Wysłany: 2023-08-16, 20:55 Na pograniczu światów - akt III
Na pograniczu światów – akt III
Kroniki Anhelma, Eleasa i Folletrisa
25 dzień Merris. Noc.
Łódź płynęła przez mgłę. Drewnianymi zębami rwała ją na strzępy, walcząc o każdy kolejny metr. Drużyna krasnoludek z Hildą Darsdatter na czele rytmicznie ruszała wiosłami, przepychając łódkę w iście rekordowym tempie. Mimo mulistego, rozległego bagniska, mgły ucinającej zasięg widzenia, poruszali się nad wyraz sprawnie, prąc na zachód, ku najdalszym regionom w tej części Erxen. A Erxen swoje granice mogło już mieć zatracone w głębi i niebezpieczeństwie moczar, w braku powodów, by ktokolwiek wytaczał tu dokładne granice. Jeśli znajdą się tu jeszcze jakieś ludzkie czy elfickie osady, będą to osady ukryte przed światem i przez niego też zapomniane.
- Anhelm! Śpisz? – krzyknęła nagle Hilda. - Weź tych swoich kompanów i pomóż. Moim babom przydałby się odpoczynek. Zmieńcie je, co? Później sobie odeśpicie. Chwyćcie za wiosło i uważajcie, by nie władować się w drzewo, a będzie dobrze. I w mig dopłyniemy do Skråningen.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2023-08-22, 17:55, w całości zmieniany 1 raz
Gęste chmury kłębiły się na niebie, jednak ani myślały o tym, by zapłakać. Nie tym razem. Ten dzień miał być ciężki, ale bez deszczu. Napięty, ale bez ulgi. Bez łatwego rozwiązania.
Evron wraz ze swoimi podkomendnymi opuścił wioskę tego ranka. Zabrał ze sobą liczny orszak; niektórzy mówią, że dwieście, inni że nawet pięćset dusz, I nawet jeśli nie wszyscy to zbrojni, gdyż armia potrzebuje też markietanów i innej zbieraniny, która się do niej przylepi w nadziei na lepszy byt, to i tak nie była to grupa, którą należało lekceważyć. Zwłaszcza patrząc na to, ile krasnoludów gotowych do walki pozostało wiernych Klanowi Szarych Kapturów. Nie było ich wielu. Sama wioska nie była bardzo liczna, choć jak na standardy krasnoludzkie była bardzo reprezentatywna w regionie.
Większość grupy Evrona musieli stanowić najemnicy zewnętrzni, którzy kierują się tylko chęcią zysku, oraz kupcy, którzy kierują się tym samym i którzy, wyżywszy się w Skråningen, ruszyli dalej kupczyć jedzeniem i alkoholem w zamian za szybko zbywalne zdobycze wojenne.
Trudno było jeszcze oszacować, ilu krasnoludów z Szarych Kapturów porzuciło swój klan. Niektórzy mówią, że co czwarty wojownik, a niektórzy, że nawet połowa. Gdy kurz opadnie, będzie można policzyć wszystkich lojalistów. Ale trzeba będzie na to poczekać. Wiatr wciąż hulał w najlepsze, a kurz nie miał zamiaru osiąść.
Większość kupców poszła, ale nie wszyscy. Niektórzy, będąc w silniejszej konotacji z wioską i z rodziną nią rządzącą, odmówiła jakiejkolwiek współpracy z Evronem "Miastowym" Eviatarssonnem i dalej oferowali swoje towary. Anhelm Padělek znalazł wreszcie chwilę, by odebrać topór, który zamówił. Kupiec Adrijan z Vodenitska pozostał w wiosce i wręczył półelfowi topór z pięknym grawerunkiem w języku kamiennym „Dla Hildy. Anhelm”. I chociaż grawerunek był pieczołowicie i mistrzowsko wyryty, to uwagę Anhelma przykuła twarz kupca, tak inna niż ta, którą widział dnia poprzedniego. Znaczną część twarzy miał w zbrązowiałych już bandażach, tak samo jak bark. Jak sam stwierdził, wieczorem, jeszcze przed lawiną, udał się zobaczyć tę myrkrydię całą, co ją w klatce trzymali. I jakimś zrządzeniem losu bardzo niefortunnie się potknął, tak, że wpadł twarzą na pręty klatki, co bestia momentalnie wykorzystała i cięła go ostrymi jak stal szponami. „Asterion musiał nade mną czuwać, że wyszedłem z tego żywy. I nawet oko zachowałem, mimo że w tamtym miejscu raził mnie najdotkliwiej. Dobrze, że ten cały Evron zabrał tę bestię ze sobą, bo więcej z tego nieszczęścia niż pożytku”.
Anhelm następnie udał się do domu Hevela. Po ostatnich wydarzeniach Hilda zdecydowała krótko, że powracać do zdrowia to on będzie w swoim własnym domu, w otoczeniu najbliższych, tam, gdzie jego miejsce. A dom był mocno oblegany krasnoludami, którzy przyszli życzyć zdrowia i składający modlitwy, by wielebny piastun wrócił do zdrowia. Gdyż wioska bez piastuna to jak ciało bez duszy.
Nadeszła chwila pożegnania, gdy wioska krasnoludów zatoczyła krąg wokół swego mehra, który z miną pełną spokoju i godności zakończył swój długi żywot. Mehr Omer "Kaptur" Orelssonn, którego męstwo i mądrość prowadziły klan przez wiele pokoleń, zgasł jak wieczorny płomień, pozostawiając tęsknotę i pustkę w sercach wszystkich, którzy mieli zaszczyt go znać.
Na wzgórzu otoczonym szpalerem drzew, które zdawały się stać w milczeniu, z opuszczonymi głowami, zrzeszając się z ubolewającymi mieszkańcami Skråningen, ułożony został duży, drewniany stos. Gdy tylko zapłonie, widać go będzie z daleka. Z daleka będzie widać, że coś się stało.
Na stosie leżał Omer. Odziany w sukna, z mieczem na piersi oraz miną pełną powagi i błogości czy nawet ulgi. Tak jakby za życia wyczekiwał, aż wreszcie złączy się z Ojcem, i czy w ogóle zostanie do niego zaprowadzony przez Svardød, czy może jakaś przewina młodości wróci do niego i przypomni o sobie. Tak jednak nie mogło się stać. Kto znał Omera „Kaptura”, ten wiedział, że jego czyny starczyłyby na kilka pokoleń boskiego błogosławieństwa.
Wiatr delikatnie rozgarniał grube chmury, pozwalając okazjonalnie przedostawać się promieniom słońca, które jednak traciły swoją moc na skutek żalu i smutku, które zapanowały na tym żałobnym zgromadzeniu. Słońce było blade. Blade były też twarze zgromadzonych. Mimo pięknej, budzącej się do życia przyrody, mimo zieleniejącej się trawy. A i ta jedna kapturka schowana w koronach drzew i przebijająca panującą wkoło ciszę swym śpiewem – na co dzień błogi hymn fauny, a obecnie – szyderczy jazgot intruzów, których w ostatnich dniach było zaskakująco wielu. Z wierzchu gładkich i miłych, a wewnątrz – skrywające najmroczniejsze intencje. Tych jednak nie było już w pobliżu. Wszyscy opuścili wioskę, pozostawiając po sobie smutek i ciszę. Tak i z tym kapturkiem – chyba sam Pasterz dotknął go swą laską pasterską, gdyż ten momentalnie się zreflektował i ucichnął. I słuchał, jak przemawiał piastun.
Hevel "Pojednawca" Darssonn prowadził całą ceremonię, chociaż sił wielu nie posiadał. Dopiero co zeszłego dnia wybudził się, cały obolały, ale żywy. Ale słabość ciała nie wpłynęła na tężyznę umysłu, a co najważniejsze – na pamięć. A pamiętał on wszystko. I korzystał z tej łaski, którą obdarował go Ojciec. Jeszcze tego samego wieczora opowiedział o wszystkim Meyerowi Omerssonnowi, Avnerowi "Orkowej Zmorze" Omerssonnowi, a także wszystkim innym, którzy tylko znaleźli się w zasięgu słuchu. Mówił o fortelu Evrona i jego brata, Aharona, który skończył się lawiną na wioskę, zabierając parę żyć i niszcząc plony; mówił o fałszywym i podstępnym Mędrcu z Gór, który, odziany w szaty bogobojnego piastuna, kierował się kłamstwem by obrócić lud przeciwko mehrowi i by sprawić lincz na niewinnych i bezbronnych gościach tej wioski: Olegu, Celu i Konkordiuszu. Tego dnia mówił wiele, ale siły go nie opuszczały. Zbyt ważne słowa miał do powiedzenia, a w wiosce zbyt wielu krasnoludów liczy się z jego zdaniem ponad wszystko. Jego siostra, Hilda, łykała łzy szczęścia, nie odstępując go ani na krok, od momentu, gdy tylko udało jej się wkroczyć do warowni. Tam od razu kazała zabrała go do jego własnej chaty, gdyż, jak to sama stwierdziła: „nie będzie mój brat leżał w tym samym pokoju, w którym zagnieździł się ten kutasiarz Mędrzec z Gór”.
Piastun kroczył powoli w kierunku stosu. Jego ciało wydawało się opierać na cienkich niciach woli, które pozwalały mu przekroczyć ból i słabość. Przeżył zamach na swoje życie i zapłacił za to trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Było to ku zaskoczeniu wszystkich, że wczoraj jedną nogą był w grobie, a dziś chodzi o własnych siłach. Górnik obdarował go tężyzną, by mógł sprawić najważniejszą posługę. Później należycie odpocznie, ale teraz – był potrzebny jak nigdy wcześniej.
Jego głos, chociaż osłabiony, niósł się gromko po całym wzgórzu, wchodząc do uszu wszystkich zgromadzonych. Mówił o mehrze, który wprowadził stabilność i dobrobyt, dzięki któremu wioska rozrosła się do niespodziewanych rozmiarów. Opowiadał o decyzjach podejmowanych z rozwagą, o wizjach przyszłości, które stworzyły oparcie dla tego ludu. Opowiadał o tym, że mehr był jednością z wioską, a każdy krasnolud czuł, że ma swoje miejsce w tej wielkiej rodzinie. A gdy tylko usłyszał, że jego klan, targnięty konfliktem wewnętrznym, podzielił się na dwie wrogie frakcje, jego umęczone serce, zabiwszy po raz ostatni, pękło z rozpaczy. I udał się on w stronę Ojca.
Piastun mówił długo. I choć niebo nie chciało zapłakać, to zapłakali wszyscy inni. Nawet najmężniejsi wojowie musieli pogodzić się z tym, że ceremonię pochówku będą musieli oglądać przez zaszklone oczy. I byli z tego dumni.
Krasnoludem, który rozpalił stos, był nikt inny, jak najstarszy syn nieodżałowanego mehra - Meyer Omerssonn. Jego twarz była jak wyciosana z marmuru, a biała broda dopełniała jego wizerunek grobowej, posągowej powagi. Drżącą dłonią wsunął płonącą pochodnię do wnętrza stosu, by po chwili ogień rozlał się po całym poziomie, powoli wdrapując się swymi skaczącymi szponami aż na samą górę, by dosięgnąć Omera "Kaptura" Orelssonna, by zapewnić mu ciepło i ukojenie, nim na stałe połączy się z Ojcem w Salach Biesiadnych. Płomienie wznosiły się ku niebu, odbijając ciepłe blaski na twarzach smutnych i zamyślonych krasnoludów. To był moment pożegnania z przeszłością, z symbolem ich jedności i siły. Klan został osłabiony i podzielony. Długie rządy Omera zrzuciły wielkie brzemię na barki jego syna, Meyera. Jakim będzie przywódcą? Czy wyjdzie z cienia ojca? Czy wykaże się wystarczającym zdecydowaniem teraz, kiedy nie ma już nikogo, kto nad nim czuwa? Były to pytania, których nikt nie zadał, ale które wisiały w powietrzu gęsto. Niczym te chmury, które wisiały na niebie, szare, brudne, ale za nic nie chcące uronić choć łzy.
Ceremonia trwała, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Była to chwila oddania hołdu, ale też moment na myśli uciekające ku przyszłości, do nowego rozdziału, który bez wątpienia będzie inny, niepewny. Co się stanie w najbliższych dniach, tygodniach, miesiącach? Świat, który znali od tak dawna, właśnie się zmienił. A oni wiedzieli, że muszą zmienić się wraz z nim.
Aż dziw brał, ile krasnoludów może mieszkać w wiosce, dopóki wszyscy nie zbiorą się pod jednym dachem świętych Sal Førstseptu, wewnątrz Czarnej Warowni. Warownia wzięła swą nazwę z powodu ciemnego kamienia, z którego została zbudowana – tak wyróżniająca się na tle głównie drewnianych chat, w jakich mieszkała większość wioski.
Wszyscy, nawet dzieci, obłożnie chorzy i handlarze – kto nie mógł przyjść o własnych siłach, został zaniesiony. Kto oponował, został zaciągnięty. Trudno o przejawy niesubordynacji, nie licząc kilku źle zbuntowanych dzieci – kto miał powiedzieć coś krytycznego, ten już dawno wioskę opuścił.
Wewnątrz czuć było siłę krasnoludzkich bogów. Wysokie na dwa metry, wyryte w kamieniu posągi przedstawiające siedmioro bóstw: Ojca, jego córek: Hvitliv, Svardød, a także synów: Górnika, Kowala, Pasterza oraz Wojownika. Każdy z własnymi atrybutami i każdy łypiący z góry, oceniający każdy ruch, każdą decyzję, każdą przewinę. W tych salach Asterion był odległy, nieznaczny, zapomniany. Był tylko cieniem w słabo rozświetlonej sali.
Piastun Hevel "Pojednawca" Darssonn poruszał się powoli, zmęczony całym dniem. Wsparty był o swój kij, który zwykle wykorzystywany był w celach ceremonialnych, by tego dnia służyć mu też jako oparcie fizyczne. Był zmęczony i słaby, ale Kowal dął w jego miech, aż ponownie nabrał sił.
A ogień zgasnąć nie może. Gdy jedno ognisko dogorywa, nowe należy rozpalić.
Ceremonia była długa i cicha, przerywana jedynie okazjonalnymi inkantacjami piastuna. Najpierw Meyer Omerssonn przyniósł ozdobną, alabastrową urnę z licznymi rzeźbieniami, runami i malunkami, którą następnie złożył w kamiennej ścianie. Wszystko powoli i dokładnie, zgodnie ze ścisłą procedurą pochówkową i w akompaniamencie modlitw piastuna Hevela. W pewnym momencie Hevel rzekł coś do licznego tłumu, a następnie, co mogło być zaskoczeniem dla kogoś, kto wielkiego doświadczenia z krasnoludzką kulturą nie miał, z tłumu odpowiedziały mu same krasnoludzkie kobiety, odprawiając wspólne modły, powtarzając gwarnie formuły. A Anhelm wiedział, że mówią: „Svardød, jego już nadszedł czas. Svardød, prowadź go do Sal Biesiadnych bram”.
Po ceremonii pochówkowej nastąpiła jeszcze jedna ceremonia. Wnosząca promyk nadziei w przyszłość Skråningen i klanu Szarych Kapturów.
Meyer Omerssonn klęknął na środku sali, z opuszczoną głową, mając na wprost posąg Ojca, a po bokach – resztę krasnoludzkiego panteonu. Hevel zaczął znów odprawiać modły, a następnie wyjął kadzidło, szarpnął kilkukrotnie, aż silna woń rozlała się po całej sali. Kontynuując obrządek, sięgnął tym razem przez podany mu przez pomocnika słoiczek ze świętymi olejkami, którymi pieczołowicie namaścił Meyera.
- Meyerze, synu Omera. Z woli Ojca i z woli naszej obrany zostałeś na mehra klanu Szarych Kapturów. My, skromni mieszkańcy Skråningen, służyliśmy twojemu ojcu i służyć będziemy tobie. Wiedź nasz klan ku zwycięstwu i chwale, byśmy wszyscy zaznali miejsca u boku Ojca w wiecznych Salach Biesiadnych.
Tłum wiwatował. W tym momencie tłum był jednością.
Po całej ceremonii gros uczestników udało się na ucztę, by przypieczętować nową erę. Pierwszy rok panowania Meyera Omerssonna. Mehra Meyera Omerssonna.
Wkroczyli tłumnie do obszernej, kamiennej sali zastawionej rzędami ław i stołów, rozświetlonej paleniskami, a na końcu mając szerokie podwyższenie, a na nim osobny, gruby i szeroki stół otoczony z jednej strony krzesłami. Miejsce dla najbardziej zasłużonych. I właśnie w tamto miejsce, idąc na czele orszaku, kroczył Meyer ze swą zadbaną i jasnowłosą żoną, a za nimi szła reszta rodziny: trzej synowie, dwie córy, a także brat Avner. Dalej szedł Hevel, podtrzymywany przez towarzyszy, którzy z imienia znani nie byli, ale z wyglądu wyglądali jak klanowa starszyzna i wojownicy o największych zasługach i wpływach. Dalej szli już bardziej „zwykli” krasnoludowie: wojownicy, rolnicy, pasterze i inni, o zawodach godnych, ale nie dających więcej chwały i poklasku, niż trzeba.
Na końcu szli wszyscy ci, którzy klanem nie byli. A więc kupcy i najemnicy, którzy pozostali w wiosce… a także Anhelm, Eleas i Folletris. Oni zamykali orszak, jednak, mimo wszystko, byli obcymi w tej wiosce, a zaproszeni na ceremonię zostali.
Na końcu sali, zaraz pod podestem, znajdował się sporych rozmiarów drzewny pień otoczony żelazną klamrą. Meyer wraz z żoną usiedli na pokaźnych, drewnianym tronach na środku podestu, tak, że spoglądać mogli z góry na tłum zbierający się w sali, a także na tenże pień, przy którym poczęła formować się kolejka. Mimo że miejsc na ławach było sporo, nikt na nich nie zasiadł.
Na początku kolejki stała najbliższa rodzina Meyera, a jako pierwszy – Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn. Piastun Hevel podszedł obok pnia z przygotowanym, ceremonialnym sztyletem.
- Odprowadziliśmy naszego mehra Omera "Kaptura" Orelssonna do wiecznych Sal Biesiadnych. I jednocześnie namaściliśmy nowego mehra, który przewodzić będzie klanowi Szarych Kapturów. A my przybyliśmy tu po to, by złożyć mu hołd! Naszemu nowemu mehrowi! Mehrze Meyerze Omerssonnie! Tobie składamy nasze homagium! Prowadź nas ku chwale!
Następnie piastun pocałował ołtarz i ciął swoją dłoń tak, że kilka kropel opuściło jego ciało i skropiło ołtarz, a następnie rzekł:
- Będę cierpliwy jak Pasterz, wytrwały jak Górnik, solidny jak Rzemieślnik i waleczny jak Wojownik. Meyerze Omerssonnie, mehrze Klanu Szarych Kapturów, tobie przysięgam wierność i posłuszność aż do dnia, gdy Ojciec upomni się o mnie!
Po tych słowach umieścił na pniu swój toporek, który niósł wcześniej przy pasku. A Meyer uśmiechnął się.
- Piastunie Hevelu, mój dobry przyjacielu! Serce moje jest pełne radości, że wyszedłeś cało z zamachu na swoje życie. Twoje miejsce jest przy mnie, na honorowym miejscu, wraz z moją rodziną. Tak jak doradzałeś mojemu ojcu, tak też chciałbym, byś i mi służył radą i dobrym słowem.
A potem przyszła kolej na następnych krasnoludów w kolejce. W tym na Anhelma, Folletrisa i Eleasa, którzy co prawda krwi nie upuścili i sentencji nie wypowiedzieli, ale dobre słowa wypowiedzieli i broń złożyli na czas biesiady.
Po jakimś czasie Hevel, zakończywszy swoje sprawunki i posiliwszy się, podszedł do Anhelma i rzekł: „a teraz pora na ciebie, synu”.
Sale Førstseptu, tak bardzo przepełnione i głośne jeszcze niedawno, teraz pozostały ciche i tajemne, niczym głęboko schowany, zapomniany grobowiec. Jedynie skaczące płomienie drobnych ognisk rozmieszczonych wzdłuż ścian zapewniały jakąś namiastkę życia, ale jednocześnie podbijały tajemniczość ciskanymi przez siebie długimi, ostrymi cieniami. Cisza pozostała jednak zaledwie przez chwilę, gdyż wydarzenie to zwróciło na siebie uwagę wielu krasnoludów na tyle, że oderwało ich od długo oczekiwanej biesiady i zaczęli powoli zapełniać z powrotem salę.
- Przy bogach tajność i kłamstwo nie przejdzie – pouczył Hevel. - Bogowie wszystko widzą, bogowie wszystko wiedzą. Wiem, że twoje imiona są liczne, jednak tutaj, przy tej ceremonii, tylko jedno z nich jest słuszne.
- Anhelmie! – rzekł głośno Hevel. – Podróżniku, synu dwóch kultur, dwóch ras i dwóch wiar. Poszukiwaczu prawdy i głębszego zrozumienia. Przyszedłeś tutaj, gdyż sam zrozumiałeś, że nadszedł czas na twoje duchowe przebudzenie. Na odrzucenie kłamstw przeszłości i przyjęcie prawdy. Dziś stajemy razem, aby przekształcić twoje serce i umysł, byś mógł odnaleźć źródło mądrości, jakie tkwi w Førstsepcie, a twój kompan będzie świadkami tej ceremonii. Podejdź, proszę.
Hevel przekazał Anhelmowi cienkie, drewniane koło o średnicy dłoni, z okrągłą dziurą w samym jej środku. Symbol Asterionizmu.
- Oto symbol twojej przeszłości, który przyniosłeś ze sobą. Symbol fałszywej wiary, w której zostałeś wychowany i która została ci narzucona. Dziś złożysz ten symbol na ołtarzu jako akt odrzucenia dawnej wiary, by zrobić miejsce dla prawdziwego światła, jakim jest Ojciec.
- Odpowiedz teraz na moje pytania: czy wyrzekasz się Asteriona Mistrza, fałszywego erxeńskiego bożka? Czy wyrzekasz się wszystkich jego świętych, kapłanów, ceremonii, świąt i instytucji, które prowadzą do fałszywej wiary?
Anhelm wyrzekł się wszystkiego.
- Z woli własnej i tylko własnej odrzucasz swą starą wiarę – rzekł, a następnie spojrzał na Folletrisa. - weź proszę ten topór z moich dłoni i przekaż go Anhelmowi. Anhelmie, zakończ szkodliwą więź z bożkiem Asterionem.
Anhelm wykonał to, co zostało mu polecone. Przejął topór, wziął zamach i rozłupał symbol starej wiary, a odłamki wystrzeliły daleko poza zasięg wzroku.
- Możesz teraz oddać topór swojemu świadkowi – rzekł piastun.
- Tym właśnie sposobem odrzuciłeś swoją wiarę, robiąc miejsce na wiarę Førstseptu. Odpowiedz teraz na moje pytania: czy wierzysz w Ojca, stworzyciela świata i wszystkich istot, które po świecie stąpają?
- Czy wierzysz w dzieci Ojca: jego dwie córki Hvitliv i Svardød – nosicielki życia i śmierci, a także czterech synów: Górnika, Kowala, Pasterza oraz Wojownika – kierujących naszymi poczynaniami w każdym aspekcie życia?
Anhelm potwierdził swoją wiarę, bez zawahania.
- Z woli własnej i tylko własnej przyjmujesz wiarę Førstseptu. Przyjmij proszę ten przedmiot jako symbol twej wiary.
Hevel wzniósł do góry żelazny medalion na drobnym łańcuszku. Na jego powierzchni wyryty był skrzyżowany młot z toporem na tle trójkątnej tarczy nad którą są oczy, a pod którą jest broda. Symbol krasnoludzkiej rasy. Zawiesił go na szyi Anhelma.
- Wielbmy bogów! – wykrzyknął piastun, po czym zacząć odprawiać modły dziękczynne, najpierw skierowane do Ojca, następnie do Córek, a pod koniec do Synów.
Gdy skończył, rzekł:
- Anhelmie, wchodzisz teraz na nową drogę duchowego rozwoju. Na drogę słuszną, jedyną, prowadzącą na końcu do Sal Biesiadnych, gdzie Ojciec i jego Synowie będą cię wyczekiwać, a dokąd Svardød cię zabierze, gdy twoje życie na ziemi dobiegnie końca. Twoja podróż jest tylko twoja, a ja jestem tutaj jako twój duchowy przyjaciel i przewodnik. Niech Førstsept prowadzi cię do głębokiego zrozumienia siebie, zrozumienia innych, zrozumienia tajemnic całego świata.
A w tym momencie tłum zaczął wiwatować, ciesząc się z nowego członka swojej wiary. Wśród tłumu był też sam mehr Meyer Omerssonn i jego brat, Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn, którzy z uśmiechem na ustach wpatrywali się w półelfa.
Anhelm zwrócił się ku wszystkim. Rzekł:
- Chwała Ojcu, chwała Førstseptowi, chwała Svardød , Hvitliv, Pasterzowi, Górnikowi, Kowalowi i Wojownikowi. Jam jest wasz! - Wzniósł pięść do góry. A wraz z nią wybuchły kolejne wiwaty.
A potem wrócili biesiadować, a stoły dalej uginały się od jedzenia i picia.
Wspomnienia Eleasa
Na pograniczu światów – akt III
W pogoni za wizjami
Sala biesiadna klanu Szarych Kapturów pękała w szwach od przybyłych gości chcących pożegnać zmarłego mehra Omera "Kaptura" Orelssonna, a także uczcić i uhonorować jego syna i następcę Meyera Omerssonna. W sali z czarnego kamienia dało się wyczuć mieszaninę uczuć zadumę i refleksję po stracie wiekowego szacownego mehra, niepewność po rozłamie w klanie, do którego doprowadził buńczuczny Evron "Miastowy" Eviatarssonn, ale również nadzieję i radość związaną z nadejściem nowego porządku. Krasnoludy nie skąpiły złota na taką okazje, ciężkie dębowe stoły uginały się od jedzenia i napitków skąpane w blasku pochodni i ognia z kominków. Poza członkami klanu przy oddzielnym stole siedzieli nie krasnoludowie, którzy pomimo wydarzeń pozostali wiernymi przyjaciółmi mehra. Mimo, że nie byli krasnoludami i czcili inne bóstwa to przyjęto ich jak przyjaciół, a pośród nich była trójka zbłąkanych wygnańców – Eleas, Anhelm i Paweł. Uciekinierzy niczym liście na wietrze zostali ciśnięci przez los w sam środek wydarzeń w Skråningen. Eleas został pozostawiony przy stole biesiadnym przez swoich towarzyszy, którzy brali udział w wielkiej ceremonii. Anhelm stał przed decyzją swojego życia, a Paweł chciał być jej świadkiem. Elf z powodu swoich przekonań i wiary nie chciał brać udziału w ceremonii, zamiast tego poświęcił czas na zadumę nad wydarzeniami z ostatnich dni. Łowca spojrzał na swoje odbicie w winie z miedzianego pucharu. Prezentował się dużo lepiej niż po opuszczeniu Grudzic. Tym razem Eleas miał przeświadczenie, że uczynili w końcu coś słusznego, a także przybliżyli się do swoich celów…
Do Skråningen wygnańcy dotarli rzeką parę dni temu dzięki uprzejmości przybranej matki Anhelma Hildy Darsdatter i jej podopiecznych. Dobrze się stało, że zrządzeniem losu natknęli się na Hilde po chaosie jaki zostawili za sobą w Grudzicach. Musieli zbiec z osady nim świt odkryje szaleństwo ich pijackich czynów. Eleas nie chciał ich sobie nawet przypominać… Pomoc przy spływaniu barką pomogła całej trójce dość do siebie. Najbardziej korzystnie podróż wpłynęła na Anhelma. Okazało się, że ojciec półelfa z niewiadomych przyczyn pozostawił go na wychowanie krasnoludom. To wiele wyjaśniało w sprawie niektórych dziwnych zachowań i przekonań wojownika. Łowca wyraźnie widział, że jego przyjaciel odżywa w towarzystwie krasnoludek. Anhelm na barce częściej się uśmiechał i znacznie rzadziej miał napady samookaleczania i mamrotania do siebie. Można było nawet zaobserwować, jak półelf smali cholewki do krasnoludek. Niecodzienny widok jak Erx długie i szerokie. Ta namiastka spokoju przyjaciela radowała serce Eleasa i przypominała o ukochanej pozostawionej w sercu wielkiego lasu. Niemniej umysł Anhelma wciąż nawiedzały tajemnicze wizje, które zawsze się sprawdzały. Tym razem półelf widział krasnoluda w łachmanach, o czarnej brodzie pozostawionej nieładzie i licu naznaczonym bliznami prowadzonego przez elfy i porzuconego przy jakieś wiosce, gdzie z nożem napadał na chłopów. Co najdziwniejsze, ponoć na czole wyrastało mu trzecie oko. Wojownik ponoć już wcześniej widywał tego krasnoluda w snach, gdy uciekał przed wilkami. Po krótkiej naradzie odwołując się do folkloru i wiedzy tajemnej doszli do wniosku, że trzecie oko to znak, że podobnie jak Anhelm krasnolud posiada wieszcze talenty. W kolejnej wizji półelf dostrzegł krasnoludy kopiące uparcie pośród wzgórz… Dokładnie tych samych, które mijali po drodze do Skråningen. Jeszcze nie postawili nogi na suchym lądzie, a już napotkali pierwszą zagadkę…
Krasnoludzka osada prezentowała się nader imponująca. Skråningen położone było pośród wzgórz poprzecinanych licznymi strumieniami spływającymi do rzeki. Pomiędzy nimi solidne kamienne domy i pola uprawne. Nie przypominało to znanej elfowi zabudowy z Erxen, gdzie z reguły domy w wioskach wznoszono z drewna. Na zachód od wioski piętrzyła się potężna warownia z czarnego kamienia, ta sama, w której teraz bawią. Sama osada tętniła życiem wypełniona krasnoludami i przyjezdnymi. Głośno było o wezwaniu wojennym, jednak nikt nie rekrutował. Zdawać się mogło, że ktoś rozpuścił fałszywe wieści. Nieprzychylni winili za ten bałagan mehra Omera pogardliwie nazywając go Ospałym. Omer "Kaptur" Orelssonn był powszechnie szanowany za swoje długie i mądre rządy, jednak po cichu szeptano, że wiek nie pozwala mu już sprawować władzy. Drugim wydarzeniem jakim żyła osada, był wielki jarmark. Do Skråningen przybyli kupcy z czterech stron świata oferując najróżniejsze towary, co ciekawe pośród nich byli nie krasnoludowie, przyjmowani z pewną rezerwą wciąż jednak goszczeni jak przyjaciele. Na dni targowe przybyła też Hilda wraz ze swoimi podopiecznymi. Trójka wyrzutków również z chęcią dołączyła do tego wydarzenia, po raz kolejny lękając się pościgu ukryli swoje prawdziwe imiona: Anhelm - Oleg, Paweł - Konkordiusz, Eleas – Cel. Nowe miano elfowi pomógł wybrać wojownik, który znał krasnoludzki. Cel znaczy po prostu cień. Łowca chciałby tak się do niego zwracano, gdyż sam czuł się jak cień przemykający od osady do osady i tak jak cień mając nadzieję być nieuchwytnym i ulotnym dla wrogów. Z targu najbardziej skorzystał Anhelm, który poszukiwał prezentu dla krasnoludek. Eleas zastanawiał się czy czegoś nie kupić dla Shea, jednak po pierwsze nie wiedział, kiedy ją znów spodka, a po drugie nie miał zbyt wiele środków. Łowcy starczało na potrzeby doczesne na zbyt wielką ekstrawagancję nie mógł sobie pozwolić. Mimo sytuacji w jakieś się znalazł nie zamierzał uciekać się do kradzieży ani korzystać z przeklętego skarbu króla – konsekwentnie odmawiając z udziału w nim.
Po zakończeniu zakupów wygnańcy musieli zastanowić się co czynić dalej. Wciąż pozostała niewyjaśniona sprawa ojca Pawła, z tego czego się dowiedzieli w Grudzicach to właśnie mehr szarych kapturów mógł coś wiedzieć w tej sprawie. Wątpliwe było, że ktoś taki jak mehr będzie chciał podjąć rozmowę z tułaczami, musieli znaleźć sposób, by zyskać przychylność krasnoludów. Anhelmowi wciąż nie dawała spokoju wizja związana z wykopkami, chciał koniecznie ją sprawdzić i może przy okazji zyskać w oczach krasnoludów. Nie mając lepszego punktu zaczepienia postanowili w trójkę zacząć od tej sprawy. Wizje półelfa do tej pory sprawdzały się co do joty, co było fascynujące i przerażające jednocześnie… Wędrowcy ruszyli na wzgórza i po drodze natknęli się na samotnego krasnoluda, który zdaje się czegoś wypatrywał. Eleas z Pawłem zostali z tyłu, gdy Anhelm poszedł z nim porozmawiać. Rozmowa zbrojnego z krasnoludem szybko przerodziła się sprzeczkę i mordobicie. Łowca zauważył, że było w tym coś dziwnego – nieznajomy wyjątkowo głośno się darł niewspółmiernie do tego co się działo, jakby chciał kogoś ostrzec. Po bójce nieznajomy krasnolud zbiegł z miejsca zdarzenia, a dwójka kamratów zrównała się z Anhelmem i ruszyła na wzgórza. Tam znaleźli coś dziwnego… W miękkiej błotnistej ziemi ktoś wykopał szereg płytkich rowów. Nikt z trójki włóczęgów nie miał pojęcia co ma przed oczami, mimo że wytężali umysły by odkryć ich przeznaczenie. Były za płytkie i za wąskie, by posłużyły za ziemiankę, a zresztą błotnista ziemia zaraz by się zapadła. Z całą pewnością nie były to prace górnicze. Nie przypominało to też rowów melioracyjnych. Tajemnicza sprawa, tym bardziej że została przewidziana przez półelfa. Łowca znalazł trzy ciężkie tropy krasnoludów i porzucone w pośpiechu narzędzia. W trójkę zdecydowali się rozdzielić Paweł pobiegnie do wioski sprawdzić czy kopacze tam się nie kryją, a elf i zbrojny ruszyli ich tropem. Tajemniczy kopacze próbowali kluczyć, ale ich tropy były zbyt wyraźne dla wprawionego łowcy. Szybko zdołali ich odnaleźć, jednak niewprawne ciężkie kroki półelfa zaalarmowały ich nim zdołali zbliżyć się na tyle, by ich pochwycić. Krasnoludy zaczęły uciekać w stronę osady. Elf nigdy, by się nie spodziewał, że brodacze są wstanie osiągnąć taką szybkość na swoich krótkich nóżkach. Łowca ledwo trzymał za nimi dystans w pogoni, a jego towarzysz został daleko w tyle. Jedno było pewne krasnoludy długo takiego tempa nie wytrzymają, było to widać po ich zaczerwienionych z wysiłku twarzach. Po ćwierć świecy dopadli do osady i tak pech chciał, że Eleas stracił ich z oczu, gdy elf wypadł z jednego zaułków wóz zagrodził mu drogę. Nim łowca wyminął feralny wóz nie było śladów po uciekinierach. Wyprawa na wzgórza dała więcej pytań niż odpowiedzi…
Po nieudanym pościgu znów cała trójka zebrała się razem w osadzie. Nie wiedząc co ze sobą począć wygnańcy skorzystali z gościny brata Hildy - Hevela "Pojednawcy" Darssonna, który jednocześnie był krasnoludzkim duchownym zwanym piastunem. Anhelm omal nie padł ofiarą własnego żartu, gdyż błędnie nauczył Pawła „dzień dobry” po krasnoludzku, zamiast tego wpajając mu zwrot „pocałuj mnie w dupę”. Na szczęście półelf zdołał zatrzymać człowieka nim ten obraził gospodarza. Cóż za ironia losu… Piastun serdecznie przyjął przyszywanego siostrzeńca i jego towarzyszy mimo tak skrajnej ich odmienności od krasnoludów. Elf poczuł, że po raz pierwszy od opuszczenia płaskowyżu znalazł bezpieczne i przyjazne schronienie. Hevel był żywo zainteresowany ich odkryciami na wzgórzu i dla dobra wioski również chciał zbadać to niecodzienne zjawisko. Pojednawcę również mocno trapił los Anhelma, który popełniał wielkie świętokradztwo wyznając zarówno Asteriona jak i krasnoludzki Panteon. Piastun zachęcał zbrojnego, by wyparł się jednej wiary i… oczywiście przyjął wiarę w Ojca i jego synów. Eleas zgadzał się po części z piastunem, że nie można wyznawać innych bogów – mieli już problemy przez poglądy półelfa w Grudzicach, gdy wdał się w sprzeczkę z tamtejszym kapłanem. Samemu łowcy od maleńkości wpajano, że Astarion jest jedynym bogiem, a do niego zwracać się można tylko za pośrednictwem świętych – Eleas nader często zwracał się do świętej Elenie patronki lasów. Sam wojownik choć sporo czasu spędzał na psotnych figlach z Pawłem, to w tak poważnych sprawach wolał zasięgnąć o opinię Eleasa. Wieź między tymi dwoma wygnańcami była naprawdę silna. Elf odbył trudną rozmowę z przyjacielem dotyczącą wiary, będąc z nim szczery. Eleas nie popierał konwersji na panteon krasnoludzki ze względu na swoje własne przekonania jak i przysięgę jaką złożyli przy drzewie życia, która chodź odmienna z oficjalnym nurtem wierzeń w Erxen to wciąż powiązana z Asterionem. Takie pogrywanie z siłami wyższymi, mogło bardzo źle się skończyć dla Alhelma. Na domiar złego w całym Erx półelf został, by uznany za heretyka w najlepszym razie wygnany, a w najgorszym spalony. Mocno to martwiło łowce. Z drugiej strony widział, że jego towarzysz, którego los pokrętnie połączył się na dobre i złe, odżywa pośród krasnoludów, a jego dziwaczne zachowania nie są aż tak widoczne. Może ten akt da mu ukojenie… Elf podzielił się swoimi wątpliwościami z towarzyszem i dał mu słowo, że nieważne jaką drogę obierze zawsze będzie mu przyjacielem. Czas miał pokazać jaką decyzję podejmie Anhelm, ale nie była ona prosta…
Następnego dnia wędrowcy znów skorzystali z dni targowym tym razem w towarzystwie piastuna Hevela. Anhelm dalej głowił się nad prezentem dla krasnoludek, ale wykazał się gestem i zafundował przyjacielowi nowe strzały doskonałej jakości. Łowca od długiego czasu zbierał stare strzały, by ponownie je wykorzystać, z powodu ograniczonych funduszy nie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele. Eleas z jednej strony był zażenowany na stan swoich finansów, z drugiej był wdzięczny przyjacielowi za takie wsparcie. Paweł też skorzystał z okazji i dokupił kastety oraz egzotyczną broń bolas, które miały pochodzić z kuźni pana Żelaznego. Tułacze przechadzając się po jarmarku natknęli się na krasnoluda o białej, lecz nie siwej brodzie robiące nie codzienne sztuczki z fajerwerkami. Jak się okazało Anhelm widział tego krasnoluda w swoich wizjach podczas pobytu w Grudzicach. Postanowili wypytać białobrodego dyskretnie, jednak niewiele się dowiedzieli. Okazało się, że ten niezwykły osobnik jest piastunem z dalekiego miasta Gwyn położonego pod górami, zwany Mędrcem z Gór. Krasnolud znał się biegle na magii co pokazywał swoimi sztuczkami. Eleas skorzystał z okazji i podpytał sposób przerwania przemiany krwawych elfów. Mędrzec był zaskoczony tak specyficznym pytaniem i niestety nie znał na nie odpowiedzi. Białobrody wskazał jednak, gdzie można szukać odpowiedzi pośród magów Erxen, u krwawych elfów na wyklętych ziemiach Carpeti czy w przepastnych bibliotekach podziemnego miasta Gwynn. Odpowiedź ta nie satysfakcjonowała łowcy, ale w końcu w tej wędrówce trafił na jakiś trop. Niestety do wszystkich tych miejsc bardzo trudno dostrzec, zwłaszcza trójce wygnańców… Rozglądając się po jarmarku wędrowcy natrafili dziwny kram prowadzony przez barczystego krasnoluda w zbroi z nietypowego metalu ewidentnie nasyconego magią – zimnożelaza. Właściciel nietypowego rynsztunku zwał się Evron "Miastowy" Eviatarssonn i namawiał za parę monet do obejrzenia schwytanej bestii trzymanej w namiocie. Tułacze zwiedzeni ciekawością przystali na propozycję. W środku dużego pawilonu ustawiono trzy metrową stalową klatkę, w której więziono potwora. Myrkydia bo tak nazywał się ten stwór, miała ponad dwa metry w kłębie, wilczy pysk, pazury długie i ostre jak sztylety oraz gęste czarne jak noc futro. Bestia rzucała się w klatce gotowa poharatać każdego co zanadto się zbliży. Potwór był jednym z plugawych pomiotów Strażnika, który ponad wiek temu próbował podbić Erxen. Według słów Evrona potrzeba była tuzina krasnoludów, by schwytać bestię. Eleas cofnął się wystraszony aż po ściany namiotu, budząc sporą wesołość zgromadzonych gapiów. Myrkydia budziła w elfie pierwotny irracjonalny strach. Całym swoim jestestwem łowca chciał wybiec z namiotu z ledwością się powtrzymał. W jego głowie pojawiały się dziwne mgliste migawki masywnych cieni przetaczających się przez noc w akompaniamencie ludzkich krzyków i ryków bestii. Jak był jeszcze nastolatkiem wraz siostrą uciekł z terenów północnych atakowanych przez hordy strażnika. Niewiele z tego pamiętał… Czy widok bestii przywrócił traumatyczne wspomnienia? Nawet teraz siedząc warowni na uczcie ręka Eleasa trzymająca puchar zadrżała samo tylko wspomnienie potwora. Elf musiał posiłkować się drugą ręką, by nie wylać winna. Zerknął na twarz jednego z biesiadników miał pecha i się potknął upadając blisko klatki, myrkydia rozorała mu twarz, cudem nie stracił oka. Te bestia powinno się zabijać, a nie trzymać na pokaz… Tamtego dnia jego towarzysze nie podzielali jego przerażenia. Anhelm przypływie brawury czy szaleństwa próbował karmić stwora kiełbasą. A Paweł przemówił do bestii w dziwnym gardłowym języku. Coś w słowach syna czarnoksiężnika sprawiało, że włosy jeżyły się na karku, zwłaszcza, że myrkydia zdawać się je rozumiała na chwilę się uspakajając i zwracając swe żółte ślepia na człowieka. Wszyscy zgromadzeni w namiocie umilkli w szoku. Sam piastun zbladł i zakazał mówić Pawłowi w tym języku. Języku wrogów krasnoludów… Nie pierwszy już raz człowiek zwany Pawłem okrywał przed nimi mroczną tajemnice… Wychodząc z namiotu natknęli się na poważnie wyglądającego krasnoluda o wygolonej głowie i białej brodzie. Nowo poznany przybysz radośnie przywitał się z piastunem, okazało się, że nie kto inny jak Meyer Omerssonna. Meyer doglądał osady ze względu na stan swojego ojca. Omerssona wielce martwiły plotki o wezwaniu wojennym, stanowczo je zdementował, twierdząc, że tylko jego ojciec ma do tego prawo, z którego nie musiał korzystać powiem w okolicy klan nie ma wrogów i żyje z sąsiadami pokojowo. Słysząc to nagle do rozmowy wtrącił się Evron. Miastowy nawoływał do wyprawy, twierdząc, że klan zbyt długo gnuśnieje nic nie robiąc. „Nie ma pośród bogów rolnika! Sianie zboża to zajęcie niegodne dverga! Czas uhonorować Wojownika! Czas topora i złota!” – brzmiał dumnie i buńczucznie Eviatarssonn, a tłum chętnie go słuchał. Z ledwością Meyerowi i piastunowi udało się uspokoić nastroje. Coś niedobrego wisiało w powietrzu, a cała trójka wygnańców jak zawsze stała naprzeciw zbierającej nawałnicy…
Po incydencie wiosce ruszyli we trójkę w asyście na wzgórza zbadać tajemnicze wykopki. Napięta sytuacja w Skråningen nie poprawiała im humorów. Meyer zrobił na Eleasie dobre wrażenie uczciwego i spokojnego krasnoluda, niestety mocno też niezdecydowanego i pozbawionego siły przebicia. Konieczność konsultowania każdej decyzji ze schorowanym ojcem mocno podkopywała pozycje Meyera… Nie mieli wpływu na zdarzenia w wiosce, więc szybko przestali o nich mówić skupiając się na bieżącym zadaniu. Niespodziewanie Anhelm doznał kolejnej wizji – widział swoją przybraną matkę klęczącą pośród błota i szlochająca, a przed nią stojącego Pawła. Ciężko było to zinterpretować, ale sam półelf twierdził, że stanie się coś nie dobrego. Jak wędrowali pod górę okazało się, że ktoś jeszcze tam zmierzał. Grupa spotkała się z mocno zabiedzonym krasnoludem. Jak ich było zdziwienie, gdy okazało się, że ten osobnik często gościł w wizjach Anhelma. Półelf dopadł krasnoluda w krzyżowych ogień chaotycznych pytań. Okazało się, że mężczyzna nazywał się Borko i był mocno doświadczony przez życie – trafił do niewoli Kovacevicza, został porzucony w lesie na śmierć, ścigany przez wilk, a nawet pochwycony przez elfy… Ciężko było się w tym rozeznać z plątaniny bełkotliwej mowy Anhelma, ale sądząc po reakcjach Borko – rozszerzonych oczach i wstrząśniętemu wyrazowi twarzy, to wszystko było prawdą. Wzmianka o Kovaceviczu wzbudziła wielki gniew w Eleasie, przez tego przeklętego szlachcica wiele wycierpiał wraz z ukochaną i musieli się ukrywać. Czuł też niemoc będąc prostym łowcą niemogącym przeciwstawić się światu rządzonemu przez bezwzględnych możnych... Nawet podczas trwającej biesiady Eleas musiał powstrzymywać się, by nie dać upustu swojej bezsilności i gniewowi. Był bliski wybuchu tylko przez wspomnienie imienia tego przeklętego Kovacevicza… Sam Borko miał przy sobie sprzęt do kopania i twierdził, że został wynajęty do prac na wzgórzu za parę miedziaków. Szczegóły za bardzo nie interesowały krasnoluda, póki płacili. Zdecydowali ruszyć dalej, by w końcu okryć co się za tym kryje. Na wzgórzu czekała ich kolejna niespodzianka, grupka zbrojnych krasnoludów pod wodzą Aharona "Szumu Stali" Eviatarssonna. Piastun wyczuwał kłopoty, stwierdził, że „Aharon i jego brat Evron od dawna sieli zamęt i ferment w wiosce”. Słowa krasnoludzkiego kapłana szybko się sprawdziły. Aharon oskarżył grupę wędrowców o te dziwne wykopki i chciał ich złapać. Havel natychmiast stanął w ich obronie i potwierdził ich niewinność. Sytuacja szybko się zaogniała. Dodatkowo Borko stwierdził, że to właśnie przez Aharona został wynajęty. Aharon tłumaczył się, że wynajął krasnoluda, by zakopać te doły. Coś tu ewidentnie śmierdziało… Zebrali się wszyscy razem i ruszyli w stronę wykopek. Nie uszło uwadze łowcy, że zbrojni Aharona uważnie im się przyglądali i byli bardzo spięci. Idąc w końcu natrafili na… kolejną grupę krasnoludów poszerzającą rowy i podcinającą drzewa. Wybuchłą spora wrzawa, gdy wszyscy zaczęli się nawzajem przekrzykiwać. Kopacze wskazali Aharona jako zleceniodawcę i nie bardzo wiedzieli po co to robią. Aharon plątał się w zeznaniach raz obwiniając wędrowców o wszystko, potem, że kazał zakopywać tamtym krasnoludom, a nawet wypierając się, że ich zna. Paweł z niewyjaśnionych przyczyn potraktował rów z błotem magicznym wyładowaniem. Anhelm kłócił się z Aharonem zawzięcie, że to jego spisek. Piastun próbował z całych sił zapanować nad tym chaosem i wyjaśnić sytuację. Elf korzystając z zamieszania wymknął się niepostrzeżenie bokiem zajmując dogodną pozycję strzelecką. Eleas nie ufał bandzie Aharona i miał rację… Zniecierpliwiony Anhelm cisnął sieć na kłótliwego krasnoluda, chcą go zabrać pod sąd mehra w wiosce. Niespodziewanie Aharon przeciął więzy i ciął piastuna, który próbował uspokoić obie strony. Czyn buńczucznego krasnoluda wprawił wszystkich w osłupienie, nawet jego własnych parobków, nikt nie przypuszczał, że poważy się podnieść rękę na duchownego. Podstępny krasnolud trzymający ostrze zbrukane krwią Hevela z uśmiechem oświadczył, że to przybysze zaatakowali piastuna. Cóż za szczyt hipokryzji… Półelf próbował przemówić do honoru krasnoludów, poskutkowało w przypadku jednego ze zbrojnych Aharona, który ewidentnie nie zamierzał brać udziału w takiej niegodziwości. Kopacze wycofali się do tyłu strwożeni takim aktem przemocy. Eleas niewiele myśląc napiął swój kompozytowy łuk. Pierwszy strzał trafił w bark Aharona poważnie raniąc, drugi trafił prosto między oczy kładąc kres skurwysynowi. Łowca ponowie napiął cięciwę, strzały zafurkotały na wietrze mknąc do celu. Kolejnych dwóch zbrojnych krasnoludów padło od strzałów Eleasa. Siedząc w zaciszu sali biesiadnej elf musiał przyznać sam przed sobą, że zabijanie przychodziło mu co raz łatwiej. Od wydarzeń na Karlowym Moście, po rozbicie bandy Siwogębego, po odbicie Shea, aż do teraz… Nie odczuwał wątpliwości ani wyrzutów sumienia. Zupełnie jak na polowaniu, jakby za cel brał zwierzynę nie istotę rozumną… Naprawdę stawał się tak bezwzględny, a może klątwa krwawych elfów pozbawiała go uczuć. Za każdym razem, gdy bronił kogoś bliskiego lub uważał to za słuszne, nie cofał się nawet przed zabójstwem… Na placu boju ostało się dwóch krasnoludów, jeden poddał się ze strachu, a drugi zaczął uciekać. Eleas rzucił się w pogoń, tym razem skutecznie. Po krótkiej gonitwie krasnolud wyrżnął się na nagromadzonym błocie. Elf dopadł do niego i przyłożył mu miecz do gardła. Pokonany zbrojny poddał się. Choć było to nader problematyczne łowca odprowadził krasnoluda do reszty zebranych. Eleas wciąż miał w sobie resztkę molarności i nie potrafił ot tak zabić kogoś kto się poddał, niezależnie jakich niegodziwości się wcześniej dopuścił… Stan piastuna był ciężki, rany zadane mu przez niegodziwego Aharona były bardzo poważne, wręcz zagrażały jego życiu. Anhelm i Paweł próbowali ustabilizować Hevela, zerkali na więźniów i posłali do osady po pomoc. Elf tym czasie rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu czegoś co mogło pomóc rannemu krasnoludowi. Łowca miał spore doświadczenie w korzystaniu z darów natury, szybko znalazł mchy i porosty, które starte uśmierzały ból i pomagały zatamować krwawienie. To co odnalazł Eleas wystarczyło, by powstrzymać krwotok, jednak bez wsparcia medyka się nie obejdzie… Na szczęście z osady przybyli na pomoc Hilda z podopiecznymi oraz Yoran z Gwynn, sprzedawca mikstur, którego poznali na targu. Yoran bieglejszy w sztuce medycyny zdołał uratować piastuna, choć sytuacja dalej była krytyczna. Łowca obserwował z boku jak Hilda klęka przed rannym bratem pośród gromadzącego się błota, a Paweł odchodzi gdzieś na bok. Dokładnie tak jak przewidział Anhelm… Na same wspomnienie tamtych wydarzeń włosy elfa jeżyły się na karku, a nawet wśród tych bezpiecznych kamiennych sal wypełnionych krasnoludzkimi pieśniami. Zdolności wieszcze Anhelma budziły podziw i trwogę, jak do tej pory ani razu się nie pomylił. Cała ich przygoda w Skråningen opierała się za pogonią za wizjami. Sam Astarion raczy wiedzieć, gdzie to ich dalej zaprowadzi…
Czekając aż Yoran przygotuje rannego piastuna ze zgrozą obserwowali, jak deszcz porywa rozkopaną ziemię zmieniając ją w rozciapane błocko, które na parło na podcięte drzewa. Nagle wszystko stało się jasne, te wszystkie dziwne prace na wzgórzu miały osłabić powierzchnie i doprowadzić do osunięcia gruntu. Wszyscy zebrani w trwodze patrzyli jak podcięte trzewa pękają pod naporem błota spływają w dół porywając ze sobą wszystko co miało przed sobą. Nim fala błocka zeszła ze wzgórza miała tak duże rozmiary, że już nic nie mogło jej powstrzymać. Potok błota uderzył w część osady grzebiąc pod sobą sporą część upraw i domostw mieszkalnych. Widok był przerażający. Po pijąc wino w salach biesiadnych elf mógł na spokojnie przeanalizować to straszne wydarzenie. Przypomniał sobie tajemniczą przepowiednię Leśnego Płomienia – srebrzysta rzeka zmieni kolor najpierw stanie się brązowa, a potem czerwona. Rzeka przepływająca przez Skråningen zwana była Sivą. Czyżby o to chodziło? Na prosty umysł łowcy zdawało się, że pierwsza część przepowiedni wypełniła się. Wpadające do srebrnej rzeki błoto zmieniło jej barwę na brązową, ale co z czerwienią. Czerwień symbolizowała krew? Czy chodziło o tych co zginęli w lawinie? A może o przyszłe wydarzenia konsekwencje buntu Evrona? Żerca przykazał im by nie dopuścili, by czerwona rzeka wezbrała i wystąpiła z brzegów. Życie elfa ostatnio podyktowane było wizjami i mistycznymi znakami. Eleas gubił się w tym i nie potrafił objąć tego umysłem. Czerwona rzeka z pewnością była złym omenem… Widząc skale zniszczeń pojmane krasnoludy wyznały, że Acharon knuł z bratem i kimś jeszcze, kogo w nocy nie rozpoznali. Spiskowcy chcieli zrzucić winę za wykopy na trójkę przyjezdnych i piastuna, który ich otwarcie tak przyjął. Anhelm na tę wieść zagotował się ze złości, trudno było mu się dziwić… Bezmiar podłości i skurwysyństwa braci Eviatarssonn był trudny do opisania. Zebrali uradzili, że trójka wędrowców pogna do osady pomóc, ile się da, a pozostali zniosą okrężną drogą bezpiecznie rannego piastuna. Pobiegli we trójkę, ile mieli sił w nogach, cudem unikając kolejnej fali błota. Anhelm doświadczył kolejnej mglistej wizji w tym chaosie. Półelf ujrzał krasnoluda o chciwych oczach, zakrwawionych ustach i błyszczącej ręce, która zrywa kaptur. Zbyt wiele się w tedy działo, by mogli na spokojnie przeanalizować przepowiednie. Teraz siedząc spokojnie przy stole w Sali biesiadnej Eleas, mógł spokojnie pomyśleć. Teraz wydawało się to takie oczywiste… Wizja ani chybił dotyczyła próby zamachu jakiej dopuścił się Evron i jego poplecznicy… Na dole bez zastanowienia zaczęli pomagać wydobywaniu pogrzebanych pod błotem krasnoludów. Niszczenia były ogromne. Dzięki szybkiej pomocy udzielonej przez pozostałych mieszkańców wioski, zdołano uratować wiele istniej. W końcu zjawił się Evron ze swoimi podopiecznymi głosząc swoje kazania – jakoby lawina miała być karą od bogów za gnuśność i uprawę roli. Anhelm nie zamierzał tego słuchać, wystąpił naprzeciw buntowniczego krasnoluda i starł się z nim słownie, obnażając spisek obu braci oraz atak na piastuna. Na ich nieszczęście nie było nikogo kto mógł to potwierdzić, a półelf nierozważnie wyznał, że zabili Aharona. Wściekły Evron doskonale grał na emocjach tłumu odwracając oskarżenia przeciw wędrowcom. Byli tu obcy ich słowa nie miały posłuchu wśród miejscowych. Sytuacja wyglądała naprawdę źle. Eleas i Paweł rzadko, jak kiedy myśleli podobnie gotując się do obrony bądź ucieczki. Anhelm wciąż się łudził, że zdoła przekonać tłum o zdradzie Evrona. Nie wiadomo jak by się to potoczyło, gdyby nie zjawił się Meyer. Wysłuchał obu stron i nakazał aresztować wszystkich, ku rozgoryczeniu Anhelma. Trafili wszyscy do lochu aż sprawy się wyjaśnią. Syn mehra powiedział, że piastun już jest bezpieczny pod opieką Mędrca z Gór. Nikt wtedy nie przypuszczał jak bardzo jest w błędzie… Los trójki wędrowców zależał wtedy do zeznań kopaczy i pachołków Aharona, a także co oczywiste od słów Hevela jeśli ten dojdzie do siebie wystarczająco szybko…
Wędrowcy spędzili w lochu długie godziny przez ten czas odpowiadali na liczne pytania. Zajęło to tyle czasu, że musieli spędzić noc w ciasnej celi. Pobyt w celi źle wpłynął na Eleasa, rozdrapywał stare rany. Elf już raz został wtrącony do lochu, po tym jak z Anhelmem zabili bandytów na Karlowym Moście. Na ich nieszczęście rzekomymi bandytami byli przebrani szlachcice. Na domiar złego Shea została wplątana w to, choć nie miała z tym nic wspólnego i to sprawiło, że zainteresował się nią ten przeklęty Kovacevicz… A wszystko dla tego, że Anhelm głośno domagał się nagrody za obronienie mostu. Półelf nie spodziewał się, że zapłatą będzie powróz. Zbrojny sam był szlacheckiej krwi, choć ze zubożałego rodu, dlatego zdołał dla siebie wytargować wolność pozostawiając Shea i Eleasa w lochu. Zdarzenie to kładło długi cień na ich przyjaźń. Półelf ponownie spotkał się z elfem po wielu perypetiach. Najemnik przepraszał i zaklinał się, że szukał sposobu by im pomóc. Trudno było w to u wierzyć… Jednak Anhelm stanął na wysokości zadania, gdy sytuacja wydawała się beznadziejna podał pomocną dłoń kochankom, by wyrwać ich ze szponów intrygantki Konkordi Havlikovej. Po tym wydarzeniu obaj mężczyźni stwierdzili, że dawne niesnaski poszły w zapomnienie. W lochu stare zadra znów zaczęła kłuć w serce Eleasa, niepewny czy znów nie zostanie wystawiony. Jakże łatwo było zwalić winę na łowcę, którego strzały zabiły większość krasnoludów w tym Aharona. Czas jednak pokazał, że Anhelm się zmienił i dojrzał, trwał z towarzyszami gotów wspólnie ponieść konsekwencje ich działań. Razem byli silniejsi w tym nieprzyjaznym im świecie… Tkwiąc w celi usłyszeli, że Meyer zwolnił Evrona. Formalnie dlatego, że nie był z nimi na wzgórzu i by uspokoić nastroje tłumu. Na odchodne buńczuczny krasnolud pogroził im jeszcze za zabójstwo brata. Cała trójka była wściekła i rozgoryczona. Eleas miał za złe synowi mehra, że działał tak niezdecydowanie i ulegle. Miał wszelkie powody, by trzymać podstępnego Evrona w lochu, z łatwością można było uniknąć buntu, gdyby zdecydował się działać. Bierność Meyera szybko się na nim zemściła… Zmuszeni do czekania stali się świadkami wizji Anhelma. Widok był niepojący, wspomnienie tego wydarzenia napawało lękiem Eleasa nawet w bezpiecznych salach biesiadnych. Ciałem półelfa targały spazmy, wywrócił oczy tak, że widać było białka i mamrotał bezwiednie o tym co widział. Wieszczący zbrojny stwierdził, że magiczna księga, której tak bardzo poszukują jest w rękach Mędrca z Gór. Drugi z piastunów zdaje się wodził ich od początku za nos… Następnie Anhelm przepowiedział wiec na placu, na którym Evron spierany przez Mędrca z Gór nawoływał do buntu. „Opłakujecie zmarłych, bogowie karcącą nas za gnuśność! Ludzkie zwyczaje sadzenie marchwi! Nie jest zgodne z naszą wiarą! Górnik zesłał nam ostrzenie! Wojownik krzyczy do nas z nieba!” – grzmiał nie swoim głosem zbrojny. Dla pozostałych zebranych, było to jeszcze bardziej surrealistyczne i niepokojące. Półelf kontynuował mimowolnie dzieląc się swoja wizją – „Widzicie tego okaleczonego krasnoluda. Torturowali go i wykuli mu oko. Ten, który więził Ygwara ludzki czarnoksiężnik w zmowie był mehrem! Dość powiadam wam! Toporem i krwią zmazaliśmy tą niegodziwość! Nie jest drogą krasnoluda wchodzić w takie układy! Dość mówię wam! W imię Ojca i Jego Synów! Dość! Ludzie i elfy czynią z nami co tylko chcą! Nadszedł czas odebrać naszą ziemię bezprawnie zagrabioną naszym dziadom! Dość pora w gniewie wznieść Szklaną Dłoń! Obcy przybysze bronią tej wiedzy i zabili piastuna Hevela! Przeklęty półelf Oleg to uczynił opętany przez magię i demony! Pora wznieść w proteście Szklaną Dłoń! Szklaną Dłoń!”. Po tych słowach Paweł zgrzytnął zębami, na wieść o możliwej śmierci swojego ojca ledwo trzymał gniew na wodzy. Eleas był zatrwożony, Evron i Mędrzec z Gór od początku spiskowali ze sobą, do tego uczynili z nich narzędzie do rozpoczęcia buntu. Co najgorsze życie piastuna Hevela leżało w rękach zdrajcy. Musieli coś zrobić i to szybko… Jak Anhelm dochodził do siebie po doznaniu tak intensywnej wizji, łowca i syn czarnoksiężnika wezwali straż. Nieoczekiwanie zjawił się barczysty krasnolud w zbroi przedstawiający się jako Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn. Avner był o wiele bardziej szorstkim i konkretnym krasnoludem niż jego brat Meyer. Przybysz wysłuchał dokładnie trójki uwięzionych, wiedząc o koszatkach Evrona z piastunem z Gvynn zawierzył im i ich wypuścił. Spoza twierdzy słychać było okrzyki tłumu „Szklana dłoń! Szklana dłoń!”. Nawet w zaciszu sali biesiadnej Eleas nie rozumiał dziwacznej metafory jaką zbuntowane krasnoludy wybrały na swój okrzyk. „Szklana dłoń” to brzmi absurdalnie, jak może być symbolem buntu - szkło jest przecież kruche i łamliwe… Elf napił się wina rezygnując z dalszych prób uchwycenia niuansów kulturowych, miał inne rzeczy do przemyślenia…
Avner w tajemnicy przeprowadził grupę pechowych wybrańców do lokum Mędrca z Gór. Hevel leżał na łóżku ciężko oddychał zmożony gorączką, a za zabandażowanej rany wypływała gęsta czarna paćka. Paweł sprawdził dokładnie maść jaką zaaplikowaną piastunowi, werdykt był przerażający… Ziołowa paćka była trucizną, wcale nie miała pomóc Pojednawcy, a osłabić czy nawet zabić… Ten przeklęty Mędrzec z Gór od początku wodził ich za nos. Eleas czuł złość na siebie, że nie zdołał przejrzeć fałszywego krasnoluda. Nikt z nich się tego nie spodziewał… Łowca z synem czarnoksiężnika zdjęli opatrunki piastuna, obmyli ranę trucizny, dokładnie oczyścili i założyli świeże bandaże. Skutki były widoczne niemal natychmiast, oddech piastuna uspokoił się po tych zabiegach, a gorączka stopniowo ustępowała. Przeklęty krasnoludzki czarnoksiężnik chciał ich wrobić w morderstwo… Ich nowi wrogowie pokazali nie po raz pierwszy, że nie mają za grosz honoru czy przyzwoitości… W tym czasie Anhelm sprawdzał pokój posiłkując się zaklętym sztyletem ze skarbu króla, który pozwalał dostrzegać przeszłość. Najważniejsze czego szukał półelf zostało zabrane przez kłamliwego piastuna, pozostało tylko puste pudło po magicznej księdze. Zbrojny miał jednak dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że to czego tak potrzebuję było w tym pokoju. Poza tym Anhelm znalazł parę osobistych szpargałów należących do Mędrca z Gór, skrytkę na mikstury, stare listy, w tym jeden nadpalony oraz księgę „Plugawe rytuały Strażnika” piórem Dálacha Laocha Buía spisane wraz z notatkami. Księgą natychmiast zainteresował się Paweł, który jako jedyny potrafił ją odcyfrować, choć jak mówił pełne zrozumienie wymaga długich studiów, natomiast notatki dotyczyły rytuałów związanych z Myrkydią. Astarion raczy tylko wiedzieć co knuje Mędrzec z Gór wraz z Evronem, ale z pewnością to nic dobrego. Znaleziona księga napawała Eleasa nadzieją, że w końcu odnajdą jakieś informacje o przemianie w krwawe elfy. Elf musiał uzbroić się w cierpliwość jakiekolwiek sekrety skrywa księga, będą dopiero odkryte jak skończy się uczta. Łowca mógł ukoić swoje narastające emocje popijać wino z pucharu i skupiając się na wydarzeniach z przeszłości... Znalezione listy dobitnie świadczyły, że spiskowców było więcej i ktoś spoza Skråningen pociągał za sznurki. Wyglądało na to, że krasnoludy zamierzały wykorzystać wojnę domową i zaatakować Erxen w celu odzyskania dawno utraconych ziem. Ta myśl zatrwożyła Eleasa, mimo, że wiódł żywot wygnańca los jego dawnego domu nie był mu obojętny. Elf pozostawił za sobą swoich dawnych znajomych, przyjaciół oraz co najważniejsze ukochaną siostrę. Choć łowcy nie wydawało się możliwe, by kiedyś mógł ich jeszcze spotkać to nie może pozwolić by coś im zagroziło. Evrona i Mędrca z Gór należy powstrzymać…. Na szczęście i dobro Erxen wśród Szarych Kapturów wciąż byli krasnoludowie, którzy zapomnieli stare urazy i pragnęli żyć pokojowo. Tamtego dnia ważyły się losy górskiego klanu krasnoludów… Kończąc przeczesywać pokój w poszukiwaniu wskazówek trójka wygnańców dostrzegła przez okna zbierający tłum. Avner postanowił zabrać ich w najbezpieczniejsze miejsce w całej twierdzy - do pokóju jego ojca. Pokój wypełniał zapach choroby i słabości. Omer "Kaptur" Orelssonn leżał słaby na łożu. Elf nigdy nie widział tak starego krasnoluda. Twarz mehra była blada, poprzecinana zmarszczkami, bruzdami i błamami wątrobowymi. Długa siwa broda starca sięgała aż do pasa. Mimo podeszłego wieku i choroby zdawał sobie sprawę z ich obecności, wiedział nawet kim są z relacji swoich synów. Avner widząc sytuacje z okna pod bramami twierdzy, ruszył czym prędzej pomóc bratu. Eleas zerknął przez okno kryjąc się w cieniach. Jego elfie oko doskonale widziało kłamliwego parszywego Evrona wykłócającego się z Meyerem. Łowca ściągnął łuk kompozytowy z pleców, założył strzałę gotując się do strzału. Wystarczyło przycelować i napiąć cięciwę, cel miał wyraźnie przed sobą, z łatwością mógł zakończyć życie zdrajcy. Łucznik siedząc w sali biesiadnej zastanawiał się czemu tego nie zrobił. Czy zabicie przywódcy zakończyłoby bunt? Nie... Gdyby padł pierwszy strzał ze strony twierdzy Evron zostałby uznany za męczennika, a podążające za nim krasnoludy chciałyby pomścić przywódcę. Wybuchłaby krwawa jatka... Krew całego klanu byłaby na rękach Eleasa. Nie tak dochodzi się sprawiedliwości... Łowca mógł tylko być obserwatorem wydarzeń. Gdyby tylko Miastowy poważył się podnieść rękę na Meyera to elf był gotów do interwencji. Choć padły gniewne słowa, a zebrani nerwowo ściskali rękojeści swoich broni, nikt nie poważył się zaatakować drugiej strony. Podstępny Evron wypowiedział w końcu posłuszeństwo Meyerowi i przekonał wielu do wyprawy wojennej. Zdrajca zebrał swoich popleczników i wymaszerował z osady. Miastowy przekonał do siebie, patrząc pobieżnie parę setek bród. Eleas przyglądał się temu w ciszy, opuszczając łuk. Okazja minęła bezpowrotnie... Za plecami elfa rozgrywał się inny dramat. Stary schorowany mehr doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej niemocy i podziałów w klanie, wynikających z braku decyzyjności. Starzec ufał, że jego syn będzie wspaniałym mehrem, ale póki sam żyje jego syn nie chcę odbierać mu władzy. Orelssonn podsumował swoje życie jako długie i dostatnie, które wiódł zgodnie z boskimi przykazami. Omer stwierdził, że zbyt długo już tuła się po tym świecie i z utęsknieniem czeka na dzień, gdy bogowie wezwą go na wielką ucztę w kamiennych salach. Starzec słabym głosem poprosił ich, by ukrócili jego męki i dali szanse jego synom się wykazać. Eleas mimo, że skupiony na wydarzeniach na zewnątrz, był wstrząśnięty wyznaniem mehra, do tego stopnia, że ręką mu przez chwilę zadrżała tak, że nie byłby wstanie oddać strzału. Jak wielki ból i zgryzotę cierpiał starszy krasnolud, że aż prosił o zakończenie swego losu... To było wstrząsające, ale z całej trójki najmocniej odczuł to Anhelm, który po części czuł się krasnoludem. Półelf zalał się łzami i chciał odwieść mehra od tego pomysłu. Stary krasnolud był przekonany, że to jedyny sposób na ratunek dla jego klanu. Rozdarty zbrojny przystał, w końcu na prośbę Omera. Anhelm drzącym głosem przypomniał zasługi wiekowego przywódcy, a następnie intonując pieśń do krasnoludzkich bogów zadusił starca poduszką. W pokoju nastała cisza, jedyne głosy dochodziły do nich z dołu od skłóconego tłumu. Cała trójka trwała w bezruchu i ciszy przygnieciona ciężarem chwili i tego co się wydarzyło... Trwali tak, aż zdrajca odszedł z poplecznikami, a Avner padł w biegiem do pokoju. Syn mehra natychmiast pojął co się stało i zalał się łzami padając na kolana przy łożu ojca. Krasnolud w bólu wyznał, że starzec wiele razy prosił go, by ukrócił jego męki, ale on sam nie miał na to sił, by zrobić to osobiście... Avner przepełniony żałobą nie winił ich za ten czyn, ale zaklął ich by nigdy nie wyjawiali co się wydarzyło w pokoju. Nie znajdując właściwych słów przytaknęli głowami w ciszy i odeszli zostawiając lamentującego syna przy ciele ojca. Po dzień dzisiejszy wygnańcy nie rozmawiali nawet między sobą o tym co stało się na piętrze krasnoludzkiej twierdzy...
Po buncie Evrona i śmierci Omera wydarzenia zaczęły toczyć się z niezwykłą szybkością. Ciężko było orzec, ile dusz zabrał ze sobą miastowy, nie którzy mówili o dwóch setkach, a inni wieścili o pięciu. Świadkowie twierdzili, że buntownicy zabrali ze sobą bestię, która trzymał w klatce zdradziecki krasnolud. Wśród mieszkańców osady krążyły najróżniejsze niesprawdzone plotki na ten temat. Trójka wygnańców zdawała sobie sprawę, że Mędrzec z Gór może wykorzystać potwora w jakimś mrocznym rytuale. Tą zdradziecką dwójkę trzeba z pewnością powstrzymać... Piastun Hevel szybko dochodził do siebie pod czułym okiem siostry. Niezwykłe szybkie dojście do siebie Pojednawcy, po tym jak wczoraj był umierający, zamykały usta niedowiarkom podającym w wątpliwość podtruwanie jego osoby przez Mędrca z Gór. Krasnoludzki duchowny odzyskiwał tak szybko siły, że mógł co prawda z pomocą poprowadzić ceremonie pogrzebową Omera. Piastun pięknymi słowami podsumował życie i dokonania mehra, a krasnoludy, które pozostały w wiosce zalały się łzami opłakując ukochanego przywódcę. Eleas uronił nawet łzy za szlachetnym krasnoludem, którego znał tylko przez chwilę. Czarą goryczy przelały słowa Hevela, że serce mehra niewytrzymało, gdy usłyszał, że jego ukochany klan się podzielił... Znającego prawdę elfa te słowa mocno ubodły. To była trudna decyzja, jednak spełnili prośbę starego krasnoluda. Szlachetne ostanie poświęcenie Omera zdoła może w przyszłości przywrócić jedność klanu. Czas pokaże... Anhelm mocno przeżywał pogrzeb, a łowca był obok niego, by pokrzepić przyjaciela. Elf wiedział, że półelf tego potrzebuje zwłaszcza teraz. Decyzja o skróceniu mąk Omera, należała w końcu do zbrojnego... Hevel w mocnych słowach obnażył intrygę Evrona i Mędrca z Gór, a także oczyścił trójkę wędrowców ze wszystkich zarzutów. Wygnańcy zostali nawet uznani za przyjaciół klanu... Po raz pierwszy od dawna Eleas czuł, że dokonali czegoś słusznego... Po przemowie piastuna nie kto inny jak sam Meyer podłożył ogniem pod stosem pogrzebowym ojca. I choć niebo pozostało niewzruszone to wszyscy zebrani zajęli się szlochem. Następnie prochy mehra złożono z namaszczeniem w krasnoludzkiej świątyni. Po ceremonii piastun namaścił Meyera Omersonna na nowego mehra klanu szarych kapturów. Eleas obserwował z podziwem przemianę krasnoluda. Niepewny i niezdecydowany Meyerem w końcu po tragicznych wydarzeniach brzmiąc w kamiennych salach pewnie i zdecydowanie. Nowy mehr wezwał wszystkich lojalnych wojów Szarych Kapturów do pościgu za zdrajcami. Świeżo upieczony przywódca grzmiał z podwyższenia, że należy powstrzymać Evrona i Mędrca z Gór przed sprowokowaniem wojny z Erxen i zawrócić z błędnej drogi wszystkich zwiedzonych krasnoludów. Słowa Meyera zapowiadały nową erę wśród Szarych kapturów. Krasnoludy jak jeden mąż zaczęli składać przysięgę wierności mehrowi na swoich bogów i składając przed nim broń, poczynając od jego brata Avnera i samego piastuna. Po krasnoludach przyszła też kolej na wędrowców, którzy choć nie przysięgali na bogów to złożyli swoją broń i poprzysięgli dopomóc w rozprawie ze zdrajcami. Całą trójka miała w tym interes... Anhelm chciał pomścić krzywdy krasnoludów. Paweł szukał zemsty za śmierć ojca. Eleas nie chciał dopuścił do wojny na terenie Erxen. Najważniejsza jednak była księga magiczna będąca w rękach Mędrca z Gór, wiedza w niej zawarta miała im bardzo pomóc... Po wszystkim rozpoczęła się wielka uczta na pożegnanie starego mehra i powitanie nowego. Choć przytłoczeni tym co się stało we trójkę dołączyli do zabaw, wiedząc, że wpłynęli na los klanu Szarych Kapturów. Pozostał do rozstrzygnięcia ostatni rozdział tej historii. Po wszystkim półelf Anhelm podjął decyzję przyjęcia wiary w Førstsept i wyparcia się Astariona, za świadka biorąc Pawła. Mimo wszystko dziwne było, że ktoś z Erxen zdecydował się brać udział w akcie apostazji, a nawet być świadkiem. Paweł już niejednokrotnie pokazywał, swoją dziwną i dosyć mroczną stronę. Elf, mimo, że bardzo szanował Anhelma nie byłby wstanie brać udziału w tak bluźnierczym rytuale... Siedząc przy stoliku Eleas spoglądał niepokojem na sale kamiennej świątyni krasnoludów. Do czułych uszu elfa docierały bluźniercze słowa Anhelma, gdy wyparł się Astariona Mistrza i ostatecznie przyjął krasnoludzkich bogów. Stało się... Eleas chodź wiedział, że jego towarzysz tego potrzebował i pragnął, to ciężko było to zaakceptować... Łowca wciąż miał wątpliwości czy jego towarzysz słusznie robi... Z pewnością nie można wierzyć w dwa różne panteony... Łowca dopił wino z pucharu i wstał. Nieważne jakiego wyznania był jego towarzysz Eleas wciąż go wspierał. Ruszył w stronę wychodzącego Anhelma, by pogratulować mu nowej drogi w życiu, mając nadzieję, że jego decyzja przyniesie mu w końcu ulgę...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2024-08-21, 13:16, w całości zmieniany 1 raz
List spisany w języku kamiennym odnaleziony przez wygnańców w izbie, w której gościł Mędrzec z Gór.
Cytat:
Mój drogi bracie, dziękuję za list, sporo on wnosi światła w naszą sytuację, sporo daje nowej perspektywy. Dla prostaczka wydarzenia te byłby miałkie i nieistotne jak błoto, po którym stąpa swą gołą, zgangrenowaną stopą. Ale nie dla nas – ktoś musi nieść ten kaganek oświaty. Sprawy mają się dobrze, na tyle, na ile oczywiście mogą się mieć w tym regionie odciągniętym od świata, rozumu, postępu. Cieszę się, że interes działa prężnie, a zarobek możemy wykorzystać w szczytnym celu, by przywrócić prawowity bieg historii. Nie mogę teraz jeszcze nic powiedzieć, gdyż przyszłość kształtuje się na moich oczach. Wkrótce napiszę ponownie – i to ze szczegółami. Silna woda musi naprzeć na młyn, ale gdy ten się już rozrusza – nawet drobny strumyk będzie w stanie podtrzymać jego potęgę.
Twój L.
Częściowo spopielony dokument, napisany językiem kamiennym, odnaleziony przez wygnańców w izbie, w której gościł Mędrzec z Gór.
Cytat:
[…] Majątek mamy zabezpieczony, a ostatnie wydatki, choć uszczuplające, nie stanowią […] finansowej. Wierzę, że w Erxen czynisz dobrze, bracie, tak jak zawsze czyniłeś w Górach, a twój lojalny […] się jako ostre narzędzie w twoich […] tego, że sam z siebie jest narzędziem tępym. Ale nie takie rzeczy już osiągałeś! […] będziesz miał srebro na żołd i na tysiąc krasnoludów, a Ty stwórz nam zaplecze godne nowego rozdziału Gór Środka […] wreszcie zapanowała sprawiedliwość, przede wszystkim sprawiedliwość. Ar num Trun ir Karun!
[…]
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
25 Meris
Wsiedliśmy na łódź matki Anhelma, zostawiając za sobą Grodzice. To był właściwy moment, by opuścić to miejsce. Anhelm z Eleasem ukręcili kark Slobodanowi i wrzucili go do latryny. Nie tak powinni byli odebrać mu życie. Ktoś zacznie zadawać pytania, jak do tego doszło. A Radko nie ma wystarczająco mocnego umysłu, by poradzić sobie z niewygodnymi pytaniami. Prędzej czy później ktoś podąży naszym śladem.
Anhelm zabił Slobodana bez mojej zgody. Ja bym go utopił we własnych wymiocinach, aby wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek. W ten sposób mało kto by w to uwierzył.
Nasza łódź płynęła do wioski krasnoludów na Zachodzie, do Skroningen. Załogę stanowili krasnoludowie, którzy głównie zajmowali się wiosłowaniem. Warunki bywały ciężkie – płynęliśmy przez mgłę. Anhelm rozmawiał ze swoją krasnoludzką matką w jej języku. Jak później się okazało, wypytywał o krasnoluda ze swojej wizji. W jego snach krasnolud był wychudły, niski, ubrany w poszarpane szaty. Miał ciemne włosy, gęste brwi i bliznę na lewym policzku oraz oku. Elfy prowadziły go przez las, a on zmierzał do wioski, do której my również się kierowaliśmy. W ręku dzierżył jedynie sztylet. W wizji Anhelma napadał na chłopów, a nawet zabił jednego z nich. Anhelm widział także drugiego krasnoluda, przesiąkniętego magią. Był jakby łącznikiem między światem a magicznym źródłem – posiadał trzecie oko.
Anhelm poprosił nas, byśmy nie mówili innym krasnoludom o naszej obecności i celu podróży.
Naszym celem była Skroningen – krasnoludzka osada. Rządził tam Omer „Kaptur” Orelssonn, zwany też Ospałym, bo powoli sprawował władzę. Był ojcem Meyera Omerssonna. Po pewnym czasie sami zaczęliśmy wiosłować. Eleas przejął prowadzenie, a reszta krasnoludów odpoczywała. Wraz z Eleasem kierowaliśmy łodzią dobrze, mimo trudnych warunków. Później udało nam się zdrzemnąć.
Wieczorem, w oddali, zobaczyliśmy światełka Skroningen. Płynęliśmy do bocznej przystani, poza główną częścią wioski. To było to samo miejsce, które Anhelm widział w swojej wizji – wioska położona na północno-zachodnim zboczu góry, z drogą rzeczną od południa. U góry, niczym strażnik, wznosiła się warownia.
Dotarliśmy do portu. Hilda kazała dziewczętom z załogi pilnować łodzi. Anhelm wręczył jednej z nich, najładniejszej i najchudszej krasnoludce, Tofie, stanik. Dał też sztukę złota matce i Tofie jako zapłatę. Hilda miała nocować u swego brata Hevela, który mieszkał w pobliżu warowni. Dałem Hildzie dwa litry wina, a potem polałem im trochę okowity.
Anhelm chciał przeszukać okolice ze swojej wizji, dlatego ustaliliśmy fałszywe imiona. Anhelm został Olegiem, Eleas przybrał imię Cel lub Skygge, a ja stałem się Konkordiuszem. Poczęstowałem załogę wódką – smakowała im. Ruszyliśmy do wioski, gdzie spotkaliśmy więcej krasnoludów, odpoczywających i bawiących się w czasie deszczu.
Deszcz padał nieprzerwanie. Anhelm wziął mnie pod rękę bo nic nie widziałem w ciemnościach. Pochodnie wokół nie dawały wystarczającego światła. Mieliśmy wrażenie, że ktoś nas obserwuje z mroku, zza jednego z budynków. Anhelm podszedł do tego krasnoluda. Krasnolud żądał wyjaśnień, dlaczego tu łazimy. Anhelm dla przekory, uderzył go w twarz.
Dotarliśmy w końcu do miejsca z wizji. Ziemia była tam pełna wykopanych dołów, które postanowiliśmy zbadać. Anhelm wlazł do jednej z jam, podczas gdy Eleas odnalazł jakieś ślady. Ja wybrałem się w kierunku domu brata Hildy. Wróciłem z latarnią, podczas gdy reszta podążyła za śladami. Oni szukali kopaczy po śladach.
Anhelm i Eleas natknęli się na trzy postacie, które zaczęły iść coraz szybciej. Gdy krasnoludy zorientowały się, że są śledzone, ruszyły sprintem. Eleas i Anhelm stracili ich z oczu, a później spotkali mnie. Anhelm wspiął się na dach jednego z domów, co zdenerwowało właściciela, ale uspokoił go, dając pół obola.
Wróciliśmy do domu Hevela, piastuna – łysy, długobrody krasnolud powitał nas, a ja, na powitanie, zażartowałem, mówiąc mu po krasnoludzku „Pocałuj mnie w dupę”, bo tak nauczył mnie Anhelm. Hevel znał charakter Anhelma i zrozumiał, że to tylko żart. Chata miała kilka izb, miejsce na pergaminy i zwoje. Była tam też Tofa i jej córka Hildi Ajdis.
Anhelm wyjaśnił mi znaczenie niektórych krasnoludzkich słów, a Hevel opowiedział nam o okolicy.
26 Meris
Z poranka wybudziła nas ulewa. Krople deszczu waliły w dach, a grzmoty dudniły w oddali, jakby zwiastowały nadchodzącą burzę – nie tylko tę pogodową, ale i polityczną. Zapytałem piastuna Hevela o targowisko, które miało się odbyć tego dnia w osadzie, a także o możliwość spotkania szemranych handlarzy, którzy mogli kryć niejedną tajemnicę. Anhelm w międzyczasie wypytywał o krasnoluda ze swojej wizji – piastuna zwanego Mędrcem z Gór, który zdawał się mieć moc powiązaną z magią. Rozmawialiśmy też o dziurach w ziemi, które wciąż nie dawały nam spokoju. Po śniadaniu, na które podałem kiełbasę skradzioną z spiżarni z Grodzic. Ruszyliśmy na targowisko. Na targowisku można było znaleźć wszystko. Najemnicy zjeżdżali się.
Targowisko kipiało życiem – wszędzie były stoiska z bronią, biżuterią, i rozmaitymi towarami. Zakupiliśmy zapas sprzętu i bełtów.
Handlarze plotkowali o nadchodzących wojnach, a my zaopatrywaliśmy się w zapasy, szykując się na każdy możliwy scenariusz. Kupiłem amulet u alchemika Yoran z Gwynn, który podobno miał wspomagać uwodzenie – kto wie, kiedy może się przydać taka sztuczka.
Eleas rozmawiał z Mędrcem z Gór o magii a dokładniej o swojej magicznej przypadłości.
Na targowisku spotkaliśmy Evrona "Miastowego", krasnoluda w zbroi, który sporo zwiedził w świecie. Rozmawialiśmy z nim o polityce, a także o bestii, którą trzymał w klatce – mirkryda, dzika bestia, przypominająca wilkołaka, i nienawidząca światła. Poszliśmy wszyscy zobaczyć stwora. Stworzenie patrzyło na nas z grozą, waląc o pręty swojej klatki. Próbowałem mówić do bestii w różnych językach, lecz kiedy użyłem języka drowów, krasnoludy wokół nas spoglądały na mnie z niezadowoleniem. Bestia jednak nie zrozumiała moich słów – a może po prostu nie chciała ich zrozumieć.
Pożegnaliśmy krasnoluda. Eleas i Anhelm dopytywali mnie o języki w jakich mówiłem.
Wróciliśmy do piastuna, gdzie spotkaliśmy Meyera, syna Omera. Na miejscu wybuchła kłótnia o wojnę i złoto. Evron próbował wzniecić zamęt, a Meyer uspokajał tłum. W międzyczasie Piastun szeptał Anhelmowi o starym i schorowanym erilarze. Anhelm pytał czy nie opłaca się wejść w spór. Evron zdaniem piastuna chce nas skłócić. Czułem, że toczy się tu gra, której zasad jeszcze nie znamy, ale której jesteśmy częścią.
Wspomnieliśmy o kopaniu dziur.
Nagle Anhelm doznał wizji – chaos, błoto, Hilda płacząca z rozpaczy, jakby doszło do wielkiej tragedii. Anhelm i Eleas martwili się, że ktoś nas obserwuje. Kiedy ruszyliśmy w stronę mostu, ja szedłem z przodu. Anhelm i Eleas spostrzegliśmy krasnoluda, którego Anhelm rozpoznał z wizji. Podeszliśmy do niego.
Przywitałem go. Krasnolud olał nas, mówił, że ma robotę. Nie chciał pić.
Miał torbę i saperkę. Coś stukało o coś w środku. Anhelm spytał go czy zabił wilka a przed innymi wilkami uciekał. Zapytał czy od kowaczewicza jesteś? Jego imię to Borko.
Poszedłem przodem dalej.
Szedłem wzdłuż zbocza obok były spady. Szedłem w kierunku dołów. Na miejscu był tam krasnolud w płaszczu plecami do mnie.
Czaili się też inne krasnoludy, których nie zauważyłem. Wyszli z włóczniami i zagrodzili mi drogę. Podeszłem do głównego. Coś zagadałem o piastunie, mówiąc jego imię aby przynajmniej to zrozumieli. Mówili tylko po krasnoludzku. Podałem wódę aby każdy się napił. Skosztowali. Atmosfera trochę złagodniała.
Przybyła reszta.
Piastun gdy podszedł spytał przywódce Aharon "Szum Stali" Eviatarssonn co robi. Był to brat Evrona. Krasnoludy uznały mnie początkowo za kopacza. Twierdzili, że szukają kopaczy. Niewiele zrozumiałem z ich kłótni. Ale wydawało się, że coś kręcą.
Borko który dotarł też wskazał Evrona jako tego, który go wynajął. Ale niby do zakopywania dołów. Tak przynajmniej twierdził Evron.
Zaczęliśmy się rozglądać. Anhelm z Eleasem. Ja z piastunem.
U góry bliżej szczytu odkryliśmy kopiące krasnoludy. Zebraliśmy się wszyscy tam.
Zaczeliśmy je wypytywać. To byli wynajęci przez Aharona. Zrobiła się wielka kłótnia. Szczególnie Anhelm się kłócił z Aharonem. Piastun próbował uspokajać. Anhelm rzucił sięć na Aharona. Anhelm bronił piastuna, chciał poderżnąć gardło Aharonowi. Piastun starał się przemówić do rozsądku krasnoludom, aby zaprzestali. Część wymiękła oprócz głównej eskapady Aharona. Aharon przeciął siatkę i ranił Piastuna dotkliwie. Niektóre krasnoludy przeraził atak na piastuna. A potem nas oskarżył o tą zbrodnie. Tym razem wyjątkowo to nie my.
Eleas ukryty w lesie zabił kusznika i włócznika. Krasnoludy zaatakowały Anhelma. Ja starałem się jak mogłem ale na ciężką zbroje Aharona jedynie skuteczne mogło, być rzucanie czarów choć i tak mało efektywne. Eleas i Anhelm atakowali Aharona. Eleas powalił Aharona celnym strzałem.
Jeden krasnolud spierdolił. Dostał bełta w plecy.
Krasnoludy pobiegły po pomoc. My uratowaliśmy Hevela. Kryształem mocy. Gdybyśmy go nie znaleźli kiedyś w jaskinii to piastun by nie przeżył.
Wstrzymaliśmy ledwie krwawienie. Rana była naprawdę poważna jak i stan samego Hevela.
Anhelm też był dość ranny. Ta walka mogła się skończyć zupełnie inaczej. Moją głowę, przeszła myśl, że pewnego dnia brawura Anhelma go zabije, ja stracę przyjaciela i niewiele będę mógł z tym zrobić. Nie potrafię przywracać zmarłych do życia. Coś będę musiał z tym zrobić na wypadek gdy Anhelm zmarł.
Zająłem się z Anhelmem grabieniem dobytku. Miałem ochotę uciąć głowę Aharona jako torfeum ale się wstrzymałem dla dobra Anhelma aby nie miał problemów w osadzie. Krasnoludy mogły by to źle przyjąć.
Deszcz lał nieprzerwanie, nie pomagało to w opiece. Każdy wydawał się uwięziony w swoich myślach. W końcu pojawiła się pomoc wraz z Hildą. Hilda, jakby złamana przez ciężar nieszczęść, zaszlochała gwałtownie. Padła do swego brata, a jej krzyk rozdarł powietrze.
— Szybciej, szybciej! Ratujcie go! — wołała.
Przybyły z nią trzy krasnotki. Kilku nieznanych krasnoludów także kręciło się w pobliżu, wszyscy pełni obawy. Był tam również Joran z Grynn, zaczął wypytywać co się stało. Spytał o oręż a potem zajął się opatrywaniem ran.
Podeszliśmy do kusznika, który przestał strzelać, jakby w zamyśleniu. Anhelm, wypytywał o wszystko o tych wydarzeniach, jakby chciał wyrwać z niego prawdę ukrytą w milczeniu. Później Anhelm wypytywał Borka Krwawego, o wizje i magie. Inni krasnoludowie — Arnulf, Vincent, Marlan — pozostawali w pobliżu, gotowi do działania.
Ruszyliśmy w drogę, zabrawszy ciała poległych. Eleas, dostrzegł fale błota z boku. Wszystko porywała na swej drodzę. Wszystkich to przeraziło. Zrozumieliśmy po co były robione te doły.
Myśleliśmy, by ruszać dalej. Hilda, wysłała nas na dół — rzekła, że nasze długie nogi szybciej zaprowadzą nas do celu. Kolejne fale błota rozdzierały ziemię, a w nich płynął krasnolud, którego twarz była mi nieznana. Drzewa stopniowo rozszerzały się, aż w końcu dotarliśmy pod wioskę. Cała osada była zniszczona, a z ruin zbliżały się do nas światła.
— Ratujcie nas! — krzyczano.
Zaczeliśmy pomagać aby uratować jak najwięcej osób.
Z Eleasem pomagaliśmy odkopywać.
Cztery świece później odkopaliśmy Ivo.
Zjawił się Everon ze świtą. Głosił, swoje prawdy na temat tragedii. Zdenerwował Anhelma. Pewnie by i nas wkurzył gdybyśmy tylko go rozumieli.
Anhelm, przepełniony gniewem, zagadnął Everona, zarzucając mu zdradę i oskarżając o knucie intryg. Ich kłótnia wzbierała na sile, a iskry złości przeskakiwały z jednego na drugiego, jakby lada moment miało dojść do walki. Zacisnąłem dłoń na sakiewce. Byłem gotów ich wysadzić wszystkich jeśli sytuacja nas do tego zmusi a następnie uciec do rzeki i popłynąć z prądem. Wybuch by zapewne tylko zranił krasnoludy, jeden kryształ to za mało. Anhelm nie byłby z tego zadowolony.
Po jakimś czasie pojawił się Meyer, a wraz z nim Piastun — Mędrzec z gór. Anhelm wyjaśniał swą rację, lecz to Meyer, ze swym spokojem, uspokajał tłum. Meyer postanowił nas zamknąć w więzieniu do wyjaśnienia.W więzieniu, w wilgoci, czekaliśmy. Anhelm, bez jednego palca, snuł przedziwne wizje. O tym, że krasnoludy zwaliły na nas winę za całą katastrofę. Słyszał, jak wokół murów więzienia szepczą o linczu.
Mi cela jakoś przypomniała mój dom. Nie musiałem spać w celach. Ale nieraz do nich wchodziłem posprzątać jak ktoś nie przeżył badań.
Czas mijał w celi na szukaniu rozwiązań. Wysłaliśmy wiadomość przez jednego z strażników.
Noc nie była łaskawa. Ktoś w końcu przyszedł do nas. Był to Avner Orkowa Zbroja Omerson, pojawił się jako zwiastun nadziei. Wydostaliśmy się i zaprowadzono nas do bezpiecznego miejsca, do komnaty Mędrca z Gór. Leczyliśmy Hevela, bo został specjalnie niepoprawnie opatrzony aby powolnie go wykończyć. Maść, która na nim się znajdowała, tak naprawdę była trucizną. W międzyczasie Anhelm przeszukiwał komnate, znajdując przedmioty, które mogły nam pomóc. Ja także zbierałem, co było potrzebne — a wśród rzeczy znalazłem księgę, starą i zakurzoną. Szabrowaliśmy ile się dało.
Księga spisana staroelfickim, plugawe rytuały Strażnika, piórem Dálacha Laocha Buía spisane. Plus opisy jakiegoś rytuału. W środku znajdowały się rytuały, niepokojące opisy. Fajny w dotyku papier i ciekawy zapach. W pewnym momencie Anhelm, w przypływie szału, stłukł lustro.
Avner zabrał nas do swego ojca, który miał zapewnić nam bezpieczeństwo. Mer, wyznaczony na ten burzliwy czas, w końcu poprosił Anhelma o samobójstwo. Był stary i schorowany. Wiedział, że nie może rządzić już. I chciał zakończyć swoją agonię, najlepiej ręką obcych aby jego synowi byli wolni od jego cierpienia. Anhelm się nie wahał. Pomógł jak zawsze. Udusił go poduszką. Anhelm nie ma gracji w odbieraniu, życia. Eleas i Anhelm to mocno przeżyli. Śmierć innych nie przychodzi im łatwo.
Gdy Avner ponownie przyszedł, wiedział co się stało. Sam był o to proszony. Prosił aby nikt o tym nigdy nie mówił.
Kolejne dni Merisa
Szare kaptury krasnoludy opuściły klan. Co czwarty z nich odszedł, wieszcząc nadciągające nieszczęście. Evron zabrał także ze sobą bestie. Pewnie.
Anhelm powrócił do Hildy, a Hevel, powoli wracał do zdrowia.
Następnego dnia ruszyliśmy na miasto, gdzie pogrzeb Mera. Hevel obiecał, że odprawi ceremonię mimo, że potrzebował jeszcze pomocy. Piastun wygłosić przemówienie na temat ostatnich wydarzeń i zdrady Mędrca z gór. Pogrzeb odbył się, jak obyczaj nakazywał. Zgromadzony lud oddał cześć zmarłemu, a płomienie ogarniały urnę, symbolizujące koniec jednego życia i początek nowej podróży wśród gwiazd.
Meyer, nowy Mer, został namaszczony olejkami i przejął obowiązki swego poprzednika. Krasnoludy wiwatowały, a tłum huczał wznosząc ku niemu hołdy.
My też złożyliśmy mu hołd.
Potem była uczta i tańce. Bawiłem się wraz z resztą. Wsłuchiwałem w głosy krasnoludów. Anhelm niestety nic nie zaliczył. Ja też ale dlatego, że nie potrafiłem wykazać się erudycją. Miałem ochotę wyjebać komuś w mordę i zrobić burdę ale nie wypadało, ze względu na Anhelma. Ta wioska to nie moje miejsce. Za mało można tu robić.
Moje myśli często odpływają tutaj w przyszłość zamiast skupić się na teraz.
Ojciec pewnie nie żyje. Ale uwierzę gdy naprawdę zobaczę jego ciało. Coś cennego na pewno musiało tam zostać. Nasi przeciwnicy są dużo silniejsi. Nie pokonamy ich wprost. Możemy zyskać przewagę jedynie alchemią albo magią. Na jedno nas nie stać a w drugim jestem jeszcze zbyt słaby.
Anhelm ostatecznie wyparł się Asteriona i przyjął wiarę w Forsept. Obserwowałem te obrzędy. Nie mam zdania na ten temat. Wiara nie jest moją mocną stroną. Przy naszej liście zbrodni to nam nie zaszkodzi.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum