca! Nie ma dostatecznej kary za takie bluźnierstwo! Hańba i zepsucie!
-Hańba! - Zawtórował rozgniewany rudzielec. - Szare Kaptury nie walczyły już o jedność klanu i pokój z Erxen, a swój honor jako dwergi. Plugawce nie ustępowały pola do samego końca bezmyślnie powodowane szałem, nie zważając na odniesione rany. Ha! To jednak za mało, by pokonać doświadczenie i żelazną dyscyplinę jaka stała za nami.
-Zabawne, że to właśnie ty o tym mówisz przyjacielu.
-Bahaha! Urssus nauczyłeś mnie jak kontrolować gniew i skierować go w stronę wroga. - Dalin na chwilę dał się ponieść wesołości nim znów spoważniał. - Tego dnia nikt z obrońców się nie ostał. Walczyli do ostatniej kropli krwi przepełnieni bluźnierczym szałem. Jedynie do niewoli wzięliśmy jednego dwerga, który jako jedyny rozsądny odmówił wzięcia udziału w bluźnierczym rytuale. Jak on miał... - Wojownik podrapał się po brodzi. - Mam... Borko Krwawy.
-Borko Krwawy?
-Tak, łapserdak jakich mało. Był jednym z kopaczy Aharona, a po wszystkim i tak za Evronem poszedł. Ślizgi dwerg co tu dużo mówić. Bezkastowiec i banita, ponoć kiedyś należał do Bandy Siwogębego. Jakaś lokalna grupka łupieżców rozbita przez erxeńczyków. Strasznie podszyty tchórzem. Błagał o litość i obiecywał wskazać miejsce ukrycia skradzionych skarbów. Nikt nie dawał mu wiary. Nie mogę sobie przypomnieć co się z nim stało... Miał czekać na sąd za służbę pod Evronem. Jeśli pamięć mnie nie myli...
-Dobra dajmy mu spokój. Co było dalej?
-Wdarliśmy się do samej wieży. Przyszło mi walczyć obok Cela i Konkordiusza. Powiem Ci, że ten elf to siał spustoszenie tym swoim łukiem. Co drugi strzał to trup. Nie chciałbym mieć takiego przeciwko sobie... Za to człek wyglądał na chucherko, za to nadrabiał nieprzewidywalnymi pomysłami i brudnymi zagraniami. Dasz wiarę polał obrońców oliwą i podpalił, a oni dalej walczyli.
-Od tego też zdaje się wieża stanęła w płomieniach. W trójkę ruszyliśmy zająć piętro. Plugawcy bronili go zajadle. Kazałem tamtej dwójce szukać Mędrca z Gór, a sam rozprawiłem się z tymi na piętrze. Elf przez chwilę się wahał, czy mnie zostawiać, ale posłałem mu takie spojrzenie, że dał drapaka do góry.
-Ha Dalin i te twoje pomysły! Jesteś niemożliwy!
Obaj mężczyźni wybuchli śmiechem i opróżnili swoje kubki.
-Zarżnąłem tych bluźnierców. Trochę mi zeszło. Może byli silni i twardzi, ale nie umieli walczyć. Rzucali się bez pomyślunku do walki. Niezbyt wymagający przeciwnik. - Rudzielec skromnie podrapał się pod nosem. - Tym czasem Konkordiusz znalazł przejście na górę skrytę pod iluzją. Kurwa już w tedy widziałem, że coś było nie tak. Ta dziwna kompania ruszyła przodem.
Rudzielec zrobił przerwę, by wziąć spory łyk trunku nim kontynuował.
-Na górze w ogromnej pracowni alchemicznej zastałem niezłe pobojowisko. Cel zajmował się jakimś wychudłym i poobijanym człowiekiem, jak się okazało byłym panem wieży i czarodziejem. I do tego ojcem Konkordiusza, którego z jakiegoś powodu nazywał Foletrisem.
-Kurwa nic z tego nie rozumiem.
-Ja w zasadzie też... Nie dociekałem co innego mnie interesowało. W tym momencie Konkordiusz klęczał nad truchłem Mędrca z Gór i odrąbywał mu łeb. Kurwa spóźniłem się na najlepsze... Człowiek uniósł łeb tego bezbożnika... I ujrzałem twarz... Jarpala Lovgana...
-Kurwa to nie możliwe. Do diabła...
-A jednak... Kurwa mać... Wszędzie bym poznał tą zakazaną mordę. Miałem ochotę zdemolować całe pomieszczenie. Z trudem się hamowałem. Kazałem Konkordiuszowi wyciągnąć wszystko co należało do tego kurwiegosyna. Nie było tam kurwa nic co dawało jakąkolwiek wskazówkę.
-Kurwa i co?!
-Dobrze, że przygotowałem się na taką ewentualność. Zakupiłem w mieście magiczny kryształ odsłaniający iluzje. - Rudzielec wyszczerzył się szelmowsko. - Jak tylko skruszyłem kamień to ciało i głowa zniknęły. Rozmyła się też ściana, a tam we własnej krwi pełzał z przestrzelonym okiem ta kutwa Jarpal . Szlag mnie trafił na ten widok. Złapałem jebańca za łeb i zmiażdżyłem twarz o kolano. Potem kurwica wzięła nade mną kontrolę i zacząłem napierdalać jego łepetyną o posadzkę aż została z niej krwawa plama. Kurwa! Konkordiusz stwierdził, że to było nierozważne, skoro potrafi oszukać śmierć. Kurwa nierozważne!
-Nie obwiniaj się przyjacielu. - Ursus poklepał towarzysza po plecach. - Każdy na twoim miejscu zareagowałby podobnie. Dobrze wiem co zrobił tobie ten skurwiel. A teraz do jego zbrodni można zaliczyć bluźnierstwo.
-Kurwa z trudem mi to przychodzi, ale ta zbrodnia jest jeszcze większa niż wobec Brenda. Kurwa! Po wszystkim ujrzałem na jednym z pulpitów naszą zgubę - przeklętą księgę. To z niej ten skurwiel Jarpal poznał tajniki rytuału przemiany. Odzyskałem ją, choć zdążyła narobić wiele zła.
-Wiesz mi sporo zrobiłeś. Dalin na topór Wojownika, ta intryga, o której mówisz to zbyt wiele by sprostał jej jeden dwerg.
-Tak... Gdybym nie był tak opieszały i zarąbał tego skurwysyna od razu w Skråningen....
-Miałbyś spore problemy i nie wiadomo czy znów nie uniknąłby śmierci. Wiadomo jak ta kutwa to zrobiła?
-A właśnie... Okazało się, że Konkordiusz miał magiczny sztylet, który potrafił spojrzeć w przeszłość. Jak to działa, mnie kurwa nie pytaj... W każdym razie widział jak przed walką ten jebany skurwysyn Jarpal skruszył w dłoniach Kamień Feniksa. Moc kryształu pozwalała przetrwać śmiertelne obrażenia, po swojej rzekomej śmierci skurwiel, ukrył się za iluzją i stworzył fałszywą kopię swojego ciała. W ocenie Konkordiusza zajebałem drania ostatecznie. Kurwa, ale wciąż mam wątpliwości. Już dwukrotnie to zrobił.
-Kurwa... Oby w końcu ten skurwiel zdechł...
-Też mam taką nadzieję... Zabrałem księgę, czarodziej i jego syn nie byli z tego zadowoleni. Powiedziałem, że piastuni zdecydują o jej losie. Zostawiłem ich w płonącej wieży, jak chcieli to niech się naradzają.
-Dobrze zrobiłeś ta księga jest zbyt niebezpieczna.
-Wiem... Ci szaleńcy zostali w płonącej awieży, by ratować zapiski. Rozumiesz to? Kurwa najdłużej siedział tam Konkordiusz. Kurwa miał nieziemskiego farta, że jego dupa nie spłonęła z chciwości.
-Jak to mówią głupi ma zawsze szczęście.
Zaśmiali się obaj i napili po raz kolejny, przegryzając suszoną kiełbasą.
-W każdym razie zwyciężyliśmy, a stara wieże obróciła się w pył. Po bitwie zdecydowano, że Myrkydia zostanie ubita, a jej truchło spalone.
-I bardzo kurwa dobrze! Taka bestia nie powinna istnieć.
-Rada wojenna zdecydowała, że księga wróci do Skråningen, by obejrzał ją piastun. Zgłosiłem się na ochotnika do pilnowania tego przeklętego woluminu. Meyer miał nadzieję, że przemianę dwergów można jakoś cofnąć. Tak więc wyruszyliśmy z powrotem ja, Avner, Cel, Korkodiusz i jego ojciec, co notabene miał na imię Albert. W domu piastuna powitała nas jego siostra Hilda Darsdatter, która okazała się też przybraną matką Olega, choć ten naprawdę miał się zwać Anhelm. To się kurwa porobiło.
-Świat jest mały...
-A no... Jeszcze dziwniejsze, że rozpoznała księgę. Jej mąż kiedyś ją kupił, ponoć na handel. Kurwa sam nie wiem co o tym myśleć... W każdym razie to przez nią Oleg oszalał. Jako ogryzek zajrzał do księgi, po tym zdarzeniu zaczął miewać te dziwne wizję i słyszeć głosy. W końcu nie wytrzymał.
-To wiele tłumaczy...
-Pochowali tego Olega czy tam Anhelma w końcu. Zgodnie z naszym obrządkiem. Nie było tylu bród co u Omera. Raz nie był taki sławny, a dwa wojna trwała w najlepsze. Jednak dwergi pamiętały co zrobił zdemaskował spisek Erona i wielu wyciągnął spod błota. Był lokalnym bohaterem. Wypijmy zdrowie Olega oby odnalazł spokój w Halach Ojca.
-Pokój jego duszy.
Krasnoludowie stuknęli się kuflami i opróżnili jej jednym haustem. Kamraci chwilę rwali w ciszy, upamiętniając poległego.
-Hevel i Albrecht po pogrzebie zabrali się za studiowanie księgi. Konkoriusz też chciał, ale o pogoniłem co za dużo to niezdrowo. Tak jak przepuszczałem przemiana okazała się nieodwracalna. Trzeba będzie wyrżnąć ich wszystkich, by mogli stanąć przed osądem ojca. Za to wyszło, że przemienieni są skłonni do przemocy, rozpoznają się węchem, a także zachowuję się stadnie i zwykle przewodzi im najsilniejszy osobnik.
-Kurwa...
-Okazało się, że Cel też szukał ten księgi, by znaleźć sposób na odwrócenie efektu klątwy krwawych elfów.
-Krwawych elfów?
-Tak, tych cierniowych co im kolce ze skóry wystają i powodują obfite krwawienie. Znałem nawet jednego. Koleus Krwawy tak na niego wołali. Dasz wiarę, że okazało się, że to zabił syna duska i przyczynił się do rozpętania wojny domowej w Erxen. Kurwa, a więc zbiegł na wschód aż do Erxen od tej dziewki co w nocy chędożył. To Ci dopiero historia.
-Kurwa Dalin ty i Ci twoi znajomi.
-Buhaha! Co poradzisz, pijesz kulturalnie z kimś w karczmie, a potem takie rzeczy się odstawiają. Wracając piastun zgodził się poszukać w tym przeklętym woluminie odpowiedzi wraz Albertem dla elfa. Ja zostałem pilnować tej dwójki, jakby im miało odjebać od tej księgi.
-Kurwa ta księga to samo zło, trzeba było ją zniszczyć.
-Też tak myślę, ale nie zamierzałem kłócić się z piastunem. Kurwa jak oni spuszczali się nad tym woluminem i mędrkowali. Kurwa daje słowo, że niemal przez to ocipiałem. Natomiast Avner, Cel i Konkordiusz powrócili na linie frontu niosąc niewesołe wieści. Potem dowiedziałem, że doszło do kolejnej bitwy. Nasi zabarykadowali się w ruinach wieży, a wojska Evrona ich otoczyły. Kurwa mieli kilkukrotną przewagę! Bluźniercy przystąpili do szturmu. Bitwa była długa i krwawa. Żałuje, że mnie tam nie było, ale kurwa tych mędrków musiałem pilnować. Znów zaważyła żelazna dyscyplina i zmysł taktyczny Meyera, dwerg w końcu dorobił się przydomka “Niezłomny”. Osobiście dowodził obroną wyłomu, gdzie trwały najcięższe walki. Na naszego jednego zabitego przebadało z pięciu wyklętych. Dali im do wiwatu. Evron z wrażenia zrejterował z pola bitwy. Pierdolony jebany tchórz.
Góral rozlał ostatnią porcję miodu, stuknęli się kubkami i radośnie wybyli za zwycięstwo oraz nowy przydomek mehra.
-Dobra co dalej z księgą? Godoj rzesz!?
-Nie dziś... - Rudy ziewnął, przeciągnął się zerkając za okno, gdzie słońce powoli zachodziło nad wzgórzami. - Późno już... A ja zmęczony po podróży. A do tego... - Mężczyzna potrząsnął glinianym dzbanem. - Miód się skończył.
-Kurwa Dalin w takim momencie zlituj się...
-A poza tym Ursus zapomniałeś o ogniu w kominku.
-O rzesz... Kurwa!
Dalin wyszczerzył się szelmowsko i wybuchnął rubasznym śmiechem, patrząc jak jego przyjaciel zerwał się z wiklinowego fotela i stara się desperacko wzniecić płomienie wachlując gorączkowo żar i dorzucając chrustu i opału.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Na pograniczu światów – akt IV
Kroniki Anhelma, Eleasa i Folletrisa - epilog
3 Arros. Poranek.
Armia Evrona została przepędzona.
Cała reszta poprzedniego dnia zajęta była opatrywaniem rannych, dobijaniem umierających, liczeniem strat. I odpoczynkiem. Absolutnie nikt nie miał za złe Eleasowi i Folletrisowi, że po takim wysiłku, po stoczeniu dwóch bitew, podczas których nie raz otarli się o śmierć, padli z wycieńczenia i zasnęli.
A rano, gdy odzyskali tę namiastkę sił pozwalającą na jakiekolwiek dalsze funkcjonowanie, zostali raz jeszcze przyjęci przez Meyera "Niezłomnego" Omerssonna i jego brata, Avnera "Orkową Zmorę" Omerssonna, gdzie otrzymali ponowne, wielkie podziękowania i gwarancję, że klan Szarych Kapturów jest ich dłużnikiem i jeśli czegoś by kiedyś potrzebowali, to mogą na to liczyć. Otrzymali również od Avnera drugą połowę artefaktu zwanego Klikaczem. I chociaż rzadko Eleas z Folletrisem się rozstawali, to teraz, gdyby do tego doszło, to mieli możliwość komunikowania się na dystans.
Otrzymali też informację o wciąż jeszcze zliczanych zmarłych po obu stronach. Na ten moment po stronie Szarych Kapturów w bitwach padło 26 krasnoludów, acz jeszcze kilku z nich walczy o życie. Po stronie samozwańczego "klanu" Szklanej Dłoni zmarłych można było naliczyć grubo ponad setkę, acz cały czas liczba ta rośnie, jako że niedobitki w dalszym ciągu są łapane po lasach czy ruinach wioski Grudice i okolicach.
Ponadto, nie wszyscy zdecydowali się podjąć walkę poprzedniego dnia. Część wojska Evrona zdezerterowała, jak to sami stwierdzili, "gdy tylko zobaczyli, jakich bezeceństw oczekiwał od nich Evron, czy to jeśli chodzi o mordowanie bezbronnych chłopów, czy spożywanie plugawej krwi myrkrydii". Niektórzy pouciekali, ale spora część zareagowała dość trzeźwo i złożyła broń, licząc na litość ze strony Meyera. A było ich sporo, bo około sześćdziesięciu. I prawie wszyscy najemni, spoza wioski, wiedzeni przez Evrona obietnicą zysku. Decyzja o ich dalszym losie nie została jeszcze podjęta.
Podjęta została natomiast decyzja o tym tchórzliwym krasnoludzie, zwanym Borkiem Krwawym. Za udział w machinacjach Aharona "Szumu Stali" Eviatarssonna, a także za dalsze sekundowanie Evronowi w Starej Wieży został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok został wykonany o samym świcie, na jednym z drzew okalającym zwęglone ruiny Starej Wieży. Taki był finałowy los tego krasnoluda.
Eleas miał okazję spojrzeć na martwe, wiszące ciało Borka, gdy udał się na zwiad za Evronem. Złapać jego trop nie było trudno, zwłaszcza że jego pancerne buty zostawiały ciężkie i łatwe do odróżnienia ślady. Evron uciekł w grupie, która uciekała dość chaotycznie, trochę krocząc, trochę biegnąc. Cała grupa musiała liczyć do dwóch tuzinów krasnoludów, ale nie więcej. I wszyscy uciekli w stronę łódek przy wiosce Grudice, gdzie, gdy Eleas już tam dotarł, widać było, że wielu łódek brakuje, a pozostałe były już przechwycone i sprawdzane przez żołnierzy Szarych Kapturów. Nie byli oni w stanie stwierdzić, w którą stronę Evron odpłynął - czy w stronę Skråningen, czy w stronę jeziora Erx. Część wojska Meyera sama wsiadła do łodzi i popłynęła w stronę Skråningen, licząc na najgorsze.
Dalsze poszukiwania Eleasa musiały jednak poczekać - zwłaszcza patrząc na obecną, niepewną sytuację w samych Grudicach. Jeśli ocalali z rzezi dysponowali jakąś przydatną wiedzą, to w pierwszej kolejności trzeba byłoby się upewnić, że są chętni do rozmowy. By znów nie ryzykować otrzymaniem bełtu między oczy.
Gdyż na pograniczu światów, między Erxen, Górami Środka Świata i Wiecznym Lasem, między światem ludzi, elfów i krasnoludów, między asterionizmem, Førstseptem, druidyzmem i bezbożnictwem... Każdy z bohaterów tej historii musi się odnaleźć, by przetrwać.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum