Kampania: Bandera na maszt
Akt I
Sesja: Druga szansa
Szerokie korytarze Wielkiej Biblioteki w Pałacu Książęcym na Huriy rozświetlało migotliwe światło pochodzące od rozwścieczonych duchów ognia zniewolonych w szklanych bańkach. Żywe iskry dzieliły z potężniejszymi bytami ognia jedynie wspólną nazwę infrytów. Żywiołaki ognia o mocy nie większej niż płomień ogniska były zbyt nieznaczące by nosić własne miano, zostały podstępem lub siłą wyrwane z planu płomieni by służyć istotą tak marnym i miałkim jak ludzie. Rozwścieczone płomyki bezskutecznie uderzały w szklane mury swoich więzień, robiąc to do czego zostały przywołane - oświetlać ogromne zbiory ksiąg i papirusów przez wieki gromadzonych przez Maggusów. Jeśli pomniejsze duchy ognia wyrwały się na wolność ich gniew spopieliłby wszystko wokół, obracając w pył pieczołowicie gromadzoną przez gvarinów wiedze. Taki układ sił nie mógł jednak dziwić, w Państwach Dżinów można służyć albo władać, a jedyną formą legitymacji władzy jest czysta potęga. Na szczytach władzy najpotężniejsze duchy żywiołów nieprzerwanie ze sobą walczyły o prymat rzucając na szale losu swych ludzkich jak nieludzkich sługów. Stare odrzwia biblioteki uchyliły się ze skrzypnięciem wpuszczając do wnętrza światło dnia. Na progu stał niepewnie mężczyzna będący z pewnością już u schyłku swojego wieku, świadczyły o tym dobitnie jego krótkie siwe włosy oraz okulary wykonane z pary grubych szkieł połączonych ze sobą cienkim miedzianym drutem, które nosił. Brak zarostu na twarzy oraz biała toga przepasana szkarłatną szarfą wskazywały, że pochodził z kontynentu. W nozdrza przybysza uderzył zapach kurzu, papieru i papirusów jakże typowy dla bibliotek, ale także popiołów, spalenizny i siarki namacalnych dowód spętania infrytów. Starszy człowiek skrzywił się pod nosem. Dzieła wyznawców dżinów na pierwszy rzut oka wydawały się wspaniałe, jednak ceną za ich posiadanie była niewola u potężnych bytów. Bogowie Imperium Doryńskiego rzadko manifestowali swą obecność na świecie w przeciwieństwie to wszędobylskich dżinów na południu to jednak swoim wyznawcą pozwalali na samostanowienie o sobie, a lud Dorien ponad wszystko ukochał wolność, w każdym razie swoją własną... W końcu to latańczycy są najwspanialszymi ze wszystkich ludzkich plemion. Starzec niepewnym krokiem ruszył w głąb obcej mu biblioteki, w głównym holu powitał go maggos kustosz.
- Salam alejkum!
Słowa z języka południa odbiły się od kamiennych ścian echem, gdy maggos powstał od pulpitu, przy którym zasiadał. Kustosz miał na sobie bogato zdobioną błękitną kandurę poprzeszywaną złotem, a jego głowę zaś chronił turban tego samego koloru. W przeciwieństwie do przybysza maggos nosił długą i zadbaną ciemnobrązową brodę. Stróż rzucił szczerbatym uśmiechem w stronę gościa z dalekich stron wyciągając w jego stronę dłoń ozdobioną złotymi pierścieniami. Wędrowiec westchnął, wszak dla ogorzałych ludzi południa zdobycza nauki niewiele się liczą jeno pieniądz... Badacz z Dorien przemilczał swoje niezadowolenie, sięgnął do pół swojej szaty wyciągając pękaty skórzany mieszek i wręczył go gospodarzowi. Kustosz zważył mieszek w dłoni i zacmokał zadowolony.
Tak jak zostało ustalone! - Odrzekł maggos tym razem płynnym latyńskim. - Czym mogę służyć tak pominiętemu gościowi?
Ghassan el-Bari - Odparł z niecierpliwiony badacz bez ogródek. Zbyt wiele sił i środków poświęcił, by będąc niemal u celu bawić się w słowne uprzejmości.
Ah sławetny kapitan Rudobrody. Toż to legenda! Mocno dal się waszym we znaki! - Po tych słowach kustosz zaśmiał się gardłowo. - Trafiliście we właściwe miejsce. W annałach naszej biblioteki znajdziecie odpowiedzi! Chodźcie za mną...
Badacz z odległych krain nie odpowiedział zbywając milczeniem prowokacyjną mowę maggosa. Kustosz machnął ręką na przybysza i ruszył w głąb budynku, nie zwracając uwagi czy jego gość idzie za nim. Przeszli korytarzami skrytymi w półmroku aż do wąskich krętych schodów prowadzących na piętro. Na górze czekały na nich niezliczone zwoje papirusów i oprawione w skórę wielkie tomiszcza od których uginały się drewniane półki. Starszy mężczyzna zasiadł przy jednym z wielu pulpitów przygotowanych do studiów, a maggos zaczął bez słowa znosić mu księgi i papirusy. Badacz chwycił jeden z manuskryptów drżącą dłonią nie mogąc pohamować podniecenia – w końcu dowie się co dokładnie się stało z kapitanem Ghassan el-Bari po bitwie u wybrzeży Latynu. Dokument, który trzymał przybysz opiewał o niesławnej wyprawie okrętu “Druga Szansa” ...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2026-01-04, 19:31, w całości zmieniany 1 raz
Trzy lata temu do Wolnego Portu Huriy powrócił kapitan Ghassan el-Bari ogłaszając, że zbiera wszelkiej maści awanturników i wykolejeńców na śmiałą wyprawę, aż do Zatoki Morterrańskiej. Zatoka ta jest częścią jednego za największych szlaków handlowych na świecie łączącym morze Imperialne z morzem Północnym. Idealne miejsce by dorobić się sławy i fortuny. Nie zwlekając, czując zew przygody, odpowiedzieliście na wezwanie kapitana el-Bari okrętując się na nowy statek żaglowy w sumie z dwudziestką śmiałków. Kapitan Ghassan ochrzcił swój nowy okręt “Druga Szansa”. Drugą osobą po kapitanie był pierwszy bossman Handam al-Pirani stary wiarus, któremu zamarzyła się ostatnia wielka wyprawa. Wspólna żegluga i wojaczka pozwoliła wam się lepiej poznać i rozwinąć braterskie więzy, a Ci z was którzy wykazali się największą odwagą, oddaniem i umiejętnościami jako zaufani kapitana zostali wybrani na młodszych bosmanów. Wyprawa okazała się wielkim sukcesem dzięki śmiałemu dowodzeniu Ghassana. Po trzech latach macie w końcu powrócić w chwale z ładownią pełną łupów do portu macierzystego.
Kapitan Ghassan el-Bari
Ghassan jak na przedstawiciela rasy Gvarinów jest dosyć wysoki, większości przypadków góruje nad swoimi współziomkami. Nosi bogato zdobione szaty, które w połączeniu z manieryzmem sprawiają, że przywodzi na myśl bardziej przedstawiciela Wielkich Domów Kupieckich Jaf’Ardu niż kapitana piratów. Nosi imponującą ciemno rudą brodę i wąsy, które obecnie ma wielkim nieładzie. Jak na mężczyznę spędzającego tyle czasu na morzu jest wyjątkowo blady. Jego wzrok jest rozbiegany często ogląda się za siebie lub wypatruje czegoś na morzu, a pod oczami ma duże czarne wory po nieprzespanych nocach. Załoganci coraz czyściej widują swojego kapitana jak przechadza się bez celu po pokładzie mówiącego do siebie. Lata spędzone na morzu odcisnęły na mężczyźnie sporę piętno, jednak jego niekwestionowany geniusz taktyczny i ogromna wiedza o morzu Imperialnym pozwoliła odnieść wielki sukces wyprawie w głąb zatoki Morterrańskiej i wypełnić ładownie towarami kupców z Erxen, Imperium i Jaf’Ardu.
Pierwszy Bosman Handam al-Pirani
Handam jest typowym przedstawicielem rasy Gvarinów i nie wybija się poza tłum swoich współbraci - przeciętnego wzrostu o ogorzałej od słońca cerze. Mężczyzna jest już u schyłku siły wieku, jego zadbane broda i wąsy są naznaczone siwizną. Mimo niskiego urodzenia zawsze dba o swój strój, by dobrze się prezentować na swoim stanowisku. Handam jest osobą bardzo skrupulatną i pragmatyczną. Al-Pirani spędził na morzu większość swojego życia pływając pod wieloma banderami, szybko dorobił się więc sławy doświadczonego żeglarza, który z nie jednego pieca jadł chleb. Jest osobą bardzo szanowaną w Wolnym Porcie w Huriy, posiada tam szerokie kontakty i koneksje. Handam nigdy nie miał ambicji samemu dowodzić okrętem zadowalając się rolą pierwszego oficera, być może niewystępowanie na świeczniku pozwoliło mu dożyć tylu lat. Kusząca oferta kapitana el-Bari przekonała Handama do ostatniej podróży w życiu, łupy z wyprawy miały zapewnić pierwszemu bosmanowi dostatnie życie po powrocie. Ogromne doświadczenie al-Pirani przyczyniło się do sukcesu wyprawy. Pierwszy oficer bowiem przejmował dowodzenie, gdy zachowanie kapitana stawało się zbyt chaotyczne i nielogicznie...
Qahir “Zefir” Ibn Wassim al-Yamal (postać Farewell)
młodszy bosman
Qahir urodził się jako drugi syn pomniejszych właścicieli ziemskich w miejscowości Yamal, położonej na ziemiach Jaf’Ardu. Jego ojciec, Wassim, posiada skromny gaj oliwny, ale poza tym cała rodzina przez większość czasu pracuje dla lokalnego możnowładcy Ismaeela, właściciela obszernych połaci ziem, wiosek i sadów, a nawet małej prywatnej armii. (...)
Niemal od urodzenia przyjaźnił się z synem możnowładcy, Abbasem. Ta przyjaźń otwarła mu wiele drzwi, których nigdy by nie był w stanie otworzyć. (...). Qahir absorbował liczne opowieści o wielkich podróżnikach i bohaterach, o morskich potworach, o różnych rasach ludzkich i nie tylko, o skarbach i o podbojach nieznanych terenów. To wszystko przekonało Qahira do tego, by i on zakosztował tych wszystkich przygód, że nie jest stworzony do monotonii tak jak jego ojciec i brat.
(...)
Qahir nigdy nie był typem człowieka, który był w stanie wysiedzieć w miejscu. Widział, jak wygląda nuda i monotonia, a jak może wyglądać życie. Kroplą, która przelała czarę goryczy było (...). Od tego momentu relacje z rodzicami były mocno zachwiane, a Qahir, by udowodnić, że jest on stworzony do wielkości, z pomocą Abbasa wsiadł na statek kierujący się w stronę Wysp Zachodzącego Słońca, by tam zdobyć sławę, majątek oraz przyjaciół i dopiero wtedy wrócić do rodziców, by udowodnić im, że nie doceniali swojego syna.
Qahir trafił do miasta Huriy, gdzie szybko został oczarowany potęgą i różnorodnością tego miasta. Spędził tam trochę czasu, próbując zarobić na przeżycie bardziej lub mniej legalnymi sposobami, ale dopiero rekrutacja do załogi kapitana Ghassana pozwoliła Qahirowi w pełni ustabilizować swoją sytuację majątkową i społeczną, jednocześnie pozwalając na dalsze chłonięcie świata. Qahir był wdzięczny kapitanowi za tę szansę i zawsze żartował, że nawet jeśli statek to “Druga Szansa”, to Qahirowi wystarczy ta dana mu “pierwsza szansa”, by udowodnić swoją wartość. Qahir nie bał się ciężkiej pracy ani boju, a zwinny język i przyjemna aparycja dodatkowo pozwalały punktować wśród załogi.
Qahir szanował kapitana oraz pierwszego bosmana, a to, że również był Gvarinem, też mogło trochę dodać w budowaniu relacji i później: w zostaniu młodszym bosmanem.
Lazarus
młodszy bosman
Lazarus jest postawnym Latyńczykiem w średnim wiek o kruczoczarnych włosach. Zazwyczaj nosi krótko ściętą brodę i wąsy. Policzek mężczyzny zdobi paskudna szrama - pamiątka, bo burzliwej przeszłości, choć teraźniejszość i przyszłość tego człowieka nie rysuje się w spokojniejszych barwach. Latyńczyk ma równie paskudne usposobienie jak aparycję - jest opryskliwy i wulgarny, a jego ulubionym zajęciem jest dręczenie słabszych. Za wyjątkowe okrucieństwo i sadyzm został wydalony z Imperialnych Legionów. Obawiając się sądu zbiegł na Huriye, po dziś dzień korzysta z w wykradzionego ekwipunku. W wolnym porcie oferował swoje wątpliwe usługi każdemu kto dobrze zapłacił. Zwabiony obietnicą wielkich łupów dołączył do wyprawy kapitana el-Bari i twardą ręką trzyma dyscyplinę na okręcie w jego imieniu.
Maeve Deirdre Nehalennia urodziła się w Histogradzie w średniozamożnej rodzinie kupieckiej. Po matce odziedziczyła płomiennorude włosy które nosi często rozpuszczone poza niewielkim cienkim warkoczyku zdobionym drewnianymi koralikami. Również po niej ma delikatne piegi rozsiane po wąskim lekko zadartym nosie i alabastrową niemal cerę, która byłaby bliższa błękitnej krwi niż córce kupca. Po ojcu natomiast odziedziczyła intensywnie zielone bystro obserwujące otoczenie oczy i wysoki nawet jak na elfkę wzrost.
Od małego lubiła przesiadywać w porcie obserwując pracę marynarzy przysłuchując się morskim opowieściom o egzotycznych miejscach które znała jedynie z ksiąg. Kolejną jej pasją była nauka, potrafiła godzinami siedzieć w bibliotekach zapominając o całym świecie. Ze względu na swoją elfią urodę nie jeden mężczyzna tracił dla niej głowę co nie raz wykorzystywała dla swojej korzyści. Jako nastolatka odkryła że tak jak i ojciec ma naturalny dar przekonywania do swoich racji dzięki czemu unikała kłopotliwych sytuacji gdy wymykała się z domu.
Po pewnym czasie zaprzyjaźniła się z kapitanem statku “Wędrówka św. Marina” na którym pływała ucząc się fachu jako nawigator od młodego Radomira Kereca póki nie dotarła do wolnego portu Huriy gdzie pozostała by znaleźć pracę na stałe jako nawigator. Poznała w nim Vaso Urbanija – kapitana „Porannej gwiazdy” z którym rozpoczęła współpracę, oraz krótki romans. Dzięki niemu poznała Baharata „Szczerbę”, który pomógł Maeve w trudnych chwilach gdy imperialni pojmali Vaso kiedy wpadł przemycając towar dla niego. Przez chwilę zdawała się znaleźć namiastkę domu w dystrykcie erxeńskim łapiąc się różnych prac na różnych statkach nim nie zaciągnęła się na „Druga Szansę” jako nawigator, rozwijając swoje umiejętności dalej pod bacznym okiem kapitana i bosuna. Zaprzyjaźniła się z załogą nie bojąc się Lazarusa któremu potrafi wytknąć co myśli o bestialskich praktykach jego i jego przybocznych. Wzięła pod opiekę Dimitriego zaprzyjaźniając się z krwawym elfem i chętnie spędzając z nim czas na rozmowach.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2025-04-12, 02:05, w całości zmieniany 1 raz
Bompur nawet jak na krasnoluda ma wielgaśny brzuch, jak sam mówi to efekt jego miłości do jedzenia i pasji w gotowaniu - dzięki czemu dorobił się przydomka “Smakosz”. Krasnoluda ciężko nie przyuważyć, zawsze coś żuje i ma przy sobie zestaw kuchenny. Thorgotsson goli głowę na łyso i nosi długą brodę i wąsy w odcieniu ciemno rudym, z których jest bardzo dumny. Bompur jest bardzo pogodnym i jowialnym krasnoludem, coś w jego serdecznym usposobieniu sprawia, że każdy chce się z nim zaprzyjaźnić, nawet Lazarus nie próbuję się nad nim pastwić i nie wynika to wcale z roli kuchty krasnoluda czy też jego wielkiej postury. Thorgotsson pochodzi z gór okalających Erx, wyniku prześladowań krasnoludów prowadzonych przez erxeńczyków musiał stamtąd zbiec. Mimo uprzedzeń w z przeszłości opasły krasnolud potrafi się nawet dogadać z przedstawicielami rasy swoich prześladowców. Bompur zbiegł na morze Imperialne, gdzie oddawał się swojej pasji poszukiwaniu nowych smaków. Na Huriy zaciągnął się na “Drugą szansę” jako kucharz okrętowy, w zamian za drobny udział w łupach przyprawami i możliwości smakowania egzotycznych specjałów. Dzięki imponującym talentom kuchennym Thorgotssona żarcie podczas długotrwałego rejsu nie dawało się tak we znaki, ba nawet suche żelazne rację zmieniał w coś zjadliwego. Wśród załogi rozeszła się plotka, że Bombur ma magiczne urządzenie, dzięki któremu może ogrzewać potrawy bez ognia... Czyżby krasnolud zaprzągł do pracy dżinny a może diabły?
Jasra “Tygrysooka”
marynarz
Jasra była niewątpliwie urodziwą przedstawicielką rasy Gvarinów do czasu, gdy jej twarz została brutalnie oszpecona za pomocą noża. Mimo paskudnych szram na twarzy kobieta wciąż może rozpalać zmysły dzięki swojej egzotycznej urodzie ujawniającej się poprzez kształtne jędrne piersi, oliwkową cerę, długie czarne jak noc włosy czy jasnożółte jak u tygrysa oczy. Życie Jasry nie należało do usłanych różami, urodziła się na Huriy jako niewolnica. Kiedy uroda dziewczyny wraz z wiekiem rozkwitła, jej pan postanowił sprzedawać jej wdzięki w jednym z portowych burdeli. Swoim niezwykłym oczom kobieta zawdzięczała dużą popularność i swój przydomek – Tygrysooka. W końcu jeden z podchmielonych klientów postanowił upodobnić ją jeszcze bardziej do tygrysa wycinając jej na policzku krwawe pręgi. Zrozpaczona i pragnąca zemsty Jasra odczekała aż klient zaśnie po wszystkim, po czym tym samym ostrzem odcięła mu przyrodzenie. Nie czekając na werdykt swojego pana kobieta zbiegłą do portu. Za ucieczkę z niewoli i okaleczenie klienta czekałby ją los nie do pozazdroszczenia, gdyby nie natknęła się przypadkiem na kapitana el-Bari. Ghassan postanowił udzielić dziewczynie schronienia na swoim statku w zamian za dołączenie do załogi. Choć Jasra dalej korzysta z atutów swojego ciała na pokładzie “Drugiej szansy” jako elementu przetargowego to działa jedynie na swój rachunek.
N’Jau
marynarz
N’Jau to kolosalny mężczyzna o imponującej posturze, który bez trudu góruje nad większością ludzi. Jego siła fizyczna i wytrzymałość, stanowiące coś więcej niż naturalne uwarunkowania Nubijczyków, budzą powszechny podziw. Mężczyzna zwyczajem swego ludu goli włosy bardzo krótko. Mimo swojej groźnej postury olbrzym ma bardzo łagodne usposobienie, jest bardzo przyjacielski i pomocny. Mężczyzna jest bardzo prostym człowiekiem, któremu z dzieciną łatwością można wmówić niemal wszystko – co inni złośliwie wykorzystują. Jako młody chłopak został schwytany przez łowców niewolników i sprzedany na Huriy. Większość życia spędził wykonując katorżnicze pracę fizyczne, czemu prawdopodobnie zawdzięcza swoją posturę fizyczną. Pod wpływem nauk Maggosów odrzucił swoją prymitywną wiarę w duchy zwierząt i zaczął wyznawać dżiny. Podczas zamieszek religijnych w porcie wywołanych przez orków wyznających niewidzialnego boga N’Jau zadusił gołymi rękami jednego z zielonoskórych, a świadkiem tego wydarzenia był kapitan Grassan. El-Bari będąc pod wrażeniem siły kolosalnego Nuba wykupił go z niewoli i wcielił do swojej załogi. N’Jau jest jednym z najwierniejszych podkomendnych kapitana na okręcie, ze względu na swoją posturę i łatwowierność często wykorzystywany jest do najcięższych robót.
Dimitri
zwiadowca
Dimitri należy do bardzo rzadkiej, tajemniczej i owianej złą sławą rasy elfów zwanej krwawymi. Poza typowymi cechami elfów spiczastymi uszami oraz wysmukłymi długimi nogami skóra chłopaka poprzerywana jest wyrastającymi spod skóry cierniami, a w miejscach, gdzie kolce przebijają się na zewnątrz sączy się krew nadając skórze charakterystyczne czerwone zabarwienie. Z niewyjaśnionych przyczyn chłopcu zawsze towarzyszy silny zapach róż. Dimitri nosi długie czarne włosy, które są w nieładzie przesiąknięte jego własną krwią. Elf często ma napady migreny, nieprzychylni mówią, że w ten sposób chce wyłgać się od pracy. Dimitri ze względu na swoje doświadczenia jest osobą bardzo skrytą i nieufną. Krwawy elf pochodzi z Erxen, gdzie został porzucony przez swoich rodziców. Ze względu na przeklętą krew sączącą się z jego ran i nieznane mu grzechy swoich przodków, w całym Erxen był pomiatany i odrzucany. Nie mogąc znieść losu wyrzutka i odmieńca zbiegł na Wyspy Zachodzącego Słońca, jednak nawet tam był traktowany jak przeklęty. W końcu odpowiedział na wezwanie kapitana Ghassana i został przyjęty do załogi, mimo licznych sprzeciwów pozostałej załogi. Ironią losu Dimitri pozostał odszczepieńcem nawet pośród wyrzutków i banitów. Pomimo obecności nieludzkiego jaszczuroludzia i egzotycznego Nuba to bycie krwawym elf wciąż budzi największe uprzedzenia....
S’Tyss
zwiadowca
S’Tyss jest wyspowym jaszczurem pokrytym twardą jasnobieską łuską oraz posiadającym imponującą płetwę grzbietową. Ze względu na gadzią fizjonomię jego wzrost nie budzi zbyt wielkiego wrażenia, zaledwie półtora metra. Jednak ostre jak brzytwy pazury, masywny ogon, upakowane pod łuską liczne mięśnie i paszcza ze śliną nasyconą jadem to argumenty z którymi każdy powinien się liczyć. Rah wywodzi się z plemienia “Szarych Łusek” gniazdujących obok miasta Huriy. “Szare łuski” wykazały się dużym oportunizmem odkrywając, że życie obok ludzi ma o wiele więcej zalet niż wad. Ryzyko zranienia czy zniewolenia zostało przeważone przez łatwy dostęp do pożywienia i materiałów, które dla ludzi większości było zwykłymi odpadkami. Pozostałe plemiona traktują z rezerwą “Szare Łuski” względu na ich zerwanie z tradycją i silne więzy z ciepłokrwistymi. W wolnym tłumaczeniu imię raha oznacza “Ciekawski język”, które wzięło się z umiłowania jaszczura do badania nowych miejsc. Ta cechą również diametralnie zmieniła żywot jaszczura, gdy wiedziony ciekawością zakradł się na pokład “Drugiej Szansy” zakotwiczonej na Huriy. Przyłapany na buszowaniu na pokładzie przez kapitana Ghassana jaszczur był w nie lada tarapatach. Rudobrodemu człowiekowi zaimponowało, że S’Tyss z wielką łatwością się zakradł na jego okręt i złożył rahowi propozycje nie do odrzucenia – zgodzi się na służbę albo zostanie sprzedany na targu w niewolę. Nie mając wielkiego wyboru i wiedziony wrodzoną ciekawością S’Tyss przystał na warunek kapitana. Protesty załogi na nic się zdały wobec arbitralnej decyzji kapitana, który jak zawsze podejmował kontrowersyjne wybory. Jaszczur szybko okazał się cennym nabytkiem do załogi ze względu na talenty zwiadowcze i możliwość mediacji z plemionami Rahów rozsianych po całym świecie, co kapitan często wykorzystywał. S’Tyss jednak pozostał obcym pośród obcych, a jego brak zrozumienia dla ludzkich wartości często prowadził do zabawnych sytuacji, a także stwarzało okazje załogantom do wyzysku niezbyt sprytnego i tchórzliwego jaszczura...
Gvarinowie marynarze
Abdul, Farhaam, Hirlaad i Zuzaar pochodzą z Huriy. Mężczyźni są typowymi przedstawicielami rasy gvarinów, mają ogorzałą od słońca twarz oraz noszą długi zarost. Nim zaciągnęli się na “Druga szansę” wiedli żywot pospolitych rzezimieszków w porcie. Traktują z wielkim poważaniem i estymą kapitana oraz bossuna doskonale znając ich słynne sylwetki. Jasra z chęcią obcuje ze swoimi ziomkami korzystając ze swoich wdzięków. Gvarinowie przyjęli jak swojego N’Jau, który wykazuje niezwykłą gorliwość w wychwalaniu dżinnów. Cała czwórka z niechęcią i rezerwą traktuje Lazarusa, który tylko patrzy, jak uprzykrzyć im życie.
Marynarze z Imperium
Angellus, Druzus, Julius i Wallerius są uciekinierami z imperialnej kolonii karnej na Wyspach Zachodzącego Słońca. Czwórka mężczyzn znalazła schronie na Huriy, gdzie parali się szemranymi interesami, by w końcu zgłosić się na służbę do kapitana Ghassana. Szybko zgadali się z Lazarusem, tworząc rasem niezbyt przyjemną gromadę. Wzorem swojego lidera wchodzą często w zaczepki z innymi grupami. Rysy twarzy mężczyzn sugerują, że wśród ich przodków mogli trafić się latyńscy legioniści.
Erxeńscy marynarze
Borislav, Ivo, Mitko i Sergey pochodzą z pogranicza z Erxen i Ergu. Ich wydłużone rysy twarzy i lekko szpiczaste uszy sugerują, że w odległym pokoleniu są spokrewnieni z elfami. Z powodu panującego na pograniczu bezprawia i ciągłych najazdów orków grupa postawiła szukać szczęścia za wielką wodą. Huriya nie jest jednak miejscem przyjaznym dla nowo przyjezdnych. Wymarzona ziemia szybko okazała się w rzeczywistości koszmarem, w którym bogaty ponad miarę wykorzystywał słabych. Mężczyźni w desperacji zwerbowali się na okręt “Druga szansa”, by być może zyskać fortunę na morzu. Lazarus szybko zorientował się, że erxeńczycy stanowią idealny cel dla jego “zabaw”, sami zaś wyjątkowo pogardzali Dimitrim...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Porywisty wiatr rozchwiał Drugą Szansą zacumowaną nieopodal niegościnnego brzegu Espargii. Mleczna mgła ukrywała okręt przed światem. W deski pokładu uderzało rytmicznie krople deszczu. Mimo paskudnej pogodny wszyscy załoganci stawili się na górnym deku, bowiem nadszedł czas pożegnać zmarłego w tajemniczych okolicznościach kapitana. Dwa tuziny dusz pogrążonych w smutku i niepewności co przyniesie los zebrało się, by pożegnać swojego dowódcę. Stanowili zgraje z całego świata od Imperium poprzez Erxen aż po Jaf’Ard, a pośród nich był tak egzotyczne istoty jak jaszczuroczłowiek, krasnolud, krwawy elf czy nub. Ciało kapitana złożono w szalupie przyodziane bogato zdobiony kontusz wyszywany złotą nicią, a jego palce zdobiły złote pierścienie, którego jeden z rubinów lśnił jakby własnym blaskiem. Na piersi zmarłego złożono jego wierny bułat ze zdobną w klejnoty rękojeścią. Twarz kapitana była wychudła, a oczy podkrążone. Dzięki staraniom nawigator Maeve Deirdre Nehalennia na ciele tylko z wielkim trudem można było dostrzec ślady po długotrwałej chorobie. Kapitan Grassan el-Bari szerzej znany jako Rudobrody przywodził teraz na myśl bogatego księcia kupieckiego z odległego południa, a nie przywódcę nieokrzesanej zgrai piratów. W szalupie załoganci złożyli skromne dary, by uhonorować kapitana i ułatwić mu podróż na tamten świat jakkolwiek go sobie wyobrażali. Gvarinowie nad głową, stóp i po bokach mężczyzny położyli kamienie z wyrytymi symbolami żywiołów, by ułatwiły mu drogę do Wrót Żywiołów, gdzie przesądzony będzie los jego duszy. Imperialni na jego oczach złożyli złote monety z symbolem orła, aby miał, jak zapłacić mrocznemu przewoźnikowi w ostatniej podróży. Nawet Erxeńczycy, którzy pogardzali innymi wyznaniami złożyli w szalupie ikonę świętego męczennika, by Astarion Mistrz pochylił się nad duszą poganina. Pierwszy bosman Handam al-Pirani stanął nad ciałem kapitana i rozpoczął ceremoniał.
-Zebraliśmy się tu, by pożegnać i wyprawić w ostatnią podróż naszego kapitana Grassana el-Bari. Jego imię znane było na całym morzu Imperialnym i budziło trwogę w sercach jego wrogów. Powierzamy duszę nasze kapitana Władcą Żywiołów.
Starszy mężczyzna przerwał unosząc ręce wysoko do modlitwy. Smutek i troska postarzały bosmana jeszcze bardziej. Deszcz obmywał jego twarz, gdy prowadził modlitwę.
-Duchu Ziemi, przesyłamy Ci pozdrowienia. Jesteśmy z jednej kości, jesteśmy tobą, ty jesteś nami. O Duchu Ziemi, my i wszystkie inne istoty od Ciebie stworzone, oczyść nasze ciało i duszę z bólu, choroby i nieczystości. Czujemy radość, spokój, lekkość, czystość. Dziękujemy Ci, Duchu Ziemi, jesteś naszym umysłem, ciałem i duszą. Bez ciebie i innych żywiołów nie ma życia.
-Jestem tobą, a ty jesteś mną. - W odpowiedzi gromko odparli wyznawcy dżinów, najgłośniej zaś krzyczał nub, a pozostali załoganci pochyli z szacunkiem głowy nie śmiąc przerywać ceremonii. - Bez ciebie nie ma życia. Z ciebie zostałem stworzony i do ciebie powrócę.
- Duchu Wody, przesyłam Ci pozdrowienia. Nasze ciała i krew składa się z Ciebie. O to jaką tajemnicą jesteś, Duchu Wody. Duchu Wody, w jednej chwili jesteś cieczą, w następnej lodem, w kolejnej śniegiem, parą i mgłą. W jednej chwili leczysz, w następnej topisz. Obmyj nas z choroby, bólu, nieczystości ciała i duszy. Daj nam uzdrowienie, mądrość, wiedzę, zdrowie, siłę, radość, szczęście i trwały wewnętrzny spokój. Przyciągamy do siebie Ducha Wody. Razem jesteśmy jednym ciałem. Bez Ciebie nie ma życia. Czcimy piękno ukryte w Tobie i innych żywiołach.
-Jestem tobą, a ty jesteś mną. - Znów w odpowiedzi gromko odparli wyznawcy dżinów, najgłośniej zaś krzyczał nub, a pozostali załoganci pochyli z szacunkiem głowy nie śmiąc przerywać ceremonii. - Bez ciebie nie ma życia. Z ciebie zostałem stworzony i do ciebie powrócę.
- Duchu Ognia, Duchu Słońca, przesyłam ci pozdrowienia. Nadajesz piękno wszystkim innym rzeczom. Duchu Słońca, Pierwotny Ogniu, wypal wszelką nieczystość z mojego ciała i duszy oraz negatywną energię. Oczyść każdą cześć mojego ciała. Daj mi energię życia, zdrowia, młodości, mądrości, wiedzy, siły, radości i szczęścia. Każda część naszego ciała, w tym subtelna i eteryczna, jest uzupełniana energią Słońca. A z naszego wnętrza wyłania się światło. Jesteśmy Słońcem. Dziękujemy Ci, Duchu Słońca, żywiole ognia naszym umysłem, ciałem i duszą.
-Jestem tobą, a ty jesteś mną. - Ponownie w odpowiedzi gromko odparli wyznawcy dżinów, najgłośniej zaś krzyczał nub, a pozostali załoganci pochyli z szacunkiem głowy nie śmiąc przerywać ceremonii. - Bez ciebie nie ma życia. Z ciebie zostałem stworzony i do ciebie powrócę.
- Duchu powietrza, pierwotny wietrze, przesyłam ci pozdrowienia. Jesteśmy jednego oddechu, ty i ja. Ty jesteś we mnie, a ja w tobie. Bez ciebie życie nie trwałoby nawet kilku minut. Tak ważny jesteś dla nas. O, wielki duchu powietrza, proszę, oczyść moje ciało i duszę. Pozbądź się bólu, choroby, nieczystości z ciała i duszy. Daj mi energię życia. Daj mi zdrowie, mądrość, wiedzę, siłę, radość, szczęście i trwały wewnętrzny spokój. Czujemy lekkość, czystość, radość. Nasze ciało wypełnia szczęście, spokój i harmonia. Dziękujemy ci, duchu powietrza, naszym umysłem, ciałem i duszą.
-Jestem tobą, a ty jesteś mną. - Po raz ostatni w odpowiedzi gromko odparli wyznawcy dżinów, najgłośniej zaś krzyczał nub, a pozostali załoganci pochyli z szacunkiem głowy nie śmiąc przerywać ceremonii. - Bez ciebie nie ma życia. Z ciebie zostałem stworzony i do ciebie powrócę.
-Pani Zarino Ta Któraś Powstajesz Z Przypływem twojej opiece oddajemy ciało naszego kapitana, bowiem to morze ukochał najbardziej. Baczność! Wieczna cześć i chwała Kapitanowi Grassanowi!
Bossun zakrzyknął, ile miał sił w płucach i dobył swój bułat unosząc go wysoko, a załoga zawtórowała mu. Imperialni wznieśli prawice w salucie Imperialnym nim dobyli broni, a Erxeńczycy uczynili znak asteriońskego kręgu na piersi nim sięgnęli po swoje ostrza. Krasnolud pod nosem wezwał imiona Sióstr i wzniósł swój kafar wysoko. Pogrążeni w ciszy trwali i patrzyli jak nub z krasnoludem dzięki swej ogromnej sile opuścili szalupę na morze powierzając kapitana morzu. Wiatr i deszcz obmywał ich twarze, gdy obserwowali, jak szalupa znika we mgle.
Wtem stało się coś niespodziewanego. Nagły blask rozświetlił horyzont ukazując wprawnym oczom cień upiornego okrętu jeno na mgnienie oka. Wszyscy załogi złapali się za głowy, słysząc w umysłach agonalny krzyk. Pierwszy z szoku wyrwał się nub pojmując całe zdarzenie na swój sposób.
-Nawet potężni Dżinowie płaczą za naszym kapitanem!
Czarnoskóry mężczyzna padł na kolana trwożnie, a w raz z nim pozostali gvarinnowie porwani jego religijnym zapałem. Tylko dwójka młodych oficerów Maeve Deirdre Nehalennia i Qahir Ibn Wassim al-Yamal mogła domyślać się co naprawdę stało za tymi wydarzeniami. Na pogrążonej we mgle Drugiej Szansie znów zapadła cisza przerywana jedynie świstem wiatru i stukotem deszczu...
W upalny dzień okręt żaglowy Druga Szansa niesiony spokojny wiatrem rozrywał fale przed sobą. Na porannej warcie wystawieni byli gvarinnowie pod wodzą Qahira Ibn Wassima al-Yamala. Na horyzoncie majaczyły inne jednostki zmierzające do tego samego celu. Po trzech długich latach żeglugi Druga Szansa w końcu miała powrócić to swoje macierzystego portu na Huriy. Ostatni miesiąc obfitował w wiele wydarzeń. Kapitan Grassan el-Bali zmarł niespodziewanie w tajemniczych okolicznościach ponoć wyniku powikłań ze starych otrzymanych ran. Mroczna prawda stojąca za tym była znana nielicznym. Niespodziewanie nowym kapitanem okrzyknięto nawigator Maeve Deirdre Nehalennie, a nie jak wszyscy myśleli pierwszego bosmana Handama al-Pirani. Szczegóły ustaleń zapadły za zamkniętymi drzwiami kajut oficerskich. Wielu podejrzewało, że to przez swój wiek Handam rzekł się dowództwa. Nowa kapitan miała okazję zmierzyć się z dwoma poważnymi zagrożeniami. U wybrzeży Espargi łupieżcy ściągali na skały okręty wbrew ludzkim prawom symulując światło latarni. Załoga Drugiej Szansy jasno pokazała co myśli o takich praktykach rozbijając bandę łupieżców raz na zawsze. Następnie już na pełnym morzu stawili czoła morskiemu wężowi, który atakował przepływające okręty. Pokazując swoją odwagę i bitność zarżnęli gadzinę. W obu starciach kapitan Maeve wykazała się zmysłem taktycznym, a brawurą i talentem do walki z kolei Qahir zwany Zefirem. Mimo kolei losu załoga pozostała zwarta i silna.
Wachta mijała spokojnie i leniwie. Qahir oparty o burtę zauważył podłużny ciemny kształt na horyzoncie. Jego podejrzenia potwierdził znajdujący się na bocianim gnieździe jaszczuroczłowiek.
-Zzzziemia na horyzzzocie! Wyssspa!!!
Marynarze natychmiast podchwycili okrzyk wiwatując i zrywając turbany z głów. Dzwony okrętowe zaczęły radośnie rozbrzmiewać, ogłaszając szczęśliwą nowinę. W końcu dotarli do końca podróży. Reszta załogi wyległa spod pokładu dołączając do chóralnych okrzyków. Zaspany młodszy bosman Lazarus ziewając po nocnej warcie oparł się o maszt obserwując zbliżającą się wyspę. Tygrysooka Jasra stanęła u boku Qahira zerkając zatroskana na ląd, niepewna czy jej dawny pan nie upomni się o nią. Pierwszy bosman Hadan stanął na rufie usuwając się w cień i kompletując swój ostatni rejs. Kapitan Maeve stanęła u steru za nią wiernie trwał krwawy elf Dimitri. Przed kobietą stały nowe wyzwania. Czy zachowa Tytuł kapitana i jedność wśród wielokulturowej załogi? Czas pokarze. Huriya to miasto wielu możliwości. Miasto snów...
Listy Qahira do domu, spisane w języku ojczystym (khemurskim)
2 dzień roku 1515.
Ojcze,
dawno nie miałem okazji napisać. A jest o czym! Już trzy lata płyniemy na wspaniałym statku u kapitana Ghassana el-Bari, wielkiego męża i mistrza w swoim fachu. I nie płynę jako byle jaki marynarz, tylko jako młodszy bosman! Ha! Tak, takiego tytułu się dorobiłem. Piastuję bardzo ważną pozycję, dowodzę załogą i jestem bitny jak mało kto! Niezliczone śmierci z mojej ręki miały miejsce na wodach Morza Imperialnego, a sam wyszedłem bez szwanku. Ta nasza gorąca, południowa krew i błogosławieństwo Nariry chronią mnie przed niebezpieczeństwem. A jakie łupy mamy! Złoto, sukna, skóry z odległych krain. Naprawdę tyle tego jest, że aż trudno uwierzyć. Nawet pan nasz Ismaeel nigdy nie widział na oczy nawet ułamka takich bogactw. I wszystko to nasze! I moje, mam swoją część, i bogactwa te przyniosę ze sobą do domu! Ha, kupię wam atłasy i wielbłądy, własnych niewolników, nie będziecie musieli palcem kiwnąć! Tylko poczekajcie, aż dopłynę, a póki co ślę ten list, niech dotrze bezpiecznie!
Qahir
4 dzień roku 1515.
Wiele się nie dzieje na morzu. Płyniemy i tyle. Pogoda piękna, deszczowa. Może i u was deszczyk akurat pada? To zawsze błogie u nas, w Yamal, ale na morzu więcej z tego szkody niż pożytku. Z nudów pić poszedłem. Bompur krasnoludzki bimber wyciągnął, zdradzieckie to cholerstwo jest jak setka żmij w piasku zagrzebanych.
[lekko chaotycznym, krzywym pismem napisane] Upiorny statek… jak z opowieści. Z kości i włosów zrobiony, martwa załoga złożona z utopców… Wszyscy mówią, że się przewidziałem. Ale widziałem już ten statek poprzednio. Czy ja wariuję? Czy ten krasnoludzki bimber mnie aż tak omamił? Nawet w to chciałem wierzyć, ale kapitan zareagował dziwnie, jak to usłyszał. Normalnie by mi kazał spierdalać, a teraz kazał siedzieć cicho i nie rozpowiadać. Może ja i kapitan zwariowaliśmy? Ja dotknąłem jego pierścienia, czy to przez to? To magiczny pierścień, na pewno, a w środku jakiś Infryt siedzi, zły z niewoli, ciskający klątwy? Nie wiem, co o tym myśleć, ojcze. Ale spisuję to. Może ten list do ciebie dotrze. A jeśli ktoś znajdzie ten list, a mnie nie znajdzie, to proszę, poproś gospodarza “Snu Podróżnika” w Huriy, by nadał ten list do mego ojca, Wassima z Yamal.
7 dzień roku 1515.
Piszę to rano, zaraz po przebudzeniu, by nie zapomnieć. Sen miałem. Kolejny. Dżiny do mnie mówią we śnie. Infryty, bym powiedział. Infryt jest zamknięty w pierścieniu kapitana i mówi do mnie. Wszyscy wiedzą, że dżiny mają wielką moc, a nie wypełniać ich woli to głupota. Widziałem we śnie swoją przyszłość. Wielki statek, lojalna załoga na każde zawołanie, tony łupów. Honory, fanfary, bogactwo i sława. Moja bandera - smagane wiatrem złote słońce na czarnym tle trzepocze energicznie na maszcie. W takiej chwale wracam do rodzinnych stron. Ha! Potęga dżinów jest bezgraniczna. Wystarczy wsłuchać się w ich głos. To jest ich przewaga nad innymi tak zwanymi bogami. Czy ten Asterion, czy ta rodzina z Ojcem u krasnoludów… oni są tylko słowami. A dżiny są czynami. Wymagają i nagradzają. A miejsce infryta nie jest na dnie morza.
8 dzień roku 1515. Wieczór.
[chwiejne, słabe pismo] Zmarł kapitan Ghassan el-Bari, legenda morza Imperialnego. Zmarł, ale odchodzi spełniony. Jego śmierć uderzyła nas wszystkich. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie wiem, co powiedzieć więcej.
9 dzień roku 1515.
Kapitan Ghassan el-Bari miał piękny pogrzeb. Oddaliśmy go morzu, a niebo pięknie i zgodnie padało, mimo że deszcz w tych okolicach to rzadkość. A wczoraj jeszcze dzień był wyjątkowo spokojny... Widać, że Dżiny nad nim rozpaczają równie co my. I że z otwartymi rękami przyjmą go do Wrót Żywiołów. Duch w pierścieniu wariował, gdy oddaliśmy go tym zjawom.
Wszyscy na statku rozpaczają. Maeve chyba najbardziej. Ale nie dziwię się temu. Kobiece emocje biorą górę. Ona uciekając od swego ojca, przyjęła Ghassana jaka swojego nowego, przybranego. Dziwna to historia z nią. W ogóle dziwna ona jest. Skąpana w tajemnicy. Mówiła, że miała wspólną przeszłość z Jasrą. I że z jednego ślubu uciekła, a drugiego narzeczonego utraciła. Nic dziwnego, że chodzi cały czas jak struta. Może kiedyś była radosna? Teraz jest z nią źle… Ale czas leczy rany. Maeve tylko potrzebuje powodu, by być szczęśliwa.
Jasra też jest skomplikowana. Tylko my, mężczyźni, jesteśmy otwarci i mówimy o sobie. Kobiety duszą swoją przeszłość głęboko. A emocje należy wyrażać regularnie, tak jak regularnie należy się wypróżniać. Inaczej tylko można sobie zaszkodzić…
[Nieco późniejszy dopisek, lekko innym pismem, pewniejszym] Coś się kończy, coś się zaczyna? Nie przywidywałem takiego obrotu spraw. Czy sny okazały się prawdą? Czy to tylko ułuda? Druga Szansa… Piękna nazwa. Tylko czy ja temu podołam…
10 dzień roku 1515.
Chciałem coś napisać, ale właściwie to nie wiem, co mam tu zawrzeć. Może to już z przyzwyczajenia? Coraz częściej piszę, coraz więcej się dzieje, ale dziś - jakby znów powrót do normalności. Do nudy. Do meandrowania przez wody imperialne. Do wioski mamy wpłynąć za parę dni. Espagria wygląda malowniczo, różnorodnie, przynajmniej patrząc ze statku. Podobno to tereny odległe od centrum Imperium i nieco zapomniane, więc nie spodziewam się, by żyło się tam tak ciekawie, jak ciekawą mają linię brzegową…
[Nieco poźniejszy dopisek] Teraz mi się przypomniało, że na Wyspach Zachodzącego Słońca, gdzie tych wysp jest dużo, a większość z nich niezbadana, znajduje się mnóstwo ruin po dawnych cywilizacjach. A jak ruiny, to przecież też i skarby, każdy to wie. Może to dobry moment, by po powrocie do Huriy, odpoczynku tam, przegrupowaniu i inne takie, wybrać się do jednego z takich miejsc? Wypytać należy kogoś, kto wie coś więcej. W karczmach nie ma co pytać, tam każdy jak tylko ma taką informację, to zachowa ją dla siebie, albo zapędzi w pułapkę, albo już dawno splądrowane. Ale ktoś z wyższych sfer? Oni operują na wyższych płaszczyznach, ta cała inteligencja. Oni sporo mówią, sporo wiedzą, ale też boją się wszystkiego. Szukają stymulacji, pochlebstwa, ale nie niebezpieczeństwa, ryzyka, wyjścia poza ich ciepłe mieszkanka, kożuszki. Wystarczy się wkręcić.
12 dzień roku 1515.
Dawno nic nie pisałem, bo działy się rzeczy! A jak rzeczy się dzieją, to nie ma kiedy pisać. A jak nic się nie dzieje, to pisze się aż za nadto. Może to dlatego te wszystkie tęgie głowy takie opasłe tomy piszą, a w środku same nudy? A moje notatki krótkie i treściwe, acz trochę się ich już zebrało. Ha! Ciągle przepełnia mnie radość i sukces i spełnienie. Rozbiliśmy bandytów, chujów jakich mało, sprowadzających fałszywym światłem statki na skały, by je potem złupić. Tacy na życie nie zasługują, strasznie to niehonorowe. Jacy bogowie by przyjęli takich w swoje objęcia?
13 dzień roku 1515.
W końcu nie dokończyłem wczorajszych myśli, Jasra nieco mnie rozkojarzyła… Nie mówię, że to coś złego! Wręcz odwrotnie, przywitała mnie odpowiednio, jak zwycięzcę. No ale napisać chciałem i tak, bo jest co. Ci rozbici bandyci to łachmyty, nie wiem, czy uważać ich za godnego przeciwnika… ale też czy ktoś naprawdę mógłby być przeciwnikiem, który byłby godny stanąć ze mną w szranki? No taki pewny to ja nie jestem. Zakradliśmy się do nich, zabiłem jednego po cichu, po mistrzowsku, że nawet nie wiedział, co się stało. Jak tam sobie myślę, to faktycznie, dobrze że Maeve jest taka oczytana, wiedziała coś o tych terenach, jakby tam już kiedyś była. Może i kiedyś była? W końcu z Erxen do Wysp Zachodzącego Słońca tutaj po drodze. Dziwna to elfka… No i narzeka strasznie. Jak dotarliśmy do obozu tych bandytów, to wbiliśmy się w nich, to znaczy ja się wbiłem, sam starłem się z czterema na raz. Jaka to była walka! Zaczarowałem ich, powaliłem jednego po drugim, samemu bez trudu unikając wszystkiego, co na mnie rzucali. Wyczyn godny pochwały samych dżinów! Ci bogowie imperialni czy erxeńscy to tchórze nad tchórze, a nasze dżiny to doceniają bitnych i odważnych.
14 dzień roku 1515 (a właściwie wieczór).
Dopłynęliśmy do wioski. Zwie się Moledo. Czy to coś znaczy? Trudno stwierdzić, oni tam w języku espagrijskim mówią. Bo to Espagria. Część Imperium, ale odległa, jak pryszcz na dupie giganta. Ale ryby mieli, i to wystarczająco, by nas zaopatrzyć.
Drogo sobie liczyli. Maeve stara się być miła dla ludzi, momentami nawet za miła. Mogła się targować… acz wtedy nie naciskałem i puściłem to mimochodem. Wszak i tak z tej wyprawy licznych łupów mieć nie będę. Za to stanowisko wyższe. Czy tak osiąga się chwałę? Nie złotem, a statusem? Złoto jest twarde i silne, a stanowiska i chwały ulotne. Ale i złoto można stracić szybko, statek może zatonąć, a dobre słowo pozostanie na językach zarówno gminu, jak i tych bardziej wpływowych. Więc kluczem do sukcesu będzie nie samo stanowisko, a posłuch za tym idący?
Maeve kapitanem… Niesamowite. W Jaf'Ardzie takie stwierdzenie by skutkowało natychmiastowym śmiechem i drwiną, ale tutaj, wśród nas, piratów, i wśród społeczeństw Wysp Zachodzącego Słońca, o dziwo jest to możliwe. Kobieta na takim stanowisku… Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wszak kobiety nie są i nigdy nie będą na równi mężczyznom, to wiadomo. To sama prawda. Ale mimo to, Maeve pokazała, na co ją stać, trudem osiągając to, co dla kobiety jest blisko niemożliwego, by tylko dorównać mężczyźnie. A nawet przekroczyła ten pułap. Więc skoro tak się stara, pracą, wiedzą i doświadczeniem życiowym, by się wykazać, to może będzie dobrą kandydatką? Zna się na rzeczach, ma gadane, jedynie walką posłuchu nie zyska, chyba że dowodząc z tylnego rzędu. Czy służenie kobiecie jest mniej honorowe niż mężczyźnie? W Jaf'Ardzie bez dwóch zdań, to by była wręcz kpina. Ale tutaj… To zupełnie inny świat i chyba należy się z tym oswoić po tych ponad trzech latach.
Biorąc wszystkie za i przeciw, to wychodzi ona na plus, czyż nie? Obym nie był w błędzie… Wszak mimo wszystko z kobietami to nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza jak te comiesięczne humory im się trafią.
15 dzień roku 1515.
Dziś wszyscy się dowiedzieli. Kapitan Handam al-Pirani oficjalnie przekazał dowództwo Maeve. Wszyscy dobrze zareagowali - mam nadzieję, że faktycznie tak czuli, a nie, że pod przymusem tak zareagowali. Trudno stwierdzić, co im wszystkim po głowach chodzi…
Zaraz potem odpłynęliśmy. Pożegnaliśmy tę wioskę Moledo, cokolwiek by ta nazwa nie znaczyła. Zapadająca w pamięć na tyle, na ile taka wioska na odbycie świata w pamięć potrafi zapaść. Czyli nieszczególnie. Najciekawsze wydarzenie to z tym Abdulem, co się w nocy na brzegu zagubił. Prawie się utopił na bagnach, mało brakowało! Ale znalazłem go i wyciągnąłem. Aż dziwię się, że spity tak daleko zaszedł, a jednak. Niektórzy rozumu na statek ze sobą nie zabrali.
[nieco późniejszy dopisek] Pisałem już trochę o Jasrze, napiszę jeszcze jedną rzecz. Wracamy już do portu macierzystego na Huriy, a to sprzyja myśleniem o przyszłości, o tym mieście, o rzeczach jakie będzie się robić… Maeve zadeklarowała się, że wykupi Jasrę z niewoli. Ja uważam, że tak łatwo nie będzie, że taki mężczyzna jak Pasza (zresztą swoją drogą bardzo rozczarowujący przydomek) będzie chciał po prostu przyjąć za nią pieniądze i zapomnieć o sprawie. Widzę tutaj wielką dumę w nim, mimo że go nie poznałem. Ale czy poznawać trzeba kogoś, kto włada jednym z trzech największych gangów w mieście? Tacy ludzie słodkimi słówkami i miłymi gestami majątków nie zbijają. Jak nic zażąda jakiejś trudnej do wyobrażenia sumy pieniędzy, albo i całej Drugiej Szansy, by wykupić Tygrysooką. A jak nie, to wtedy skrzyczy swoich siepaczy, by siłą ją uprowadzić. Nie wiem, jak się z tym czuję. Dla nas to sytuacja bez wyjścia, czyż nie? Jasry przecież nie oddamy, szkoda mi jej. Byłoby to niehonorowe, tak płaszczyć się i oddać mu kogoś, kto służył z nami ramię w ramię przez trzy lata. Czy w takim razie czeka nas walka? Podstęp? Może Maeve ma plan, bo ma też w mieście znajomości, a jak nie, to czuję, że konfrontacja z kimś takim to coś, do czego stworzyły mnie dżiny. Czyż nie tak tworzy się legendy?
Ha, akurat jak pisałem, to Maeve mnie nawiedziła. Faktycznie ma plany, ale muszą się, jak to się mówi, wykrystalizować. No ciekawy jestem, co jej po głowie chodzi. To o czym ja pisałem? A, właśnie. Jeśli miałaby być konfrontacja, to
16 dzień roku 1515.
No i nie dokończyłem myśli wczoraj. Jasra przyszła, cała spita. Dawno nie widziałem jej w takim stanie. Piła sobie jak niby nic z Bompurem, nawet mnie nie zaprosili! Cóż, widać, że są ze sobą zżyci po tych trzech latach. Dziwna jest Jasra, najpierw radosna, a potem smutna, a potem pijana. Strasznie dużo w niej emocji. No ale to kobieta, zapominam, jak one funkcjonują, spędziwszy trzy lata z prawie samymi marynarzami. Z jednej strony szkoda mi jej, a z drugiej… gdy pomyślę o tych wszystkich pannach, które pozostawiłem na wyspie…
[późniejszy dopisek] Nie wiem, jak zebrać myśli i przelać je na papier. Okazało się, że Druga Szansa to nawet nie nasz statek, a statek Baharata "Szczerby". To znaczy nasz, ale wzięty na procent, kurwa jego mać. Trzy tysiące dinarów miałby nas kosztować. Niezły prezent pożegnalny nam Ghassan zostawił, nie ma co. A Handam ma wziąć ze sobą cztery z pięciu części łupów, zamiast tego "oddając" nam statek. Nie wiem, kurwa, gdzie w tym sens, gdzie logika, dlaczego Maeve w swej grzeczności i upartości nie chce renegocjować umowy z Handamem, skoro nie oddaje nam statku, a statku z długiem, że za taką kwotę to i nowy statek można byłoby nabyć. Dzięki, kapitanie Ghassanie. To zemsta za moje myśli o pierścieniu? Przecież ci go zostawiłem, a wszystko, co mogłem zrobić, pozostało w samych myślach. Handam najlepiej na tym wychodzi, a my zostajemy z niczym. Bez łupów, z jakąś marną resztą do przekazania załodze, z długiem i niepewnością, co tam na tej Huriy się wydarzy. Maeve podobno zna tego "Szczerbę"… swoją drogą beznadziejny przydomek, nie kojarzy się z niczym pozytywnym. Jak szczerba w zębach może się dobrze kojarzyć? Kto miałby taką osobę respektować, która daje sobie taki przydomek wybrać?
No, Maeve ma plan, jak zawsze. Ciekawe, jak tym razem jej się uda? Teraz to nie rozmawia z załogantami, a z bandziorem, który dba o swoich, tak jak my dbamy o swoich. Nawet jeśli mają wspólną przeszłość, to co z tego, gdy mówimy o takim majątku? Którego spłatę odwlekamy trzy lata? Chciałbym to zobaczyć. A jak się nie uda i wszystko chuj strzeli, to pożyczę sztylet od S'Tyssa i pokażę, że sprawy można też załatwiać inaczej…
17 dzień roku 1515.
Dziś nic ciekawego i wiem, że tak samo będzie przez następne dwa tygodnie. Wieloryba znaleźliśmy martwego.
19 dzień roku 1515.
Długi to był dzień… wczorajszy, rzecz jasna. Teraz piszę z rana, przemyślałem to i owo. Statek opuszczony odkryliśmy. Kupiecki, płynący do Erxen. Zniszczony od węża morskiego. Paskudny był to widok, te wszystkie rozkładające się ciała… Był też jeden dogorywający, który miał szczęście, że na nas trafił. Wieźli przyprawy, ale nie udało się ich zabrać. Kapitan stwierdziła, że ryzyko jest zbyt duże, i może miała rację, a może nie. Ja myślę, że nie. Ale słuchać się trzeba, by marynarze nie poczuli nagle, że mają prawo się buntować. Trochę złota i srebra za to pozyskaliśmy z tego statku.
Próbowałem sobie wyobrazić tego węża morskiego, czy raczej walkę z nim. Cóż to by było za wydarzenie! Z jaką opowieścią byśmy wrócili na Wyspy! Skorpiony dawno nie były wykorzystywane, a i mój rapier zgłodniał, a mógłby ugodzić bestię i pozbawić ją życia. Ale cóż, ryzyko nie jest czymś, co Maeve lubi, a towar, który wozimy, trochę ogranicza naszą manewrowność manewrowość.
Mimo że jesteśmy pośrodku niczego, to zaskakująco sporo się dzieje ostatnio. Nie narzekam.
21 dzień roku 1515.
Wczorajszy dzień też był długi. Napotkaliśmy w końcu na tego skurwysyna, węża morskiego. Monstrum paskudne, szybkie i niebezpieczne. A tak przynajmniej o nim mówili, bo byliśmy na niego przygotowani, o tak. Nasz statek uzbrojony jest w skorpiony, mordercze narzędzia przy konfrontacji z innymi statkami, a także, jak się okazało, z takimi potworzyskami. Ale pociski leciały, przecinały niebo, Sam strzelałem, bo chociaż gotowy byłem z moim ostrzem na bezpośrednią konfrontację, to nigdy do tego nie doszło. Powaliliśmy bestię, nim ta zdążyła do nas dopłynąć. Ha! Taka jest potęga Drugiej Szansy! Potwór, który jeszcze niedawno zdewastował i zatopił tak duży statek handlowy, wybił całą załogę, teraz sam leży martwy, głowę jego zachowaliśmy jako trofeum a łuski, twarde jak stal, pozyskaliśmy. Wszyscy najedli się strachu, gdy zobaczyli węża morskiego, ale ja wiedziałem, że z błogosławieństwem maridów i dżinów czeka nas zwycięstwo. To są prawdziwi bogowie! A nie Asterion! Nie jakiś tam Ojciec czy jak mu tam. Ani nie ten imperialny bożek, tak nieistotny, że już zdołałem zapomnieć, jak się w ogóle nazywa.
22 dzień roku 1515.
Przez te ceremonie, co je mamy wyprawiać, to ciągle zastanawiam się nad naszą wiarą. Dżiny, co nie ulega wątpliwościom, władają nami, ziemią, morzem, po którym płyniemy, a także całą resztą. W Yamal to sprawa była prosta, wszyscy wierzyli w dżiny, nikt nie ośmielił się kwestionować ich potęgi. No, może ewentualnie jaszczuroludzie, ale kto by się przejmował ich prostymi umysłami i wiarą w wielkie latające jaszczurki, czy w co oni tam sobie wierzą. W Yamal sprawa była prosta, ale tutaj, na Huriy, jest tyle rozmaitych ras, a wraz z nimi tyle rozmaitych wierzeń… Niesamowite, w co niektórzy potrafią wierzyć. Krasnoludy wierzą w jakiegoś Ojca, jego synów i córki. Tam do jakichś sal biesiadnych zmarli są zabierani, gdzie bawią się i ucztują. Ha, jakie to typowe dla krasnoludów! Istoty, które na co dzień jedzą i piją za czterech, po śmierci mogą robić to dalej. Kto by się spodziewał, że ta ich "wiara" na tym by miała polegać? Zero zaskoczenia, proste i zrozumiałe, każdy krasnolud to pojmie. A wiara dżinów… tu sprawa jest skomplikowana, tak jak i istoty boskie są skomplikowane. Tego nie da się skrócić do zwykłego: "czyń dobrze, a po śmierci będziesz jadł i ruchał". Ha, brzmi to interesująco, ale z drugiej strony… Gdzie w tym chwała, by żyć i żreć? Człowiek stworzony jest do wyższych celów. A krasnolud? Tutaj już trudno mi stwierdzić.
[późniejszy dopisek] Piękna to była ceremonia. Handam al-Pirani, kiedyś pierwszy bosman, potem kapitan, a teraz… w sumie nie wiem, jak określić jego funkcję. No, funkcja się zmieniła, ale szacunek załogi pozostał. Mój niezbyt, ale to już pisałem, dlaczego. Jego obszerna wiedza, też wynikająca z wieku, jest tutaj wielkim atutem i stanowi on istotną przeciwwagę dla tych wszystkich innych wierzeń pozostałej części załogi. No, i on poprowadził tę ceremonię dla dżinów, złożył w ofierze krew węża morskiego, piękne słowa wypowiedział, naprawdę piękne. I czułem, że dżiny się nam w tym momencie przyglądały, słuchały nas, może nawet zaakceptowały nasze modły i ofiarę. Tak myślę. Wierzę, że dalej doskonale wiedzą, że Druga Szansa, chociaż jest mozaiką różnych ras i wierzeń, to w pierwszej kolejności, przed wszystkim innym, stawia zawsze duchy żywiołów.
24 dzień roku 1515.
Niedługo dopłyniemy do Huriy. Imperialni na pokładzie odprawiali te swoje modły do ich bożka "Ulisso". Ech, nie mogłem tego oglądać na moje oczy, jeszcze bym im coś powiedział o tej ich pustej "wierze"… A szkoda, bo wieczorne słońce było miłe i kojące, a teraz muszę kończyć notatki pod pokładem, jak szczur jakiś.
Maeve musi w końcu zrozumieć, że wśród bogów nie ma czegoś takiego jak kompromis. My jako Druga Szansa powinniśmy stanowczo opowiedzieć się po którejś ze stron, czy może raczej: po jedynej słusznej, po stronie Żywiołów. Bo trzeciej szansy mieć nie będziemy…
[później, wieczorem] Handam al-Pirani to żmija zdradziecka, kutas krzywy i pizda, nie marynarz. Wycwanił się jak nikt inny. Oddał nam Drugą Szansę, której nie posiadał, a sam zgarnął majątek i będzie teraz grzać dupę na Jaf'Ardzie! Kurwa jego mać. Widzę, że pisałem już o nim kilka dni temu, a to i tak zbyt rzadko, jak o nim piszę, bo cały świat powinien wiedzieć, jaki to parszywiec i kundel zapchlony. Na co dzień miły, każdy go lubi, ale jak już wyszło, że statek zastawiony, to ani nie pomyślał, by z szacunku do nas, swoich morskich kamratów, renegocjować tę umowę, która okazała się wielce nieuczciwa. Pluję na niego i jego przodków.
25 dzień roku 1515.
A dziś "celebrowaliśmy" Handama i koniec jego służby. No, weteran wśród piratów sam nas skroił jak bezbronne dziecko. W rzeczy samej widać tu jego doświadczenie i kunszt partacza! By własnych braci broni tak w dupę wyruchać, to już trzeba umieć. Oczywiście nie wypiłem jego zdrowia. Splunąłbym zamiast tego, ale wiadomo, że nie jest to coś, co powinno się robić, przynajmniej nie przy załodze. Jeśli Maeve nie chce z nim renegocjować, to może przynajmniej do innych rzeczy będzie jeszcze przydatny… Ale chuj mu na lico i tak, nawet jeśli tylko tutaj, na piśmie.
Jutro dopływamy do Huriy. List ten wyślę czym prędzej, byś miał tu spisany niezbity dowód, że syn twój wielkie rzeczy osiągnął i osiągnie jeszcze więcej. Wszystko, co napisałem, jest prawdą, w co pewnie nie uwierzysz, bo wiem, że trudno pojąć ogrom świata, gdy całe życie siedzi się w jednej wiosce na krańcu świata. Ale wszystko to jest prawdą. A to dopiero początek.
Nowy rok przywitaliśmy wśród pustynnych brzegów Erg gdzie słońce nieznośnie daje o sobie znać, mimo że już prawie 2 miesiące tu spędziliśmy to nadal nie mogę do niego przywyknąć. Pomyśleć że kiedyś, gdy rozciągało się tu jeszcze państwo Dżinów były to żyzne i zielone tereny i dopiero wniebowstąpienie Astariona zmieniło całkowicie klimat zmieniając to miejsce w jałowa pustynię zmuszając ludzi do ucieczki w stronę 2 rzek by mieć jakieś szanse przetrwać. Nie było mi jednak za długo dane rozmyślać na ten temat bo nasz kapitan Ghassan wezwał zarówno mnie jak i 2 pozostałych młodszych oficerów do swojej kajuty by ustalić dalsze kroki. Jego kajutę znałam już aż za dobrze biorąc pod uwagę że lubiłam z starym kapitanem spędzać czas na rozmowach, to samo przechylone lustro, dębowe biurko i obraz postaci spowitej w dymie podczas ewidentnej bitwy na wodach. Nawet te same kielichy co rok temu przywitały nas by zwilżyć gardła mając nadzieję że następny rok będzie równie obfity w łupy co ten. Jednak jest coś co było nowe w tym wszystkim, stan zdrowia Ghassana zdaje się coraz bardziej podupadać – osłabiony zmysł smaku, omamy słuchowe i wzrokowe, podkrążone oczy z braku snu. Tradycyjnie gdy go już sama odwiedziła powiedział mi tą samą śpiewkę „nie martw się, mi i tak nie można pomóc a mam plan”. To gadanie wcale mnie nie uspokaja a jedynie sprawia że bardziej się martwię, nic jednak póki co nie mogę poradzić na to nie zmuszę go siłą by dał mi się zbadać obecnie. Zmieniając temat uzgodniłam z nim że będziemy płynąć trasą która jest przy wybrzeżu, jest mimo wszystko bezpieczniejsza niż pełne morze gdzie mogą czyhać na nas różne bestie morskie, większość marynarzy i piratów myśli o nich jak o karczemnych bajkach jednak zdołałam się w swoim życiu nauczyć że w każdej potrafi być ziarno prawdy którego lepiej nie lekceważyć. Nawet podczas apelu ( o którym ani Zefir ani Lazarus nie raczyli mnie poinformować, przez co z Dimitrim się spóźniliśmy ) kapitan zdawał się oderwany od rzeczywistości, oglądał się za siebie w pustkę zdenerwowany jakby jaki upiór za nim stał, jak to on jednak odzyskał animusz mówiąc o tym że dzisiejszego wieczora należy świętować początek nowego roku więc zakotwiczymy przy brzegu i wyciągniemy rum.
2 junos 1515 roku
Słonecznie niemal bezwietrznie.
Muszę pamiętać następnym razem że moja głowa nie jest jednak tak mocna jakbym chciała, dawno takiego kaca nie miałam jednak udało mi się z strzępków wspomnień i relacji Dimitriego coś poskładać. Okazało się że po pijaku Zefir skakał niczym łania przez ognisko ( do którego wcześniej zwymiotował), Handam chciał się z kimś bić a mi się to udzieliło i gdyby nie to że Dimitri mnie odciągnął to chciałam nagadać Lazarusowi za to że na kogoś krzyczał… może dobrze zrobił. Po pijaku biedaka ( choć według wielu załogantów szczęściarza pewnie) wciągnęłam do swojego łoża nie pozwalając mu odejść. Ciężko mi powiedzieć czy to był efekt zapachu jaki wokół niego się rozprzestrzenia, czy też faktu że faktycznie bardzo go lubię, nie jest jak niemal wszyscy faceci których znam. Leżąc nago w łożu skąpani w słońcu opowiedział mi o tym co się stało gdy sam wraz z kapitanem i Sstysem wyruszyli z statku podczas jednego z naszych postoi, mieli z jaszczurem doprowadzić go do jakiś zasypanych piaskami ruin. Co ciekawe ponoć nie była to pierwsza taka wyprawa ich, co zaskakujące jednak w tym wypadku Ghassan powiedział że mają poczekać przy wejściu a on sam ruszy dalej. Z opowieści krwawego elfa wychodzi na to że niemal dobę tam spędzili, a gdy kapitan w końcu wyłonił się z ciemności pachniał siarką i popiołem, szczęśliwy był ponoć tak że mógłby skakać mamrocząc coś o tym że w końcu będzie wolny. W ramach podziękowania za pomoc jaką mu udzielili kapitan podarował im sztylet który jest ponoć zdolny do zabicia samych bogów. Gdy teraz o tym myślę bardziej zdaje mi się, że zapach mógł byś powiązany z pierścieniem którego widziałam u kapitana – złoty z wygrawerowanymi dziwnymi znakami na obręczy i motywami płomienia z prawionym pięknym rubinem w którym przez chwilę zdawało mi się że widziałam tańczący płomyk. Postanowiłam w późniejszym terminie się nad tym bardziej zastanowić bo skacowani musieliśmy stawić się u Handama, biednemu Zefirowi oberwało się za moje harce z Dimitrim, jedyne co mogłam zrobić by jakoś mu to wynagrodzić to postanowiłam wziąć pierwszą wachtę. Ucieszyło mnie kiedy przy porannym zebraniu w kajucie kapitana zobaczyłam że Ghassan ma się lepiej, nie trwało to jednak zbyt długo. Tak jak moja warta mimo tego przeklętego słońca przebiegła bez problemowo, tak na warcie Zefira ten dostrzegł kościany statek o czarnych jak noc żaglach. Słyszałam nie raz wśród marynarzy o tym jak zły jest to omen, nie dziwiła mnie wcale reakcja Zefira na niego, jeszcze bardziej zmartwiła mnie jednak reakcja kapitana. Słysząc o przeklętym okręcie wybiegł zdenerwowany a może bardziej spanikowany wręcz na pokład, w swoim obłędzie zaczął śmieć by umilknąć jakby coś usłyszał po czym odejść rzucając jedynie „bądź przeklęty” w stronę niewidzialnego dla nas rozmówcy. Nie widząc wyjścia zaczęłam bardziej naciskać na kapitana w jego kajucie, powiedziałam mu o tym co widziałam i w związku z jego zachowaniem i o pierścieniu, jak zawsze powiedział mi bym się tym nie martwiła, nie chciał mówić o swojej przeszłości i starał mnie jakoś pocieszyć. Tyle dobrego, że pozwolił podać sobie coś na uspokojenie.
3 junos 1515 roku
Pada deszcz i wieje słaby wiatr.
Jakby mi było mało zmartwień z kapitanem to Jasra zaczęła mi mówić, że martwi ją to czy Dimitri jakiegoś uroku na mnie nie rzucił. Starałam się ją przekonać, że nie, Dimitri jest po prostu świetnym facetem z którym lubię spędzać czas, czemu tylko ja zdaje się postrzegać w nim coś więcej niż ta nieuczciwa klątwa która na nim ciąży? Starałam się poukładać to wszystko trochę w swojej głowie pomagając w kuchni Bompurowi, krasnolud jak zawsze był zdziwiony czemu jako oficer chcę pomagać ale praca pozwala mi poukładać myśli dodatkowo lubię go. Jest czasem nieokrzesany ale dogryzając sobie z nim chociaż na chwilę mogę zrelaksować się, szczególnie że na mojej warcie działo się wiele niepokojących rzeczy. Najpierw widziałam jak kapitan z nieobecnym wzrokiem wyszedł na pokład patrząc na morze znów zaczął coś mamrotać o niespłaconym długu i że zostanie on spłacony niedługo. Zaniepokoiło to zarówno mnie jak i załogantów, szybko udało mi się zorganizować paru chłopaków i zaprowadziliśmy Ghasanna do jego kajuty, podałam mu krople uspokajające jednak dalej uparcie nie chciał powiedzieć co się dzieje. Mogłam jedynie zgadywać od starczej demencji, poprzez szaleństwo a może działanie jednej z tych morskich przeklętych legend. Póki co wolałam się skupić na faktach i swojej wiedzy medycznej, nie myśleć o tym o czym nie mam przesadnie wielkiej wiedzy. Powiedziałam mu, że przyjdę wieczorem wbrew jego protestom by zobaczyć jak się czuje i czy nie trzeba podać mu czegoś by ułatwić sen. Zefir mnie uprzedził, nie wiem czemu ale postanowił napić się z kapitanem w efekcie upijając się, jak zawsze Ghassan chciał bym zignorowała to co się wcześniej na pokładzie stało. W trakcie tego spotkania z nim jednak zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy
1. alkohol zdaje się na niego nie działać tak jak powinien, mimo że widziałam że z butelki sporo ubyło to kapitan zdawał się w ogóle jakby nie pił. Ta ilość powaliła by Zefira, ba zapewne Lazarusa też, kapitan jednak dopiero jak zwróciłam na to uwagę zdał się przypomnieć sobie że powinien udawać wciętego. To samo tyczy się potrzeb cielesnych, nie wydaje mi się by to była sprawka jedynie tego, że jest trochę jak przybrany ojciec dla mnie, po trzech latach mimo wszystko chciałby spędzić noc ze mną albo Jasrą, chociaż w tej kwestii może trochę to nad interpretuje już i mogłabym zrzucić to również na jego wiek.
2. Jego pierścień przy dotyku jest nienaturalnie ciepły. Co prawda nic innego się dziwnego nie działo, sama nawet nie wiem czego się spodziewałam tak naprawdę ale biorąc pod uwagę wcześniejszy punkt i ten przeklęty statek upiorów to wszystko mogło się stać.
3. Zefir chociaż jest świetnym wojownikiem jest dzieciakiem dalej, może jak dorośnie to będzie miał zadatki kiedyś na dobrego kapitana ale obecnie jego brak odpowiedzialności jest dla mnie przerażający. Skuł się tak, że trzeba było ściągać go z lin w które się zaplątał, po co tam wlazł nie wiem. Wiem jednak, że gdyby wypadł miałabym kolejny kłopot na głowie, zastanawiam się czy dobrze zrobiłam mówiąc mu o tym że zwiałam z Erxen sprzed ołtarza. Niby wiele lat minęło od tego wydarzenia ale co jeśli moja rodzina dalej mnie poszukuje?
Dodatkowo Dimitri powiedział mi że kapitan po coś potrzebuje jego krwi, tylko po co? Widział też jak Ghassan trzyma się za ramię jakby doskwierała mu jakaś stara rana? Może znów jakoś został ranny i wdało się w nie zakażenie, to by mogło tłumaczyć skąd te majaki, ale nie wydaje się by miał gorączkę…. Nie byłby w stanie jej tak dobrze ukryć.
4 junos 1515 roku
Dzień zaczął się z pozoru zwyczajnie – odświeżyłam się a następnie odwiedziny u Zefira i sprawdzenie jak się trzyma po swoim wybryku, dostał krople na żołądek oraz kaca co powinno go postawić na nogi. Dopiero kiedy postanowiłam odwiedzić kapitana cała iluzja że ten dzień jak i następne będą normalne legła jak domek z kart. Słyszałam zza jego drzwi jak śpiewa cicho jakąś szantę, po chwili ją rozpoznałam – była to „bandera na maszt”, mimo pukania nie słyszałam odpowiedzi, zaniepokojona ostatnimi wydarzeniami postanowiłam pieprzyć jakiekolwiek zasady i po prostu weszłam do jego kajuty. Ghassan zupełnie początkowo nie zdawał się świadom tego że jestem w pomieszczeniu, jakby zupełnie był w swoim świecie skupiony na tej szancie trzymał się za ramię dokładnie tak jak to Dimitri wcześniej opisał. Długo mi zajęło przekonanie go by w końcu pokazał tą ranę, tradycyjnie starał się mówić że to nic takiego i że przesadzam ale nawet stary kapitan dał za wygraną kiedy zobaczył że nie odpuszczę a moje zmartwienie jedynie rośnie z każdym dniem. Nie wiem czy to co ujrzałam mnie bardziej przeraziło czy zmartwiło, na jego bladej skórze widniało dziwne znamię w kształcie trójzębu poprzecinanego falami które nie było ani raną ani wypalonym znakiem jak to czasem mieli w zwyczaju łowcy niewolników albo imperialni. Najbardziej niepokojące były jednak czarne żyły odchodzące od tego znamienia (?) jakby toczyły starą zleżałą krew pulsując boleśnie. Może nie mam wiedzy medycznej poziomu uczonych na Hurii jednak nawet ja wiem że to nie jest normalna rana, kapitan oczywiście zapierał się ze to nic ale mając już dosyć bycia zbywaną przygotowałam tak czy tak papkę z ziół która miałam nadzieję choć trochę pomoże nim uda mi się wymyślić jak mu pomóc. Powiedziałam mu też o plotkach jakie rozchodzą się wśród załogi, że pobiera krew od Dimitriego, przyznał mi się że robi to by badać jej magiczne właściwości, zastanawia mnie czy ma to jakiś związek z tym dziwnym znamieniem.
Nie tylko ja się martwię stanem kapitana, Handam nasz Bosman również jest zaniepokojony, szczególnie że powiedział mi o tym co Zefir dokładnie widział. Tak jak słyszałam z opowieści statek który widział to kościany statek o żaglach z włosów czarnych jak nos, pełen wzdętych utopców którzy po wieczność mają na nim służyć, potwierdził to co już wcześniej wiedziałam że jest to zwiastun nieszczęść. Nie powiedziałam Handamowi o znamieniu które widziałam u kapitana, w końcu obiecałam mu że zachowam to dla siebie. Intuicja podpowiada mi że obie kwestie – znamię i upiorny statek są ze sobą powiązane ale logika jeszcze nie chce tego do siebie dopuszczać. Poszłam do Zefira by mu zaoferować pomoc w postaci kropli uspokajających, nie dziwne że był mocno zdenerwowany po tym co widział, na szczęście przyjął je co chociaż jemu zapewni spokojny sen. Zapierał się że chce porozmawiać z Ghassanem o tym co widział ale krople zaczęły działać więc stwierdził, że ruszy rano.. może to i dobrze trochę do tego czasu ochłonie. Ja za to wieczorem udałam się do kajuty kapitańskiej z lekarstwami, które niestety okazało się że nie wiele pomagają, tyle co krople w większych dawkach jeszcze trochę wytłumiają u niego ten ból, a może mówi to po to bym się nie martwiła bardziej? Chwilę z nim porozmawiałam, przyznałam się mu że widziałam coś dziwnego w tym pierścieniu który ma, może w końcu do tego starego głupca jakoś dotarłam bo przyznał mi się że w pierścieniu został zaklęty Ifryt ( duch ognia) i ten magiczny artefakt ma pomóc w spłacie tego długu o którym ciągle mówi. Po tej rozmowie gdy wróciłam do swojej kajuty nie chciałam zostawać sama, nie z tym mętlikiem w głowie, ruszyłam po Dimitriego chcąc chociaż na chwilę zapomnieć o kłopotach jakie są przed nami, o komplikacjach i o niemocy jaką czuję mimo że tak zapieram się, że jestem w stanie jakoś Ghrassanowi pomóc. Jeśli mam mieć jakiekolwiek szanse by to zrobić muszę najpierw dowiedzieć się co to za symbol na jego ramieniu.
5 junos 1515 roku
Kapitan coraz częściej jest nieobecny i nuci tą samą szantę, ciężko mi orzec nadal czy to efekt tego znamienia, wieku a może wszystko naraz. W każdym razie nie mogę pozwolić by załoga zwątpiła bardziej w to że kapitan nadaje się na swoje stanowisko, póki co po kryjomu przejmę część jego obowiązków – dla dobra Ghassana i dla dobra Drugiej Szansy. W końcu uczyłam się od niego i Handama więc na tym statku nic nie jest mi obce, nauki pobrane jeszcze gdy żyłam jako córka kupca też powinny mi pomóc. Szybko mi przyszło przetestować swoje umiejętności, dobrze że postanowiłam podpytać Bompura o stan naszych zapasów bo okazało się że mamy ich na góra 19 dni a przed nami około jeszcze 38-48 dni podróży. Logiczne jest dla mnie, że ze względu na swoją odmienna fizjonomię zarówno Bompur jak i N’jau muszą spożywać 2 racje a nie jedną, zdaje się jednak że było to logiczne tylko dla mnie bo po rozmowie z krasnoludem dowiedziałam się że Ghrassan nie wziął tego pod uwagę jednak a Bompur nie wiedząc co zrobić wydawał te racje dla nuba i siebie po cichu. Uznałam że nie ma co oficjalnie tego rozgłaszać, faktycznie załoga może podejść do tego różnie, powiedziałam naszemu krasnoludzkiemu kucharzowi by się tym nie martwił i sama to załatwię. Dla zasady poinformowałam Ghrassana o tym że powinni dostawać te przydziały nie mówiąc o tym że już sami sobie je przydzielali, w końcu nie robili tego z łakomstwa a chęci przetrwania jakoś na wodach. Zgodził się ze mną by od teraz dyskretnie dostawali przydział dostosowany do siebie, wieść ta ucieszyła krasnoluda który widać że nie czuł się dobrze z tym co robił. Wraz z Ghassanem ( w zasadzie ja wyznaczyłam a on jedynie potwierdził) wyznaczyłam też nowy kurs na niewielką osadę rybacką gdzie potencjalnie moglibyśmy uzupełnić zapasy. Musiałam zrugać też trochę Lazarusa bo śmiał się z Zefira a sam wyszedł chwiejnie od kapitana, postanowiłam że jeśli do wieczora nie wydobrzeje przejmę jego wachtę, na całe szczęście nie było to potrzebne. Zefir też chciał ze mną porozmawiać o tym co się dzieje z kapitanem, wie o ifrycie w rubinie, nie wiele niestety mogłam mu powiedzieć związana obietnicą, częściowo też się martwiłam czy nie będzie chciał tego wykorzystać jakoś na swoją korzyść, jest bardzo ambitny i porywczy w końcu.
Na domiar złego przez te wszystkie durne plotki jeden z Erxeńczyków pobił Dimitriego, nie zamierzałam tego tak zostawić, mam wystarczająco dużo na głowie już w kwestii kapitana i jak mu pomóc, jeśli w ogóle się da mu pomóc, ukrywania jego prawdziwego stanu i załatwiania wszystkiego na statku. Handam był zdziwiony że chcę z powodu pobicia „przeklętego” zwoływać apel ale w ostrych słowach powiedziałam że Dimitri jest członkiem załogi i takie same prawa tyczą się wszystkich, gdyby ktokolwiek inny był pobity sam by pewnie interweniował a skoro nie dostrzega powinności by teraz to zrobić to ja to zamierzam dokonać. Chyba moje słowa do niego dotarły bo zrobił to o co go prosiłam, jednak nie chciałam by to on za mnie karał sprawcę. Niech załoga nie zapomina że jestem oficerem, nawet jeśli nie mam tyle siły co Lazarus czy zefir mam wiedzę która pozwoli mi na równie dotkliwe kary które zostaną długo zapamiętane. Na apelu w jasnych słowach powiedziałam co myślę o bijatykach wśród załogi zaznaczając że sam Ghassan wybrał Dimitriego by z nami pływał , sprzeciwianie się temu by była na Drugiej Szansie to sprzeciwianie się woli kapitana. Dotarło to niemal do wszystkich poza oczywiście moimi trepami, wiara w Astariona wypaczyła im ich mózgi i ten który pobił Dimitriego wręcz wydawał się z tego dumny. Miał pecha a może szczęście że nie miałam sił mentalnych na wymyślenie bardziej finezyjnej kary o której kiedyś czytałam w księgach tortur, jakże wszyscy byli zaskoczeni gdy kazałam mu wykonać dwie z pozoru proste pozy. To czego nie wiedzieli że obie obciążały niezwykle stawy i czas jaki podałam do wykonania ich był w zasadzie dla człowieka niewykonalny bez niemal niezwykle wielkiego bólu, gorszego niż baty. Cała kara dla załoganta skończyła się tym że 2 innych musiało ściągać go z pokładu bo ten nie mógł się ruszyć nawet, jeśli się nie mylę przez dwa dni będzie całkiem wyłączony z służby bo będzie tak obolały niezdolny by się nawet ruszyć do jedzenia. Zdaje się że metody choć niekonwencjonalne podziałały i załoga przypomniała sobie o tym że potrafię wyegzekwować zasady równie twardą ręką co reszta oficerów. Po wszystkim poszłam do erxeńczyków mówiąc żeby karmili tego co leży i dawali mu pić, zapowiedziałam też że będę przychodzić sprawdzać jego stan by upewnić się że nie ma komplikacji – nie jestem w końcu potworem.
6 junos 1515roku
Dalej mgła
Kapitan coraz częściej odczuwa ból w tym dziwnym znamieniu a mgła zdaje się nas nie opuszczać, co gorsza wydawało mi się że widziałam jakiś cień płynący za Drugą Szansą. W końcu po długich namowach udało mi się przekonać Ghassana do tego bym mogła powiedzieć Zefirowi i Lazarusowi o tym jak poważny jest jego stan, łudziłam się że może będę mogła podzielić część obowiązków też na nich jednak rozmowa z Zefirem szybko mnie wyprowadziła z tej fantazji, oboje są jak dzieciaki. Kiedy tylko byliśmy sami z Zefirem powiedziałam mu o tym cieniu i o tym że nie powinniśmy martwić się tym upiornym statkiem to zrobił wielki cyrk bo nie został wtajemniczony w plan kapitana na pozbycie się tego złego omenu. Sytuacja jest nerwowa dla nas wszystkich, rozumiem to ale powinien zachować zimną krew a może ja po prostu za surowo go oceniam bo przez zmęczenie i zmartwienie o stan kapitana nie jestem w stanie z siebie wiele wykrzesać emocji? Rano i wieczorem siedzę w kajucie kapitana starając się mu jakoś pomóc, nie ominęłam żadnej swojej warty, pilnuje by wszelkie konflikty były rozwiązane, obliczam by kurs był utrzymywany zgodnie z tym co Ghassan założył ale też jestem tylko jedną elfką, jednak za bardzo mi zależy na kapitanie i załodze by pozwolić sobie się posypać. W końcu udało mi się też znaleźć chwilę by zastanowić nad tym symbolem który widziałam u kapitana, z jednej strony przypomina mi ten znany u imperialnych boga mórz albo u gvarinów Zariny – ducha wody ale jeszcze nigdy nie widziałam by był przecięty. Wiedząc że mogę zaufać Jasrze na osobności spytałam ją o znaczenie tego symbolu nie mówiąc że go widziałam u kapitana, dobrze zrobiłam bo jej reakcja była mieszaniną strachu i zmartwienia. Okazuje się że jest on wypaczonym symbolem religijnym, osoby z tym znakiem przynoszą ponoć nieszczęście. Udało mi się ją przekonać że nikt na statku nie jest nim obarczony ani nigdzie na statku go nie ma wyrytego, czy po takich wieściach będę w stanie mu pomóc w jakikolwiek sposób… może magosi w porcie by coś wiedzieli, muszę tylko upewnić się że uda mi się utrzymać go przy życiu i coś wymyślić z tym pieprzonym statkiem przeklętych. Jeszcze przed wartą odwiedziłam erxeńczyków sprawdzając jak się ma ten którego ukarałam, znów zaczęli swoje że zrobił to bo się martwili o mnie, że zadaję się z przeklętym i żebym sama się przeklęta nie stała. Zarzucali że Dimitri rzucił na mnie jakiś urok i dlatego tylko się z nim zadaję, nie mam nawet sił by ich głupota mnie złościła już, pochwyciłam w dłonie medalion Astariona który pożyczyłam od jednego z nich i na samego boga przysięgłam że nie jestem zauroczona. Mam nadzieję że to zamknie ich gęby raz na zawsze, nie obchodzi mnie co o mnie gadają nie mam sił się tym przejmować z tym co mam na głowie ale nie pozwolę by odbiło się to na Dimitrim.
( dalsza część pisana ewidentnie trzęsącą się ręką a papier zdaje się splamiony łzami )
Nie mogę już nic więcej zrobić dla Ghassana. Na mojej warcie widziałam jak wyszedł na pokład, znów nieobecny, pogrążony w swoim świecie nienaturalnych istnień, na chwilę wydawało się że wyrwał się z tego kiedy przystanął przy barierce o którą się oparł. Wszystko dalej działo się tak szybko, przez to że byłam obok usłyszałam jak powiedział że oddaje pierścień za swoją śmierć. Zdążyłam jedynie spojrzeć w tą samą stronę co on kiedy moich uszu dobiegł chrapliwy śmiech, jakby wydobywający się z płuc osoby która zaraz będzie nieboszczykiem. Dostrzegłam też ten cholerny cień co za nami podąża, mimo tego jak zaniepokojona tym byłam nie miałam czasu się skupiać na sobie bo kapitan kaszlną tą samą dziwną przypominającą starą krew czarną powluczyną z ust nim upadł na deski pokładu. Szybko przenieśliśmy go do kajuty na łoże gdzie w końcu dowiedziałam się całej pieprzonej prawdy. 5 lat temu Ghassan popełnił błąd chcąc żyć wiecznie, zawarł układ z czymś że w zamian za pierścień z Ifrytem to coś pozwoli mu w spokoju spocząć w końcu. Kazał bym przyrzekła że zostanie pochowany z pierścieniem jeśli ma w spokoju odejść, nie mogłam inaczej zrobić niż się zgodzić. Kiedy zbadałam jego stan z przerażeniem odkryłam że zostały mu może 2 maksymalnie 3 dni życia, nie chcę w to wierzyć ale niestety ta niemoc stała się moją rzeczywistością, jedyne co mi pozostało to zaoferować mu spokojną tranzycję w świat jego bogów ale odmówił. Częściowo samolubnie cieszę się że nie wybrał tej drogi bo nie wiem czy byłabym w stanie to dla niego zrobić, na samą myśl moja ręka się trzęsie a łzy lecą strumieniem z podkrążonych oczu. Okazało się że krew Dimitriego pomagała mu początkowo stłumić efekty klątwy dlatego ją pobierał, coś tak czułam że coś więcej w tym musiało być. Niestety jako pokładowy medyk ja musiałam przekazać wieści Handamowi o tym ile dni zostało kapitanowi. Wydawał się tak samo jak nie bardziej zniszczony tą wieścią jak ja, nie chcąc by szacunek wobec Ghassana był w jakikolwiek sposób naruszony podałam najbliższą prawdopodobną możliwość – zakażenie od starej krwi w ranie które rozprzestrzeniło się na całe ciało. Bosman obiecał doprowadzić nas bezpiecznie do portu, jednak to co dalej stanie się z Drugą Szansa stoi pod wielkim znakiem zapytania… czy bez Ghassana w ogóle istnieje Druga Szansa?
Wiek: 36 Dołączyła: 24 Sie 2023 Posty: 5 Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-01-16, 22:17
7 junos 1515 roku
Słonecznie
Cokolwiek jest na tym przeklętym statku który za nami płynął chyba przyjęło deklarację kapitana o oddaniu artefaktu bo po tych kilku dniach mgły zrobiło się słonecznie. Stan Ghassana jest tragiczny, jakby jego ciało naraz doświadczało wszystkich urazów i chorób które normalnie by przeszedł gdyby nie ten układ z tajemniczymi siłami. Rano gdy weszłam do jego kajuty cały pokój pachniał potem, krwią i śmiercią, coś co nie jest mi obce gdy jeszcze jako młoda dziewczyna dopiero co przybyłam na Wyspy Wschodzącego Słońca i musiałam spać w slumsach. Słyszałam jak targany gorączką przez sen wydawał rozkazy jakby jego świadomość odtwarzała jedną z jego wielu bitw, być może tą w której omal nie umarł? Rubin w pierścieniu zdawał się świecić bardziej niż zwykle, jakby ten Ifryt cały chciał mnie do siebie przyzwać, nie docenia mojego przywiązania do Ghassana i siły składanej przeze mnie obietnicy. Postanowiłam z Handamem zmieniać się wartami przy kapitanie, nie wybaczyłabym sobie gdyby odszedł sam, nie po wszystkim co dla mnie a w zasadzie dla nas wszystkich zrobił. Rano poszłam też po śniadanie dla kapitana, stawiając kroki zastanawiałam się co powiedzieć gdy padnie pytanie o stan kapitana… nie mogłam powiedzieć całej prawdy. Kiedy Bompur i załoga zaczęli wypytywać miałam ochotę się popłakać ale nie jest to dane osobie na moim stanowisku, przekazałam im że stan kapitana jest ciężki i robię wszystko co w mojej mocy by mu pomóc ale też nie dawałam im sztucznej nadziei. Robiłam co mogłam by podnieść ich morale mówiąc o sile jaką mamy jako załoga, po ich minach widziałam że chyba to do nich dotarło, nawet jeśli sama nie mam sił nie pozwolę się im załamać. Poinformowałam też Lazarusa o tym by przygotował swoich ludzi na nieuniknione, jedyne co mnie zastanawia to jak beztroski mimo wszystkiego co się dzieje Zefir jest. Nie wiedziałam wtedy czy to jest jego sposób na odreagowanie stresu, czy coś planuje… nie miałam czasu by się nad tym zastanowić i był to znaczący błąd. Wieczorem kiedy po swojej zmianie wróciłam do kajuty kapitana ten wydawał się mocno przygnębiony. Szybko okazało się też dlaczego – ten idiota Zefir zaczął mówić Ghassanowi o tym że zapewne Druga Szansa zostanie rozwiązana! Ma szczęście że mam ważniejsze rzeczy teraz na głowie niż zajmowanie się jego dziecinnymi zagrywkami, uspokoiłam kapitana i obiecałam mu że nie ważne co nie dopuszczę do rozwiązania załogi i dalej będziemy pływać pod banderą Drugiej Szansy. To zdawało się uspokoić Ghrassana dopiero, widząc jego stan zdecydowałam że spędzę noc w kajucie kapitańskiej, odzwyczaiłam się częściowo od spania w takich warunkach ale chce być obok jeśli by mnie potrzebował.
8 junos 1515 roku
Rano jeszcze przed dzwonem przebudziły mnie promienie słońca dając mi okazję na spokojniejszą rozmowę z Ghassanem który również nie spał. Okazuje się że to że traktowałam go jak ojciec nie było jednostronne, przyznał że gdybym była facetem usynowił by mnie jeszcze przed śmiercią ale niestety prawo nawet tu nie jest łaskawe dla kobiet. Zauważył ile czasu z krwawym elfem spędzam i stwierdził że z Dimitrim wyglądam jak para zakochanych, martwi się o mnie, chce żebym uważała na to co bogowie i inni ludzie mogą o tym związku powiedzieć. Rozmowa sama w sobie nie była łatwa bo przyznał mi też że na samym początku wziął mnie na pokład bo chciał w razie czego mieć kozła ofiarnego gdyby wyprawa się nie udała. Upewniłam go, że nie mam mu tego za złe w końcu ludzie się zmieniają i z czasem jak mnie poznał, zaczął uczyć to dostrzegł moją wartość. Wychodząc po śniadanie dla kapitana wpadłam na Lazarusa, który w przeciwieństwie do Zefira rozumiał chyba co mam na swoich barkach, starał się być na mnie miły.. niemal jak nie on, chociaż muszę przyznać że postawiło go to w zupełnie nowym świetle dla mnie. Wcześniej żartowaliśmy sobie dogryzając ale teraz na swój sposób chciał mi okazać wsparcie, co jest więcej niż to co zrobił Zefir. Idąc do jadalni zastałam płacząca Jasrę, początkowo nie do końca chciała powiedzieć co się stało wiedząc chyba jak zareaguję. Zefir poprzedniej nocy gdy czuwałam przy kapitanie wymusił słownie na niej zbliżenie… nie chciał słuchać że nie ma ona ochoty i cały czas nagabywał by to z nim zrobiła jakby to było jego pieprzone prawo. Mężczyźni tacy jak on mnie brzydzą, zbyt wielu takich w portach widziałam. Starając się opanować swoje emocje z wszystkim co się działo powiedziałam jej że tylko z nim porozmawiam, choć oczami wyobraźni najchętniej widziałbym go przechodzącego przez te same tortury co ja i Jasra kiedy jeszcze pracowałyśmy jako portowe dziewki. Ciekawe ile by ta jego ładna buźka wytrzymała zanim by posypał się psychicznie jeśli to co teraz się dzieje nie jest w stanie udźwignąć. Po tym jak uspokoiłam Jasrę i ją trochę podbudowałam zaniosłam posiłek dla kapitana i Lazarusa następnie chcąc porozmawiać z Zefirem znalazłam go. Tak jak podejrzewałam, uważał że to wina Jasry, nie jego i że „on nie wiedział bo ona nie odmówiła mu ostatecznie więc najwyraźniej tego chciała”. Starałam się mu to wytłumaczyć ale nie wiem czy do niego cokolwiek dotarło, jest taki sam jak wielu innych marynarzy w porcie. Uważa, że to że każda portowa dziewka pada mu do nóg to dlatego że jest boski a nie dlatego że tak została nauczona i musi to robić by przetrwać bo jedyną alternatywą jest bezceremonialna śmierć po której ciało wyrzuca się jak niewygodnego śmiecia do zatoki. Nie rozumie w ilu z nas którzy tak pracowali ten instynkt pozostał, bo to tylko dzięki niemu w chwilach gdy przykładano nam nóż do gardła i brano siłą bez zapłaty za usługę udało się przetrwać. Nie mówiłam nigdy o tym co przeszłam w porcie, nie chciałam nawet tego wspominać bo uważam to za przeszłość do której już nigdy nie wrócę. Jasra mnie rozumie bez słów, każdą obrzydliwą niewypowiedzianą prawdę takiego życia w porcie, o ile można było to nazwać życiem a nie czystym przetrwaniem. W przeciwieństwie jednak do mnie Jasra dalej żyje mentalnie w tym koszmarze, nie jest wolna od tego i starałam się to Zefirowi uświadomić, ale wątpię by do tego dzieciaka coś dotarło. Nie raz bliska byłam by przywalić mu w jego gębę, jednak przy wszystkim co się dzieje nie dość że nie miałam na to emocjonalnie już sił to powiedziałam Jasrze że skończy się to tylko na rozmowie. Dodatkowo nie chciałam wywoływać bójek przy tym w jakim stanie jest kapitan by jego ostatnie dni były pod znakiem sporów wśród oficerów, nie wpłynęło by to też dobrze na morale załogi które i tak są kruche teraz.
Na mojej warcie też nie mogło być za spokojnie – w pewnym momencie Zefir wyleciał spod pokładu jak poparzony z podpalonym lekko płaszczem. Z tego co powiedział udało mi się wywnioskować to co już wcześniej podejrzewałam że Ifryt nie chce zostać pochowany z kapitanem i skoro ja nie zareagowałam na niego to postanowił na kogoś bardziej podatnego wpłynąć. Zdawał się być też zaskoczony tym że nie jestem przyjacielsko do niego nastawiona, skupiony na czubku swojego nosa nie widzi jak jego czyny mogą wpływać na innych. Nie mam czasu by teraz się nim przejmować, muszę upewnić się że morale załogi nie upadną, utrzymać kurs, zająć kapitanem, obmyślić które towary dokładnie możemy wymienić w osadzie do której wyznaczyłam kurs i przy tym wszystkim sama nie posypać się. Ciężko mi już ukryć zmartwienie ale przynajmniej na mojej warcie udało mi się trochę podnieść znów morale mimo tego co ma nastąpić z kapitanem.
9 junos 1515 roku
Deszcz, mgła i ostry wiatr
( pismo chwiejne zaplamione łzami i atramentem)
Ghassan nie żyje. Odszedł gdy byłam przy nim po mojej warcie poprzedniego dnia, widziałam jak życie umyka z jego płuc i choć chciałam krzyczeć rzucić się by go reanimować wiedziałam że to nic nie da… to było coś poza moją kontrolą i coś czego też on by nie chciał. Musiałam jednak jeszcze chwilę wytrzymać, musiałam poinformować załogę o tym bo Handam był zdruzgotany, tak jak i Lazarus zresztą a Zefir po wszystkim co ostatnio miało miejsce nie wiedziałam czy mogę mu zaufać z tym obowiązkiem. Mimo nie ludzkiego bólu po stracie osoby która była dla mnie jak ojciec starałam się zachować na tyle na ile mogłam spokój na twarzy, po przekazaniu informacji podkreśliłam że dalej stanowimy jedną załogę i powinniśmy o ta jedność szczególnie teraz dbać.
Noc z 8 na 9 junos spędziłam w kajucie czuwając nad ciałem kapitana, odchodząc od niego jedynie na chwilę kiedy Lazarus ze swoimi ludźmi niechcący wpłynął na skały ocierając się o nie. Szybko zorganizowałam Gvarinów i N’jau do pomocy by zapanować nad sytuacją, na szczęście uszkodzenie było powierzchowne i woda nie przelewała się do środka. Nie zamierzałam nic mówić Lazarusowi, wody Esprgii są zdradliwe, do tego biorąc pod uwagę śmierć kapitana i stan emocjonalny załogi miał prawo do popełnienia takiego błędu. Po zorganizowaniu prac powróciłam do kajuty kapitana pozwalając sobie w końcu na to by zacząć płakać, nie byłam w stanie powstrzymać nagromadzonych emocji, łzy spadały po moich policzkach niczym niewielkie wodospady. Głowę zalały wszystkie wspomnienia, jak siedziałam z nim i piłam alkohol po naukach przyznając mu się do swojego poprzedniego życia. O tym jak jestem córką zamożnego kupca która zwiała sprzed ołtarza lądując na wyspach bez niczego, o tym jak mając jedynie koszule na plecach nie znając języka musiałam zacząć sobie radzić na wyspach. Opowiadał mi o swoich licznych przygodach, o poprzednim życiu które porzucił by zostać piratem. Nie zmienił swojego nastawienia kiedy powiedziałam mu o Vasco i o tym jak go zdradziłam bo nalegał na ślub, grzech który do dziś prześladuje moje sumienie. Kochałam go na swój sposób jednak wtedy z wszystkimi doświadczeniami jakie miałam nie widziałam innej drogi z tej sytuacji i Ghassan zdawał się to rozumieć nawet jeśli nie pochwalał. Te wszystkie rozmowy z nim pozostaną teraz już tylko wspomnieniem, które mam nadzieje nigdy nie zniknie. Od wielu elfów słyszałam że przez naszą długowieczność wiele wspomnień z czasem zaczyna zanikać albo zlewać się, mam nadzieję że uda mi się uniknąć tego losu.
Rankiem nastąpiło całkowite załamanie pogody tak jakby sami bogowie płakali nad śmiercią Ghassana, ze względu na pogodę zakotwiczyliśmy a ja zajęłam się ciałem kapitana by przygotować go do tej ostatniej podróży która go czeka przed oblicze jego bogów. Nie było to łatwe zadanie, potrzebowałam pomocy N’jau by umyć ciało kapitana, rigor mortis utrudniał rozebranie go i umycie. Dźwięk który towarzyszy „łamaniu” stawów nigdy nie przestanie wzbudzać we mnie niepokoju, jednak w tym wypadku to uczucie zostało zastąpione smutkiem który ogarnął niemal całe moje ciało. Znak trójzębu zniknął z jego ciała zastąpiony przez liczne rany których nabawił się w trakcie swojego życia, każda blizna to była inna historia, inna bitwa i inne zwycięstwo. Formujące się plamy opadowe również stanowiły pewien problem, na szczęście jego odświętne odzienie skutecznie je zakrywało. Nie miałam sił płakać żegnając się z nim ten ostatni raz przed pogrzebem, wydawało mi się że wszystkie łzy wylałam w nocy, teraz zostały zastąpione zmęczeniem, smutkiem i pustką. Wiem też, że nie chciałby bym takiego go zapamiętała, Ghassan był mężczyzną czynów i wolałbym bym zapamiętała go jako swojego przybranego ojca a nie ciało odziane w kosztowności. Niespecjalnie miałam ochotę na jakiekolwiek towarzystwo, śniadanie postanowiłam zjeść w kajucie kapitańskiej, zdaje mi się że chyba ktoś z załogi mi je przyniósł nawet ale nie mam pewności już. W pewnym momencie do kajuty przyszedł Zefir, chciał porozmawiać nie chciałam tego robić przy ciele kapitana więc poszłam z nim do mojej kajuty. Łóżko było w takim samym nieładzie jak je zostawiłam po ostatniej nocy z Dimitrim, nie wiem czemu poczułam niezwykle silną potrzebę by po prostu przytulić się do niego starając się chociaż na chwilę zapomnieć o tym co się dzieje w rzeczywistości dookoła nas. Z rozmyślań wybił mnie Zefir mówiąc o plotkach na temat mnie i Vasco, powiedziałam mu częściową prawdę że był moim narzeczonym który został pojmany przez imperialnych, od słowa do słowa powiedziałam mu tez o tym że tak jak Jasra byłam portową dziewką. Wydał się tym niezwykle zaskoczony, biorąc pod uwagę moją wiedzę i znajomość języków myślał że uniknęłam takiego losu. To tylko mi pokazuje jak mało wbrew pozorom o prawdziwym świecie on wie, nawet gniew za jego ostatnie słowa zastąpiła pustka, może za wiele od niego wymagam. Cała ta rozmowa była dla mnie rozmyta gdzieś między myślami. Musiałam zastanowić się teraz co dalej z Drugą Szansą, jak wesprzeć Handama w roli kapitana, jak wesprzeć załogę w tym trudnym czasie i gdzie możemy zakotwiczyć by dokładnie obejrzeć uszkodzenia jakich dokonały skały. Nadal pozostawała kwestia wymiany towarów z osadą, co się mogło by dla nich nadawać, w tym wszystkim jeszcze przeplatała się moja własna żałoba na którą miałam czas zdaje się jedynie w głowie i sercu.
Popołudniem kiedy ciało było już gotowe w pełni ( upewniłam się że obiecany tym tajemniczym siłom pierścień z Ifrytem dalej jest na palcu kapitana ) Handam poprowadził ceremonię pogrzebową głosząc piękną modlitwę do żywiołów by przyjęły Ghassana. Jego ciało zostało złożone w łodzi do której każdy dał coś od siebie zgodnie ze swoją wiarą – Imperialni złożyli monety na jego oczach prosząc swoich bogów by przewoźnik dusz przyjął tą zapłatę za przeprawienie duszy kapitana, Gvarinowie składali niewielkie kamienie z runami, niektóre udało mi się rozpoznać jako symbole ich duchów, Erxeńczycy złożyli niewielki obraz jednego z naszych patronów. Wszyscy coś złożyli, w tym też ja, choć nie było to nic fizycznego, wraz z falami które zmyły ciało kapitana przyjmując w swoje objęcia ja złożyłam część siebie - tą niewinną i dziecięcą część którą znał tylko on. Coś jeszcze stało się kiedy jego ciało zabrały fale – Ifryt zaklęty w pierścieniu rozbłysł krzycząc tak że usłyszeli to wszyscy na statku. Gvarinowie z N’jau na przedzie odczytali to jako oznakę że nawet Dżiny zapłakały nad śmiercią kapitana, ja jednak wiem że to duch ognia zaklęty w pierścieniu krzyczał zapewne spotykając się z tym z czymkolwiek kapitan zawarł układ. Wszystko to zmusza mnie do myślenia jak naprawdę potężni są bogowie i czy w ogóle zależy im na naszych życiach… jaki litościwy bóg pokarał by kogoś takiego jak Dimitri w tak okrutny sposób za grzechy przodków. Niedługo po pogrzebie odnalazłam Lazarusa, siedział całkowicie załamany, nie dziwię mu się też był zżyty z kapitanem choć ich historii dokładnie nie znam. Mimo wszystkiego co działo się w mojej głowie postarałam się jakoś go wesprzeć, zarówno w kwestii śmierci kapitana jak i wypadku ze skałami. Chciałam go uświadomić że mogło się to przytrafić każdemu, miał po prostu pecha że to spotkało jego, moje słowa chyba trochę go pokrzepiły a na pewno pozwoliły trochę pozbierać się do kupy. Wieczorem w końcu jeszcze miało czekać nas spotkanie z Handamem, chciał nam coś bardzo istotnego przekazać, za nic nie mogłam spodziewać się jednak tego co nam powie. Chce zrezygnować z funkcji kapitana i oddać ją komuś z nas w zamian za nasze udziały w wyprawie. Oferta jest bardzo szczodra, może zbyt szczodra ale nie mam sił się nad tym zastanawiać, szczególnie że nagle poza mną swoją kandydaturę zgłosił Zefir. W iście jego stylu jako swój jedyny atut dla którego nadaje się na kapitana powiedział że bo jest facetem a mnie jako kobiety nikt nie posłucha. Widać jak bardzo spostrzegawczy jest w tym co się dzieje na statku i jak wygląda jego świadomość o zarządzaniu jako kapitan statkiem. Mogłam się po nim tego spodziewać, jednak to co mnie zaskoczyło w całej tej rozmowie najbardziej to słowa Lazarusa, przyznał że po tej całej wpadce z skałami rozmyślał nad tym i doszedł do wniosku że nie nadaje się na kapitana. Nie powiem mocno mi zaimponował swoją postawą, pomyślał przede wszystkim o dobru załogi i statku a nie swojej ambicji, nie wielu było by do tego zdolnych. Przez te parę dni zaczynam dostrzegać, że Lazarus nie jest takim złym facetem jak z początku myślałam, jest owszem szorstki i gburowaty ale jeśli przymknie się na to oko to można z nim porozmawiać i ma sporo do wniesienia do rozmowy. Ostatecznie zaproponowałam najuczciwsze rozwiązanie – niech załoga wybierze między mną a Zefirem kapitana, pomysł się spodobał na szczęście wszystkim, do tego z Zefirem złożyliśmy przysięgę że nie ważne kto wygra druga strona będzie go wspierać dalej jako oficer. Jedyne czego się obawiam to, że Zefir będzie starał się jakimiś sztuczkami przekupić załogę na swoją stronę mimo mojej ciężkiej pracy, szczególnie że tego samego wieczora bez wiedzy mojej, Lazarusa czy Handama powiedział Bompurowi by wyciągnął alkohol by załoganci napili się na cześć zmarłego kapitana, całe szczęście że udało mu się nad tym zapanować, tego by mi jeszcze brakowało by ogarniać pijanych załogantów. Tej nocy Dimitri mi już towarzyszył w kajucie, opowiedziałam mu o wszystkim opierając głowę na jego ramieniu. Rozmowy z nim są takie łatwe, nie ocenia mnie, wspiera i wysłuchuje, nie chce tylko mojego ciała. Powiedziałam mu o rozmowie z Handamem i o tym że załoganci będą mieli wybrać nowego kapitana co zostanie ogłoszone za kilka dni, póki co wszyscy muszą przejść żałobę. Mało subtelnie zaproponował pozbycie się konkurenta po tym wszystkim co odwalał wcześniej ale powiedziałam że Zefir jest jaki jest ale jest częścią Drugiej Szansy i nie chcę by mu się coś stało tak na prawdę ( nawet jeśli mnie nie ludzko denerwuje). Do tego chcę by uczciwie został wybrany między nami ten tytuł, choć brakuje Zefirowi doświadczenia życiowego, wiedzy, ogłady i czasem pomyślunku to jednak jest butny i umie walczyć a to też jest ważna cecha u kapitana. Na razie postanowiłam pracować jak dalej, starając się jakoś poukładać myśli po stracie Ghassana i w sposób jaki jest mi dostępny przejść tą żałobę. Nie ważne co dotrzymam obietnicy złożonej Ghassanowi…
10 junos 1515 roku
Sen obok Dimitriego pozwolił mi jakoś trochę odzyskać siły mentalne po wczorajszym dniu choć dalej śmieć Ghassana ciąży mi na sercu. Pomyślałam że może jeśli Handam się zgodzi mogłabym przeczytać dziennik kapitana ale odmówił mi twierdząc że dopiero od nowo wybranego kapitana będzie zależało kto będzie mógł go przeczytać. Częściowo rozumiem jego decyzję, chociaż liczyłam że może jeśli będę mogła się tym zająć zrozumiem więcej odnośnie tego co doprowadziło do tego że Ghassan był w takim stanie. Miałam niewielka nadzieję że może moja poprzednia rozmowa z Zefirem odnośnie Jasry cokolwiek mu uświadomiła ale nie mogłam się bardziej mylić. Z chyba już normalnym dla siebie brakiem taktu, rozmawiając z Jasrą nazwał jej przeszłość cyt. „barwną i burzliwą”. Nie mam sił ani słów na jego ignorancję w tym temacie już ale nie mogłam się chyba więcej spodziewać od kogoś kto jak skończył na Huryi po ucieczce z domu głównie zajmował się zabawą i byciem rzezimieszkiem. Nie zaznał trudów jak ja czy Jasra gdzie każdy niewłaściwy gest mógł szybko zakończyć nasze życie, szczególnie w moim przypadku gdzie nie miałam ochrony alfonsa. Pomyśleć, że kiedy znalazłam się na wyspach nie byłam więcej warta niż szczur w kanalizacji… bez języka, pieniędzy, znajomości, wszystko co zdobyłam to swoją ciężką pracą. Nadal pamiętam dni gdzie chodziłam głodna bo nie stać mnie było na jedzenie po tym jak jeden z marynarzy mnie wykorzystał a potem okradł. Nie zamierzam jednak płakać nad losem dziewczyny którą wtedy byłam, sama wybrałam tą drogę i nauczyła mnie ona wiele przydatnych umiejętności których nigdy nie zdobyłabym inaczej. Z resztą jeśli przetrwałam to piekło, to przetrwam już wszystko, Jasra też powinna tak na to patrzeć. Nasza przeszłość nie jest naszą słabością a siłą, nie jesteśmy wybrakowane w żaden sposób. Niestety ona potrzebuje czasu by to zrozumieć, w końcu powiadają że czas leczy rany.. a jeśli nie czas to ja zrobię co mogę by pomóc jej to zrozumieć. Poza tym dzień minął w miare spokojnie, wyznaczyłam dalej kurs – biorąc pod uwagę jak zdradzieckie są te wody dobicie do brzegu wcześniej niż w Moledo jest kiepskim pomysłem. Trzeba by zorganizować łodzie zwiadowcze nie mając pewności wcale że będzie jak się zatrzymać na kotwicy bez problemów. Jako że póki co oficjalnie też Handam sprawuje rolę kapitana w oczach wszystkich poinformowałam go o moich wcześniejszych ustaleniach z Ghassanem co do dziennych racji Bompura i N’jau.
11 junos 1515 roku
Lekka mżawka i mgła ( najprawdopodobniej jutro będzie tak samo).
Zaczęłam zastanawiać się ponownie nad kwestią Moledo i handlu z tą osadą. Z wiedzy jaką posiadam wioska jest raczej samowystarczalna ale tereny dookoła niej są bagniste co sprawia że drewno z którego wykonują narzędzia musi być często wymieniane dlatego dąb erxeński którego mamy całkiem sporo mógłby być w cenie. Próbować mogłabym też z materiałami do produkcji ubrań ale wątpię by bardziej zachęcił ich niż drewno które jest w stanie wytrwać z łatwością wilgotne bagniste warunki a do tego jest twardy. Ze względu na to że dalej nie wiemy dokładnie jak wyglądają z zewnątrz uszkodzenia statku ( Handam wykorzystał swoją wiedzę szkutniczą i stwierdził że z wewnątrz nie jest statek uszkodzony na szczęście), poprosiłam go by nauczył mnie wyliczać ile powinno na statek taki jak Druga Szansa wynosić zapotrzebowanie drewna na potencjalne naprawy. Nie wiadomo kiedy po jego odejściu uda nam się znaleźć szkutnika więc muszę zacząć uczyć się takich rzeczy na wszelki wypadek, szczególnie że wątpię by Zefir to umiał ale może się mylę. Muszę też z Bompurem omówić jakie ryby najlepiej będzie załatwić by długo wytrzymały i dało się z nich coś przygotować.
12 junos 1515 roku
Wiele się działo tej nocy. Kiedy już z Dimitrim spoczęliśmy w łóżku usłyszałam walenie do drzwi swojej kajuty, okazało się że Lazarus dostrzegł gdzieś z kontynentu światło przebijające się przez mgłę . Był to wygląd nadzwyczaj dla mnie dziwny bo nigdzie na mapach ani z mojej wiedzy nie słyszałam by były tu jakiekolwiek latarnie, dodatkowo nie wydaje mi się by było to miasto. Słyszałam już kiedyś o tym że pozbawieni całkiem honoru rozbójnicy czasem rozpalają ogniska udając prowizoryczne latarnie by sprowadzić niczego nie świadome statki na skały w celu zrabowania ich. Szybko zarządziłam by rozstawić czujki by obserwowały okolicę gdyby co jakaś odważniejsza zgraja rozbójników chciała przeprowadzić na nas atak, dodatkowo realnym zagrożeniem mogły być też już wraki poprzednich nieszczęśników których ten los spotkał. Posłałam jednego z załogantów by obudził Handama, który potwierdził moje wcześniejsze słowa, widziałam jak patrzy wyczekująco co zrobimy w tej sytuacji. Po szybkiej analizie warunków, nastrojów załogi, oraz własnego rachunku z sumieniem stwierdziłam że nie można tego tak zostawić jednak, jesteśmy piratami ale nawet my mamy jakiś honor i nie możemy akceptować takich barbarzyńskich praktyk. Z punktu strategicznego warunki też bardzo nam sprzyjały – lekka mgła pozwoliła by nam się przedrzeć w szalupach niepostrzeżenie pod klify gdzie następnie moglibyśmy się wspiąć i z zaskoczenia zaatakować bandytów. Powiedziałam też załodze która zostaje by rozpalić bardziej światła na Drugiej Szansie, pozwoli to skupić uwagę naszych wrogów na niej, kiedy my podzieleni na 2 grupy ruszymy szalupami. Starałam się przemieszać ludzi tak by w każdej były osoby które widzą w ciemności aby nie musieć niepotrzebnie rozpalać pochodni. Sstys i Dimitri przeprowadzili łodzie przez zdradliwe przybrzeżne wody pełne skał i wraków statków które dały się nabrać na fałszywą latarnię. Większość z nich była ewidentnie statkami handlowymi wielkością nie większymi od Drugiej Szansy, złość chyba targała wtedy wszystkimi nami na myśl takich praktyk jak i dusz nieszczęśników którzy zginęli czy to topiąc się w wodzi albo dobici przez łasych na ich dobra bandziorów. Dopłynęliśmy po przeciwnych stronach plaży z Zefirem o czym dowiedziałam się z zwiadu Dimitriego, przekazał mi też że na górze samego klifu kręci się potencjalnie 2 banitów w pewnej odległości od siebie. Klif sam w sobie jest bardziej stromy niż myślałam początkowo ale pośrodku znajdowało się łagodniejsze podejście. Korzystając z ochrony jaką dawał teren szybko pozbyliśmy się obu patrolujących banitów, wcześniej jeszcze udało mi się wyciągnąć trochę informacji z jednego z nich. Łącznie było ich dziewięciu, uzbrojeni w łuki i kusze rozbili obóz mniej więcej pół świecy na wschód, ta informacja pozwoliła nam lepiej się naszykować na to co ma nastąpić. Dzięki wiedzy zdobytej od Ghassana w strategii rozplanowałam dalsze ruchy naszych grup tak że bandyci byli całkowicie zaskoczeni naszym atakiem. Całe starcie skończyło się bez rannych po naszej stronie za to po ich przetrwał tylko jeden który nie nadawał się nawet na to by być wzięty jako potencjalny niewolnik ( choć był w nie najgorszym stanie to jego uzębienie pozostawało wiele do życzenia poza tym po co nam kolejna gęba do wykarmienia ). Został wypuszczony na bagna gdzie zapewne dokona swojego marnego żywota jak robak bez honoru którym był. Warto bym też wspomniała, że Zefir wykazał się niezwykłą odwagą ( a może głupotą nadal ciężko mi to orzec) walcząc sam z kilkoma napastnikami naraz. Jego zdolności szermiercze robią wrażenie, tego nie mogę mu odmówić że ze świecą szukać drugiego takiego co szablą by się tak posługiwał. Dzięki tej wyprawie nie tylko pozbyliśmy się kilku śmieci ale też morale załogi trochę się podniosły co było niezwykle potrzebne po ostatnich wydarzeniach, udało nam się też pozyskać sporo łupów w tym niezwykle rzadki kryształ mleczny – kamień przesiąknięty mocą żywiołów. Po rozkruszeniu go można sprowadzić na okolicę mgłę, póki co lepiej go zostawić w przypadku potencjalnych przyszłych bitw. Nie było sensu by schodzić na razie z kotwicy, po odpoczynku chyba zgodnie stwierdziliśmy, że należy się za świętować to miejmy nadzieję pierwsze z wielu zwycięstwo.
Wiek: 36 Dołączyła: 24 Sie 2023 Posty: 5 Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-01-16, 22:18
13 junos 1515 roku
Dzień mijał niemal nudnie, nie powiem bym nie przywitała tego spokoju chętnie po wszystkim co miało miejsce ostatnie kilka dni. Po naszym nocnym zwycięstwie zdaje się, że Handam jest spokojniejszy o przyszłość spuścizny swojego przyjaciela, kiedy tłumaczył mi wyliczenia potrzebne do oszacowania zapotrzebowania drewna do naprawy szkód był o wiele bardziej zrelaksowany. Poświęciłam resztę wolnej części dnia na przeprowadzenie dokładnego inwentarza zdobytych łupów jak i tych które już mieliśmy. Jedno z czym mogę się z ojcem zgodzić to lepiej mieć porządek w dokumentacji, dzięki temu nie traci się pieniędzy a te będą nam w przyszłości jednak potrzebne patrząc na to że stracimy sporą część naszej doli, wstępnie też oszacowałam wartość nowych łupów chociaż bardziej zrobiłam to po to by mieć zajęcie biorąc pod uwagę jak niestabilna bywa gospodarka wysp coś co 3 lata temu było towarek ekskluzywnym obecnie może być już nie wiele wart. Zefir też nie próżnował, niesiony dalej energią po zwycięstwie postanowił dać załodze parę zajęć szermierczych. Musze przyznać że pomysł jest zaskakująco dobry z kilku powodów, nie dość że da zajęcie załodze i faktycznie ich czegoś może nauczyć to jeszcze wzmocni przesłanie jedności które od śmierci kapitana staram się forsować by nie pozwolić na posypanie się morali. Ciekawa jestem co by Ghassan powiedział jakby nas zobaczył po tym zwycięstwie…
14 junos 1515 roku
Słonecznie
Dzień był nieznośnie wręcz upalny, jedyne chyba czego mi brakuje z ojczystego domu to te przyjemne chłody. Już od rana byłam poddenerwowana ( jak się potem okazało niepotrzebnie) gdy Zefir oznajmił mi że ma jakiś plan, byłam jednak bardziej skupiona na tym jak ewentualnie poprowadzić te rozmowy w osadzie by wtedy zwracać na to większa uwagę. Bawił mnie też lekko Bompur który zdawał się wręcz niemal przeskakiwać z nogi na nogę pod ekscytowany możliwością zejścia na ląd, z jednej strony mu się nie dziwię biorąc pod uwagę że jak mówił nie pewnie się czuje ze świadomością pustki morskiej toni pod stopami, chociaż tym razem chyba bardziej chodziło o szansę zakosztowania lokalnych przysmaków. Ze względu na to że sama już miałam okazję przeprowadzić jeden apel wraz z Handamem sprawiedliwym uznałam by tym razem kolejny przeprowadził Zefir, nawet miał chwilę by się na niego naszykować choć niekoniecznie z tej chwili skorzystał. Zamiast tego kiedy byliśmy już niespełna półtorej świecy od osady wolał w nader ciekawy sposób skomentować morską kapliczkę którą mieliśmy okazję ujrzeć. Z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu wielki pal z czaszką morsa na szczycie przypominał mu penisa, jak nie często tak wręcz mnie zatkało i musiałam trochę się opanować by nie wybuchnąć śmiechem. Miałam jedynie nadzieję że nie palnie czegoś takiego przy lokalnych mieszkańcach, obraza bóstw mogłaby szybko ukrócić nasze pertraktacje handlowe. Ustaliliśmy tez z Handamem że najpierw na ląd zejdę ja, Lazarus, Zefir i Bompur, nie ma co straszyć miejscowych że jakiś atak się na ich osadę szykuje. On sam postanowił zostać na statku i przyjrzeć się dokładniej uszkodzeniom, podejrzewam, że chciał też sprawdzić jak poradzimy sobie w takiej sytuacji w końcu nie tylko walką pirat żyje a słowo bywa silniejsze od miecza w pewnych środowiskach. Nim weszliśmy do szalupy Zefir miał jeszcze okazję przeprowadzić swój apel, cóż mogę napisać ( czego nie pisałam już wcześniej) poza tym że Zefir choć może głosu i tonu nie ma nie przyjemnego to powinien czasem zastanowić się nad tym co mówi. Jakie wielkie zdziwienie było na twarzach Gvarinów kiedy zaczął mówić coś o odizolowanych wioskach a imperialnych kiedy kapliczkę poświęconą Ulliso nazwał „lokalną wiarą”. Ostatecznie chyba mimo wszystko zrozumieli, że chodziło mu o to by nie wszczynali burd. Podkreśliłam jeszcze jego słowa strasząc ich , że jeśli dowiem się że tknęli jakąś dziewkę z osady wbrew jej woli to sprawię że ich pały przez miesiąc nie powstaną. Po ostatnim pokazie mojej pomysłowości nie byli pewni czy jestem w stanie tego dokonać czy nie, niech pozostaną w tej słodkiej niepewności do czego zdolna jestem z swoją wiedzą. Choć wolałabym by Dimitri mi towarzyszył też to dla jego własnego bezpieczeństwa uznałam że lepiej by został z jaszczuroludziem, i N’jau na statku, nie mam pewności jak lokalni zareagowali by na nich. Po apelu wsiedliśmy w szalupę i ruszyliśmy do wioski, Zefir nie był by sobą jakby nie zaczął przy Lazarusie swoich wywodów. Przez moment zastanawiałam się czy nie wrzucić go do tej wody na otrzeźwienie bo go słońce za mocno przygrzało kiedy zaczął mi sugerować, że tak naprawdę dalej mogłabym się zajmować sprzedawaniem swojego ciała zamiast pływać. W jasnych słowach mu wyjaśniłam , że morze jest moim domem i nie zamierzam go porzucić ani wracać do prostytucji, wyjaśniłam też Lazarusowi skoro już został wplątany w ta rozmowę czym kiedyś musiałam zajmować się by przetrwać. Został tez poruszony temat plotek na mój temat co do tego że niby szlachcianką jestem, jako główny powód tych podejrzeń została podana moja wiedza. Nie powiem z jednej strony mi to schlebia ale z drugiej nie mogło być to dalsze od prawdy. Zdementowałam te plotki mówiąc że jestem po prostu córka bogatego kupca dlatego nie najgorszą edukację mam, sporo też się nauczyłam na Drugiej Szansie i od klientów kiedy jeszcze zajmowałam się sprzedażą swoich usług. Dobrze że stawiałam też nacisk na naukę języków bo choć osadnicy wpadli w niemały popłoch nas widząc nie rozumiejąc do końca co mówię to przynajmniej z starszym wioski który do nas wyszedł chcąc dowiedzieć się czemu przybyliśmy udało mi się porozumieć w lantyńskim ( choć czasem miał bardzo specyficzne naleciałości z innego języka). Udało się go przekonać do tego że nie szukamy kłopotów a jedynie chcemy pohandlować, dzięki paru sztuczkom nauczonym jeszcze przez ojca udało mi się go przekonać do nas na tyle że pozwolił też naszym w grupach po 8 odpocząć na plaży. Bompur był niemal w niebo wzięty kiedy zostaliśmy poczęstowani lokalnym specjałem – alkoholem z w fermentowanych w ziemi wodorostów, lekko kwaśny smak nie przypominał niczego co miałam kiedykolwiek w ustach. Ostatecznie po rozmowie udało mi się przehandlować tonę dębu i trochę futer za ryby ( zarówno świeże jak i w occie) oraz 350 l świeżej wody ( ludzie z wioski mieli pomóc nam ją dostarczyć co będzie sporym ułatwieniem biorąc pod uwagę że lepiej się poruszają po lokalnych bagnach). Zefir nie do końca był przekonany że tyle im daliśmy za to wszystko, jednak nie wziął pod uwagę że zaufanie w interesach też ma swoją cenę, póki co jesteśmy dla nich piratami którzy mogą w każdej chwili splądrować jego osadę. Oczywiście nie opłacało by nam się to nijak bo łupy były w zasadzie żadne, morale by ucierpiały ( gdzie honor w łupieniu biednych rybaków) do tego jeszcze marynarka imperialna w końcu by się o tym dowiedziała i mielibyśmy ją na ogonie. Płacąc niewiele więcej niż normalna cena nawiązaliśmy początek współpracy pozwalający nam mieć wolną przystań gdzie bez obaw będziemy mogli uzupełnić zapasy jak i zaciągnąć potencjalnie języka o tym czy coś istotnego się nie dzieje na terenach imperium co mogło by wpływać też na okoliczne wody. Po rozmowie kiedy Lazarus poszedł poinformować załogę o tym co zostało ustalone z Bompurem chwilę po przechadzałam się starając tłumaczyć rozmowy kiedy dopytywał o inne lokalne specjały i przepisy. Nie powiem ale sama się sporo z tego tez dowiedziałam, między innymi że nasz kuchta ma żyłkę do handlu chociaż wcale nie pokazuje tego. W pewnym momencie Zefir poprosił mnie bym poszła z nim na stronę bo chciał o czymś porozmawiać, z ręką na sercu muszę przyznać że zupełnie się nie spodziewałam tego co mi powiedział. Zupełnie go czasem nie rozumiem, zachowuje się jak całkowity dzieciak w jednych kwestiach by potem zaskoczyć mnie wieścią o tym że rezygnuje z stanowiska kapitana bym ja mogła nim być. Nie ukrywam bardzo mnie to ucieszyło i sporo trosk zeszło z moich ramion dzięki temu ale było to szokujące nadal. Chcę wierzyć że może duch samego Ghassana jakoś na niego wpłynął ale było by to już wydaje mi się za dużo. Gdy tylko wróciłam na statek by zmienić się z innymi załogantami powiedziałam Dimitriemu od razu o tym, był równie zszokowany decyzja Zefira co ja.. chyba każdy by był. Było to dziwniejsze nawet niż ryba którą Bompur przytargał z zakupów ( wyglądała jakby na niej ktoś najpierw usiadł). Korzystając z chwili jak i zaproszenia które dostałam od naszego krasnoludzkiego kucharza postanowiłam spróbować co wyczaruje z tego, od słowa do słowa jakoś wyszło że opowiedziałam mu o tym jak dotarłam na Huryię jako uciekająca panna młoda. W zasadzie zdałam sobie sprawę że pierwszy raz zaczęłam otwierać się przed kimś więcej niż Ghassan i Dimitri pozwalając by poznali mnie jakoś, ciężko mi orzec czy to nadal był szok i zmęczenie a może wraz z śmiercią Ghassana zmieniło się więcej we mnie niż myślałam. Zależy mi na załodze jak na rodzinie a z rodziną powinno się być szczerym, Ghassan choć wielki nie powinien ukrywać przed nami swojego stanu, może bylibyśmy w stanie mu jakoś bardziej pomóc, gdybym wiedziała może mogłabym jakoś go wcześniej wesprzeć by sam tego nie dźwigał. Zdaje się że to chyba ostatnia lekcja od niego jaką mogłam dostać, że skrywanie się całkowite za murami może przyczynić się do nieszczęść…
15 junos 1515 roku
( kartka jest poplamiona gdzieniegdzie winem, pismo choć dalej czytelne jest mniej staranne niż w wcześniejszych zapisach)
Bogowie chyba lubią czasem ze mnie drwić, jak inaczej wyjaśnić to co odnalazłam przed chwilą w biurku ale zacznę od początku by lepiej nakreślić obraz tej tragikomedii.
Od rana już nie było spokojnie bo w nocy na warcie Juliusa zaginął jeden z ludzi Zefira – Abdul. Idiota idąc za potrzebą poszedł w stronę bagien i gdyby nie Borislav to zapewne by na nich umarł, bo wpadł do bagna krzycząc o pomoc prawie cała noc mając nadzieję że ktoś to usłyszy. Miał jeszcze resztki jakiegoś instynktu samozachowawczego kiedy widząc że próby wydostania się samemu sprawiają że jedynie bardziej tonie w zdradliwych bagnach. Dobrze że trochę czytałam na ten temat to razem z Zefirem i Borislavem udało się gvarina wyciągnąć z niebezpieczeństw. Po powrocie na statek obejrzałam go by mieć pewność że poza dumą i paroma zadrapaniami nic poważniejszego mu się nie stało, oczywiście nawet zadrapania potrafią być niezwykle niebezpieczne więc powiedziałam mu by od razu się zgłosił do mnie jeśli zauważy jakieś niepokojące objawy. Kwestię ukarania Abdula i Juliusa już pozostawiłam pozostałym oficerom, ale znając ich nie skończy się to dla winnych najlepiej. Po tych przygodach zdaliśmy raport Handamowi o wszystkim co się działo, jakież miny wszyscy mieli ( ja zapewne również bo dalej do mnie to nie docierało w pełni) kiedy Zefir powiedział że rezygnuje ze swojej kandydatury na stanowisko kapitana. Lazarus nawet dopytywał czy wszystko z Zefirem jest w porządku ale ten potwierdził swoje słowa mówiąc że lepiej się nadaję na kapitana z widzą i że widać jak mi na załodze zależy. Nie powiem były to bardzo miłe słowa, mając już to ustalone Handam zwołał apel informując wszystkich już oficjalnie o tym, że w związku z jego emeryturą ja przejmę stanowisko kapitana na Drugiej Szansie. Wszyscy wiwatowali zadowoleni zdając sobie chyba sprawę że statek jest w dobrych rękach - nie straszni mi starzy wrogowie Ghassana jak i bitwy które przed nami. Zadbam najlepiej jak umiem o Drugą Szansę i jej załogę, nawet mam już kilka pomysłów od czego zacząć. Trzeba wykupić Jasrę od Paszy a w zasadzie to od Ibram “Pasza” al-Allahaal który jest przywódcą gangu Krwawych Łez i zajmuje się głównie sutenerstwem, walkami gladiatorów i niewolnictwem. Po tym co o nim słyszałam na tym wszystkim dorobił się wielkiej fortuny aspirując nawet do bycia na równi z wielkimi książętami kupieckimi. Biorąc pod uwagę że przydomek „Pasza” ( Pan ) nadał sobie sam podejrzewam że jest osobą bardzo dumną o niebywałym wręcz przeroście ego, będzie trzeba podejść go bardziej sprytem niż fortuną. Podczas przekazywania kluczy Handam wspomniał też, że Ghassan wszedł w jakiś układ z Baharatem, nie chciał nic więcej powiedzieć twierdząc, że nic nie wie ( z perspektywy czasu zaczynam się zastanawiać czy chciał w pewnym stopniu obrazić moje umiejętności myśląc że nie dojdę w końcu do prawdy). Dobrze, że mam pozytywne relacje z Baharatem, nie dość że jako kapitan warto mieć szczególnie na początku potężne znajomości to jeszcze jak zaczęłam powoli sprzątać kajutę Ghassana a w zasadzie to już moją ( trochę czasu minie jak do tego przywyknę) znalazłam w ukrytej szufladzie biurka pewien dokument przez który właśnie zastanawiam się któremu bogu teraz podpadłam.
Znalazłam umowę spisaną między Baharatem a Ghassanem na zakup statku, nasz świętej pamięci kapitan zapożyczył się na 2500 dinarów plus odsetki. Jedyny plus tej sytuacji to że nie ma spisanej daty kiedy dokładnie ma być ten dług spłacony, ale jako nowy kapitan odziedziczyłam ten dług i teraz muszę zastanowić się jak z niego wybrnąć, bo w przypadku nie spłacenia go Baharat może zażądać nawet samego okrętu jako zapłatę. Nosz kurwa by to wszystko strzeliła… coś czułam że musi stać za tym z jaką łatwością Handam pozbywa się statku który jest więcej wart niż nasze łupy. Skurczysyn wiedział o tym, nie ma innego wyjaśnienia na to, z drugiej strony no właśnie statek jest dalej wart więcej niż te łupy , do tego znalezienie nowej załogi tez było by kosztowne, czasochłonne nie mówiąc ile czasu minęło by zanim zgrali by się. Robiąc rachunek zysków i strat z dobrym planem nadal wyjdziemy na plus, muszę tylko wszystko dobrze rozegrać. Nie ma co robić też sobie w Handamie wroga, zawarliśmy umowę i nie ma co się z niej wycofywać, biorąc pod uwagę że w tawernach znają jego legendę od jego słów może też zależeć nasza renoma którą musimy wyrobić sobie na nowo. Jego znajomości w porcie mogą też się nam przydać, poza tym w pewien irytujący sposób muszę docenić jak ten siwy lis mnie wykiwał. Gdyby to był ktokolwiek inny kazałabym go wywalić za burtę ale do Handama nadal mam spory szacunek, też mnie wiele nauczył i ostatecznie nie musiał nam oddawać statku, chociaż mógł nam wprost powiedzieć o tym że jest zadłużony… ciekawe czy Ghassan mocno śmieje się teraz ze mnie widząc moją minę…
16 junos 1515 roku
Parno, mglisto, silny wiatr
Trochę się pozbierałam po wczorajszym szoku, póki co nie będę spać w kajucie kapitańskiej. Mimo że już lepiej się trzymam to śmierć Ghassana dalej mi ciąży, wiem że w końcu będę musiała przenieść się na stałe do tej kajuty ( lepiej szybciej niż później ) ale ciężko mi pozbyć się rzeczy Ghassana. W wczorajszym wpisie nie wspomniałam że znalazłam też stary dziennik byłego kapitana spisany w języku dżinów. Musiał wiele z nim przejść bo jest w opłakanym stanie, w wielu miejscach widać że był przemoczony a nawet nadpalony. Jak znajdę chwilę będe musiała zabrać się za jego tłumaczenie, byćmoże wyjawi mi co doprowadziło do tej klątwy która na nim ciążyła, po cichu liczę też że są jakieś zapiski dotyczące jego spotkania z Baharatem. Wolę wiedzieć na co się szykować od nośnie nastroi jakie wtedy przy tej umowie towarzyszyły, choć z „Szczerbą” mam dobre relacje to nie na dobrym sercu zyskał kontrolę nad całym portem. Owszem miło mi się z nim rozmawiało zawsze ale w kwestii interesów dorównuje wielu doświadczonym kupcom, biada tym których zmyliła jego aparycja. Jakiś czas biłam się z myślami czy od razu poinformować Zefira i Lazarusa o tym długu, uznałam jednak, że powinnam uczyć się na błędach Ghassana a nie je powielać. Poinformowałam ich że wieczorem chcę by stawili się w kajucie kapitańskiej bo chcę im coś przekazać, wolałam najpierw w głowie sobie ułożyć to jak im to powiem. Niestety dobrze podejrzewałam też, że kłopoty ze zdrowiem Abdula nie zakończa się na paru otarciach – zastała woda w połączeniu z brudem spowodowała że na jego rękach pojawiły się paskudne bąble i czerwone linie wskazujące wyraźnie na tworzące się zakażenie. Dobrze że do mnie przyszedł bo nie leczone mogło by doprowadzić nawet do martwicy a wtedy w najlepszym wypadku skończyło by się amputacją, najgorszym śmiercią. Oczyściłam jego rany i opatrzyłam odsyłając do kuchni by pomógł Bompurowi z dokładnymi wytycznymi że ma nie moczyć bandaży, zamiast niego przydzieliłam Zefirowi N’jau a sama udałam się do kajuty kapitańskiej powoli sprzątając ją decydując co się nada na sprzedaż a co chce pozostawić. Przy długu jaki ciąży na statku choć bardzo bym chciała nie mogę pozwolić sobie na sentymenty, to co przedstawia wartość monetarną będzie musiało iść w przyszłość Drugiej Szansy.
Po swojej warcie ruszyłam do kajuty by tak jak ustaliłam porozmawiać z oficerami i Handamem, tak jak mogłam podejrzewać doszło do słownych utarczek między starszym bosmanem a Zefirem. Z jednej strony nie dziwię mu się, że krzyczał o nieuczciwości tego układu, w pierwszej chwili też takie myśli przeszły przez moją głowę kiedy znalazłam ten dokument ale jak też pisałam po rachunku zysków i strat nadal możemy wyjść z tego na plus jeśli wszystko odpowiednio rozegram u Baharata. Musiałam ukrócić te słowne utarczki, po pierwsze układ został już zawarty, po drugie kłócąc się moglibyśmy tylko wyjść na tym gorzej, poinformowałam ich że znam naszego wierzyciela więc nie wszystko jest stracone. Poinformowałam też oficjalnie o moim planie wykupienia Jasry i zatrudnienia medyka który mógłby ją też wyszkolić na przyszłość, obaj zgodzili się ze mną również w kwestii zapotrzebowania na szkutnika. Wychodzi na to że nawet po powrocie za wiele nie odpocznę, będzie trzeba pokazać wszystkim że choć kapitan się zmienił nie należy lekceważyć Drugiej Szansy. Po spotkaniu z Zefirem i Lazarusem postanowiłam jeszcze chwilę porozmawiać z Handamem na osobności, stary lis jednak jakieś sumienie ma bo mówił że głupio mu z jednej strony że tak wyszło. Nie wiele to zmienia w mojej sytuacji ale co począć, wolę byśmy rozstali się w pokoju choćby ze względu też na te 3 lata podczas których też mnie wiele nauczył i jednak dał mi szansę by zostać oficerem. Poinformowałam go że w związku z sytuacją będę musiała sprzedać większość rzeczy, od słowa do słowa dałam mu na pamiątkę po jego przyjacielu statek w butelce i fajkę Ghassana. Oba przedmioty miały większość wartość sentymentalną niż monetarną, z jednej strony będą staremu lisowi przypominać o Ghassanie i przygodach które wspólnie mieli, z drugiej będzie kuło sumienie wiedząc jak postąpił wobec nas.
17 junos 1515 roku
Powoli zaczęłam przenosić swoje rzeczy do kajuty kapitańskiej, w końcu muszę zacząć to robić by załoga nie plotkowała między sobą że jestem słaba. Sam dzień w sobie minął spokojnie może poza dwoma wydarzeniami. Porozmawiałam z Lazarusem o swojej przeszłości z Vasco, wyznałam mu całą prawdę jak to z mojego powodu został złapany przez imperialnych i zapewne albo gnije gdzieś w więzieniu albo został niewolnikiem. Nie ubarwiałam historii mówiąc otwarcie że powodem mojej zdrady było to jak Urbanija naciskał na ożenek ze mną nie chcąc słuchać odmów. Nawet jeśli go na swój sposób kochałam to w jego wizji miałam zostać w porcie i czekać jak będzie wracał z podróży, zadecydował za mnie że mam umierać powoli na lądzie wspominając czasy kiedy czułam deski pokładu pod stopami i wolność jaka wiąże się z podmuchem wiatru na pełnym morzu. Lazarus wprost przyznał, że było to niehonorowe zagranie co zrobiłam, nie zaprzeczyłam mówiąc mu że jest to coś co będę zapewne do końca swoich dni nosić na barkach. Chyba fakt że nie starałam się niczego zataić w tym sprawił że postanowił mi zaufać kiedy powiedziałam mu że nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła załodze, że nie jestem już tą samą Maeve którą byłam wcześniej nim trafiłam na Drugą Szansę. Śmiał się nawet że jestem wyjątkowo niebezpieczną kobietą i że biada temu kto się we mnie zakocha, może ma rację biorąc pod uwagę że od dawna zaczęłam powtarzać że zaślubiona morzu jestem a ciężko z nim konkurować. Kolejna rzecz to na warcie Zefira minęliśmy truchło martwego walenia, niestety nie przyjrzał mu się za dobrze więc ciężko mi orzec co było przyczyną śmierci zwierzęcia. Biorąc pod uwagę że wpływamy na pełne morze odbijając od brzegów Lantynu może to być wszystko, poczynając od przyczyn naturalnych kończąc na potworach morskich o których Ghassan przed śmiercią mi opowiadał. Czas pokarze czy nie martwię się na zapas.
Udało mi się rozszyfrować też pierwsze strony dziennika Ghassana… sama nie wiem póki co mam o nich myśleć, gdybym nie była świadkiem i nie widziała tego wszystkiego uznałabym że napisał je skończony szaleniec. Są niezwykle niepokojące, nadal zastanawiam się kim a raczej chyba czym jest istota z którą zawarł Ghassan ten układ. Wpatrywanie się w rysunek tej istoty na pewno nie pomógł na moją psychikę dobrze że obecność Dimitriego pozwala mi jakoś ochłonąć.
18 junos 1515
Tak jak myślałam nie tylko ja słyszałam historie o bestiach które goszczą w odmętach wody, musiałam pokrzepić morale załogi że z czymkolwiek nie spotkamy się to na pewno temu podołamy. Na całe szczęście to do nich trafiło, szczególnie że później napotkaliśmy efekty bliskiego spotkania statku handlowego z jedną z tych bestii. Będąc na pokładzie dostrzegłam erxeński statek z połamanymi żaglami i dziura w burcie, fakt że jeszcze nie zatonął mógł wskazywać na to że obrażenia są dosyć świeże, przy większym wietrze albo burzy statek samoistnie zatonie. Uszkodzony galion chyba miał przypominać jelenia a przynajmniej tak mogę wywnioskować po samej nazwie statku „ Latający Jeleń”. Wraz z Handamem początkowo podejrzewaliśmy atak jakiegoś mniejszego krakena patrząc na uszkodzenia, podobnie jak na truchłem tamtego walenia i tu sporo mew kołysało nad statkiem. Słyszałam kiedyś jak w tawernie marynarze opowiadali że mewy to są dusze marynarzy którzy zginęli w jakiś gwałtowny sposób na wodach, po tym co zobaczyliśmy gdy weszliśmy na pokład tego statku sprawia że jestem skłonna i w tą historię uwierzyć. Pokład był niemal cały zakrwawiony, fragmenty ciał walały się na deskach stanowiąc przerażająca pamiątkę po bestii która potraktowała ten statek handlowy jak prywatny bufet. Sprawę skomplikował fakt że jak się okazało Latający Jeleń nie został zaatakowany przez krakena a węża morskiego ( znaleźliśmy jego kieł wbity w deski pokładu, musiał go stracić podczas żeru), skurczysyny są niezwykle terytorialne i najpewniej wpłynęliśmy na obszar jednego. Teorię o wężu morskim potwierdził jeszcze ostatni żywy marynarz którego znaleźliśmy pod pokładem, cudem uniknął śmierci od bestii tracąc jedynie rękę w tej rzezi. Nie mogę jednak nazwać go szczęśliwcem w tej sytuacji, biorąc pod uwagę że szacuje że atak nastąpił parę dni temu, siedział tak wśród flaków i resztek ciał swoich kamratów powoli się wykrwawiając targany gorączką i majakami kiedy go znaleźliśmy. Parszywa śmierć, nie mogłam nic dla niego zrobić więcej niż dać butelkę rumu by ostatni raz skosztował alkoholu a następnie ukrócić w możliwie jak najszybszy sposób jego męki. Taki jest obowiązek nie tylko kapitana ale przede wszystkim medyka, dzięki temu jego dusza mogła odejść dalej a może spotkam go kiedyś ponownie jako mewę właśnie? Udało nam się zabrać parę rzeczy z kajuty kapitańskiej, biorąc jednak pod uwagę jak niestabilny był ten wrak nie zamierzałam ryzykować wyprawy po przyprawy które przewozili, nie było pewności zresztą że się one do czegokolwiek nadadzą.
Latający Jeleń
Erxeński statek handlowy
Kapitan - Witomir Sipek
19 junos 1515 roku
Czytając dziennik Ghassana mam wrażenie że sama wraz z nim zanurzam się w szaleństwie klątwy która go spotkała. Nie dziwne że po skradał częściowo zmysły, będąc odrzuconym przez samych bogów i śmierć, kiedy już myślę że poznałam jakieś odpowiedzi to pojawia się jeszcze więcej pytań…
Wiek: 36 Dołączyła: 24 Sie 2023 Posty: 5 Skąd: Łódź
Wysłany: 2026-01-16, 22:19
20 junos 1515 roku
Ten dzień zostanie zapisany na kartach historii Drugiej Szansy jako jedno z naszych większych zwycięstw. Wszystko zaczęło się zwyczajnie, chcąc trochę poprawić morale dałam Bompurowi poprzedniego dnia butelkę wina by stworzył z tego jakieś inne danie z rybą coby załoga nie jadła tylko tego samego. „Pijana ryba” się zaskakująco dobrze przyjęła i wszyscy chętnie ją zjedli, całe szczęście bo dzięki temu mieli więcej sił na nadchodzące wydarzenia. Miałam racje że ten sukinsyn wąż morski nie odpuści nam jak wpłynęliśmy na jego teren, dobrze że rozkazałam baczniej się rozglądać na wartach bo dzięki temu mieliśmy szansę się bronić. Stałam przed wyborem jako kapitan - uciekać albo walczyć, obie były równie ryzykowne bo ciężko uciec takiemu potworowi dlatego postanowiłam że jeśli bogowie zadecydowali że to ma być nas ostatni dzień to przynajmniej nie odejdziemy bez walki. Co to była za walka! Bestia starała się staranować Drugą Szansę ale korzystając z mojego zmysłu taktycznego i brawury Zefira załoga też poczuła zapał do walki. Pociski z skorpionów smagały rozwścieczonego węża morskiego którego krew barwiła wodę karmazynem . Potwór choć szybki nie był tak zwrotny na szczęście co wykorzystywaliśmy na naszą przewagę, widząc że nie ma z nami szans chciał uciec ale dwa celne strzały z skorpionów wystarczyły by dokończyć jego żywota. Nigdy nie spodziewałam się że sama będę brała udział a co dopiero dowodziła okrętowi który pokona taką bestię, nawet jak o tym piszę nadal brzmi to jak sen. Po walce szybko zorganizowałam ludzi by pozyskać jak najwięcej się da z naszej ofiary, sporo łupów z niej wyszło – mięso, łuski, krew i co najważniejsze łeb który zawiśnie na pokładzie. Chcę by był symbolem naszych obecnych i przyszłych zwycięstw, by za każdym razem jak załoga spojrzy na niego poczuje znów tą samą euforię zwycięstwa co tego dnia. Za to by wrogowie widząc nasze trofeum dwa razy się zastanowili czy warto z nami zadzierać, skoro i bestie nie są nam straszne. Zmęczeni walką pozwoliłam byśmy zarzucili kotwicę, takie zwycięstwo należało w końcu opić… mam nadzieję Ghasanie że jesteś dumny ze mnie i swojej załogi, gdziekolwiek teraz jesteś…
21 junos 1515 roku
Dzień minął spokojnie mimo załamania pogody, załoga potrzebowała trochę pokrzepienia bo zaczęły wznosić się jakieś głosy że to może być kara od bogów za zabicie węża morskiego. Większej głupoty nie słyszałam ale coś należało z tym zrobić by utrzymać wysokie morale, pomyślałam że skoro nasz statek jest tak barwny w różne kultury i wyznania to czemu by nie pozwolić by każde wyznanie na swój sposób podziękowało bogom za wsparcie w bitwie? Obrzędki zostaną przeprowadzone w różne dni by nie doszło do jakiś incydentów, załoga zadowolona przyjęła ten pomysł uspokajając się trochę. W pierwszej kolejności porozmawiałam z Handamem i Lazarusem czy przeprowadzili by odpowiednio ceremonie dla osób wyznających tych samych bogów co oni, następnie idąc za radą Jasry gdy spytałam co najlepiej by naszykować na samą modlitwę, poprosiłam Bompura by odłożył resztę krwi pokonanej bestii by gvarinowie mogli złożyć ją swoim duchom. Oczywiście Zefir kręcił na to wszystko głowa mówiąc że jest tylko jedna słuszna wiara w Dżiny, musi przywyknąć że robię pewne kwestie inaczej niż Ghassan, wczorajsza walka była znaczącym punktem dla historii Drugiej Szansy więc chcę by każdy swobodnie mógł podziękować swoim bóstwom. On nie musi przecież w tym towarzyszyć, tak jak ja nie będę towarzyszyła w innych obrządkach poza Astariońskim, chociaż i tu czuję się trochę jak oszukaniec. Za dużo widziałam i za dużo już wiem by z taką łatwością przyjmować za oczywiste to co głoszą słowa wiary z Erxen, Dimitri chyba podobne ma zdanie co ja ale dał się przekonać by uczestniczyć w ceremonii. Stwierdziłam że będzie to dobry ruch by pokazać reszcie erxeńczyków, że choć jest objęty klątwą to dalej wyznaje te same dogmaty i stara się „odkupić” grzechy przodków.. choć moim zdaniem żaden dobry bóg nie karał by niewinnego za grzechy przodków tak okrutnie. Chyba jak znajdę chwilę w porcie będę musiała przejść się do kaplicy może jakoś postarać sobie poukładać w głowie kwestie wiary.
22 junos 1515 roku
Sztorm tak szybko jak powstał tak został przegnany, ale ja w głowie dalej mam burzę myśli spowodowaną wyznaniem Dimitriego z nocy. Chyba nie chciałam do siebie do końca tego dopuszczać po wszystkim co mówiłam.. a może nie miałam po prostu czasu by usiąść i zastanowić się tak naprawdę do czego prowadzi moja relacja z nim. Nie wiem czy bardziej zaskakuje mnie spokój jaki czuje, czy sam fakt że zgodnie z prawdą powiedziałam mu że też to co do niego czuje to więcej niż czysta fizyczność, co tu dużo pisać zakochałam się w krwawym elfie. Oczami wyobraźni widzę Ghassana który śmieje się do rozpuku przypominając mi jak w ostatnich dniach kiedy rozmawialiśmy na osobności przewidział to że mamy się ku sobie a ja temu zaprzeczałam.. w zasadzie chyba już z przyzwyczajenia a nie przekonania. Sam dzień minął znów spokojnie, po śniadaniu porozmawiałam z erxeńczykami i upewniałem się że nie będzie żadnych burd gdy Dimitri będzie uczestniczył w jutrzejszej modlitwie. Następnie skupiłam się na odszyfrowaniu dalszej części dziennika Ghassana i dziwów które są tam zapisane, nadal niektóre wpisy przyprawiają mnie o ciarki na plecach ale chyba powoli przywykłam do tego by spodziewać się niespodziewanego. Musiałam też skupić się w przerwach na napisaniu samej modlitwy do Św. Marina na jutro, szło mi to częściowo jak krew z nosa, nigdy nie byłam przesadnie religijna, przypomniałam sobie wszystko co w Histogradzkim porcie widziałam jeszcze jako młoda dziewczyna i starałam się z tego skleić coś sensownego. Wieczorem Handam przeprowadził ceremonię dla gvarinów, żałuję że jej nie widziałam ale nie było by to stosowne biorąc że nie wyznaje dżinów choć ich wpływów nie mogę odmówić po tym Ifrytcie w pierścieniu. Na kolacji widziałam że nastroje gvarinów były o wiele lepsze, Zefir i N’jau też byli zadowoleni, za to Handama te obrządki wprawiły z zadumę. Po posiłku poszłam do niego porozmawiać chwilę, czyżby stary lis miał wątpliwości co do swojego gaju oliwnego? Fakt jest że wiele przeżył na wodach, był przy Ghassanie od samego początku aż do końca i im bliżej jesteśmy portu tym bardziej chyba zaczyna to do niego docierać. Nawet zabawnie obserwowało się jak pod pretekstem mojego odpoczynku chciał po raz ostatni poczuć się jak Bosman zarządzający twardą ręką załogą, postanowiłam zagrać w tą grę udając że wcale go nie przejrzałam. Nie ukrywam, że jest to mi też na rękę, muszę dopracowac do końca plan spotkania z Baharatem, oraz Paszą.
23 junos 1515 roku
Im bliżej jesteśmy wysp tym pogoda jest bardziej chwiejna, wczoraj było przyjemnie słonecznie a teraz znów padał lekki deszcz i była mgła. Tak jak pisałam wcześniej od rana przeprowadziłam w mojej starej kajucie modlitwę do Astariona, erxeńczyków uspokoiło to jak zobaczyli że Dimitri zna obrządek tak samo dobrze jak oni. Za to ja sama czułam się jak oszukaniec, owszem mówiłam pewnie nie pozwalając by moje wątpliwości wkradły się w wypowiadane słowa, w końcu to robiłam głównie dla załogantów. Coś co kiedyś mogło przynieść ukojenie obecnie przyprawiało o wiele pytań na które zapewne tylko uczeni w teologii potrafili mi odpowiedzieć. Korzystając z tego że nie miałam swojej warty dzisiaj skupiłam się na dopracowaniu moich planów jak i odszyfrowaniu dalej dziennika Ghassana. W trakcie mojej pracy Handam wysłał Zefira do mnie by mi pomógł w pracy, tak naprawdę podejrzewam że chciał mieć on chwilę kiedy pokład był jego i dlatego to powiedział. Zgodnie z układem jaki wcześniej zawarłam z Zefirem podzieliłam się z nim przetłumaczoną częścią dziennika, z perspektywy czasu myślę że może nie był to jednak aż tak dobry pomysł by czytał to wszystko naraz. Mocno mu to usiadło na psychikę, nie dziwię się bo niektóre wpisy są przerażające i na samo wspomnienie o nich czuję jak mi włosy stają dęba. Stwierdził ze chyba póki co daruje sobie dalsze czytanie tego i żebym sama też lepiej to zostawiła bym nie oszalała. Kto wie, może i już oszalałam w pewien sposób po tym co przez ostatni miesiąc się działo? Zbyt wiele ciekawej wiedzy jest w tym dzienniku by rezygnować z rozszyfrowania go, szczególnie że nigdy nie wiadomo kiedy nam się ta wiedza może przydać.
24 junos 1515 roku
Im bliżej portu tym spokojniej jest, czyżby cisza przed burzą która na pewno rozpęta się na wieść że przejęłam schedę po słynnym Rudobrodym? Czas głównie obecnie upływa mi na planowaniu i tłumaczeniu dziennika, choć znajdą się też chwile odstępstw jak rozmowa z Zefirem czy Lazarusem. Zefir starał się mnie przekonać do tego by wysłać listy do domu w Erxen, w zasadzie odkąd przybyłam na Wyspy Zachodzącego Słońca to nigdy nie wysłałam żadnego listu częściowo obawiając się że będą chcieli posłać kogoś by mnie odzyskać. W końcu byłam inwestycją która uciekła sprzed ołtarza w sukni ślubnej po to by teraz wieść życie kapitana statku pirackiego. Nie mam potrzeby chwalić się ojcu swoimi niemałymi osiągnięciami, dziewczyna która była jego córką już dawno przestała istnieć, zniknęła z chwilą jak musiałam się kurwić by przetrwać. Częściowo liczę na to że zamiast czekać na mnie to myślą że umarłam i ruszyli do przodu, jedyne co już z nimi mnie łączy tak naprawdę to nazwisko oraz okręt którym uciekłam z miasta. Pewnie to podejście zostanie zweryfikowane jak spotkam kogoś z „Wędrówki Św. Marina”, ciekawe co Radomir porabia i czy dalej jest nawigatorem. Kiedy Lazarus był już po obrządkach imperialnych na chwilę zaprosiłam go do kajuty przed jego wartą by porozmawiać, niechętnie ale muszę przyznać że nie wygląda najgorzej w todze. Tak jak i Zefirowi wcześniej powiedziałam dokładnie o moich planach jakie mam na Huryi, podkreśliłam mu też że w przeciwieństwie do Ghassana zamierzam ich informować o swoich planach i że chcę by w nich towarzyszyli z Zefirem. Musze przyznać że długą drogę z Lazarusem przeszłam w kwestii naszej relacji, z szorstkiego skurwysyna któremu miałam ochotę dosypać ziół na rozwolnienie stał się szorstkim skurwysynem z którym lubię rozmawiać i który wbrew pozorom ma cenne uwagi co do niektórych moich planów. Idąc kwestią szczerości muszę porozmawiać z Zefirem odnośnie powiedzenia Lazarusowi o tym co naprawdę stało się z Ghassanem. Jak początkowo przyznaje faktycznie powątpiewałam czy byłby w stanie Lazarus tą wiedzę dźwignąć tak po poznaniu go te wątpliwości zniknęły, zresztą podejrzewam że w pewnym momencie w końcu się jakimś zrządzeniem losu może o tym dowiedzieć , wolę więc by to nastąpiło z moich ust.
Plany Huryia:
1. Spotkanie z Baharatem ( odczekać jeden dzień by rozeszły się wieści o walce z wężem morskim i śmierci Ghassana) - przekonać go do przedłużenia terminu długu ( wężowe łuski? ), w zależności od przebiegu spotkania poprosić o wsparcie w sprawie Jasry albo o samo spotkanie z Paszą.
2. Spotkanie z Pashą - odkupienie Jasry, przehandlowanie kryształu mgły za nią jako czegoś egzotycznego, obrócenie narracji że nie uciekła mu a on sam w dobroci serca pozwolił Ghassanowi ją wykupić.
3. Spotkania handlowe by opchnąć towar, jednocześnie pozyskać języka by nowy cel obrać. Podzielić łupy które są ponad wydatki związane z nową wyprawą między Zefira i Lazarusa.
4. Załatwić szkutnika i medyka na statek.
5. Odwiedzić wiedźmę o której Ghassan pisał w dzienniku.
25 junos 1515 roku
Jutro najpewniej dopłyniemy już do portu w Huryi, z tego powodu postanowiłam wieczorem zorganizować apel niespodziankę dla Handama. Nie stać nas na to by zrobić to w porcie a pożegnanie bez niczego też nie wypada mimo różnych nastrojów, Zefir dalej uważa że powinnam negocjować naszą umowę i że za miękka jestem w tym. Nie rozumie choć to tłumaczyłam mu nie raz jak wiele czynników się na tą decyzję nakłada, nie tylko sentymentalnych ale też praktycznych. Dzień minął mi na przygotowywaniu przemowy na tą skromną uroczystość, choć chwilę przerwy jeszcze też zrobiłam na rozmowę z Jasrą by upewnić się że narracja jaką muszę przedstawić Paszy nie przeszkadza jej. Powiedziałam jej dokładnie o moim planie, jak chce to dokładnie przeprowadzić i że nie pozwolę by Zefir rzucił się na niego. Oczywiście o ile nie dojdzie do takiej konieczności ( gdyby na przykład chciał zabrać Jasrę siłą ) to wolę załatwić to pokojowo, zaatakowanie jedną z trzech głów władających na Huryi mogło by przysporzyć nam więcej kłopotów niż chwały a jeśli by Pasza w tym zginął to już w ogóle było by fatalnie. Wewnętrzne wojny o jego pozycję mogły by doprowadzić do zachwiania ekonomii portu a to wpłynęło by mocno negatywnie na ceny a teraz każdy miedziak jest dla nas ważny. Dodatkowo pojawiły by się wśród krwawych łez osoby które chciały by się też wybić w rankingach gangu poprzez upolowanie osoby odpowiedzialnej za śmierć ich wcześniejszego przywódcy – jednym słowem zapanował by całkowity chaos. Udało mi się ją trochę uspokoić, informując ją również o moim planie by zdobyła fach medyka, ma już do tego podstawy a nie mogę zakładać że będzie chciała do końca swoich dni pływać na statku, mężczyzna w porcie zawsze znajdzie jakąś pracę a kobieta niestety ma ograniczone pole manewrowe. Nie chcę by musiała wrócić do pracy na ulicy a medyk wszędzie jest cenionym fachem, oczywiście trzeba też popracować nad jej poczuciem wartości bo póki co cały czas żyje głupio przekonaniem że jest zużytym towarem ( nie żeby Zefir w tym nie pomagał swoim zachowaniem wcześniejszym). Wszystko jednak po kolei, najpierw niech poczuje prawdziwą wolność a potem zajmiemy się resztą. Wieczorem po mojej warcie zwołałam apel zaskakując zarówno załogę jak i samego Handama, wygłosiłam przemówienie chwaląc jego doświadczenie i życząc mu szczęścia na nowej drodze życia. Stary lis aż wzruszył się chociaż starał się to ukrywać, kiedy wszyscy zeszli pod pokład świętować on na chwilę został na pokładzie patrząc na morze. Mając okazję porozmawiać z nim sam na sam powtórzyłam że mimo wszystko dalej zawsze znajdzie się miejsce na pokładzie Drugiej Szansy dla niego jak już te oliwki mu się znudzą, nie ważne co się stało wcześniej i co Zefir sądzi to sporo mu zawdzięczamy. Obiecał mi też pomóc z sprzedażą wszystkich łupów w porcie, częściowo pewnie by zapewnić sobie najlepszy zysk ale z drugiej faktycznie chciał też widziałam zapoznać mnie ze swoimi kontaktami a te jak już wiemy zawsze warto mieć. Dalsza już część wieczoru minęła pod znakiem rumu, wspomnień z załogą i opowieści z licznych podróży Handama.
26 junos 1515 roku
W oddali widać już światła portu, dzisiaj dopłyniemy na miejsce kończąc pewien rozdział Drugiej Szansy a rozpoczynając nowy. Od rana porozmawiałam z Zefirem, który zgodził się by wtajemniczyć Lazarusa w wszystko co się działo za życia Ghassana i o jego tajemniczej śmierci. Zdołałam złapać Lazarusa akurat po jego warcie, może nie było to najlepszym pomysłem ale był to jedyny moment kiedy mogłam z nim porozmawiać dzisiaj. Kazałam mu przysięgać na orła imperialnego że to co mu powiem nie zdradzi nikomu i kiedy to zrobił to opowiedziałam mu od początku wszystko co się działo z Ghassanem – o klątwie, ifrytcie, układzie z tą tajemniczą istotą i o dzienniku. Nie wiem czy to efekt zmęczenia, wina które mu polałam a może tego że sam widział że coś jest nie tak ale nie zareagował aż takim szokiem jak myślałam. Powiedziałam, że wcześniej nie mogłam mu tego powiedzieć wszystkiego ze względu na obietnice jaką złożyliśmy z Zefirem Ghassanowi i nie tylko do mnie decyzja o powiedzeniu mu tego wszystkiego należała. Podkreśliłam jednak też że tak jak przy naszej poprzedniej rozmowie nie chcę ukrywać przed nim takich rzeczy które mają istotny wpływ na załogę i statek, jest to coś co nauczyłam się na błędach Ghassana, dodatkowo kiedy Zefir zwróci mi to co przetłumaczyłam już z dziennika Ghassana dam Lazarusowi by też mógł się z tym zapoznać. Ostrzegłam go jednak by nie czytał tego wszystkiego naraz bo może nie najlepiej dla jego psychiki się to skończyć, czy mnie posłucha to już inna sprawa. Muszę przyznać, że Lazarus też mnie zaskoczył otwierając się przede mną co do swojej przeszłości. Wiedziałam że nie opuścił gwardii imperialnej do końca ze swojego wyboru ale nie spodziewałam się historii kryjącej się za tym. W jego poprzednim życiu nim trafił na Drugą Szanse to dowództwo jego legionu obarczyło go winą za wszystkie zbrodnie jakich dokonali tym samym umywając ręce od wszelkiej odpowiedzialności. Obarczyli go odpowiedzialnością też za krwawą pacyfikacje na Sekterze gdzie wielu zginęło, zapewne gdyby został na lądzie do powiesili by go za to że wykonywał rozkazy przełożonych jak to żołnierz powinien. Widać że te wydarzenia ciążą mu na sumieniu jak i mocno wpłynęły na jego umiejętność ufania innym, dlatego tym bardziej doceniam to że mi o tym powiedział. Powiedziałam mu, że tak długo jak ze mną pływa nie pozwolę by ktokolwiek mu zagroził i jeśli będzie potrzeba będziemy i z jego dawnymi dowódcami walczyć. Nie mogliśmy zbyt długo kontynuować tej rozmowy, w końcu był po cało nocnej warcie i potrzebował trochę odpocząć nim zjawimy się w porcie. Niedługo po tym gdy opuścił moją kajutę zajrzała do mnie jeszcze podłamana Jasra, biedna chyba oczekiwała czegoś więcej od Zefira niż samych uciech cielesnych a on jak to on bez taktu pozbawił ją złudzeń kim dla niego jest. Mocno to podłamało jej samoocenę, nie mam już sił do tego faceta z mentalnością dzieciaka więc starałam się ją jakoś pocieszyć, że może któryś z naszych przyszłych narybków będzie o wiele lepszy od Zefira i wtedy to on poczuje to co ona teraz. Szczerze mam taką nadzieję bo przydało by mu się w tej kwestii utrzeć trochę nosa by może dojrzał w końcu i nauczył się że gra na kobiecych emocjach nie kończy się dobrze. Serce mnie aż boli patrząc na tak piękną i silną kobietę sprowadzoną do takich wątpliwości, jak już z wszystkim się uporam będę musiała i nad nią popracować by w końcu dostrzegła swoją wartość nie zależnie od oceny mężczyzn. Kiedy już ją trochę pocieszyłam a nawet lekko rozbawiłam przyznałam jej się do mojej relacji z Dimitrim, powiedzieć że była w szoku to mało. Początkowo myślała, że wpadłam i to dlatego, upewniłam ją że nic takiego się nie stało a sama relacja rozwijała się jak wiedziała już od dłuższego czasu. Widziałam mieszane emocje na jej twarzy, z jednej strony cieszyła się że mam kogoś w kim mam oparcie a z drugiej strony martwiła się jak kiedyś Ghassan co powiedzą inni jeśli to wyjdzie. Nie zamierzam się przejmować zdaniem innych, szczególnie że chociaż jestem z Dimitrim w związku to nie ma on specjalnego traktowania względem reszty załogi a to co robię z nim w nocy to już moja sprawa. Wszyscy wielcy o których czytałam trwali przy swoich przekonaniach twardo nie pozwalając by szepty innych wpływały na nich, zamierzam też taka być, zarówno dla siebie jak i dla załogi. Huryia nie będzie mnie oszczędzać zarówno jako nowego kapitana to jeszcze osobę która odziedziczyła statek po samym Ghassanie, na pewno znajdzie wielu którzy uznają że stało się tak przez łóżko, będą szeptać o mojej przeszłości portowej dziewki oraz tej która jako jedyna uniknęła kary imperialnych z załogi Vasco. Jak to mawiał Ghassan – „Niech mówią byle nazwiska nie pomylili”…
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum