Wysłany: 2022-08-10, 18:22 Powrót do korzeni - akt I
Powrót do korzeni - akt I
Kroniki Erestora, Konkordii i Štěpána
Dragomir Czarnuszka wrócił do miasta 6 dnia merris. Jego wyprawa nie wygląda jednak tak, jak sam sobie zaplanował, a zamiast tego ziściły się niektóre obawy Erestora. Dragomir został wzięty w jasyr przez niedobitki z bandy Sinogębego, w tym samego herszta. Uratowany został przez niejakiego elfa Eleasa, elflina Anhelma i elfkę Sheę, którzy rozprawili się z bandytami i odeskortowali zakonnika do Vukovych Jam. Tam jego wybawcy popadli w konflikt z lokalną szlachtą, ale Dragomir nie znał już szczegółów. Zamiast tego ruszył już w drogę powrotną do Hristogradu, choć, jak sam wspominał, korciło go, by udać się na północ w celu spotkania z pewnym dawnym znajomym. Typowy Dragomir! Zawsze szedł swoimi ścieżkami.
Dragomir od momentu powrotu do miasta pracował wraz z Erestorem w szpitalu, zebrawszy najpierw solidną i w sumie uzasadnioną burę od przełożonego, Aodhána. W szpitalu zostało mu polecone wykonywanie mniej chwalebnych obowiązków, choć, jak sam Dragomir stwierdził, w służbie Asteriona nie ma czegoś takiego, jak niechlubne obowiązki.
A tych obowiązków było wiele. Erestor przybył do miasta pierwszego dnia merris, gdzie od razu wznowił swoją pracę w miejskim szpitalu. Atmosfera była jednak napięta, i trwała tak jeszcze nim wyruszył na misję z Zakonem Wiecznej Walki. Teraz jednak widział różnicę, widział coraz bardziej napiętą sytuację, coraz bardziej wraże spojrzenia mieszkańców, coraz głośniejsze deklaracje, coraz śmielsze podżegania. A w końcu, w nocy z trzeciego na czwartego merris, ta beczka prochu podłożona pod miasto wybuchła.
Ludzie i elfy, kiedyś sąsiedzi i przyjaciele, teraz wrogowie, wyszli ze swych domów i starli się ze sobą, przelewając krew. Wielkie rody trzepotały swymi proporcami, przyćmiewając niebo. Gdzie flagi nie dały rady, tam gęsty dym płomieni pomagał, aż całe miasto skąpało się w cieniu. A wśród tych wielkich proporców były też te mniejsze, skąpe, ubogie, z drobniejszych rodów, ale równie bitnych, chcących udowodnić swoją lojalność.
Bo to właśnie o lojalność chodziło. Nie były to zamieszki zainicjowane przez pospólstwo. Te wyjątkowo chowało się po domach, licząc, że miecze i włócznie możnych ich nie sięgną, a konie nie stratują. Powodem była niezgoda bojarów na to, kto nowym duksem został. Południem rządzili Zlatnosŭrtscy, a władcą chory zapadnej został ktoś z Nosyjevićów. To się nie godziło, nawet jeśli sam Patriarcha tak zadecydował.
Erestor mógł zrozumieć logikę myślenia Zlatnosŭrtskich, Zamlinškich, Varielli, Havlików i innych wielkich rodów im sprzyjających, ale nie musiał się z nią zgadzać. Na szczęście on, jak i cały zakon, w takich sporach między szlachcicami musi zachować neutralność.
Przez następne dni praktycznie nie wychodził ze szpitala, w obawie o własne życie – nie mógł polegać na immunitecie swej mniszej szaty, gdy w mieście panował gorejący ferwor walki. Skupiał się na rannych – a tych z dnia na dzień przybywało. Przede wszystkich zwolenników Nosyjevićów.
Poważne walki skończyły się jakoś dziewiątego lub dziesiątego dnia merris. Ale nie oznaczało to, że Erestor mógł sobie odpocząć. Minie jeszcze tydzień, nim sfatygowane dłonie zamiast bandaży i nici będą mogły trzymać książkę, a czas wolny wykorzystany zostanie inaczej, niż na sen.
Dzień był pogodny, choć nad Konkordią od paru dni wisiały gęste, czarne chmury. Zaledwie parę dni temu odbyła parę poważnych rozmów z panem Šumskiej Doliny Lolarailem Variellem, a także z wioskowym prezbiterem, elfem Mellanem. I to właśnie z nim wyruszyła na południe. Nie ruszyli jednak odosobnieni.
Sytuacja była... skomplikowana. Drużyna, do której przez ostatnie tygodnie przynależała, i której de facto była przywódcą, dokonała niewybaczalnych zbrodni. Tego nie dało się zaprzeczyć. Dokładniej chodziło tutaj o cztery osoby: elfa Eleasa Empuse'a, elflina Anhelma Padělka, człowieka zwanego Pawłem oraz elfkę Sheę Kokoryczkę. To oni, w mniejszym lub większym stopniu wyrządzili zło, za które miała być odpowiedzialna Konkordia.
Shea Kokoryczka - chłopka, którą na własność wykupił szlachcic Ivan Kovačević, i która od niego uciekła. Ją czeka najbardziej litościwa kara, jako że przewinienie było najmniejszej wagi wśród tej czwórki. Co nie oznacza, że kara ta miałaby mieć wymiar drobny i nieistotny. Nawet mimo oskarżeń, że jej nowy pan miałby ją traktować niegodnie, jej los pozostaje niepewny.
Eleas Empuse - oskarżony o zamordowanie ludzi Ivana Kovačevića i uprowadzenie Shei, do czego sam się przyznał. Tutaj nikt rozsądny nie przewidywałby taryfy ulgowej. Sznur to jedyne rozsądne rozwiązanie, chociaż nikt nie wierzy w to, że elf ten, wielokrotny maruder, podda się bez walki.
Podobny, a nawet gorszy los ma czekać Anhelma i Pawła. Z zimną krwią zamordowali zakonników Zakonu Wiecznej Walki i zmasakrowali ich ciała - światłych rycerzy i akolitów, którzy służą w imieniu jedynego Asteriona Mistrza. Czyn ten zasługuje na szczególne potępienie przez ludzi, elfów i boga, a żadne słowa w żadnym języku nie są w stanie opisać horror, jaki wprowadzili w pobożnej chorze zapadnej.
Nie należy zapomnieć też o pozostałych chłopach ze Szumskiej Doliny - drwala Heddwyna oraz jego byłą narzeczoną, Elvę. Przy nich Konkordia mogła mieć myśli przesiąknięte nadzieją, acz kto wie, jaki końcowy los ich czeka, gdy znajdą się w objęciach zakonu?
Te wszystkie wydarzenia rzucają cień infamii na pozostałych, teoretycznie niewspółwinnych członków drużyny. Igor syn Igora, Valentin Siwy oraz Anna, córka Kristiny - te trzy osoby trzymały się na uboczu, poza zasięgiem reakcji i świadomości, gdy dokonywany miał być mord na pobożnych elfach i ludziach, żołnierzach i zakonnikach. Tak samo było ze Štěpánem Adamčkiem, który opuścił drużynę już po mordzie na żołnierzach, a jeszcze przed mordem na zakonnikach, nie będąc świadomym żadnego z tych czynów. Wykonywał tylko swoją pracę i wykonywał ją dobrze, za co został wynagrodzony. Nagroda była hojna, jak i ryzyko z nią związane, a za zarobione pieniądze mógł pozwolić sobie na to, na co zawsze brakowało mu środków - na wykupienie ziemi na własność, by jego ród mógł w końcu utracić niechlubny tytuł "szlachty gołoty". Ale i on, mimo że oddalił się od całego zamieszania, zrządzeniem losu znów miał spotkać się z dawnymi znajomymi i przeszłością ich czynów.
Mijali styraną wojną krainę. Widzieli wojska Południa zgrupowane w Dmitrovej Volji, widzieli pobojowisko pod wsią Pcelesko.
W takim też towarzystwie dotarli do Hristogradu, a miasto to zmieniło się od ostatniej wizyty. Zmilitaryzowane, postawione na baczność, z obecnym wojskiem i zapachem żelaza unoszącym się jeszcze w powietrzu. Miasto powoli wracało do życia, ale powrót ten był niepewny i kruchy.
Kamienica maga Máela Sechlainna zawsze wywoływała w Štěpánie uczucie niepokoju, ilekroć jej nie odwiedzał. A odwiedzał ją wielokrotnie, jako że czarodziej był jego stałym zleceniodawcą. Dokładnie mówiąc, sama kamienica dziwna nie była, wręcz przeciwnie - solidna, kamienna, wielopiętrowa i stojąca niedaleko głównego rynku była miejscem dla osób, które swoją pozycję w społeczeństwie mają już wyrobioną.
Samo mieszkanie czarodzieja było miejscem niecodziennym, może nawet nienaturalnym, mimo że Štěpán wiele już niecodzienności w swoim życiu doświadczył, wliczając w to niedawną wizytę w zatopionym grobowcu umarłego króla.
A mieszkanie to było wręcz… oniryczne. I wyglądało na mieszkanie tylko z zewnątrz, natomiast w środku zawierało mało cech typowych dla zwykłego mieszkania. Pełne było półek, szafek, półotwartych skrzyń i pudeł, które wypełnione były licznymi fiolkami, menzurkami, słojami i butlami, pełne formaliny, płynów, tkanek, kości, pazurów, narządów wewnętrznych - wszystko to należące do istot, które nie wyglądały na coś, co można było spotkać w najgęstszym lesie. Pod sufitem uwieszone zostały egzotyczne rośliny, których większość z nich Štěpán widział na oczy po raz pierwszy, które mimo zasuszenia wciąż zachowywały swoje barwy - od silnego karminu, przez turkusowy, na czarnym jak sadza kończąc.
W osobnym kącie rozłożone na stole były jakieś kamienie o wielkiej wartości, nie odbiegając swoją paletą barw od wiszących nad nimi roślin. Przy kamieniach znajdowały się też kryształy - te mógł kojarzyć najlepiej, jako że sam otrzymał swego czasu dwa drogocenne egzemplarze w prezencie. I wiedzę, do czego te kamienie służą.
W innym kącie rozłożona została potężna aparatura alchemiczna, przy której aparatura Konkordii Havlikovej wyglądała jak zabawka dla dzieci. Obok niej znajdowały się też inne sprzęty o nieznanym przeznaczeniu - Máel wspominał kiedyś, że te przybory służą mu przy pracach stricte magicznych, cokolwiek to mogło znaczyć.
W kolejnym kącie piętrzyły się zwoje pergaminu i kartki papieru, uporządkowane wyjątkowo schludnie jak na zamęt panujący w mieszkaniu. Mag w swoich pracach badał wiele zagadnień magicznych i regularnie prowadził korespondencję zarówno ze swoimi kontrahentami, jak i z uczelnią miejską, w której sam swego czasu pobierał nauki.
Štěpánowi do tej pory, mimo wielokrotnych wizyt nie udało się zlokalizować bardziej "domowych" elementów mieszkania, jak łóżko czy wychodek. Mag zapewniał jednak, że obiekty te istnieją i, co ważniejsze, są regularnie przez niego wykorzystywane.
Máel był szczupłym, wysokim elfem w średnim wieku. Swoje gęste blond włosy nosi spięte w kucyk, a brązowe oczy i gładka, zadbana twarz nadaje mu obraz elfa atrakcyjnego. Całość dopina schludny, lecz roboczy ubiór składający się z lnianego fartucha oraz skórzanej kamizelki i nogawic i błękitnej koszuli pod spodem, wystającej rękawami spoza kamizelki.
Usposobienie miał pogodne, tak że aż trudno było uwierzyć Štěpánowi w prawdziwe intencje tego elfa. W porównaniu do innych zleceniodawcy był szczodry ponad miarę i nie pragnął wyruchać go na każdym kroku. Prócz niego jedynym takim zleceniodawcą była też Konkordia... ale ta historia jeszcze nie dotarła do finału.
A teraz stał przed nim, witając go w wejściu.
- Witaj, Štěpánie! Zapraszam, uważaj tylko tutaj, o, na tę włócznię, co o ścianę oparta, byś jej nie dotykał czy mieczem nie strącił, rozumiesz. Jeszcze nie miałem czasu jej przebadać. No, tutaj kroczek… o, i witam u mnie. W czym mogę ci służyć, Štěpánie? Zdeponowałeś te pieniądze w banku, tak jak ci poleciłem?
Kolejny pracowity dzień.
Erestor podniósł się znad kobiety. Ludzka, w późnym wieku rozrodczym, przez ostatnie dwa dni miała problemy, by cokolwiek zakomunikować, by wydusić słowo. Była w długotrwałym szoku, gdy jej mąż zginął na jej oczach. Przypadkowo, po prostu potrącony przez galopującego konia, który strzaskał mu czaszkę. Sprawca został schwytany i osądzony, ale nie załagodzi to jej bólu.
Takich historii Erestor doznaje multum, każdego dnia. Co człowiek, elf czy krasnolud, to osobna historia, tragedia, płacz i wątpliwość w słuszność boską. Zwłaszcza po ostatnich zamieszkach rannych było sporo. Również wielu przypadkowych, którzy znaleźli się w złym miejscu, w złym czasie.
Lwia ich część została już uratowana, podleczona i puszczona do domu. Szpital nie był na tyle olbrzymi czy dofinansowany, by każdy mógł się w nim wylegiwać aż do ostatniego zagojonego strupka.
Podniósł się. Ujrzał, a przede wszystkim usłyszał Dragomira, zmierzającego ku niemu. Niósł nocnik, i nie był to nocnik pusty w swojej zawartości. Po ostatnich ekscesach Dragomira został on wyznaczony do nocnej zmiany, do czyszczenia, obmywania i sprzątania po rannych. Dragomir znosił to z dumą, zawsze szukając pozytywów w danej sytuacji. Jak wspominał, nawet będąc w jasyrze u krasnoludów rozmawiał sobie z nimi jak równy z równym. On podleczył ich rany po walkach, a ci darowali mu życie, trzymając go jedynie w dość luźnej uwięzi.
- Erestor! No co tam, pora kończyć! Odpocznij sobie, bracie, wieczór już przyszedł!
21 merris. Popołudnie. Miasto Hristograd.
Miasto powoli szykowało się do snu. Słońce zachodziło za Górami Zachodnimi, znanymi w Imperium jako Góry Środka Świata, kupcy zamykali swoje kramy, a ludność chowała się do domów. Całość była jednak daleka od porządku panującego w pszczelim ulu, a bliższa była do ula, w którym panowało bezkrólewie. Niepewny los, podwojona straż na każdym rogu, wyprowadzone na wojnę zapasy, zarekwirowane kogi, holki, barki i galery; domy i mieszkania pełne lokalnej i okolicznej ludności, a reszta powołana pod broń i zabrana na północ.
Coś jednak rozbudziło to wieczorne miasto - byli to nowi przybysze, wielce oczekiwani. I wielce przeklęci.
Liczny, zbrojny orszak wkroczył do miasta. Uzbrojeni, opancerzeni, konni. Prostaczkowie schowali się przed nimi, w obawie, że znów jakieś wojsko będzie bić, grabić i plądrować. Wszak mimo upływu czasu, wciąż byli świadomi panującej gdzieś tam wojny, która może w każdym momencie powrócić do miasta.
Na przedzie orszaku jechał konno dość otyły jegomość. Z ubioru – kapłan. Za nim prowadzony był wóz, w środku którego również znajdowały się jakieś osoby, których szczegółów dostrzec się nie dało. Za tym wozem były jeszcze dwa wozy, do przewożenia towaru. Jeden przykryty był ciemną płachtą i trudno było stwierdzić, co znajduje się pod nią. Na drugim siedziała trójka mężczyzn ze skrępowanymi członkami. Całość otaczała grupka konnych zbrojnych, a jeden z nich niósł flagę: w polu błękitnym podkowa na opak, złota, takimż okręgiem asteriońskim w środku.
Na spotkanie wyszli im inni zbrojni, noszący białe opończe z czarnym kręgiem asteriońskim w środku. Na ich czele szedł stary elf, z wysoko podniesioną głową i twarzą niewyrażającą żadnych emocji.
W końcu dwie grupy spotkały się na środku, na miejskim placu. A w międzyczasie zebrali wokół siebie wianuszek gapiów. W tym Erestora i Štěpána.
Po odmówieniu zdań i gestów, których wymaga się od osób wyższych sfer i obeznanych w etykiecie, przeszli do faktycznej rozmowy. Gruby elf na koniu to Mellan, kapłan z Šumskiej Doliny, natomiast stary elf to Aeron Vidrović, który przewodzi Zakonowi Wiecznej Walki w Zapadnie.
- Moje kondolencje, Aeronie – rzekł Mellan. – To wielka strata. Postaramy się, by sprawcy zostali pochwyceni i ukarani, a wszyscy ich współpracownicy należycie osądzeni.
- Dziękuję, Mellanie. – Za wsparcie twoje, Lolaraila Variella i mieszkańców Šumskiej Doliny. A więc to są ci winowajcy… - spojrzał na związanych mężczyzn. - Jutro staną przed sądem.
Mellan spojrzał po gapiach i rzekł głośno:
- Niech to będzie przestroga dla wszystkich, którzy sprzeciwiając się woli Asteriona zło czynią! Nieważne, jaki wasz występek, nieważne, gdzie i na kim popełniony, żelazna ręka sprawiedliwości was dopadnie!
Aeron pokiwał głową.
- Musicie być zmęczeni po podróży. Proszę, chodźcie do naszego domu zakonnego. Odpocznijcie. Omówimy wszystkie kwestie na spokojnie.
Po czym oba orszaki poruszyły się, skomasowały się w jeden i udały się w głąb miasta.
po parunastu długich dniach, powróciłam w końcu do Hristogradu. Jestem cała i zdrowa, lepiej też czuje się Klara, którą odwiedziłam po drodze. Udało mi się zdobyć jeden ze składników, o których Tobie opowiadałam. Aplikacja go, nawet bez udziału reszty, korzystnie, choć chwilowo, wpłynęła na Małą. Bardzo mocno utwierdza mnie to w przekonaniu, że moje założenia mają odzwierciedlenie w świecie i receptura na prawdę może odegrać kluczową rolę. Ah, gdybym dotarłą do tego te parę lat wcześniej... Mam też plany, w celu zdobycia kolejnych elementów układanki. Miejmy nadzieję, że tym razem zdążę.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziłam tak dużo czasu tak blisko natury. Nawet gdyby zebrać cały czas przy doglądaniu sprawunków Bohumira, nie byłoby tego aż tyle i aż tak intensywnie. W tych niespokojnych czasach wyściubienie nosa poza własne posiadłości, a przede wszystkim bliżej północnej granicy, to proszenie się o niemałe przeżycia. W gruncie rzeczy nawet nie trzeba zbliżać się do samej granicy - Vukove Jamy są w opłakanym stanie. Głowa staje się mocno niespokojna od świadomości zagrożenia czyhającego nie tylko na granicach chory, ale również w jej środku. Chaty zostaną odbudowane, lecz nikt nie będzie w stanie cofnąć zadanego cierpienia.
Jestem dumna z Ciebie, że stoisz na linii granicy chory wraz z armią mężów, dbacie by nasze domostwa i rodziny były całe i zdrowe. Dla tych, dla których słowo nie jest wystarczającym narzędziem, nie ma innej możliwości. Mój wiek już coraz bardziej ogranicza moje możliwości, by wspierać naszą rodzinę, jednak dalej staram się pomagać ile jestem w stanie. Po latach jak Was odchowałam, dalej staram się, byście mieli za sobą dom i całą rodzinę. Rodzina jest niezwykle ważna.
W swojej podróży poznałam wiele przeróżnych osób. Część z nich niestety nie ma takiego samego szczęścia jak my. Niektórzy byli całkowicie sami, bez nikogo, kto może ich wesprzeć, wskazać co jest słuszne, lub ganić jeśli byli w błędzie. Jedni sami zasłużyli sobie na swój los, drudzy otrzymali karę większą od przewiny. Wielu nie da się pomóc, bo pomocy nie chcą. Natomiast tym, którzy o nią proszą, gdy los pozostawił ich samych... nie mam serca odmówić, szczególnie gdy waży się ich życie. W przypadku Heddwyna z Szumskiej Doliny, byłam jedyną osobą, która chciała go uratować. Niemałym nakładem sił - udało mi się.
Niestety ten akt dobroci nie wszyscy zaakceptowali. Zamiast choćby słów uznania zostałam potraktowana jak zbrodniarka. Pojmana jak chłop, sądzona jak podrzędny rzezimieszek i wychłostana jak nieposłuszne zwierzę. Moi towarzysze wrzuceni do lochu domu bractwa Ordo Aeterni Beli jak szczury. Skandalem jest, że ci którzy chcą zabić trzymają się na piedestale, a ci którzy chcą ratować traktowani są jak zbiry. Skandalem jest, że tak traktuje się krew szlachecką. Skandalem jest, że tak została potraktowana nasza rodzina. Skandalem jest, że tak została potraktowana moja osoba.
Skandalem jest, że ta sama grupa ludzi, która przyczyniła się do rozpętania tej wojny, w stolicy naszej chory rozrzuca po kątach tych, którzy ją budują i chronią. Skandalem jest, że ta sama grupa ludzi uważa się za świętszych niż sam Asterion. Nie potrafią dopuścić do siebie myśli, że w ogóle mogą być w błędzie. Nie potrafią przyznać się do błędu. Nie dociera do nich, że byli w błędzie nawet z dowodami przed ich oczyma.
Od setek lat używają młotów i mieczy, wycinając wszystko, co zagraża Erxen. Dawne zagrożenia zanikły. Nowe zagrożenia są bardziej złożone. Nie rozumieją ich. Nie chcą ich zrozumieć. Idą i tną zgodnie doktryną, która ich zbudowała dawno temu. Szukają wrogów tam, gdzie ich nie ma. Traktują naszą rodzinę jak wrogów. To my musimy się tłumaczyć, że oni są w błędzie. Nie może tak być, Adamie. Nie po to wkładamy tyle energii, by budować nasz dom, by ktoś w nim nas tak traktował.
Nie jest to rzecz tak pilna jak utrzymanie linii frontu pod naporem. Nie mniej nie możemy dopuścić, by zostało to zbagatelizowane. Bronimy naszego miru z zewnątrz, bronić musimy również od wewnątrz. Gdy będziesz miał tylko sposobność odpowiednio odnieść się do opisanej przeze mnie sytuacji, proszę zrób, co jest w Twoich możliwościach, aby nie pozostawić płazem tego splunięcia na naszą rodzinę.
"Zadaniem inkwizytorów nie jest tylko likwidacja zagrożenia. My walczymy o duszę i zbawienie tych ludzi, którzy pobłądzili: heretyków, wiedźm, czarowników. Ich zabicie byłoby jedynie aktem zemsty oraz skądinąd rozsądnym, aktem ochrony bogobojnych obywateli. Natomiast ich nawrócenie jest nie tylko świadectwem Bożej Łaski, lecz również wzmocnieniem Królestwa Bożego, a osłabieniem domeny Szatana. "
Nastały niespokojne czasy w Erx. Przez ostatnie lata nie sądziłem, że znów będę przeżywał widmo wojny. Od ataku strażnika minęło już tyle lat. Do niedawna w naszym kraju królował pokój i dobrobyt. Z niepokojem obserwuje jednak obecną sytuację. Nie tak dawno temu zostałem poproszony o asystowanie Zakonowi Wiecznej Walki podczas pacyfikacji łupieżczej bandy krasnoludów Sinogębęgo. Bezbożne krasnoludy od zawsze stanowiły zagrożenie dla Erx. Wyznające bluźnierczą wiarę nie potrafiły się pogodzić się z ustanowionymi granicami i tylko czekały, by sięgnąć po broń. Choć nie mogę zaprzeczyć, że pośród nich zdarzają się jednostki rozsądne wolące zajmować się handlem i pokojową koegzystencją, niż rozdrapywać stare rany. Ba, nawet pośród krasnoludów znajdują się konwertyci na naszą świętą wiarę, choć są to nieliczne chlubne wyjątki. Jest, więc jeszcze nadzieja na zbawienia dla tej upartej rasy. Ich język jest prosty i zwięzły, jakże różny od melodyjnego Sidheriael’coill’nemor. Niezwykłe zagadnienie dla lingwistyka... Zdaje się, że mocno odbiegłem od tematu. Zakon Wielkiej Walki poprosił mnie o pomoc. Nie jestem wojownikiem i nigdy nim nie byłem. Jednak jako zaprzysiężony brat Evgenitów poznałem tajniki uzdrawiania, które nader potrzebne są po bitwach. Dzięki Asterionowi, że skierował mnie do pomocy wraz z bratem zakonnym Dragomirem Czarnuszką. Podczas walk z banitami dwóch braci bitewnych zostało ciężko rannych – Simeon i Ivan. Wobec Simeona mam dług wdzięczny zasłonił mnie własnym ciałem, gdy oszalały krasnolud rzucił się na mnie niepomny, że noszę szaty braci leczących. Dzięki szybkiej interwencji ocaliliśmy dzielnego wojownika wiary, choć niestety stracił ucho. Wielu rzekło, by że ratując życie memu wybawcy spłaciłem już ten dług... Nie wiem czy nasze ścieżki znów się spotkają, ale będę zawierzał tego dzielnego rycerza modlitwie do naszego pana i zbawcy Asteriona. Nie byłem światkiem gwałtu jakiego doświadczył brat Ivan, ale widziałem jak mocno rozchlastali mu szyję. Paskudny widok. Tylko dzięki darowi Asteriona zdołam ocalić zakonnika od śmierci. Tego dnia komtur Aeron prosił nas byśmy opatrzyli jeńca z bandy krasnoludów. Zrobiliśmy to rzecz jasna konwencjonalnymi metodami, ta bezbożna istota nie zasłużyła, by doświadczyć światła Asteriona. Dowiedziałem się również, że krasnoludy zrabowały jeden ze skarbów rodowych Zamińskich. Amulet podarowany protoplaście rodu Grigorowi przez Patriarchę na znak uznania jego wkładu w wojny z krasnoludami z 56-60 roku od zjednoczenia Erx. Według starych podań amulet posiadał magiczne właściwości i miał należeć do zasłużonych krasnoludzkich dowódców. Zaprawdę interesująca historia. Amulet jednak zaginął bez śladu. Ciekaw jestem co się z nim stało? Jednakże, dzięki niestrudzonym wysiłkom Zakonu Wiecznej Walki chora Zapadna została uwolniona od terroru bandy krasnoludów, przy moim skromnym udziale. Chwalmy Asteriona, że obdarza nas tak silnymi obrońcami.
Co zaś się tyczy mojego przyjaciela i brata Dragomira to powrócił do nas tylko dzięki łasce Asteriona. Jego umiłowanie przygód i roztrzepanie kiedyś go zgubi. Wędrując po lasach od wioski do wioski schwytała go banda Siwogębego! Zdołał ugadać zachowanie głowy w zamian za gotowanie dla tych banitów i leczenie ich ran. Czarnuszka potrafi niczym kot ze wszystkich problemów spadać na cztery łapy. Nie wiadomo, ile, by pożył w tej niewoli, gdyby nie trójka śmiałków: Eleas, Anhelm i Shea. Dzięki łasce Asteriona rozbili część maruderów i ścieli łeb herszta ich bandy. Wybawcy mojego brata w wierze od eskortowali go do Vukove Jam, gdzie ku mojej radości do łączył do Zakonu Wiecznej Walki. Jednak się okazało nawet śmierć herszta nie powstrzymała grasantów od harcowania w lesie. Na szczęście dla mieszkańców słudzy Asteriona czuwają.
Imię Eleas sprawia, że moje serce kołacze szybciej. Budzi demony z przeszłości. To zapewne zbieżność imion. Niemożliwe by to był naprawdę ten Eleas, którego trzymałem jako dziecko na kolanach. Niemal stulecie minęło od ataku strażnika, a te straszne wydarzenia wciąż mam przed oczami. Wszyscy chcieliśmy w tedy przetrwać. Ten czas próby pchał nas w różne strony. W tedy zrozumiałem, że ocalenia możemy poszukiwać tylko w Asterionie Mistrzu. Jednak nie wszyscy szukali pocieszenia w jego blasku. Moi przyjaciela... Rodzice Eleasa... Este i Elmira Empuse znaleźli inną drogę... Mroczną... Odradzałem i to... Dyskusje trwały godzinami... Może gdybym był bardziej stanowczy albo od razu pomówił z Świętą Inkwizycją... Ta tragedia nigdy, by się nie wydarzyła. Empusowie zaprzedali dusze w zamian za życie, to samo próbowali uczynić swoim dzieciom. Bluźnierczy akt apostazji... Musiałem działać w końcu... Przybyłem z Inkwizycjom za późno... Przemiana się dokonała. Oczyszczający płomień to jedyne co mogliśmy zrobić. Na Asteriona! Nigdy nie dowiedziałem co się stało z Eleasem i jego siostrą Essen. Choć serce daje złudną nadzieję, że mogli przerwać, to umysł zdaje sobie sprawę, że to nie możliwe. Modle się tylko o jedno, by ich dusze nie były spaczone demoniczną magią i mogli zaznać światłą Asteriona.
20 dzień Meris 380, Histograd
Sądziłem, że powrót do stolicy przywróci spokój mojemu zmąconemu umysłowi i sercu. W chłodnych i bezpiecznych pieleszach klasztornej biblioteki powinienem odzyskać równowagę. Tak się jednak nie stało. Histograd jeszcze przed moim wyjazdem wrzał od plotek i spekulacji. Patriarcha wybrał nowego duska przedstawiciela rodu Nosyjeviców, a nie dotychczas sprawujący władzę ród Zlatnosurtkich. Nie wszyscy byli skłonni przyjąć do wiadomości decyzje Patriarchy. Dla mnie również zaskoczeniem, był ten niespodziewany wybór. Wierze, że kryje się za tą decyzją mądrość jakiej nie pojmuje, wszak Patriarcha natchniony jest w swoich działaniach przez samego Asteriona. Nie powinniśmy podawać w wątpliwość słów głowy kościoła. Nie sądziłem, jednak nawet w sennych koszmarach, że sytuacja przyjmie tak dramatyczny obrót. Dyskusje przerodziły się w regularne walki. Brat stanął przeciw bratu. To straszne! Ulice spłynęły krwią! Przysięga braci leczących nakazuje nam zachować neutralność i nieść pomoc każdemu w potrzebie niezależnie, którą stronę pobiera. Nawet nosząc święte symbole Asteriona nie mogłem czuć się bezpiecznie. Rozwścieczona ciżba nie miała baczenia kogo atakuje, gotowa była podnieść rękę na sługę bożego. Miasto ogarnęło szaleństwo. Za prawdę dożyłem ponurych czasów. Ostatnie dni spędziłem w lecznicy pomagając komu tylko mogłem. Rannych przybywało z dnia nadzień. Poplecznicy Nosyjeviców, Zlatnosurtkich, osoby postronne... Brakowało łóżek, medykamentów... Wszystkiego... Robiliśmy co się dało. Roboty mieliśmy po pachy. W końcu szaleństwo ustało, władze przywróciły porządek. Nie oznaczało to jednak końca naszej pracy. Ranni pozostali w lecznicy. Dziś znalazłem chwilę, by spisać swoje niespokojne myśli. Mam nadzieję, że ludzie opamiętają się i walki na dobre się zakończą. Tak nam dopomóż Asterionie.
21 dzień Meris 380, Histograd
Wracając dziś z lecznicy do klasztoru dostrzegłem spore zgromadzenie gapiów. Do miasta przybył spory orszak zbrojnych noszących jak mi się zdaje barwy rodu Vallierów eskortujący trzy wozy: pierwszy będący karetą z herbem o ile pamięć mnie nie myli Havlików, drugi przykryty czarną płachtą, a na trzecim przewożono trójkę skrępowanych mężczyzn. Sprawa powiązana z dwoma znaczącymi rodami zwiastowała, że stało się coś poważnego. Procesję ku mojemu zdziwieniu prowadził słusznej postury kapłan Asteriona. Procesję powitał sam komtur Areon Vidrovic. Zaangażowanie Zakonu Wiecznej Walki w odbiór więźniów oznaczało, że wydarzyło się coś okropnego. Wkrótce moje obawy się potwierdziły, gdy heroldzi ogłosili, że winni bestialskiego mordu na zakonnikach zostali ujęci, sprowadzeni na sąd, a wkrótce przykładnie ukarani. Moje serce zabiło mocniej. Cóż za bluźnierca i bezbożnik ośmielił się wyciągnąć przeciw Świętym Wojownikom. Zakon Wiecznej Walki został powołany, by bronić niewinnych przed wszelkim złem. Niepojęte jest dla mnie, by cokolwiek mogło pchnąć bogobojnego mieszkańca Erx do takich czynów. Jeno jest pewne w kraju dzieje się coraz gorzej...
Wieczorem w klasztorze stawił się niespodziewany gość jeden z braci bitewnych zastępca samego komtura – Leolin Javorowicz. Ku mojemu zaskoczeniu pytał o mnie. Przyniósł smutną wiadomość o morderstwie dwóch zakonników Teodora Javorowicza oraz brata Stefana, a także o zaginięciu brata Simejona. Poznałem tych Świętych Mężów podczas pobytu w Vukovych Jamach. Naprawdę przejmujące żalem wieści, zwłaszcza, że Simeon uratował mi życie. Zawierzyłem żywot mojego wybrańcy w nocnej modlitwie do Asteriona Mistrza. Sam komtur prosił mnie, bym asystował w ceremonii pogrzebowej z samego ranna. Takiej prośbie nie mogłem odmówić. To był mój obowiązek jako kapłana, ale także wobec towarzyszy zajść w Vukovych Jamach. Co raz większy niepokój wkradał się w moje serce. Źle się dziej w państwie Erx...[/i]
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2023-08-15, 19:08, w całości zmieniany 4 razy
To był pogodny poranek, zupełnie nie pasujący do ponurych i smutnych wydarzeń jakie miały mieście. Poematach i powieściach pogrzebom zawsze towarzyszył deszcz, by podkreślić wagę tych wydarzeń. Tym jednak razem niebo pozostało obojętne, co zauważył gorzko komtur, że nawet niebo nie uchyliło łzy za jego podkomendnymi. Przed uroczystościami poproszono mnie bym obejrzał ciała nieszczęśników. Widok był makabryczny. Od czasu ataku strażnika nie widziałem takiego bestialskiego okrucieństwa. Osobiste doświadczenia z wojny ze Strażnikiem pozwoliły mi znieść widok jaki ujrzałem w kostnicy. Nie było to łatwe na Asteriona. Osoba niedoświadczona okrutnie przez los nie zdzierżyła, by takiego widoku. Głowy zakonników zostały z dekapitowane, a ich ciała rozrąbane na kawałki. Poza śladami toporów i mieczy, dostrzegłem ślady pazurów. Już same zabójstwo jest ciężkim grzechem, ale zbezczeszczenie zwłok to czyn wychodzący poza świadomość pobożnych ludzi. Jakim bezbożnikiem i potworem trzeba być, by dokonać tak plugawych czynów. Wykraczało to poza wszelkie moje przewidywania na temat tej zbrodni. Dołożyliśmy wszelkich starań, by godnie pożegnać i wyprawić w ostatnią drogę tych mężnych zakonników, którzy polegli męczeńską śmiercią w służbie Asteriona i całego Erx. Posługiwałem w ceremonii, jak tylko najlepiej potrafiłem, a sam komtur wygłosił piękną mowę pożegnalną. Sadziłem, że moja rola skończy się na udziale w ceremonii...
Po pogrzebie komtur wezwał mnie na prywatną rozmowę do swoich komnat. Byłem zaskoczony, ale nie wypadało mi odmówić. Idąc korytarzami monastyru Zakonników Wiecznej Walki, zastanawiałem się o cóż może chodzić. Medytując nawet sto godzin nie znalazłbym odpowiedzi. Komtur postanowił powierzyć mi bardzo ważne i trudne zadanie. Miałem poprowadzić przesłuchania podejrzanych i związanych z mordem na zakonnicach, tak by świątobliwy trybunał mógł orzec wyrok. Czułem wagę odpowiedzialności położonej na mych barkach. Lękałem się czy sprostam tak poważnemu zadaniu, mimo zaufania jakie pokładano w moją mądrość. Nigdy nie prowadziłem żadnego śledztwa. Z łaską Asteriona podjąłem się zadania. Jako członek braci Evgenitów byłem neutralny, w przeciwieństwie do komtura Zakonu Wiecznej Walki, którego podkomendni zostali zamordowani. Nie związany z wydarzeniami mogłem prowadzić śledztwo. Sama sprawa była bardzo skomplikowana, dowody były poszlakowe i w głównie oparte na zeznaniach świty pani Konkordii Havlikowej: woźnica Igor syn Igora, służka Anna córka Kristyny, ochroniarz Valentin Siwy, ochroniarz i przewodnik Stiepan Adamczek, a także będący pod ich pieczą drwal Headwyn dotknięty klątwą oraz jego narzeczona Elwa posiadająca dziki dar magii. Poza jurysdykcją zakonu znajdowali się głowni podejrzani ochroniarz karawan Anhelm Padelek i skryba Paweł, a także powiązani ze sprawą zbiegli łowcy Eleas Empuse i Shea Kokoryczka. Sprawę kompilował fakt, że przy mordzie z obecnych byli jedynie pani Konkordia i Headwyn. Sam komtur udzielił mi dyspensy na użycie rozwiązań siłowych przy przesłuchaniu. Doskonale znam doktrynę wiary. Ciało jest słabe i nietrwałe, a za to dusza jest nieśmiertelna i wieczna. Cierpienie ciała może pomóc oczyścić dusze z win i pozwolić dostąpić zbawienia. Doświadczony spowiednik, może przez bolączki ciała sprawić, by grzesznik szczerze wyznał swoje winy i wykonał pierwszy krok do zbawienia. Choć to rozwiązanie zgodne z prawidłami teologii i szeroko stosowane, budziło mój niepokój. Ślubem chronić życie, nie zadawać ból nawet w słusznej sprawie. Nie wiem, czy byłbym zdolny zadać ból nawet zatwardziałym grzesznikom. Nawet dla ich dobra... Na szczęście drobiazgowe wyjaśnienie działań narzędzi tortur, dzięki mojej skromnej medycznej wiedzy, było wystarczająco obrazowe, by świadkowie zrozumieli jak poważnej są sytuacji i czym grozi grzech kłamstwa. Jedynie przy dwójce było ryzyko zasadnego użycia siły: Headwyn, który mataczył w swoich zeznaniach oraz pani Konkordia, która przez swoją dumą i pychą nie chciała się poddać osądowi świętego oficjum. Jednak i oni zrozumieli dla swojego dobra, że tylko szczerość i pokora wobec świętej komisji, może zbawić ich dusze.
W ciasnych kazamatach klasztoru powoli odkrywałem przed świętym oficjum obraz sytuacji. Sprawa była złożona i wielowątkowa. Dociekanie prawdy było długim i żmudnym procesem. Przesłuchania trwały do późnych godzin. Starłem zbadać się każdy wątek. Sprawa jednak nie była mi obojętna, jak początkowo się spodziewałem. Eleas, o którym wspomniał wcześniej Czarnuszka, był wplątany w całą sprawę okazał się faktycznie cudownie ocalałym dzieckiem Este i Elmira Empuse. Omal nie zasłabłem, gdy się o tym dowiedziałem. Oddech nie chciał wydostać się z mej piersi, musieliśmy zrobić krótką chwilę przerwy. Korpulentny elf z Sumskiej Doliny kapłan Mellan potwierdził, że w okresie wojny ze strażnikiem do wioski trafiła dwójka sierot Eleas i Essen Empuse. To już nie mógł być przypadek... Imiona, nazwisko, wiek, okres... Wszystko się zgadzało. Na Asteriona to była wspaniała i przerażająca wieść! Dzieci moich przyjaciół przetrwały. Sama święta Elene raczy wiedzieć, jak udało się pokonać tak długą drogę przez kraj ogarnięty wojną z Byal Provlak do Sumskiej Doliny. Radość ustępowała przerażeniu, świadom czynów jakich dopuścił się Eleas. Powinienem zrezygnować z funkcji śledczego, ale ciekawość i poczucie obowiązku wobec moich dawnych przyjaciół zwyciężyło. Podczas przesłuchań zbyt skupiłem się na Eleasie, nawet święte oficjum zwróciło mi na to uwagę. Niech Asterion wybaczy błędy starego elfa...
Paradoksalnie wyjaśnienie całej sprawy wiąże się z historią Eleasa. Eleas był wziętym łowca, może to właśnie uratowało jego i jego siostrę. W okresie noworocznym wyruszył na Karlovy Most, by wziąć udział w zabawach i poszukać pracy w ochronie karawan. Tam też spotkał swojego znajomego ochroniarza karawan Anhelma Padelka. W tedy przewrotny los dał osobie znać. Brat komtura Aeorana – Emrys Vidrovic w przepraniu próbował przedostać się przez most. Emrys najprawdopodobniej był pierwszą ofiarą wojny domowej. Pozostając lojalny władzy nadanej przez patriarchę, chciał zbiec na północ za co został pozbawiony swojego statusu. Emrys próbował przebić się siłą przez ochronne mostu. Eleas i Alhelm stanęli w obronie tamtejszych chłopów i zabili agresorów. Roztrząsanie tej sprawy było bolesne dla komtura, ale niezbędne do wyjaśnienia podstaw sprawy. Samo wydarzenie ciężko ocenić moralnie, każda strona miała na swój sposób rację. Faktem jest, że została przelana krew...
Alhelm i Eleas powrócili do Sumskiej Doliny tam od pana tych ziem Loraliara Variella otrzymali za zadanie odkrycia przyczyn zagadkowej śmierci drwali. Do pomóc miała im w tym łowczyni Shea Kokoryczka. Według ustaleń Eleasa i Shea drwale zostali niespodziewanie zabici przez sforę wilków, która zaatakowała na przecince. Pośród ciał nie odnaleźli jedynie drwala Headwyna. Opisane przez łowców ślady na ciałach pomordowanych drwali przypisać można było również do tajemniczej istoty z głową psa zwanej potocznie Psiogłowem widzianej w tamtej okolicy. Tą właśnie bestią zainteresowała się grupa zakonników Teodora Javorowicza. Grupa Eleasa szła tropem w głąb lasu, gdzie natknęli się na bandę Siwogębęgo i uratowali Czarnuszkę. W czwórkę znaleźli się w Vukowych Jamach, gdzie niespodziewanie dla nich wyszła sprawa Emrysa Vibrovica...
W tym miejscu muszę wspomnieć o postaci samego Headwyna, gdyż ten nieszczęśnik wyniku działania dzikiej magii swojej narzeczonej Elwy został przemieniony w psiogłowa. Ta historia pokazuje jak nasze grzechy mogą wpłynąć nieoczekiwanie na nasz los. Ku mojemu zaskoczeniu i zgorszeniu Headwyn wdał się w romans z Essen siostrą Eleasa. Elwa obdarzona dzikim darem magii nieświadomie rzuciła w gniewie klątwę na niewiernego narzeczonego, który pod jej wpływem zmienił się w bestię z łbem psa zamiast głowy, która powoli traciła rozum. Jeśli dobrze rozumiem stare podania im dłużej pozostawał w przeklętej postaci tym mniej zostawało w nim człowieka. Przerażony tym czym się stał zbiegł w las. Jak sam twierdził widział istotę w postaci wielkiego leśnego człowieka. Ludowe bajędy wspominają o duchach lasów, potężnych magicznych istotach strzeżących kniei. Dzieła mędrców z okresów, gdy Erx było dzikszą krainą również nadmieniają o ich istnieniu. Zaznaczyłem świętemu oficjum o prawdopodobności istnienia leszych, lecz bazując tylko na słowach Headwyna ciężko stwierdzić, czy mówił prawdę czy chciał tylko oddalić od siebie winę. Pozostawiłem to do oceny uświęconego jury. Włosy jeżą mi się na karku, gdy zaje sobie sprawę jak poczynania Empusów odpiło piętno na ich dom. Jak z pozoru nieobyczajny występek stał się przyczyną wielkiego zła i niesprawiedliwości. Jeśli Asterion da mi szanse będę musiał pomówić z Essen. Winny jej jestem wyjaśnień co stało się z przeszłości z jej rodziną, ale także muszę przemówić do niej jako kapłan. Jej niemoralne czyny sprowadziły tak wiele nieszczęść. Na domiar złego dowiedziałem, że sama jest już zamężna, co sprawia, że ta zdrada jest jeszcze bardziej dotkliwa. Może zdołam pomóc chociaż Essen, bo wątpię by cokolwiek mógłbym zdziałać w sprawie jej brata. Jestem to winny Este i Elmirowi...
Co zaś tyczy się grupy Eleasa w Vukowych Jamach wyszła sprawa wydarzeń na Karlowym Moście. Eleas, Anhelm i Shea zostali wtrąceni do więzienia za morderstwo na szlachcicu Emrysie Vidrovic. Szkoda mi tej dziewczyny Shea, gdyż niesłusznie trafiła do lochu. Jej jedyną winą było przebywanie z tą dwójką. Nadmiar złego Shea zainteresował się pewien szlachcic Kovacevic, który wykorzystał swoją pozycję, by nagabywać dziewczynę i nastawać na jej cnotę niewieścią. Nie pochwalam takiego zachowania... Zbyt często ludzie błękitnej krwi wykorzystują słabych. Oby w łasce Asteriona świat stał się lepszym miejscem. Będąc z nią w celi i darząc ją uczuciem Eleas nie pozwolił na coś takiego. Jakże w tym był podobny do swojego ojca... Prętki w działaniu, gotowy poświęcić się dla najbliższych... Spotkała Eleasa za to dotkliwa kara batożenie. Los samej Shea był bardzo gorzki, gdzyż Kovacevic otrzymał zgodę na wykupienie jej od włodarzy Vukowych Jam. W moim odczuciu bardzo nieprzemyślana decyzja, zwarzywszy na okoliczności... Tu po raz pierwszy los skrzyżował drogi więźniów ze świtą pani Konkordii.
Słudzy Konkordii opisywali swoją panią jako uczynną i dobrego serca. Mimo podeszłego wieku wyruszyła w podróż w poszukiwaniu składników leku dla swojej wnuczki na bardzo rzadką chorobę zwaną pląsawicą. Mimo lat spędzonych wśród braci leczących chorobę tą znałem jedynie ze słyszenia. Wiedza pani Konkordi w zakresie alchemii jak i tajników tajemnych była imponująca. Jako alchemik i medyk muszę skromnie uznać jej wyższość. Sam nigdy w pełni nie skupiałem się na tych dziedzinach. Pani Konkordia przyznała w przesłuchaniu, że zaczęła studia w tej dziedzinie, gdy jeden z jej mężów zapadł na tą chorobę. Jej mąż był w tej samej linii krwi co jej wnuczka cierpiąca. Pani Konkordia męża nie zdoła uratować, jednak nie zamierzała podać się co do wnuczki. Mam niejasne przypuszczenia, że choroba ta może być dziedziczona przez krew. Zbyt mało wiem o tej chorobie, by mieć pewność. Takie przypadki są w niewielkim stopniu opisane przez nauki medyczne. Pani Konkordia doszła do swej wiedzy sama. Jest to imponujące, ale także niepokojące, że nikt światły nie czuwał nad jej edukacją. Przekonałem się jak groźna może być wiedza tajemna w niepowołanych rękach. Nie szukając daleko znane porzekadło alchemika Phillippusa Aureolusa Theophrastusa Bombastusa von Hohenheima mówi - “Cóż jest trucizną? Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja jest trucizną”. Rozległa wiedza pani Konkordii oraz swoisty brak poszanowania dla autorytetów wzbudził nie tylko mój niepokój, ale także świętego oficjum.
Dobroduszna natura pani Konkordii sprawiła, że nachyliła się nad sprawą trójki przetrzymywanej w Vukowych Jamach, choć niewiele wskórała w sprawie Shea, mimo jej protestów, to zdoła ocalić głowy Anhelma i Eleasa. Pani Konkordia odkryła, że w chwili swojej śmierci Emrys Vibrovic był już za zdradę pozbawiony swoich praw, więc dwójka nie może być sądzona za morderstwo szlachcica. Anhelm opuścił tymczasowo drużynę i nikt nie wiedział co w tedy czynił, natomiast Eleas zobowiązał się za ratunek pomóc pani Konkordii w jej poszukiwaniach. Co się tyczy Shea została przetransportowana do Sumskiej Doliny przez Kovacevic i formalnie nabyta przez niego od jej pana.
Odnoszę wrażenie, że pomoc pani Konkordii nie była do końca bezinteresowna. Wzięty łowca jakim był Eleas pomógł jej przeprawie przez las i poszukiwaniu ziół. Z jego ust po raz pierwszy dowiedziała się o psiogłowie, gdy dotknięty klątwą Headwyn próbował porozumieć się z łowcą. Pani Konkordia zapragnęła nawiązać kontakt z nieszczęśnikiem. Jak sama twierdziła, by mu pomóc. Z drugiej strony przyznała, że chciała wykorzystać jego wyostrzone magią zmysły do swoich poszukiwań. Bardzo ciężko dokonać moralnie oceny czynów pani Konkordii. W dużej mierze zakrawały na głęboki oportunizm zawoalowany chęcią pomocy. Mnie samego zaskoczyło jak niefrasobliwie do sprawy podchodziła ochronna szlachcianki pozwalając jej na kontakty z groźną przeklętą istotą. Zostawione przez jej drużynę wiadomości wraz z surowym mięsem miały dotrzeć do Headwyna. Wiadomość jak się okazało przechwyciła również grupa zakonników. Eleas po przeprowadzeniu kompani do Sumskiej Doliny, zdał sobie sprawę z losu ukochanej. Nikogo nie dziwi, że próbował ją ratować. Pani Konkordia udała się do obozu Kovacevica, by raz jeszcze negocjować uwolnienie Shea. I tym razem nic nie wskórała. Zrozpaczony Eleas odmówił zostawienia ukochanej na pastwę losu. Potrafię go zrozumieć nim wstąpiłem do zakonu obdarzyłem kogoś wielką miłością. Na Asteriona nie potrafiłem jej ocalić (zamazany fragment)... Pani Konkordia zostawiła wzburzonego łowce na pastwę losu. Tragedia jakie dalej nastąpiły dało się uniknąć, gdyby bardziej się zatroszczyła o Eleasa, którego los podobno nie był jej obojętny. Taka niefrasobliwość u uczonej kobiety budzi zdziwienie. Eleas słysząc krzyki bólu ukochanej pozbawianej godności siła postawił na dramatyczne kroki. Tak bardzo podobny do ojca... Zbrojnie ją odbił, pozostawiając za sobą wiele trupów. Tego co zrobił nie da się cofnąć ani wybaczyć. Zbyt późno dowiedziałem się, że przeżył wojnę ze Strażnikiem. Za to co zrobił czeka go powróz. Nawet moje wstawiennictwo nie ocali Eleasa... Asterionie wybacz mu jego grzechy...
Pani Konkordia nieświadoma tego co się działo w obozie Kovacevica udała się do chatki miejscowej znachorki Brunchildy o dość wątpliwej reputacji. Brat Melan jak i Inkwizytorzy podejrzewają od lat zielarkę o stosowanie czarnej magii. Nigdy nie udało się znaleźć dowodów na wiedźmiartwo. Dziwi mnie to niezmiernie, że tak światłą osoba prosi o rady w sprawie przeklętej istoty kobietę o wątpliwej reputacji niż święty zakon powołany do tego celu. Wiele tragedii dało się uniknąć, gdyby zakon od początku wtajemniczony był w całą sprawę. Według guślarki klątwę mogło zdjąć szczere przebaczenie narzeczonej Headwyna.
Po powrocie do Sumskiej Doliny do kompani pani Konkordii dołączył niespodziewanie Anhelm przyprowadzając ze sobą Pawła. Postać Pawła od początku budziła moją podejrzliwość. Wszyscy ze świty pani Konkordii byli przekonani, że był chłopem. Ciężko sobie wyobrazić chłopa, który wykazuje się wielką wiedzą w różnych dziedzinach i erudycją. Dodatkowo Paweł utrzymywał, że jest skrybą. Straż pani Konkordii również miała wątpliwości co do tej dwójki. Według nich byli niezdyscyplinowani, krnąbrni, zachowywali się podejrzanie i często nielogiczne swoimi ekscesami nadwyrężając opinie drużyny. Dodatkowo Stiepan stwierdził, że Anhelm często utrzymywał, że ma wizje przyłości i niepotrzebował gwiazd do wyznaczenia kierunku. Zaiste tajemnicza para. Aż dziwne, że pani Konkordia zgodziła się przyjąć ich w swój poczet. Szacowny brat Melan potwierdził, że ta dwójka pomogła schwytać groźnego szpiega kryjącego się w Sumskiej Dolinie. Wszystko to wydaje się nader podejrzane...
Losy wszystkich znowu splotły się we Flasznikach jak wynika z zeznań. Eleas porwał ledwo żywą Shea z obozowiska Kovacevica i skrył się w wiosce. Pani Konkordia pochwyciła Eleasa i zamierzał wydać go władzą za zbrodnie. Zobowiązała się jednak pomóc Shea. Lek Lebioda Królewska, który szukała dla wnuczki mógł też ocalić łowczynie. Eleas zgodził się współprace byle ratować ukochaną. Nie dziwi mnie jego postawa choć naganna robił to wszystko z miłości. Są jednak czyny niewybaczalne... Lebioda Królewska jak się okazuje rośnie tylko na krwi szlachetnie urodzonych. Niezwykły przypadek botaniczny, zapewne głęboko związany z naturą wzorca magicznego krwi... Pani Konkordia wierzyła, że odnajdzie roślinę w starym grobowcu. Sądziłem, że grobowiec króla Bielisława I Silnego z okresu przed zjednoczenia Erx zaginął na zawsze w mrokach historii. Ku zaskoczeniu mojemu i całego świętego oficjum drużyna pani Konkordii zdołała go odnaleźć. Dowodem było złoto przyniesione z jego wnętrza. Osobiście je datowałem bazując na swojej wiedzy. Drużynie udało się zyskać się lek, ale wydarzyło się znacznie więcej. Paweł okazał się bardziej tajemniczy niż sądziłem, aby otworzyć zapieczętowane drzwi użył swojej krwi. Ku mojemu zdumieniu krew Pawła była błękitna i nie mam tu na myśli rodowodu szlacheckiego. Błękitna krew to wielka rzadkość nawet wśród nas elfów. Świadczy, że magia przeniknęła do żył zmieniając wzorzec krwi. Osoby nią obdarzone zawsze zwiastowały wielkie bądź straszne czyny. Dla wszystkich stało się jasne, że Paweł powiązany jest z czarostwem. Nawet to nie wzbudziło niepokoju pani Konkordii. To nie wszystko co mnie i szacowne gremium zszokowało. Grobowiec strzegł prastary Żmij, którego drużyna zdołała pokonać. W końcu wedle ich słów objawił się im duch samego króla. Podarował im skarby w zamian za pomoc przełamaniu klątwy, która więzi go na planie materialnym. Z propozycji ducha nie skorzystał jedynie Eleas, który stwierdził, że szukał jedynie lekarstwa. Na Asteriona to jeden z najcięższych grzechów nie pozwolić duszy odejść do światła. Źródło zła wiążące ducha ukryte w głęboko w lesie musi zostać zniszczone. Taka jest powinność sług mistrza. Niemniej pani Konkordi udało sporządzić się lekarstwo dla nieszczęsnej Shea, mimo to z opisów wynika, że stan jej pozostawał ciężki.
Okrywając przeszłe zdarzenia przed świętym oficjum powoli doszedłem do najważniejszych dla sprawy wydarzeń. Nie mniej wydarzenia były tak nierozerwanie ze sobą splecione, że wymagane były do pełnego zrozumienia spraw. Pani Konkordia nie ustępowała i zamierzała odnaleźć psiogłowa. Z towarzyszących poszukiwaniom zamieszaniu skorzystał Eleas, który zdołał zbiec spod czujnego oka pani Konkordii ponownie uprowadzając Shea. Nie jestem w stanie pojąc jego motywów. Stan Shea jasno wskazywał, że niechybnie umrze w lesie. Ten desperacki krok mógł przynieść tylko nieszczęście. Zgodnie z prawem Shea była własnością Kovacevicza i do niego miała wrócić. Może wolała umrzeć wolna w ramionach ukochanego... Smutna historia godna ballad. Eleas winny wielu zbrodni przynajmniej wolny jest od mordu na zakonnikach i bezczeszczenia zwłok. Modlę się, by zarówno on jak i ta nieszczęsna dziewczyna znaleźli łaskę w świetle Asteriona Mistrza. W tym samym czasie pani Konkordia odnalazła leże psiogłowa. Niepojęte jest dla mnie czemu ze swojej świty wzięła ze sobą najmniej sprawdzone osoby Anhelma i Pawła. I czemu osoby odpowiedzialne za jej bezpieczeństwo na to przystały? Święte oficjum przyznało mi rację, że nie dopilnowali swoich obowiązków. Kompania odlazła ranionego przez zakonników Headwyna i udzieliła mu pomocy. Równocześnie odział zakonny odnalazł leże i schwytał w sieć przeklętego. Pani Konkordia próbowała przekonać zakonników do wstrzymania egzekucji, ale ich postawa była nieugięta. Zakonnicy byli szkoleni w walce z siłami nieczystymi, a nie zdejmowaniu klątw. W ich mniemaniu zabicie psiogłowa zażegnałoby zagrożenie. Nie udało się jasno ustalić czy z rozkazu Konkordii czy rozzuchwaleni przez dysputy Anhelm i Paweł stanęli w obronie przeklętego uwalniając go. Wyniku starć zginał jeden zakonników, jeden trafił do niewoli, a trzeci zbiegł ścigany przez Pawła. Headwyn utrzymywał, że tylko się bronił i tracił świadomość przez klątwę. W ogniu moich pytań jego mataczenia wyszły na jaw. Wiele stracił w oczach świętego oficjum na tym. Jeszcze chwila, a musiałbym wyłamać mu palce. Słabo mi na samą myśl o tym. Starałem się wnioskować o złagodzenie kary dla tego nieszczęśnika. Może mam zbyt miękkie serce, ale sądziłem, że dość już wycierpiał od klątwy i resztę swojego życia mógł spędzić na odpokutowaniu win. Moje argumenty nie znalazły zrozumienia u świętego officjum. Paweł powrócił bez zakonnika, którego gonił, po czym naradził się z Anhelmem. Ku przerażeniu Konkordii zarżnęli jeńca, a ciała pomordowanych rozczłonkowali. Brak mi słów na opisanie tak nieludzkiego i barbarzyńskiego zachowania. Pani Konkordia utrzymywała, że wraz z Hedwynem była ich więźniami. Wieczorem zdołali uciec do Flaszników, gdzie odkryli, że Eleas i Shea zniknęli. Po powrocie do Sumskiej Doliny pani Konkordia oddał się w ręce tamtejszych władz i udało się jej doprowadzić do zdjęcia klątwy z Headwyna. Ta jedna rzecz uczyniona z korzyścią dla Asteriona.
O to cała historia, którą zdołałem ustalić. Przedstawiłem ją świętemu oficjum raz jeszcze dzieląc się swoimi przemyśleniami. Pozostało mi czekać aż zapadnie wyrok. Cała ta sprawa pozbawiła mnie sił i energii. Niespodziewanie otworzyła ranny, które sądziłem, że są już zasklepione. Asterion codziennie wystawia nas na próby większe i mniejsze, ale w jego duchu jest nasza niezłomna wola. Chwalmy Pana.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2023-08-15, 19:06, w całości zmieniany 1 raz
Wczoraj wieczorem zapadł wyrok, ale nie miałem już sił opisywać tych zdarzeń. Byłem tak przytłoczonym tym wszystkim ze zdolnym byłem tylko się położyć. Sprawiedliwy wyrok świętego oficjum został publicznie ogłoszony i bije z niego wielka mądrość. Moje starania po części się do niego przyczyniły.
Anna córka Kristyny - uznana za niewinną, nie odpowiadała za czyny swojej pani i nie brała w nich bezpośredniego udziału.
Igor syn Igora - uznany za niewinnego, nie odpowiadała za czyny swojej pani i nie brał w nich bezpośredniego udziału.
Stiepan Adamczek - uznany za niewinnego, nie odpowiadał za czyny swojej pani i nie brał w nich bezpośredniego udziału. Upomniany za zaniedbania w sprawach ochronny i zobowiązany do wypełnienia przysięgi złożonej królowi.
Valentin Siwy - uznany za niewinnego, nie odpowiadał za czyny swojej pani i nie brał w nich bezpośredniego udziału. Upomniany za zaniedbania w sprawach ochronny i zobowiązany do wypełnienia przysięgi złożonej królowi.
Elwa – za niekontrolowane użycie magii została skazana na rytuał oczyszczenia. Za wstawiennictwem pani Konkordi wyrok zmieniono przymusowe szkolenie w zakresu panowania nad mocą.
Headwyn - nie zdołano bezpośrednio udowodnić winy w zabójstwie drwali, za udział w mordzie na zakonnikach i unikanie mówienia prawdy został skazany na wyrwanie języka i śmierć przez powieszenie. Egzekucje wstrzymano na prośbę pani Konkordii, jego wiedza miała pomóc w odnalezieniu zaginionego zakonnika i źródła mocy pętającego ducha króla.
Anhelm Padelek i Paweł - skazani za mord na zakonnikach na karę śmierci.
Eleas Empuse – skazany na karę śmierci za mord na ludziach Kovacevica i porwanie Shea Kokoryczki. (Żałuje, że w tej sytuacji nic nie mogę zrobić. Jestem całkowicie bezsilny. Wybaczcie mi Este i Elmirze... Niech Asterion się nad nami zmiłuje.)
Konkordia Havlikowa – odpowiedzialna za czyny drużyny znajdującej się pod jej zwierzchnictwem oraz za zaniedbania, które doprowadziły do: śmierci ludzi Kovacewicza oraz zakonników, przerwania leczenia Shea Kokoryczki i jej porwania, a także ucieczki Eleasa Empusa. Skazana na karę grzywny 20 denarów za zakonników oraz 40 denarów za ludzi Kovacevicza, a także skazana na karę chłosty za jawne przeciwstawianie się i podważenie woli zakonu. Za wykazywanie się kruchą kobiecą psychiką, dziwną moralnością została dodatkowo objęta kuratelą spowiednika. Dodatkowo majątek zdobyty w grobowcu został skonfiskowany do momentu wykazania się przez podsądną czystymi intencjami. Zobowiązana do wypełnienia przysięgi złożonej królowi.
Ku mojemu zdziwieniu święte oficjum przyznało rolę spowiednika mojej skromnej osobie. O spokojnym powrocie do klasztornej biblioteki mogę zapomnieć. Czeka mnie pełna niewygody podróż do lasu. Zapewne nie znajdę czasu do kontynuowania wpisów. Nie mogę jednak pozwolić sobie, by narzekania zatruły mój umysł. Muszę wypełnić mój święty obowiązek. Czeka mnie trudne zadanie pani Konkordia jawi się jako osoba zgorzkniała i dumna przekonana o wyższości swojego zdania. Zadanie tym bardziej utrudnione, że jest przekona, że działam jedynie przeciwko niej. Nic bardziej mylnego. Moją rolą jest jej pomóc i umożliwić dotarcie do niebiańskich bram Asteriona Mistrza. Muszę dołożyć wszelkich starań, by na nowo rozpalić w niej jasny płomień wiary. Wiele jej czynów świadczy o dobroci jej serca, choćby niespodziewane wstawiennictwo za więźniami. Jeśli zawiodę sprawą zajmie się Zakon Wiecznej walki. Bracia bitewni nie są tak łagodni i miłościwi jak ja. Pani Konkordia nie do końca zdaje sobie z tego sprawę... Niech Asterion zmiłuje się nad jej duszą.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum