TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Wojna suwerenów - akt I
Autor Wiadomość
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2024-08-12, 23:25   Wojna suwerenów - akt I



Wojna suwerenów – akt I
Kroniki Erestora, Konkordii i Svetlany





Prolog I


3 Arros. Wieczór. Vukove Jamy.

Dotarli. Wiele to ich kosztowało, ale udało się. Dotarli w jednym kawałku.

A podróż ta okazała się najbardziej wymagająca ze wszystkich do tej pory. Wieczny Las tak jak chętnie sprowadził ich do siebie, tak też za nic nie chciał się z nimi rozstawać. A metod, by to dokonać, miał wiele. Samym swoim rozmiarem górował nad nimi, pochłaniał ich, dominował w całości. Jego leśne sługi, fanatycznie mu oddane, wilki, ptaki i inne zwierzęta potrafiły rozszarpać swych wrogów na kawałki. Gajowy, który nimi przewodził, wędrował wśród drzew, to znikając, to pojawiając się nagle. Wchodząc w oczy, uszy, umysł. Gajowy wzbudzał paniczny lęk przed ponownym powrotem do jego domeny. I nawet jeśli ktoś po konfrontacji z nim ocalał na ciele, to mentalnie nie pozostawał bez uszczerbku.

Najdotkliwiej przekonali się o tym czarodziej Tikhomir z Bladego Leża oraz Igor syn Igora, którzy, zmaltretowani i pogryzieni przez stado wilków, ledwo co uszli z życiem. A zwłaszcza Tikhomir, który w momencie dotarcia do Vukovych Jam ledwo co trzymał się na koniu, jakby zaraz miał stracić przytomność, mimo opatrunków, jakimi został opatulony. Igor syn Igora mógł w tym momencie dziękować swojej tężyźnie fizycznej… A także temu, że odziany był tego wieczora w zbroję. Lichą przeszywanicę co prawda, lecz wystarczyła ona, by przedłużyć jego żywot. Choć też trochę krwi stracił.

Rany się zasklepią, siły powrócą. Ta dwójka i tak w dłuższej perspektywie miała lepiej, niż trzeci poszkodowany, Štěpán Adamček.

Štěpán nie odzywał się wiele. Nawet gdy już niebezpieczeństwo zostało odegnane, nie przestał co chwilę oglądać się za siebie. Ani na boki. Jego oddech pozostawał płytki, głośny, niespokojny. Nawet gdy ostatnie szpalery drzew pozostały za nimi, a ich oczom ukazała się wioska Vukove Jamy. Dla wielu był to ostateczny dowód, że udało im się. Ale Štěpán pozostawał czujny.

Dalsza podróż, rozświetlana ostatnimi promieniami słońca, prowadziła ich po dość stromym zboczu, z którego schodzili, by dostać się do wioski leżącej u jego stóp. Wioska ta, zniszczona przez krasnoludzką bandę Sinogębego, powoli wracała do życia. A nasi bohaterowie jej w tym wtórowali.

Łącznie była ich siódemka. Tylu, ilu wkroczyło, tylu też uciekło.

Prócz wspomnianego Tikhomira z Bladego Leża, Igora syna Igora oraz Štěpána Adamčka, do wioski wkroczyli również: Anna córka Kristiny, Valentin Siwy zwany bękartem, a także dwie osoby stanowiące trzon drużyny: Erestor Carcharoth oraz Konkordia "Kora" Havlíková.

Wioska była cicha, gotująca się do snu. Wiatr, który hulał po tych otwartych przestrzeniach, na co dzień będąc najpospolitszą rzeczą na świecie, teraz pieścił niczym dłonie wytęsknionej kochanki. Wszak byli już poza Wiecznym Lasem. Z pewnością byli już bezpieczni.





Prolog II


4 Arros. Poranek.

Pogoda tego dnia była piękna. Wreszcie wiosna na dobre zawitała w Erxen, deszcze ustały, a słońce pojawiało się w pełni na pustym niebie, niezmącone choć pojedynczymi strzępami chmur.
Peter Kostov kończył właśnie składać rozbity poprzedniego wieczora namiot. Miejsce to było wybrane pieczołowicie, odsłonięte od wiatru, świata, potencjalnego niebezpieczeństwa. I nawet mimo że nie były to luksusy i w dłuższym okresie taka praktyka spania w dziczy mogłaby się odbić na nieprzyzwyczajonej do tego Svetlanie, to póki co można to było potraktować jako „przygodę” i drobny koszt, jaki musi zapłacić za to, że jest wreszcie wolna. A mogło to być dość błogie uczucie, gdy wreszcie nie jest się obiektem licznych oczu, uszu i języków w wiosce. Gdyby ojciec był w wiosce, to może i by protestował, ale jako że wyruszył wraz z lwią częścią swych zbrojnych na wojnę, to jurysdykcja matki pozostała niewystarczająca, by przekonać Svetlanę do pozostania w Vjetarach.
Peter podszedł do Svetlany. Nie odstępował ją niemalże ani na krok. Po jego twarzy można było poznać, że i on cieszy się z tej nowej świeżości, jaką daje im podróż ku nieznanym, na północny wschód od Vjetar.





Prolog III


4 Arros. Popołudnie.

Wioska Samsjetvki z każdym krokiem stawała się coraz bliższa. Rosnące w oczach chatki, a także masywne wzgórze górujące nad nimi w tle, przywracały emocje, których dawno nie mieli okazji zaznać. Było to uczucie powracającego bezpieczeństwa. Ciepła ogniska i innych ludzi. Uczucie całego dorobku cywilizacyjnego, który na co dzień był taki oczywisty i niezauważalny, że dopiero jak wszystko to zostało odebrane, to poczuć można było jego istotność. Zupełnie jak ze zdrowiem.

Svetlana szła przed siebie, a Peter dotrzymywał jej kroku, mimo obciążenia nieprzytomnym dzieckiem, które trzymał na rękach. Nie komentował jednak tego, nie narzekał, nie ociągał się. A droga nie pozostała daleka.

Logo.jpg
Plik ściągnięto 1 raz(y) 189,2 KB

 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2024-08-13, 18:04   

Epilog


11 Arros. Poranek.

Miasto błyszczało tego dnia. Długo skrywane za chmurami słońce biło teraz całą swoją mocą, uwolnione, samotne na niebie. Światło raziło w oczy i mieniło się pięknie na zbrojach, tarczach i końskiej sierści.

Główny plac targowy był tego poranka wypełniony zbrojnymi, gotowymi do drogi. Mimo że dopiero co przybyli do tego miasta, a poprzednie dni spędzili na statku, zakonnicy Zakonu Wiecznej Walki nie wykazywali się zmęczeniem czy niechęcią. Wręcz przeciwnie – powierzona im misja tchnęła w nich siłę, którą trudno opisać komuś, kto nigdy nie oddał się w pełni Asterionowi Mistrzowi. A sprawność, z jaką przygotowali się do tej wyprawy, była zdumiewająca.

Zakonnicy w swej liczbie dominowali plac, ale nie byli osamotnieni w tej wyprawie. Towarzyszyła im grupka zakonników Zakonu Evgenitów, w tym zakonnik Erestor Carcharoth, o którego osiągnięciach wiele się mówiło ostatnimi dniami w mieście. Można było też zauważyć drobną grupę sprzymierzonej szlachty: Svetlana „Vielica” Vladić i Peter Kostov, którzy raptem kilka dni temu przybyli w te regiony, a już wplątali się gęsto w miejskie tajemnice i intrygi, próbując znaleźć swoje miejsce w tym świecie. Stojan Zlatnosŭrtski, znawca magii i główna nadzieja w konfrontacji ze złem Wiecznego Lasu. Wśród podróżnych była również Konkordia "Kora" Havlíkova – szlachcianka, która mimo swej płci i podeszłego wieku stale potrafiła znaleźć się w centrum wydarzeń. Był tam także jej wnuk, Vaclaw Havlik, wraz ze swoim skromnym konnym oddziałem, służącym jako forpoczta w tej wyprawie.

Drużyna była spora. Obiecująca. Czuć było radość w mieszczanach i prostaczkach, gdy wizja wojny domowej została wyparta przez wizję świętej wojny z plugastwem… czy może raczej po prostu przez wizję wojny gdzieś dalej, poza zasięgiem wzroku, poza miastem, niezależnie od powodu. Ważne, że przywróci to namiastkę stabilności w mieście, które wciąż trochę będzie musiało wyczekać, nim bramy zostaną rozwarte, porty odblokowane, a zarekwirowane statki kupieckie – zwrócone. Nim wróci normalność, handel, dobrobyt.

A póki co licho nie śpi. Tajemniczy zamachowiec mógł być wszędzie. Mógł zostać w mieście, mógł z miasta się wydostać. Wszak strażnicy z bramy, wypytani o to, kto opuszczał miasto w dzień zamachu, stwierdzili, że zauważyli kilka osób noszących barwne ubrania. Nie rzucali się jednak bardziej w oczy – wyglądali bardziej na kupców z towarami szukającymi innego rynku zbytu, a nie na uzbrojonych wojowników szukających kolejnych ofiar.

Wróg nosi wiele twarzy. A teraz, poza murami miasta, należało mieć oczy z tyłu głowy. Nie tylko ze względu na elfa-zamachowca, ale też ze względu na sam Wieczny Las i jego siły, które nabierały na znaczeniu wraz z każdym krokiem, jaki wykonywało się w jego kierunku. A dzień ten był jeszcze młody. I zapowiadało się, że sporo kroków zostanie tego dnia zrobionych.
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 09:17   

Cytat:
"Zadaniem inkwizytorów nie jest tylko likwidacja zagrożenia. My walczymy o duszę i zbawienie tych ludzi, którzy pobłądzili: heretyków, wiedźm, czarowników. Ich zabicie byłoby jedynie aktem zemsty oraz skądinąd rozsądnym, aktem ochrony bogobojnych obywateli. Natomiast ich nawrócenie jest nie tylko świadectwem Bożej Łaski, lecz również wzmocnieniem Królestwa Bożego, a osłabieniem domeny Szatana. "

Z cyklu “Ja, Inkwizytor”

Jacek Piekara


Cytat:
"(...)Komu zależy na pokoju
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem
Wygra, kto się nie boi wojen
I tak rozumieć trzeba Jałtę"

Jałta

Jacek Kaczmarski


(fragmenty osobistego dziennika Erestora Carcharoth)



3 dzień Arros 380, Vukove Jamy


Minęło trochę czasu od mojego ostatniego wpisu. Nie dziwne po tym co się działo. Dopiero dziś wieczorem miałem chwilę, by zebrać myśli i co ważniejsze możliwość przelać je na papier. Przez ostatnie dni wraz z panią Konkordią i jej świtą poszukiwaliśmy tajemnic ukrytych w prastarej puszczy. To co odkryliśmy budzi moje przerażenie i odrazę. W sercu lasu ostało się jedno z przeklętych Drzew Życia, wokół którego na domiar złego powstała heretycka konfraternia. Sam Astarion skierował nasze kroki do puszczy, byśmy obnażyli światu jej mroczne sekrety. Odkrycie prawdy wiele nas kosztowało. Wyklęte Drzewo Życia wysłało przeciw nam swoje sługi, abyśmy nie zdołali opuścić lasu. Zarówno fauna jak i flora zwróciła się przeciw nam. A wszystkim tym orkiestrował zły duch zwany gajowym. Stwór ożywiony dzięki bluźnierczej magii zdawał się niewzruszony na żelazo i ogień, jednak moc dana mi przez naszego Pana pozwoliła mi spętać zło. Z pomocą Samego Astrariona Mistrza pokonaliśmy wszystkie przeciwności! Przetrwaliśmy i zbiegliśmy z przeklętego lasu. Jednak nasze zwycięstwo musieliśmy słono okupić. Mag Tikhomir oraz woźnica Igor syn Igora zostali mocno poharatani. Zwłaszcza czarodziej wyjątkowo boleśnie doświadczył kłów i pazurów opętanych wilków, a tylko dzięki jego magii udało się nam nawigować w magicznej mgle zsyłanej przez gajowego. Dodatkowo te wszystkie wydarzenia bardzo źle się odbiły na stanie umysłowym Štěpána Adamčeka, którego z nieznanego mi powodu wyjątkowo mocno prześladował duch lasu. Koszmar jaki doświadczyliśmy w lesie jeszcze bardziej rozchwiał umysł biednego Štěpána. Czerpiąc siłę z naszej wiary zdołaliśmy opuścić las. Nie sposób opisać naszej ulgi, gdy linie drzew zastąpiły pola i łąki. Pozostało zanieść wieści o naszym okryciu do zakonu Ordo Æternus Bellum. Sam spisałem wszystko czego doświadczyłem w lesie z kronikarską skrupulatnością, by nie zatarło się w ulotnej myśli…

Pod wieczór tego dnia dotarliśmy do Vukowych Jam, które dzięki wysiłkom mieszkańców z mozołem podnosiły się po ataku łupieżczej bandy krasnoludów. Widok osady dźwigającej się po kryzysie pokrzepiało serce, bowiem nawet po największej nawałnicy, w końcu wychodzi słońce. Zatrzymaliśmy się na dworze rodu Zamlinškich, który mimo problemów z krasnoludami ciężył się opinią jednego z najważniejszych i najpotężniejszych rodów w rejonie. Na dziedzińcu powitał nas sam Joakim Zamlinški. Pani Konkordia z wielkim zapałem opowiedziała naszemu gospodarzowi o naszych perypetiach w lesie, mimo moich sugestii, by lepiej nie rozsiewać wiedzy o Drzewie Życia. Obawiam się, że wiedza o tej herezji może wywołać niepokoje i zagrozić innym, zważywszy jak bardzo wrogie siły stary się nas zatrzymać. Moje argumenty jednak nie docierały do pani Konkordi, tym dziwniejsze, że swoimi słowami mogła narazić swoją rodzinę. Następnie przetransportowaliśmy rannych do lecznicy. Udzieliłem pomocy fleczerowi przy zmianie opatrunków. Wyglądało na to, że ranny Igora szybko się zasklepiają. Nasz Pan nie poskąpił woźnicy zdrowia i wytrzymałości. Niestety stan Tikhomira był znaczniej poważniejszy, nie był już zdolny do samodzielnej podróży. Na szczęście Pani Konkordia dysponowała wozem. Bardzo zdziwiło mnie podejście szlachcianki do czarodzieja – jej uwagę zaprzątało głównie użyteczność maga, a nie jego stan. Jak bardzo nie korespondowało to z tym co pokazywała wcześniej. Zniknęła gdzieś ciepło i empatia, zastąpione chłodnymi kalkulacjami. Umysł pani Konkordi zaprzątało nie to jak pomóc magistrowi, tylko w jaki sposób zastąpić go w dalszej wyprawie. Bardzo mnie to zaskoczyło, tym bardziej, że bez pomocy Tikhomira nie dane byłoby nam pokonać magicznej mgły chroniącej las. Po zajęciu się kwestią rannych udaliśmy się na kolację zorganizowaną przez panią Adelę. Po tych wszystkich wygodach jakie naraziła nas podróż przyjemnie jest powrócić do cywilizacji. Jakże cudownym doświadczeniem nagle jawi się ciepła kąpiel, parująca strawa, puchar winna i kulturalna rozmowa. Przy kolacji poruszono wiele tematów, obie szlachcianki chętnie wdały się w rozmowę. Na początku poszły sprawy rodzinne, trudno się było w tym rozeznać, jeśli nie należało się do rodu. Havlikovie to spora rodzina szlachecka z szerokimi konotacjami. Okazało się, że na dworku gościła schorowana wnuczka pani Konkordii – Klara. Obie panie podjęły decyzję o powrocie Klary do siedziby rodowej Havlików. Następnie temat zszedł na wojnę domową, pod naszą nieobecność okazało się, że siły południa oblegają Dimitrową Wolę, a sam front przesunął się za rzekę Sivą. Moje serce ubolewa, że konflikt przybiera na sile, a bracia w wierze przelewają własną krew. Pani Adela poprosiła mnie również o skomentowanie stanowiska zakonów, w sprawie wojny domowej. Jasno dałem do zrozumienia, że zarówno mój Zakon Evgenitów jak i zakon Ordo Æternus Bellum zobowiązane są zachować neutralność w sporach politycznych i nieść pomoc wyznawcą Astariona Mistrza stosowną do proweniencji zakonu. Spytany o moje osobiste zdanie, odpowiedziałem, że należy zaufać decyzją patriarchy jako boskiemu pomazańcowi, a wszelkie spory rozstrzygać w sądzie, a nie na polu walki. Samo rozpoczęcie walk przeciw sobie stawia nasz lud Erxen bliżej barbarzyńców niżli oświeconych sług Naszego Pana… Kolejną sprawą omawianą przy stole była kwestia morderstw zakonników przez Pawła i Anhelma, którzy onegdaj należeli do orszaku alchemiczki. Zła sława przylgnęła już do pani Konkordii i gawędź zaczęła mówić, że mordercy byli na jej usługach. Szlachetna dama natychmiast to zdementowała, a ja sam poświadczyłem, że sąd orzekł, iż mordercy działali na własną rękę wbrew woli pani Havlikowej. Pani Adela wysnuła również tezę, że Anhelm w tedy działający jeszcze z Eleasem po pokonaniu bandy łupieżców, przywłaszczyli sobie część zrabowanych skarbów w tym pamiątkę rodową – wisior z awenturynem. Słyszałem już wcześniej o tym artefakcie pochodził z okresu wojen z krasnoludami – był trofeum zdobytym na krasnoludzkim dowódcy podarowanym rodowi Zamlinškich za wkład w zwycięstwo. Wisior ponoć miał mieć też magiczne właściwości. Nic dziwnego, że zaginięcie tak cennej pamiątki budziło taki niepokój wśród naszych gospodarzy. Niestety los medalionu pozostawał nieznany... Kolejny temat wyszedł od pani Konkordii i przysporzył mi sporo troski i wątpliwości, chodziło o możliwości wykorzystania mocy Drzewa Życia jako źródła magii i potężnych integracji magicznych. Sam nie wiem czemu uczona kobieta snuje takie dywagacje i to przy członkach swojej rodziny. Nie pierwszy już raz źródło komponentu nie budziło obiekcji alchemiczki, jeśli tylko miało stosowne właściwości. Och Astarionie to się ociera o herezję! Nawet dla prostego chłopa jest oczywiste, że wszystko co pochodzi od Drzewo Życia jest złe i korumpuje. To powinno być jasne zwłaszcza dla kogoś kto zdobył tak rozległą wiedzę jak pani Konkordia! Oczywiste skarciłem szlachciankę i wyjaśniłem jak wielkie jest ryzyko korzystania z tej wyklętej mocy. Zastrzegłem też wiekowej matronie, by więcej nie snuła takich dywagacji. Moje wątpliwości co do pani Konkordii narastały co raz bardziej, od czasu tego przerażającego momentu, gdy w mojej obecności podważyła dogmaty naszej Świętej Wiary. Co ja powiem Komturowi… Astarionie dopomóż tak kobieta przekracza wszelkie granice! Po kolacji zamieniłem jeszcze parę słów ze Štěpánem, z którym dzieliłem pokój. Wspólna modlitwa i słowa otuchy zdołały pokrzepić na chwilę mężczyznę, jednak wydarzenie w lesie na zawsze odbiły się na jego psychice. Štěpán wyznał mi, że panicznie lęka się tego lasu i kryjącego się w nim gajowego oraz pragnie powrócić do domu. Dobry Asterionie daj ukojenie jego duszy. Spełniwszy swoje obowiązki w końcu mogę odpocząć, po raz pierwszy od wielu dni w prawdziwym łóżku…
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 11:12   

4 dzień Arros 380, Samsjetvki


Tego dnia odbiliśmy podróż do wioski Samsjetvki przy której znajduje się siedziba rodu Havlików. Transport rannego Tikhomira i chorej Klary nastręczał sporo problemów, na szczęście pani Konkordia dysponowała wozem, dzięki czemu byliśmy wstanie ich przewieść względnym komforcie. W oddali na samotnej skale dostrzegliśmy dumnie w znoszący się klasztor Zakonu Braci Leczący. Odczuwam wielką radość widząc na horyzoncie pobliski Monastyr Zakonu Evgenitów wznoszący się na Świętej Skale, po której stąpał Nasz Pan Asterion. Poprosiłem szlachciankę byśmy udali się to tego świętego miejsca i to nie tylko, by doświadczyć wielkiego przeżycia duchowego jakim z pewnością jest przebywanie w tym Świętym Miejscu. Monastyr jest jednym z niewielu miejsc, gdzie można zabezpieczyć informację, które zdobyliśmy w lesie bez obawy, że heretycy wyciągnął po nie swe plugawe dłonie. Kolejnym powodem była pokaźna biblioteka będąca w posiadaniu moich braci, tam z pewnością odnajdziemy informacje na temat tego z czym przyjdzie nam się mierzyć. Miałem też jeszcze jeden mniej oczywisty powód, chce skonsultować przypadek pani Konkordii z uczonymi w piśmie. Pamiętne bluźniercze słowa, które padły z ust wiekowej szlachcianki, nie pozwalały mi spocząć. Muszę mieć pewność przed rozmową z komturem, że pani Konkordi wciąż można pomóc i naprowadzić na właściwą drogę…

Wiosce przywitało nas sporę poruszenie, wielu chłopów zebrało się wokół zajazdu przeznaczonego dla pielgrzymów. Prości ludzie poprosili nas o pomoc, okazało się, że znaleziono chłopca w lesie w ciężkim stanie. Zwykła elfia przyzwoitość mówi, by nieść pomoc innym, jeśli jesteśmy w stanie, do tego jest to moją powinnością jako brata zakonnego Evgenitę, dlatego bez namysłu się zgodziłem. Zdarzyła się rzec, którą ciężko mi pojąć. Pani Konkordia nie wydała się zainteresowana rannym chłopcem ani nie chciała nawet sprawdzić co może mu dolegać. Do tej pory alchemiczna sprawiała wrażenie osoby empatycznej, które chce pomagać innym bezinteresownie. Jej dzisiejsze zachowanie temu przeczyło. Jak by jest srebrne słowa były fasadą, za którą ukrywa swoje prawdziwe oblicze… Kolejna rysa jaką dostrzegłem w tej starszej kobiecie, moje wątpliwości rosną. Cóż może to tylko efekt przemęczenia i przeżytego niedawno koszmaru… Sam już nie pojmuje. Pani Konkordia zostawiła mnie samego, bym zajął się dzieckiem, a sama ruszyła na swój dwór, by Klara mogła odpocząć. Zająłem się natychmiast chłopcem, całe ciało miał w sińcach, otarciach i drobnych skaleczeniach. Wyglądało na to, że młodzieniec biegł przez długi czas boso przez las, jego życiu nic nie zagrażało. Wszystko wskazywało na wyczerpanie zbyt dużym wysiłkiem. Skrupulatnie obmyłem jego rany i zabandażował. Teraz zostało mu teraz odpocząć i nabrać sił.

Tego wieczora spotkała mnie miła niespodzianka, osoby, które uratowały chłopca okazali się moi dawni podopieczni Svetlana Vladić i Peter Kostov. Parędziesiąt lat temu zostałem poproszony przez ojca Svetlany, bym został guwernerem jego córeczki przy okazji również zajmując się Peterem potomkiem zaprzyjaźnionego z Vladiciami rodu. Miałem okazję uczyć ich historii, literatury, etykiety, języków i oczywiście podstaw Naszej Świętej Wiary. Praca z dziećmi potrafi nastręczyć sporo problemów, zwłaszcza jak są tak rezolutne i ciekawskie jak ta dwójka. Szkoda, że w życiu nie borykamy się tylko z takimi problemami… Svetlana wyrosła na piękną młodą kobietę, a jej kwiecisty sposób wypowiedzi i nienaganne maniery świadczyły, że pobierane nauki nie poszły w las. Peter wyrósł na silnego młodzieńca o nieco nieokrzesanej naturze, nad czym ubolewam choć zdałem wpoić mu nieco zasad o zachowaniu się w towarzystwie. Panienka Svetlana wyruszyła w podróż do Histogradu, by pozyskać sojuszników i wpływy dla swojego rodu, zaś Peter pełnił rolę jej przybocznego, w tak niespokojnych czasach lepiej, by dama nie podróżowała bez ochrony. Moja podopieczna jak zawsze wykazuje się wielkimi planami i ambicjami chcąc w przyszłości przejąć schedę po ojcu, choć obawiam się, że ich spełnienie w świecie, gdzie dziedziczy się po mieczu może być bardzo trudne. Moje przyjacielskie sugestie o poszukaniu odpowiednie kandydata na męża, Svietlana zbyła śmiechem, twierdząc, że nie nadszedł jeszcze na to czas. Serce starego elfa raduje się na widok podopiecznych, którzy dojrzali i wyrośli. Korzystając z okazji wspólnie zasiedliśmy do wieczerzy przy jednym ze stolików w karczmie wymieniając się opowieściami ze szlaku i wspominając dawne czasy. Dołączył do nas również magister Ruaidhrí biegły w algebrze, matematyce, inżynierii jak i magii. W tak doborowym towarzystwie miło spędzało się czas. Obiecałem zebranym poznać ich z panią Konkordią, jako, że wszyscy mieliśmy na sercu los chłopca, z którym teraz należy postanowić co uczynić oraz zamiar udać się na pielgrzymkę na Świętą Skałę, ale także ze względu na konotacje wielkich rodów ze sobą. Z pewnością dobrze wyjdzie dla Svietlany poznanie matrony jednego z rodów bojarskich. Wdzięczni za pomoc chłopi pozwoli zatrzymać mi się w karczmie nie żądając za to zapłaty. Cóż za dobrzy ludzie. Ten dzień pozwolił mi zapomnieć o okropnościach jakie działy się w lesie.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 11:28   

5 dzień Arros 380, Zakon Evgenitów na Świętej Skale


Poranek tego dnia zaczął się od wypełniania obowiązków. Doglądałem stanu chłopca i zmieniłem mu opatrunki. Z ulgą mogłem stwierdzić, że gorączka ustąpiła. Chłopiec w końcu się przebudził wzywając matkę. Z pomocą Svetlany udało się uspokoić dziecko i porozmawiać z nim. Dowiedzieliśmy się, że nazywa się Slaven, niestety nie pamiętał, jak nazywa się jego wioska, jedyne co, że była położona przy lesie i rzece. Wraz z moją uczennicą dowiedziałem się również, że wioska rządził barczysty brodaty mężczyzna, który na tarczy nosił znak psa biegnącego przez zielone wzgórza na żółtym polu. Niestety ani ja, ani Svetlana nie rozpoznaliśmy tego herbu. Z opisu wyglądu rodziców chłopca doszliśmy również do wniosku, że musiał mieć domieszkę krwi elfów. Pozyskaliśmy z opowieści chłopca najwięcej informacji, ile mogliśmy i ruszyliśmy na spotkanie z panią Konkordią.

Przyjęcie na dworze Havlików, nie do końca poszło, tak jak myślałem. Towarzystwo rodziny ewidentnie Pani Konkordi służyło i na chwilę mogła zapomnieć o troskach i koszmarnych wspomnieniach z lasu. Zgodnie z etykietą przedstawiłem moich dawnych podopiecznych Svetlane i Petera, reakcja matrony rodu Havlików była bardzo oschła. Pani Konkordia czyniła uszczypliwe uwagi nawiązując do dawnego sądu, że powinna uważać na ludzi przyjmowanych do swojego orszaku. Cóż za nietakt, porównywać szlachetnie urodzonych z podejrzaną dwójką wagantów Anhelmem i Pawłem, zwłaszcza, że osobiście za nich poręczyłem i przedstawiłem. Wyglądało to jak policzek wymierzony w moją osobę, nie podejrzewałem pani Konkordii o taką małostkowość i złośliwość… Svetlana nie należała może do rodu bojarskiego, ale wciąż ród Vladić cieszył się dużą estymą. Nie powinna być tak przyjęta… Cóż za wstyd, chyba sam poczerwieniałem z zażenowania. Po tej nieszczęsnej audiencji rozmawiałem jeszcze z byłą uczennicą. Svetlana nie winiła mnie za te faux pa i przekonywała mnie, że zachowanie pani Konkordi świadczy tylko i wyłącznie o je kulturze czy raczej jej braku. Panienka Vladić przekonywała mnie, że uczyniłem ze swej strony wszystko czego wymaga etykieta. Svetlana z pewnością wyrosła na mądrą i wrażliwą kobietę. Młoda dama uświadomiła mnie również, że pani Konkordia nie okazuje mi również szacunku należytego osobie duchowej, choćby zwracając się do mnie wprost po imieniu. Opowiedziałem mojej uczennicy po krótce o sprawie w jaką uwikłana była wiekowa szlachcianka i postanowieniu sądu, który nakładał na nią kuratele w postaci mojej osoby. Pani Konkordia wielokrotnie dawała upust swojemu niezadowoleniu z powodu przydzielenia mojego dozoru. Zdaje się, że zbyt pobłażliwie do tego podchodziłem, gdyż wielokrotnie zachowanie pani Konkordi godziło w moja osobę, ale też uderzało w powagę zakonu jaki reprezentuje. Nie powinienem do tego dopuszczać, za bardzo skupiłem się na posłudze zapominając, że również reprezentuje zakon… Podczas rozmowy z alchemiczką poruszyliśmy również sprawę Slavena. Pani Konkordia rozpoznała herb jaki nam podał chłopiec, należał do rodu Izaplamińskich z Grudzic. Grudzice ulokowane były przy rzece w towarzystwie lasów, co też pasowało do opisu chłopca. Problem było to, że ta wioska była wiele kilometrów stąd, nawet jeśli Slaven uciekał przed jakimś zagrożeniem był to gigantyczny wysiłek dla dziecka. Choć nie tak zaskakujący jak wyczyn młodego Eleasa, który podczas ataku Strażnika wraz siostrą zbiegł z jednej chory do drugiej. Do dziś zachodzę w głowę jak to jest możliwe. Ewidentnie Nasz Pan musiał czuwać nad tymi dziećmi. Żałuje tylko, że tak późno dowiedziałem, że młodzi Empusowie przetrwali, może zdołam bym wtedy jakoś odmienić ich los… Pani Konkordia nie widziała w ocaleniu chłopca cudownej interwencji opaczności, tylko wręcz działanie przeklętych sił Drzewa Życia, nie dostrzegłem żadnych przesłanek świadczących za tą paranoidalną teorią. Alchemiczka nie chciała mieć nic wspólnego z tym niewinnym dzieckiem i jak najszybciej chciała pozbyć się balastu, kierując opiekę nad nim na mnie i Svetlane. Taki brak empatii i współczucia kład się długim cieniem na jej dobrodusznym wizerunku. Trudno było mi uwierzyć, że to ta sama osoba, która pochylała się nad losem dotkniętego klątwą Headwyna czy schwytanych orków. Zacząłem wątpić w postawę pani Konkordi, wszystkie jej działania zawoalowane były pod płaszczem utkanym z jej srebrnych słów. Nie potrafię dostrzec w tej pajęczynie zręcznych słów co jest tak naprawdę prawdą. Czy całe to pozorne współczucie to tylko ostrze wymierzone w działania zakonu, które stało w sprzeczności z planami alchemiczki? Już sam nie potrafię się w tym rozeznać. O Astarionie dodaj mi mądrości wprowadzonym osądzie, tak wiele od niego zależy… Matrona Havlików doradziła nam jeszcze co podawać chłopcu, by nabrał sił. Uradziliśmy razem, że nie jesteśmy wstanie bezpiecznie zabrać chłopca do Grudzic, gdy trwa wojna domowa, a poza tym los kierował nasze kroki do Histogradu. Jedyne co mogliśmy w tej chwili zrobić dla Slavena zapewnić mu opiekę poprzez oddanie do sierocińca Braci Leczących w monastyrze. To rozwiązywanie przypadło do gustu Pani Konkordii…

Po zakończeniu audiencji i posileniu się, zebraliśmy się do wyruszenia na Świętą Skałę. Na szczęście dla wiekowej szlachcianki droga na szczyt wzgórza była brukowana i pozwalała na wjazd wozu. Kamienny kościół ulokowany na wzgórzu dumnie wspinał się ku niebu, na świadectwo potęgi Naszego Pana i siły Naszej Wiary. Kamienne mury monastyru są solidne i wytrzymałe tak jak podwaliny Naszej Świętej Wiary. Serce wrasta a ten pokrzepiający widok. W bramach zakonu przywitał nas akolita Tikomir, którego zdążyłem poznać podczas moich własnych pielgrzymek. Brat zakonny pomógł nam zająć się wozem i z radością przyjął Slavena do klasztornego sierocińca. Udało się nam dokonać dobrego uczynku. Po oporządzeniu się po podróży, przypadł mi zaszczyt oprowadzenia zebranych po monastyrze. Wielką radością opowiedziałem historie powstania klasztoru i przypowieść o Wniebowstąpieniu Astariona Mistrza. Powagę moich słów podkreślało piękno wnętrza klasztoru – komnata zdolna pomieścić stu pielgrzymów w której znajdował się główny ołtarz, pozbawiony może wielkomiejskiego przepychu jednak budzący podziw poprzez prostotę i kunszt wykonania drewnianych ikon świętych. W tym świętym miejscu czuć, jak obcuje się ze świętymi i Samym Panem. Satysfakcją muszę stwierdzić, że aura tego miejsca zrobiła wrażenie na moich towarzyszach wzbudzając ich do modlitwy i zadumy, sama Pani Konkordia choć znała doskonale klasztor ze względu na bliskość jej dworu również pogrążyła się w zadumie i refleksji. Serce wrasta, gdy niezależnie od poglądów i statusu mieszkańcy Erxen jednoczymy się w modlitwie do Naszego Pana. Sam skłoniłem głowę i uklęknął przed ikoną Świętego Simeona, modląc się za dusze bestialsko zamordowanych zakonników oraz o nadejście pokoju w naszym kraju.

Po modlitwie udałem się na rozmowę z Archimandryta Kristoforem Čekić. Wiekowy Archimandryta przewodził Zgromadzeniu Braci Leczących na Świętej Skale i był doktorem nauk teologicznych również biegły w tajnikach magii. Możliwość rozmowy i obcowania z tak świętym i uczonym mężem to dla mnie wielki zaszczyt. Po wymianie uprzejmości z Ojcem Przełożonym przeszedłem do spraw najważniejszych naszych odkryć w sercu lasu. Skrupulatnie opowiedziałem Archimandrycie czego doświadczyłem i co zaobserwowałem w podróży, a także przekazałem na jego ręce odpisy sporządzonych przeze mnie traktatów na temat samodiw, wodników i przede wszystkim dotyczącego Drzewa Życia. Wielebny bardzo zmartwił się słysząc o szerzącej się nieopodal herezji i pokrzepił moje serce słowami, że Sam Pan Nasz Astarion kieruje naszymi krokami, by w końcu na zawsze wyrugować przeklęte Drzewa Życia z lasów Erxen. Odczułem wielką ulgę i poczucie niewielkiego zwycięstwa po przekazaniu tych jakże wrażliwych informacji Ojcu Przełożonemu. Heretycy ponieśli klęskę ich tajemnice zostały ujawnione i zabezpieczone w bastionie naszej wiary. Nawet jeśli nam coś się stanie po drodze do stolicy to tajemnica została okryta i prędzej czy później herezja zostanie zniszczona. Chwalmy Astrariona! Poprosiłem również Wielebnego o udzielenie zgody na korzystanie z bibliotek klasztornych dla naszej wyprawy. Otrzymałem zgodę, jeśli będę obecny przy prowadzonych badaniach. Niestety Szacowny Archimandryta nie zgodził się na przyjęcie gości spoza zakonu na noc. Prawo naszego zakonu jest jasne, że osoby świeckie nie mogą pozostawać w murach monastyru po zmroku. Pokornie skłoniłem głowę przed decyzją Ojca Przełożonego i tak dostąpiliśmy wielkiej łaski zostając dopuszczonym do klasztornego księgozbioru. Na koniec omówiłem z Wielebnym sprawę pani Konkordi. Staranie wyłożyłem Świątobliwemu Mężowi wszystkie moje obawy dotyczące wiekowej szlachcianki, nie pomijając żadnego szczegółu. Wielebny wielce się zasmucił stanem duchowym szlachcianki i stwierdził, że pani Havlikova jest nietypową kobietą o osobliwych poglądach przekona o własnej słuszności. „Ci którzy błądzą w szarości poranka są przekonani, że kroczą w świetle dnia.” – Podsumował pięknie swój wywód Czcigodny Archimandryta. Myśli Ojca Przełożonego są jak zawsze wzniosłe i nacechowane filozofią, wielka to łaska móc z nimi obcować. Wielebny zauważył również, że ród Havlików oddalił się przez ostatnie lata od Naszej Świętej Wiary skupiając się bardziej na karierach wojskowych. Te słowa są niepokojące… Po rozmowie Archimandryta wezwał do siebie panią Konkordie, by osobiście przekonać się o jej poglądach i móc wyrazić dokładną opinie. Czekałem w kamiennych korytarzach monastyru z dobrą świecę. Powoli zacząłem się denerwować, czy szlachcianka nie powiedziała nic obrazoburczego Czcigodnemu Ojcu. Pozostało mi tylko ufać, że dochowa przysięgi jaką złożyła w mojej obecności w przeszłości wyrzekając się herezji. W końcu Alchemiczka opuściła komnatę Archimandryty, wyglądała na zmęczoną i przygniecioną życiem. Wyglądało na to, że rozmowa nie była prosta. Szanowny Wielebny wezwał mnie do siebie i przedstawił swoją opinię na temat matrony rodu Havlików. Wedle słów Archimandryty pani Konkordia była kobietą o sporym bagażu życiowym, najpierw ciężka choroba męża, a potem wnuczki, a także jej samej. Te słowa dały mi wiele do myślenia. Jak by się nad tym zastanowić alchemiczka stosuje ogromną ilość pudru – jakby stara się pod nim coś ukryć. Czyżby właśnie zmiany chorobowe… To tego stan fizyczny matrony jest znacznie gorszy niż można spodziewać się po jej wieku, praktycznie wszędzie porusza się za pomocą wozu. Aż dziwne, że wcześniej tego nie zauważyłem. Starsza kobieta własną chorobę skrywa głęboko pod uporem i dumą. Według słów Czcigodnego Opata to te ciężkie doświadczenia pani Konkordi zahartowały ją, zmuszając by zawsze wszystko miała pod kontrolą i samotnie stawała przed przeciwnościami losu, działając niemal po trupach do celu. Matrona rodu Havlików z własnej inicjatywy poczęła uczyć się sztuki alchemii nie mając konkretnego mistrza, z tego powodu posiadła rozległą wiedzę tej dziedzinie, ale zaniedbała inne nauki, w tym filozofie i teologie. To właśnie brak elementarnej znajomości filozofii i teologii sprawił, że kompas moralny pani Konkordii, jest wypaczony i wskazuje jej rozwiązania niezgodne z Naszą Świętą Wiarą. Kierowanie się alchemiczki jedynie filozofią naturalną odsunęło ją od Praw Wiary i pchnęło na drogę kwestionowania ich podwalin, a także ośmieliło do podważania działań zakonu Ordo Æternus Bellum. Archimandryta uważa jednak, że dla pani Havlikovej nie jest jeszcze za późno i potrzebuje kogoś kto wskaże jej drogę do światła, by przestała kroczyć w półmroku. Czcigodny Wielebny uważa, że tymi osobami jest jej siostra należąca do żeńskiego zakonu i moja osoba, która już zdoła wywrzeć na nią pewien wpływ. Te słowa napełniły mnie dumą z dobrze prowadzonego zadania duszpasterstwa, ale też uświadomiły mi wagę i trudność zadania, jeśli pani Konkordia nie odtworzy się na światło Astariona to pogrąży się w mroku, a jej dusza będzie stracona. Postanowiłem, że dalej będę starał się prowadzić tę starą kobietę Ku Wiekuistej Światłości Naszego Pana, nie jest to jednak droga łatwa przez jej upór i dumę. Poprosiłem o Ojca Przełożonego o wyrażenie swojej opinii na piśmie, ale uznał to za zbyteczne. Archimandryta stwierdził, że w sprawach wiary mówimy jednym głosem i nie potrzebuje żadnych papierów by to udowodnić. Taki dowód zaufania do mojej skromnej osoby to wystarczająca nagroda. Dawno nie czułem takiej dumy i spełniony z obranej przeze mnie ścieżki. Chwalmy Astariona powiem w nim możemy odnaleźć siebie!



Następnie po zakończonej rozmowie z Czcigodnym Archimandrytą spotkałem się ponownie z panią Konkordią i Svetlaną. Niestety mimochodem moja była uczennica usłyszała zmianki o Drzewie Życia i duchu króla Bielisława. Wynikało to niestety z niedyskrecji alchemiczki, która zdaje się powzięła sobie za cel opowiedzieć o tym każdemu kogo tylko napotka, a ja niestety po udzieleniu paru upomnień nie miałem już siły czas zwracać na to uwagi. Cóż za brak odpowiedzialności. Wszyscy słyszymy o skłonności babuleniek do plotkarstwa, ale to już przesada... Niechciałem obarczać Svetlany tak niebezpieczną wiedzą, pamiętając na jakie ryzyko byliśmy narażeni w lesie. Ostrzegłem moją byłą uczennice jakie ryzyko może nieść ze sobą zaangażowanie w naszą sprawę, mimo to postanowiła nam pomóc nie oczekując nic w zamian. Svetlana wyrosła na bardzo uczynną i dobrą młodą damę. Z bólem serca, lękając się konsekwencji zgodziłem się na jej udział. Poza tym nie mieliśmy zbyt dużo czasu na przeszukanie biblioteki zakonnej, dodatkowa para oczu i rąk z pewnością się przyda. Osobiście zająłem się szukaniem informacji na temat odsyłania duchów, muszę z dumą stwierdzić, że poszukiwania były bardzo owocne. Podstawą w odsyłaniu duchów w zaświaty jest zerwanie więzi, która łączy ich z planem materialnym. Niestety zerwanie takich więzi wyzwala potężne pokłady energii magicznej, która może być niebezpieczna zwłaszcza w przypadku długoletniego przywiązania duszy do świata żywych. Księgi zalecają zabezpieczyć się przed tym poprzez użycie magii ochronnej. Dusza uwolniona sama może opuści ten plan materialny, istnieje jednak ryzyko, że może być temu niechętna i może próbować pozostać na planie materialnym. Jeśli duch posiada wystarczająco dużo sił i mocy może przeciwstawić się naturalnym prawą w efekcie pozostając pośród śmiertelników i mogąc na nich wpływać. Jeśli duch ma być odesłany w zaświaty wbrew swojej woli, to potrzeba kogoś o wystarczającej sile magicznej, by wymusić to na duchu, najlepiej specjalista od magii przestrzeni i wymiarów. Doświadczeni egzorcyści sugerują, by zawczasu przygotować zaklęcie pułapkę na ducha, jeśli spodziewamy się, że po zerwaniu ciemiężącej więzi, byt będzie próbował pozostać na planie materialnym. Odpowiednio spreparowane zaklęcie pułapka pomoże odesłać ducha do krainy zmarłych. Svetlana z kolei szukała informacji na temat króla Bielisława, z dumą muszę przyznać, że wywiązała się z zadania znakomicie. Informacje, które pozyskała moja uczennica były bardzo niepokojące. Bielisław znany był ze swoich czarnoksięskich praktyk, potrafił siłą umysłu naginać innych do swojej woli. Co gorsze o zgrozo, dawny król ponoć miał mieć konszachty z samym Strażnikiem i prześladować wyznawców Naszej Świętej Wiary. Tyran ponad wszystko pragnął stać się nieśmiertelnym. Kroniki natomiast milczały o tym jak zmarł król. Słuchając relacji Svetlany o tym wszystkim aż włos jeżył się mi na karku. Tyle zła i okropieństwa wyrządzonego przez jedną osobę. Niech Astarion ma nas w opiece. Duch Bielisława z pewnością nie zechce spokojnie odejść w zaświaty. Czeka nas ciężka przeprawa. Astarionie dopomóż nam! Nawet wyznawczy Drzewa Życia ostrzegali nas przed tą istotą! Jak zepsuty musi być duch króla, jeśli nawet heretycy się go obawiają? Niestety poszukiwania pani Konkordii spełza na niczym dzisiejszego dnia i nie udało się jej odnaleźć nic na temat Drzew Żyć. Zaczęło zmierzchać i musiałem odprowadzić moich towarzyszy do bram klasztoru zgodnie z życzeniem Ojca Przełożonego. Po pożegnaniu udałem się na wieczerze razem z mnichami z klasztoru. Moi Bracia jak zawsze byli gościnni, a strawa nie była co prawda wykwintna, ale jak zawsze pożywna i smaczna. Po wieczerzy jeszcze raz udałem się do biblioteki wznawiając poszukiwania. Astarion czuwał nade mną, gdyż odnalazłem informacje do których pani Konkordia nie dotarła. Drzewa Życia tak jak podejrzewałem są potężnym pasywnym rezerwuarem magicznych mocy, z którym można połączyć duszę w bluźnierczych rytuałach. Prawdopodobnie podobnego efektu można użyć za pomocą siły magicznej zmuszając Drzewo Życia do posłuszeństwa, jednak tym przypadku brak opisanych przykładów i stanowi to raczej dywagacje autorów na ten temat. Czerpiąc moc z Drzewa Życia można wpływać na innych, a nawet ich spętać. Samo w sobie magiczne drzewo jest bezbronne, ale zapewne związane z nim istoty będą go bronić. W walce z urokami drzewa życia z pewnością pomoże magia defensywna. Same zaś Drzewa Życia mają być podatne na ogień i mogą być rozrąbane zwyczajnymi siekierami, doświadczeni inkwizytorzy polecali zastosować uświęcone oleje do spalenia drzewa. Te informacje z pewnością pomogą nam wyprawie do serca lasu w celu wyplenienia herezji. Mając poczucie dobre spełnionego obowiązku mogę udać się na zasłużony spoczynek. Choć nim to zrobię powinienem zdążyć jeszcze na wieczorną modlitwę.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 11:43   

6 dzień Arros 380, Samsjetvki


Noc spędzona w Klasztorze Zakonów Evgentów pozytywnie na mnie wpłynęła. Bezpieczne mury monastyru, święta aura roztaczająca się w kamiennych murach, kojący zapach papieru i atramentu… To wszystko pomogło uspokoić moje skołatane nerwy po niedawnej ryzykownej podróży w głąb lasu. Mojego spokoju nie zmąciła nawet rosnąca świadomość z jakimi siłami przyjdzie się nam mierzyć. Walka ze złem jest naszym obowiązkiem na Chwałę Asteriona Mistrza! Poranna modlitwa i wspólny posiłek z mnichami jak zawsze pokrzepia duszę i ciało. Świece po śniadaniu do klasztoru powrócili moi towarzysze jak obiecali i znów razem zabraliśmy się za przeszukiwanie starych ksiąg. Tym razem szukałem już konkretnych zaklęć mogących pomóc w rozprawie z duchem króla. I z Bożą pomocą odnalazłem dwa potężne zaklęcia, które można użyć do spętania i odesłania zjawy. Niestety znacznie przekraczały moje skromne talenty magiczne, jednak wciąż mogłem pomóc w ich rzucaniu. W Histogradzie z pewnością odnajdziemy Inkwizytora z Zakonu Braci Bitewnych albo magistra magii zdolnych posłużyć się tymi zaklęciami. Cały dzień zeszło mi na mozolnym przepisywaniu czarów spisanych w starożytnych językach, każdy błąd byłby fatalny w skutkach. Musiałem w pełni poświęcić się tekstowi zaklęć, na szczęście mam spore doświadczenie w pracy z tego typu manuskryptami. W tym samym czasie Svietlana potwierdziła, że król Bielisław był człowiekiem oraz znalazła dodatkowe informacje o rytuale związanym z Drzewem Życia. Kluczowe dla rytuału połączenia jest spożycie owocu z magicznego drzewa, które są zazwyczaj podobne do owoców jabłoni. Istota, która spożyje zakazany owoc wpada w bluźnierczy trans, po którym jest związana z Drzewem Życia. Sam rytuał według ksiąg nie wpływa na wygląd istoty, która zdecydowała się na ten bluźnierczy krok. W przypadku elfów konsumpcja zapewnia pozorną bluźnierczą nieśmiertelność, zaś u ludzi znacznie wydłuża długość życia. Powstała wieź nie ogranicza się do samej konsumpcji musi być utrzymywana przez praktykowanie odpowiednich rytuałów. Zniszczenie magicznego drzewa lub zabicie połączonej istoty przerywa więź. Te informacje bardzo nam się przydadzą, po raz kolejny Svetlana pokazała jak wiele wyciągnęła z nauk jakich jej udzieliłem. Spełnienie marzeń każdego nauczyciela… Pani Konkordia też nie zasypywała gruszek w popiele i odnalazła wiele przydatnych przepisów na mikstury wzmacniające. Nasze prace archiwalne trwały do wieczora i musieliśmy opuścić to Święte Miejsce. Bardzo żałuje, ale nie mogliśmy pozwolić sobie na postój w klasztorze. Nasza misja nie mogła zwlekać... Sam Archimandryta wyszedł nas pożegnać, pobłogosławił nas i życzył powodzenia w naszym zadaniu. Cóż za budujący gest.

Pod wieczór dotarliśmy do dworku Havlików położonego przy Samsjetvki, gdzie pani Konkordia przyjęła nas w gościnne. Przy kolacji omówiliśmy z gospodynią wyniki naszych prac archiwalnych. Nie dało się ukryć naszego zadowolenia, w tak krótkim czasie zebraliśmy sporo informacji. Wdałem się w długą dysputę z panią Konkordią na temat ducha króla i Drzewa Życia. Prawdopodobnie moc magicznego drzewa więzi Bielisława na planie materialnych. Zniszczenie Drzewa Życia przypuszczalnie uwolni ducha, a sądząc po jego ponurej historii nie zechce odejść z własnej woli. To by bardzo utrudniło nasze zadanie. Wydaje się, że lepszym rozwiązaniem byłoby najpierw danie Bielisławowi wiecznego odpoczynku przed rozprawą z Drzewem Życia. Szlachciankę interesowało, jak zakon potraktowałby taką propozycję. To było bardzo interesujące pytanie. Ze strony teologicznej nie istnieje stopniowanie zła, tak więc oba przypadki są równie ważne i należy je ukrócić. Działania zakonu będą zależne sposobu organizacji i planowania misji, a nie założeniami doktrynalnymi. Moja odpowiedź zadowoliła alchemiczkę, wydało mi się, że pasowało to do jej planów. Temat następnie szedł na metody działania zakonu i sprawę Headwyna. Pani Konkordia dała głośno upust swojemu niezadowoleniu, wciąż podważając sposób działania zakonu i nie uznawała nałożonego na nią i Headwyna wyroku. Obył się sprawiedliwy sąd przed obliczem Świętego Oficjum. Wnioskowałem o złagodzenie wyroku dla Headwyna podyktowane moją miłosierną naturą, szacowne grono sędziów nie znalazło jednak przesłanek do okazania litości. Dura lex, sed lex… Chodź bardzo surowy wyrok zapadł. Kim jesteśmy by powtarzać prawomocny wyrok Świętego Oficjum? Pani Konkordia nie odczuwała żadnej skruchy ani odpowiedzialności za to co miało miejsce, wciąż w swej pysze mając się za niewinną i niepowiązaną z ludźmi, których przyjęła do swojego orszaku. Próbowałem przemówić jej do rozsądku zadając jej jedno pytanie – czy brała pod uwagę, że może się mylić? Jakież było moje zdziwienie, że zamiast refleksji i zadumy nad swoimi czynami nastąpił atak. „A czy Święte Oficjum może się mylić?” – głos starszej kobiety niósł się echem po sali. Brakło mi słów jak dumnym i zaślepionym trzeba być, by widzieć błędy u wszystkich tylko nie u siebie. Alchemiczka nawet przez chwilę nie dopuszczała do siebie myśli, że sąd ma rację. To było takie rozczarowujące… Matrona potraktowała moje milczenie jako swoje zwycięstwo, choć naprawdę to było jej porażką. Coraz poważniej zaczynam wątpić, że zdołam pomóc pani Konkordi.

Przed snem udałem się jak co wieczór na modlitwę do kapliczki. Znów wzniosłem modlitwę w intencji o pokój, by ludzie i elfy opamiętali się w łasce Astariona. Wojna wciąż szaleje w Erxen, a bracia w wierze przelewają swoją krew. To przerażające… Jutro mamy wyruszyć w drogę powrotną do Histogradu. Zazwyczaj powrót do cywilizcji zazwyczaj napawa mnie radością, teraz jednak czuje lęk. Boję się co zastanę na miejscu. W mojej głowie wciąż odbijają się ostatnie rozmowa z Komturem Areonem przy naszym rozstaniu. Wielki ciężar złożono na barki Ojca, oby Astarion tak pokierował jego krokami, by spełniając swoją misję nie potrzebował sięgać po miecz. Ocal Nas Panie od zła wszelkiego! Do tego moje zadanie dobiega końca. Przez całą wyprawę obserwowałem panią Konkordię odnotowując jej słowa, uczynki i zachowania. Sam już nie wiem co sądzić… Och Astarionie wskaż mi drogę. Z jednej strony widzę chęć pomocy, dobroć i empatie, a z drugiej dumę, wręcz pychę, małostkowość i cyniczną pragmatyczność. Za zasłoną z pustych wydumanych słów nie potrafię dostrzec, która szala przechyla się bardziej. Pozostaje zdać raport z tego co doświadczyłem. Niech Astarion ujmie się za tą kobietą i wskaże jej właściwą ścieżkę.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2024-09-15, 01:47, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 12:17   

7 dzień Arros 380, Histograd


Poranek upłynął mi pod znakiem modlitwy i posługi. Po dopełnieniu modlitw na cześć Astariona Mistrza zaczął doglądać rannych: stan czarodzieja Tikhomira znacznie się poprawił, wkrótce będzie wstanie dosiąść konia; rany woźnicy Igora większości się zabliźniły; co do Stiepana choć ciało nie doznało uszczerbku to gajowy zostawił zbrojnemu blizny na umyśle, mimo moich starań człowiek wciąż panicznie lękał się tej przeklętej istoty. Stan wszystkich wyraźnie się poprawiał poza Stiepanem. Rany na umyśle trudno się goją i nie ma łatwego sposobu ich leczenia. Po spełnieniu swoich obowiązków udałem się na śniadanie na zaproszenie pani Konkordii, w której towarzyszyli nam córka gospodyni Aneska i wnuk gospodyni Bernant. Aneska podobnie do matki okazała się straszną plotkarką, a nieszczęsny Bernart zagapił się na widok przepięknej Svetlany przez co wywrócił krzesło. Moja była uczennica wyrosła na prawdziwą piękność o bladym licu i włosach złocistych jak łany zbóż, pewnie nie może się odgonić od młodzieńców dobrze, że w pobliżu czuwa Peter. Uroda Svetlany jednak blednie w porównaniu z krasną Ylsi o licu białym jak papier czerpany i burzy rudych loków okalający głowę jak płomień knot świecy, razem kontrastujące ze sobą jak świeży śnieg naznaczony karmazynem krwi. Widok piękny i straszny… Hm nie powinienem rozpamiętywać przeszłości. Z jej urody pozostał już tylko krwawy karmazyn… Przy stole pani Konkordia znów zaczęła rozpowiadać o Drzewie Życia i duchu króla. Wstyd się przyznaj, ale już nawet nie miałem siły jej powstrzymywać. Miarka się przelała, gdy alchemiczka rozpoczęła po raz kolejny tyradę przeciw zakonowi. Taką paplaniną szkodziła nie tylko sobie, ale też rodzinie. Jak można uczyć dzieci braku poszanowania do prawa i Świętego Zakonu. Natychmiast wszedłem z panią Konkordią w polemikę przypominając znaczenie i role zakonu oraz od tym, że zapadł prawomocny wyrok. Wydaje się, że nic nie dociera do tej starej kobiety. Astarionie daj mi cierpliwości.

Po śniadaniu szykowaliśmy się do drogi do stolicy. Większość spraw już dawno została uzgodniona, wystarczyło zebrać nasze rzeczy. Nim minęła świeca byliśmy gotowi do drogi. Ruszyliśmy głównym traktem prowadzącym do Histogradu. Z każdym kolejnym krokiem narastał mój niepokój i obawa co zastaniemy na miejscu. Od czasu pamiętnej rozmowy z Komturem Aeronem nie mogłem wyzbyć się czarnych myśli w głowie. W myślach modliłem się o pokój do Naszego Pana. Droga była spokojna i bezpieczna. W końcu pod wieczór do tarliśmy do bram miasta. Wrota były zamknięte na głucho, a na blankach powiewały obce sztandary, których nie rozpoznawałem. Przez chwilę myślałem, że doszło do najgorszego. Pani Konkordia zaanonsowała swoje przybycie i po upływie z ćwierć świecy wrota stanęły otworem. W tym czasie strażnicy czynili wulgarne uwagi pod adresem urody Svetlany. Cóż za prostackie i naganne zachowanie… Niespodziewanie wyszedł nam na spotkanie syn pani Konkordii Adam w raz z jej wnukiem Vaclavem. Radość i zdziwienie szlachcianki było ogromne. Okazało się Adam wraz Rumenem Kopljenikiem, który jest seniorem Svetlany, dowodzą garnizonem miasta. Nastała dosyć ożywiona rozmowa między szlachcicami, sam stałem na uboczu nie wtrącając się nie pytany. Pani Konkordia zdała relacje z przeniesienia Klary. Svetlana dopytywała o ojca, ale wiadomo niestety tylko, że ruszył z armią na północ. Ponoć front przesunął się aż po Vodenisko drugie najważniejsze miasto w chorze. Konflikt zdawał się wchodzić w finałową fazę. Okazało się też, że po ostatnich rozruchach pan Kopljenik zadecydował o zamknięciu miasta i zablokowaniu portu, co doprowadziło do napiętej sytuacji z Zakonem Wiecznej Walki, których okręt nie mógł wpłynąć do miasta. Te wieści bardzo mnie zaniepokoiły, jedyne co dobre, że nie doszło do najgorszego choć sytuacja była bardzo napięta… Pan Adam zabrał jeszcze matkę na rozmowę prywatną. Pozostali członkowie orszaku zaczęli się rozchodzić: mag Tikhomir ruszył do swojego domu na uniwersytecie, a Stiepan postanowił wybrać się do gospody żołnierskiej. Wszystko wskazywało na to, że nasza wyprawa do Wiecznego Lasu w końcu się zakończyła. Pozostało tylko spotkać się z Komturem. Svetlana wiedziona ciekawością chciała dołączyć do mnie i pani Konkordii w zakonie. Względu jednak na prywatny charakter spraw jakie będą omawiane dotyczące pani Konkordi, odwiodłem od tego pomysłu moją byłą uczennice. Po części też dlatego, że nie chciałem wplątywać Svetlany w konflikt jaki pani Havlikova popadła z zakonem. Poradziłem młodej damie porządną karczmę w miejcie i pożegnałem z nią oraz Peterem. Czekając na alchemiczkę spoglądałem w gwiazdy próbując z nich odczytać, jak mam postąpić… Pani Konkordia wróciła przytłoczona i zgarbiona po rozmowie z synem. Coś jeszcze się wydarzyło. Szlachcianka chciała szybko załatwić sprawę odkryć w lesie i była bardzo zdumiona, że chce również omówić z Komturem jej sprawę. Musiałem jej przypomnieć matronie, że zostałem wysłany z nią by ją obserwować i wydać opinie. To zdaje się jeszcze bardziej przygniotło wiekową szlachciankę, która sądziła, że ta sprawa jest już zamknięta. Po raz pierwszy nie dostrzegłem w pani Konkordii dumy ani pewności siebie, gdy nie śmiało mnie zapytała jaką opinię wystawie. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że dam dokładną relację z tego czego byłem świadkiem po drodze. Ni mniej, ni więcej… Widziałem zmartwienie na tej twarzy, jakby pierwszy raz dotarła do niej świadomość czego dopuszczała się podczas naszych wspólnych podróży. Przez chwilę milczeliśmy ruszając do bram zakonnych nim znów zapytała mnie o sprawiedliwość wyroku Headwynna. Przyznałem, że był surowy, ale Święte Oficjum rozważyło wszelkie argumenty. Zarówno moją prośbę o łaskę motywowaną tym, że Haedwynn był ofiarą straszliwej klątwy, ale też jego próby mataczenie przy zeznaniach, za co wyrwano mu język, a także ślady pazurów na ciałach zakonników, które przeczyły temu, że tylko się bronił. Pani Konkordia wydawała się zaskoczona tymi dwoma faktami. Podważała zasadność wyroku nie zadając sobie nawet trudu zdobycia wszystkich informacji. Jej duma i zadufanie w sobie było przeogromne. Choć widząc ludzką stronę alchemiczki zacząłem jej wtedy współczuć. Dalszą drogę pokonaliśmy w milczeniu.

Bramy zakonu Ordo Æternus Bellum były zamknięte i pod strażą, nie dziwi to po wysłuchaniu relacji pana Adama. Spotkała mnie duża niespodzianka, bo na warcie stał brat Ivan Dziedzic Bogulubovicz, którego zdążyłem dobrze poznać podczas wspólnej misji w Bukovie. Brat Ivan rozpoznając moją osobę przepuścił mnie wraz panią Konkordią bez problemów. Znaleźliśmy chwilę na krótką wymianę kurtuazji. Doszła nas smutna wieść, że Ojciec Aeron zaniemógł, a jego obowiązki pełni ojciec Leolin Javorović. Niestety żaden z braci walczących nie był wstanie określić co właściwie dolega Komturowi. Zaoferowałem się pomocą, jednak moja oferta została odrzucona, jako że już biegli medycy doglądali stanu Ojca Aerona. To była bardzo zła nowina w tych ciężkich czasach, nieobecność Szlachetnego Komtura była niepowetowaną stratą. Pozostało pokładać nadzieję, że ojciec Leolin godnie zastąpi swojego przełożonego. W tej sytuacji to właśnie zastępcy komtura musiałem zdać raport, sytuacja była dosyć niezręczna, bo to właśnie Ojciec Leolin był egzekutorem kary nałożonej na pani Konkordię w postaci batożenia. Straszna kara, jednak buta alchemiczki z przesłuchania musiała być stosownie ukarana. Niestety starsza kobieta nie wyciągnęła z tego zdarzenia żadnej nauki… Po rozmowie z bratem Ivanem ruszyliśmy na audiencje do zastępcy komtura. W klasztorze pośród braci dało się wyczuć spore napięcie. Utrudnienia narzucone przez włodarzy miasta mocno doskwierały Bracią Walczącym. Ojciec Leolin przyjął nas w sali biesiadnej wraz z bratem Żerimirem, który swego czasu obronił mnie przed atakiem łupieżczych krasnoludów. Rozmowa przebiegała w ciężkiej atmosferze, nad czym bardzo ubolewam. Zastępca komtura wykazał się dużym nietaktem nie przedstawiając swojego brata pani Konkordi. Nie chciałem stawać Ojca Leolina w złym świetle, dając uwagi na temat etykiety. Rozmowa z przebiegała co raz gorzej. Nie spodziewałem się nawet w najgorszych snach, że pani Konkordia wykaże się taką butą i brakiem szacunku wobec osoby o takim statusie i która może wpłynąć na jej los. Przede wszystkim nie alchemiczka mówiła do zastępy komtura bezpośrednio po imieniu nie stosując żadnych form grzecznościowych. To można oczytać jaką wielką potwarz! Na Asteriona podczas tej rozmowy nie wiedziałem, gdzie oczy podziać zawstydzony impertynencją szlachcianki. Pani Konkordia obwieściła triumfalnie nasze odkrycia w lesie i wręcz zażądała interwencji zakonu. Początkowo Ojciec Leolin nie dał wiary w słowa szlachcianki, dopiero po moim potwierdzeniu rozważył te słowa. Ton starszej szlachcianki rozwścieczył zastępcę komtura, w gniewie wygarnął, że nic nie może zrobić przez blokadę ustanowioną przez jej syna. Miał w tym względzie rację nałożona blokada ewidentnie uniemożliwiała dalsze działania zakonu i mogła być odczyta za przejaw złej woli. Obawa, że zakon Ordo Æternus Bellum może się wmieszać w sprawy polityczne, wydawała się dla mnie nie do pomyślenie, jednak taką interpretacje podała alchemiczka. Dalsza rozmowa przerodziła się wielką kłótnię, w której obie strony przerzucały się odpowiedzialnością za obecny stan rzeczy. Z wielkim zażenowaniem przyszło mi tego słuchać, moje nieśmiałe próby uspokojenia emocji spełzły na niczym. Ciężko uwierzyć, że dwie nobliwe osoby zachowują się w ten sposób. Ostatecznie rozmowa zakończyła się wydaleniem pani Konkordi z sali, gdy cierpliwość Ojca Leolina się wyczerpała. Zastępca komtura uspokoił się po wyjściu bezczelnej szlachcianki. Nowo dowodzący zakonem w ciszy wysłuchał moich wątpliwości co do stanu duchowego alchemiczki, opinii Archimandryty Kristofora Čekić na jej temat, a także jej wkładu w okrycie herezji. Mimo szeregu wątpliwości wciąż uważałem, że pani Konkordia może powrócić do światła Asteriona. Ojciec Leolin był odmiennego zdania, uważał, że tej zepsutej kobiecie już nie można pomóc i należy ją ściąć lub spalić. Wysoko postawiony zakonnik uważa, że dałem zwieść się jej srebrnej mowie ukrywającej jej prawdziwą naturę, miał w tym sporo racji… Nie potrafię dojrzeć prawdziwej osoby pani Konkordi głęboko ukrytej za pajęczynami słów. Natychmiastowa egzekucja matrony rodu Havlków pogłębiła, by tylko bardziej konflikt w mieście – z tą opinią zastępca komtura się ze mną zgodził, tylko pozycja alchemiczki uratowała ją przed natychmiastową karą. Ojciec Leolin odroczył wyrok do momentu uspokojenia sytuacji w mieście i zabronił informować szlachciankę o jej losie. Starałem się przekonać nowego dowódcę zakonu do złagodzenia stanowiska na wzgląd na jej wkład w odkrycie prawdy o Drzewie Życia. Widząc moje zaangażowanie zastępca komtura stwierdził, że jeśli pani Konkordia udowodni czynem i słowem niezachwianą Wiarę i Posłuszeństwo Astarionowi to wyrok może zostać zmieniony, jednak sam wątpił, że coś takiego może mieć miejsce. Najważniejszą z punktu widzenia nowo powołanego dowódcy zakonu było przekonanie szlachty do zerwania blokady, w przeciwnym wypadku będzie trzeba użyć siły. Astarionie uchowaj nas od tego! Starałem się przekonywać ojca Leonida do podjęcia dalszych negocjacji. Czeka mnie wiele pracy, jeśli mam zapobiec konfliktowi… Z bożą łaską zdołam tego dokonać, dopomóż mi Astarionie. Wstrząśnięty tym co się wydarzyło, po rozmowie z Ojcem Leolinem udałem się jeszcze zamienić słowo z Panią Konkordią. Zmieszana i zdenerwowana szlachcianka czekała na dziedzińcu klasztoru. Emocję mocno odbiły się na lichu alchemiczki. Świadomość co postanowił zastępca komtura wobec starszej kobiety budziła moją litość i chęć pomocy. Starałem się wyjaśnić pani Konkordi jakie aktu bezczelności się dopuściła i jak szkodliwa jest dla niej jej bezrefleksyjna podstawa. Próbowałem uzmysłowić matronie nie mówiąc wprost do czego może doprowadzić jej beztroskie podejście do Naszej Świętej Wiary i Jej Doktryny poparte przykładami zaobserwowanymi z naszej wspólnej podróży. Jednak, mimo że oboje korzystamy z tego samego języka, dzielimy tą samą kulturę oraz Wiarę to alchemiczka nie potrafiła zrozumieć co do niej mówię. Moje słowa odbijały się od niej jak groch o ścianę. Nie pojmuję, jak tak uczona kobieta nie potrafi pojąc spraw tak prostych i fundamentalnych. Widziałem w jej oczach brak zrozumienia i zagubienie, mimo najszczerszych chęci nie potrafiłem w żaden sposób do niej dostrzec. To było przedziwne i surrealistyczne doświadczenie. Czułem się jakbym przemawiał do wędrowcy z dalekiego Jaf’Ardu, a nie rodowitego mieszkańca Erxen. Dawno nie dopadło mnie tak wielkie zwątpienie w moje umiejętności duszpasterskie. Zwątpiłem wszystko co do tej pory osiągnąłem starając się prowadzić panią Konkordie. Czy moje słowa kiedykolwiek trafiły do starszej kobiety? Z bezsilności przeprosiłem szlachciankę za to, że nie potrafię jej pomóc. Jeśli sytuacja się utrzyma wyrok Ojca Leolina uzyska moc. Asterionie oświeć tą kobietę, odmień jej umysł i serce. W Tobie Panie ostatnia nadzieja. Jeśli pani Konkordia się nie opamięta czeka ja zguba… Jedyne do czego wspólnie doszliśmy z matroną rodu Havlików to, że należy uspokoić sytuacje w mieście i doprowadzić do wpłynięcia okrętu zakonników do miasta, aby mogli pełnić swoje obowiązki. Wiele pracy nas czeka. Nim się rozdaliśmy alchemiczka zapytała o wydanie skonfiskowanego skarbu króla. Odparłem, że po tym jak bardzo negatywne wrażenie wywarła na Ojcu Leolinie, lepiej nie poruszać tego tematu, póki co. Zmęczony i przytłoczony własną bezsilnością udałem się na wieczerze wraz z resztą braci zakonnych.


(fragment dziennika został zapisany fonetycznie w języku Milirithien stosując w zapisie starodawny alfabet Haetal)


Cytat:
Biorąc pod uwagę jak niepewne są czasy i obawiając się, że ktoś może przechwycić moje myśli pozwoliłem sobie na małą roszadę słowną. Język Milirithien nie jest zbyt powszechny w naszym kraju, tak samo jak znajomość starodawnego alfabetu Haetal z którego wywodzi się większość ludzkich języków, a znajomość obu jednocześnie to wielka rzadkość, spotykana jedynie u uczonych i lingwistów. Tak więc fonetyczny zapis Milirithien korzystając alfabetu Haetal będzie sporą zagwozdką dla czytelnika. Przyznam też i dla mnie było to wymagające i odprężające ćwiczenie umysłowe… Nim udałem się na spoczynek po tym długim dniu postanowiłem pomodlić się z prośbą o prowadzenie przez Astariona Mistrza w tych trudnych czasach w zakonnej kaplicy. Jakie było moje zdziwienie, gdy dołączył do mnie niespodziewanie sam… Ojciec Aeron. Komtur był cieniem samego siebie – pobladły i zgarbiony. Dowódca Zakonu zaskoczony przywitał się ze mną i rozpoczął rozmowę i zwierzył się ze swoich trosk. Czułem się jak spowiednik i powiernik Ojca Aerona. Spotkał mnie wielki zaszczyt, mnie skromne Sługi Bożego z Zakonu Evgenitów, wszak jestem tylko prostym kapłanem… Komturowi mocno ciążyły rozkazy, które otrzymał od Wielkiego Mistrza. Dla bezpieczeństwa nie powierzę ich papierowi. Ojciec Aeron obawiał się, że rozkaz wmiesza Zakon Ordo Æternus Bellum w wojnę domową w chorze. Przygnieciony odpowiedzialnością Komtur, roztarty między posłuszeństwem wobec przełożonego, a doktryną Zakonu Ordo Æternus Bellum, ustąpił dowództwo Ojcu Leolinowi, nakazując mu wprowadzić okręt zakonny do portu. Zastępca komtura trzeba przyznać, że działał bez wątpliwość, które gnębiły jego przełożonego, gotów wykonać rozkaz niezależnie jaki środków miałby użyć. Sam rozumiem konflikt dziejący się w sercu Komtura, ja również ślubowałem bezwzględne posłuszeństwo przełożonym jak i doktrynie zakonu, choć w moim przypadku była to przysięga Braci Leczących. Starałem się dopomóc Ojcu Aeronowi, nie było to jednak łatwe, bo sam nie wiedziałem, jak należało uczynić… Zasugerowałem w swej naiwności, by zaapelował do obu stron do złożenia broni i wzięcia pod opiekę Zakonu i Patriarchy mieszkańców Erxen. To pozwoliło, by uniknąć wiązania się w konflikt polityczny, a jednocześnie zachowano by posłuszeństwo wobec przełożonych. Komtur przyznał, że to szlachetna idea, ale zbyt utopijna by mogła się ziścić. Sam w głębi serca wątpiłem, by zatwardziałe serce obu walczących stron ze chciały złożyć broń przed zakonem. Skupiłem swoje myśli na doktrynie Zakonu Ordo Æternus Bellum – „Od zła powstrzymywać. Ze złem walczyć. Zło zwyciężać. Od wieków, na wieki”. Ta stara maksyma pocieszyła Starszego Zakonnika, choć nie widział aktualnie innego celu dla Braci Walczących niż wykonanie poleceń przełożonych. W odpowiedzi zdałem Ojcu Aeronowi dokładny raport z naszych odkryć w lesie i przedłożyłem sporządzone przeze mnie dokumenty, a także o udziale mojej byłej uczennicy Svetlany w pozyskaniu informacji. Istnienie ocalałego drzewa Życia zbudziło zaskoczenie jak i Święty Gniew Komtura. To był wystarczający powód, by Zakon Ordo Æternus Bellum zmienił swoje priorytety, jednak wciąż należało powiadomić o tym Wielkiego Mistrza. Przesłania listu zajęłoby kilkadziesiąt dni, a warunkach blokady było praktycznie niemożliwe. Istniały także magiczne sposoby wysyłania informacji, a w mieście poza dobrze znanym magistrem Tikhomirem w mieście było jeszcze dwóch czarodziejów zdolnych to zrobić Stojan Zlatnosŭrtski, związany niestety z jedną ze stron walczących w wojnie domowej oraz Mael Sechlainn znany również z prac alchemicznych nad minerałami. Być może zajdzie potrzeba zwrócić się do nich o pomoc… Ostrzegłem również Komtura, że pani Konkordia mimo moich próśb i uwag rozpowiada wszystkim o Drzewie Życia. Nasza rozmowa przeszła na temat alchemiczki i mojej misji obserwowania jej zachowania. Zdałem Ojcu Aeronowi obszerny raport na temat moich wątpliwości co do stanu duchowego wiekowej szlachcianki, opinii Archimandryty Kristofora Čekić na jej temat, przebiegu rozmowy z Ojcem Leolinem, a także jej wkładu w okrycie herezji. Komtur długo milczał analizując informacje, w końcu przyznał, że poglądy Pani Konkordi budzą kontrowersję i jeśli się z nich nie oczyści przyzna swojemu zastępcy rację co do jej losu, jednak wciąż widział dla niej szanse poprzez publiczny akt abiuracji. Rozważyliśmy również możliwość ubezwłasnowolnienia alchemiczki i wyłączenia jej z życia publicznego zamiast egzekucji, gdyby wciąż obstawiała przy kontrowersyjnych poglądach w zamian za jej wkład w odkrycie herezji oraz zważywszy na jej status i wiek. Dowódca Zakonu również uzależnił zwrot skarbu szlachciance od aktu abiuracji, choć udało mi się przekonać do wydania majątku pozostałym członkom wyprawy, co do których nie wątpiłem ani przez chwilę w ich wiarę i nie odpowiadali za poglądy swojej pani. Zostałem również zobowiązany do przekazania tych informacji członkom świty pani Konkordi. Od Ojca Aerona dowiedziałem się również, że wyrok na Headwynie jeszcze nie został wykonany względu na sytuacje w mieście i obecnie został umieszczony w klasztornym lochu. Ostatecznie Dowódcza Zakonu Ordo Æternus Bellum powierzył mi ważne zadanie, w imię Zakonu miałem prowadzić negocjację z włodarzami miasta i doprowadzić do pokojowego zniesienia blokady. To dla mnie wielki zaszczyt i wielka odpowiedzialność. Postaram się dołożyć wszelkich starań, by nie doszło do rozlewu krwi. Tak mi dopomóż Astarionie!
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 12:50   

8 dzień Arros 380, Histograd


Ten długi pracowity dzień rozpocząłem od wizyty w moim macierzystym zakonie, oczywiście po odbyciu porannych modlitw. Przede wszystkim z przyczyn formalnych, bo powrocie do miasta powinien zgłosić się do przełożonych, ale także by prosić ich o radę w sprawie powierzonych mi zadań. Głęboko cenie możliwość dyskusji z uczonymi w piśmie, zawsze jest to kształcące doświadczenie… W Klasztorze Evgenitów natknąłem się na mojego starego druha brata Dragomira. Zawsze serce się raduję widząc jowialną twarz mnicha. Tym razem rolę się odwróciły i to mi przypadło w udziale opowiadać o przygodach wielkim świecie, a bratu Dragomirowi relacjonować co się działo w klasztorze. Można powiedzieć, że to wielki figiel losu - ja ceniący ponad wszystko zacisze biblioteki odkrywam sekrety ukryte w wielkim lesie, a mój drogi druh będący jak żywe srebro niemogący usiedzieć na miejscu i kochający szlak, wiedzie bezpieczne i spokojne życie w klasztorze. Nie zbadane są wyroki Pańskie! Nie miałem zbyt wiele czasu, ale nawet krótka relacja z tego co się działo wzbudziła w moim brodatym druhu iskrę zdumienia. Może w spokojniejszych czasach dane nam będzie omówić to spokojnie przy lamce wina mszalnego… Niestety brat Dragomir miał smutniejsze wieści, nie wszystkie ofiary z ostatnich rozruchów w miejcie dało się uratować. Smutna to nowina. Życia tak bezsensownie stracone w wojnie domowej… Pomodliliśmy się szybko z bratem za dusze tych nieszczęśników. Panie pokój ich duszą! Po rozmowie udaliśmy się wspólnie na poranny posiłek. Po zaspokojeniu potrzeb ciała zostałem zawezwany przez moich przełożonych Darach Súilighéar oraz Igumenen Aodhán. Zdałem im obszerny raport z wydarzeń jakie miały miejsce wielkim lesie. Czcigodnych Ojców bardzo zaniepokoiły wieści o istnieniu spętanego ducha króla Bielisława i bluźnierczego Drzewa Życia oraz działającym przy nim kulcie heretyków. Moi przełożeni zadeklarowali pełne poparcie dla Zakonu Ordo Æternus Bellum i wsparcie w postaci uzdolnionych magicznie braci z naszego zakonu, pośród których miałem i ja się znaleźć. Oczywistym jest dla mnie, by doprowadzić rozpoczętą sprawę do końca. Na Chwałę Astariona! Zwierzyłem się przełożonym również z moich wątpliwości co do stanu duchownego pani Konkordi. Uczonych w piśmie zaniepokoiły poglądy szlachcianki, ale wciąż widzieli dla niej drogę do Światłości Naszego Pana. Czcigodni Ojcowe doradzili mi wytrwałość i cierpliwość w misji duszpasterskiej, które w końcu powinno wpłynąć na przekonania upartej alchemiczki. Ich mądre słowa pokrzepiły mnie i utwierdziły w dalszej drodze do zreformowania niepokornej szlachcianki. Zdałem również przełożonym raport o stanie Monastyru na Świętej Skale i zniszczonym przez burze dachu świątyni w Bukovie oraz przekazałem prośbę Ojca Pirana o sprowadzenie inżyniera. Sprawy te, także zostały skrupulatnie zanotowane i rozważone przez władze zakonu. Na zakończenie rozmowy Czcigodni Ojcowie pobłogosławili mnie i udzieli pozwolenie do działania dyplomatyczne dla Zakonu Ordo Æternus Bellum zgodnie z prośbą Komtura Aerona. Dołożę wszelkich starań, by wypełnić powierzone mi zadania. Tak mi dopomóż Asterionie.

Następnie udałem się do gospody Złoty Trakt, gdzie miała zatrzymać się pani Konkordia jak i Svetlana. Mieliśmy sporo spraw do omówienia począwszy od misji dyplomatycznej, a kończąc na decyzji Komtura w sprawie złota z grobowca. Jakże wielkie było moje zdziwienie jak przekazała mi moja była uczennica, że szlachcianka z samego rana zabrała wóz i pognała gdzieś nie informując nikogo o swoich planach. To było bardzo dziwne i niepokojące. Svetlana opisała również mi w tajemnicy incydent z nocy. Trudno dać temu wiarę, ale przed snem alchemiczka zażyła jakieś substancje silnie pobudzające. Zauważone przez bystrą młodą damę symptomy - rozszerzone oczy oraz spowolnione reakcje, były jednoznaczne. To bardzo niepokojące… Jednocześnie wyjaśnia wiele dziwnych i irracjonalnych zachować szlachcianki. Dobrze, że Svetlana zatrzymała panią Konkordie przed zejściem na dół w swoim pokoju. Już sprawa rozprawy sądowej i konfliktu z zakonem alchemiczki mocno odbiła się na reputacji rodu Havlików, niegodny stan ich matrony pogorszyłby tylko sprawę. Rozmowy wynikło, również, że pani Konkordia była oburzona posiadaniem wspólnego pokoju przez Svetlane i Petera. Mi oczywiście wydało się to również niewłaściwe i natychmiast wyjaśniłem, że wspólne dzielenie pokoju przez kobietę i mężczyznę nie będących małżeństwem jest gorszące. Moja była uczennica wyjaśniła, że ten stan rzecz brał się z kwestii bezpieczeństwa. Niestety w tych ciężkich czasach czyha wiele niebezpieczeństw… Musiałem przyznać, że przytoczony argument jest słuszny, to jednak takie zachowanie nie przystoi jednak młodej damie i może wywołać skandal. Ku mojej uldze Svetlana przyznała mi rację i obiecała wziąć dwa osobne pokoje blisko siebie. Po tej dygresji wróciliśmy do tematu alchemiczki, opowiedziałem o niefortunnej rozmowie z Ojcem Leolinem i decyzji Komtura Aerona. Moja uczennica zasugerowała, że na zachowanie starszej szlachcianki może wpływać wiek, wszak jest bardzo posunięta w latach jak na człowieka. Pojawiające się co jakiś czas epizody demencji mogą tłumaczyć niezrozumiałe zachowania pani Konkordi. W przyszłości może posłużyć jako warunek łagodzący, jeśli alchemiczka się w swoim zachowaniu nie opamięta. Svetlana uparła się, także by pomóc mi w mojej misji dyplomatycznej. Zważywszy jak wielkie siły zamieszane były w sprawę, nie chciałem w nie wikłać mojej byłej uczennicy i jej narażać. Młoda dama była jednak bardzo zdeterminowana, dowodziła, że sprawa tyczy się całej chory i zażegnanie kryzysu będzie z korzyścią dla wszystkich rodów i zakonu, a spojrzenie z boku na sprawę może być też pomocne. Były to celne uwagi, zwlekałem chwilę z odpowiedzią, wciąż czując obawy. W końcu uległem namową Svietlany… W tak trudnej sprawie pomoc młodej bystrej szlachcianki może się okazać nieodzowna. Jestem dumny na jaką kobietę wyrosła moja podopieczna…

Ze względu na wczesną porę nasze działania zaczęliśmy od poszukiwania osób związanych ze skonfiskowanym majątkiem, by przekazać im decyzję Komtura. Nie wiedzieliśmy, dokąd udała się pani Konkordia ze świtą, ale znaliśmy lokacje, gdzie zatrzymał się przepatrywacz Stiepan i mag Tikhomir. W pierwszej kolejności zawędrowaliśmy do Gospody Żołnierskiej. Jakie było nasze zdumienie, gdy karczmarz oznajmił, że z samego rana Stiepan zebrał cały swój dobytek i pośpiesznie opuścił arendę, nie bacząc, że opłacił parę dni z góry. Sami nie wiedzieliśmy co o tym sądzić. Co tu dużo mówić to było niepokojące, zwłaszcza patrząc na jego rozchwiany stan emocjonalny… Pozostaliśmy w karczmie wiadomość dla Stiepan, że ma zgłosić się do Zakonu Wiecznej Walki, w razie, gdyby postanowił wrócić. Następnie udaliśmy się na uniwersytet pomówić z czarodziejem. Na miejscu czekała nas bardzo przykra niespodzianka, w nocy magister z nieznanych przyczyn wypadł z okna na trzecim piętrze. Szczęście w nieszczęściu Tikhomir przeżył upadek i wstanie krytycznym został zabrany do Zakonu Evgenitów, moi bracia na pewno udzielą mu właściwej pomocy. To zdarzenie wzbudziło naszą trwogę, postanowiliśmy zbadać co się stało. Wspólnie przekonaliśmy dozorcę, by wpuścił nas do pracowni nieszczęsnego maga. Idąc po krętych schodach wypytaliśmy dozorcę, stwierdził, że wieczorem nikt nie odwiedzał magistra i to był najprawdopodobniej wypadek podczas magicznych eksperymentów. W pokoju nie znaleźliśmy śladów wskazujących na obecność osób trzecich, jedyne co zwróciło nasza uwagę to mieszek rozsypany przy otwartym oknie. Zdumnieniem okryłem, że wysypujące się z woreczka imperialne stare monety pochodzą ze skarbu króla Bielisława. Svetlana zasugerowała, że może ciążyć na ich jakaś magia, skoro król był czarnoksiężnikiem. Na Asteriona, że też wcześniej na to nie wpadłem. Wziąłem ostrożnie monetę w dłoń przymknąłem oczy i sondowałem ją magicznie. Wyczułem na pieniądzu potężną i złą wolę. To z pewnością jakaś klątwa, która wymykała się mojemu skromnemu pojmowaniu magii. Odrzuciłem monetę jak poparzony i uczyniłem znak Asteriona. To by znaczyło, że na całym skarbie ciąży klątwa. O Astarionie! Trzeba było niezwłocznie wszystkich ostrzec. Nakazałem dozorcy zapieczętować pokój, nikogo tu nie dopuszczać oraz poinformować magistrów o całym zajściu. Udaliśmy się pośpiesznie ze Svetlana do siedziby mojego zakonu sprawdzić stan Tikhomira. Niestety nie mogłem zabrać swojej byłej uczennicy ze sobą do lecznicy. Szybko odnalazłem magistra, leżał nieprzytomny na łóżku, miał złamaną nogę i lekki uraz głowy. Moi bracia dopilnowali, by zająć się rannym jak należy usztywniając nogę i opatrzyć ranny. Biorąc pod uwagę, że wypadek był dziełem klątwy wezwałem do pomocy łaskę Asteriona i uleczyłem nieszczęsnego maga. Błogosławieństwo przywróciło siły i przytomność Tikhomirowi. Magister nie pamiętał zbytnio co się stało, ostanie co przychodziło na myśl to, że szedł w stronę okna przeliczając pieniądze z mieszka. Jak się okazało przeklęte monety otrzymał od Pani Konkordi i Stiepana jako zapłatę za udział w wyprawie. Czarodziej podziękował mi serdecznie za pomoc, a wieści, że monety są zaklęte rozgniewały go srodze. Ciężko się dziwić jego reakcji… Magister poprosił mnie o przekazanie pani Konkordi, że wciąż winna jest uregulowania całej należności za wyprawę. Nim się rozstałem z czarodziejem zapytałem czy możliwe jest przesłanie wiadomości do stolicy Erxen. Dla uzdolnionego magicznie Tikomira nie stanowiło, by to jak się okazuje problemu, jednak obecny stan mu to uniemożliwiał. Jedna z szans na przesłanie wiadomości przepadła… Powrócił do Svetlany i pośpiesznie zdałem jej relację z wydarzeń w lecznicy, gdy ruszyliśmy do Zakonu Wiecznej Walki. Młoda dama odetchnęła z ulgą słysząc, że magistrowi nie zagraża niebezpieczeństwo. Dzięki moim koneksją dostaliśmy się bez trudu za bramy klasztoru, nie mogłem jednak zabrać ze sobą mojej uczennicy w głąb monastyru, znów zmuszony pozostawić ją na dziedzińcu. Za bramami czuło się nerwową atmosferę i niepewność pośród braci. Coś wisiało w powietrzu… Asterionie miej nas w swojej opiece! Spotkał mnie wielki zaszczyt Ojciec Areon przyjął mnie w swoich prywatnych komnatach. Pokój był gustownie wyposażony wprawnie oddając status jego mieszkańca jednocześnie nie popadając w przepych i przesadę. Stan Komtura nie ulegał zmianie wciąż był przygaszony i osłabiony. Dowódcę Zakonu zaskoczył tak nagły mój powrót, ale wieści jakie miałem przekazać były zbyt ważne, by pozwolić im zwlekać. Opowiedziałem zwięźle o okryciu klątwy ciążącej na skarbie i wypadku magistra Tikomira. Ojciec Areon wyraźnie był zaniepokojony tymi informacjami, w tej sytuacji musiał wstrzymać zwrot konfiskaty. Wedle jego słów złoto miało być zwrócone dopiero po zdjęciu klątwy lub zatopione w jeziorze, jeśli uroku nie da się odczynić, a na razie zostanie pod strażą w podziemiach klasztoru. Komtur zastanawiał się czy pani Konkordia wiedziała już wcześniej o klątwie. Uspokoiłem Dowódcę Zakonu, że nic do tej pory na to nie wskazywało. Ojciec Areon podziękował mi za tak szybką reakcję i pozwolił dalej czynić powierzone mi zadania. Powróciłem do Svetlany i streściłem moją rozmowę z Komturem. Za to pod moją nieobecność, moja uczennica obserwowała jak zakon opuściła grupka zbrojnych jak się okazuje na czele z Ojcem Leolinem, oby nic poważnego z tego nie wynikło. Wszystko działo się tak szybko…

Po ostrzeżeniu braci zakonnych udaliśmy się do koszar, by pomówić z panem Adamem Havlikiem i mając nadzieję, że tam znajdziemy też jego matkę. Przechodziliśmy przez rynek, a przed nami rozpościerał się smutny widok. Zwykle tętniący życiem, wypełniony kupcami i interesantami plac handlowy Histogradu teraz był niemal pusty. Wyniku blokady cały handel zamarł i uległ marazmowi. Jeśli ten stan rzeczy się utrzyma odbije się na wszystkich mieszkańcach. Wojny nie niosą spustoszenia tylko za pomocą miecza i ognia. Astarionie wybaw nas od zła wszelkiego. Na miejskim szafocie wysiał krasnolud, sądząc po stanie zwłok nie mógł wisieć dłużej niż dwa dni. Svetlana słyszała, że pojmano nie dawno krasnoludkę, ale nie znała szczegółów. Mieliśmy zbyt wiele nagłowię by przejmować się plotkami na mieście i w to do datku o tych bezbożnych krasnoludach. Krasnoludy zaczęły coraz śmielej sobie poczynać, wystarczy sobie przypomnieć wyczyny bandy Siwogębego. Trzeba mieć się na baczności… W końcu dotarliśmy do koszar i spotkaliśmy pana Adama na placu treningowym jak dokonywał musztry. Zgodził się przyjąć nas na krótką rozmowę w swoich komnatach po ćwiczeniach. Po upływie ćwierć świecy przeszliśmy do rozmów. Pan Adam był rad, że zakon zgodził się na rozmowy i wyznaczył mnie na swojego przedstawiciela. Obecność Svetlany jako neutralnego obserwatora również została dobrze odebrana. Dowódca miał sporę wątpliwości co do neutralności Zakonu Wiecznej Walki i otwarcie portu uzależniał od zagwarantowania pokojowych zamiarów braci. Ubolewam nad tym, że w tych czasach ludzie wątpią w niezachwiane działanie Świętych Zakonów i mimo szczerych chęci nie udało mi się przekonać szlachcica do apolityczności braci walczących. Dodatkowo decyzje o otwarciu bram musi też poprzeć drugi z dowódców Rumen Kopljenik. To powoli dawało nam podwaliny do wypracowania porozumienia. Następnie mniej już formalnie przeszliśmy do sprawy pani Konkordi. Bardzo martwiło mnie ostatnie zachowanie alchemiczki i miałem nadzieję, że jej syn zdoła przemówić jej do rozsądku i jakoś na nią wpłynąć. Opowiedziałem panu Adamowi o skandalicznym zachowaniu jego matki podczas rozmowy z Ojcem Leolinem, ciągłego podważania przez nią wyroku sądu Świętego Oficjum, a także ostrzegłem, że jeśli sytuacja się utrzyma mogą zostać wyciągnięte wobec niej konsekwencje. Dodatkowo Svetlana zdała relację z dziwnego zachowania matrony rodu Havlików z poprzedniej nocy pod wpływem substancji odurzających. Syn pani Konkordi poważnie zmartwił się zachowaniem matki i obiecał z nią pomówić, a także z bólem serca przyznał, że jeśli jej stan się pogorszy to odsunie ją od życia publicznego. Pan Adam poprosił również, by matrona jego rodu ograniczyła kontakt z zakonem. Biorąc zaangażowanie wiekowej szlachcianki w całą sprawę będzie do trudne do zrobienia… Po audiencji u pana Havlika natknęliśmy się na jego matkę wracającą z rozmowy z magistrem Strojanem. To był bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, mieliśmy wiele do omówienia z alchemiczką. Pierwszą sprawą od jakiej zaczęliśmy była klątwa, którą obłożone było złoto. Co dziwne szlachcianka nie wydawała się zaskoczona jej istnieniem. Nie wydaje mi się, by wiedziała o tym od początku, choć tyle jestem wstanie wywnioskować z naszej wspólnej podróży. Czyżby sama była zdolna dojść do tego tak szybko? Jej zdolność analityczne są w takim razie olśniewające… Teraz jak mam chwilę, by się nad tym zastanowić, wydaje mi się, że mogła dowiedzieć się tego z rozmowy z czarodziejem, w końcu kazałem poinformować o tym magistrów. Czemu więc nie powiedziała tego wprost? Dziwna sprawa… Początkowo pani Konkordia niedowierzała w istnienie klątwy uważając ją za kolejną kłodę u nogi i próbę zakonu wtrzymania zapłaty skonfiskowanych środków, dopiero moja postawa i Svetlany uzmysłowiła jej, że to poważna sprawa. Matrona, wielce niezadowolona z problemów piętrzących się w jej planie, powiedziała, że będzie musiała zwrócić się o pomoc do magistra Stojana. Przy okazji wynikło z rozmowy, że mag jest wstanie wysyłać wiadomości na duże odległości, być może zdoła pomóc w sprawie Komtura... Alchemiczka znowu mnie zaskoczyła pierwsza wychodząc z propozycją odnowienia ślubów Asterionowi Mistrzowi przez jej osobę, ale także wszystkich włodarzy miasta. To było zdumiewające, gdyż sam chciałem jej to zaproponować, gdyż ten akt mógł ją oczyścić z wszelkich wątpliwości co do jej osoby. Natomiast przysięga pozostałych dygnitarzy miała być dowodem dla zakonu ich wierności Patriarsze. Odczuwałem pewne wątpliwości co do tak nagłej zmiany frontu szlachcianki, jednak jej zamysł pomógłby naszej sprawie i jej samej. Przystałem więc na propozycje. Ku mojej radości moja była uczennica również wyraziła, chęć udziału w odnowieniu ślubów. Jestem z niej bardzo dumny… W zamian pani Konkordia żądała po ceremonii deklaracji zakonu w sprawie wyprawy przeciwko Drzewu Życia. Nie mogłem wypowiadać się w tej sprawie za Ojca Areona, ale obiecałem przekazać mu tą propozycje. Sam w imieniu zakonu postawiłem warunek, że okręt braci walczących przybije do portu jako akt dobrej woli ze strony włodarzy miasta. Alchemiczka zgodziła się, jeśli porozmawia najpierw zakonnikami na okręcie. Obawiałem się tej wizyty, lękałem się ze bracia na okręcie mogą mieć inne rozkazy. Czuje ogromny ciężar jaki położono na moich barkach i napięcie rosnące w mieście niczym wielki balon. Jeden zły ruch i wszystko wybuchnie… Nie miałem wyboru, jeśli mamy doprowadzić do pokoju, musiałem się zgodzić… Szlachcianka z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn uparła się, by popłynąć na okręt bez informowania Komtura. Kategorycznie się na to nie zgodziłem, by działać bez uzgodnienia szczegółów z Dowódcą Zakonu. Pani Konkordia widząc moją nieugiętą postawę, jak i to, że Svetlana poprała moje argumenty, musiała skapitulować. Bez pomocy młodej damy ciężko było wypracować to porozumienie. Uradziliśmy, by następnie wyruszyć na spotkanie z panem Rumenem. Na dziedzińcu koszar spotkaliśmy pana Adama szykującego się do wymarszu z ludźmi, ponoć doszło do jakiegoś incydentu w porcie. Martwiłem się, że Ojciec Leolin mógł powziąć jakieś nieostrożne działania. Pomodliłem się w duchu do Asteriona, by nie doszło do eskalacji konfliktu. Byliśmy tak blisko wypracowania kompromisu… Pan Adam niechętnie przystał na nasze rozwiązanie, jeśli również poprze je współdowodzący. Szlachcic nie był też zachwycony wizja matki prowadzącą dalsze rozmowy z zakonem, ale w obecnej sytuacji pani Konkordi nie dało, by się odwieść od tego pomysłu w dodatku stała się nieświadomie reprezentantem miasta…

Wyruszyliśmy w trójkę w stronę zamku w Histogradzie. Tą imponującą budowle wzniesiono na wzgórzu, które górowało nad miastem. Nawet nie mając rozległej wiedzy wojskowej, każdy kto spojrzał na fortyfikacje wiedział, że są one trudne do zdobycia. Mieszkałem tyle lat w stolicy chory, ale jeszcze nigdy nie miałem okazji odwiedzić zamku. Po drodze pani Konkordia oświadczyła, że sama porozmawia z panem Rumenem. Jako przedstawiciel zakonu nie mogłem się na to zgodzić, chciałem, by wszystkie rozmowy były transparentne dla obu stron. Stosunek alchemiczki do Svetlany z kolej był bezczelny, wręcz chamski. Tak nie bójmy się tego słowa. Pani Konkordia była chamska w stosunku do mojej byłej uczennicy odmawiając jej spotkania z własnym suwerenem i to w sposób jak by mówiła do chłopki, a nie szlachcianki. Co za wstyd… Nie miałem gdzie oczu podziać. Ród Vladić nie jest co prawda bojarskim, ale wciąż jest jednym z ważniejszych w chorze zwłaszcza na południu. Jak to możliwe, że ktoś tak uczony wykazuje się taką bezczelnością i brakiem etykiety oraz manier. Doprawdy wstyd i hańba… Stara szlachcianka musiała skapitulować wobec naszego oburzenia i oporu, choć widać, że było jej to w niesmak. Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu w atmosferze oburzenia. Na zamku po odpowiednim zaanonsowaniu zostaliśmy przyjęci przez dowódcę. Pan rumem był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi i przywykłym do trudów życia jak każdy mieszkaniec pogranicza. Radośnie przywitał córkę swojego wasala oraz matronę rodu Havlików. Mnie zaś przyjął w sposób należyty jak wino się traktować duchownego. Pani Konkordia swoim zwyczajem zdominowała rozmowę rozpoczynając od aprobaty bardzo przychylnym tonem decyzji o blokadzie. Oczywiście musiałem dać opór tym szkodliwym tezą, że jedynym do czego doprowadziła blokada to wzajemna niechęć i rosnące uprzedzenia. Zapewne skończyłoby się to wielogodzinną kłótnią, gdyby Svetlana nie załagodziła całej sytuacji zręcznie kierując rozmową, tak byśmy oboje zajątrzyli się w swoich poglądach. Następnie alchemiczka znów zaczęła szeroko się rozwodzić na temat odkryć w lesie. Naprawdę nie mam już do niej siły… Za jej sprawą wiedza o herezji stała się powszechna, docierając do uszu wszystkich. Pan Rumen zdawał się znużony przydługim wywodem szlachcianki, niemniej przyznał, że do dobry powód do działań zakonu. Pani Konkordia w końcu zasugerowała idea odnowienia przysięgi, by uspokoić stronę zakonną. Mężczyzna był człowiekiem wielkiego honoru i wiary mówiąc: „Zawsze służyłem Mistrzowi Asterionowi i Patriarchę. Śluby swoje bez wahania odnowie. Niech każdy wżdy jakim człowiekiem jestem. Niech na ceremonii Komtur zaświadczy jakie są plany zakonu, w słowa jego nie zwątpię.” To była jasna deklaracja, wszystko zależało od decyzji Komtura. Zaskoczyła mnie tak dobitne zaświadczenie posłuszeństwa Patriarchę. Nie mogłem pojąć o co ta wojna się toczy, skoro obie strony deklarują lojalność głowie kościoła. Skoro to strona Zlatnosurskich sprzeciwiła się decyzji najwyższego kapłana, jak wciąż może ślubować mu wierność? Wymyka się to mojemu pojmowaniu świata… Wyniku rozmów dowódca zamku zgodził się wpuścić okręt zakonu do miasta pod warunkiem, że bracia walczący pozostawią broń na statku. To był trudny do przełknięcia warunek, godził w imię zakonu. Starałem się przekonać zebranych, że to był przesadzony środek ostrożności jednak pan Rumen pozostawał nieprzejednany. Po dłuższym zastanowieniu decyzja o złożeniu broni przynajmniej do zakończenia składania przysiąg, nie wydała się aż tak dotkliwa. Jeśli wszystkie strony pójdą na ustępstwa to uda się nam wypracować kompromis. Rozmowy zakończyły się w tym punkcie. Wszystko zależy jednak czy Ojciec Aeron przyjmie te warunki….


(fragment dziennika został zapisany fonetycznie w języku Milirithien stosując w zapisie starodawny alfabet Haetal)


Cytat:
Po audiencji u pana Rumena rozstaliśmy się, osobiście sam ruszyłem do Zakonu Ordo Æternus Bellum, zaś moje towarzyszki wróciły do koszar. Sytuacja w zakonie była bardzo napięta. Dołączyłem do wieczerzy pośród braci walczących, pośród nich nie widziałem jednak Ojca Leolina ani Ojca Aerona. Pośród zakonników wrzało, bracia grozili, że jeśli włodarze miasta nie zniosą blokady będzie trzeba użyć wobec nich siły. Starałem się uspokoić braci w wierze, informując ich, że rozmowy dyplomatyczne idą w dobrym kierunku i wkrótce zostanie osiągnięty kompromis. Moje słowa nie uśmierzyły jednak w pełni gniewu zakonników, którzy twierdzili, że żołnierze zatrzymują ich przy bramach jak pospolitych przestępców. W złości stwierdzili nawet, że kurwą pozwala chodzić się po dzielnicy portowej, a prawych sługom Asteriona odmawia się tego. Nie pochwalałem języka braci bitewnych, jednak sam rozumiałem ich wzburzenie. Co za czasów dożyliśmy, że dziewka wszeteczna jest lepiej traktowana niż Sługa Boży... Wtajemniczy bracia powierzyli mi swoje nadzieje na przerwanie blokady – Ojciec Leolin zdołał przeniknąć do portu i przygotowuje przyczółek dla dalszych działań zakonu. Bardzo zmartwiła mnie ta wieść, wszystko co próbowaliśmy osiągnąć z panią Konkordią i Svetlana może być zaprzepaszczone w jednej chwili... Miałem nadzieję, że uda się wypracować kompromis nim zakon zdecyduje się na bardziej drastyczne działanie. Asterionie uchroń nas od konfliktu. Po wieczerzy udałem się na spotkanie z Komturem w jego komnatach. Opowiedziałem Dowódcy Zakonu o rozmowach dyplomatycznych i propozycjach jakie padły. Propozycja odnowienia ślubów przez włodarzy miasta zainteresowała Ojca Aerona i w jego opinii mogła przyczynić się do złagodzenia konfliktu, a także oczyścić panią Konkordię w oczach zakonu. Komtur poprosił mnie o poprowadzenie i zorganizowanie tej ceremonii. To był ogromny zaszczyt i honor dla mojej osoby. Dowódca Zakonu po na myślę niechętnie zgodził się na rozbrojenie braci przybywających do miasta i udzielił zgody dla naszej misji dyplomatycznej na okręt. Komtur przekazał mi swój pierścień na dowód, że przybywam w jego imieniu. Pochyliłem głowę z szacunkiem, nie mogąc uwierzyć, że spotkał mnie tak wielki honor. Ojciec Aeron obdarzył mnie wielkim zaufania przekazując mi symbol swojej władzy w zakonie. Dowódca zakonu poinstruował mnie, bym sprawdził w jakiej silne przybyli do miasta bracia bitewni. Dowiedziałem się również, że na okręcie dowodzi Tressach Marcach Mar Tíre zwany "Białym Szkwałem", który jest elfem bardzo ambitnym chcącym udowodnić swoimi czynami swoją wartość. Dobrze znałem nazwisko tego elfa, członek jego rodu przewodzi kongregacji Zakonu Evgenitów. Nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi się obracać w tak wysokich kręgach. Odczuwam trwogę przed przemawianiem wobec takich znamienitości. Astarion powołał mnie na wielkie zadanie... Poinformował również Komtura, że pani Konkordia nieprzerwanie informuje każdego o herezji w wielkim lesie oraz o jej braku zaskoczenia klątwą. Ojciec Aeron zapytał mnie czy w takim razie wiedziała o przekleństwie wcześniej. Wątpiłem w to, ale nie byłem tego pewien. Komtur zastanowił się głęboko nad moimi uwagami i wyraził chęć na spotkanie z innymi przywódcami, jeśli będzie na to konieczność. Napawało mnie nadzieją, że Dowódca Zakonu powoli odzyskuje siły do sprawowania władzy. Po zakończeniu rozmowy z Dowódcą Zakonu udałem się przed snem na modlitwy. Spędziłem wiele godzin na przygotowaniu właściwej formuły ceremonii. Przygotowując ja skupiłem się na aspektach wiary, które pani Konkordia podczas podróży podważyła bądź podawała wątpliwość. Złożenie tak przygotowanej przysięgi zwolni ją z zarzutów. Niech Astarion czuwa na nią! Pozostało mi tylko udać się na modlitwę, a następnie na zasłużony odpoczynek po tym pracowitym dniu.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 13:13   

(plan ceremonii spisany przez Erestora Carcharoth)


(kapłan stoi przed ołtarzem rozpoczynając ceremonie)

Kapłan: Zebraliśmy się w Tych Świętych Murach, by odebrać świadectwo Naszej Wiary wobec Pana Naszego Astariona Mistrza i wysłuchać odnowienia Tajemnic Naszej Wiary z ust naszych Braci W Wierze. Wystąpcie Bracia i złuszczcie Szczery Akt Wiary biorąc na świadków Pana Naszego Astariona Mistrza, Zebranych w Tych Świętych Murach Dostojników Kościoła, Szlachetnie Urodzonych i Bogobojny Lud Erxen.

(wierni występują z tłumu i klękają przed ołtarzem rozpoczynając ślubowanie, kapłan może podpowiedzieć formułę)

Wierny: Ja (personalia) przybywam w te Uświęcone Mury, by biorąc na światków Pana Naszego Astariona Mistrza i Was Bracia złożyć Akt Wiary i wyznać Tajemnice Wiary. Składam me śluby na chwałę Pana Naszego Astariona Mistrza i Dobre Imię Mego Rodu. Jeśli złamie Święte Śluby niech będę przeklęty na wieki, niech na me Imię i Mego Rodu padnie niesława i niech Bogobojny Lud Erxen wyrzeknie się mnie.

K: Wyznajesz jednego Boga Astariona Mistrza? Czy wyrzekasz się fałszywych bożków?!

W: Ja (personalia) wyznaje jednego Boga Astariona Mistrza i wyrzekam się fałszywych bożków.

K: Czy wyznajesz Astariona Mistrza, który dla naszego zbawienia przyjął ciało śmiertelne i powiódł nas do walki z siłami ciemności? Czy wyrzekasz się Mrocznych Sił i Strażnika?

W: Ja (personalia) wyznajesz Astariona Mistrza, który dla naszego zbawienia przyjął ciało śmiertelne i powiódł nas do walki z siłami ciemności. Wyrzekam się mrocznych sił i Strażnika.

K: Czy wyznajesz Astariona Mistrza, który wstąpił ponownie w niebiosa i rozbił w proch siły zła? Czy uznajesz Świety Kamień i Wielkie Jezioro Erx za dowód chwały Astariona Mistrza?

W: Ja (personalia) wyznaje Astariona Mistrza, który wstąpił ponownie w niebiosa i rozbił w proch siły zła. Uznaje Święty Kamień i Wielkiekie Jezioro Erx za dowód chwały Astariona Mistrza.

K: Czy wierzysz w życie wieczne po śmierci w Światłości Asteriona Mistrza? Czy wyrzekasz się poszukiwania fałszywej nieśmiertelności w życiu doczesnym?

W: Ja (personalia) wierze w życie wieczne po śmierci w Światłości Asteriona Mistrza. Wyrzekam się poszukiwania fałszywej nieśmiertelności w życiu doczesnym.

K: Czy wyznajesz Świętych Obcowanie? Czy uznajesz Świętych za wzory cnót pośredniczących w kontaktach z Asterionem Mistrzem.

W: Ja (personalia) wyznaje Świętych Obcowanie. Uznaje Świętych za wzory cnót pośredniczących w kontaktach z Asterionem Mistrzem.

K: Czy wierzysz w Jeden Powszechny Kościół Asteriona Mistrza? Czy uznajesz Patriarchę Evgeniego III za głowę Powszechnego Kościoła Asteriona Mistrza i prawowitego władcę Erxen?

W: Ja (personalia) wierze w Jeden Powszechny Kościół Asteriona Mistrza. Uznaje Patriarchę Evgeniego III za głowę Powszechnego Kościoła Asteriona Mistrza i prawidłowego władcę Erxen.

K: Czy ślubujesz wiernie służyć Patriarchę Evgeniemu III i przestrzegać ustanowionych praw?

W: Ja (personalia) ślubuję wiernie służyć Patriarchę Evgeniemu III i przestrzegać ustalony praw.

K: Czy uznajesz instytucje Zakonu Ordo Æternus Bellum powołaną do walki ze złem i obrony Bogobojnego Ludu Erxen? Czy ślubujesz przestrzegać wyroków Zakonu Ordo Æternus Bellum ustanowionych zgodnie z doktryną i prawem kanonicznym?

W: Ja (personalia) uznaje Zakonu Ordo Æternus Bellum powołaną do walki ze złem i obrony Bogobojnego Ludu Erxen. Ślubuje przestrzegać wyroków Zakonu Ordo Æternus Bellum ustanowionych zgodnie z doktryną i prawem kanonicznym?

K: Bracia i Siostry wysłuchaliśmy Aktu Wiary i odnowionych ślubów Naszych Braci na pożytek Naszego Pana Astariona Mistrza i Powszechnego Kościoła Asteriona Mistrza. Radujmy się i chwalmy Naszego Pana Astariona Mistrza.

W: Niech Będzie Pochwalony Nasz Pan Astarion Mistrz!

(kapłan rozpoczyna pieść na chwałę Astariona)
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 13:56   

9 dzień Arros 380, Histograd


Spokojny poranek tego dnia nie zapowiadał późniejszych dramatycznych wydarzeń... Po porannych modlitwach i spożyciu posiłku pośród braci bitewnych, udałem się na spotkanie z resztą delegacji dyplomatycznej przy bramie. Pani Konkordia zaprosiła mnie i Svietlane do wozu, gdzie rozmawialiśmy spokojnie przez całą podróż do portu. Do moich uszu dotarła niepokojąca wieść, że wczoraj wieczorem obie szlachcianki były śledzone przez podejrzanego osobnika. Alchemiczka przypuszczała, że mógł być to Bradan. To było bardzo niepokojące, jeśli heretycy dostali się do miasta wszyscy byliśmy w niebezpieczeństwie. To co się wydarzyło później potwierdziło moje najgorsze obawy... Szlachcianki dowiedziały się również, że żołnierze pana Adama widzieli Stiepana wczorajszego ranka opuszczającego miasto w pośpiechu. Kolejna niepokojąca rzecz, trudna do wyjaśnienia... W końcu rozmowa przeszła na wczorajszy incydent w porcie związany z zakonnikami. Wyjaśniłem obu panią, że nie wiedziałem o działaniach Ojca Leolina i starałem się przekonać, że zakonowi zależy na pokoju. Szlachetne damy nie do końca dawały mi wiarę, widać było dysonans w działaniu braci bitewnych, a moich staraniach. Sam nie mogłem ujawnić wielu spraw, które mi powierzono w tajemnicy i odczuwałem spore zażenowanie z tego powodu. Na Asteriona dałem słowo. Panie wyczuły moją niepewność i próbowały dowiedzieć się więcej. Niestety nie mogłem nic zdradzić, nawet jeśli miało to ułatwić nasze zadanie. Czułem, jak tracę ich zaufanie, zwłaszcza pani Konkordi. Złożyłem im zobowiązanie, że dopilnuje by sprawa zakończyła się sposób honorowy... Matrona rodu Havlików zaczęła dopytywać o stan Komtura, chyba zaczęła snuć domysły, że niemoc wynikała z nacisków z różnych stron na jego osobę. Alchemiczka bardzo chciała spotkać się z Ojcem Aeronem, uważając, że jego zaangażowanie będzie kluczowe dla całej sprawy, a jego zastępcę za osobę zbyt porywczą i niecierpliwą do piastowanej funkcji. Pani Konkordia była nawet gotowa przygotować miksturę wzmacniającą, choć wątpiłem ze względu na wątpliwości co do jej osoby zostanie dopuszczona do leczenia dostojnika. Temat pozostawał otwarty, Ojciec Aeron był gotów do rozmów. Nie ukrywam, że jego powrót na stanowisko ułatwiłby nam działanie. Dowódca Zakonu musi podjąć w końcu jakieś rozwiązanie, niezależnie jaka byłby to decyzja... Rozmowa zeszła też na temat podłoża wojny domowej. Obie szlachcianki przekonywały mnie, że ród Zlatnosurskich nie występuje przeciw władzy Patriarchy ani Naszej Wierze, a jedynie w sprawie administracyjnych związanych z naszą chorą. Gotowość władz do odnowienia ślubów wierności i posłuszeństwa Głowie Kościoła potwierdzały przedłożoną mi interpretacje. Ta rozmowa przekonała mnie, że spór w chorze ma podłoże polityczne i z tego względu Święte Zakony nie powinny się w niego wikłać. To pozwoliło mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Muszę dołożyć wszelkich starać, by nie doprowadzić do eskalacji. Po tej rozmowie zamierzałem przekonać do takiego stanowiska Ojca Aerona...

W końcu dotarliśmy do bram portu, koneksje pani Konkordi umożliwiły nam przejście. Niestety alchemiczka wykazała się znów ogromnym nietaktem pomijać przy wymienianiu członków delegacji Svetlany. Brak mi słów na komentowanie takiego nietaktu i braku manier... Sam port był dobrze strzeżoną zatoką, której ujścia blokował stalowy łańcuch niepozwalający nikomu wpłynąć. Dodatkowo na blankach umieszczono rząd balist. Na jeziorze mogliśmy podziwiać wspaniały nowoczesny karak zakonu, który jak szacuje mógł powieści nawet do trzystu ludzi. Trzymasztowa jednostka nosiła dumne imię "Świętego Ivana Mirotvorcy". Otrzymaliśmy zgodę na wypłynięcie, poza naszą trójką do łódki wszedł Igor i Peter, którzy zajęli się wiosłami. Kto by przypuszczał, że nauka więzów, którą odbyłem za młodu u wynajętego przez ojca flisaka teraz przyda się mi do oporządzenia łodzi. Niezbadane są wyroki Naszego Pana. Pomagający nam mężczyźni dziarsko wiosłowali i port szybko znikał nam za plecami. Nim dopłynęliśmy do celu usłyszeliśmy jeszcze jakieś krzyki za sobą, ale nie byliśmy wstanie ich rozpoznać. Łudziliśmy się, że to zwyczajne odgłosy towarzyszące życiu w porcie... Bracia walczący wciągnęli naszą łódkę na pokład i byli bardzo zaskoczeni naszą obecnością. Ojciec Tressach zrozumiał, że przychodzimy w imieniu Komtura, gdy pokazałem mu pierścień. Nie sądziłem, że dowódca na okręcie zdobędzie się na drobne uszczypliwości stwierdzając, że nie podejrzewa Ojca Aerona do wysługiwania się kobietami i braćmi leczącymi. Ta uwaga była mocno nie na miejscu. W swojej dumie czy wręcz pysze wysoce postawiony zakonnik nie traktował naszej delegacji zbyt poważnie. Ojciec Tressach przyjął nas w swojej kajucie i przeszliśmy do omawiania sytuacji. Dowódcy na okręcie wyraźnie nie podobało się, że Komtur poszedł na tak daleko idące ustępstwa, ponieważ w jego osądzie Zakonu Ordo Æternus Bellum ma niezbywalne prawo i słuszność, by wpłynąć do portu. Wysoko postawiony zakonnik przyjął jednak stawiane warunki i polecenie przełożonego, gotów wysłuchać przysięgi możnych, by jak to ujął zakończyć tę “farsę” i móc normalnie działać. Uzgodniliśmy, że okręt wpłynie do miasta, gdy łańcuch opadnie i towarzyszyć temu będzie sygnał dźwiękowy. Pani Konkordia jak miała to swoim zwyczaju opowiedziała o Drzewie Życia i duchu króla w wielkim lesie. Ton alchemiczki i zwyczajowy brak szacunku do rozmówcy rozgniewał dowódcę na statku, na szczęście pojednawcze słowa Svetlany pomogły uspokoić napięcia. Widziałem jak oczy Ojca Tressach zabłysły, wyniosłych słowach zadeklarował swoja gotowość do zniszczenia własnymi rękami herezji. Z jego słów można było wywnioskować, że nie otrzymał dalszych rozkazów od Wielkiego Mistrza Zakonu i przyjął wieści o herezji za cel misji. To przekonania mogło pomóc nam w pokojowym załagodzeniu konfliktu. Próbowałem jeszcze wypytać dyskretnie dowódcę na okręcie jakimi siłami dysponuje, niestety mnie zbył. Nie mogłem sobie pozwolić na większe naciski na tę sprawę w obecności szlachcianek.

Po zakończeniu audiencji, zakon spuścił nas na łodzi z powrotem na wody jeziora. Płynęliśmy spokojnie aż do łańcucha. Nic nie zapowiadało grozy jaka miała za chwilę nadejść. Dostrzegłem poruszenie na brzegu, trzy osoby majstrowały przy baliście, która zaczęła obracać się w naszą stronę. Ostrzegłem współtowarzyszy o niebezpieczeństwie i chciałem krzyknąć w stronę okrętu. Bracia bitewni musieli dowiedzieć się o zagrożeniu! Pani Konkordia stwierdziła, że nie mogą to być siły miejskie, bo po pierwsze użyliby wszystkich machin wojennych, a po drugie mieli za mało ludzi, by je obsadzić. Ta logika była strasznie pokrętna. Teraz jak się nad tym na spokojnie zastanowię wiekowa szlachcianka nieświadomie zdradziła mi słabość sił w mieście. Alchemiczka zaczęła oszalałe bredzić, że za wszystkim stoi zakon próbujący sprowokować walki. Nie wierzyłem w te brednie i nie zamierzałem bezczynie ich słuchać. Ile miałem sił w płucach za alarmowałem okręt, a Svetlana zawtórowała w moich wysiłkach. Chwilę później pocisk z balisty przeszył kadłub, naszej łódki doszczętnie go niszcząc. Centymetr bliżej ogromny pocisk przeszyłby panią Konkordię. Na szczęście Astarion nad nią czuwał. Szokowani i zdezorientowani znaleźliśmy się w wodzie. W duszy modliłem się o pomoc do Świętego Marina o uratowanie nas. Svetlana w tamtej chwili zachowała się niezwykle bohatersko, nie dość, że najpierw wyłowiła tonącego Igora to jeszcze popłynęła za spanikowaną alchemiczka, która próbowała dopłynąć do brzegu. Młoda dama pod tym względem mocno przypominała swojego ojca, który zawsze pierwszy był do działania. Peter z moją pomocą zdołał odholować Igora do okrętu zakonu, a bracia bitewni rzucili nam liny i wciągnęli nas na pokład. Z niepokojem obserwowaliśmy zamieszanie na brzegu wynikłe z wystrzału oraz płynące szlachcianki. Na szczęście już nic więcej niespodziewanego się nie wydarzyło. Ojciec Tressach kipiał z gniewu pod tym co widział, uznał w złości, że wszystko było prowokacją sił miejskich. Natychmiast wypreparowałem mu te pomysły z głowy. Nie było możliwości, by pan Adam narażał życie swojej matki na niebezpieczeństwo, a pan Rumen był zbyt honorowym człowiekiem by dopuścić się takiej niegodziwości. Ktokolwiek stał za zamachem nie chciał doprowadzić do pokoju między włodarzami miasta a Zakonem Wiecznej Walki. Dowódca na okręcie uspokoił się po moich słowach i przyjął moje argumenty. Popłynęliśmy z powrotem na brzeg łodzią podarowaną nam przez zakon, gdy uznaliśmy, że sytuacja na brzegu została opanowana. W porcie spotkałem roztrzęsioną panią Konkordie i dowiedziałem się, że Svetlana ruszyła znaleźć sprawców. Młodej damie nie można było odmówić odwagi. Roztrzęsiona szlachcianka wysunęła kolejną teorie, tym razem obwiniając kult Drzewa Życia o zamach. Poprosiłem alchemiczkę by się opanowała i na spokojnie poczekała na zdobycie większej ilości dowodów. W odpowiedzi od matrony usłyszałem, że nie ma czasu na spekulacje i tylko przeszkadzam swoja opieszałością i nastawieniem. Wstyd mi przed samym sobą, ale po tym wszystkim co się stało, puściły mi nerwy. Wygarnąłem pani Konkordi, że jedyną osobą, która cały czas spekuluje jest ona, od momentu strzału przedstawiła parę różnych teorii kto był odpowiedzialny za zamach. Na zarzut o braku chęci pomocy opowiedziałem jak uspokoiłem Ojca Tressach na okręcie i jak cały czas próbuje pomóc jej i jej nieśmiertelnej duszy. Alchemiczka wyraźnie była zaskoczona moją postawą na okręcie, wyglądało jakby cały czas uważała mnie za zagrożenie i kule u nogi spowalniającą jej działanie. Po wszystkim co przeszliśmy... Po wszystkim co starałem się dla niej zrobić... Jej postawa mocno mnie zasmuciła i rozgniewała... Czułem wielkie rozgoryczenie i niemoc w dotarciu do niej... Wiekowa szlachcianka zadeklarowała w swej pysze, że nie potrzebuje niczyjej pomocy, bo ona jest tą która jej udziela innym, a także doskonale zna metody “pomocy” zakonu wiodące na stos. W gniewie wygarnąłem, że dla zatwardziałych grzeszników spalenie w oczyszczającym ogniu jest “jedyną” możliwościom pomocy i oczyszczenia. Na Asteriona nie powinienem tego mówić... Ale przy tej kobiecie całkowicie tracę wewnętrzny spokój... Trwaliśmy w ciszy na nabrzeżu do powrotu Svetlany.

Wieści o zamachu szybko się rozeszły Svetlana wróciła do nas w towarzystwie pana Adama. Dowódca sił miejskich był rozwścieczony, ktoś omal nie uśmiercił jego matki, chciał natychmiast wyjaśnić całe zajście. Svetlana zaraportowała, że udało schwytać się dwóch ludzi obsługujący balistę Ladislava i Ilija, natomiast ich dowódca Bolivol, który miał wydać rozkaz strzału, nie został znaleziony. Młoda dama ustaliła, że Bolivol jeden z dziesiętników wydał rozkaz ostrzelania naszej łodzi ignorując procedurę sygnału ostrzegawczego, a następnie odszedł zawiadomić pana Adama o całym zajściu, obsługę przed kolejnym strzałem powstrzymał pan Valentin i reszta żołnierzy z portu. Jak dobrze, że Astarion obdarzył pana Valentina bystrym umysłem. Bolivola mimo nagonki żołnierzy nie znaleziono w porcie, a Svetlana znalazła przejście w murze pozbawione ochrony przy którym znalazła porzucony pas wojskowy z pochwą na miecz. Moja była uczennica wyrosła na bardzo zaradną panienkę. Pan Adam był straszliwie wściekły, cała sprawa doprowadziła go niemal do białej gorączki. Dowódca wyjaśnił nam, że wszyscy byli poinformowani o naszej delegacji, więc nikt nie miał prawa pomylić łodzi z zagrożeniem, Bolivol odpowiadał przed panem Rumenem, więc dziwne, że chciał udać się nie do swojego przełożonego. Co prawda koszary były bliżej niż zamek – nie mniej Bolivol nie dotarł do koszar ani nie spotkał się po drodze z panem Havlikiem. Boże Mój to wyglądało jak celowe działanie. Ktoś targnął się na nasze życia! Starałem się jednak nie wyciągać pochopnych wniosków tak jak alchemiczka. Błędne oskarżenia zbyt wiele, by nas kosztowały... Syn Pani Konkordi nakazał przeszukanie miasta narzekając przy tym, że ma pod ręką zbyt mało ludzi, by wszystko zabezpieczyć. Po raz kolejny tego dnia usłyszałem o słabości sił miasta, tym razem z ust jednego z głównodowodzących. Pan Adam zarządził powrót do koszar i przesłuchanie więźniów. Podczas podróży wysnułem teorie, że za to zajście mogła być odpowiedzialna klątwa ze skarbu. Niestety nie miałem dość czasu by ją sprawdzić. W koszarach co dla mnie bardzo niezwykłe pani Konkordia przejęła stery nad przesłuchaniem. Wraz Svetlaną co prawda również stawialiśmy pytania, ale głównie zajmowała się tym alchemiczka. Pierwsze co nakazała zrobić wiekowa szlachcianka to przynieść więźniom strawę i podać krzesła. Niezwykły akt miłosierdzia wobec tych, którzy omal nie doprowadzili do naszej śmierci. Z przesłuchania dowiedzieliśmy się, że Ladislava pierwszy raz służył przy baliście jako ładowniczy, natomiast Ilija już od dziesięciu lat obsługiwał machinę oblężniczą. Doświadczony żołnierz doskonale znał procedurę wystrzału. Obaj zaczęli służbę o świcie i zostali oddelegowani na blanki. Podczas warty widzieli jak inni żołdacy obstawiają kolejne machiny wojenne, a także dokładnie naszą delegację jak wypływała. Obaj mężczyźni byli świadomi, że wysłano delegacje. Dziesiętnik Bolivol nie przyszedł wraz z nimi z koszar, a był już na miejscu. Na początku dziesiętnik jak to miał zwyczaju głośno wydawał rozkazy i prowadził musztrę – jak się nad tym zastanowić to właśnie te krzyki usłyszeliśmy, gdy opuszczaliśmy port. Sam Bolivol nie był przy dwójcę żołnierzy cały czas, często odchodził sprawdzając inne stanowiska. Wojacy zeznali, że dowódca podarował im dwa jabłka, które chętnie zjedli. W tym momencie pani Konkordia stworzyła teorie, że jabłka były zaklęte bądź zatrute. Oczywiście istnieje na taki obrót spraw niewielka szansa, jednak tak potężna magia to rzadkość i nic poza mglistą przesłanką za tym nie przemawiała. Alchemiczka bardzo uczepiła się tej wersji jak za przeproszeniem rzep psiego ogona z ludowego powiedzenia. Stara szlachcianka chciała wymusić na żołnierzach wymioty, ale ostudziłem jej zapał przypominając jej, że cokolwiek rano zjedli już było strawione. Wiekowa szlachcianka nie ustępowała dopytując się ich co zrobili z ogryzkami. Jak można było się spodziewać wyrzucili je i nawet nie pamiętali, gdzie. Po tym jak nasza łódź zawróciła Bolivol wydał rozkaz do strzału. Obaj żołnierze rozpoznali, że delegacja powróciła i próbowali się upewnić, czy padł sygnał ostrzegawczy. Dziesiętnik odrzekł, że sygnał już dawno padł i zakon atakuje. Mężczyźni nie słyszeli żadnego sygnału, ale nie mieli powodu podważać rozkazu dowódcy. Obaj byli pewni, że krzyki Bolivol było słychać na każdym stanowisku. Po wystrzale dziesiętnik dał rozkaz do przeładowania i kontynuowania ostrzału, a sam poszedł poinformować pana Adama o ataku. Bolivol z pewnością nie wrócił do koszar, a posłańcy pana Havlika wrócili z zamku, na który też nie dotarł. To by znaczyło, że dziesiętnik zdezerterował jak zdał sobie sprawę z tego co zrobił, w innym wypadku mógł zdradzić albo ktoś się pod niego podszył. Z całą pewnością do wyjaśnienia sprawy należało odnaleźć zbiegłego dziesiętnika. Po odejściu dowódcy od dalszych strzałów powstrzymał ich mężczyzna z opisu pasujący do pana Valentina oraz po chwili reszta załogi portu. Obaj wojacy słabo znali Bolivol, ponieważ został im przydzielony piątego dnia Arros, gdy przyszedł do miasta w raz siłami pana Rumena. Sam dziesiętnik nosił barwy kopljeników i wyróżniał się pośród innych żołnierzy nosząc miecz dwuręczny. Przesłuchanie dobiegło końca, a pan Adam nie był zachwycony jego wynikiem. Wzburzony szlachcic domagał się odpowiedzi i chciał torturować więźniów, jego matka się temu stanowczo sprzeciwiła. Pani Konkordia uważa ich za niewinne ofiary manipulacji, którzy powinni być zwolnieni. Alchemiczka powoływała się na fakt, że są jednymi z niewielu żołnierzy zdolnych do obsługi balisty. Wydawać się mogło, że bardziej niż miłosierdzie przemawiały przez nią względy praktyczne. Svetlana również wykazała się gołębim sercem prosząc o złagodzenie kary ze względu na to, że obaj żołnierze wykonywali rozkazy przełożonego. Sam też nie pragnąłem zemsty na tych dwóch nieszczęśnikach, pozostawiłem ich w jurysdykcji pana Adama, ale też poprosiłem o łaskawsze potraktowanie z tego samego powodu jaki podała moja była uczennica. Pan Havlik wziął to wszystko pod uwagę i wtrzymał się od wymierzenia kary do odnalezienia Bolivol. Nim odeszliśmy pomodliłem się z więźniami o łaskę dla nich od Naszego Pana.

Po przesłuchaniu z panem Adamem zaczęliśmy dywagować nad dalszymi krokami. Żołnierze przede wszystkim skupili się na przeczesywaniu miasta w poszukiwaniu Bolivol. Chciałem by zakonnicy zostali zgodnie z postanowieniami wpuszczeni do miasta. Dowódca się temu sprzeciwił, twierdząc, że ma zbyt mało ludzi do zabezpieczenia portu, póki szukają zbiega. Według pana Havlika najwcześniej możliwe było wpuszczenie ich z rana do miasta. Svetlana zgłosiła się na ochotnika popłynąć na okręt zakonny i przekazać wieści. Po zamachu obawiałem się o bezpieczeństwo swojej byłej uczennicy, jednak ktoś musiał się tam udać. Po tym co przez ostatni tydzień pokazała młoda dama nie musiałem się martwić wykonaniem zadania, doskonale odnajdywała się w roli dyplomaty i negocjatora. Natomiast pani Konkordia naciskała, by ceremonia odbyła się jak najszybciej. Najlepszą okazją do tego typu uroczystości była msza święta z okazji dekadnia, który wypadał jutro... Odparłem, że to nie możliwe by właściwie przygotować taką ceremonię na dzień jutrzejszy. Alchemiczka nalegała tłumacząc, że sytuacja w mieście jest zbyt napięta. Sam czułem rosnące napięcie, zwłoka mogła prowadzić do eskalacji. W takich sytuacjach nie powinniśmy ulegać pośpiechowi, ale tym razem musiałem ustąpić. Stawka była zbyt duża... Pan Adam zgodził wziąć się na swoje barki przygotowanie zaproszeń dla szanownych gości, ja zaś miałem zająć się organizacją wydarzenia. Dobrze, że miałem przygotowaną już treść ceremonii. Pani Konkordia miała wrócić do portu i poszukać dalszych dowodów w sprawie, w tym tych nieszczęsnych ogryzków... Nim się rozstaliśmy obiecałem zebranym, że przed ceremonią będzie jeszcze możliwość omówienia spraw z komturem.

Po na radzie niezwłocznie udałem się do katedry w Histogradzie. Potężna świątynia wzniesiona z kamienia górowała nad miastem, a jej strzeliste łuki oraz witraże pokazujące chwałę Świętych cieszyły oczy. Wewnątrz katedry znajdował się skromny ołtarz, który przypominał nam jak mali jesteśmy w porównaniu z bezmiarem Astariona. Poświęciłem chwilę na modlitwę do Naszego Pana w intencji pokoju, następnie poszukałem odpowiedzialnego za świątynie duchownego. Na zapleczu spotkałem zdenerwowanego prezbitera Luke. Po wymianie uprzejmości poprosiłem o możliwość rozmowy z Arcybiskupem Mladenem. Ku mojemu przerażeniu dowiedziałem się, że Wielebny Ojciec wyruszył na wojnę i zaginął pod wsią Pcelesko, zapewne wzięty w niewole lub nawet zamordowany. Panie uchowaj nas od tego! To bardzo komplikowało moje zadanie. Brat Luka obecnie sprawował pieczę nad świątynią. Poprosiłem brata w wierze o pomoc w organizacji ceremonii. Początkowo prezbiter był niepewny i nieprzekonany do całego przedsięwzięcia, obawiał się o bezpieczeństwo. Po długiej dyspucie przekonałem brata, że żadna ze stron nie poważy się pogwałcić miru tego świętego miejsca, a zakon będzie gwarantem pokoju. Przedstawiłem prezbiterowi plan ceremonii, był pod wrażeniem przygotowanych detali. Postanowiliśmy, że brat poprowadzi tradycyjną mszę, ja zaś miałem po nim poprowadzić ceremonię odnowienia ślubów. Po omówieniu detali rozstałem się z prezbiterem i wróciłem na chwilę do koszar. Przekazałem panu Adamowi, że wszystko zostało przygotowane do ceremonii. Od dowódcy dowiedziałem się też, że Bolivol wciąż nie został znaleziony, a dzień przed zamachem nie wrócił do koszar, ponieważ gościł w przybytku lekkich obyczajów. To oburzające, że ktoś taki został dziesiętnikiem... Poprosiłem również pana Adama o dopilnowanie matki, by w czasie ceremonii nie zrobiła niczego niewłaściwego oraz by ze strony miasta nie doszło do żadnych prowokacji. Dowódca był zaskoczony moją śmiałością i bezpośredniością, ale przyrzekł mi tego dopilnować. W odpowiedzi dałem mu słowo, że zakon nie naruszy miru Świątyni. Ze względu na niedawny zamach poprosiłem pana Havlika o przydzielenie obstawy, gdy wracałem do siedziby zakonu. Moja prośba została wysłuchana. Po drodze spotkałem wracającą do koszar Svetlane. Odetchnąłem z ulgą, gdy ja zobaczyłem całą i zdrową. Młoda dama przekazał mi, że Ojciec Tressach spokojnie przyjął jej wyjaśnienie i zadeklarował, że pomówi z Komturem jeszcze przed ceremonią. Sprawy układały się po naszej myśli...


(fragment dziennika został zapisany fonetycznie w języku Milirithien stosując w zapisie starodawny alfabet Haetal)


Cytat:
Powróciłem w końcu do Zakonu Wiecznej Walki, w którym wrzało od spekulacji po dzisiejszym zamachu. Byłem zmuszony zdementować większość plotek. Z całą pewnością pani Konkordia nie sfingowała zamachu na swoja osobę, zagrożenie było prawdziwe i omal nie przypłaciliśmy tego naszymi życiami, tylko dzięki Łasce Astariona przetrwaliśmy. Podobnie sprawa miała się z panem Adamem na pewno nie ryzykował, by życia sławnej matki, a pan Rumen był zbyt honorowy, by brać pod uwagę skrytobójstwo. Za zamachem ewidentnie stały siły wrogie miastu jak i naszej świętej wierze. Niewiarygodne jakie pomysły rodzą się w głowach ludzi, nawet pośród braci walczących, na szczęście udało mi ich się obalić szkodliwe spekulacje dla naszej sprawy. W końcu udało mi się stanąć przed Komturem, gdy udało mi się wyrwać z krzyżowego ognia pytań braci walczących. Ojciec Aeron był rad widząc mnie całego i zdrowego. Natychmiast zdałem relację z tego długiego dnia Dowódcy Zakonu. Rozpocząłem od wątpliwości jakie mieli moi towarzysze wobec działań zakonu, który z jednej strony wysyła misje dyplomatyczną, a z drugiej dokonuje prowokacji w porcie. Te sprzeczne sygnały nie przysłużą się reputacji zakonu, potrzeba jest zająć zdecydowane jasne stanowisko, jakiekolwiek by ono nie było. Starałem przekonać Komtura, że w tych trudnych czasach potrzeba nam przywódcy silnego, który działa zarówno z głową jak i sercem. Osoby takiej jak Areon... Komtur zmieszał się na moją deklarację, ale chyba zdołałem podbudować jego pewność siebie choć trochę. Przekazałem również Dowódcy Zakonu, że moim skromnym zdaniem spór w chorze ma tylko i wyłącznie podłoże polityczne, a nasze zakony winne są zachować neutralność i chronić mieszkańców Erxen. W końcu sam zająłem stanowisko w sporze, nie mam pojęcia czy mój akt odwagi wpłynął na Komtura. Wobec samego siebie czułem się spokojniejszy... Następnie opowiedziałem o wizycie na okręcie jak z niechęcią Ojciec Tressach przyjął ustępstwa uważając je za słabość Głównodowodzącego oraz jak chętnie deklarował wyprawę do wielkiego lasu w celu wycięcia Drzewa Życia. Podałem Ojcu Aeronowi również przybliżoną ilość zakonników na okręcie, wiadomość iloma braćmi może dysponować dodała mężczyźnie nowych sił. Poinformowałem również, że Ojciec Tressach może rano stawić się na spotkanie. W następnej kolejności przeszedłem do zamachu, opowiedziałem o jego przebiegu, schwytaniu dwóch żołnierzy i ucieczce Bolivol. Zdałem również relacje jak słabo prezentują się siły miejskie wobec zaistniałego kryzysu. Podałem również wyniki śledztwa, które wskazują na celowe działanie wrogich sił, na zdrajców Erxen lub wręcz heretyków. Ta wiadomość wrzasnęła Dowódcą Zakonu, świadomość, że macki herezji sięgają do stolicy chory była przerażająca. Na koniec zostawiłem dobrą nowinę, że przygotowania do ceremonii zostały zakończone i jutro po mszy może się ona odbyć w katedrze. Ojciec Aeron był bardzo rad z mojego wkładu i pomocy w mediacji. Rozpierała mnie duma, ale pozostało nam ustalić ostateczny plan działania. Po pierwsze należało wskazać jasno dowódcę Zakonu Ordo Æternus Bellum czy to w osobie Aerona czy jego zastępcy Ojca Leolina. Po drugiego było ustalenie celu zakonu rozpoczęcie krucjaty przeciw Drzewu Życia lub ochrona mieszkańców Histiogradu poprzez ultimatum o rozbrojeniu miejskich sił. Przez to wszystko co się dziś wydarzyło zapomniałem o opcji wysłania wiadomości do przełożonych, ale wydaje mi się, że i tak nie mieliśmy czasu czekać na odpowiedzi. Komtur znalazł jeszcze jedną ścieżkę, wykorzystanie ceremonii do schwytania bez walki włodarzy miasta. Byłem przerażony tym haniebnym planem, jak to możliwe, że pojawił się w głowie tak szlachetnej osoby. Widać w każdym z nas kryje się cień... Zaklinając Komtura na samego Asteriona rzekłem, że nie można tak uczynić pod żadnym pozorem. Tak tchórzliwe postępowanie byłoby hańbą dla całego Zakonu Wiecznej Walki, a także profanacją Domu Bożego. Ojciec Aeron zrozumiał swój błąd i przeprosił za tą niegodną propozycję, tłumacząc się swoim osłabionym stanem. Komtur milczał dłuższą chwilę analizując wszystko o czym mówiliśmy. Wydawało mi się, że mężczyzna powoli odzyskuje dawną pewność siebie. W końcu Ojciec Aeron zadeklarował, że zrzeknie się dowodzenia na rzecz Ojca Leolina i nakaże mu udział w ceremonii oraz wymarsz na krucjatę. Nie było to na co do końca liczyłem, ale dawało szanse na pokojowe rozwiązanie sytuacji. Być może poranna rozmowa z panią Konkordią i Svetlaną wpłynie dodatkowo na komtura. Po rozmowie udałem się jeszcze na modlitwę o pokój do naszego Pana Astariona.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 14:49   

10 dzień Arros 380, Histograd


W tym wzniosłym dniu nie spodziewałem się kolejnych problemów… Po porannej modlitwie zgodnie z ustaleniami przyjąłem w zakonie panią Konkordie i Svetlane. Ku mojemu zdziwieniu i przerażeniu alchemiczka pokazała mi gotowe zaproszenia na dzisiejszą ceremonie, która ma się odbyć w południe… To było niedorzeczne! Niepoważne! Wiedziałem, że jest za mało czasu, by to właściwie przygotować. Taka kompromitacja… Wstyd się przyznać, ale po zobaczeniu zaproszeń wpadłem w lekką panikę. Starsza szlachcianka jakby nie do końca rozumiała targające mną emocję, ale natychmiast wysłała Igora i pana Valentina jako posłańców. Tyle dobrze, że wszyscy zainteresowani byli już nieformalnie poinformowani. Może uda się uniknąć blamażu… Jak ochłonąłem poinformowałem szlachcianki o wstępnej decyzji Komtura, nie zdążyliśmy jej jednak omówić, gdyż niespodziewanie na dziedzińcu pojawił się Ojciec Leolin w obstawie zakonników ciągnących ze sobą Headwyna w kajdanach… Z początku nie pojmowałem co się dzieje. Wstyd to przyznać, ale przez wydarzenia w mieście kompletnie zapomniałem o tym nieszczęsnym człowieku dotkniętym niegdyś przez klątwę. Twarz zastępcy komtura była zastygła w grymasie gniewu z nienawiścią wpatrywał się w panią Konkordię. Ojciec Leolin z dumą ogłosił, że nadszedł czas na wymierzenie sprawiedliwości, która była odraczana zbyt długo przez mataczenia pani Havlikovej. Czułem zażenowanie widząc tą scenę, jak z instytucji Świętego Sądu robi się prywatny folwark do upustu własnych emocji. Ewidentnym było, że ten pokaz siły miał uderzyć w starszą szlachciankę. Nie tak powinno to wyglądać względem wykonawcy jak i oskarżonego, a nawet świadków spełnienia powinności. Niestety los Headwyna był już dawno przesądzony, wielokrotnie prosiłem o łaskę dla jego osoby, ale jego czyny były zbyt haniebne, by rozważono moją prośbę. Zachowałem milczenie wobec całej sprawy, natomiast młoda dama była kompletnie zaskoczona obrotem spraw, a alchemiczka dogłębnie tym wstrząśnięta i próbujące jeszcze raz odroczyć wyrok. Pani Konkordia wylała po raz pierwszy własne emocję, swój strach jaki doświadczyła tamtej bezbożnej nocy, gdy dokonano mordu, swoją bezsilność wobec niezrozumiałego szaleństwa jakiej dopuścił się Anhelm i Paweł oraz szczerą chęć załagodzenie krzywd poprzez pomoc w odnalezieniu ciał i pochówku. Nigdy nie widziałem pani Havlikowej w tak rozchwianym stanie ani jak ujawnia co naprawdę czuję… Można było jej współczuć koszmaru jaki przeszła… Jej głęboko skrywane uczucia pokazały, że moja walka o ratowanie jej duszy nie była bezzasadna. Jednak Ojciec Leolin był ślepy na ten ból i dalej obwiniał starszą damę o całe zajście, w którym zginął jego kuzyn. Z przykrością muszę przyznać, że zastępca komtura nie przebierał w słowach, nie bacząc kto jest na placu. Zrozumiałem też skąd brała się tak duża nienawiść do alchemiczki w zakonniku, wynikała z żalu i bólu po stracie członka rodziny w tak bestialski sposób. Próbowałem przemówić do Ojca Leolina, że sąd nad panią Konkordią się odbył i kara została wymierzona odpowiednia do przewiny. Zastępca komtura był jednak ślepy na wszystkie argumenty, obwiniając alchemiczkę o wszystko. Mężczyzna nakazał rzucić na kolana Headwyna i zamierzał ściąć go bez pardonu. Poprosiłem Ojca Leolina, by chociaż pozwolił pojednać się nieszczęśnikowi przed śmiercią z Naszym Panem. Zastępca komtura zaślepiony gniewem był głuchy na moje argumenty, jednak z pomocą przyszła mi Svetlana i zdoła do niego dotrzeć. Ojciec Leolin zreflektował się, przeprosił mnie i Svetlane za wybuch, stwierdzając, że nie ma naszej dwójce nic do zarzucenia oraz pozwolił na namaszczenie więźnia. Headwyn choć pozbawiony języka skinięciem głowy potwierdził, że chce przyjąć ostatnią modlitwę. Nieszczęśnik pochylił głowę w pokorze, gdy recytowałem Święte Wersy. Czułem, że więzień już pogodził się ze swoim losem i stracił wolę życia. Uczyniłem znak kręgu kończąc modlitwę i powierzając duszę mężczyzny Astarionowi. Jedynie tyle mogłem uczynić dla tego nieszczęśnika… Po modlitwie Ojciec Leolin wziął zamach swoim mieczem… Boże Mój to było okropne. Cięcie nie było czyste ześlizgnęło się po barku, raniąc ciężko Headwyna, ale nie zabijać. Widziałem jak ten nieszczęśnik wije się z bólu, dopiero drugi cios zakończył jego katusze. To były rzeźnickie uderzenia, a nie precyzyjne ciosy kata. To nie tak miało się odbywać, to urągało wymierzeniu sprawiedliwości. Gdyby Ojciec Aeron był z nami... Komtur potrafił pewną ręką ściąć nawet orka, a nie jest to prosta sztuka. Nie odwróciłem wzroku czułem, że to mój obowiązek jako kapłana towarzyszyć Headwynowi w jego ostatniej drodze. Choć dla oczu nieprzywykłych do makabry ten barbarzyński widok musiał być druzgocący. Widziałem, że Svetlana ledwie się trzymała, żałowałem, że musiała być światkiem takich okropności, a pani Konkordia nie zniosła tego widoku i odwróciła wzrok, przepraszając Headwyna za swoją niemoc. Ojciec Leolin szydził z alchemiczki, że nie jest stanie spojrzeć na konsekwencje swoich czynów ani pogodzić się, że jej słowa czasem to za mało. Zastępca komtura próbował jeszcze uniemożliwić nam spotkanie z Ojcem Aeronem, ale umilkł, gdy powołałem się na bezpośredni rozkaz jego przełożonego. Zakonnicy odeszli pozostawiając nas na zakrwawionym placu przy z dekapitowanym w ciele. Dłuższą chwilę staliśmy szokowani w milczeniu. Zastanawiałem się czy nie posłać po kogoś, by zająć się ciałem, jednak młodzi akolici sami o tym pomyśleli. Nim akolici zabrali ciało pochyliłem się nad głową Headwynna zamykając na zawsze jego oczy pełne bólu i przerażenia. Raz jeszcze pomodliłem się za tego nieszczęśnika, by znalazł pokój w Asterionie... Spoglądając w okna klasztoru dostrzegliśmy, że całemu spektaklowi przyglądał się z ponurą miną sam Komtur. Ciężko mi orzec o czym myślał, ale chyba znów dostrzegłem w nim determinację. Idąc w stronę komnat Ojca Aerona przeprosiłem Svetlane, że musiała być świadkiem tak źle poprowadzonej egzekucji. Nie byłem wstanie nic więcej z siebie wydusić przytłoczony całym zajściem…

Zostaliśmy przyjęci w prywatnych komnatach Ojca Aerona. Dostrzegłem zmianę w postawie Komtura znów stał wysportowany i nie był już tak blady jak wczoraj, dodatkowo przywdział pełen rynsztunek. Wszystko wskazywało na to, że po naszej wczorajszej rozmowie Ojciec Aeron zaczął wyraźnie odzyskiwać siły i determinacje. Mimo ponurych wydarzeń z rana dawało to nadzieję na lepszą przyszłość. Komtur przeprosił nas za całe zajście i przyznał, że Ojciec Leolin nie poradził sobie z rolą jaką mu powierzył, nie mogąc oddzielić prywaty od swoich obowiązków i choć wyrok zapadł w sprawie Headwyna, nie powinien być wykonany w tak urągający sposób. Dowódca Zakonu rozumiał jednak ból i stratę jaka targała jego zastępcą, bowiem sam stracił brata, którego zamordował ten sam sprawca - szalony Anhelm. Dla Ojca Aerona tym dotkliwsze to było, ponieważ strona Zlatnosurtskich uznała po wydarzeniach na Karlowym Moście jego brata za zdrajcę przez co sprawca uniknął sądu za zabójstwo szlachcica. Wielką mądrością i powściągliwością obdarzył Komtura Nasz Pan. Wielce się cieszę, że mogę obcować i współpracować z tak Prawym Mężem. Ojciec Aeron podziękował nam za nasz wkład w rozmowy pokojowe i rad był poznać osobiście moją byłą uczennice. Pani Konkordia zaapelowała do Komtura w pięknych słowach, by znów stanął na czele Zakonu Wiecznej Walki – „Ból jest częścią życia i nie możemy ogrodzić naszych serc murem inaczej staniemy się zgorzkniali i oziębi. Ból wcale nas nie osłabia, ale hartuje nas czyniąc silniejszym i zdolnym do współodczuwania. Powinnością zakonu jest walka ze złem, a nie toczenie sporów politycznych. Zło wkradło się do naszego miasta i próbuje nas poróżnić ze sobą. Powinniśmy się zjednoczyć i wspólnie dać mu opór”. Żałuje, że nie spisałem całej tej pięknej przemowy natychmiast, obawiam się, że po czasie nie które słowa mi uciekły, choć mam nadzieję, że dobrze oddałem ich ducha. Zgodziłem się z alchemiczką i poparłem, krótkimi wtrąceniami. Ojciec Aeron milczał chwilę po wysłuchaniu nas, ale dostrzegłem jak w jego oczach znów zapłonął niezachwiany płomień Naszej Świętej Wiary i powinności. Komtur podjął decyzję – przyjmie świadectwo wiary włodarzy miasta, a następnie ogłosi krucjatę przeciw Drzewu Życia. Z serca spadł mi kamień. Dokonaliśmy tego. Na chwałę Asteriona nasze wysiłki zaczęły przynosić owoce. Rozdzieliśmy się po audiencji, każdy z nas musiał przygotować się do ceremonii. Sam pogrążyłem się w modlitwie i medytacji, odtwarzając w głowie przebieg ceremonii. Czułem ogromną presję, ale dla dobra mieszkańców Erxen i Chwałę Naszego Pana musiałem dać z siebie wszystko.

W końcu nastał ten wielki moment Katedra w Histogradzie wypełniona była po brzegi. Na mszę przybyło wielu braci walczących na czele z dowódcami, również bracia leczący w tym Ojcowie Przełożeni i brat Czarnuszka, włodarze miasta i członkowie wielkich rodów, a także wielu zwykłych mieszkańców miasta. Wszyscy chcieli spotkać się z Asterionem w tym Świętym Dniu i być świadkami odnowienia ślubów, wydarzenia, które z pewnością zostanie zapamiętane. Moje serce czuło radość widząc tyle ludu pragnącego kontaktu z Naszym Panem, ale też czuło lęk przed wystąpieniem przed takim tłumem. Wielokrotnie prowadziłem msze czy kazania, ale nigdy na taką skalę, poza tym waga ślubów była bezprecedensowa. Od tego jak potoczy się ceremonia zależały losy miasta… Prezbiter Luka poprowadził należycie msze w kazaniu nawołując do zjednoczenia się i wspólnej walki ze złem. Wielebny choć zdenerwowany podniosłością wydarzenia również dołożył cegiełkę do naszych starań o pokój. I to nadszedł wiekopomny moment. Moje obawy były płonne. Sam Astarion natchnął moja głowę i usta, bowiem mój głos ani razu się nie załamał, a umysł klarowny i nie zmącony. I tak o to przed ołtarzem stanęli Adam Havlik, Konkordia Havlikowa, Rumen Kopljenik, Svetlana Vladic oraz Stojan Zlatnosurtski. Nie spodziewałem się, że magister Stojan będzie aż tak postawnym mężczyzną, z pewnością nie żałował sobie jadła i napitku… Zebrani najpierw przysięgali na imię Naszego Pana i swojego rodu za prawdomówność swej przysięgi. Pan Rumen i Pan Adam złożyli przysięgę szybko i dobitnie w stylu żołnierskim, Pani Konkordia bardzo spokojnie i bez emocji jak byłby to zwykły obowiązek, Svetlana była nieco zdenerwowana widać to było wyraźnie, dało się wyczuć lekkie drżenie głosu w jednym ze słów przysięgi, cóż zapewne był to efekt tremy moja była uczennica nigdy nie stawała przed takim tłumem, który obserwował w dodatku każdy jej ruch i chłoną każde jej słowo. Pan Stojan co dziwne mówił bez większego przekonania i miał problemy z dykcją. Nie spodziewałem się tego po magistrze magii, wydaje się, że ma taką naturę. Pozostała część ceremonii polegała na wyznaniu Praw Wiary, wyrzeczeniu się zła i uznaniu prerogatyw Instytucji Kościelnych. Ku mojemu zadowoleniu i uldze wszyscy zebrani złożyli każdy ze ślubów, choć pan Rumen nieco się zawahał, gdy poruszona była kwestia Zakonu Wiecznej Walki, zapewne wynikało to z długotrwałego sporu jaki dział się w mieście. Bracia walczący pewnością byli usatysfakcjonowani ślubami wierności i lojalności wobec Patriarchy, a także poszanowanie praw ich zakonu przez włodarzy miasta. Sam nie dopatrzyłem się już innych wątpliwości u przysięgających, szczególnie dużą uwagę czyniłem wobec pani Konkordi, pamiętając jej karygodne filozoficzne konstrukty uchybiające Naszej Świętej Wierze. Alchemiczka wszystkie śluby mówiła spokojnie i bez emocji, nie zdradzając w żaden sposób swoich myśli. Starsza szlachcianka złożyła wszystkie śluby, w tym te do których miałem największe wątpliwości. Wydaje mi się, że w końcu zrozumiała swoje błędy i w końcu wyrzekła się szkodliwej własnej pokrętnej filozofii, nie mam powodu sądzić, że jest inaczej. Nawet pani Konkordia nie ośmieliłaby się na krzywoprzysięstwo w Domu Bożym pośród tak wielu świadków ze szlachty, duchowieństwa i gminu. W tedy bowiem wyklęta byłaby pośród społeczeństwa jak i z życia wiecznego… Tą doniosłą ceremonie zakończyłem pochwalnym hymnem do Astarriona Mistrza, najpierw zawtórowali mi bracia bitewni swoimi niskimi głosami, a potem pozostali wierni. Nasza modlitwa odbiła się echem od kamiennego stropu katedry, cóż za przepiękny dźwięk. Moim ciałem zapanowało wielkie wzruszenie. Po ceremonii na mównicę wszedł Ojciec Aeron zabierając głos podziękował mi i prezbiterowi Luce za przygotowanie tak wspaniałej ceremonii, a także odniósł do wkładu na rzecz pokoju delegacji złożonej z mojej osoby, pani Konkordi oraz Svetlany. Wydaje mi się, że tak wywołany zapłonąłem rumieńcem, nie mogąc znieść tak wielu pochwał pod swoim adresem. Całą naszą trójkę rozpierała duma związana z osiągnieciem pokoju w mieście. Komtur kontynuował swoja przemowę, która rozbrzmiewała w świątyni jak uderzenia dzwonu – „Zakon stanowi tarczę i opokę dla ludu Erxen, a nie miecz, którego należy się obawiać. W tym Świętym Dniu zażegnaliśmy brak zaufania pośród wyznawców Astariona i zjednoczyliśmy się razem ponownie w Wierze. O to bowiem musimy stanąć jako jedno szlachta, duchowieństwo i Zakon Wiecznej Walki, by stawić opór złu i plugastwu, które zagnieździło się w Wiecznym Lesie w postaci Drzewa Życia. Wraz z jutrzenką dnia następnego Zakon Wiecznej Walki wyruszy z misją oczyszczenia Wiecznego Lasu. Niech Ci co są gotowi do walki ze złem, niech staną pośród nas podczas jutrzejszej wyprawy”. To były wspaniałe budujące słowa. Odnieśliśmy wspaniały sukces pojednaliśmy braci w wierze i zwróciliśmy boskie Ostrze przeciw herezji - Na Chwałę Pana!!! Choć bardzo zaskoczył mnie tak pośpieszny wymarsz, wydaje mi się, że miało to posłużyć złagodzeniu napięć. Pośród tłumu wybuchła euforia, gdy ukazano niezachwianą siłę Świętego Zakonu, ale przemknął też cień niepokoju wraz odkryciem herezji. Mieszkańcy Erxen nie powinni się lękać, gdyż zło zostanie wyrugowane za pomocą topora i ognia! Na Chwałę Astariona Mistrza!!!

Po ceremonii otrzymałem wiele ciepłych słów od zakonników, a także braci leczących, pośród których wybijał się brat Czarnużka poprzez swoją wielką wylewnością przy okazywaniu uczuć zwłaszcza tych radosnych. Nie przywykłem do tak wielu pochwał, przez co czułem się mocno zakłopotany i nieswój. Jednocześnie odczuwałem wielką dumę ze spełnienia obowiązku. Moi Przełożeni byli bardzo zadowoleni i udzieli mi dalszej dyspensy do pomocy zakonowi, a także obiecali wsparcie braci leczących nadchodzącej krucjacie. Niestety wśród braci zakonnych zobaczyłem również pomruki niezadowolenia z decyzji Komtura, którym wiódł prym Ojciec Leolin. Mam nadzieję, że pojednanie w końcu też dotrze do ich serc... Moje towarzyszki również pogratulowały mi dobrze przygotowanej ceremonii i wydawały się zadowolone z efektów. Podszedł do nas Komtur raz jeszcze dziękując za nasz wkład i przepraszając za incydent z rana. Ojciec Aeron oznajmił nam, że za ten niegodny czyn pozbawił swojego zastępcę funkcji, co mogło tłumaczyć jego wzburzenie. Dowiedzieliśmy się również, że elfka Elwa wyniku szoku związanego ze śmiercią Headwyna, który był jej narzeczonym, wyzwoliła znów pokłady dzikiej magii raniąc jednego z zakonników pilnującego jej w lochu. Byłem bardzo zasmucony i zaskoczony tą wiadomością. Nie spodziewałem się, że elfka wciąż tkwi w zakonnym lochu. Pani Konkordia po pamiętnej rozprawie obiecała, że znajdzie dla Elwy odpowiedniego nauczyciela magii. Aż trudno uwierzyć, że tyle z tym zwlekała. Alchemiczka nigdy nie wspominała, że potrzebuje pomocy w tym zakresie... Komtur również zaprosił nas na wieczór na odprawę związaną z organizacją wyprawy nim musiał odejść wezwany przez swoje obowiązki. Niespodziewanie Svetlana również nas przeprosiła tłumacząc, że ma coś jeszcze do załatwienia i ruszyła za panem Adamem. Wieczorem wszystko się wyjaśniło... Następnie podszedł do nas magister Stojan również gratulując naszego wkładu w pojednanie wszystkich. To się robi naprawdę krępujące... Pani Konkordia wykorzystała to, by omówić sprawę Elwy. Czarodziej miał zająć się szkoleniem elfki za równowartość piętnastu denarów, a sama Elwa miała zamieszkać u innego magistra Maela do czasu powrotu jej nowego mistrza z wyprawy. Dodatkowo pan Stojan miał przebadać elfkę pod kątem jej potencjału magicznego przed wieczornym spotkanie z Komturem. Słysząc, że sprawa została uzgodniona przez alchemiczkę postanowiłem się już w nią nie wikłać osobiście... Magister wyjawił również powód swojego dołączenia do wyprawy zamierzał dać wieczny pokój swojemu przodkowi Bielisławowi. To było bardzo szlachetne z jego strony. Ostrzegłem czarodzieja, że duch króla może próbować opętać swojego potomka. Pan Stojan jednak nie lękał się tego, ponieważ bardzo wierzył w swoją magię ochroną, w której jak twierdził osiągnął mistrzostwo. Pani Konkordia po raz kolejny uczyniła wielki nietakt. Aż ciężko uwierzyć w taki brak etykiety u tak uczonej kobiety. Mimo deklaracji magistra stara szlachcianka zasugerowała, że mógł pobrać zapłatę za usługi od zakonu i to w dodatku bez porozumienia z Komturem. Oczywiście pan Stojan odszedł obrażony taką sugestią, a pani Konkordia nie potrafiła jak zawsze dostrzec nic złego w swoim zachowaniu. Naprawdę mam powoli tego dosyć... Ruszyliśmy we dwójkę w stronu siedziby zakonu, gdyż oboje mieliśmy tam sprawy do załatwienia, alchemiczka chciała dopilnować sprawy Elwy, ja zaś chciałem poszukać jeszcze więcej informacji o zwalczaniu herezji przygotowując się na wyprawę, miałem nadzieję, że archiwa braci walczących zawierają więcej informacji na temat zwalczania zła. Podczas wspólnego spaceru wyraziłem swoją radość, że pani Konkordia zdecydowała się na tak wzniosły krok jak publiczne oczyszczenie się z grzechu. Wiekowa szlachcianka nie podzielała mojego entuzjazmu i nie dostrzegała podniosłości chwili. Alchemiczka postrzegała ceremonie jako przykry obowiązek, niż duchowe katharsis. Mam nadzieję, że opamiętała się w swych nierozważnych filozofiach, teraz bowiem w oczach mieszkańców Erxen oczyściła się z grzechu. W moich zaś oczach pani Konkordia znów się stała “Tabula Rasa” i tylko od niej zależy, jak wykorzysta drugą szanse. Niech Astarion prowadzi ją do światła... Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn wiekowa szlachcianka zaczęła mocno zastanawiać się nad ojcem Piranem z Bukova. Sam byłem zaskoczony, że w kronice sprzed półtora wieku znalazłem to samo imię na stanowisku prezbitera w Bukovie, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem, że to jedynie przypadek. Cóż pani Konkordia już wietrzyła tam spisek Drzewa Życia, twierdząc, że zbyt wiele niewyjaśnionych rzeczy działo się wokół wioski. Moja odpowiedź w postaci łaski Asteriona, którą obdarzoną tą osadę nie usatysfakcjonowało mojej rozmówczyni. Na argument, że ojciec Piran bardzo nam pomógł podczas poprzedniej wyprawy i pokazał siłę swojej wiary matrona rodu Havlików pozostała głucha. Alchemiczka skupiła się na wyglądzie wielebnego nie licującym z jego zachowaniem, zbiłem ten argument przypominając jej, że sama miała problem z oceną mojego wieku. Ludzie są bardzo omylni w ocenie wyglądów elfów... Upór pani Konkordii jest niesłychany, wpadła nawet na pomysł by przygotować miksturę, którą rozjaśni umysł wiekowego sołtysa Bukova by móc go przepytać o prezbitera. Jak ostrzegłem alchemiczkę, że mikstury silnie działające na umysł mogą być szkodliwe dla użytkownika, była tym faktem mocno zaskoczona. Jak to możliwe, że ktoś znający tajniki alchemii nie zna ich podstaw? Widać, że nikt niestety nie prowadził edukacji starszej szlachcianki, a wiedzę, która sama pozyskała jest chaotyczna i nieuporządkowana. Poradziłem pani Konkordi, że jeśli tak ją nurtuje ten temat to niech sprawdzi w rejestrach archidiecezji, jednak ostrzegłem ją przed mozolną pracą archiwistyczną... W zakonie rozstałem się ze wiekową damą i udałem się do biblioteki. Tak jak podejrzewałem moje poszukiwania były owocne. Okazało się, że sam Zakon Wiecznej Walki niewiele miał do czynienia z Drzewami Życia, gdyż powstał z inicjatywy Ivana III Godnego 284 roku po zakończeniu krucjat wymierzonych w tę herezję. Odnalazłem księgę z 290 roku opisującą krucjaty przeciw Drzewom Życia zapoczątkował je Patriarcha Ivan II zbierając pod sztandarem Astariona szlachtę i duchowieństwo, a szczytne dzieło zostało zakończone przez jego następcę Evgeniego II. Księga opisywała, że wokół Drzew Życia formowały się małe społeczności kultystów, do poradzenia sobie z heretykami i magicznymi drzewami wystarczył ogień i zwykłe żelazo. Nie odnalazłem żadnych zmianek o użyciu magii, natomiast udało mi się dowiedzieć więcej o istocie zwanej Gajowym. Gajowy jest pomiotem Drzewa Życia, które samo w sobie jest bezbronne, ale zdolne jest płodzić potwora będącego emanacją jego woli. Gajowy jest straszliwą istotę nie czującą bólu ani nie lękającą się śmierci, bowiem nawet zniszczony po jakimś czasie powróci, dopóki Drzewo Życia trwa. Potwór sprawuje władze nad fauną i florą, a jego złowroga siła wzrasta w magicznej mgle. Drzewca można pokonać używając stali lub ognia, a jak w przypadku różnych magicznych istot jest wrażliwy na srebro. Na Astariona to wszystko potwierdza to czego doświadczyliśmy w Wiecznym Lesie i o zgrozo z pewnością powstrzymaliśmy Gajowego, ale nie unicestwiliśmy. Tak się zasiedziałem w bibliotece, że omal się nie spóźniłem na spotkanie u Komtura.

Spotkanie z Ojcem Aeronem odbyło się w jego komnatach poza mną obecni byli pani Konkordia, Svetlana oraz panowie Adam, Stojan i Tressach. Rozpoczęliśmy naradę od odkryć jaki dokonała Svetlana w przybytku lekkich obyczajów, w którym był widziany Bolivol. Aż mnie zamurowało zamtuz to nie miejsce dla młodej damy, nawet jeśli zrobiła to za przyzwoleniem pana Adama w obstawie żołnierzy. Coś takiego nie powinno mieć miejsca, jak to możliwe, że pan Havlik wydał na to zgodę... Musiał coś odziedziczyć po matce... Przemilczałem moje oburzenie w świetle ujawnionych przez młodą szlachciankę faktów. Svetlana przepytała dziewki wszeteczne i właściciela lokalu. Faktycznie z nocy ósmego na dziewiątego Arros Bolivol bawił w przybytku lekkich obyczajów obłapiając swoją ulubioną dziewkę, a przysiadł się do niego elf pasujący opisem do Bradana. Bradan zagadywał dziesiętnika o pracę i poił go alkoholem aż kompletnie pijanego wyprowadził z przybytku. W szemranym lokalu Svetlna odnalazła również tarczę poszukiwanego. Następnie panienka wraz z przydzielonymi żołnierzami znalazła ciało Bolivola na stercie śmieci w jednym z zaułków. Denat był rozebrany do bielizny i miał podcięte gardło. Z oględzin ciało wynikało, że nie stawiał oporu przed śmiercią ani nie stracił włosów ani paznokci. Boże Mój sprawdziły się nasze najgorsze obawy heretycy zaatakowali w mieście, dokonali mordu i podszyli się pod jednego z oficerów armii, by zasiać ferment. To tylko pokazuje jak bardzo wyprawa jest potrzebna! Trzeba zniszczyć to zło! Pani Konkordia dodała, że w dniu zamachu świadkowie w porcie przy baliście widzieli elfa nie Bolivola. W świetle tych odkryć pan Adam postanowił wypuścić nieszczęsnych operatorów machiny oblężniczej i pozwolił im służyć na mniej odpowiedzialnym stanowisku. Pan Havlik wykazał się wielką łaskawością. Uważam postąpił słusznie, ponieważ jego żołnierze zostali bardzo podstępnie oszukani przez heretycką magię. Następnie przeszliśmy do omówienia samej wyprawy. Pan Adam zaoferował wsparcie logistyczne swoich sił, a także wyznaczył niewielki oddział jako forpocztę dla sił zakonu pod zwierzchnictwem jego syna Vaclava. Widziałem, że panią Konkordię bardzo zmartwił fakt, że jej wnuk został wciągnięty w to wszystko. Wszystko co czynimy robimy na Chwałę Pana! Nadeszła moja kolej, zreferowałem zebranym wszystko czego dowiedziałem się o Drzewie Życia, Gajowym i sposobach walki z nimi. Dowódcy zakony byli bardzo radzi na te informacje, z pewnością bracia walczący wykorzystają je podczas wyprawy. Naniosłem na mapę obszar, w którym najprawdopodobniej znajduje się Drzewo Życia. Pani Konkordia znów wyskoczyła ze swoimi dziwnymi spekulacjami. Alchemiczka spodziewała się znaleźć przy przeklętym drzewie jedna z poszukiwanych przez nią rzadkich roślin Nikczemnik Polny, w który w jakiś sposób wszedł w posiadanie Bradan w przeszłości. Problem w tym, że ta roślina nie rośnie na tym obszarze. Nie mam pojęcie co chciała osiągnąć tą uwagą, ale Ojca Aerona wyraźnie zdenerwował tak dalece posunięte spekulacje. Kolejnym punktem narady była kwestia ducha króla. Wraz z panią Konkordią przekonaliśmy zebranych, że przed rozprawą z Drzewem Życia należy odesłać widmo nim odzyska pełnie mocy. Starsza szlachcianka wyjaśniła, jak dostać się do grobowca i zaznaczyła na mapie jego lokalizacje. Svetlana z kolej przekazała wszystkie informacje jakie zdobyła o duchu króla. Następnie panu Stojanowi przekazałem zaklęcia uwięzienia i odegnania duchów oraz potwierdziłem gotowość mojego zakonu do udzielenia wsparcia w postaci uzdolnionych magicznie braci. W pamięci miałem, że szacowny Archimandryta Kristofor Čekić był jednym z najpotężniejszych magów swojego pokolenia. Kto wie może ta wiedza może się nam w przyszłości przydać... Ojciec Tressach zauważył, że do grobowca będziemy w stanie posłać jedynie mały oddział i należy starannie to zaplanować. Po raz kolejny Pani Konkordia podzieliła się swoją szaloną ideom, chciała zejść w głąb przepaści w grobowcu i wydobyć resztki powalonego niegdyś żmija, by za nie sfinansować część wyprawy. Pominę wątpliwość, czy po tak długim czasie szczątki potwora wciąż mogą się do czegoś nadawać... Komtur naprawdę się zirytował, nasza krucjata nie miała na celu nabicia sobie kabzy i nikt z obecnych nie chciał poza alchemiczką ryzykować zejścia w otchłań dla tak niepewnego zysku. Nawet pan Adam był zażenowany pomysłami matki... Pan Havlik studiując mapę zaproponował ominięcie Wiecznego Lasu w drodze do grobowca poprzez Pcelesko, Sumska Dolina po Flaszniki. Moje serce zabiło szybciej na dźwięk nazwy Sumskiej Doliny, tak mieszkała siostra Eleasa – Essen. Powinienem się z nią spotkać i wyjaśnić wydarzenie z zamierzchłej przeszłości. Byłem to winny moim przyjaciołom Este i Elmirowi Empuse... Jej rodzicom... A także wyjawić jej smutną historię jej brata oraz Headwyna i Elwy. To właśnie przez zdradę Headwyna z Essen, Elwa nieświadomie przeklęła niewiernego narzeczonego. Och Astarionie tak boję się tej rozmowy... Pani Konkordia poruszyła jeszcze kwestie swoich wątpliwości wobec Bukova: niezależnej wioski w środku lasu nie nękanej przez potwory i podejrzeń wobec Ojca Pirana. Oczywiście broniłem wielebnego z Bukova nie znajdując przesłanek, które mogły umodnić tezę alchemiczki. Podobne do mnie zdanie miał sam Komtur. Na zakończenie obrad pani Konkordia omówiła dalsze postępowanie wobec Elwy z magistrem Stojanem oraz Ojcem Aeronem. Elfka ma do zakończenia wyprawy być pod opieką magistra Maela, a później trafić pod opiekę pana Stojana. Po wszelkich ustaleniach rozeszliśmy się w swoje strony. Postanowiłem tą ostatnia noc w mieście spędzić w moim macierzystym klasztorze. Z Ojcami Przełożonymi omówiłem charakter pomocy jaki udzieli mój zakon wyprawie oraz chciałem nakłonić ich do przydzielenia do pomocy Brata Czarnuszkę. Niestety nie udało mi się ich przekonać, ciężar przewin mojego brata był zbyt duży. Szkoda, bo brat Czarnuszka przydałby się nam w podróży ze względu na jego naturalny talent do wykrywania magii. Również z powodu zamiłowania mojego brata do podróży, czułem, że marnieje w murach klasztoru. Również radosne usposobienie Evgenity poprawiłoby humor wszystkim w podróży... Każdy musi odpokutować swoje błędy... Pozostało mi tylko u dać się na wieczorną modlitwę nim będę mógł odpocząć po tym długim dniu.
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
DarkLord 
Epicki Bohater
Władca Ciemności



Wiek: 35
Dołączył: 26 Cze 2011
Posty: 1454
Skąd: Łódź
Wysłany: 2024-09-13, 15:07   

11 dzień Arros 380, Histograd


Znalazłem jeszcze chwilę przed wymarszem, by spisać swoje myśli. Obawiam się, że w podróży znów zaniedbam swój dziennik. Poranek spędziłem miło wśród swoich braci na modlitwie i przy śniadaniu. Zdążyłem też uzupełnić zapasy magicznych komponentów, na pewno się przydadzą w tej misji. Jakimś sposobem brat Czarnuszka dowiedział się o moich staraniach, by wziąć go na wyprawę i bardzo wylewnie mi podziękował. Prawie połamał mi żebra w swoim niedźwiedzim uścisku. Będzie mi brakowało jego bezpośredniości i radosnego usposobienia. Chwilę nam zeszło na pożegnaniu... W klasztorze spotkałem również panią Konkordie, ku mojemu zdziwieniu. Okazało się, że alchemiczka była w lecznicy uregulować należności z magistrem Tikhomirem. Brew moim obawą cała sprawa zakończyła się bez ekscesów. Starsza szlachcianka poprosiła mnie jeszcze o pomoc w poszukiwaniu informacji na temat ojca Pirana. Po zakończeniu swoich sprawunków zgodziłem się jej pomóc. Razem udaliśmy się do archiwum katedry. Po paru świecach poszukiwań zdobyłem kilka wartościowych informacji. Pierwsza wzmianka o tej wiosce przypada na 203 rok, została założona podczas wyprawy krzyżowej ustanowionej przez Evgeniego II. W 214 roku brat Piran został wyświęcony na prezbitera Bukova. Więcej informacji na temat wioski nieudało się zdobyć, mieliśmy zbyt miało czasu na. Tłumaczyłem pani Konkordi, że takie działania wymagają wielotygodniowych prac archiwistycznych, by mieć pewność co do zebranych danych. Alchemiczka niczym osioł zaparła się na sprawdzanie tego wątku. Zdecydowałem w końcu powiedzieć jej, że według Dzienników Krucjat z 210 roku, w które wszedłem w posiadanie, ojciec Piran był wiekowym już elfem, więc nie pasuje to do jej teorii. Starsza dama dostała wręcz białej gorączki jak odkryła, że zatajam przed nią jakieś informacje. Mam już naprawdę dość jej humorów... Wyjaśniłem jej, że nie chciałem dodatkowo nakręcać jej paranoi, którą wykazuje się od paru dni. Rozgniewana do granic zostawiła mnie samego w bibliotece. Coś czuje, że nie zostawi tego tematu...

Udałem się na plac targowy obserwując zbierające się powoli siły na wyprawę. Widok zakonników w śliniących zbrojach w pełnym rynsztunku na koniach pokrzepiał serce. Na ich cele stał Komtur Aeron Vidrović, który odzyskał już pełnie sił oraz ojciec Tressach "Biały Szkwał" Marcach Mar Tíre dzielny elf gotowy udowdnić swoją wartość na polu walki, z tyłu zaś pokutował zgegradowany za kierowanie się swoim gniewem Ojciec Leolin Javorović. Niewielu z braci walczących pozostanie w mieście oddelegowanych do pilnowania siedziby zakonu i okrętu, zapewne żałując, że nie wezmą udziału w nadchodzącej krucjacie. Na przedzie formującej się kolumny, znajdował się drobna grupa jazdy miejskiej stanowiącej forpocztę pod dowództwem Vaclava Havlika, pośród nich pani Konkordia Havlikowa ze świtą, moja była protegowana Svetlana Vladić z przybocznym Peterem Kostov oraz magister Stojan Zlatnosŭrtski. Pochód zamykała grupa braci leczących w szarobłękitnych tunikach z symbolem okręgu z plusem w środku, pośród których byłem i ja. Wokół zbierały się tłumy obserwujące potęgę Naszej Świętej Wiary i wiwatując na Chwałę Naszego Pana. Serce się raduje widząc wszystkich zjednoczonych w jednej Świętej Misji wyplenienia raz na zawsze bluźnierczych Drzew Życia. Na naszych oczach kształtuje się historia. Kiedyś to wydarzenie będzie opisywane w księgach. I pomyśleć, że działania skromnego brata Evgenity doprowadziło do uformowania nowej krucjaty. W krótce wyruszymy zniszczyć zło. Na Chwałę Asteriona!!!
_________________
"Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"

"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group