Wysłany: 2022-12-12, 17:20 Powrót do korzeni - akt II
Powrót do korzeni - akt II
Kroniki Erestora i Konkordii
25 dzień Merris. Poranek.
Był ledwo co świt, ale już od jakiegoś czasu słychać było powszechny niepokój. Coś stało się w nocy – szeptali do siebie chłopi.
- Ten czarodziej kogoś zabił.
- Bzdura! On przyszedł dopiero później! I nie kogoś, tylko konia!
- Woła – zawołał ktoś inny. I to on zabił, sam słyszałem jego głos!
- Przesłyszałeś się! Jak mag zabił niby? Czym? Oni to ogniem palą, z członków im tryska żar, a ten wół tutaj to czymś ostrym dostał i tyle. Włócznią.
- Albo kuszą!
- Łukiem bardziej! Ja bym słyszał, jak kusza.
- A ten niski, co przyszedł? On nie miał kuszy przewieszonej przypadkiem?
- No, miał! Sam żem widział!
- Pewnie sam se go ustrzelił po nocy! To nie elf, więc co on w ciemności mógł widzieć?
- No, racja to! Ale tamtego wilka to ustrzelił, a wtedy też już noc była przecież!
- Jasno jeszcze było, co ty bredzisz? Każdy by trafił.
- Może sami go spytacie, co? A nie tylko tak gadacie w kółko. Do roboty byście się wzięli!
Chłopi rozeszli się. A wtedy też, jak jeden mąż, z chat i namiotów wyszli przyjezdni. Szlachcianka Konkordia, Erestor z Zakonu Evgenitów, Ivan „Dziedzic” Bogoljubivić z Zakonu Wiecznej Walki, czarodziej Tikhomir z Bladego Leża, a także świta Konkordii: Anna córka Kristiny, Igor syn Igora oraz Valentin Siwy zwany bękartem. Różnorodna mieszanka osobliwości, a do kompletu brakowało tylko Heddwyna, który uwiązany został na noc w namiocie pawilonowym należącym do zakonu. Jak stwierdzono – dla jego własnego bezpieczeństwa.
No i jeszcze Stjepan. Wydarzenie w nocy musiało odbić się na nim dotkliwiej, niż na pozostałych osobach – wyglądał na wymęczonego, jakby przez całą noc nie spał, wyprany z emocji. Spał jednak głęboko, dopóki w nocy nie obudził się z krzykiem. Jak sam stwierdził – znów objawiła mu się leśna postać, którą niektórzy zwali Gajowym. Sen ten był intensywny, wyraźny, a jednocześnie niezrozumiały, powolny, ciążący niczym fatum. Tylko dlaczego tego doświadczał już od momentu wkroczenia do lasu? Dlaczego tylko on, nikt inny? Cokolwiek by nie było, Erestor i Konkordia muszą się postarać, by stan emocjonalny Stjepana nie pogorszył się. Potrzebowali go. Zarówno jego umiejętności bojowych, jak i, przede wszystkim, umiejętności poradzenia sobie w dzikim lesie.
Zakonnicy byli już gotowi do wyruszenia, by kontynuować poszukiwania ciała powalonego półelfa Simeona, zamordowanego przez Anhelma i Pawła. Las jest obszerny, więc i poszukiwania mogą sporo potrwać. Na szczęście zakonnicy chętnie wspierani są przez chłopów z Bukova, którzy, jak sami mówią, służąc zakonowi służą samemu Asterionowi.
"Zadaniem inkwizytorów nie jest tylko likwidacja zagrożenia. My walczymy o duszę i zbawienie tych ludzi, którzy pobłądzili: heretyków, wiedźm, czarowników. Ich zabicie byłoby jedynie aktem zemsty oraz skądinąd rozsądnym, aktem ochrony bogobojnych obywateli. Natomiast ich nawrócenie jest nie tylko świadectwem Bożej Łaski, lecz również wzmocnieniem Królestwa Bożego, a osłabieniem domeny Szatana. "
Dziś jeszcze wyruszyliśmy z Histogradu w stronę zachodnich lasów. Na noc zatrzymaliśmy się w Vukove Jamach. Osada wciąż nosi ślady zniszczeń po ataku bandy krasnoludów, jednak mieszkańcy powoli i z mozołem naprawiają szkody. Widok ten napawa nadzieją. Z łaską Asteriona możemy podźwignąć się z każdego doświadczenia. Podróż choć od krótka daje się we znaki. Nie nawykłem do wędrówek. Z chęcią zamieniłbym znoje na szlaku na zacisze biblioteki. Muszę trwać jednak na stanowisku powierzonym mi przez Święte Oficjum. Zgodnie jego wolą dołączyłem do świty Konkordii jako jej spowiednik i duchowy przewodnik. Do pocztu pani Havlikovej dołączył również młody magister magii Tickomir z Bladego Leża. Człowiek ów nosi się na modłę Imperialną. Pokusiłem się przeegzaminować magistra z mowy naszych sąsiadów, z całą pewnością zna ich język, jednak nie wyzbył się silnych naleciałości z erxńskiego. Nasz rodzimy akcent mocno wybrzmiewa w jego słowach. Błękit i biel na jego szatach sugeruje, że powiązany jest z astromancjom. Nigdy nie dane było mi poznać tej dziedziny magii, może w tej podróży będę mieć okazję do nauki. Magister Tickomir jest oczytanym człowiekiem, co czyni go doskonałym partnerem do rozmów. Niestety ma bardzo ciężki język, wręcz wulgarny. Taki styl wypowiedzi nie przystoi osobie uczonej zwłaszcza w towarzystwie sługi bożego czy wiekowej damy... W drodze towarzyszy nam oddział zakonu Ordo Æternus Bellum pod wodzą samego komtura Aerona Vibrovica, których celem jest odnalezienie zaginionego brata Simeona. Niech Asterion Mistrz ma jego dusze w opiece. Pod jurysdykcją zakonu znajduję się również nieszczęsny Headwyn, którego egzekucję odroczyła pani Konkordia. Sam nie wiem do czego może to doprowadzić. Ten nieszczęśnik ma szanse odpokutować swoje winny. Na Asteriona oby skorzystał z tej szansy... W towarzystwie zakonu braci bitewnych cała wyprawa może czuć się bezpiecznie mimo niepewności czasów. Sam sztandar zakonu Ordo Æternus Bellum pokrzepia serca. Biało czarny proporzec z symbolem Asteriona z wszytą relikwią, fiolką krwi świętego Ivana III Godnego założyciela zakonu Ordo Æternus Bellum, budzi podziw. Sam znajduje ukojenie medytując przy relikwii pierwszego stopnia. W jej pobliżu nabieram siły do działania...
Przez ten dzień miałem okazję bliżej przyjrzeć się pani Konkordii. Dzięki łaskawości komtura mogliśmy na chwile zawitać do dworku Havlików. Pani Konkordia jawi się jako osoba bardzo dumna pewna swojego statusu. Mimo to nie poczuwa się do odpowiedzialności za ludzi, których przyjęła do swojego pocztu. Uważała, że dokonali oni autonomicznych wyborów. Nie można obwiniać pani Konkordii za wszystkie wydarzenia, jednak jej decyzje przyczyniły się do tragedii. Choćby pozostawienie Eleasa bez opieki, czy sprzeciw wobec woli zakonu... Nie uznawała nawet wyroku sprawiedliwie nałożonego na nią przez Święte Oficjum. Ta kobieta nie uznawała żadnych autorytetów. Nawet mnie traktowała jak kule u nogi, przykre zobowiązanie nałożone przez zakon. Choć może nie powinno mnie to dziwić nie tak dawno przesłuchiwałem ją w lochach... W życiu kierowała się żelazną logiką i nauką. Przez lata nabyła ogromną wiedzę w dziedzinie alchemii i medycy, które muszę skromnie przyznać dalece wykraczają poza moje poznanie tych dziedzin. Pani Konkordia przekłada obowiązki ponad sprawy duchowe. Jest to niepokojące, jednak sam jako członek zakonu Evgenitów wiem, że są sytuacje, w których modlitwę należy odłożyć, by móc pomóc innym. Spotkałem się nawet z myślą teologiczną Ojca Pauliniego, że praca jest najwspanialszą z modlitw. Wspomogłem panią Konkordie w jej pracach alchemicznych, czym lekko ją zaskoczyłem. Udało mi się przekonać ją do krótkiej modlitwy. To dobrze rokuje, wciąż tli się w niej żar prawdziwej wiary. Muszę znaleźć sposób, by go w pełni rozpalić. Największą zmianę dostrzegłem jednak w pani Konkordii w jej rodzinnym domu. Jej pycha i duma, gdzieś uleciały. Kobieta, która spierała się ze Świętym Oficjum pokornie słuchała rad swojego syna. Z całą pewnością szlachcianka traktuje rodzinę jako najważniejszą wartość i liczy się ze zdaniem swojej rodziny. Po raz pierwszy widziałem nie dumną damę z bogatego domu, a zmęczoną życiem starszą kobietę. Całe swoje życie poświęciła rodzinie i opiece nad nią, a przede wszystkim chorym mężem, a później wnuczką. Beznadziejna walka z ciężką chorobą i ciągłe bycie podporą rodziny, wyniszczały ją emocjonalnie aż stała się tak zgorzkniała jak teraz. Z doświadczenia wiem jak ciężka jest pomoc chorym. Moją siłą jest powołanie i wiara w Asteriona, dzięki niej wciąż mam energię podołać nowym wyzwaniom. Widok chorej Klary łamał serce, dziewczyna ledwo mogła podnieść się na łóżko. Kwaśny zapach potu i choroby wypełniał pomieszczenie. Po raz pierwszy miałem okazję widzieć tą straszną chorobę na własne oczy. Opisy pląsawicy nie były przesadzone z całą pewnością. Pani Konkordia nie chciała dopuścić mnie do pomocy przy chorej. Sądzę, że chciała wymierzyć mi w ten sposób policzek i pokazać, gdzie jest moje miejsce. To było upokarzające doświadczenie, ale zniosłem je z zaciśniętymi zębami. Obawiam się, że ani moja skromna wiedza, ani zdolności magicznie nie były w stanie pomóc dziewczynie. Nigdy jednak nie powinniśmy porzucać nadziej... Pani Konkordia odrzucając rękę, która chce pomóc szkodzi nie tylko sobie, ale i wnuczce. Na Asteriona takim zachowaniem może wiele stracić...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Opuściliśmy gościnne Vukove Jamy zaraz po śniadaniu. Udało mi się dotrzeć do pani Konkordii wyśpiewując pochwalne hymn na cześć Asteriona zamiast tradycyjnej modlitwy. Na chwilę na ustach starszej kobiety wykwitł uśmiech. Nawet drobne rzeczy mogą pokrzepić serce. Nasz Pan obdarzył mnie wyjątkowym czystym i pięknym głosem. Od zawsze kochałem śpiewać, choć teraz wykorzystuje swój głos głównie przy ceremoniach religijnych. Rzadko mam okazję śpiewać dla czystej radości śpiewania, ciężko znaleźć na to dogodną chwilę. Choć muszę przyznać, że pieśni na chwałę Pana rozbrzmiewają jeszcze dobitniej z moich ust i napawają serce radością...
Dalsza droga wiodła w głąb wiekowej puszczy. Dawno nie zapuszczałem się tak głęboko w lasu. Całe swoje długie życie spędziłem przede wszystkim w miastach. W tej wiekowej kniei czułem się obco i nieswojo. Przez wielkie rozłożyste korony drzew światło ledwo sączyło się na leśny trakt. Choć był dzień podróżowaliśmy w półmroku, który, gdzieniegdzie rozjaśniały przez skrzące się refleksy świetlne. W podróży wydarzyło się coś dziwnego. Mag Tickomir wyczuł niewielkie magiczne tąpnięcie, bardzo subtelne jak sam to określił. Zaś Stiepan zarzekał się, że ukazał mu się dziwny cień między drzewami. Moje czułe elfie zmysły niczego nie zauważyły podobnie żaden z zakonników patrolujący teren. To zdarzenie jeszcze bardziej nasiliło mój niepokój w tym prastarym lesie...
Na szczęście nie musieliśmy nocować w dziczy. Jeszcze przed zmrokiem osiągnęliśmy wioskę Bukovo ostatnią ostoję cywilizacji w nieprzeniknionej puszczy. Wioska jest swoistym fenomenem położona w sercu dziczy, nigdy nie była niepokojona ani przez: bestię, banitów, krasnoludy czy siły starej nocy. Jakby tego było mało żaden wielki ród nie sprawuje pieczy nad tą osadą, mimo bezpośredniej bliskości Havlików czy Zamlinskich. Niezwykłe. Stare kroniki, które miałem okazję czytać również podkreślały ten ewenement. Ich autor doszukiwał się w tych niezwykłych wydarzeniach cudu samego Asteriona. Widząc jak otwarci i bogobojni są ludzie w Bukovie jestem przekonany, że nasz Pan otacza swych wyznawców specjalną opieką. Choć nawet w tym spokojnym miejscu zdarzają się nieszczęścia. Dach pięknego starego drewnianego kościółka zawalił się. Wiosce nie ma nikogo znającego się na budownictwie, może jak zdołam wrócić do zakonu dam radę sprowadzić pomoc. Tutejszy diakon ojciec Piran jest gorliwym i dobrodusznym elfem. Wspólna wymiana myśli była przeżyciem duchowym i rozwijającym. Razem mogliśmy oddać kompletacji na temat głęboko tradycyjnego obrządku zakorzenionego w Bukovie, a zmianom jakie zachodziły w ceremoniach terenie Erx. Dziwne, że ojciec Piran próbował zataić przede mną, że ktoś w wiosce jest chory. Nie potrafię tego pojąć. Może odczuwał wstyd, że sam nie jest w stanie pomóc. Nie mogłem jednak nie zorientować się w sytuacji. Niesienie pomocy to mój obowiązek...
Rozpytałem wśród chłopów, czy ktoś z nich nie potrzebuje pomocy. Szybko wyszło na jaw, że córka rybaka Fionola zaniemogła. Czym prędzej udałem się do chatki nieszczęsnej. Z relacji matki Fionoli i samej chorej udało mi rozpoznać chorobę - chłodnostóp. Przypadłość wywoływana przez kontakt ciała z trującym grzybem chłodniakiem. Toksyna sprawia, że krążenie w stopach powoli ustaje powodując ich wyziębienie i paraliżując funkcję motoryczne. Nieleczona przypadłość może powodować nawet martwice. Na szczęście Asterion pokierował moimi krokami. Najlepszym remedium na tą chorobę jest nikczemnik polny. Roślina ta jednak nie rośnie w naszej chorze i jest dosyć egzotycznym towarem. Istnieje jednak inna kuracja nie tak szybka i skuteczna jak lekarstwo z nikczemnika polnego. Chory powinien wygrzewać stopy przy ogniu przez parę tygodni, by odwrócić efekt toksyny i przywrócić krążenie. Jednak ze względu na brak czucia w stopach chory, może nabawić się poparzeń, gdyż zanika w nim naturalny odruch ucieczki od źródła bólu. Co sprawia, że podczas wygrzewania należy wykonywać regularne przerwy. Udzieliłem dokładnych instrukcji matce i Fionoli, a także upewniłem się, że zrozumiały moje zalecenia. Podczas mojej wizyty w chatce rybaka wynikła jeszcze jedna sprawa. Bradan zwany “kruczym oczkiem”, który smalił cholewki do Fionoli, obiecywał, że odnajdzie dla dziewczyny lekarstwo. Cóż za szlachetna i romantyczna postawa. Jeśli faktycznie zdoła odnaleźć nikczemnik polny nie tylko może pomóc Fionoli, ale także pani Konkordii, bowiem jest to jeden ze składników niezbędnych do sporządzenia lekarstwa dla Klary. Asterion naprawdę prowadzi nasze ścieżki. Mamy niezwykłą sposobność na zdobycie tego rzadkiego zioła.
Wioska Bukovo skrywa w sobie wiele sekretów. Jeden z nich odkrył Stiepan, przechadzając się po okolicy, natknął się na płytki grób rozkopywany przez wilki. Stiepan przegonił wilki zabijając jednego z nich celnym strzałem z kuszy prosto w grdykę. Wilki zdołały odkopać ciało nieszczęśnika. Z relacji chłopów mężczyzna był jednym z karawaniarzy, którego dopadła banda krasnoludów Sinogębego. Oględziny denata wykazały mimo śladów żerowania wilków, że półelf zmarł około miesiąca temu wyniku ran siecznych, a nim się wykrwawił został jeszcze powieszony. Krasnoludy wyjątkowo okrutnie się z nim obeszły. Cóż za barbarzyństwo! Krasnoludy pozbawione opieki naszego Pana są wynaturzonymi i okrutnymi istotami. Jedyną nadzieją dla nich jest odrzucenie ich pogańskiego panteonu. Ten nieszczęśnik miał być zdaje się przestrogą dla wioski. Stiepan znalazł przy nim jeszcze złotą monetę celowo ułożoną na piersi. Doskonale znam ceremoniały pogrzebowe w Erx i z całą pewnością ten do nich nie należy. Sam nigdy nie słyszałem, gdzie takie obrzędy były praktykowane. To nie wszystko, ku mojemu zdziwieniu ta złota moneta pochodziła ze skarbu króla Belisława I Silnego. Skonsultowałem wszystko czego się dowiedziałem z oględzin z komturem Areonem Vidrovic. Początkowo komtur nie dawał wiary w słowa Stiepana, podejrzewając go o celowe podłożenie monety. Osobiście nie widziałem powodu, dla którego Stiepan miałby to robić. Stiepan jest prostym człowiekiem, typem żołnierza i nie lubującym się w intrygach. Podłożenie monety nie miało też żadnego logiczne uzasadnienia. Po dość długiej dyskusji doszliśmy z komturem do wniosku, że skarbem króla dysponowali również zbiegli Anhelm i Paweł. Z prowadzonego śledztwa wiedzieliśmy, że Anhelm zajmował się ochroną karawan, co może świadczyć za tym, że znał denata. Natrafiliśmy na pierwszy trop zbiegów... Zaiste Asterion prowadził nas w naszych poszukiwaniach... Choć to nie koniec zdarzeń powiązanych ze Stiepanem. Późnym wieczorem całą wioskę postawiono w stan gotowości. Muł Stiepana został zabity. Co dziwniejsze oględziny truchła wskazały, że zginął od ciosu ostrym przedmiotem, który przebił grdykę. W dokładnie ten sam sposób w jaki Stiepan zabił wilka. Jak mi Asterion miły te rany były niemalże identyczne, to nie może być przypadek. Na domiar złego Stiepan oskarżył magistra Tickomira. Sprawę udało się załagodzić nim doszło do rękoczynów. Wielu światków widziało maga nad jeziorem, gdy doszło do zdarzenia. Nie możliwe, by mógł tego dokonać. Cała sprawa jest bardzo niepokojąca. Zaczynam podejrzewać, że Stiepan wzbudził gniew istoty z rodem z ludowych podań - strażnika lasu zwanego gajowym. Muszę znaleźć sposób na pomoc Stiepanowi. Jedno wiem na pewno, składanie ofiar duchowi, by go przebłagać nie wchodzi w rachubę. Bałwochwalstwo niezgodne jest z nauczaniem Asteriona!
Natrafiłem też na kolejny mroczny sekret podczas rozmowy komturem. Wioskę otaczają totemy wkomponowanymi w rzeźbione drewno kawałkami efich kości należących do kobiet. Najróżniejsze kości w tym czaszki. To był makabryczny i odpychający widok. W raz z komturem zaczęliśmy się zastanawiać kto i dlaczego ustawił te makabryczne totemy. Po głębokim zastanowieniu zdałem sobie sprawę, że służą do odstraszania zjaw zwanych boginkami. Według podań to duchy zmarłych dziewcząt, często topielic, które w życiu nie zaznały miłości ani sakramentu małżeństwa. Umęczone dusze błąkają się w pobliżu jezior wypatrując z utęsknieniem kochanka. Boginki gromadzą się w sabaty i czynią to co dziewczęta za życia - bawią się, śpiewają, tańczą, plecom warkocze, a co najważniejsze dbają o swoje białe szaty panny na wydaniu. Biada mężowi, który padnie ofiarą ich uroku. Zjawy będą się z nim bawić aż do ostatniego tchu. Wedle legend ten kto odbierze boginkom szatę ten zyska nad nią pełnie władzy. Pozbawiony swej szaty duch stanie się materialny. Istota tak powstała dążyć będzie do ślubu. Kobieta taka jest ponad miarę kapryśna i zazdrosna, a nader wszystko pragnie odzyskać swoją szatę, biada złodziejowi, jeśli to się stanie. Wedle podań chronią przed boginkami kości zmarłej kobiety (po tym właśnie rozpoznałem przeznaczenie totemów), a najlepiej tej która należała do zjawy, czosnek, popioły i święty znak Asteriona. Komtur nie chciał dać wiary moim opowieścią o duchach, choć jak wiadomo w każdym podaniu kryje się ziarno prawdy. Oburzony słusznym gniewem komtur wyznaczył mi zadanie zbadanie całej sprawy i obalenia totemów. Choć wiem, że nie będzie to proste podjąłem się kolejnego świętego obowiązku. Duchy zmarłych muszą zaznać spokoju, szczątki winne są godnego pochówku, a bluźniercze bałwany rozbicia. Tak mi dopomóż Asterionie!
Tego dnia wynikła jeszcze jedna sprawa. Pani Konkordia rozpytywała po wiosce na temat kolejnego składnika do lekarstwa dla wnuczki, mianowicie korzenienia wodniki zębowej. To rzadka roślina rosnąca na dnach zbiorników wodnych, a jeziora wokół Bukova spełniały kryteria. Chłopi nie wiedzieli co prawda o roślina, ale opowiedzieli nam o dziwnych istotach mieszkających na dnie jeziora - wodnikach. Na Asteriona cóż za niezwykła koegzystencja. Chłopi unikali jednego z jezior, a wodniki nie naruszali akwenów wykorzystywanych przez mieszkańców osady. O samych wodnikach wiem niewiele – istoty wzrostu mniej więcej krasnoluda o ponoć żabiej fizjonomii tworzących proste społeczności jak gobliny. Niektórzy mędrcy podejrzewają, że posługują się jakąś odmianą dialektu goblińskiego. Według ludowych podań uprawiają na dnie jezior magiczne rośliny. Pani Konkordia wpadła na nieszczęsny pomysł, by złożyć tym stworzeniom daninę i może dzięki temu zyskać roślinę. Oczywiste, że musiałem odmówić. Nie mogę godzić się na bałwochwalstwo! Ostro posprzeczałem się o to z panią Konkordią. Wiem, że desperacja pcha nas do najróżniejszych czynów, jednak są prawa których nie można złamać. Przykazania Asteriona chronią nas przed wiecznym potępieniem. Choć dyskusja była zajadła w końcu przyznała mi rację. Cieszy mnie, że zdołałem wygrać ten bój o jej dusze, ale przeraża świadomość do czego jest gotowa się posunąć. Na szczęście Święte Oficjum wyznaczyło mnie na przewodnika duchowego. Jednak Klara potrzebuje lekarstwa. Wtargnięcie na ich terytorium może zbudzić spokój jaki panuje na tych ziemiach. Musi być jakiś sposób... Jeśli faktycznie tworzą proste społeczności może uda dokonać się wymiany. Handel nie jest sprzeczny zasadami Naszej Świętej Wiary...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Martwi mnie stan Stiepana jest blady i przemęczony. W nocy Stiepan nie zaznał porządnego snu, nawiedzały go dziwne wizje i koszmary. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że mamy do czynienia z istotą z podań zwaną gajowym. We wszystkich przypowieściach i gawędach przypisuje się leśnym duchową zdolności manipulacji losem i zmysłami. Muszę znaleźć sposób, by odegnać tego ducha od Stiepana. Niestety modlitwa przynosi jedynie doraźny efekt, przynosząc jeno na chwilę ukojenie temu nieszczęśnikowi. Asterionie dopomóż moim wysiłkom. Na domiar złego chłopi wzięli na języki nocną sprzeczkę, rozdmuchując całą historię do granic absurdu. Asterionie wybaw nas od plotkarstwa...
Pani Konkordia żywo jest zainteresowana losem Headwyna. Codziennie dogląda nieszczęśnika w namiocie zakonnym, co daje mi trochę wytchnienia i mogę skupić się na palących problemach trawiących Bukovo. Pani Konkordia wciąż nie zgadza się z wyrokiem nałożonym na drwala przez Święte Oficjum i apeluje do komtura o ułaskawienie. Częściowo się z nią zgadzam. Ten nieszczęśnik już i tak sporo wycierpiał od klątwy. Wyrok śmierci uważam za przesadzony, choć całkowite ułaskawienie nie wchodzi w rachubę za czyny, których się dopuścił. W moim odczuciu mógłby odkupić swoje winy przez ciężką pracę do końca żywota. Headwyn nawet pozbawiony języka stara przekazywać nam wiedze na temat lasu jaką nabył jako drwal, a nawet w przeklętej postaci psiogłowa. Komtur jednak pozostaje niewzruszony, być może ma rację twierdząc, że moje serce jest zbyt łaskawe i pełne miłosierdzia... Nawet dla tych co błądzą i zgrzeszyli... Uczono mnie nieść pomoc i słowo Pana, a nie Święte Ostrze Jego Gniewu... W tym wszystkim przerażające są wyznania pani Konkordii, która twierdzi, że wyostrzone zmysły psiogłowa mogły, by pomóc w jej poszukiwaniach. Upomniałem ją jak bardzo zimna i wyrachowane byłoby to postępowanie. Wykorzystanie czyjegoś nieszczęścia jest moralnie niedopuszczalne, nie mówiąc już, że każda chwila w przeklętej postaci oddala nieszczęśnika od człowieczeństwa... Myśli tej uczonej kobiety błądzą w straszliwe rejony, oby moje słowa na Asteriona zawróciły ją na właściwą ścieżkę.
Za zgodą diakona Pirana wziąłem udział w ceremoniach ku czci Asteriona Mistrza. Tutejsi mieszkańcy są bardzo bogobojni i oddani wierze. Ceremoniał zgromadził niemal całą wioskę. Widok radujący serce, tym bardziej, że pani Konkordia również uczestniczyła w celebracji. Widać, że moje wysiłki misyjne przynoszą powoli rezultaty. Wciąż czeka nas wiele pracy, ale idziemy ku lepszemu. Obrządki w Bukovie są dość archaiczne i staroświeckie. Nie dziwne, że nowe myśli i idee nie docierają do tej odizolowanej osady. Miejsce to jest idealne do studium nad tradycjami i ewolucjom obrządków. Dla duchownego to cenne doświadczenie. Z radością nauczyłem miejscowych nowych hymnów pochwalnych na cześć Pana. Muszę przyznać, że miejscowi chłopi bardzo szybko i z entuzjazmem pochwycili nową pieśń. Moje serce rozpiera duma, gdy serca tak chętnie przyjmują Naszego Pana. Po mszy miałem okazję pomówić diakonem na osobności. Najważniejszym tematem naszej rozmowy, były ustawione wokół wioski totemy. Cała sprawa bardzo ciążyła Piranowi. Wyznał mi, że Asterion zesłał mu wizję w jaki sposób ma uchronić wioskę przed zjawami. Diakon sam ustawił totemy wyświecając je i prosząc rodziny zmarłych o pozwolenie użycia szczątków. Czułem, że nie uważał tego za najlepsze rozwiązanie, ale tylko tak mógł chronić wioskę. To musiała być dla niego trudna decyzja, lecz zrobił wszystko by ratować swoich podopiecznych. Sam uczyniłbym podobnie, jeśli Pan wskazałby mi drogę! Wiadomość mnie szokowała, ale nie mnie oceniać objawienia. Nad takimi sprawami dywagują uczeni w piśmie teologowie podczas soborów, mi przyszło działać. Czuję, że Asterion wysłał mnie do tej wioski, bym zdjął ciężar z barków diakona. Obiecałem ojcu Piranowi, że uczynnie co w mojej mocy by przegnać zjawy i dać wiekuisty odpoczynek zmarłym. Moja postawa ucieszyła diakona, życzył mi powodzenia w mojej misji. Kolejnym tematem naszej rozmowy byli obcy wiosce. Ojciec Piran przyznał, że niedawno kręciła się tu czwórka nowych osób. Podróżni uzupełnili zapasy, pokręcili się chwile po okolicy i odeszli równie nagle jak się pojawili. Dwójka z nich pasowała do rysopisu poszukiwanych Pawła i Alhelma. Miałem rację na Asteriona... Moje podejrzenia były słuszne. Martwiła mnie pozostała dwójka czarnowłosy elf myśliwy i słabowita rudowłosa elfka. To musiał być Eleas i Shea. Nie mogło być miejsca na pomyłkę. Och Eleasie w bardzo złym towarzystwie się obracasz… Obawiam się, że nie zdołam mu już pomóc… Jeśli współpracuje z tymi mordercami. Este i Elmiro wybaczcie mi… Choć bardzo zaskoczyło mnie, że Shea była w stanie chodzić. Według słów pani Konkordi ostatnim razem jak ją widziała była w ciężkim stanie, nie władna chodzić. Z zapasów alchemicznych pani Konkordi nie zniknęły mikstury lecznice. Bardzo tajemnicza sprawa, jak Shea w ogóle była zdolna do podróży przez las aż do Bukova. Nie potrafiłem znaleźć na to pytanie odpowiedzi… Całą czwórkę widziano w towarzystwie Bradana. Zacząłem się zastanawiać czy nie pomaga zbiegom, nawet nie świadom ich przewin… Jeśli był związany z karawanami mógł znać Alhema… Z bólem serca, jeśli chodzi o Eleasa musiałem spełnić swój obowiązek i donieść o wszystkim komturowi. Te informacje z pewnością pomogą schwytać zbiegów. Niech Asterion wybaczy Eleasowi…
Resztę dnia spędziłem omawiając mój plan podjęcia próby nawiązania kontaktu z wodnikami i wcieleniem go w życie. Pani Konkordie zaskoczyła moja propozycja. Niestety nestorka musiała wpić szpilę twierdząc, że niczym to się nie różni od złożenia daniny. Wyjaśniłem jej jak istotna jest różnica „intencji” między próbą nawiązania kontaktu i handlu, a złożeniem daniny fałszywym bożkom wodnym w celu uzyskania korzyści. Nie do końca wiem, czy zrozumiała w pełni mój wywód. Niezwykłym zbiegiem okoliczności magister Tickomir poznał język gobliński w swojej rodzinnej chorze, co mogło nam ułatwić nawiązanie kontaktu, jeśli podania o wodnikach były prawdziwe. W całym przedsięwzięciu było coś co wprawiało mnie w dreszczyk emocji. Wedle mojej wiedzy nikt jeszcze nie próbował nawiązać takich relacji z wodnikami. Relacja z tego wydarzenia będzie miała sporą naukową wartość. Postanowiliśmy zabrać truchło nieszczęsnego muła nad jezioro i nim zwabić wodniki, sami pozostając w ukryciu. Brat Ivan, który został przydzielony przez komtura do ochrony mojej skromnej osoby, miał poważne wątpliwości co do naszego bezpieczeństwa. Rozumiałem jego punkt widzenia, ale starem się uspokoić zakonnika, mówiąc, że stwory nie wykazują agresji w stosunku do miejscowych i jeśli sami nie podejmiemy wrogich działań nic nie powinno się wydarzyć. Choć z pewnością nie powinniśmy zaniedbywać środków bezpieczeństwa, dlatego Stiepan wysunął się przed nas z kuszą będąc cały czas w gotowości. Czekaliśmy w ukryciu do wieczora, aż w woda nieopodal się zburzyła. Magister spróbował nawiązać kontakt, odpowiedziały nam dwa chrapliwe głosy. Według słów czarodzieja dialekt był obcy i bardzo prosty, momentami trudny do zrozumienia bez właściwego kontekstu. Odpowiedź, którą przetłumaczył nam mag była zaskakująca - „Jedzenie za srebro. Woda nam szkodzi. Wodzie mały brat wodny”. Nijak nie pasowało o do znanych mi podań. Coś było zdecydowanie nie po naszej myśli, chyba nawiązaliśmy kontakt z czymś innym niż zakładaliśmy. Przystaliśmy na propozycje ruszając z powrotem zostawiając w ukryciu Stiepana, by przyjrzał się tajemniczym stworom. Późną nocą wrócił do nas przerażony Stefan, informując nas, że truchło muła zabrali orkowie. Jeden miał na sobie żelazną zbroję, a drugi był bez. Pozostawili na kamieniu srebrną siatkę w zamian za mięso, a wodzie z kolei panowało zburzenie. Na Asteriona jak to możliwe, że orkowie zapuścili się tak daleko na północ. Te bestie żyją daleko na południu albo w górach. Mieliśmy szczęście, że nas nie zaatakowali. Niezwłocznie powiadomiliśmy komtura o tym zdarzeniu. Komtur rozpoznał pozostawioną przez orkó sieć, podobną używali zakonnicy w walce z potworami. Nie dziwne, że wpadł w wielki gniew. Komtur zebrał natychmiast swoich najlepszych tropicieli i posłał grupę pościgową. Wydaje się, że Asterion specjalnie skrzyżował nasze drogi z tymi potworami, byśmy pomogli w ich ujęciu. Chwalmy Pana z jego łaską nikt nie umknie zakonowi Ordo Æternus Bellum. Niech te ziemie będą oczyszczone ze wszelkiego plugastwa na chwałę Asteriona Mistrza!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Spokojny deszczowy poranek nie zwiastował doniosłości wydarzeń jakie miały mieć miejsce. Senny i leniwy ustąpił miejsca wartkiemu południu. Oto w okolicach południa powrócili w chwale zakonnicy ciągnąc za sobą w pochwyconego orka i truchło drugiego. Wielka radość zapanowała w wiosce. Strach, który został zasiany jeszcze w nocy minął już z następnym dniem. Zakon Ordo Æternus Bellum odniósł kolejne wspaniałe zwycięstwo na chwałę Pana Naszego. Wedle słów braci bitewnych orkowie walczyli zajadle i to nawet jak na standardy tej krwiożerczej rasy. Na szczęście święci wojownicy Asteriona nie odnieśli walce żadnego uszczerbku. Chwalmy Pana za to zwycięstwo! Okazało się, że jeden z orków dzierżył broń i nosił pancerz zamordowanego przez Pawła i Anhelma brata zakonnego Teodora Jaworowicza. W głowach wszystkich narodziło się pytanie jak bestia weszła w posiadanie tych przedmiotów. W gniewie komtur chciał stracić orka natychmiast. Natomiast Pani Konkordia wykazała się niezwykłą wrażliwością w stronę tej dzikiej bestii. Alchemiczka nie dość, że chciała wstrzymania egzekucji to próbowała przekonać komtura, że ork może na coś się przydać. To przekraczało moje pojęcie. Nie przeczę przesłuchanie orka, mogło wiele wnieść do prowadzonych poszukiwań, ale utrzymywanie tej krwiożerczej bestii przy życiu było szaleństwem. Wspólnym wysiłkiem moim i pani Konkordii, udało się nam przekonać komtura, by zaczekał z egzekucją do czasu jak mag Tickomir przepyta orka. Samo przesłuchanie było niezwykłym wydarzeniem. Ork choć wynędzniały i przywiązany do słupa, wciąż wyglądał na groźnego, jeden zły ruch mógł nas sporo kosztować. Magister tłumaczył pytania i odpowiedzi, a Pani Konkordia je formowała. Nie było to łatwe, język gobliński jest prostszy od naszego i nie zawiera pojęć metaforycznych. Dodatkowo znajomość magistra tego dialektu nie była doskonała, dlatego pani Konkordia musiała formułować bardzo proste pytania jakby kierowała je do osoby upośledzonej. Sam zaś prorokowałem każde słowo jakie padło z ust zebranych. Ostatnie wydarzenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że nawet tak prymitywny język może posłużyć czemuś dobremu we właściwych rękach. Nawet tak krótka rozmowa pozwoliła mi wyłapać pojedyncze słowa. Od zawsze miałem talent do języków... Wracając do meritum. Początkowo ta dzika bestia nie chciała rozmawiać ze słabą kobietą, ale pogrożenie zamianą z zakonnikiem poskutkowało. Okazało się, że ta prymitywna istota wykazuje jakieś uczucia, tęskniła bowiem za ciepłym domem przy morzu, z którego została zabrana siłą wraz z bratem, a ich plemię wyrżnięte. Zorientowałem się, dzięki mojej znajomości świata, że najpewniej chodzi orkowi o pustynie Morterry położoną nieopodal morza Imperialnego. Niewolnictwo wobec istot inteligentnych jest surowo zakazane w Erx, jednak orkom jak wiadomo bliżej do dzikich bestii, nie mniej nawet na trzymanie w niewoli tych potworów u większości mieszkańców naszego kraju budzi wstręt. Z przesłuchania wynikło, że orkowie byli niewoleni przez człowieka nazywanego ojcem Sunchila mieszkającym w wieży i parającym się magią. Orkowie zbiegli z domu ojca Sunchila, tak określali wieże, gdy ta zajęła się niespodziewanie ogniem. Następnie orkowie chcieli uciec dalej na południe do domu. Sam Sunchil był w ich mniemaniu dobrym człowiekiem, pomógł im, dał żywność i zabijał zakonników. Niemałe poruszenie padło na dźwięk tych słów. Właśnie od Sunchila otrzymali ekwipunek brata Teodora. Opis Sunchila pasował idealnie do rysopisu Pawła. Jak się okazuje Paweł jest groźniejszym niż się wydaje osobnikiem powiązanym z magią i groźnymi orkami. Ork chciał nas zaprowadzić do domu ojca Sunchila w zamian za wolność. Na to oczywiście komtur nie mógł przyzstać. Pani Konkordia usilnie chciała bronić życia tej bestii. Komtur zgodził się na przedłużenie żywota orka do momentu znalezienia domu Sunchila. Wyłapałem jeszcze jak podczas przesłuchań mag coś w tajemnicy przekazał Pani Konkordii, nie w pełni tłumacząc padłe słowa. Poruszyłem tę sprawę przy zdawaniu raportu. Mag niechętnie przyznał, że ork proponował wspólną ucieczkę pani Konkordii w zamian za informacje. To oburzające taka postawa wobec braci zakonych to skandal! Nie wspominając już o totalnym braku pomyślunku. Magister Tickomir bronił się, że wiąże go kontrakt wobec szlachcianki. W tej sprawie oczywistym jest, że na pierwszym miejscu liczy się prawo zakonne, a nie świeckie traktaty. Taką postawą magister wiele stracił w moich oczach.
Po obfitującym wydarzenia popołudniu odpoczęliśmy chwile, by wieczorem podjąć ponownie próbę nawiązania kontaktu z wodnikami. Pani Konkordia dowiedziała się, od chłopów, że wodniki uwielbiają błyskotki i często je podkradają. Z tego powodu tym razem spróbowaliśmy oddać na wymianę srebrny grot. Czekaliśmy w zaroślach aż znów w wodzie zawrzało. Magister ponownie spróbował porozumieć się z tymi istotami. Odpowiedział mu gardłowy bulgoczący głos, ciężko było wyłapać te zniekształcone słowa. Sposób wypowiadania słów przez wodniki był zupełnie inny niż orków. Mag z trudem przetłumaczył, że nam nie ufają i boją się, że współpracujemy z dużymi zielonymi. Szybko się zorientowaliśmy, że chodzi im o orków, których musieli widzieć wczoraj z wody. Czarodziejowi udało się przekonać wodniki, że nie jesteśmy przyjaciółmi orków, a także pozbyliśmy się zagrożenia z ich strony. Po dłuższej chwili z wody wynurzyło się coś nieśmiało z wody i zaczęło zbliżając się do brzegu. W blasku księżyca mogliśmy podziwiać wodnika w całej krasie. Stwór był niewiele niższy od krasnoluda, nagi i o szarej cerze pokryte śluzem i wodorostami. Twarz na myśl przywodziła żabę lub ropuchę porośnięta strzępkami zielonej brody. Oczy paliły się czerwonym żarem jak węgielki przy palenisku. Wodnik miały płony pławne między palcami rąk i nóg, a także posiadały płetwy na plecach. Stworzenie rozglądało się niepewnie po brzegu po czym szybko buchnęło srebrny grot. Grot bardzo przypadł im do gustu, chyba chcieli użyć go do łowów na ryby. W zamian po chwili z jeziora wodniki wyrzuciły nam dorodnego sandacza na brzeg. Pierwsza próba rozmowy poszła nader obiecująco. Następnie mag starał przekazać się prośbę Konkordii odnośnie wodniki zębowej. Okazało się, że te żaboludy bardzo cenią tą roślinę i sporo żądały za nią zapłatę. Stary wodnik przyszedł negocjować już nie lękając się nas tak bardzo, a dużo wołając. W końcu wytargował pięć srebrnych grotów i magiczny kamień. Nim się rozstaliśmy wodniki poprosiły, by niepokoić ich w jeziorze. Byłem świadkiem tego doniosłego wydarzenia, bodajże pierwsze w historii spotkanie z wodnikami. Postanowiłem je spisać w postaci traktatu dla potomności.
Po powrocie do wioski czekała nas słodko-gorzka wiadomość. Bracia zakonni znaleźli ciało biednego Simeona. Niestety mordercy nie oszczędzili również jego. Przynajmniej poznaliśmy jego smutny los i będziemy mogli wyprawić godnie w ostatnią drogę. Poświęciłem świece na nocne czuwanie, by chociaż modlitwą odwdzięczyć się mojemu wybawcy za uratowanie życia. Niech Asterion da mu wieczny wypoczynek.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
W ten pochmurny dzień czekał nas przykry obowiązek, wraz z panią Konkordią zabalsamowałem i przygotowałem do dalszej drogi ciało mojego niegdysiejszego wybawcy. Ostania rzecz jaką mogłem dla niego zrobić. Okrutnie pocięte ciało nieszczęsnego zakonnika było widokiem rozdzierającym serce. Ogromna wiedza w zakresie alchemii pani Konkordi i moje własne doświadczenie w tej dziedzinie, pozwoliły nam zabezpieczyć ciało zmarłego na długą podróż do stolicy, gdzie zostanie pochowany ze wszelkimi honorami. Spędziłem kolejną świece na modlitwie za duszą Simeona.
Zakon Ordo Æternus Bellum wykonał swoją powinność i powoli rozpoczynał przygotowania do powrotu. Natomiast przede mną stało jeszcze jedno zadanie, oczyszczenie tych ziem z obecności zjaw. Dowiedziałem się od miejscowych, że ostatnią nieszczęsną dziewczyną, której przypadł los błąkania się po świecie jako bogince, była Oleńka. Z pomocą diakona Pirana zdobyłem pozwolenie od bliskich zmarłych, do wykorzystania jej szczątków do stworzenia relikwii. Z wielkim namaszczeniem i czcią wydobyłem kości Oleńki z totemu i przeniosłem na ołtarz w kaplicy. Tam z wielką pieczołowitością przeprowadziłem ceremoniał uświęcenia. Po długich modlitwach relikwia zdolna odpędzić zjawy byłą gotowa. W tym samym czasie pani Konkordia zgodnie z moimi wytycznymi przygotowała środki alchemiczne zdolne zatrzymać zjawy. Jestem bardzo wdzięczny pani Konkordii za pomoc jej wkład w tą sprawę był nieoceniony. Szlachcianka nie miała obowiązku pomagać mi w mojej świętej misji. Jej wkład w to zbożne dzieło pozytywnie o niej świadczy. Pod wieczór przygotowani i zdeterminowani ruszyliśmy do zrujnowanych chat na jeziorem, gdzie często ukazywały się boginki. Mój plan zakładał, że zniszczenie ich biały szat, które symbolizowały ich przywiązanie do materialnego świata i marzenia, by wyzwolić ich dusze. Wiązało się z tym spore ryzyko, ale coś należało zrobić. W starych podań zawsze kryje się ziarno prawdy. Fizyczna przemoc na niewiele, by się zdała wobec zjaw. Musieliśmy zawierzyć sile naszych serc i Asterionowi Mistrzowi. Ukryliśmy się pośród zniszczonych chat, by ujrzeć je, gdy zaszło słońce. Wyszły z oparów jeziora dostojne i piękne. Urodziwe blade elfki w zwiewnych sukniach utkanych z mgły. Widok zaprawdę był nieziemski. Ich śpiew był taki czysty i melodyjny, ledwo przytrzymaliśmy Igora by nie rzucił się w rytm zabaw z upiorzycami. Ja sam, gdyby nie złożone śluby naszemu Panu i dawno już złamane serce, zapewne uległbym ich urokowi. Na naszych oczach tańczyły, pląsały, plotły warkocze... Bawiły niczym panny na wydaniu. Jedynie co budziło niepokój o ich stopy nie dotykające w ruchu ni, ziemi ni trawy. W końcu zrzuciły przyodziewek i radośnie pognały do wody. Musiałem odwrócić wzrok kapłanowi nie wypada widzieć takich rzeczy, choć zdołałem wyłapać, że bez swych cennych strojów ich stopy znów dotykały ziemi. Przyszła pora działać, nasi podkomendni rzucili się po szaty, a sam starałem skupić uwagę boginek na moim śpiewem. Mój melodyjny głos na nic się nie zdał, upiorzyce zazdrośnie strzegły swych sukni tnąc nas pazurami i rzucając uroki. W sukurs nam przyszła uświęcona relikwia i pył alchemiczny, dając nam dość casu by wyrwać się spod wpływu zauroczenia i odebrać ich cenny przyodziewek. W tedy boginki spotulniały i osłabły, zaczynały nam słodko kadzić i ożenek obiecywać. Mój plan się sprawdzał, staliśmy nad ogniem gotowi odesłać upiory w zaświaty. Dziewczęta klęły i zaklinały, by tego nie czynić. W tedy jednak niespodziewanie pani Konkordia i magister Tickomir mieli inne palny. Czarodziej chciał zachować szaty jako potężny magiczny komponent, za nic mając te nieszczęsne dusze. Ten uczony człowiek pokazał swoje najgorsze cechy. Natomiast pni Konkordia chciała znaleźć mniej drastyczne rozwiązanie. Skaranie boskie z tą kobietą. Znalazłem bezpieczny sposób na uwolnienie tych dusz, ale to wciąż za mało. Powinienem dać zdecydowany sprzeciw temu i natychmiast zniszczyć te szaty, jednak wdałem się w polemikę. Oczywiście z miejsca odrzuciłem pomysły magistra, igranie z czyimś losem dla potęgi magicznej jest niedopuszczalne. Natomiast pani Konkordia chciała dać zjawą to czego tak bardzo pragnęły - miłość. Przyznam, że uderzyła w mój czuły punkt. Sam straciłem swoja ukochaną dawno temu. (Tusz na kartach staje się co raz bardziej rozmazany w tym miejscu) … Och Ylsi czemu na Asteriona zdecydowałaś się na taki krok... Wyrzekłaś się życia na tym i na tamtym świecie... Nawet wiekuistej wieczności nie będziemy razem.... Już nigdy... Asterionie wybacz mi moje grzechy przez mą wierną służbę... Mogłem wydać się pani Konkordi i pozostałym bardzo zgorzkniały. Nie można od tak dać komuś miłości. Od samego początku rozumiałem, że tęsknota za miłością jest tym co więzi je na planie materialnym i żadna siła nie zapewni pustki w ich sercach. Powinienem to ukrócić na Asteriona! Może gdybyśmy znaleźli młodziana, który szczerze kochał jedną z nich to może udałoby się odczynić klątwę. Jednak zamiast tego pani Konkordia wysłała Igora, który daleki był od wzniosłych uczuć za o pełny chutliwości. Czemu na to przystałem? Sam do końca nie wiem, może tliła się we mnie irracjonalna nadziejeja, że w ten sposób damy im namiastkę miłości. Och jakim głupcem byłem! Igor wyznał fałszywie miłość jednej i dał upust swojej chcicy. Klątwa jak się spodziewałem nie ustąpiła... Prosiłem panią Konkordie, by to ukrócić na próżno... Dopiero jak dwie boginki zabrały się za Igora i kłócić w zazdrości o niego, drapać pazurami i pozbawiać sił... Dopiero Konkordia zrozumiała swój błąd. Życie jej podkomendnego musiało zawisnąć na włosku, by przerwać ten bezbożny eksperyment. Spaliśmy szaty nim upiorzyce zrobiły większą krzywdę Igorowi. Boginki rozwiały się w nicość, gdy spaliśmy ich złudne marzenia. Były wolne i mogły znaleźć drogę do światłości Pana Naszego. Na odchodnym wyrzekły dziwne zdanie, że Leśny Płomień pozwolił im czekać wieczność na ukochanego i nie wybaczy nam tego co zrobiliśmy. Nie potrafię zrozumieć czym lub kim jest Leśny Płomień, ale musi być to bluźniercza potężna siła, która zniewoliła dusze tych nieszczęsnych kobiet. Odnieśliśmy zwycięstwo na chwałę Pana dając tym duchom wieczny spoczynek, a sami przezwyciężając swoje słabości i pokusy. Pani Konkordia nie podzielała mojego ferworu, wciąż udziła się, że może był inny sposób... Opisze te wydarzenia w traktacie dla potomności ku przestrodze, jak tylko opadną ze mnie silne emocje.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
To był ważny dzień dla Bukova. Ponure totemy zostały opalone, a kości zmarłych zwrócone z należytą czcią ziemi. Po uroczystym pochówku odbyła się piękna msza za dusze zmarłych kobiet. Przywróciliśmy pokój na ziemiach Bukova. Diakon dziękował nam i zakonnikom za przegnanie licznych zagrożeń. Sam komtur zabrał głos dziękując wszystkim za wkład bezpieczeństwo tych ziem: mojej skromnej osobie, grupie pani Konkordii i okolicznym mieszkańcom za wsparcie w tropieniu zbiegów, schwytaniu orków, odnalezieniu ciała zaginionego Simeona i w końcu odegnaniu zjaw. Rozpierała mnie duma w pomocy w zbożnym dziele na chwałę Asteriona. Chłopi również wyrazili radość za nasze czyny. Pozostało domknąć parę kwestii.
Pierwszą był los Headwyna z chwilą zakończenia poszukiwań, miał zostać przewieziony do stolicy, by tam wykonać wyrok ostatecznie. Próbowałem wraz z panią Konkordią wstawić się za jego losem. Komtur uznawał jego wiedzę za wiele wnoszącą, jednak było to za mało, by zmazać jego winy. Komtur wiele razy podkreślał, że mam zbyt litościwe serce. Po tym co się działo wczoraj nad jeziorem jestem skłony uznać jego rację. Nie mogąc nic więcej zrobić, przyjąłem z pokorą decyzję komtura. Pani Konkordia długo nie dawała za wygraną, starając się coś wskórać. Komtur pozostał nieugięty jak stal. To chyba wprawiło w jeszcze większe zrezygnowanie panią Konkordie.
Drugą sprawą był los orka. Ktoś musiał mu przekazać wiadomość. Komtur nie zamierzał się układać z bestią, choć nie uważał, by oszukiwanie jej było czymś złym. Pani Konkordia usilnie chciała ocalić kolejne życie, jednak w przypadku potwora jakim jest ork nie było to możliwe. Nie zamierzała też kłamać, niezwykła i godna podziwu postawa, by kierować się moralnymi wytycznymi nawet wobec najprawdziwszych bestii. Tak więc decyzję pozostawiono mnie. Długo zastanawiałem się nad argumentami obu stron. Wiedziałem, że nie można wypuścić tej krwiożerczej bestii na wolność pod żadnym pozorem. To nie ulegało żadnej wątpliwości. Uznałem również, że prawy człowiek nie może kłamać nawet jeśli ma do czynienia z orkiem. Przez magistra dałem jeńcowi wybór albo zginie tu i teraz albo po doprowadzeniu nas do ojca Sunchila byśmy i jemu wymierzyli kare. Ku mojemu zdziwieniu ork nie zamierzał przedłużać swojego żywota i wybrał natychmiastową egzekucję. Komtur Aeron osobiście ściął bestię na placu w Bukovie, ku ucieszy gawędzi. Mam odczucie, że ork zginął śmiercią jaką honorowano w jego rasie, gdyż powitał ją z ulgą i uśmiechem. Chyba wybrałem najbardziej humanitarne rozwiązanie w stosunku do tego potwora. Pani Konkordia nie podzielała jednak mojej opinii...
Ostatnią sprawą był los samej pani Konkordii, który omówiliśmy już na osobności z komturem. To była ciężka decyzja, z jednej strony widziałem, jak alchemiczka stara się wszystkim w koło pomagać, jak okazywała litość i życzliwość tym co najmniej na to zasługiwali, jak bierze udział w świętych obrządkach, jak spiera poszukiwania morderców i w końcu jak z własnej woli pomaga odegnać zjawy. Z drugiej strony w jej głowie rodziły się pomysły, jak wykorzystać nieszczęścia innych, jak próbowała uzasadniać moralnie niedopuszczalne zachowania, by móc osiągnąć swój cel. Wszystko co robiła powodowana była troską o wnuczkę. Cel jednak nie zawsze uświęca środki. Nie była złą kobietą, jednak zdolną do zła. Jak my wszyscy. Potrzebowała kogoś, by wskazywał jej drogę. Postanowiłem dać szansę pani Konkordii zawierzyć jej dobremu sercu. Dałem do zrozumienia komturowi, ż pani Konkordi można pomóc i pchnąć na właściwą drogę. Dla jej dobra postanowiłem czuwać u jej boku i doradzać jej. Komtur przyjął moją ocenę i decyzję. Ostateczne opinie podam, gdy bliżej i wnikliwej przyjże się tej kobiecie. Niech Asterion mnie w tym prowadzi.
Niespodziewanie komtur zwierzył mi się ze swoich trosk. Ze względu na tajemnice jaka mnie obowiązuje, nie przeleje tych zdarzeń na papier. Jednak wielce martwi mnie to co usłyszałem. Modle się do Asteriona, by jak najszybciej dał ludziom do myślenia i przywrócił pokój na ziemiach Erx.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Zakonnicy na czele z komturem Aeronem ostatecznie wymaszerowali z wioski. Mogłem podziwiać jeszcze chwilę ich zdyscyplinowanie i doskonałą organizacje. Prowadzili ze sobą Headwyna, który miał zostać miał zostać stracony w stolicy, a także eskortowali w ostatnią drogę Simeona. Kończył się pewien etap naszej podróży. Pozostaliśmy sami wielkim niegościnnym lesie pozbawieni pieczy i ochrony zakonu. Las budził mój niepokój na szczęście drużyna pani Konkordi już nie raz udowodniła swoje umiejętności. Czekało nas poważne zadanie odkrycia źródła magii wiążącego ducha króla. Nim jeszcze przebrzmiało echo tętentu końskich kopyt, nawiedziła mnie mocno rozgoryczona pani Konkordia. Alchemiczka obwiniła mnie o egzekucje Headwyna i orka, a także unicestwienie zjaw. Ubolewałem nad losem Headwyna, starałem się jak mogłem załagodzić jego wyrok, jednak postanowień Świętego Oficjum nie udało się zmienić. Dura lex, sed lex. Zapadł prawomocny wyrok w tej sprawie. Ta odpowiedź nie uspokoiła pani Konkordi. Co się zaś tyczy orka nie widziałem w nim niewinnej istoty tylko groźną bestię. Mimo tego czym był otrzymał z rąk komtura honorową śmierć. Śmierć, którą sam wybrał. Potraktowaliśmy orka z humanitaryzmem, na którego nie zasługują zaprzysiężeni wrogowie naszej wiary i państwa. Dla orków w przeciwieństwie do krasnoludów nie było miejsca przy niebiańskim stole Naszego Pana. W końcu rozmowa przeszła na boginki. Próba rozwiązania klątwy przez panią Konkordie naraziła tylko Igora, mimo że ostrzegałem wszystkich jak to się skończy. Nie mogliśmy eksperymentować na tych duszach szukając innego rozwiązania, co raz bardziej wydumanego i ryzykownego. Musieliśmy działać Nasza Święta Wiara zakazuje więzić pomiędzy światami dusze! Umarli winni odejść pod osą Asteriona Mistrza! Uczyniliśmy to co słuszne. W tedy zdała się, rzecz niesłychana i niedopisania. Tylko komtur z zakonem opuścił Bukovo, a Konkordia okazała swoje prawdziwe oblicze. Bez bardonu ani czci zaczęła atakować Naszą Świętą Wiarę. Podważała Boskość Naszego Pana! Dowodziła o śmiertelności Asteriona przed jego wniebowstąpieniem! A co najgorsze stawiała Mistrza Asteriona na równi pogańskich bożków wyznawanych choćby przez orki! To karygodne! Skandaliczne! Wołające o pomstę do Niebios! Opanowało mnie wielkie wzburzenie, choć starałem zachować spokój i dać jej do zrozumienia jak oburzające i heretyckie są to myśli! Brzydzę się przemocy, ale opanował mnie taki gniew, że jeszcze moment, a spoliczkowałbym starą kobietę. Wdałem się w polemikę dowodząc Dogmatów Naszej Świętej Wiary i odpierając te bluźniercze ataki. Nic nie zdawało się docierać do tej kobiety. Odszedłem w gniewie! W tedy dotarło do mnie jak wielki błąd popełniłem. Komtur Areon miał rację mam zbyt litościwe serce! Powinienem postawić Konkordie przed trybunałem świątobliwych doktorów kościoła! Stos zapłonął, by bardzo szybko.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Przez dwa dni zaniedbywałem wpisy do dziennika. Moje zburzenie było tak wielkie, że trudno mi było zebrać myśli. Wciąż odbijają mi się echem w głowie bezeceństwa jakie padały z ust pani Konkordii. Niewiedziałem co czynić. Skupiłem się na mojej posłudze i modlitwie. Pokrzepienie znalazłem wśród oddanych wierze chłopów z Bukova, a nawet wśród świty pani Konkordii. Oni wszyscy dostrzegali moje wysiłki w krzewieniu praw Asteriona. Ich szczera wdzięczność i oddanie Naszemu Panu dodawały mi sił. Zawiodłem w krzewieniu wiary u pani Konkordii, jednak zdołałem wiele osiągnąć dla tej wioski. Dodarłem również do Igora, który szczerze żałował, że oddał się pokusom chuci i poddał się pokucie, by zadość uczynić grzechom. Złe myśli również pomogły odgonić rozmowy z magistrem Tickomirem o naturze magii i językach. Te rozmowy były bardzo kształcące. Zdołałem ochłonąć i przemyśleć sprawę. Postanowiłem dać ostatnią szanse Konkordii, nim uznam, że zawiodłem jako duchowny. Zawsze dostrzegałem w niej pokłady dobra i empatii. Podejrzewam, że przemówiło przez nią rozgoryczenie. Nie zmienia to faktu, że jej słowa są karygodne. Jeśli się ich nie wyrzeknie dalsza rozmowa nie ma już sensu. Uwiadomiłem alchemiczkę, że jeśli nie wykrzyknie się heretyckich myśli nie zdołam jej pomóc. Konkordia Havlikova w mojej obecności biorąc na światka Asteriona Mistrza i na wzgląd dobro swojego rodu wyrzekła się heretyckiej myśli. To jest jedyna słuszna droga! Jeśli złamie przyrzeczenie zawiodłem jako duchowny, a jej duszy nic nie zdoła ocalić! Niech Asterion ześle tej kobiecie jasność myśli.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum