Wysłany: 2021-09-23, 10:40 Na pograniczu światów - akt I
Na pograniczu światów – akt I
Kroniki Anhelma, Eleasa i Folletrisa - epilog
18 dzień merris. Wieczór.
Przegonieni. Zaszczuci. Odrzuceni przez znany im świat.
Ścigani.
Wiele się zmieniło od początku tego roku. A jeszcze więcej zmienić się miało w nadciągających dniach.
Drużyna rozstała się zeszłego dnia z Konkordią Havlikową. Eleas i Shea za dnia, a Anhelm i Folletris w nocy. Była to naturalna konsekwencja podjętych decyzji i obranych kred etycznych. Rozstali się z Konkordią, ale także i ze sobą. Nie oczekując, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają.
Los miał ku nich jednak inne plany. Rozstali się nagle, ale równie nagle i niespodziewanie ich drogi ponownie się przecięły. Kierowali się bowiem wspólnym celem: by dotrzeć do Bukova.
Ten dzień był spokojniejszy od innych. Był też chłodny i deszczowy. Rano kropiło delikatnie – tylko po to, by wieczorem przemienić się w silny, regularny deszcz.
Anhelm i Folletris poświęcili poranek na dotarcie do Flaszników. Znajdowała się tam sarenka o dźwięcznym imieniu Stjepan, którą Anhelm ani myślał pozostawić na pastwę losu.
Nie planowali rozmawiać wiele ze starszym wioski. Wymienili tylko kilka obowiązkowych słów, ale nic poza tym. Nie zdradzili zwłaszcza tego, dokąd się dalej kierują. A informacja ta mogła być przydatna wielu osobom. Wielu wrogów udało im się zaskarbić.
Sarenka cały czas była wystraszona i niechętna do współpracy, lecz nie udało jej się wyrwać z objęć Anhelma, a próbowała nieprzerwanie. W końcu nauczy się, że Anhelm chce dla niej tylko dobrze.
A… może warto było zabić Konkordię, naocznego świadka ich zbrodni, gdy mieli ku temu doskonałą szansę? Co za różnica, ta jedna dodatkowa śmierć przy liczbie trupów, jakich zostawili za sobą?
Jednak coś kazało im postąpić inaczej. Bezbronna Konkordia przeżyła. Oby tylko tym zachowaniem nie przypieczętowali swojego rychłego końca.
Folletris mógł się cieszyć, że jest w towarzystwie Anhelma. W nocy, w lesie i w deszczu zasięg jego wzroku był praktycznie zerowy i gdyby pozostał tam sam, to w moment by się w nim pogubił.
Eleas i Shea błąkali się dłużej po lesie, a Eleas mógł wykorzystać swoje zdolności, by pozyskać z niego kilka przydatnych materiałów – barwników, które sprawią, choćby tymczasowo, że włosy jego i Shei (zwłaszcza Shei, której rude włosy były zauważalne i rozpoznawalne) przejdą bardziej w brąz i czerń. Naiwnym jednak byłoby stwierdzenie, że to wystarczy, by pozostać nieuchwytnym. W Bukovie ktoś może wszak znać już jego twarz, ale za to nie ma tam wrogów… a przynajmniej tak myślał.
Barwników jeszcze nie użył – czekał na dogodny moment, jako że nie były to barwniki długotrwałe. Nałożone na włosy wytrwają co najwyżej kilka chwil w tym silnie gruchoczącym deszczu, którego końca nie było widać.
Anhelm i Folletris całą resztę dnia szli przez las. Bocznymi drogami, by przypadkiem nie natrafić na nikogo, kto mógłby ich szukać.
Wioska Bukovo znalazła się już na horyzoncie. Pierwszy wychwycił ją Anhelm, widząc wybijające się zarysy chat zza gęstych, strzelistych drzew. Do wioski dzieliło ich jeszcze trochę, więc dwójka kompanów mogła skorzystać z tego, że pozostali jeszcze poza zasięgiem wzroku i poza zasięgiem słuchu… nawet jeśli chodzi o elfy. Sprzyjał temu silny deszcz lejący się z nieba. Deszcz, który padał już cały dzień, aż chciało się czym prędzej przed nim schować i ogrzać przy ogniu.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2021-12-13, 12:38, w całości zmieniany 1 raz
Wspomnienia Eleasa
część I
Nieoczekiwane spotkanie
Przez wiekowy las przedzierała się para młodych elfów. Elf o ciemno kasztanowych włosach rozglądał się czujnie i nerwowo po lesie podtrzymując osłabioną rudowłosą bladą towarzyszkę Mężczyzna był dobrze przygotowany do wyprawy miał na sobie wysłużoną skórznie, u pasa przytroczony krótki miecz, na plecach przewieszony kompozytowy łuk oraz plecak wypełniony ich wspólnym ekwipunkiem. Kobieta wyglądała jakby pośpiesznie założyła na siebie ubranie i zbiegła w las. Elfka wciąż nie doszła do siebie po tym co zrobił jej Kovacevic i jego banda. Łowca zaryzykował wszystko, by uratować swoją ukochaną z rąk tych łotrów. Przy pierwszej próbie omal nie został pochwycony. Niewiele mógł sam zdziałać wobec grupy zbrojnych watażków. Nie miał jednak wyboru pozostawiony sam sobie przez wiekową szlachciankę Konkordie Havlíková. Ludzka kobieta obiecała pomóc leśnemu elfowi w zamian za przeprowadzenie przez las, jednak, gdy zawiodły pertraktację z Kovacevicem umyła ręce od całej sprawy porzucając łowcę na leśnym trakcje. Elf słysząc jęki bólu ukochanej, gdy ta przeklęta banda brała ją siłą. Nie potrafił tego zdzierżyć i choć było to czyste szaleństwo rzucił się w akcie desperacji do działania. Mężczyzna swoimi partyzanckimi atakami wywołał spory tumult w obozie tych szubrawców, ale nie zdołał odbić ukochanej i tylko dzięki wielkiej determinacji uniknął pochwycenia. Nie pozostawił jednak swojej ukochanej. Odrzuciwszy to kim był – znamienitym łowcą jego łaskawości Lolarail’a Variell’a , a także powierzone mu zadnie - odkrycia przyczyny śmierci drwalów, ruszył w pogoń za Kovacevicem stając się cieniem nękającym jego bandę. W końcu nadarzyła się okazja - wojna domowa, która od dawna wisiała nad Erxen rozgorzała na dobre. Wojna, której elf nie pojmował. Nie wiedział kto i za co walczy. Nie było to też dla niego istotne. Zbrojna banda starła się nad rzeką z przeciwną frakcją, pozostawiając obóz niemal niestrzeżony. Elf uderzył na łotrów z zaskoczenia powalając ich strzałami z łuku niczym grom z jasnego nieba. Ukradł konia i wywiózł ledwo żywą ukochaną z dala od jej oprawców. Jak się później okazało losy elfów znów przeplotły się z losami Konkordii. Łowca znalazł schronienie w jednej z wiosek na uboczu i zajął się swoją ukochaną. Niespodziewanie do wioski przybyła świta szlachcianki. Nim elf zdołał coś zrobić zbrojny drap możnej przegonił go, a Konkordia w swej łaskawości zajęła się osłabiona elfką. Ta stara kobieta była wszak biegłą alchemiczką i medyczką. Chcąc nie chcąc łowca znów znalazł się na łasce Havlikovej. Był wściekły na szlachciankę już raz porzuciła go i wykorzystała, a teraz próbuje go rozdzielić z ukochaną. Podejrzewał, że i tym razem ma jakieś plany wobec nie go. Po burzliwej wymianie zdań Konkordia jasno dała mu do zrozumienia, że dla niej jest niczym więcej niż pospolitym bandytom. Przelewał krew nie przeczył temu, ale robił to by ratować ukochaną. Nie omieszkał jej wyrzucić, że w tym samym czasie szlachcianka umyła ręce od cierpiącej elfki zasłaniając się prawem. Formalnie Kovacevicz wykupił elfkę z rąk Variella stając się jej nowym panem, jednak nie pozwalało mu to jej tak potraktować. Elf kipiał ze złości. “Nikt nie powinien być niczyją własnością” - pomyślał. Konkordia w odpowiedzi podarła ułaskawienie elfa za przewiny z przeszłości, które obecnie nie miały teraz wielkiego znaczenia. Tym samym pokazała swą prawdziwą twarz skrywaną za świętoszkowatą maską - była ni mniej ni więcej podłą intrygantkom, która starała się wykorzystać innych i związać ze sobą pod pozorem pomocy. Nie miała prawa podrzeć dokumentu wystawionego przez wysoko postawionych możnowładców. Pomagała jego ukochanej w zamian, by on sam miał pomógł jej dostać się do starego grobowca. Chciała też odnaleźć dotkniętego klątwą Hedwyna, by wykorzystać jego wyczulone zmysły do własnych sobie znanych planów. Łowca nie łudził się Konkordia prędzej czy później wyda go na szafot, ba nawet sama się mu do tego przyznała. Jednak o zgrozo alchemiczka była jedyną osobą zdolną pomóc jego cierpiącej ukochanej. Elf był zdeterminowany nawet kosztem siebie uratować swoją wybrankę - niechętnie przystał na propozycję szlachcianki. W grobowcu wystawiony został na ciężką próbę znalazł kwiat, który mógł uleczyć jego ukochana - alchemiczka doskonale mu opisała jego wygląd. Długo się wahał czy z nim nie uciec. Drużyna Konkordii nie była wstanie dogonić go w lesie. Jednak co dalej... Tylko ta stara jedzą umiała przyrządzić lekarstwo. Koniec końców ta stara wiedźma zarzuciła mu na szyję pętle, której nie potrafił sam zdjąć. Wyprawa do grobowca okazała się niemałym sukcesem. Elf powalił tajemniczą wężowatą istotę strzegącą grobowca, zdobyli nieprzeliczone łupy, rozmawiali z duchem króla z zamierzchłej przeszłości i co najważniejsze zdobyli lekarstwo – niepozorny kwiat. Łowca nie zamierzał ani jednej monety brać ze skarbu – nie po to ruszył do grobowca, poza tym duch za bardzo przypominał mu Konkordie w zamian za odejście ze skarbami chciał, by go uwolnili. Alchemiczka dotrzymała słowa i przyrządziła lekarstwo dla chorej elfki, jednak dalej potrzeba było czasu by odzyskała w pełni siły. Łowca zastanawiał się co począć nie mógł uciec z lubą do lasu, gdyż nie miała na to sił, a zostając u boku Konkordii czekał na niego szafot. Nieoczekiwanie z pomocą przyszli mu towarzysze z drużyny szlachcianki. W tajemnicy przekazali mu miksturę, która doda dość sił elfce, by zdołali uciec. Mężczyzna wyznał swojej ukochanej swoje najskrytsze uczucia. Bał się, że go otrąci go przez to, że zadała się z nim spotkała tego przeklętego Kovacevicza i tyle wycierpiała. Bał się, że nie zechce wraz z nim wieść życia wyjętego spod prawa bandyty. Bał się, że nie zdoła jej ochronić w lesie. Jednak jego ukochana... Shea rozwija wszystkie jego wątpliwości. Uczyniła go najszczęśliwszym elfem na ziemi, gdy wyznała, że tylko przy nim czuje się bezpieczna... Że by ją ratować poświęcił wszystko i nie porzuci go tak jak on nie porzucił jej.... Ze jeśli jest szansa by razem mogli wieść wspólne życie, wybierze dobrowolnie banicję... I cokolwiek się stanie razem przezwycięża każdy problem.... Mężczyzna wiedział, że kocha ją nad życie … Tak jak i ona jego... Konkordia była zbyt zajęta próbą odnalezienia przemienionego w psogłowa Hedwyna, by zauważyć przygotowania elfów do ucieczki. Łowca oszukał wszystkich, że zamierza pomóc w poszukiwaniach i jak nadarzyła się okazja zniknął w lesie jak cień. Żaden człowiek nie był w stanie wytopić go w kniei. Las od zawsze był jego domem. Zawrócił do wioski i wraz Shea na zawsze porzucili swe dawne życia. Nie pewni jutra, ale będąc razem. Elf żałował, że musiał porzucić towarzyszy i biednego Headwyna dotkniętego straszliwą klątwą. Wybrał jednak swoją ścieżkę, była u boku Shea. Zerknął na ukochana uśmiechając się ciepło. W głowie zastanawiał się co stało się z resztą. Po drodze natknęli się na odział inkwizycji, który również poszukiwał psiogłowa. Nie mieli dobrych zamiarów - zamierzali zabić bez skrupułów psiogłowa, która uważali za bestię a nie przeklętego złą wola człowieka, a każdego z kto ośmieli się im przeszkodzić stracą za herezję. Para elfów doskonale słyszała ich rozmowę, gdy ukrywali się w krzakach. Z tego nawet Konkordia by się nie wygadała. Jego rozmyślania przerwał szelest z przodu. Nie byli sami w lesie. Jego czułe uszy wychwyciły cichą rozmowę. Serce elfa zabiło mocniej, czyżby kolejne zagrożenie....
-Shh... - Elf przyłożył palce do ust. - Ktoś jest przed nami. - Wskazał towarzyszce ręką skąd usłyszał dźwięki. - Ukryj się gdzieś sprawdzę to.
Kobieta kiwnęła głową i wzięła od elfa plecak, który jej podał.
-Bądź ostrożny Eleasie - Odszepnęła Shea.
Elf szedł bezszelestnie w stronę zasłyszanych głosów. Deszcz siąpił z nieba przytłumiając dźwięki. Łowca zastanawiał się kogo spotka w lesie. Do Eleasa powoli dotarło, że znał to miejsce, a głosy też były znajome. Oczy elfa rozszerzyły się w zdumieniu, gdy dostrzegł nad mogiłą dwie postacie i... Sarenkę. Przetarł twarz wilgotną od deszczu, jednak dalej miał przed oczami sarnę. Parę dni temu jego dawni towarzysze Alhelm Padelek i Paweł uratowali sarenkę po śmierci jej matki. Łowca nie pojmował czemu próbowali ratować to źrebię. Doradzał im, by skrócili jej męki. Postanowili jednak się nią zająć z jakiegoś nie pojętego dla elfa powodu... A teraz byli tutaj niedaleko wsi Bukovo. Nie mogli dostać się tu tak szybko, przecież nie tak dawno pomogli im uciec od Konkordii. Konkordia! Elf trwożnie rozejrzał się w koło. Co, jeśli ruszała za nimi w pogoń, by znów zniewolić? Rozejrzał się nerwowo po okolicy, ale nigdzie nie dostrzegł tej starej jędzy ani jej wozu. Bez wozu nie zdołała, by pokonać takich odległości nawet leśnym traktem. Czyżby wysłała ich przodem, aby ich dopaść... Raz im pomogli, ale złoto mogło zmienić ich zdanie. To dalej nie wyjaśniło czemu znaleźli się tu tak szybko. Elf przejechał nerwowo po włosach dłonią. Zdał sobie sprawę, że wraz Shae długo kluczyliby zmylić trop. Jeśli ktoś ruszył bezpośrednio na Bukovo bez trudu mógł ich wyprzedzić. Jak mógł o tym nie pomyśleć... Co z zakonnikami udało im się ich ominąć? Eleas wziął dwa głębsze oddechy, by się uspokoić. Z ukrycia obserwował swoich kamratów, może ich poczynania coś zdradzą. Wyglądało na to, że Anhelm odwiedzał grób zamordowanego w tajemniczych okolicznościach towarzysza. Spoglądając na półelfa, który co jakiś czas drapał się po przedramieniu i szeptał coś do siebie, mężczyzna uświadomił sobie, że jego życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni na początku tego roku...
Alhelm i Eleas byli dobrymi znajomymi. Łowca często przeprowadzał karawany, zaś Alhelm robił w obstawie kupców. Tak się poznali, w trakcie wspólnych wędrówek zaprzyjaźnili. Elf nawet wygrał od zbrojnego łuk, który teraz z dumą nosił na plecach - rzadkość w Erxen elidioński łuk kompozytowy. Początek tego roku zapowiadał się jak każdy inny. Eleas przybył do Karlowego Mostu na huczne obchody święta, a także szukając zarobku u kupców. Podobnie było z Anhelmem. W radosnej atmosferze spotkali się podczas święta. Mir tej doniosłej chwili zakłócił atak zbójców na most, chcieli bez płacenia przekroczyć rzekę. Niewiele myśląc dwaj kamraci pognali na most pomóc mieszkańcom. Nim opadła adrenalina napastnicy leżeli martwi u ich stóp. Wydawać się mogło, że na tym całe zajście miało się skończyć, jednak półelf odkrył listy i sygnet rodowy przy jednym ze zbójców. Przestraszeni faktem, że zabili szlachcica zbiegli w las. Z listów wynikało, że szlachcic chciał dostać się niepostrzeżony na drugą stronę rzeki i poinformować o buncie możnowładców, który miał w krótce strawić Erxen. Dziejopisarzom pozostawmy dywagację: czy gdyby list dotarł na czas do wojny nigdy by nie doszło? Wydarzenia na moście miały zmienić żywot Eleasa. Łowca nakłaniał Alhelma, by zniszczyć list i zapomnieć o całej sprawie, ale zaślepiony chciwością półelf chciał ugrać w przyszłości coś na tym. Elf korzystając ze swojej znakomitej znajomości terenu przeprowadził towarzysza do folwarku swojego pana. Tam znaleźli chwilę spokoju. Z polecenia Lolarail’a Variell’a Eleas i Anhelm wraz z przydzieloną do pomocy Shea mieli wyjaśnić przyczyny śmierci drwali. Znalezione ciała sugerowały atak wilków, brakowało też ciała jednego z drwali. W poszukiwaniu weszli w głąb pradawnego lasu. Anhelm okazało się skrywał wiele tajemnic. Mężczyznę często rozmawiał sam ze sobą, nie uszło to uwadze czułych elfich uszu. Półelfa często nawiedzały niepokojące wizje, a zmysły czułe były na magię. Natomiast podczas wspólnej podróży między Elaes a Shea zaczęło rodzić się nieśmiałe uczucie. Łowca, który większość swojego czasu spędzał w lesie, nie radził sobie z nowym nieznanym mu uczuciem. Elf w relacjach damsko-męskich był niesamowicie nieporadny, kontrastowało to z pewnością z jaką poruszał w lesie. Któż wie może to właśnie spodobało się Shea? Któż zrozumie kobietę... Podróżując za magicznym tropem wyczuwanym przez Alhelma dotarli w okolice Bukova. Tam półelf odkrył z przerażeniem ciało dawnego towarzysza. Wisiał na powieszony na drzewie, dokładnie w tym samym na które teraz spoglądał Eleas. Pamiętał jak wspólnie ściągnęli ciało i je pochowali. Szukali rozwiązania zagadki jego śmierci, ale nie znaleźli nic konkretnego. Najwyraźniej Anhelm nie porzucił planów wyjaśnienia tej ponurej śmierci. Wydarzenia nabrały tempa kontynuując śledztwo natrafili na grupę krasnoludzkich bandytów. Wspólnymi siłami rozbili bandycką konfraternię i uwolnili przetrzymywanego przez nich mnicha. Całą czwórką ruszyli na dwór lokalnego szlachcica donieść o rozbiciu bandy krasnoludów. Po drodze dowiedzieli się, że zakonnicy poszukują po lasach straszliwej bestii - krwiożerczego wilka. Na dworze przyjęto ich z honorami i wyprawiono ucztę na cześć zwycięstwa nad bandą, którą nękała okolice od dłuższego czasu i mocno zaszła za skórę swoimi działami panu tych ziem. Anhelm licząc na zarobek powodowany chciwością, mimo odradzania tego przez Eleasa, wyznał co się wydarzyło na moście. Półelf liczył, że członkowie zwaśnionego obozu nagrodzą go za to. Bardzo się mylił... Zabójstwo szlachcica niezależnie co zrobił potraktowano bardzo surowo, na domiar złego jego brat dowodził zakonnikami. Alhelm i Eleas, a także o zgrozo Shea trafili do lochu,w którym tkwił jeszcze jakiś krasnolud. W tedy wydarzyło się coś czego nikt się nie spodziewał. Alhelm powołał się na swoje szlachectwo. Półelf wywodził się ze szlachty gołoty, która nie posiadała wiele więcej niż tytuł. To jednak wystarczyło, by zdołał ugadać sobie wolność, pozostawiając towarzyszy w lochu. Łowca nie potrafił się z tym do końca pogodzić, mimo, że od tamtego czasu wojownik starał się naprawić błąd ze wszystkich sił. Zadra w sercu wciąż piekła za tą zdradę i pozwalała na powrót w pełni zaufać. Kto raz zdradził zdradzi ponownie... Elf zerknął na twarz towarzysza. Czy znów gotów jest ryzykować? Teraz chodziło nie tylko o niego, ale też o Shea... Pobyt w lochu na zawsze zniszczył życie Shea. Po uwolnieniu Alhelma w lochu zjawił się Kovacevic zainteresowany mocno elfką. Eleas nie zamierzał mu na to pozwolić. Wywiązała się bójka, którą elf nawet byłby wstanie wygrać, gdyby nie wmieszali się w to oprychy szlachcica. Łowce dotkliwie pobito, ale dzięki zamieszaniu Kovacevic musiał na razie odpuścić. Szlachcic nie zamierzał jednak rezygnować, wykorzystując swoje wpływy wykradł Shea i wykupił ją od ich pana. Eleas pozbawiony nadziei czekał na wyrok. W tedy po raz pierwszy spotkał Konkordie. Szlachcianka ujęła się za nim w zamian za pomoc, w tedy elf jeszcze sądził, że ma dobre intencję. Przekonała sąd, że zamordowany szlachcic został pozbawiony tytułu za zdradę nim spotkał na moście wojownika i łowcę, dlatego nie mogą być sadzeni za tą zbrodnię. Eleas odpowiedział natomiast za bójkę z Kovacevicem za co skazano go na wybatożenie. Uwolniony elf zaprowadził Konkordie wraz z jej świta do domu jego pana. Po drodze natknął się na bestię, o której było głośno w okolicy. Stwór miał ciało człowieka i głowę psa. Jakież to zdziwienie elfa, gdy przemówił do niego. Okazał się jednym z zaginionych drwali, którego dotknęła straszliwa klątwy i błagał o pomoc. Łowca przekazał wszystko Konkordi ta wykazała duże zainteresowanie przeklętym, zdaje się, że znalazła dla niego miejsce w swoich planach jakie by one nie były. Szlachcianka szybko straciła zainteresowanie Eleasem i Shea pozostawiając ich losy samymi sobie. Sądziła zapewne, że łowca zginie podczas próby ratunku ukochanej...
Tak się jednak nie stało... Losy Anhelma i Eleasa znów się skrzyżowały. Półelf dziwnym trafem dołączył do orszaku Konkordi. Wojownik żałował, że pozostawił elfy w niedoli w lochach. Po gorzkiej rozmowie obiecał pomoc. W tedy też łowca poznał drugiego z mężczyzn, który stał się nieodłącznym towarzyszem półelfa. Wygadany i pełen szalonych pomysłów Paweł, mógł uchodzić za wioskowego głupka. Przyklasnął dla przykładu pomysłowi ojcowania sarence... Jednak sposób wysławiania i wiedze zakresów, o których niewielu ma pojęcie przeczyła pierwszemu wrażeniu. Mężczyzna skrywał wiele sekretów. Jeden poznali w grobowcu, aby otworzyć przejście należało użyć krwi istoty magicznej. W tedy Paweł przeciął swą dłoń a z jego rany wypłynęła... Błękitna krew! Zjawisko nader rzadkie nawet wśród elfów. Krew przesiąknięta magią tak silnie, że stawała się błękitna. Dar, który świadczył, że ktoś jest powołany do wielkości, Wszyscy byli w szoku, że ktoś taki jak Paweł posiada tak niezwykły dar. Sam elf nie wiedział co myśleć o tym mieszańcu, z pewnością nie był człowiekiem ani tym za kogo się podaje... Alhelm jednak za niego ręczył. W trójkę uknuli plan, by oszukać Konkordię. To właśnie Paweł wręczył Eleasowi jedną z mikstur która pomogła uzdrowić Shea, mimo że nie znał ich praktycznie. Sam łowca nie wiedział co sadzić o Pawle miał jednak dług wdzięczności u niego. Teraz zmieszany patrzył na tą dwójkę nie wiedząc co począć. Z jednej strony chciał się ujawnić, podziękować i wyjaśnić wszystkie niesnaski. Z drugiej bał się, że są dalej na usługach Konkordi. Z ich rozmowy nie wynikało nic konkretnego, poza tym, że zmierzali do Bukova. Deszcz się wzmagał. Eleas zmartwił się, że Shea może zmarznąć i poczuć się gorzej. Muszą szybko znaleźć miejsce, gdzie będą mogli spokojnie odpocząć. Zaczął się ostrożnie wycofywać. Najpierw zajmie się ukochaną i na spokojnie przemyśli co dalej.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Eleas odszedł na chwilę od towarzyszy trzymając w ręku zwinięte listy. Wiele się wydarzyło przez ostatnie kilkadziesiąt godzin. Elf musiał uporządkować swoje myśli patrząc na spokojne wody jeziora. Niedawno zakradł się za Pawłem i Anhelmem do wioski, by zbadać czemu ta dwójka tutaj jest. Podążał w ukryciu za Pawłem, gdy się rozdzieli. Pech chciał, że wpadł na cynowe wiadro robiąc sporo hałasu i alarmując wszystkich wokoło. Łowca do taj pory wstydził się tego. Jak ktoś z jego doświadczeniem mógł popełnić taki błąd. Eleas odkąd pamiętał przytrafiały mu się dziwne niewytłumaczalne wypadki. A to cięciwa pękła na łowach.... A to gałąź zatrzeszczała pod nogami, gdy się skradał do zwierzyny... A to drzewo załamało się, gdy się na nie wspinał... Coś co nigdy nie powinno zdarzyć zręcznemu myśliwemu. Jednak się działo... Tym razem wypadek przyniósł coś dobrego – ponowne spotkanie z towarzyszami. Podejrzliwy elf nigdy nie zdecydowałby się na konfrontacje. Jednak, gdy został odkryty nie miał wyboru. Do rozmowy z Pawłem dołączył szybko zaalarmowany Anhelm i wszystko zaczęło się wyjaśniać. Towarzysze byli radzi widząc elfa ponownie. Obawiali się, że już nigdy się nie spotkają po jego ucieczce z ukochaną w las. Zrozumieli, że nie mógł ryzykować spotkania z zakonnikami i nie mieli do niego żadnych pretensji. Alhelm sam zaś przyznał, że sam czuje wyrzuty sumienia po tym jak zostawił dwójkę elfów w lochu na pastwę losu. Powoli przepaść która dzieliła trójkę mężczyzn zaczęła się zasypywać, a dawne więzi zaczęły się odnawiać. Dwójka zdała relacje co się z nimi stało i czemu zawędrowali do Bukova.
Tłumaczyli jak pod wodzą Konkordii odnaleźli jaskinie, w której ukrywał się ranny psiogłów. Ku uldze Eleasa szlachcianka dotrzymała słowa pomogła przeklętej istocie opatrując jej rany. Nim jednak zdecydowali się co czynić dalej pojawili się zakonnicy. Mieli jeden cel dopaść i zgładzić wilkołaka, za którego omylnie brali psiogłowa. Na nic zdały się tłumaczenia Konkordii o naturze klątwy. Zakonnicy byli nieubłagani żądali, bezwzględnego wydania bestii i jej zgładzenia. Eleas słuchał w szoku jak Konkordia wydała rozkaz obrony biednego Hedwyna. Wywiązała się walka, w której drużyna Konkordii odniosła zwycięstwo, a zakonnicy zostali pochwyceni. Kondkordia łudziła się, że zdoła przekonać zakonników do swoich racji, byli na to jednak zbyt uparci. Z mętnych wyjaśnień łowca nie do końca zrozumiał co się stało potem. Ostatecznie zakonnicy zginęli, a szlachcianka uciekła z Psiogłowem. Eleas nie dopytywał o szczegóły... Nawet nie chciał wiedzieć. Elf podejrzewał, że Konkordia chce zwalić winę na Alhelma i Pawła, ale nawet jej ciężko będzie to wyjaśnić, że dała czyny opór zakonnikom. Zbrodnie przeciw świętemu oficjum są surowo karane. Los Hedwyna spoczywał w rękach Konkordii. Co miało się z nimi stać raczyli wiedzieć tylko bogowie... Zaś Anhelm wiedziony przeczuciem i wizjami postawił powrócić do Bukova, by rozwikłać tajemnice sennej wioski na skraju dziczy.
Przewrotny los sprawił, że kompania znów się spotkała, Nie mniej teraz cała czwórka Eleas, Shea, Alhlelm i Paweł byli wyrzutkami będącymi na tym samym wózku. Rozsądnym było połączyć siły, by przetrwać. Jak się okazało wieści nie dotarły jeszcze do odizolowanej wsi jakim jest Bukovo. W czwórkę uradzili, by przyczaić się tu na jakiś czas. Raz Shea potrzebowała wypoczynku w suchym i bezpiecznym miejscu, a dwa Anhelm wciąż chciał rozwikłać tajemnice śmierci towarzysza. Teraz w trójkę przeszukiwali wioskę w poszukiwaniu wskazówek, a Shea bezpiecznie wypoczywała w gościnnej izbie. Poza znalezieniem wozu nalężącym do starej kompanii Alhelma niewiele udało im się ustalić. Mieszkańcy samej wioski coś ukrywali i nie zamierzali dzielić się prawdą.
Eleas westchnął patrząc na spokojną toń. Nie wiedział co czynić ani dokąd iść. Byli banitami... Społecznymi wyrzutkami. Nie chciał takiego życia, ale los zmusił go do obrania tej drogi. Spojrzał na listy, które sam sporządził. Nim uciekł od Konkordii spisał je, by wyjaśnić wszystko swojemu panu i swojej siostrze. Przekazał je Alhelmowi do doręczenia. Nigdy jednak nie trafiły do adresatów przez to co się stało z zakonnikami. Alhelm jedyne co mógł zrobić to zwrócić je towarzyszowi. Łowca patrzył smutnym spojrzeniem na ostatni łącznik z jego dawnym życiem. Obawiał się, że już nigdy nie ujrzy swojej pięknej siostry. Może i lepiej... Essen nie powinna być wiązana z takim bandytom jakim się stał. Miała przed sobą dobrą przyszłość w dworku jako żona zarządcy Tomislava Vedran’a, otoczona swoją nową rodziną. Eleas przeczuwał, że coś było nie tak w rodzinie jego siostry. Nie dawał wiary plotką w jej złe prowadzenie. Ale teraz po tym co się dowiedział sprawie Headwyna, wszystko nabierało sensu. Jego ukochana Elwa posiadała uśpiony dar magii, gdy usłyszała o jego zdradzie z Essen wpadła w gniew. Nie panując nad magią Elwa, przeklęła Headwyna zmieniając go w groteskowego półczłeka półpsa. Cóż za okropny los. Essen nie zdawała sobie sprawy do jakiej tragedii przyłożyła rękę. Eleas ostrzegał ją, że wiązanie się ze śmiertelnym człowiekiem to wielkie ryzyko - “Przeminie nim sama osiągniesz dorosłość”. Młoda butna elfka nie zawierzała słuchać rad brata. Lata mijały, a Tomislav podupadał na zdrowiu jak przewidział Eleas, zaś Essen pozostawała młoda i nieskazitelnie piękna. Widać życie u boku starca było dla niej za mało, zaczęła szukać wrażeń, gdzie indziej. Eleas miał ochotę ją za to zbesztać. Nie dane mu jednak to będzie. Raniła nie tylko Headwyna i jego narzeczoną, ale też swoją rodzinę. Essen jest już dorosłą kobietą, a nie małą dziewczynką, którą musiał chronić. Będzie musiała sama sobie z tym poradzić bez wsparcia brata. Pamiętał jak wiódł ją w nieznane uciekając przed wojną, chroniąc przed trudami świata jak tylko mógł. Może to dlatego, że był nadopiekuńczy.... Przez lata była mu najbliższą osobą. Miał jej tyle do powiedzenia. Swoje przygody i doświadczenia, choć nie był z nich dumny tak należało czynić. Nawet teraz patrząc na nie z perspektywy czasu uczyniłby podobnie. A także o miłości, którą w końcu znalazł w niesprzyjających okolicznościach. Nader wszystko żałował, że nie zdołał się z nią pożegnać. Nawet tym listem.... Łzy popłynęły z oczu elfa.
Elf otarł twarz z łez i zerknął na drugi list ten spisał dla swojego pana Lolaraila Variella. Zawdzięczał mu tak wiele. Przyjął pod swój dach dwoje wojennych sierot nie pytając o nic. Dał im dach i schronienie. Eleas całe życie starał się odpłacać służbą za dobroć. Czuł, że zawiódł. Walka na moście... Sąd za zabiciem szlachcica... Atak na obóz Kovacevica... Wykradnięcie Shea... Za to wszystko będzie zapamiętany jako niewdzięczny sługa, który stał się zwykłym banitom wyjętym spod prawa. W liście wyjawił motywy swojego zachowania, ten jednak nigdy nie dotrze do jego pana. W liście naświetlił bestialstwo ludzi Kovacevica nad Shea i swoje uczucie do niej. Eleas prosił w nim o wybaczenie niegodnych czynów bowiem działał by chronić ukochaną. Wyznał również, że nie był wstanie dokończyć powierzonego zadania odkrycia tajemnicy śmierci drwali. Choć nie dodarł do całej prawdy w liście ujawnił czego dowiedział się o Headwynie obłożonym klątwą i planach Konkordii jej zdjęcia. Na nic słowa zapisane na tym papierze, Eleas zostanie zapamiętany jako zwykły łotr...
Łowca usłyszał za sobą jak towarzysze go nawołują. Złożył listy i schował za pazuchę. Pokręcił głową odganiając złe myśli. Odwrócił się zobaczył machającego Alhelma i stojącego obok Pawła. Pora wracać, dziś i tak już niczego więcej się nie dowiedzą. Shea na niego czeka. Roztrząsanie przeszłości nic nie zmieni. Dokonało się. Jedyne na co mają wpływ to na przyszłość. Razem może uda im się znaleźć jakieś bezpieczne miejsce wolne od trosk...
Pokornie błagam o wybaczenie za swe czyny. Miłości Panie przyjąłeś mnie i mą siostrę, sieroty wojenne pod swój dach. Zamiast okazywać Ci Panie dozgonną wdzięczność przysparzam jeno problemów. Nie mogłem jednak patrzeć bezczynie i być obojętnym na los drogiemu memu sercu Shee. W obozie Kovacevica doznała pohańbienia z rąk tego szubrawca i jego pachołków. Krew we mnie wzburzyła się na widok tych okropności. Wybacz mi Panie, musiałem działać. Jak zbój... banita zakradłem się do obozu tego łotra i siłą wykradłem biedną Shee. Przyniosłem Ci hańbę Panie i otrąciłem twą dobroć. Za co pokornie błagam o wybaczenie. To wszak był jedyny sposób na jej uratowanie. Nie mogąc Ci Panie dalej służyć, niegodny... Udaje się na wygnanie, by moje czyny nie hańbiły twego szlachetnego Imienia.
Zadanie, które mi powierzyłeś Panie... Nie zdołałem w pełni wykonać. Bestia wciąż grasuje po kniei. Wiele jednak udało mi się dowiedzieć o jej naturze. Na wielkie serce Elenie bestią okazał się nie kto inny jak zaginiony drwal Hedwyn. Dotknięty straszliwą klątwą przemieniony został w karykaturalną istotę ni to psa ni człowieka, psogłowem zwaną. Klątwę zaś nieopacznie sprowadziła na niego narzeczona Elwa powodowana gniewem za zdradę. Nie zdołałem mu pomóc Panie ani ukrócić jego mąk. Więcej o samej naturze klątwy wie Pani Konkordia. Twierdzi, że zna sposób na odczynienie uroku. W obecnej sytuacji nie mogę jej wszak w tym pomóc.
Raz jeszcze błagam o wypaczenie mój łaskawy Panie, że za dobroć odpłaciłem się niewdzięcznością.
Obawiam się, że zważywszy na me czyny nie będą mógł nigdy więcej ujrzeć twej pięknej twarzy. Ubolewam nad tym przeogromnie, jednak uczyniłem to co należało. Shee, która skradła me serce trafiła w ręce niegodziwych ludzi. Okropieństw, które uświadczyła nie będę przytaczać, gdyż mogą zbudzić trwogę w tym delikatnym sercu. Nie mogąc znieść widoku tych makabrycznych czynów siłą obiłem ją z rąk oprawców. Moje ręce zbrukała krew, a sam stałem się wygnańcem. Wybacz mi siostro, że nie będą mógł dłużej stać u twego boku i Cię chronić. Wierze jednak za wydoroślałaś i nabrałaś sił od czasu, gdy uciekaliśmy przed wojną. Nie jesteś też sama. Masz kochającą rodzinę, która o Ciebie zadba. Niepokoją mnie rzeczy, o których usłyszałem. Ostrzegałem Cię, że związek z człowiek nie będzie łatwy zważywszy na ich krótkie żywota. Dopuszczając się zdrady ranisz nie tylko swego męża, ale też narzeczoną kochanka. Nie pochwalam drogi jaką obrałaś. Biedny Hedwyn został obłożony straszną klątwą i teraz błąka się po lasach przemieniony w bestię. Klątwa zaś ma być karą za jego występki. Mam nadzieję, że wyciągniesz wnioski z tej smutnej historii i będziesz postępować właściwie. Bywaj w zdrowiu najdroższa siostro.
Twój kochający brat
Eleas Empuse
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2023-06-08, 18:06, w całości zmieniany 2 razy
Wspomnienia Eleasa
część III
Tajemnice Wiecznego Lasu
Trójką mężczyzn powracała do domu sołtysa. Przeszukanie okolic wioski i jeziora niewiele się zdało. Grupa nie natrafiła na nic co pomogłoby rozwikłać tajemnice zniknięcia karawany. Alhelm znów wyczuwał magiczną aurę otulającą senne Bukovo. Eleas chciał jak najszybciej zobaczyć się z Shea, która wypoczywała w chacie sołtysa nabierając sił. Widok jaki przywitał ich w głównej izbie chaty, był pierwszym zaskoczeniem tego dnia. She siedziała przy stole z przystojnym mężczyzną. Ręka łowcy powędrowała w stronę rękojeści miecza, nie był pewny tego czego się spodziewać. Alhelm zrobił wielkie oczy ze zdumienia, zupełnie jakby zobaczył ducha:
- Bradan?! Krucze Oczko!!!
Wykrzyczał w szoku i pochwycił tajemniczą osobę w przyjacielski ucisk. Jak się okazało mężczyzna był członkiem zaginionej karawany i dobrym znajomym Alhelma. Po krótkiej wymienia uprzejmości wszyscy zasiedli przy stole. Półelf od razu zarzucił gradem pytań dawnego kompana. Jego historia zmroziła serca zebranych. Bradan przyznał się do zabicia Wasko. Alhelm był wściekły, czynił wyrzuty Bradanowi niedowierzając, że był wstanie zabić towarzysza, którego jeszcze śmiał nazywać przyjacielem. Powodem zaś była chęć Wasko do zdradzenia sprawy, której strzegł Bradan. Eleas szokowany przysłuchiwał się ostrej wymiennie zdań. Jakaż to sprawa mogła pchnąć kogoś do zabicia towarzysza ba przyjaciela, jeśli wierzyć jego słowom... Elf zerknął na ukochaną. Dla niej mógł to zrobić... Nie zrobił to! Z miłości przelał krew dla ratowania swojej umiłowanej. Porzucił też towarzyszy i dawne życie.... Jak daleko można się posunąć, by chronić to co w sercu bliskie... Gdzie jest granica...
- Dosyć! - Bradan przerwał tyradę Alhelma i rozmyślania Eleasa. - Nasze spotkanie nie jest przypadkowe... Muszę się upewnić, czy jesteście tymi na których czekam... - Mężczyzna zabrzmiał bardzo tajemniczo, jego rozmówcy zdawali się być zbici z tropu. - Czy macie krew na rękach?
W sali zapadła cisza. Szokowani mężczyźni z bledli i spojrzeli po sobie. Eleasowi wydawało się, że Bradan znał odpowiedź nim jeszcze zadał pytanie. Ciarki przeszły elfowi po plecach. W zapomnianej wiosce pośrodku głuszy nieznajomy wypytuje ich o rzeczy, które ciążą im na sumieniach. Napięcie czuć było w powietrzu. W końcu przytaknęli jak na spowiedzi, zrzucając ciężar z serc.
-Czy żałujecie?
Serce Eleasa zabiło mocnej z nerwów i szoku, nie rozumiał słów wypowiadanych przez towarzyszy tłumaczących swoje motywy. W głowie elfa kołatało się wiele myśli i emocji. Poczuł jak Shea złapała go za rękę. Zacisnął rękę na jej, poczuł na sercu ciepło i determinacje. Przy niej zyskał pewności. Odparł z drżącym głosem.
-Zabiłem w swojej obronie i …. Obronie ukochanej. Nie jestem z tego dumny... Nie widziałem innej drogi... Jeśli miałbym to zrobić jeszcze raz... Nie zawaham się... Zrobię co w mojej mocy, by chronić Shea...
-Czy wasz ojciec był dobry?
Kolejne pytanie zaskakujące pytanie. Sądząc po minach Alhelma i Pawła nie do końca byli. Eleas na chwilę się wyłączył nie słysząc odpowiedzi towarzyszy sięgając pamięcią do młodzieńczych lat. Pamiętał tylko mgliste strzępy. Migawki z bardzo odległego życia. Wielkie miasto... Twarze ojca i matki... Uśmiechniętą siostrę... Krzyki... Rżenie koni... Niebo spowite dymem... Matka karzącą im uciekać... Złapał siostrę za rękę i wbiegł z nią do lasu... Ostatnia rzecz jaką pamiętał o rodzicach...
- Nie pamiętam go zbyt dobrze... Hordy strażnika zaatakowały, gdy byliśmy dziećmi... Ja i moja siostra... Musieliśmy uciekać... Ledwo pamiętam twarz ojca...
Elf zamilkł Shea położyła mu rękę na ramieniu do dodania otuchy.
-Dobrze... - Mruknął pod nosem Bradan zamyśliwszy się nad ich odpowiedziami. - Życie nie kończy się na Erx... A w zasadzie kończy się i zaczyna coś więcej... - Odparł tajemniczo. - By poznać prawdę musicie być gotowi oddać to co dla was ważne?
Elf spojrzał na ukochaną. Nie nigdy tego nie zrobi... Poświecił dla niej zbyt wiele. Był gotów oddać dla niej żyje. Nigdy się jej nie wyrzeknie. Była dla niego całym światem. Nie potrafił już sobie wyobrazić życia bez niej. Łowca gorączko myślał co może oddać. Elfka szepnęła mu do ucha:
-Spróbujmy Eleasie... Tu w sercu lasu moglibyśmy wieść w końcu spokojne życie...
Kiwnął jej głową. Sam miał podobne odczucia. Niemieli, dokąd iść, może tu znajda schronienie i spokój. Tylko co miał oddać. Myślał intensywnie, w końcu przyszło mu coś do głowy. Ściągnął z szyi naszyjnik z oprawionym okiem żmija. Bestii, która strzegła grobowca i razem z towarzyszami zdołali ubić w ciężkim boju. Przekazał ją Bradanowi.
-Oko żmija moje najcenniejsze trofeum. Jest wiele warte... Jako trofeum czy magiczny komponent...
-Okazała zdobycz... - Bradan uważnie przyjrzał się oku przysuwając je do twarzy. - Czy jednak naprawdę tyle znaczy? Czy warte jest poznania sekretu lasu? - Mężczyzna mówił tak jakby przejrzał elfa. Istotnie dla elfa niewiele ponad trofeum znaczyła ta zdobycz. - To zbyt mało... Twój łuk?
-Co?
Odparł zaskoczony elf. Kompozytowy łuk zdobyty podczas w gry kości z Alhelmem służył mu wiernie od lat. Z jego pomocą ustrzelił sporą liczbę zwierzyny, ba nawet samego żmija, a nawet przyczynił się do oswobodzenia Shea. Był arcydziełem łuczarstwa i przedłużeniem ręki łowcy.
-Twój łuk.
-Mój łuk... Bez niego nie będę mógł być łowcą... Nie będę mógł sprawnie polować w lesie...
-Czyż nie jest to odpowiednia cena?
Eleas wahał się przez chwilę. Decyzja była naprawdę trudna ściagnął łuk z placów przyglądając się mu i warząc w dłoni. W końcu podał go Bradanowi. Jeśli to miała być cena za spokojny żywot był gotów ją zapłacić.
-Niech będzie.
Bradan uśmiechnął się szelmowsko i zerknął na pozostałą dwójkę. Paweł i Alhelm długo się na uradzali. Ich dyskusja była zażarta w końcu zdecydowali się oddać swoją ukochaną sarenkę. Eleas nie do końca dowierzał, że byli gotowi to zrobić ani tym bardziej w to, że tajemniczy mężczyzna ją przyjął. Bradan skinął głową i wstał pozostawiając zapłatę w chatce, poprowadził wszystkich w głąb lasu.
***
Eleas starał się zapamiętac drogę. Kierowali się na zachód od Bukova. Łowca bardzo słabo znał ten cześć lasu. Wśród całej grupy dało się wyczuć niepewność. Podczas wędrówki Alhelm zakołysał się i upadł na kolano. Oczy wywinęły się mu się do góry. Dziwne napady półelfa były coraz częstsze. Jak odzyskał świadomość mówił coś o mówiącym płomieniu i nadchodzących zakonnikach. Eleas zaniepokoił się tym dość mocno nie pierwszy raz majaki Alhelma się sprawdzały. Jeśli zakonnicy są w lesie muszą mieć się na baczności. W końcu dotarli do ogromnego płaskowyżu, a przed nimi rozpościerała się lita skała porośnięta bluszczem. Łowca mimo doskonałej znajomości lasu nigdy nie słyszał o płaskowyżu. Jednocześnie go to fascynowało i niepokoiło. Bradan powiedział, że to czego szukają jest na górze wystarczy tylko wspiąć i zaufać lasowi. Pierwszy zaczął wspinaczkę Alhelm, gdy był niemal u szczytu ręka mu się zsunęła. Eleas mógł przysiąść, że towarzyszowi gałąź owinęła się mu wokół nadgarstka nie pozwalając spaść. Elf przetarł oczy ze zdumienia. Ten dzień był pewny dziwów. W końcu osiągnął szczyt machając do nich z góry. Elf zdecydował, że będzie następny. Szacował, że czeka go dwadzieścia metrów mozolnej wspinaczki w spinaczki. To nie był ławy odcinek, mężczyźnie parę razy noga się osunęła, ale zawsze znajdował jakąś winorośl czy korzeń, która zatrzymywała nogę. Eleas czuł, że nie było to naturalne. W sercu lasu leżało coś niezwykłego. Na szczycie wdzięcznością przyjął rękę towarzysza. Ujrzał karłowaty las wyrastający na górze płaskowyżu, a w jego sercu majestatyczne drzewo górujące nad innymi. W całym swoim życiu nie widział czegoś tak pięknego i niesamowitego. Będąc pod wrażeniem tego drzewa wezwał pod nosem imię bogini lasu. Za nim wspięła się Shea, dzięki elfiej zręczności raziła sobie całkiem nieźle. Obserwując ją z niepokojem łowca dostrzegł przesuwające się listowie i korzenie pomagające jej. Nie wierzył własnym oczom. Przy górnej krawędzi pomogli jej z Alhelmem wejść. Na końcu wspiął się Paweł. Z nich wszystkich był najmniej wysportowany. Ewidentnie pomagała mu tajemnicza siła. Korzenie i listowie bluszczu zapobiegały niebezpiecznemu upadkowi. Nikt nie miał wątpliwości w to co ujrzał, pnącza naprawdę pomagały w wspinaczce. Alhelm i Eleas złapali Pawła i wciągneli go na górę.
Zebrawszy się, ruszyli w głąb zagajnika. Drogę zagroził im stary człowiek w skromnych szatach. Miał siwą brodę do pasa, a oczy pokryte bielmem zapewne nic nie widział. Uśmiechnął się do nich.
- Tak jak zostało powiedziane. - Rzekł spokojnym głosem. - Jestem Vatrosław guślarz... Opiekuje się tym miejscem. Chodźcie ze mną. Znajdziecie odpowiedzi na nurtujące wasze serca pytania.
Posłusznie ruszyli za starcem w głąb zagajnika, przytłoczeni atmosferą tego niezwykłego miejsca. Powiódł ich do serca płaskowyżu, gdzie dumnie rosło największe drzewo jakie kiedykolwiek widzieli. U jego stóp medytował siedząc ze skrzyżowanymi nogami elf... Jednak nie elf leśny jak Eleas czy Shea, ale krwawy. Łowca słyszał opowieści elfach obłożonych klątwą, która sprawiała, że ich cera była koloru krwi, a z ciał, jeśli wierzyć plotką mogły wysuwać się mordercze kolce. Mężczyzna miał długie włosy upięte w kucyk, a na prawym policzku miał dziwna bliznę przypominającą siatkę. Pierwszy odezwał się Paweł, który odzyskał animusz pytając się kim jest nieznajomy.
- Mam wiele imion. Zwą mnie Loegaire Leśny płomień...
Krwawy elf przemówił, a serce Eleasa zabiło mocniej czy nie o tym mówił Alhelm w swoich wizjach - przemawiającym płomieniu.
-Zwą mnie również Ukąszonym przez chmury – Krwawy elf dotknął policzka. - Pamiątka po żmiju...
“Niezwykły zbieg okoliczności” - Pomyślał Eleas wspominając bestie z grobowca. Wężowatą istotę zdolną unosić się w powietrzu i bez trudu zabić dorosłego człowieka. Żmij był szybki i bardzo zajadły, ledwo dali radę mu grupą. Elf nabrał respektu dla Loegaira, skoro zdołał przetrwać spotkanie z taką bestią musiał być wprawnym wojem.
- Można mnie określić mianem druida. Chodź sam wolę określenie żerca. Usiądźcie... - Posłuchali go siadając przed nim w cieniu wielkiego drzewa. - Drzewo zesłało mi wizję trzech synów chciwca... - Jego spojrzenie padło na Alhelma. - ...Zdrajcy... - Zerknął po kompletnie zaskoczonym Eleasie. - ...i okrutnika... - Przyjrzał się skonfundowanemu Pawłowi. - Dwójka elfinów i elf, którego ojciec nie jest elfem. Przelali krew z miłości, szaleństwa i strachu... Mają w sobie zarówno dobro jak i zło, nie są jednak neutralni. Dokonają ważnych rzeczy... Przy barwach szarych, brązowych i czerwonych... - Skierował spojrzenie na Shea. - Ujrzałem też jaskółkę, która spadała co raz niżej i niże w las... Niemal się rozbiła, ale znów wzniosła się do nieba. A jej cień wzrósł i obtoczył ochroną las.
Zapadła cisza pełna konfuzji i niedowierzania. Spojrzeli po sobie nie wiedząc co powiedzieć. W jednej chwili dziwne pytania Bradana nabrały sensu. Elfa chyba najmocniej uderzyły słowa żercy, z tego co pamiętał jego ojcem był zwykły elf. Na pewno nie był zdrajcą... “To niedorzeczne” - pomyślał. Choć druga część przepowiedni... Powziął z Shea decyzje, by przyjąć w ukryciu zmienić imiona na elfickie odpowiedniki jaskółki i cienia. Do wszystko zaczęło przerastać skołowanego elfa.
Alhelm jako pierwszy przyznał, że jego ojciec ponad wszelką wątpliwość kochał złoto i był nader pazerny. Paweł zbaraniał się z przyznaniem, że jego ojciec był okrutnikiem. Jednakże wyznał, że naprawdę nazywa się Folteist D’Augumny i ukrywa swoją prawdziwą tożsamość ze strachu przed oskarżeniami o czary, a jego ojciec jest potężnym czarnoksiężnikiem o niezbyt dobrej reputacji. Mimo wszystko nie uważał go za okrutnika. Kolejna szokująca tajemnica tego dnia, choć pochodzenie Pawła czy też Folteista wiele wyjaśniało. Najdłużej milczał szokowany i pobladły Eleas.
-To nie prawda! Mój ojciec był najprawdziwszym elfem. Ja takim go pamiętam.... - Złapał się za głowę przeczesując włosy nerwowo, Shea przytuliła go dodając otuchy. - Nie wierze, że kogokolwiek zdradził!
-Twój szok nie jest zaskoczeniem... Drzewo życia się nie myli. Też jestem elfem i nie do końca nim jestem. Krwawe elfy powstają wyniku prastarego rytuału. Ból wypełnia żyły i pozbawia emocji. Podczas inwazji Strażnika wielu elfów podało się rytuałowi, by uniknąć wzroku nieprzyjaciela. Jednak przez wielu ten rytuał uważany jest za akt zdrady. Sam przeszedłem przemianę jeszcze nim nadeszły mroczne siły.
-Nie wierze... Nie morze być - Eleas zerknął na swoje ręce nie pojmując już kim naprawdę jest.
-Czas przyniesie odpowiedzi.
Łowca starał się uspokoić i uporządkować myśli, które teraz gnały w jego głowie. Naprawdę miał być synem zdrajcy... Nie pojmował tego... Ten cały pech, który go dotykał i dziwne zdarzenia. Czyżby kara boska za grzechy ojca...
Tymczasem Alhelm i Paweł wypytali druida o tajemniczy grobowiec. Opowiedzieli o dziwnych pułapkach, żmiju chroniącym skarbów i w końcu o duchu króla, który w zamian za obietnice pomocy zaoferował swe skarby. W tedy jedynie Eleas z całej grupy odmówił pomocy duchowi, gdyż zszedł do grobowca w poszukiwaniu leku dla ukochanej nie bogactw i sławy. Żerca bardzo się zmartwił rozpoznał ducha jako Belisława Silnego. Dawno temu siłą i podstępem zdobył władze, jednak będąc człowiekiem bał się śmierci i pragnął nieśmiertelności. Loreigare odmówił przyznanie jej mu. Belisław zagroził zniszczeniem drzewa życia. Drzewa życia pozwalają elfom osiągnąć nieśmiertelność, jednak wypaczona przez patriarchów wiara doprowadziła do przekonania, że tylko bóg może być nieśmiertelny. To przekonanie doprowadziło do zniszczenia większości drzew życia Erx. Krwawy elf zdołał jednak ostatecznie oszukać okrutnego króla i w końcu spełnić jego prośbę w pokątny sposób - wiążąc jego ducha na stałe w świecie materialnym i nie pozwalając mu prawdziwie umrzeć. Teraz duch Belisława zrobi wszystko być wolnym. Następnie żerca obejrzał przekazane skarby i artefakty, chwilę medytował pogrążony w transie. Stwierdził, że złoto obciążone jest złowrogą klątwą ktokolwiek się nim posłuży czeka nieszczęście. To musiał być jeden z postępów króla. Łuk i sztylet nie były obciążone klątwą jednak były magicznie wzmocnione, by nieść śmierć po cicho. Mimo zapewnień druida, że łuk jest bezpieczny dla użytkownika Eleas po raz kolejny odmówił konsekwentnie przyjęcia skarbu. Niechciał przyjmować zobowiązania od ducha i zmartwił się tym w co wplątali się towarzysze. Od początku miał złe przeczucia o do zjawy z grobowca...
Kolejną sprawę jaką poruszyli była śmierć drwali i prastara istota zwana gajowym. Żerca potwierdził jej istnienie. Gajowy czy też leszy jest awatarem Asteriona i chroni las. Drwale nie oddali należytego szacunku wielkiemu lasowi za co leszy ich pokarał. Elas musiał przyznać, że stare zwyczaje powoli przemijały w jego rodzinnej wiosce i faktycznie mogli nie dochować odpowiednich rytuałów. Co za tragedia dałoby się jej uniknąć szanując tradycje. W końcu rozwikłał tajemniczą zbrodnię, jednak jak na ironie nie miał, jak ostrzec swojego pana, by w przyszłości uniknął gniewu leszego.
-Teraz jak już odpowiedziałem na wasze palące pytania. Może zdecydować, czy chcecie dołączyć do naszej społeczności. Drzewo was wskazało. - Wyciągnął srebrzystą gałąź. - Przyłóżcie gałąź z drzewa życia do serca i przysięgnijcie nigdy nie rozpowiadać o tym miejscu.
Eleas spojrzał na Shea. Uśmiechnęła się do niego kiwając głową. To niezwykłe miejsce było dla nich szansą na normalne życie, poza płaskowyżem byli skazani na wieczną tułaczkę i banicje. Tu mogli mieć szansę na nowy dom. Zerknął na Pawła i Alhelma, niecodzienni towarzysze również wyglądali na przekonanych. Cała czwórka złożyła przysięgę w obecności żercy w cieniu drzewa życia.
-Dokonało się. Idźcie poznać resztę naszej społeczności. Przed jednym was musze przestrzec. Nie jedźcie owoców z drzewa życia.
Tak o to drużyna poznała wiele tajemnic i dowiedziała się sporo o sobie nawzajem. Jedne pytania znalazły odpowiedź, ale w ich miejsce pojawiały się kolejne. Las skrywał jeszcze wiele tajemnic...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
W porównaniu z ostatnimi dniami, życie na płaskowyżu było spokojną sielanką. Na chwilę uciekły, gdzieś troski. Mieszkańcy płaskowyżu stanowili ciekawą mieszankę poza poznanymi wcześniej krwawym elfem Loegaire, starym człowiekiem guślarzem Vatrosławem oraz elfem Bradanem “Krucze Oczko” swoje miejsce znaleźli tu również: elfi rycerz Finbarr Tintreach, który ongiś chciał podbić te ziemię dla siebie jednak usłyszał zew lasu i ze zdobywcy stał się obrońcą, elfka Sorcha zwana “Słonecznym Blaskiem” o jasnych jak śnieg włosach pamiętająca jak się zarzekała prawdziwe elfy sprzed karczowania Drzew Życia, Naomhan młodziutki elf potomek Finabrda i Sorchy, a także czarnowłosa Fionnghuala znana pod mianem “Biegnącej przez śmierć” przez to co przeszła. Mieszkańcy powitali życzliwie wygnańców, pokazując im ich nowy dom.
W końcu nadszedł czas do pełnego przyłączenia się do wspólnoty. Cała czwórka została zabrana na jezioro, gdzie mieli oczyścić swój umysł i ciało. Niepewność i zdenerwowanie pomagała oddalić Elesowi Shea. Elfka choć słaba na płaskowyżu wyraźnie odzyskiwała siłę. Razem byli wstanie zmierzyć się ze wszystkim. Chłodna woda jeziora wprawiała nagie ciała w drżenie. Czwórka towarzyszy stała przy sobie jak po narodzinach, nie było miejsca by coś skryć. Shea odczuwała zakłopotanie przy innych mężczyznach, ale obecność ukochanego pokrzepiała ją. Niepokojące były liczne ślady cięć na ciele Anhelma, choć największe wrażenie wprawiał widok oberżniętych jąder. Półelf musiał wiele przeżyć, może to sprowadziło go w objęcia szaleństwa. Niejeden raz łowca dostrzegał jak jego kompan ukradkiem rozmawia sam ze sobą, kaleczy się i doznaje dziwnych wizji. Eleas nie wiedział nawet jak mógłby pomóc towarzyszowi. Elf wiele zawdzięczał Anhelmowi i nie ważne co chciał go wspierać.
Po oczyszczeniu zaprowadzono całą czwórkę przed wielkie drzewo, przy którym czekał Leśny Płomień i pozostali mieszkańcy. Tułacze stali nago nie mogąc nic ukryć przed zebranymi. Krwawy elf trzymał w dłoni rytualny nóż, przekazał go nowo przyjętym, nakazał naciąć dłoń i krwią nasycić korzenie drzewa życia. Towarzyszyć temu miały słowa przysięgi: „Wyrzekamy się fałszywych proroków i dusze swą oddajemy drzewu”. Każdy z czwórki przelał swą krew i wypowiedział przysięgę. Jak tylko krew zrosiła wiekowe korzenie drzew życia, owoc na jej gałęzi dojrzał i opadł na ziemię. Stało się tak czterokrotnie jak czterech było przysięgających. Loegaire zachęcił neofitów do skosztowania owoców. Uczynili, jak przykazał. Z każdym kęsem czuli słodycz i wielką moc wypełniającą ich. Czuli niedający się opisać puls lasu. Puls życia… Zakręciło im się w głowie, opadli na trawę u stóp drzewa życia, a ich umysły wędrowały poprzez korzenie aż do koron drzew Wiecznego Lasu.
Stali się jednością z lasem. Czuli rytm życia. Wszelkie żywe stworzenie… Każde źdźbło trawy… Każde wiekowe drzewo… Wszechogarniające uczucie spokoju i harmonii. Byli lasem, a las był nimi. Czuli się zdolni do wszystkiego. Spokój został nagle przerwany przez ujadanie psów i szczęk stali. Do lasu wkroczyli zakonnicy noszący na opończach asterioński krąg, zbrojni w topory i pochodnie, gotowi zniszczyć i spalić do czego nie rozumieją i nie pojmują. Las należało bronić! Na ich znak korzenie i gałęzie oplątywały członki zakonników, krępując ich ruchy. Na ich wezwanie ziemia rozstępowała się przed zakonnikami, pochłaniając ich. Na ich rozkaz watahy wilków rzucały się na zakonników, rozszarpując ich. Na ich polecenie stada ptaków chmarami dziobały po twarzy zakonników i pazurami wydłubywały im oczy. W końcu stało się coś niepojętego… Spośród nieprzeniknionego lasu wynurzył się wóz Konkordi zaprzęgnięty w straszliwe ogary. Z wozu wyskoczyła sama Konkordia rodem z koszmaru. Ciało miała dziwne powyginane, ręce zaopatrzone w długie szpony, a szczękę pełną ostrych jak brzytwy kłów. Konkordia albo raczej coś co za nią uchodziło rzuciło się na zakonników, rozrywając pazurami i przegryzając gardła. Krew wsiąkała obficie w ziemie Wielkiego Lasu. Świat znów zawirował.
Eleas ocknął się na polanie na terenie zupełnie innego lasu. Pamiętał, że kiedyś już tu był… Czuł się znów dzieckiem, tulił do siebie przerażoną siostrę, która jeszcze była oseskiem. Był skołowany, w okuł dostrzegał elfy w czarnych szatach. Nie były to zwyczajne elfy, wielu z nich miało czerwony odcień skóry. Elfowie tworzyli krąg kiwając się nienaturalnie na boki mamrocząc nieznane mu słowa. Pośrodku zgromadzenia dostrzegł swojego ojca i matkę. Widział, jak krzyczą i wiją się z bólu. Ich skóra zaczęła nabierać karmazynowego koloru, a w różnych miejscach na ciele przebijały się ostre kostne wypustki. Eleas był przerażony, jeszcze nigdy się tak nie bał, obserwując straszliwą przemianę rodziców. Z całych sił tulił siostrę zasłaniając jej oczy. Po wszystkim odmieniony ojciec złapał młodego elfa za rękę, a upiorna matka złapała przerażoną Essen, tuląc ją do siebie. Ojciec ciągnął Eleasa na środek zgromadzenia, rzucając do niego „Robimy to dla was”. Chłopak został wypchnięty na środek, ktoś przekuł mu dłoń czymś ostrym. Eleas poczuł fale bólu przeszywającego całe jego ciało. Elfowie wokół niego wili się w groteskowym tańcu, któremu towarzyszył jeszcze dziwaczniejszy zaśpiew. Nagle usłyszał z oddali tętent kopyt i krzyki. Krwawe elfy przerwały swój rytuał, gdy grupa jeźdźców wpadła między nich tnąc mieczami na lewo i prawo. Zapanował chaos. Wszechogarniający ból ustał nagle i chłopiec z przerażeniem obserwował co się dzieje. Dziwne znajoma krwawa elfka z nienawiścią na twarzy przywoływała ogień w dłoniach, broniąc się. Za jeźdźcami wbiegł czarnowłosy elf trzymający się za głowę z grymasem niemego przerażenia na twarzy. Wydawał się również znajomy. Matka znalazła Eleasa, podała mu płaczącą i przerażoną siostrę. „Dbaj o nią!” - Przykazała. – „Biegnijcie nie oglądajcie się za siebie!”. Eleas niewiele myśląc złapał siostrę i biegł. Biegł, ile miał siły w nogach, nie patrząc wstecz. Biegł, dopadł do lasu. Biegł dalej, aż zostawił za sobą krzyki. Biegł i biegł, aż padł z wycieńczenia…
Eleas obudził się z krzykiem cały zlany potem, obok wtulała się w niego zmartwiona Shea. Po zakończeniu rytuału mieszkańcy płaskowyżu przenieśli pogrążonych w sennych marach neofitów do chat. Elf wyciągnął swoją dłoń przed siebie i spojrzał na nią. Drzewo życia przywróciło Eleasowi wyparte z podświadomości wspomnienia. Słowa Leśnego Płomienia nabierały sensu. Jego rodzice zdradzili! Brali udział w mrocznym rytuale. Byli leśnymi elfami, ale stali się czymś innym… Krwawym elfem… Eleas zaczynał wątpić czy sam jest jeszcze leśnym elfem… Rytuał rozpoczęto na nim! Mężczyzna był skołowany. Cały świat jaki znał wywrócił się do góry nogami. Z tego co pamiętał, nie zdążyli nic zrobić Essen. Jego siostra po prostu była przerażona, jak i on sam. Samemu było trudno mu pojąć co się tam działo, a był starszy od siostry. To musiało być jeszcze straszniejsze dla niej. Nie rozumiał czemu rodzice poważyli się na coś tak makabrycznego. Pamiętał przejmujący ból pod skórą, a przecież rytuał nie dobiegł końca. Jakie katusze przeżywali jego rodzice, gdy kolce przebiły skórę? Eleas nie potrafił sobie tego wyobrazić. W głowie miał słowa ojca, w których przebijała się troska - „Robimy to dla was”. Czemu miał służyć ten okropny czyn? Nic z tego nie rozumiał… Obecność ukochanej pomogła mu sobie z tym poradzić. Wyznał jej to co widział. Shea nie ważne jaka była jego przeszłość kochała go prawdziwie i wspierała. Zmartwiona elfka poradziła mu, by pomówił z Leśnym Płomieniem, wszak też jest krwawym elfem. Tak też uczynił.
Loegaire jak zwykł czynić, medytował w cieniu drzewa życia. Zmieszany Eleas opowiedział mu o wizjach jakich doznał od owoców drzewa życia. Leśny Płomień nie był zaskoczony. Było tak jak Żerca podejrzewał, rodzice Eleasa przemienili się by uniknąć zainteresowania sług Strażnika. Cena była jednak ogromna, krwawy elf nieustanie czuje ból i cierpienie z powodu tworzących się ciele kolców. Ciągły ból wpływa na psychikę elfów i wielu z nich traci zdolność do odczuwania uczuć. Leśnego Płomienia zaskoczyła niepełna przemiana jaką przeszedł Eleas. Niedokończony rytuał mocno zafrasował Żerce. Eleas zmierzył się, że przez całe życie miał wrażenie, że ciąży na nim fatum. Objawiało się to na wiele sposobów. Przy skradaniu wdepnął na suchą gałąź… To cięciwa łuku pękała przy naciągu… Wiatr nagle zmieniał kierunek przy podchodzeniu do zwierzyny… Ciężko zliczyć i opisać wszystkie nieprawdopodobne przypadki, jakie nigdy nie powinny zdarzyć się wprawnemu łowcy. Leśny Płomień przyznał, że niedokończona rytuał może sprowadzać nieszczęścia na elfa. Na domiar złego, jeśli czegoś się z tym nie zrobi to klątwa się nasili, mogąc doprowadzić do szaleństwa, a nawet śmierci. Według Loegaire rytuał należało dokończyć… Albo odwrócić, jeśli to było w ogóle możliwe. Nawet Żerca nie posiadał takiej wiedzy. Eleas nie chciał dokończyć przemiany. Bał się, że utraci najcenniejszą dla niego więź – miłość do Shea. Uczucie, dla którego poświęcił wszystko co miał i kim był. Nie mógł tego odrzucić ani stracić… Elf wierzył, że istnieje inny sposób. Loegaire podejrzewał, że pośród uczonych w magii lub starych księgach, można odnaleźć odpowiedzi. Zdeterminowany Eleas postanowił znaleźć sposób, by zdjąć z siebie klątwę, by móc zmartwień Shea.
Jeszcze bardziej zmartwiony Eleas powrócił do ukochanej, wyjawiając jej czego się dowiedział. Mimo ciążącej na ukochanym klątwie Shea nie zmieniła swojego postanowienia, pragnąc przy nim być na dobre czy złe. Los połączył parę elfów silną więzią, której nawet największe przeciwności nie mogły przerwać. We dwoje podjęli trudną decyzję, na kolejną rozłąką. Shea wciąż była zbyt słaba, by towarzyszyć w tak trudnej misji ukochanemu. Sam Eleas nie wiedział, gdzie zacząć poszukiwania. Elf był świadomość, że pozostawia ukochaną w bezpiecznym miejscu i mógł się w pełni skupić na zadaniu. Pozostało mu jedynie rozmówić się z towarzyszami. Długo się wahał, czy podzielić się prawdą o sobie. W końcu uznał, że zbyt wiele razem przeżyli i jeśli mają działać razem musi być wobec nich szczery. Nie zważając jaka by nie była prawda. Towarzysze wsłuchali go ze spokojem i zaoferowali pomoc. Elf martwił się na zapas. Ta niezwykłą kompania nie odrzucała nikogo. Drzewo życia każdemu z nich dało wizję. Anhelm widział księgę, od której dotknięcia zaczęły się jego wieszcze przepowiednie. Paweł widział, że jego ojciec ma poważane kłopoty. Razem przyrzekli pomóc sobie nawzajem. Uradzili, by sprawdzić co się dzieje z ojcem Pawła i być może dowiedzieć się od niego o księdze i rytuale, wszak ojciec Pawła jest potężnym czarnoksiężnikiem. Nim zebrali się do drogi, Leśny Płomień podzielił się z nimi wizją jaką zesłało mu drzewo życia. Żerca widział trzy rzeki o barwie szarej, brązowej i czerwonej. Mędrzec przestrzegał, że czerwona rzeka to zły omen i nie można dopuścić, by wezbrana rozlała się wszędzie. Wyposażeni w nową wiedzę i cele, zjednoczeni choć tak różni, przytłoczeni ciężarem swoich wizji, opuścili płaskowyż po pożegnaniu z jego mieszkańcami. Najdłużej żegnali się kochankowie niepewni, kiedy znów los połączy ich ścieżki.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum