Dzień Ojca, 4 dzień lata 1976 roku Ery Upadku Svirtbēṯ lub dla tutejszych mieszkańców Srogotów 4 dzień lata 54 roku erilara Krawojatka był słonecznym dniem. Rano Medara Bombursdatter, konkubina Grommila „Krawojatka” wraz z małymi córkami Reni i Teni wyszły na południowe hale, rozciągające się od Srogotów do Kozich Wierchów, aby doglądać należących do jej konkubenta i ojca jej córek owiec. Był to w istocie pretekst, gdyż matce chodziło o zażycie przez córki słońca, aby gładziło ich buzie i aby piękniały w jego blasku. Kiedyś wszak przyjdzie taki dzień, gdy uroda może przesądzić o tym, czy ktoś się w nich zakocha, a jak będzie to ktoś majętny, to erilar będzie mógł zdobyć znaczącego sojusznika. Medara dobrze rozumiała te kwestie i dobrze dbała o tę inwestycję swego konkubenta, chociaż nie była to jedyna inwestycja, której aktualnie doglądała. O tej drugiej sam Krwawojatek jeszcze nie wiedział i jeszcze przez kilka tygodni nie miał szansy się dowiedzieć. Medara 51 dnia wiosny, czyli w Dniu Hvitliv gościła w swym łożu perfumowanego piwem Krwawojatka, który zdradzał ekscytację jeszcze przed odsłonięciem jej rodnego łona. Ktoś został poczęty tamtej nocy, dzień po tym jak do Srogotów przybyła podejrzana „ludzianka”. Dziś Medara nie myślała jednak o wyprawie „ludzianki”, która wyruszyła ze Srogotów dwadzieścia dni temu, pościgu pierwszego syna Krwawojatka, który wyszedł za nimi blisko dziesięć temu, ani o polityce, ani gospodarce, ani filozofii, czy religii. Myślała tylko o tym, że kraina, którą włada klan Srogich Pięści jest piękna, a jej konkubent, władca klanu jest potężnym krasnoludem. Wczesnym wieczorem Reni i Teni miały szansę ćwiczyć swój kulningu już nie w podziemnych halach, lecz tych otwartych. Ich piękny śpiew nie raczył już domowników Warownego Domu w Srogotach, lecz pasące się po halach już dawno ostrzyżone z wełny owce, które na te melodię zbiegły się na zasięg ich rączek. W wysokich tonach śpiewu roznoszącego się echem od Kozich Wierchów po Srogoty, zza wzgórza wyszedł orszak któremu przewodził Jovin „Czachotarcz”, pierwszy syn erilara. Medara nie wiedziała, że odnalazł on wydaną kompanię krasnoludzką Adzie Braun, lecz samej Ady nie udało mu się pojmać. Wracał z pierwszą porażką w swoim życiu.
W Srogotach panowało poruszenie, a biesiadownia Warownego Domu zgromadziła nie lada persony. Niestety nikt tu nie zgromadził się, aby biesiadować, tylko rozmówić się i rozliczyć z wyprawy. A kogóż tu nie było! Cudo „Tyłeczek” zwana też „Wisienką” Grommilsdatter, Herdara Friggosdatter, Medara Bombursdatter, Reni Grommilsdatter, Teni Grommilsdatter, Dimmil Jovinssonn, Grommil „Krwawojatek” Adborssonn, Jovin „Czachotarcz” Grommilssonn, Karev „Pieśniarz” Dvilssonn, Mordbur „Sędziwoświatły” Drudssonn, Trudelloch „Cwany” Grommilssonn, Brond "Łamaczkości" Grunalsson, Ksawery Brauer, Olvo „Mętne Sadło”, Theobald „Gromowładny” Grunalssonn, Gollo „Piętopal” Groburssonn, Kligo „Ciosowłeb” Groburssonn, Tordrek „Łamacz Strzał” Hoggssonn, Emer Karevssonn, Bomgor „Fałszerz Nut” i Bomdin „Leniwa Noga” Karhargvissonnowie, Lebdar „Piana z Pyska” Klikorssonn, Grubomveg „Oczko” Rakmordssonn, Revlir „Z Nieprawego Łoża”, Tormil „Piach” Thunnalssonn, Golrev „Zawierucha” Miltorssonn, Burdel „Brodowiąz” Burdelssonn, Bomlebbun „Twarda Koszula” i Dingli „Oddaje Dwa Razy” oraz Korjon „Nosobrak” Rakbunssonnowie, Bardhar „Dobijak” Tormilssonn, Gorbom „Pusta Sakwa” Goldinssonn, Grukar „Kościolicz” Tarbomssonn, Jovin „Niewódz” i Abgvi „Zbijacz Uśmiechów” Hargrussonnowie, Hargru „Dzik” Abgvissonn, Frigad „Stalohełm” Karadssonn, Karad „Staloróg” Burglissonn, Hunad „Zabijacz Zielonych” Harvinssonn, Abjerdrek „Blizn Kilka na Czole” i Hekgol „Barczysty” Lirgvissonnowie, Lirgvi „Płacz Matek” Adgrussonn, a także co nie było zwykłe, ludzie z Ostwaldu: kupiec Bruno Schloch i dwaj Strażnicy Szlaków ze strażnicy w Klöm służący pod Ottem Reykiem: Helmud syn Waldemara oraz Erwin Schwart.
86 dnia wiosny, w Dzień Hvitliv kupiec Bruno przybył z wekslami na żelazo z Ostwaldu, dla Lamberta von Dolcha i nie spodziewał się w ogóle pytań o Adę Braun, ale gdy już padły z ust Truddelocha, wnet odpowiedział, że zna ją i wyjaśnił zdziwiony – To wiedźma, która w Ostwaldzie ścigana jest z rozkazu Markgrafa. Miała konszachty z siłami ciemności, brała udział w mordowaniu dzieci, a w Nordmark wymordowała swoją świtę i ściga ją Ordo Sancti Ignis, już nie pod karą głowy jak w Ostwaldzie, lecz pod karą stosu! – Trudelloch wypytał pana Schlocha o szczegóły, a następnie w porozumieniu z bratem i ojcem zorganizowali jeszcze tego samego dnia zbiórkę dvergów. Mordbur „Sędziwoświatły” Drudssonn prawie rozerwał powieki ze zdziwienia i własnoręcznie ściął głowę koźlakowi po odprawieniu modłów, spuścił z niego krew zawieszając dekapitowane ciałko na haku, chociaż sam ledwo się poruszał, aby zaprawić je mocnym octem. Wyjaśnił wnet „Sędziwoświatły” Jovinowi jak dokonuje się rytuału zmazania, co on znaczy i jak ważne jest pojmanie Ady Braun, aby to jednak tu w Srogotach straciła głowę. 87 dnia wiosny, z samego rana w Dniu Górnika Jovin „Czachotarcz” odziany w swą zbroję wyruszył uratować swych dvergów i pojmać wiedźmę. Nie wyszedł sam, towarzyszyć mu miało dziewiętnastu zbrojnych, czterech zwiadowców i Helmud syn Waldemara, który widywał jak Ada Braun w towarzystwie Engelharta von Grüna musztrowała mały oddział wojaków. Doskonale zapamiętał on jej wygląd, a jego pamięć mogła okazać się cenna, gdyby okazało się, że to jednak nie ona. To była ona, a wyprawa zakończyła się porażką. Teraz zaś, 4 dnia lata przyszło złożyć raport. Dokonał tego Jovin. Grommil z wyrzutem przyznał się do błędu w zaufaniu i wypłacił wynagrodzenie kompanii krasnoludów. Theobald zyskał upragnione 200 sylvów, podobnie jak Ksawery, Brond, Olvo, Kligo i Gollo. Emer otrzymał 600 sylvów wliczając żołd za swych zmarłych matkę i brata, a także dodatkowe 50 sylvów na ich pochówek we Flotthus. Młody Karevssonn wzgardził monetami i przysiągł, że zapłatą jego będzie realizacja przysięgi – Niech Forsept mi świadkiem i wszyscy tu obecni! Zajebię tę kurwę Braun! Zajebię! Od tego też dnia zyskał on swój przydomek i wszyscy ze Srogich Pięści poczęli go nazywać „Wzgardzicielem”. Grommil zachował tę część sylvów obiecując ją temu, kto dostarczy mu głowę Ady Braun, a podwoi nagrodę, gdy zostanie dostarczona żywcem, aby Emer „Wzgardziciel” Karevssonn mógł ściąć jej łeb. Niebawem Emer wyruszył z Tordrekiem, Kligo i Gollo w misję zleconą przez Jovina. Syn Beatrycze, ani jej brat Tordrek nie byli przekonani co do tego, czy powinni pochować Matkę Bestii wraz z Egarem „Wygryzionym”, czy raczej ich spalić. Zostawili te kwestie Brondowi i to on z polecenia Grommila miał zająć się tymi sprawami.
Brond „Łamaczkości” Grunalssonn miał jednak większy kłopot na głowie – syna ze skazą. Za zamkniętymi drzwiami spotkał się on z piastunami – Ksawerym Brauerem oraz Mordburem „Sędziwoświatłym” Drudssonnem i dłuższą chwilę trwała ich wymiana słów. Nikt nie ważył się podsłuchiwać, ale w Srogotach poczęli plotkować, że Brond nie strąci bestii w przepaść, tylko będzie ją wychowywać. Ponoć nawet dostanie imię, chociaż czy to nastanie zależy od tego, czy bestia dożyje swojego Dnia Brodochwytu. Wielu dziwiło się, że bestia nie zostanie spalona wraz z Matką Bestii, lecz jak „Sędziwoświatły” się zgodził, to dyskusji nie było. Dyskusje, a kpiny, to jednak inne sprawy. Te ostatnie pozostały. Niebawem Ksawery, Brond, Theobald i Olvo wyruszyli do Flotthus szlakiem zwanym Rugbą prowadząc kuce z wozem na którym spoczęły dwie trumny. Gdy ostatnio szli tym szlakiem było ich siedem dusz, jak dni w tygodniu, a teraz... 15 dnia lata 54 roku erilara Krwawojatka w Dniu Pasterza Egar „Wygryziony” Karevssonn i Beatrycze „Matka Bestii” Hoggsdotter spoczęli z modlitwą Ksawerego Brauera. Niektórzy we Flotthus twierdzili, że zostali spaleni, a inni wskazywali, że widzieli ich grób, tylko nie powiedzą gdzie jest, aby przesądni nie zbezcześcili go w pijanym szale. Ani Tordreka, ani Emera wtedy nie było.
Ksawery wrócił niebawem do swej pracowni po pogrzebie i dziwnie się poczuł. Zwymiotował, gdyż skurcz żołądka wytrącił całą jego zawartość górą. Przerażony zorientował się, że jest sam i jeszcze bardziej zlęknięty począł wyć rojąc sobie, że ma w sobie kobolda. W przypływie szału i paniki chwycił ostry sztylet i dźgnął się nim w brzuch. Uspokoił się, a później na nowo przeraził, gdyż krew miast mu tryskać z rany przybrała konsystencję błota i zastygła delikatnie pulsując zielenią. Od tego dnia Ksawery już nie krwawił, a swą przypadłość nazwał „Niekrwawieniem z ran”. Jedna tylko rana była krwawiąca, lecz nie ta na ciele, lecz na dumie i honorze. Ksawery nie przyniósł relikwii o których mówił najstarszy piastun w tych stronach. Gdyby żyła Beatrycze, to ciężar winy rozłożony byłby na pół, a tak winny jest tylko on. Co gorsza Ada Braun wyzwoliła jakieś bestie, które nie wróżą dla świata niczego dobrego, a Ksawery nie był w stanie rozeznać się w jej knowaniach. Czeka go jeszcze przeprawa w tej sprawie z piastunami, lecz kiedy ona nastanie, tego nie wiedział.
Olvo „Mętne Sadło” również dziwnie się czuł po pożegnaniu Egara i Beatrycze. Cieszył się, że Fred ma się nieźle i nawet lepiej wygląda po tej przygodzie, lecz jako cyrulik zawiódł o tyle, o ile przed chwilą musiał żegnać krasnoludów, których lubił. Mógł tego dnia udać się do Bronda, do Theobalda lub do Ksawerego, lecz wolał zostać sam. W nocy położywszy się na ciepłej jeszcze łące począł mieć pierwszy raz dreszcze. Zdziwiło go to, że ciało jego telepie się w dziwnych spazmach i nie znał tego przyczyny. Widział w oddali światła krasnoludzkich domostw, lecz nie był w stanie dojść do nich w tym stanie. Stracił przytomność. Ranek był dziwny, wciąż kręciło mu się w głowie, ale dziwniejsze było to, że był opleciony korzeniami nieznanej rośliny. Przeraził się, a jego przerażenie wzrosło, gdy zrozumiał, że te korzenie wyrastają z niego. Olvo był jednak ciekawskim krasnoludem, więc z szybko zauważył, że jego zdobyty amulet znajomo drży. Później zbadał korzenie i okazało się, że wniknęły mu one w ciągu świecy w ciało. Nie minęło wiele czasu, jak Olvo zrozumiał, że może kontrolować korzenie i w ciągu pełnego snu może pić i karmić się za ich pomocą bezpośrednio z gleby. Wystarczyło mu do ośmiu godzin snu, aby uzyskać tak z gleby do jednego posiłku i dziennej dawki potrzebnej wody, przy czym działało to tylko przy dość „żyznych” glebach. Niestety dla niego korzenie czyniły go nieruchomym w czasie snu i nawet 15 minut po obudzeniu się, a odcięcie korzeni sprawiało, że wykarmienie się było nieudane. Szybko Olvo zrozumiał, że geothyra zmutowała go, zapewniając cechę „Korzennego Odżywienia”, która chociaż przydatna, to w konsekwencji czyniąca go wybrykiem natury, którego wielu ludzi i krasnoludów może chcieć zabić.
Najdłużej Beatrycze i Egara żegnali Brond i Theobald. Theobald nie chciał patrzeć w oczy swego brata, które mogły być zalane łzami lub suche od wcześniejszego wypłakania tych łez. Krasnoludowie mieli po pękatej sakiewce sylvów. Za trud była to sowita nagroda, lecz żadna nagroda nie zrekompensuje strat. Theobald myślał jeszcze o tym, że nie udało mu się dopaść Ady Braun, lecz myśli te zdradziecko krążyły po granicach żalu do siebie. Brond czuł znacznie więcej i znacznie głębiej. Miał na rękach swego potomka, którego ciało pokryte było pulsującymi żyłami, potomka który już na stracie życia wiele przegrał – matkę, rodzeństwo, potencjalny szacunek swego klanu, dziecięce przyjaźnie. Mały dverg począł płakać, chociaż nie rozumiał tego, jak wiele stracił.
Nim jednak nastąpił 4 dzień lata kalendarza runicznego, a dokładniej dwa dni wcześniej – tj. 2 dnia lata, który był Dniem Hvitliv, w Siegvaardzie był 1 Dzień Burzy roku 699 Rachuby Siegvaardzkiej i właśnie skończyło się dwudniowe święto Nowego Roku. Oto Ada Braun oglądała jak na zachodzie słońce chowa się za górami Dunkielheit, z których to właśnie zeszła w towarzystwie jorów. Doskonale się składało, że był to dzień Medary – Matki. Wierzący w Mymkrafta, czyli w sumie wszyscy w Siegvaardzie traktują ten dzień dość specjalnie. Gdy rodzi się człowiek rodzina nadaje imię nowej osobie podczas specjalnej ceremonii nadania imienia, która odbywa się najwcześniej 15 dni od narodzin. W tym celu rodzina musi opłacić specjalną mszę podczas której dziecko jest kąpane w wodzie i podawane sobie z rąk do rąk przez domowników. Jeżeli rodziny nie stać na wykupienie mszy za swe dziecko to muszą oni czekać do 1 dnia Burzy z nadaniem imienia swemu potomkowi. Wtedy bowiem obchodzony jest dzień świętej Medardy – patronki matek w ciąży i nowonarodzonych dzieci. Kapłani wtedy za darmo obmywają dzieci w wodzie, a reszta ceremonii wygląda podobnie. No i nastał właśnie ten dzień, lecz imiona dzieciątek Ady były już nadane im w chwili narodzenia, gdyż nie były one ludźmi, a rozkosznymi ptaszkami z czterema szponami każde, które niedawno wypuszczone z worków bardzo pragnęły kontaktu ze swą matulą. Poprzedni rok po wielu tragediach skończył się dla Ady Braun niekwestionowanym zwycięstwem. Nie dość, że nikt jej nie zabił, to jeszcze odzyskała Edgara, Kurta i Edwarda, chociaż wyglądali oni inaczej, jak Ada sobie ich zapamiętała. Teraz byli po prostu o wiele bardziej uroczy i już przez tych kilka dni zdążyli z wagi kocurów urosnąć do rozmiarów średnich psów, a Ada Braun straciła możliwość noszenia ich wszystkich na swych ramionach, gdyż przeciążali ją i spadała na ziemię. Nie przeszkadzało jej to, że przez chwilę poranione, wciąż mocno bolące, a niebawem paskudnie się zabliźniające stopy przez chwilę będą miały ulgę.
- Co to była za przygoda! – Pomyślała Ada Braun.
Wszystko zaczęło się 1 dnia przebudzenia 698 roku Rachuby Siegvaardzkiej, gdy podczas śledztwa dotyczącego zamordowanych dzieci Ada Braun rozpoczęła współpracę z Engelhartem von Grünem i Pawlusem von Stauffenbergiem. Młoda szlachcianka nie wiedziała jednak, że różnice charakterów i próby temperowania przez tego pierwszego skończą się próbą zniszczenia jednego z jej cennych jaj. Później nastąpiła szaleńcza pogoń na bagna Grossheim, zapoznanie się z wiedźmą Mildredą „Giftigenmessą”, służką Nehir Nuzula, który okazał się również bogiem jorów z mokradeł, dla których nosił on nazwę Rogaty Szczur. Nie obyło się bez komplikacji – atak elfów pozbawił Adę wierzchowca, lecz jorowie okazali się w kolejnych dniach cenniejsi, niż najlepszy wierzchowiec.
Jorami dowodził kapłan Rogatego Szczura, który swego boga tytułował „Kom’mula Eluk”. Kapłan ten nazywający się Jijah (Dzi-jah) był prorokiem cieni, czyli „Pravakta Sado” i to on nauczył Mildredę sztuk magicznych. Chociaż chodził o lasce zdawał się zawsze lekko unosić nad gruntem, a gdy mówił jego słowa zawsze trafiały w głąb umysłu. I opowiadał on, kapłan Rogatego Szczura o tym, co widzi w swych snach, jak z uświęconych jaj wyrastają bestie, jak Ada prowadzi armię ludzi, jak wybucha wojna między „Cailleachmi” a „Ceppanalivi ivil” i jak Ada ku uciesze Rogatego Szczura niweczy te dwie siły. W jego opowieściach było wiele o okrutnych elfach, które kolejny raz spróbują zniewolić wszystkie ludy świata, a tych które się im będą opierać wydadzą swym bogom w krwawych ofiarach. Elfowie, będący w opowieściach Proroka Cieni nazywani „Cailleachmi”, będą chcieli zniszczyć uświęcone jaja i zgładzić tę, która je chroni.
Niestety jor wyjaśnił, że Ada jest zbyt „zimna” dla jaj, a on swą magią nie jest w stanie dać im życia, dlatego trzeba szybko je umieścić w źródle mocy, takim samym jak te, które dało im życie. Jedynym rozwiązaniem miało być umieszczenie ich przy żyle geothyry, lecz takowej w okolicy nie było. Jijah oddawał się transom i odnalazł geothyrę w górach Dunkielheit, gdzieś głęboko pod ziemią, lecz niewiele mógł więcej wskórać. Zdradził jedynie, że czasu jest niewiele i jeżeli jego szacunki się sprawdzą, to 20, może 30 dnia Zielonych traw uświęcone jaja będą już martwe, a te które naprawiono magią, będzie martwe jeszcze wcześniej. Pomóc mogli tylko mieszkańcy Dunkielheit – krasnoludowie. Oni jako jedyni znali swe góry i jako jedyni byli w stanie drążyć tunele. Trzeba było tylko do nich dotrzeć i wkupić się w ich łaski. Ada na szczęście znała imię jednego z krasnoludzkich władców: Krwawojatek. Wódz ten robił interesy z jej wujem Maroldem zu Silberackerem, u którego bawiła po dotarciu do Ostwaldu. Krasnolud miał niemal zerowe szanse, aby dowiedzieć się o tym, co się zdarzyło w Ostwaldzie i to była szansa – mógł pomóc. Prorok Cieni nie tracił czasu, oddał Adzie swój cały majątek, wykradany przez jorów od wielu dziesięcioleci po okolicach. Ada widziała monety, klejnoty, biżuterię, tkaniny, rzadkie drewna, nawet kolorowe szkło, a wszystko to trafiło w jej ręce i było warte tyle, że Ada nawet nie była w stanie tego ogarnąć swym zmysłem szacowania. Jijah polecił dwunastu jorom ze swej hordy, aby zaprowadzili Adę do Dunkielheit i dopilnowali, aby jej misja się udała. Niestety jorowie nie lubią się z krasnoludami, podobnie jak z ludźmi z Siegvaardu, wobec czego po trafieniu w bezpieczne ręce krasnoludów, mieli wycofać się w cień i czekać.
20 dnia Przebudzenia Ada Braun wyruszyła z Grossheim i 16 dnia Uśmiechu Kwiatów trafiła pod opiekę krasnoludów w Srogotach. Przez pierwsze 18 dni wędrowała i ukrywała się przed elfami, które wypuściły oddział, najprawdopodobniej w niecnych celach, lecz jorowie w liczbie dwunastu „żerowników”, bardzo dobrze spisali się jako tragarze, łowcy i przemytnicy, gdyż kilka razy sama Ada widziała znacznie szybszych od siebie elfów, jak nie mogą odszukać śladów dość licznej bandy. Dwóch jorów znało nawet język Siegvaardzki, a byli to Cotte oraz Sad’rihin. O ile ten pierwszy okazał się milczkiem, o tyle z tym drugim można było zamienić przy obozowaniu kilka słów. Podczas tych pierwszych dni wędrówki był wierny jak pies. Sad’rihin miał tylko jedną ciekawą przywarę – palił fajkę. Wyglądało to komicznie, gdy wielki szczur zaciągał się tytoniem, niewiadomego pochodzenia i dziwnego zapachu, z długiej cisowej fajki, której główka wyrzeźbiona była w kształt kociej głowy. Palił ją zawsze, gdy rozpalano ogień i zarzekał się z uśmiechem, że nigdy jej nie zgubi.
12 dnia Uśmiechu Kwiatów Ada w końcu napotkała krasnoludzkich pasterzy, którzy nawet ochoczo przejęli od niej pakunki i zaprowadzili do Srogotów, do których trafiła 16 dnia Uśmiechu Kwiatów. Nie zadawali wielu pytań, gdyż nie znali jej języka, ale słowo „Blodislakting” wypowiedziała bardzo dokładnie, więc całkiem szybko trafiła przed oblicze wodza krasnoludów – „Krwawojatka”. Dzień trwały rozmowy z Grommilem „Krwawojatkiem” synem Adbora, po których ten zgodził się pomóc Adzie Braun, ale nie za darmo. Po pierwsze wiedział on gdzie można znaleźć geothyrę, po drugie wiedział, że Ada nie będzie w stanie trafić tam sama, a po trzecie wiedział, że na jego wezwanie zjawi się w Srogotach tyle krasnoludów, że Ada będzie miała z kogo wybierać. Trzeba było kogoś wybrać nie do byle wycieczki! „W kopalni Smoltet Jern zalęgły się koboldy, które zabiją każdego, kto spróbuje wejść do podziemi. Dlatego potrzebujesz pani odpowiedniej ochrony, najlepiej muru, a moi ziomkowie to taki chodzący mur”.
Grommil „Krawojatek” Adborssonn umówił się z Adą Braun, że wezwie on swoich ziomków, aby stawili się i wzięli udział w jej wyprawie, ale ona ufunduje biesiadę o krasnoludzkim standardzie dla wszystkich, którzy odpowiedzą na wezwanie i 14 dnia zielonych traw pojawią się w Srogotach z gotowością powołania do wyprawy, więc nie będzie trzeba opłacać wieczerzy ich rodzinom. Data nie była możliwa do przyśpieszenia, gdyż w górach wieści nie rozchodzą się tak szybko. Czasu na sukces będzie więc niewiele. Ale to nie wszystkie wymogi: Grommil otrzyma wynagrodzenie w wysokości 33% umówionej zapłaty za wzięcie udziału w wyprawie wszystkich jej uczestników, przypadnie mu 10% łupów, które Ada Braun dostarczy do Srogotów na własną rękę oraz zapłata za wzięcie udziału w wyprawie zostanie złożona w jego skarbcu jako zabezpieczenie dla uczestników i będzie mógł je wypłacić nawet w przypadku śmierci organizatorki, a w przypadku fiaska całej wyprawy zachowa je do wypłacenia odszkodowań rodzinom poległych. Grommil wiedział, że Ada jest w złej pozycji negocjacyjnej i nie miała szans na inną pomoc. Zgodziła się.
Co do majątku, to syn Grommila - Trudelloch „Cwany” Grommilssonn okazał się bardzo pomocny, gdyż wycenił, chyba uczciwie, wszystkie dostarczone przez Adę rzeczy, prócz kolorowego szkła, gdyż jego wartość tu jest niewielka, ale u ludzi dość wysoka. Wszystko opiewało na ok. 350 khardravów, co w przeliczeniu dawało 7000 sylvów. Biesiada będzie kosztować 10 sylvów za osobę, a krasnoludowie wezmą w zależności od negocjacji od 20 do 50 sylvów za udział w wyprawie, może więcej, gdyby było mniej chętnych, ale wtedy uczta będzie mniej kosztować, oraz jakiś udział w łupach, przy czym na koboldach niewiele można zyskać. Niektórym będzie trzeba również zapewnić aprowizację podczas wyprawy, która potrwa w dwie strony od 15 do 30 dni, czyli od 15 do 30 sylvów na osobę oraz zagwarantować religijny pochówek, co może kosztować 10 sylvów. Zgodnie z danymi dostarczonymi przez Trudellocha kompania 30 krasnoludów, wybranych z 500 chętnych może kosztować Adę od 6350 do 7700 sylvów, przy czym wystarczy 10 doborowych krasnoludów na koboldów, aby było bezpiecznie, ale najlepiej byłoby wziąć 100 dobrze wyposażonych wojów, aby pozbyć się „kreatur”, co niestety może być zbyt kosztowne dla „ludzianki” (ok. 14000 sylvów). Całość wynagrodzenia zostanie złożona w skarbcu Grommila, a uczestnicy wyprawy złożą przysięgę posłuszeństwa i dopiero po drugiej przysiędze będą mogli odebrać wynagrodzenie. Pytanie, czy uda się Adzie spieniężyć te dobra za taką cenę?
Na szczęście krasnoludowie nie pytali o wiele, jakby większość rzeczy sami sobie dopowiadali. Niestety wygląda na to, że niektórzy mogą już coś wiedzieć o jajach.
Pozostało tylko czekać do 14 dnia zielonych traw...
Gdy nastał ten dzień do krasnoludzkiej siedziby poczęli schodzić się grupami po 10-20 osób „dvergowie”, jak o nich mówił Trudelloch. Wypełniali oni największą salę wydrążonej w górze siedziby, a później przychodzili kolejni. Ada otrzymała zaszczytne miejsce przy stole wodza, a przed nią, za stołem umieszczono jeszcze krzesło, aby mogła porozmawiać z potencjalnymi krasnoludami i ocenić ich przydatność w wyprawie. Grommil jeszcze nie dopuszczał nikogo, aby Ada mogła wpierw ocenić liczebność i stan uzbrojenia przybyszów i aby na pewno podjęła najlepszą decyzję. Niestety późnym popołudniem, gdy już zdaje się wszyscy się zebrali, w którymś momencie do sali wszedł jakiś krasnolud, coś ochoczo wykrzyczał wskakując na stołek, gdy już zebrał uprzednio całą uwagę sali, a następnie Ada widziała jak krasnoludowie łapią się za brody, zdejmują hełmy i klną we wściekłości. Grommil zamienił słowo z posłańcem, a Trudelloch szepnął Adzie do ucha: „Wygląda na to, że żadnej wyprawy nie będzie. Stare prawa wzywają mój lud do wojny. Prywata wstrzymana.”. Gestykulacja Grommila wskazywała, że jest poruszony i skonsternowany, lecz nie podszedł do Ady z wyjaśnieniami. Miast tego począł powstrzymywać krasnoludów, którzy zaczęli szarpać posłańca i nawet gonić go, gdy ten zaczął sprintem uciekać z sali biesiadnej. Na nic się to zdało. Spora grupa opuściła salę, a Ada została bez wyjaśnień. Minęła dobra świeca, może półtora, a Trudelloch kolejny raz podszedł do Ady i ponownie szepnął jej wieści do ucha, a zrobił to zaraz po tym, jak gwary sali nagle umilkły. „Chyba jednak masz jeszcze szansę zwiedzić kopalnie Smoltet Jern. Niektóre prawa są dość zawiłe, nie spodziewaj się wyjaśnień, tylko korzystaj z ich dobrodziejstw.” I odszedł.
Teraz wiele później Ada Braun leżała na ciepłej trawie bezpieczna w towarzystwie jorów, na polach Richsenke w Svierlandzie, państwie w którym przyszła na świat, w którym gdzieś tam daleko jest jej ojciec. Niestety dla niej, jej cel jest również daleko, chociaż odwiedziny mogłyby okazać się dość zabawne. Ada Braun odleciała myślami gdzieś we wspomnienia, z których wyrwał ją wrzask jednego z żerowników Sad’rihina. Gdy Ada się obróciła spostrzegła jak aralika rzuciły się z jakiegoś powodu na jora i rozerwały go na strzępy, chociaż w obronie próbował je drapać pazurami. Nie miał szans. Zebrani w okrąg jorowie nie pomogli swemu, tylko wystawiali nosy wysoko łagodząc swój stres. Cotte splunął i odszedł, a Sad’rihin pyknął fajkę i rzekł do Ady - Będziesz musiała nagoskóra nad tym popracować. – A następnie nakazał swoim trzymać się z daleka. Adę zmroziło, że chwila nieuwagi skończyła się w ten sposób, ale nie żałowała jora, który ocalił jej życie. Mógł być spiskowcem, teraz zaś jest martwy, a jej dziatki najedzone. Jorowie uciekli rozpalić ognisko w innym miejscu, a Ada patrzyła jak jor traci nos, później szyję, jak z klatki wygryzana jest mu wątroba, jak szybko z brzucha wylatują jelita, które Kurt ciągnie do drzewa, a następnie rozrywa, gdyż Edward nie puścił ciała. Treść jelit rozlała się po łące, która niebawem była czerwieńsza, niż zachodzące słońce. Wtedy też Ada dziwnie się poczuła i zwymiotowała. Jej ciało drgało, gdy araliki bawiły się zwłokami, jej oczy zalewały się łzami, lecz nikt tego nie widział, a z jej ust nie wydobył się nawet szept mimo ogromnego bólu. Ciało pulsowało, świat stał się lekko zielonkawy, a araliki wnet uspokoiły się i ofiarnie zbliżyło do Ady, nim ta straciła przytomność. Ocknęła się, gdy było ciemno, a jej wychłodzone ciało zdawało się boleć okrutnie. Araliki wciąż stały karnie w miejscu do którego zostały przywołane i pojawił się Sad’rihin. Jor napoił Adę przemykając obok dziatków i dostrzegł dziwne ślady na jej brzuchu, który musiała w spazmach odsłonić. Dopiero następnego dnia Ada zbadała siebie i dostrzegła zieloną strukturę na brzuchu od przepony do wzgórka łonowego. Struktura ta pulsowała zielenią, podobnie jak grzyby w Smoltet Jern, lecz ciekawsze było to, że pulsowanie sprawiało, że Ada wiedziała, że araliki są blisko, a nawet była w stanie za pomocą myśli je przywołać. Świadoma tego, że takie znamię oznacza śmierć z rąk ludzi i pewnie większości społecznych istot w tej części świata, postanowiła na razie go nie pokazywać nikomu prócz zaprzyjaźnionych jorów. Jej przypadłość, w jej rozumieniu była „Empatią wynaturzeń”, a ta rozległa zmiana skórna rodzajem koncentratora dodatkowego zmysłu.
Tak się kończyła tragedia o której niegdyś wspomniane będzie w wielkiej księdze „In Articulo Mortis”, a ten jej rozdział nazwany zostanie „Matka Bestii”. Nim jednak nastąpił ten epilog, bardzo wiele rzeczy się działo...
* * *
Tańczący blask świeczki kolejny raz wędruje po kartach księgi i oczach starca, który co i rusz musi odpalać kolejną święcę od poprzednich, gdyż chłonie go lektura. Podniósł wzrok po raz trzeci odrywając się od rozdziału „Ostatni powiew zimy” i delikatnie przejechał palcami lewej ręki po okładce tomiska, aż pod koniuszkami palców wybity w skórze tytuł „In Articulo Mortis”. Oddał się chwili zadumy, aby powrócić do rozdziału „O diabelskiej błyskawicy” i jeszcze raz zbadać końcowe przypisy, które zmusiły jego stare dłonie do tego, aby przebrać kilkadziesiąt stron. Oto w badających oczach pojawiły się rozdział „Matka Bestii”, a usta starca lekko drgnęły, gdy zaczął czytać:
Z mokradeł Grosshain do gór Dunkielheit wiedzie 300 kilometrów bezdroży dla tych, którzy chcą podróżować poza zasięgiem wścibskich spojrzeń. Tę drogę pokonała Ada Braun jeszcze nim na dobre rozpoczął się Uśmiech Kwiatów roku 698 Rachuby Siegvaardzkiej, lecz nie uczyniła tego sama. Przez cały czas miała towarzystwo.
Starzec śledził kilka kolejnych akapitów z kamienną powagą, a jego usta nawet nie wykrzywiły się o milimetr, mimo wszystkich słów, które nawiedziły jego oczy. Przebrnął on pierwszą stronę wyjaśnień, później drugą i nawet nie sięgnął po niekończący się w kielichu napitek. Proweniencja kolejnych wydarzeń została dobrze wyjaśniona w tej opowieści, ale nie ewentualne luki narracyjne interesowały starca – jego oczy szukały dla jego umysłu czegoś innego, czegoś głębszego. Płomień świeczki tańczył raźno, gdy starzec oparł swe łokcie na skórzanych podłokietnikach swego wygodnego fotela.
Oto nastał wczesny wieczór 14 dnia Zielonych Traw 698 roku Rachuby Siegvaardzkiej, chociaż w Dunkielheit percypowano wtedy 74 dzień wiosny roku 1976 Ery po Upadku Svirnbet, a gawiedź uznawała, że jest przecież 54 rok erilara Krwawojatka. Z zachodu, szlakiem zwanym Rugbą zmierzał do Srogotów ostatnia porcja skuszonych wezwaniem wodza Grommila. Krasnoludowie, w tym płci rodzącej dzieci oraz znany góral żyjący z krasnoludami kierowali swe kroki ku nachylonemu ku północy górskiemu zboczu.
Chmurne niebo otuliło cieniem smagane wiatrem górskie zbocze. Oto majaczące wcześniej w oddali wkute w górę pierwsze domostwa stały się bliskie, a dymy z ich kominów poczęły drażnić nozdrza. Ściany układane z ciosanych kamieni ledwo wystawały ponad poziom gruntu, aby było gdzie uczynić drewniane drzwi i okna wypełnione masą z cienkiego koziego rogu. Bohaterowie przemierzali wydeptane w kamieniu ulice przy mierząc ludzką miarą jedno lub dwuizbowych piwnicach z dachami, a z okrągłych okien śledziły ich pyzate dziatki o czerwonych twarzach. Inne zaś wybiegały w swych szarych strojach, bosych, brudnych nogach, całe okopcone dymem i zbierając się w grupki wskazywały palcami śmiałków, a następnie znikały w zakamarkach uliczek. Na końcu drogi przez Srogoty piętrzyło się wykute w płaskiej ścianie górskiej wejście do ostatniego domostwa – w całości wpuszczonej w górę warownej konstrukcji. Wrota w wysokiej na 20 metrów, niemal płaskiej ścianie, były podwójne i solidnie okute żelazem, a stając przed nimi miało się z przodu i po bokach okalające wejście górskie zbocze, na tym odcinku ufortyfikowane przez krasnoludów w ten sposób, żeby móc ostrzeliwać intruzów z małych okienek strzelniczych. Na szczęście dziś wrota wysokie na tyle, że człowiek na koniu mógłby przez nie przejechać bez schylania się, były otwarte na oścież, a zza nich dochodziły odgłosy gwarnych dyskusji i uderzania w drewniane stoły, zapachy jadła i kuchennego dymu.
Przed wejściem stał młody krasnolud, syn Jovina „Czachotarcza” Dimil, który przedstawił się kolejnym przybyszom i gładząc się po swej czarnej jak węgiel brodzie zaprowadził Bohaterów do sali biesiadnej znajdującej się na pierwszym dolnym poziomie warownego domu.
Wysoka na cztery wysokości dorosłego krasnoluda sala miała strop podpierany dwoma rzędami kolumn, na których wisiały tarcze przodków Srogich Pięści i w które były powtykane kinkiety z dużymi świecami z owczego tłuszczu. Kolumn było łącznie dwanaście, a w połowie sali między kolumnami szóstymi i siódmymi były korytarze do sąsiednich sal. Biesiadownia była długa na 28 metrów, a od ściany do kolumny, od kolumny do kolumny i od kolumny do ściany było po 4 metry. Były tutaj po lewej stronie, na środku i po prawej stronie bardzo długie stoły z ławami po dwóch stronach, a przy każdym z nich mogło zasiąść do stu krasnoludów. Na końcu zaś sali, w rogach były kominki wypełnione palącym się pachnącym drewnem, a między nimi ostatni stół mający krzesła od strony ściany, w tym siedem bardzo wysokich po środku i najwyższe na samym środku, przy którym mogło zasiąść 25 osób.
Cała sala była wypełniona krasnoludami, które ewidentnie nie były w najlepszym nastroju. Miast wiwatów i wlewania alkoholi do ust słychać było pomruki niezadowolenia i wyzwiska kierowane ku młodemu Ertowi Brondssonnowi, który najwyraźniej popsuł wszystkim biesiadę. Czterystu krasnoludów złorzeczyło Ertowi, który najwyraźniej świadomy możliwych wydarzeń musiał się dość szybko ulotnić, a jak kilka zasłyszanych na samym wejściu zdań zdawało się potwierdzać, za nim ruszyło nie mniej jak stu kolejnych krasnoludów. Wobec czego przypuszczenie, że jeszcze przed chwilą było tu pół tysiąca dusz, nie było dla Bohaterów przesadne. Nim jednak ktoś zdążył zacząć dopytywać co się tu przed chwilą wydarzyło wzrok Bohaterów przykuł niecodzienny widok. Oto po lewej stronie zaszczytnego stołu siedziała w samotności ludzka kobieta, a po jej prawej i lewej stronie stały na stole kandelabry ze świecami woskowymi, a przed nią za stołem zostało dostawione jedno krzesło.
Nie minęła chwila od wejścia Bohaterów, gdy pochmurni, niczym niebo nad Srogotami tego wieczoru, krasnoludowie umilkli i skupili swe zazdrosne spojrzenia po przybyszach.
- Ha! – Odezwał się głos z głębi sali i niemal w tej samej chwili odziany w karmazynowy płaszcz szybkim krokiem do Bohaterów zbliżył się siwy krasnolud o szerokim nosie i blizną po uderzeniu toporem na czole postawny krasnolud, którego nie dało się nie rozpoznać. Był to przecież Grommil „Krwawojatek” Adborssonn i chyba jako jedyny w całej biesiadowni miał teraz uśmiech na swej twarzy na tyle szeroki, że było widać jego wszystkie złote zęby wstawione w miejsca tych straconych w walkach. Od razu przywitał się z przybyszami, zgodnie z najwyższą krasnoludzką etykietą jaką znał, a następnie nim ktokolwiek inny zdążył się przywitać z Bohaterami wskazał im palcem, ozdobionym pięknym pierścieniem z wielkim szmaragdem, siedzącą samotnie ludzką kobietę. – Ada Braun, ludzianka. Idźcie się zapisać na wyprawę! – rzekł stanowczo i odprowadził Bohaterów wzrokiem do wskazanej Ady Braun, a jemu spojrzeniu wtórowało czterysta innych spojrzeń.
Ostatnio zmieniony przez Pythonius 2022-01-07, 19:48, w całości zmieniany 2 razy
Mawiają: 20 zinów to sylv, 20 sylvów to khardrav, a 20 khardravów to spokojne życie przez rok.
Ale czym jest to spokojne życie? Kogokolwiek spytasz, odpowie co innego. Jeśli chodziło o dobra doczesne, to dla Theobalda liczyło się jedno: zagwarantowanie, że rodzina jego, jakkolwiek nieliczna, w głodzie i chorobie żyć nie będzie. To się liczyło. Nie tytuły, nie zaszczyty, nie karmazynowa peleryna, ale… rodzina. Nawet jego własne życie czy honor nie były dla niego tak ważne, jak…
- Ojcze? – z zamyślenia wyrwał go piękny, znajomy, dziewczęcy głosik. – Ojcze, wszystko w porządku? Przerwałeś w pół słowa.
- Ach tak, tak… - rzekł Theobald, oprzytomniając. Rozejrzał się po swej chacie. Ciasnej, wilgotnej i ciemnej, ale przepełnionej ciepłem domowego ogniska. Ten widok rekompensował mu wszystkie trudy życia. Zbliżył dłoń do twarzy swej córki, Ishildy, gładząc jej pękate poliki. Jednak udało mu się ujrzeć ją ponownie. Jego Promyczek, jego Słoneczko. – Ty to się dopiero w matkę wdałaś. I dobrze, bo ja ani mądry, ani piękny. Za to nad cierpliwością musisz popracować, jeśli męża chcesz znaleźć.
- No już, nie strofuj jej tak – odrzekła Idalia.
Ach, Theobald zatęsknił za swą żoną. Mimo ponad pięćdziesięciu lat wciąż pozostawała równie piękna, jak w dzień, w którym ujrzeli się po raz pierwszy, podczas którejś z kampanii na siegvaardzich ziemiach. Jakże to bogowie są hojni w swych darach! Wojownik dał mu siłę, by służył i by powracał zwycięsko z każdej kampanii, a Pasterz uchował rodzinę w zdrowiu i bezpieczeństwie, a także wskazał ścieżkę, którą udał się, by odnaleźć miłość swego życia.
A może to bardziej Ojciec odpowiada za tak poważne decyzje życiowe? Hmm… Trzeba będzie spytać piastuna przy najbliższym spotkaniu.
- Masz, zupa – Idalia wcisnęła Theobaldowi miskę z całkiem gęstą, parującą zawiesiną. Pysznie pachniało.
- Skąd masz mięso? – spytał Theobald. – Nie jadłem od czasów tamtej felernej wyprawy z ludzianką.
- Hevelssonnowie świniobicie urządzili. Córka im się urodziła.
- Zdrowa?
- Zdrowa.
- To dobrze. Hvitliv wysłuchała twoich modlitw. Złożę im jutro wizytę.
- Nigdzie jutro nie idziesz! Myślisz, że mało miałam na głowie podczas twojej wyprawy? I jeszcze przyniosłeś mi TO do domu! – gniewnie wskazała małe zawiniątko spoczywające na kolanach córki. Drobny chłopiec o zielonych oczach, pojedynczych, brązowych nitkach brody i bladej skórze wypełnionej siatką zielonych, pulsujących żył – Wszyscy dvergowie o tym mówią. Jeszcze imienia nie ma, a już zyskało przydomek „Bestia”. I co będą mówić, jak się rozejdzie, że i my się nim opiekujemy?
Ishilda, za nic mając słowa matki, pieczołowicie zajmowała się dzieckiem, jakby to było jej własne. Ach, będzie z niej dobra żona i matka.
- A niech mówią, kobieto. Zawsze gadają. Raz o tym, raz o innym… W Tåkefjell mało co się dzieje, to i gadają byle cokolwiek powiedzieć.
- Tak, dla ciebie to może i łatwe! Bo jak gadają, to jedną stroną wchodzi, a drugą wychodzi. Twój łeb jest jak ucho igielne, i równie pusty w środku!
- Zawrzyj gębę, kobieto, bo nie ręczę za siebie! To co, że wygląda inaczej? Zdrowy, oddycha regularnie, ma apetyt, czego chcieć więcej?
- Nie drzyj się, bo matkę obudzisz. To jest dziecko przeklęte przez bogów.
- Albo błogosławione. Rozmawiałem o tym z Ksawerym.
- A z tym góralem to nawet nie zaczynaj. Ponoć zwariował po tej wyprawie. Boi się, że go koboldy zjedzą we śnie.
- Pierwsze słyszę.
- No i sam widzisz! Gadają o tym wszędzie, a ty jak zwykle „pierwsze słyszę”. Zupę zjedz lepiej, bo wystygnie.
- Były w historii przypadki, że rodziły się dvergi ze znamionami. Jeden to nawet jakimś królem został.
- Ten to umrze jeszcze przed Chwytobrodami.
- Nie umrze. Wyrośnie na wielkiego krasnoluda. Mądrego jak matka i silnego jak ojciec. Brond już zrobi z niego wojownika.
- Wciąż nie rozumiem, czemu on się tym dzieckiem nie zajmie. Nawet mamkę dostał od Krwawojatka.
- Żałobę obchodzi. Potrzebuje trochę czasu w samotności. Kochali się z Ptaszyną, a to dziecko teraz to też i nasza rodzina.
- Nic z tego! Nie będę wychowywać tego… tego stwora! Dvergowie będą omijać nasz dom szerokim łukiem!
- A co mnie dvergowie obchodzą? Najważniejsza jest rodzina. I sama dobrze wiesz, co stwierdzili piastuni. I sam Grommil. Kto uważa inaczej, ten jest głupcem.
- Sam inteligencją nie grzeszysz. Chleba chcesz?
- Ale o bogach pamiętam? Pamiętam. O rodzinę dbam? Dbam. Klanowi służę? Służę. Jak bogowie są na pierwszym miejscu, to o resztę nie trzeba się martwić.
- Ja się o ciebie martwiłam. Ponoć prawie żeś życie stracił.
- A, gadają. Gadają i gadają. A bo to pierwszy raz, gdy było ciężko? Za łatwą pracę nie płacą dwustu sylvów. Pamiętasz tamtą wyprawę na drowy?
- Wtedy, jak się dopiero poznaliśmy? Nawet mi o tym nie przypominaj. Martwiłam się tak, że spać nie mogłam. Wszyscy już myśleli, że nie żyjesz.
- A no widzisz, zaś wszyscy gadali swoje, a wyszło jak wyszło. I ten pancerzyk sobie na nich jeszcze zdobyłem, który do dziś mi towarzyszy.
- Chcesz tego chleba czy nie?
- A daj.
- Powiedz coś więcej o tej wyprawie! O czarnych to wszystko wiem, boś to opowiadał wielokroć, ale co z tą ludzianką?
- A, bo to długa historia. Hmm… Dobra ta zupa. Taka gęsta, chyba nawet bardziej gulasz niż zupa.
- No opowiadaj! Wszystko muszę z ciebie wyciągać, słowo po słowie. Od innych dvergów się muszę dowiadywać, co zaszło, własny mąż mi chyba nie powie!
- Nie histeryzuj, kobieto, bo babkę obudzisz. Jak jej zdrowie?
- Dobrze, dużo śpi. Mało rozmowna. Czasami coś majaczy.
- Podczas tej wyprawy poznałem takiego butanika, Olvo „Mętne Sadło” się zwał. Lodowczyk.
- Butanika?
- No, taki zielarz. Że na roślinach i ziołach się zna. Nawet cały czas niósł ze sobą taką roślinę. Badyl jakiś, ale dla niego ważna. Nazwał ją „Fred”.
- Dziwna nazwa dla rośliny. Bardziej na grzyba to brzmi.
- Pewnie lepiej brzmi w jego języku. Myślę, coby wizyty mu nie złożyć. Może jeszcze u Brauera gości.
- Owcami się lepiej zajmij, a nie pić będziesz. Znów szukasz wymówki, by do tej moczymordy chodzić.
- Olvo to dobry dverg. Może by wiedział, jak matce pomóc.
- Na wiek nie ma lekarstwa.
- Tatko, tatko! – do rozmowy włączyła się Ishilda. A ile koboldów zabiłeś?
- A blisko kopę, córeczko. A dwa razy tyle wysadziłem w powietrze. Piastun Ksawery dał mi taką kuszę ze specjalnym bełtem…
- Pochwal się lepiej córce, jak prawie życie straciłeś – parsknęła Idalia.
- A bo to wstyd, paść w walce? – warknął Theobald. – Najbardziej chwalebna rzecz. Mnie i Bronda szyszkojady naszpikowały strzałami, że jak jeże wyglądaliśmy. A i tak nic im to nie dało, a sam dwóch ustrzeliłem. Nie spodziewały się, że ten stary krasnolud ma oko jak sokół.
- Inni nie mieli tyle szczęścia.
- Egar i Beatrzycze już dawno piją wraz z Ojcem. To za nami powinno się płakać, że wciąż tu żyjemy! Ale Bogowie trzymają nas tutaj w pewnym celu, który znają tylko oni.
- To idź i zeskocz z urwiska. Zobaczymy, czy dalej wypełniać się będzie ich wola.
- Nie bluźnij, babo! I nie pyskuj swojemu mężowi.
- Ja tylko się martwię o ciebie. Nie chcę zostać wdową, a mamy dziecko do odchowania.
- Żyły sobie wypruwam, byście miały dobre życie. A wy tutaj siedzicie w cieple i bezpieczeństwie, i jeszcze narzekacie. Daj mi jeszcze tego chleba.
- Ja nie narzekam, papo! – uśmiechnęła się Ishilda.
- No i bardzo dobrze, moja kochaniutka córeczko! Zobaczysz, wyłożę taki posag, że wszyscy się będą o ciebie bić! O, i owieczkę naszą nawet dam, ostatnią. U swatki byłaś? – spytał żony.
- Byłam. Rokuje dobrze.
- No! Może jednak doczekamy się wnuków. Izba od razu będzie radośniejsza.
- Z tym dzieckiem jakoś nie jest radosna.
- Sama zobaczysz, Bogowie mają wobec niego plan.
- Szkoda tylko, że Ptaszyna musiała oddać za nie życie. To dobra kobieta była.
- A bo to przez tę jebaną wiedźmę. Od samego początku starała się, by ta wyprawa poszła po złej myśli. Kłamała na każdym kroku i obwiniała nas za każdą porażkę.
- Nie rozumiem, jak Grommil mógł jej zaufać. Przecież to ludzianka, która sama bez żadnego męskiego opiekuna przyszła do nas w góry. Od razu widać było, że coś knuje.
- Kurwa pewnie cisnęła swoje plugawe uroki, by mu umysł omotać. Nawet piastuni niczego nie wywęszyli. To ona cisnęła zaklęcie na Ptaszynę i jej dziecko, jestem tego pewny.
- Mówiłeś, że Bogowie mają plan co do dziecka. A nie to, że zostanie zaklęte ludzką magią.
- Mówiłem też, że nie zrozumiesz planu, którym kierują się Bogowie. A ten, kto spadnie na sam dół, wespnie się ze wszystkich najwyżej.
- Ależ poetyckie słowa. To też ten browarnik Ksawery ci powiedział?
- Nie pamiętam.
- Cóż za zaskoczenie. No ale mów dalej. Ta ludzianka jaja bestii miała. To już powinno mówić, by nie wchodzić z nią w konszachty.
- Najpierw gadała, że to jaja gryfów. A skoro Krwawojatkowi to nie przeszkadzało, to niech sobie te jaja wozi.
- I co ona z nimi zrobiła w Smoltet Jern?
- Tam takie bagno było na dnie jaskini. Jak już się przebiliśmy przez koboldy i trolle, to…
- Trolle?! – pisnęła Ishilda. One są wielkie i niebezpieczne i bardzo, bardzo silne!
- I mają bardzo twardy pancerz, jak hartowana stal. Ale i na to znalazłem rozwiązanie…
- Jakie, jakie?
- Przymierzyłem i strzeliłem mu w oko. Wił się z bólu, że hej!
Theobald odstawił miskę po zupo-gulaszu i wsadził dłoń do kieszeni.
- Takie coś z niego uciosaliśmy – rzekł, pokazując zdobyczny kieł. – To tylko fragment, normalnie są jeszcze dłuższe. To dla ciebie w prezencie.
- Dziękuję, ojcze – odrzekła, przyjmując wolną ręką podarek. – Piękny, będę go nosić u szyi!
- Skórę było lepiej zedrzeć – odezwała się żona. – Skoro twarda jak stal, to by można z niej jakiś dobry pancerz zrobić.
- Teraz to każdy mądry. Tam przyświecał nam inny cel. A głód zasysał żołądki aż do kręgosłupa. Nigdy tak nie głodowałaś i ciesz się, że póki żyję, to głodu nie zaznasz.
- Trolla mogłeś zjeść. Albo szczuroludzia. W końcu też tam były. Nie rozumiem, jak mogłeś pozwolić im odejść z tą wiedźmą.
- Szczura? Tfu, wolałbym piach żreć. Poza tym wiązała nas przysięga. Piastun Ksawery też ją wypełniał. Niesamowicie nieugiętą wolę ma nasz piastun, bo to na nim się najbardziej uwzięła. Wiesz, co nam powiedziała?
- No co?
- Że jesteśmy zwykłymi najemnikami. Czyli że jej zdaniem jedyne, czym się kierujemy w naszej służbie, to pieniądz.
- A nie było tak?
- No nie było, babo! Gdyby tak było, tobyśmy posłuchali Kligo i przy pierwszej sposobności zrzucilibyśmy kurwę z urwiska. Jej pieniądze wciąż by spoczywały w Srogotach, a i jaja byśmy mieli. Jaja tej… araliki.
- Co to araliki? – spytała córka.
- Nie mam pojęcia.
- Może ten twój cały „Mętne Sadło” by ci powiedział, skoro taki oczytany – odrzekła mu Idalia.
- Też nie wie. Spytałem go. Ale wyglądały na gryfy, takie duże, upierzone, dzioby miały i pazury ostre.
- Ty to mężu potrafisz malowniczo ubrać w słowa otaczający cię świat. Właśnie opisałeś nam kurę.
- Nie, babo! To większe było i groźniejsze. A co tu jest w ogóle do opisywania? Widać było, że wyrośnie z tego jakieś niebezpieczne kurestwo. Gdyby nie te skurwiałe jory, to bym ją dopadł.
- Gdyby babcia miała wąsy…
- Nie rozumiem tego powiedzenia. Nasza babka przecież ma wąsy.
15 dzień lata 54 roku erilara Krwawojatka
wzgórza nieopodal Flotthus
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi piątka cieni, z której jeden wyraźnie górował nad innymi, wspinała się na pokryte trawom wzgórze. Była to szóstka krasnoludów wśród nich jeden zbyt młody iść o własnych siłach - nie liczył nawet jednej wiosny, a także ten co choć urodził się człowiekiem to z całą pewnością był krasnoludem - myślał jak krasnolud, pracował jak krasnolud, oddawał cześć ojcu i jego dzieciom, ba był tak godnym krasnoludem, że nosił miano piastuna. Kompania szła w milczeniu, twarze mieli wykrzywione od smutku, a co niektórzy również w rozpaczy. Wszyscy odziani w żałobną cierń. Jedynym dźwiękiem jaki im towarzyszył było wycie wiatru przywodzące na myśl lament. Na przedzie szli bracia Brond "Łamaczkości" i Theobald „Gromowładny” Grunalssonnowie, za nimi mamka z nienazwanym jeszcze dzieckiem obok nich lodowy krasnolud Olvo „Mętne Sadło”, pochód zamykał piastun Ksawery Brauer. Wszyscy poza najętą mamką należy do drużyny wynajętej przez przeklęta Ade Braun, bowiem nieszczęsne dziecko w czasie wyprawy spoczywało jeszcze w bezpiecznym jak się wydaje łonie matki.
Największe brzemię spośród żałobników niósł Brond. Tego dnia żegnał swoją ukochaną Beatrycze „Ptaszynę” Hoggsdotter zwaną przez nieżyczliwych “Matką bestii”, matkę jego jedynego dziecka dotkniętego przez spaczenie oraz przyszywanego kuzyna Egara „Wygryzionego” Karevssonn. Ciężar minionych zdarzeń, bólu, zgryzoty i gniewu mocno odbił się na krasnoludzie. Brond niegdyś dumny i pewny siebie szedł teraz zgarbiony, przygnieciony ciężarem trosk. Broda będąca zwykle zadbane i spleciona w misterne warkocze teraz pozostawała w nieładzie. Oczy miał podkrążone i czerwone od płaczu, teraz już całkowicie suche - łzy już dawno się skończyły. Ongiś masywny krasnolud, który swą słuszną posturą mógł konkurować nawet z fałdą tłuszczową lodowczyka, teraz wydawał się cieniem samego siebie.
Krasnolud zawiódł swoich towarzyszy. Wojownik mu światkiem, że robił wszystko co w jego mocy, by ratować kamratów. Jednak same męstwo, siła i opanowanie nie wystarczyło. Woj bez lęku stawał wobec wszelkich zagrożeń. Walczył naprzeciw nieprzebranym hord obmierzłych i obrzydliwych koboldów, choć pojedynczo nie stanowiły żadnego wyzwania, to razem stosując obrzydliwe sztuczki, wykorzystując swój trujący mocz jako broń, stanowiły poważne zagrożenie. Wciąż miał na ciele siniki po uderzeniach koboldzych lag, najwięcej jednak ran na ciele jak i na honorze odniósł, gdy toksyna wykręciła mu flagi i wywołała długą bolesną sraczkę. Pośród wszystkich stworzeń z jakimi walczył te były najobrzydliwsze i najbardziej pożałowania godne. Jako jeden z nielicznych wolał walczyć z elfami niż gnieździć się w dole jak tchórz. Przeklęte drzewołazy jednak tchórzliwie unikały otwartej walki szydząc z ukrycia strzałami. Jego tarcza niemal się rozpadła pod naporem strzał, a co gorsza Teobald otarł się o śmierć. Jego brat zdołał odzyskać siły dzięki staraniom Olvo i Ksawerego. Brond wciąż miał przed oczami widok ciężko rannego brata... Gdyby jego też stracił chyba by się nie pozbierał... W końcu stał w pierwszej linii trzymając mur tarcz, gdy zaatakowały trolle. Od początku mówił, by walczyć z nimi otwarcie jak tylko się pojawiły postanowiono jednak się przekraść. Skutki były opłakane. Trolle i koboldy zawarły sojusz... Układ.... sam nie wiedział, jak nazwać tą dziwną relację. Ich połączone siły stanowiły nie lada wyzwanie. Krasnoludy jednak wykorzystały sprytny manewr tarczownicy, wśród nich Brond, bronili pierwszej flanki, a za nich uderzali inni wykorzystując przewagę długiej broni. Na nieszczęście jeden z trolli pochwycił Egara i przerzucił na tyły wroga. Koboldy dopadły nieszczęsnego kuzyna i zaczęły się nad nim znęcać tłukąc, gwałcąc i defekując na niego. Brond niesiony furią samego wojownika przebijał się wytrwale do towarzysza nie bacząc na własne bezpieczeństwo. Zbyt wolno.... Dotarł do Egara, gdy ten był w stanie krytycznym i nawet Olvo biegły w sztuce medycznej niewiele mógł zrobić. Syn Beatrycze mógł przynajmniej odejść w towarzystwie swoich kamratów, brata i matki. Brond zastanawiał się czemu nie jego ojciec wezwał do siebie, przeżył już większość swojego życia, a Egar niedawno dopiero wszedł w dorosłość. Krasnolud widział śmierć zbyt wielu towarzyszy broni i przyjaciół... Najgorszym zagrożeniem, na które wojownik nie był przygotowany, była sama przeklęta po stokroć Ada Braun. Oszukała ich wszystkich... Jarla ... Piastunów ... Drużynę... A ugościli ją jak swojego.... Parszywa dwulicowa suka... Oczyszczenie kopalni z koboldów, zdobycie łupów to wszystko było tylko przykrywką. Prawdziwym celem tej wiedźmiej kurwy było ożywienie potworów. Ta jebana suka od początku była przymierzona ze szczurami. Musiała wiedzieć, że geothyra wypacza wszystko w pobliżu… Mimo to naraziła ich wszystkich… Przez tą kurwę Baetrycze dokonała żywota w połogu… A jego jedyny syn nosi skazę na ciele… Jak tylko osiągnęła cel ta wiedźma porzuciła ich jak niepotrzebne narzędzie. Po prostu ich wykorzystała, odwalili brudną robotę za nich i uciekła do swych szczurzych sojuszników. Od samego początku ludzianka zaczęła się nie podobać Brondowi… Brak dobrego przygotowania…. Ciągły pośpiech… Wielka troska o jakieś gówniane jaja… Większa niż o kamratów w drużynie… Niby mieli być to zaklęci towarzysze…. Dobre sobie… Ta wiedźma kurwa wyciągnęła tą ckliwą opowiastkę z dupy…. Ciągłe pretensję i oskarżenia… Przelewali krew za nią w kopalni, a taka suka jebana miała czelność twierdzić, że sabotują zadanie… Obrażała piastunów… Brond mógł znieść, obelgi pod swym adresem, ale nie wobec starszych… Gdyby nie przysięga taka dziwka zapłaciłaby za swoje kalumnie krwią… Godziła w honor klanu i tego co krasnoludzkie…. Przysięgał! Honor nie pozwalał Brondowi nic jej zrobić, dał słowo, że będzie ją chronił. To była największa perfidia tej wiedźmej kurwy, wdała się ich łaski jarla i przyjęła przysięgę krasnoludów. Mimo, że nią pogardzali musieli słuchać jej rozkazów i jej bronić. To było najtrudniejsze zadanie w karierze „Łamaczakości”. Respektować przysięgę złożoną wobec bogów czy bronić krasnoludzkich wartości. Teraz Brond żałował, że nie pozwolił Kligo zmiażdżyć łba wiedźmy. Rozwiązałoby to tak wiele problemów… Jednak nie mógł pozwolić by ten akt zszarpał honor klanu… Gdy wyszło na jaw, że współpracuje ze szczurami wiedźma zapytała „Czy dla ratowania życia swojego i towarzyszy nie sprzymierzyliby się ze szczuroludami?”. Brond jako pierwszy uniósł się honorem i splunął jej pod nogi mówiąc „Wolałbym umrzeć niż się zhańbić!” za nim poszła większość krasnoludów. Już w tedy powinien zrozumieć jak nędzną i podłą kreaturą bez krztyny honoru jest Ada Braun. Wojowi pozostała nadzieja, że jego drugi kuzyn Emer spełni swą przysięgę i dopadnie wiedźmę, by zmazać dyshonor i pomścił śmierć matki i brata. „Oby wojownik prowadził twą rękę by twój topór skąpał się we krwi wiedźmy i byś ukrócił żywot tych przeklętych stworzeń.” Krasnolud również miał wielką ochotę ścigać przeklętą ludziankę, ale musiał dopełnić obowiązki pogrzebowe i zająć się synem. Gdyby nie to ścigałby wiedźmią kurwę aż po kres świata.
Zerknął po towarzyszach. Teraz tez go potrzebowali. Jednak jego serce było strzaskane i nie potrafił znaleźć w sobie słów, by pokrzepić innych. Nie pierwszych już raz, słowa nie były jego mocną stroną. Czuł, że jego brat obwiniał się za ucieczkę ludzianki. Ścigał ją zawzięcie, ale cholerna kurwa miała nad nimi sporo przewagi. Brond żałował, że sam nie mógł wziąć udziału w pogoni jednak z jego ranami za mocno spowalniałby towarzyszy. Poza tym na tropieniu znał się tak jak z koziej dupy trąba... Więc i tak na niewiele by się przydał. “Łamaczkości” doskonale wiedział, że jego brat dał z siebie wszystko. Wiedźma uciekła po użyła podstępnych sztuczek i pomocy parszywych kompanów. Tylko jak to wszystko przekazać bratu... Woj zerknął za siebie na poczciwe oblicze Olvo teraz przykryte smutkiem i zadumą. Brond wiele mu zawdzięczał. Życie swoje, brata, a w końcu syna. Olvo dbał o każdego z drużyny, mimo że był lodowczykiem z dalekich krain. “Łamaczkości” był światkiem, że Olvo starał się robić wszystko co w jego mocy by ratować też Egara i jego ukochaną Beatrycze. Tylko nie wszystko jest możliwe nawet dla tak utalentowanego medyka... Teraz pewnie też nie jest mu łatwo, żyć z brzemieniem, że może można było zrobić coś więcej... Brond pomyślał, że po wszystkim wypadałoby zajść z flaszką i podziękować mu za wszystko. Nachlać się porządnie jak ongiś na uczcie u Grommila... Kiedy mieli znacznie mniej strapień... W końcu spojrzenie zatrzymało się na piastunie Ksawerym. Jego twarz wydawała się wyrzeźbiona z kamienia pełna powagi. Brond wiedział, że wewnątrz pogrążona jest w wielkiej rozpaczy. Wszyscy wiedzieli, że piastun Ksawery bardzo przeżywa śmierć każdego krasnoluda. Podczas wyprawy dbał o każdego i wskazywał drogę innym. Brond zawsze wspierał piastuna. Nie dawał wiary w oszczerstwa ludzianki, że ją niby truje i to chwile po tym jak karmił ja z ust do ust jak zaniemogła. Wiedźma próbowała skłócić drużynę ze sobą. Brond również stanął w obronie piastuna jak ta kurwa nazwała go człowiekiem... Cóż za oszczerstwo Ksawery jest pełno prawnym i godnym krasnoludem. Ksawery w swej mądrości zaczął przeczuwać jako pierwszy, że Ada nie jest tym za kogo się podaje, ale także rozumiał wagę złożonej przysięgi. “Łamaczkości” okazał piastunowi wielką lojalność i wierność deklarując swoją gotowość w podążaniu za jego przywództwem. Ciałkiem możliwe, że bez światłego przywództwa Ksawerego wiedźma zaprowadziłaby całą drużynę do grobu... Jak nadejdzie pora Brond poprosi Ksawerego, by został mentorem jego syna, by być może jak matka w przyszłości został piastunem... Wszak to właśnie Ksawery jako pierwszy odczytał, że znamiona na jego ciele nie muszą być złym omenem, a zwiastunem wielkich czynów. Słowa Ksawerego dały Brondowi nadzieję na przyszłość swojego dziecka... Za to będzie mu wdzięczny do końca żywota...
W końcu ponury orszak dotarł na szczyt wzgórza. Na jego szczycie zebrali ujrzeli dwa stosy z brzozowego drewna na nich ułożone ciała Beatrycze „Ptaszynyny” Hoggsdotter i Egara „Wygryzionego” Karevssonn. Olvo i Ksawey włożyli wiele wysiłku, by ciała nieszczęśników godnie wyglądały tego dnia. Wybór sposobu pochówku był kolejną trudną decyzją jaką musiał podjąć Brond. Początkowo chciał ich pochować w rodzinnej krypcie obok dawno tragicznie zmarłego męża Beatrycze, po długiej dyskusji z Ksawerym i Olvo uradzono, że ciała lepiej spalić ze względu na spaczenie, a prochy złożyć w krypcie. Poza członkami wyprawy i wynajętą mamką nikt inny się nie zjawił. Brond był wściekły i rozgoryczony z tego powodu. Beatrycze była ich piastunem i ulubienicą króla, służyła radą każdemu i udzielała wsparcia duchowego, a Egar był krasnoludem jak każdy z nich. Należało oddać im ostatnie honory… Towarzyszyć w ostatniej wędrówce nim zasiądą na uczcie w halach ojca… Zamiast tego tchórzliwie siedzą pochowani w domach bojąc się klątwy i złych omenów. Jak tragiczna śmierć może przekreślić dokonania całego życia… Nawet Tordrek i Emer się nie zjawili… Na pogrzebie władnej siostry i bratanka… Brata i matki… To było niewybaczalne… Brond nigdy im tego nie zapomni… Rozumiał ich gniew i rządze zemsty toczyła również jego… Wiedział też, niełatwo zaakceptować jego syna dotkniętego spaczeniem… Pogrzebanie bliskich było obowiązkiem bliskich na ojca i jego dzieci… Ksawery wystąpił przed szereg, nikt inny nie chciał lub nie był władny prowadzić ceremonię. Piastun rozpoczął obrzędy, słowa z trudem mu przychodziły przez gardło. Dopiero teraz dało się w pełni odczuć jak bardzo ta tragedia odbiła się na starszym. W pewnym momencie emocje wezbrały i Ksawery popłakał się. Nikt z obecnych nie miał mu tego za złe, wszyscy odczuwali podobne emocję…
Słowa piastuna nie w pełni docierały do Bronada, gdyż ten trwał pogrążony we własnych myślach. Wpatrywał się w blade oblicze ukochanej, wydawała się uśmiechnięta. Odeszła z tego świata wiedząc, że Brond zrobi wszystko co w jego mocy by spełnić jej prośbę i zajmie się ich dzieckiem. Zawsze była uśmiechnięta, radosna i skora do pomocy, dlatego zyskała przydomek ptaszyna. Miała tak wielkie serce, że próbowała dostrzec dobre cechy w tej ludzkiej wiedźmie... Mimo potwarzy ze strony ludzianki, ostrzeżeń Ksawerego i Bronda wciąż doszukiwała się w niej dobra... Zbyt późno dostrzegła, że w sercu wiedźmy jest mrok, na swoją własną i synów zgubę... Miała ogromne serce, zbyt pełne troski i dobroci, by wyruszać na wyprawę wojenną. Wrócił myślanymi do swojej młodości. Niewiele był w tedy starszy od Egara jak zaczął smalić cholewki do jego matki. Jej serdeczność i dobry duch wywołał spore wrażenie na młodym krasnoludzie, sprawiło, że serce zaczęło szybciej bić. Szybko wszedł w zażyłe stosunki ze słodką “Ptaszyną”. Kto wie jakby dalej się potoczyły jego losy, gdyby do wyścigu o serce Beatrycze nie dołączył jego najlepszy przyjaciel Karev. Każdego innego absztyfikanta Brond pokonałby w pojedynku i przegonił, ale nie Kareva, nie potrafiłby walczyć z nim na poważnie, a ni nie chciał krzywdzić. Beatrycze sama miała wskazać swego lubego. Tak o to Brond przeżył pierwszą i najdotkliwsza porażkę w swoim życiu. Część krasnoluda cieszyła się, że Karev i Beatrycze są ze sobą szczęśliwi, zaś druga połowa chciała wyć z rozpaczy. Życzył im jak najlepiej, ale też nie potrafił patrzeć na ich szczęście. Podjął decyzję, która zaważyła na całym jego życiu. Wyruszył świat szukając szczęścia jako najemny woj. Na polu bitwy zyskał sławę, honor, kolejną miłość i gorycz straty. Jakże inna Hilda była od Beatrycze. Beatrycze była dziewczyną o gołębim sercu, zaś Hilda była jak górski niedźwiedź... By zdobyć jej serce musiał pokonać ją w pojedynku... A to nie było proste... Jednak zaznawszy chwilę szczęscia zaraz je stracił w zasadzce orków... Szczęście wydawało się tak ulotne... Po tych zdarzeniach serce Bronda było bardzo niedostępne... Po powrocie z wypraw Brond poznał smutną nowinę - Karev zginął wypadku w kopalni osieracając dwójkę synów. Mawiają, że stara miłość nie rdzewieje... “Łamaczkości” wciąż żywił silne uczucia do “Ptaszyny”, jednak ze wzzględu na szacunek do przyjaciela i strach przed reakcją ukochanej trzymał uczucia w sobie. Słowa nigdy nie były jego mocną stroną... W końcu podczas jednych z posiedzeń przy gorzałce Brond i Beatryczce znów zbliżyli się do siebie. Alkohol rozwiał wątpliwości wojownika i dał upust skrywanemu w sobie uczuciu. Z tego wybuchu pożądania miał w przyszłości narodzić się jego syn. Alkohol jednak zaciemnił tez jego umysł sprawiając, że całe wydarzenie zniknęło w mrokach niepamięci na długo. Co za wstyd... Gdyby tylko wiedział od początku to wszystko mogło się potoczyć inaczej. “Ptaszyna” przewrotnie zataiła swoją ciąże, chcąc sprawdzić, jak zachowa się jej kochanek. Brond nieśmiało starał się zagadywać Betrycze dobrze bawiąc się na uczcie, obiecując chronić ją i jej dziecko wszystkimi siłami, nie wiedząc kto jest ojcem. Teraz w pełni rozumiał jej śmiech po tym jak zadeklarował, że zmiażdży czaszkę tego kto ją pohańbił. Jakże cudownie się w tedy śmiała... Jakże absurdalne musiały być jego słowa w jej uszach. Z czasem Brond przypomniał sobie co się wydarzyło tamtej nocy. Jakże przeklinał swoją głupotę... Kiedy Beatrycze potwierdziła jego podejrzenia, a nawet uznała go godnego małżeństwa. Brond stał się najszczęśliwszym z krasnoludów. Marzenia o posiadaniu rodziny zaczynały się ziszczać... Tordrek, Emer i Edgar również zaakceptowali Bronda jako kandydata na męża na Beatrycze. Wydawało się, że już tylko wystarczy wrócić z wyprawy, by wieść szczęśliwe życie. Los bywał przewrotny i w tym wypadku... Ciężko ranny Brond był gotów nawet za cenę własnego życia bronić ukochanej i ich dziecka. Odważny woj nie mógł jednak mierzyć się ze spaczeniem, które czaiło się w mrokach kopalni. Przeklęta geothyra odcisnęła piętno na jego ukochanej i dziecku. Beatrycze pod wpływem szoku, będąc świadkiem okrutnej śmierci Egara, zaczęła rodzić. Brond mógł tylko z pękającym sercem obserwować co się dzieje. Bezsilny patrzył jak jego ukochana cierpi męki. Diagnoza Olva była straszna... Poczciwy krasnolud mógł uratować tylko z jedno z nich... dziecko albo matkę.... Będący w szoku Brond mógł tylko płakać nie zdolny wydać z siebie żadnego słowa. To była najtrudniejsza decyzja w jego życiu... Najczarniejsza godzina... W ten Beatrycze poprosiłaby ratować ich dziecko. Brond mógł zrobić tylko jedno uszanować ich miłość i spełnić prośbę. Niezdolny do niczego innego jak pootrzymywania ukochanej, patrzył jako Olvo wykrawa z niej dziecko. “Łamaczkości’ łudził się, że można jeszcze uratować Beatrycze. Kolejny cios padł, gdy ujrzał dziecko. Jego biedny syn dotknięty spaczeniem, pokryty zielonymi nienaturalnymi żyłami... Aż dech zaparło krasnoludowi... Beatrycze ostatkiem sił przytuliła syna i rzekła “Zaopiekuj się naszym synem”. Brond przyrzekł to ukochanej nim dokonał żywota. Zrozumiał, że kocha swojego syna mimo stygmatów na ciele i zrobi wszystko by go ochronić. Choć nie mógł wyrzec w tedy słowa z bólu, szoku i żalu, gotów był bronić swojego syna przed każdym kto nazywał go potworem i chciał strącić ze skały. Był tak zdeterminowany, że nawet udałby się na banicje, jeśli nie zostałby zaakceptowany. Powrócił do Srogotów z twardym postanowieniem spełnienia ostatniej prośby ukochanej. Nastała długa debata z Ksawerym i “Sędziwoświatłym”, na której ważyły się losy jego dziecka. Lękano się, że może stać się zwiastunem niszczeć, złym omenem... Jednak też mogło być powołane do wielkich czynów, jak legendarny król krasnoludów. Brond wierzył w tą drugą wersję w końcu dzieliło krew piastunki i ulubienicy króla... Przekonał piastunów, że zaopiekuje się dzieckiem i wychowa na godnego krasnoluda. Wybrał nawet imię, gdy nadejdzie czas brodochwytów otrzyma miano po swym zmarłym bracie. Brond odwrócił się i zerknął z troską i czułością na swojego syna.
Ksawery zakończył uroczystą mowę i modlitwę. Łzy obwicie jak potok górski spływały mu z oczu. Theobald chwycił brata za ramię i podał mu płonącą żagiew. Nie potrzebowali słów. Nadszedł czas. Brond ruszył chwiejnym krokiem najpierw do stosu Egara. Spojrzał na ciało kuzyna. Zmarł tak młodo. Niepotrzebną i okrutną śmierciom... Tylko by zrealizować przeklęty plan wiedźmy. Pamiętał jak z ze swym bratem obwiniali go o brak honoru, gdy zastanawiał się czy układ ludzianki ze szczurami niweczy ich przysięgę. Próbował ich wtedy nauczyć, że powinnością wojownika nie tylko jest respektowanie przysług, ale również należy służyć honorowych sprawach. Wiedźma okpiła ich wszystkich.... Pamiętał jak podtrzymywał kuzynów na duchu, gdy koboldy napierały z każdej strony, a widmo śmierci było tuż tuż. Śmierć walce z podniesionym czołem jest powinnością wojownika. Egar walczył do końca.... Jego ciała nie złamały maczugi ani topory koboldów, a plugawa larwa pożerająca go od środka. Pamiętał jak z trudem odciągnął Beatrycze, by nie widziała jak z ciała Egara wypełza szkaradna i obmierzła larwa. Przyłożył żagiew.... Ogień szybko się rozprzestrzeniał pochłaniając stos i ciało nieszczęśnika. “Ucztuj po prawicy wojownika” - pomyślał krasnolud i odwrócił się w stronę ukochanej. Po raz ostatni spojrzał na jej piękne oblicze i ciepły uśmiech. Drżącą ręką przyłożył żagiew. Ogień puchnął natychmiast pożerając stos i ciało krasnoludki. “Żegnaj ukochana... Zasiadaj po prawicy ojca” - Pomyślał Brond i opadł na kolana. Niewiedział skąd, ale łzy znów zaczęły płynąć mu z oczu, choć sądził, że już dawno wypłakał wszystkie. Ogień trafił ciała wznosząc się co raz wyżej i wyżej. Żałobnicy zaczęli się rozchodzić, pozostali tylko bracia Grunalssonn. Pochłonięty w żalu i rozpaczy Brond i spierający go jak zawsze Theobald. Czekali długo pogrążeni w ciszy. Nie potrzebowali słów. Słowa nigdy nie byli ich mocną stroną. Byli prostymi krasnoludami. Krasnoludami czynu. Czekali aż płomień zgaśnie, a następnie z pieczołowitoscią i namaszczeniem zebrali prochy bliskich do urn. Urn wykupionych przez Bronda za srebro od wiedźmy. Zapłatę za ich krew, pot i łzy. Te pieniądze mogły posłużyć tylko jednemu upamiętniemu bliskich i zadbaniu o młode pokolenie.
Bracia w ciszy zeszli w dół zbocza niosąc urny do prastarych katakumb wykutych pod wzgórzem. Weszli mrok światło niosła pochodnia rozpalona przez Theobalda. Mijali groby przodków, aż w końcu dotarli do kamiennej płyty zasłaniającej grób Kareva. Złożyli urny pod ścianą, Theobald zawiesił pochodnie na ścianie, a następnie wspólnym wysiłkiem zdjęli kamienną płytę. Ujrzeli szkielet Kareva w ozdobnej szacie i złożonym na piersi kilofem. Brond pochylił głowę i szepnął - “Wybacz przyjacielu zawiodłem Cię”. Theobald podał bratu urnę z Beatrycze, ten otoczył ją czerwonym płaszczem - symbolem królewskiej łaski i przytulił do piersi. “Żegnaj ukochana... Wychowam naszego syna na godnego krasnoluda. Jest przeznaczony do wielkości”. Woj ułożył urnę obok Kareva, następnie Theobald podał mu tą z ciałem Egara. Brond pochylił nad nią głowę - “Walczyłeś dzielnie Egarze, pamięć o twoich czynach nie zgaśnie. Twój młodszy brat poniesie twoją wolę walki i niezłomność”. Ułożył urnę obok ciała ojca, Theobald podał topór Egara bratu, który położył obok urny. Bracia zmówili cichą modlitwę i bez słowa zasłonili grób kamienna płytą. Nigdy nie byli dobrzy w słowach. Nie potrzebowali słów, rozumieli się bez nich...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
„Hej Fred, dawno nie rozmawialiśmy.” już to proste zdanie wystarczyło, by Olvo odczuł jak stres ostatnich tygodni powoli opuszcza jego ciało. Czy to krasnoludy lodowe, górskie czy ludzie, z żadnym rozmowa nie była tak przyjemna i relaksująca. Fred nie przerywał, nie obrażał się, nie oceniał. Fred po prostu słuchał. Co prawda również nie odpowiadał, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Olvo przyciął lekko gałązki i przetarł twarde liście swego przyjaciela.
„Wybacz, ostatnio nie miałem okazji porządnie się tobą zająć. Głód, marsz, poszukiwanie pożywienia, walka z setkami koboldów, zajmowanie się rannymi, słuchanie kłótni...gdybym wiedział na co się piszę w życiu bym się nie zdecydował.”
Fred jednak wytrzymał to wszystko bez najmniejszego problemu. Co więcej, zdawał się wyglądać lepiej niż przed całą wyprawą. Słabe krasnoludy nie były tak wytrzymałe. A co dopiero panienka Ada. Jak to słabowite dziewczę przetrwało tak długo? Czy to dlatego, że była wiedźmą? Gdyby tak było to chyba zrobiłaby coś więcej niż dogorywanie przez większość wyprawy w łasce i niełasce wynajętych dvergów.
Podczas zajmowania się Fredem, myśli krasnoluda powędrowały do początków całej eskapady.
Czemu w ogóle zgodził się wyruszyć? Wyprawa wydawała się samobójstwem. Zapewne pewność siebie innych członków drużyny oraz przekonanie, że liczba koboldów musiała być wyolbrzymiona dodawały mu otuchy.
„Tysiące, Fred! Oni mówili o tysiącach koboldów jak gdyby to było nic! Tysiące na nas kilkunastu! Nawet Kligo musiał chyba pojmować po części tą ilość.”
Okazało się, że liczby wyolbrzymione wcale nie były. Do dzisiaj Olvo nie mógł nadziwić się jakim cudem przeżyli, zabijając przy tym kilka setek tych paskudnych, szczających trucizną istot. Szczególnie, że on sam, jak i dwie kobiety w ekipie w tym zabijaniu niespecjalnie pomagali.
„Gdybym tylko wiedział na czym polegała ta ich parszywa trucizna, może przygotowałbym się lepiej. Narobił więcej węgla aktywnego czy coś.”
Na wspomnienie efektów koboldzich szczyn zrobiło mu się niedobrze.
"I po co była ta cała walka, to sranie po kątach jaskini, walka ze zmutowanym przez geothyrę koboldem wielkości trolla? Ada zostawiła jaja po czym zaczęła świrować."
Olvo nie pamiętał już czy to ona zarządziła powrót na powierzchnię, czy może ktoś inny. Podejrzewał, że Ada nie była wtedy przy zdrowych zmysłach i w majakach zapomniała co miała tak uczynić. Dlatego później musięli wracać do geothyry i pomoczyć w niej jaja póki te się nie wykluły.
„Fred, pamiętam jak jeszcze w drodze do Smoltet Jern narzekałem w myślach na trud podróży, długość marszu i zmęczenie. Myślałem sobie wtedy, że powrót będzie o wiele przyjemniejszy. Wtedy przecież już nam się nie będzie tak spieszyło” westchnął niczym ojciec, który właśnie usłyszał od własnego syna, że ten lepiej zna się na rozłupywaniu skały, po czym bierze do ręki motykę miast kilofa „Wiesz, wiele razy się w życiu myliłem ale chyba nigdy tak bardzo.”
Obsrani, głodni, wycieńczeni i ranni musieli uciekać co sił jak najdalej od kopalni w obawie przed pościgiem koboldów. I chociaż tych udało się uniknąć, przynajmniej w większości, następne w kolejności do uprzykrzenia krasnoludom niezbędnego odpoczynku były elfy.
„Ja się tam na taktyce bitewnej nie znam ale wyglądało to bardzo źle. Jedynie Theobald był w stanie stawić im czoło. Nawet paru zabił.” Podczas rozmowy z Fredem, duża część wypowiadana była jedynie w myślach. Olvo nie sądził by Fred potrafił odczytywać jego myśli, jednak tak na prawdę nie sądził również by rozumiał jakiekolwiek wypowiedziane słowo, więc nie miało to większego znaczenia. „Gdyby nie szczury, powystrzelałyby nas co do nogi.”
Olvo starał ułożyć sobie w głowie o co chodziło w tej całej wojence międzyrasowej. Z tego co rozumiał, elfy chciały zabić Adę i jej jaja, które uważały za plugastwo. Jory z jakiegoś powodu uważały jaja za święte i pilnowały by misja Ady się powiodła. Krasnoludy zaś, nienawidziły zarówno jednych jak i drugich i to do tego stopnia, że jakakolwiek współpraca ludzianki z nimi skazywała ją zapewne na śmierć. Olvo nie do końca rozumiał tą nienawiść ale też nie był z tych stron nie jemu było zatem oceniać.
„Myślisz, że wszystkie elfy są takie jak te które spotkaliśmy, Fred?” przypomniał sobie ślady po wyrafinowanych torturach, których się dopuściły „Nie można chyba aż tak generalizować co?”
Co do jorów uczucia miał mieszane. Z jednej strony groziły mu, z drugiej ocaliły mu życie. I jedno i drugie miało swój cel i nie było w tym ani nic złego ani dobrego. Nie rozumiał tylko czemu zatruły rację żywnościową. Czy tego typu psikusy leżały w ich naturze? Przecież nie zależało im na niepowodzeniu wyprawy, a każde otrucie, nawet lekkie mogło zaważyć o niepowodzeniu. A jeśli nie one dopuściły się takiego czynu to kto? Przecież żaden z dvergów nie ryzykowałby pogarszaniem stanu innych uczestników wyprawy, szczególnie gdy byli w tak tragicznej sytuacji.
„A jakby jorów i elfów było mało to jeszcze nam się trolle trafiły” dodał porzucając bezowocne rozmyślania o truciźnie „Tych to przynajmniej nie trudno zrozumieć.”
Za to zabić niełatwo. Po powrocie do tuneli kopalni, od strony Żelaznej Góry, przyszło im się z nimi zmierzyć. Właśnie to starcie w dłuższym rozrachunku kosztowało życie zarówno Egara jak i Beatrycze.
Posmutniał na chwilę. Nie znał ich może długo, niemniej jednak przeżył w ich towarzystwie bardzo wiele.
„Mimo wszystko misja się powiodła. Jaja wymoczone w geotyrze wykluły się” kontynuował wspomnienia starając się nie skupiać myśli na ofiarach wyprawy „Araliki, tak je nazwała.”
Olvo nie rozumiał o co chodziło z tymi jajami. Były to gryfopodobne istoty, które z jakiegoś powodu potrzebowały geothyry by się wykluć. Ada jednak traktowała je tak, jak gdyby były jej rodziną czy bliskimi przyjaciółmi. Reinkarnacja? Klątwa? Szaleństwo? Trudno powiedzieć. Widać było jednak, że te stworzenia były dla ludzianki niezwykle istotne. W zasadzie zdawały się jedyną rzeczą na tym świecie, na której Adzie zależało.
„Wiesz Fred, nie dziwię się jej, że uciekła z jorami. Nawet gdyby nie wyszły na jaw te wszystkie rzeczy, o które jest oskarżona i tak pewnie straciłaby głowę po powrocie do Srogotów.”
Olvo z zasady wierzył wszystkim i myślał o każdym pozytywnie, chyba że jasne dowody wskazywały na to, że nie powinien. Oskarżenia zapewne nie były bezpodstawne, mogły jednak wynikać z nieporozumienia. Ada wydawała się trudną osobą, nie zważającą za bardzo na swoje słowa czy uprzejmości, a to potrafiło rozgniewać wiele osób. Widać było, że łatwiej przychodzi jej zdobywanie wrogów niż przyjaciół. Gdy jeszcze kiedyś się spotkają chętnie wysłucha jej wersji historii. Z dala od nazbyt dumnych i obrażalskich dvergów, dla których nieodpowiednie słowo mogło stanowić śmiertelną obrazę. Olvo wiedział w końcu jak myślą dvergi, sam był jednym z nich. W jego stronach może mieli inne zwyczaje, inne obrazy i haniebne czyny ale myślenie było podobne. Ada zapewne w niedługim czasie rozjuszyłaby czymś również jego pobratymców. Olvo jednak był dosyć dziwnym przedstawicielem swojej rasy, ale czy było w tym coś złego? Co by było gdyby miast czytania książek o botanice, a przy okazji o medycynie i anatomii, zajmował się typową godną krasnoludzką robotą? Gdyby tak jak Ada, nie wkurzał wszystkich wokół siebie bluźnierczą ignorancją świętych zwyczajów? Nie opuściłby wtedy rodzinnych stron i nie byłoby go wraz z drużyną gdy ranni i ledwo żywi lizali rany. Kto wtedy zająłby się krwawiącymi, otrutymi dvergami? Kto przyjąłby poród Bestii?
„Wiesz Fred, bycie innym ma swoje pozytywne strony” odparł zerkając z uśmiechem na dziwaczne korzenie wychodzące z jego ciała i wnikające w glebę. Choć ta dziwna mutacja, z pewnością efekt przebywania przy geothyrze, zapewne powinna go martwić, było wręcz przeciwnie. Następnie zerknął na doniczkę z porostnicą wielokształtną, która oprócz 200 sylvów była kolejnym pozytywnym rezultatem piekielnej wyprawy.
„Jak myślisz Fred, czy elfy z Wielkiego Lasu zastrzeliłyby mnie bez pytania? Jeśli kiedyś wydostaniemy się z tego kraju, będzie trzeba trochę popytać i poczytać nim na ślepo ruszymy w nieznane.”
Dzień był ciepły, bezchmurny i wietrzny. Lato na dobre zagościło w Tåkefjell.
Theobald siedział na obalonym drzewie, posilając się. To było jedno z jego ulubionych miejsc na odpoczynek. Stąd mógł bez przeszkód obserwować owce pasące się w dół zbocza i pilnującą je grupkę trzech wytresowanych psów, a także miał piękny widok na zachód słońca, acz rzadko zostawał aż tak długo ze swoim stadem. Może czasami, gdy któraś zbłądzi…
To było jego życie, jego codzienność. Pasterstwo, opieka nad rodziną, a nie podróże i zbrojne najemnictwo. To on je wybrał. I z tym było mu dobrze.
Obserwował, jak setka owiec siedziała zagrzebana w górskiej trawie, posilając się. Owce wiodły spokojny, nudny, przewidywalny żywot. Żywot, który niejednemu by zbrzydł. Nie wszystkim.
Jeden pies odłączył się od stada i pobiegł ku Theobaldowi.
- Łasy! – zawołał uradowany krasnolud. – A czego ty tutaj? Czemu owiec nie pilnujesz?
Pies nie odpowiedział. Wpatrywał się za to w dłoń krasnoluda, dzierżącą kawałek kiełbasy.
- Ha, zwęszyłeś mięso, co? – rzekł, po czym odkroił drobny kawałek i rzucił go w paszczę zwierzęcia. Te momentalnie kłapnęło szczękami i połknęło w całości otrzymany smakołyk.
- Ech, Łasy, ty to się masz tu u nas dobrze. I dobrze też, że cię na wyprawę nie zabrałem! Dnia byś nie przetrwał w tamtych warunkach. A, bo ty nawet nie wiesz, co się tam działo! No to siadaj, opowiem ci. Ty mnie wysłuchasz, nie będziesz kwestionował każdego słowa jak moja żona. To dobra kobieta, ale sam ją znasz! Najmądrzejsza we wsi. Ona to wszystko by lepiej zrobiła, no rozumiesz. A ty wysłuchasz i nie będziesz krytykował, i za to cię lubię, Łasy. I może nawet dostaniesz pod koniec drugi kawałek kiełbasy.
- Wszystko zaczęło się od przybycia do siedziby Grommila „Krwawojatka”. Prawda, najpierw miała miejsce jeszcze cała podróż do Srogot, ale nic się tam ciekawego nie wydarzyło, bo i nie miało co. Jedynie z tym lodowczykiem Olvem mieliśmy okazję porozmawiać, bo cała reszta to byli przecież nasi, więc co tu nowego poruszać? Co prawda, było kilka nowych tematów, ale część z nich nie wyjdzie na jaw jeszcze przez wiele dni.
- No i sama wieczerza. Od lat nie widziałem tylu dvergów w jednym miejscu, a i jadło było wyśmienite! Acz trochę też na pokaz i niepotrzebne, bo może i nasz klan jest potężny, ale jedzenie coraz droższe w górach. Sam dobrze wiesz, jak czasami daleko trzeba zajść, by na jakieś dobre pastwisko dotrzeć, coby się owce najadły. Dwie dekady temu było lepiej… a może to ja się starzeję, co, Łasy? Jak myślisz?
- Ech, no przecież mi nie odpowiesz. Ale słuchasz dobrze, to trzeba ci przyznać. Tamta wieczerza była wieczerzą właściwie dla nas, bośmy się spóźnili. Ja i może mam długi krok, ale Brond i pozostali… już niekoniecznie. Niektórzy by powiedzieli, że mieliśmy szczęście w tym nieszczęściu, a inni, że to klątwa na nas spadła. A ja? Hmm, dobre pytanie. Bogowie sami wiedzą, jak nasz los się potoczy. To od wieków zapisane jest w gwiazdach, a kto mądry, ten je rozczyta. Sam nigdy mądrym nie byłem, ale od tego mamy piastunów. I każdy z nas ma swoją misję do wykonania, swoją drogę, którą pójdzie w życiu. Nawet jeśli wtedy tego nie wiedzieliśmy, to w dalszych dniach nie było już ku temu wątpliwości.
- Bo spójrz, wszyscy dvergowie zostali zawezwani na inną kampanię, a tylko my pozostaliśmy, bo zjawiliśmy się później. I czyż nie jest to najbardziej czytelny znak od bogów, jaki można otrzymać? Wtedy mogłem jeszcze tego nie zrozumieć, ale teraz wiem, że to wszystko już dawno było rozpisane w gwiazdach.
- Ruszyliśmy więc my wraz z rodziną Ptaszyny, która się dokooptowała. Ech, szkoda kobity. A bardziej to mi Bronda szkoda, bo to on musi znosić ciężar jej śmierci. Ona już ma lepiej, bo trafiła do Sal Biesiadnych. Jej syn takoż. A Brond? Myślałem, że ta dawna miłość wygasła, a tu coś takiego. No, ale po kolei!
- Od razu coś było podejrzane z tą ludzianką, co nam misję zlecała. Piastun Ksawery pierwszy to wyłapał, a Brond zaraz po nim. No bo jak często ludzianka, baba ludzka, na dodatek taka młódka, przychodzi w nasze rejony? I to jeszcze z masą kosztowności, za które chce opłacić naszą wyprawę? No to nie trzyma się kupy. Potem wyszło na jaw, że miała swoich popleczników. I nie dziwię się, że nic nie mówiła, bo to były te plugawe szczuroludzie! Pomagały jej same będąc poza widokiem, tchórzliwe skurwysyny.
- A to nie wszystko. Bo z tymi jorami to wyszło długo potem, a ta ludzianka już na wstępie sama z siebie była oschła i bezczelna. Przyszła w buciorach jak do siebie, myśląc, że rzuci trochę złota i zapomnimy o naszych tradycjach i zasadach. I jak się próbowała rządzić! Ha, widać było, że ta głupia baba znała nas tylko z opowiadań, co równie głupi jej ludzie przekazują sobie. Że dvergów to tylko złoto obchodzi, a ich honor jest na sprzedaż. Ale co mogłem zrobić? Wiązały nas odwieczne prawa, a i sam piastun i piastunka nie zbuntowali się jej przewodnictwu. A skoro oni tego nie zrobili, to kim jestem, by sam to robić? Mądrzy się wypowiedzieli, a pycha to zdradliwa emocja.
- Z naszej gromady każdy miał swoją rolę. Nie bez kozery Wojownik taką właśnie drużynę z nas stworzył. Ksawery był kagankiem naszej wiary i najlepiej ze wszystkich przygotowany był na walkę z koboldami; Brond najdzielniej trzymał linię frontu, gdy zalała nas fala potworów, by ranni pozostali z tyłu, samemu nie bacząc na niebezpieczeństwo; Olvo był wprawnym felczerem i zawdzięczam mu życie; no i Beatrycze, która spinała naszą drużynę w całości swoją matczyną opieką i przewodnictwem jako piastunka. Jeszcze był ten Kligo, co ciął jak najęty zarówno trolle, jak i to dziwne monstrum, co tam podobno było przy geothyrze. Ja sam mogłem się przydać, bo najlepiej znałem te tereny i mam bystre oko. Więc gdyby kogoś z nas zabrakło, nawet jednej duszy, to cała ta wyprawa potoczyłaby się zupełnie inaczej, a i więcej z nas by powróciło do wioski schowani pod kirem.
- Ale jak sobie to przemyślę, to dochodzę do wniosku, że to Pasterz ją do nas sprowadził, właśnie do naszej grupy, bo wiedział, że tak wielkiemu wyzwaniu będziemy w stanie podołać właśnie my. Że to my poprowadzimy tę kampanię do końca, że… Ech, chyba jednak wpadam w tę pychę, Łasy. Masz tu jeszcze kawałek kiełbaski.
- Ha, wystarczy powiedzieć słowo „kiełbaska”, byś od razu zareagował i przybiegł. Zupełnie jakbyś tak miał na imię. A imię masz inne, Łasy, i to nie bez powodu. A mimo to tak niemrawo na nie reagujesz! Kiełbasa jest dobra, ale przecież jest tyle lepszych rzeczy. Boczek, golonka, miód, kirravka... Ale nie, ty musisz reagować tylko na „kiełbaska”. Powiem to słowo, a ty przybiegasz, jak zaczarowany. Gdybyś ty tak chętnie owiec pilnował…
- Gdzie ja to byłem? A, podróż. Po drodze znaleźliśmy martwego dverga. Były tam szyszkojady, które go o coś wypytywały na torturach, a potem zabiły. Okrutne skurwiele. Starły się tam z trollami, które jednego z nich zabiły. Przynajmniej taki był pożytek z tych trolli, z którymi potem i my musieliśmy się zmierzyć. A po całym zamieszaniu przybyły tam szczuroludzie. Zamaskowały tropy, ale dały się wyłapać. Ludzianka zaczęła gadać, że one nic nam nie zrobią, że to przyjaciele czy inny chuj. Już wtedy mało kto za nią przepadał, a to, że brata się ze szczurami i że nie chce przestrzegać naszych zasad przy pochówku? Gdyby nie wiązała nas przysięga, to w tamtym miejscu pewnie zakończyłaby się nasza wyprawa, jak nie wcześniej. I na dodatek cały czas wierzyłem, że przecież Grommil ją sprawdzał, rozmawiał z nią i wie, na czym polega ta umowa. Więc skoro on jej zaufał, to czemu ja miałbym nie ufać Grommilowi?
- Starliśmy się potem z koboldami. Zabiliśmy ich parę setek, a wciąż napływały nowe. Ohydne istoty, godne potępienia. Może powinniśmy byli zawalić wejścia, jak mieliśmy okazję? By się tam podusiły i zdechły z głodu, bo przecież nawet i gówna musi im kiedyś zabraknąć do żarcia. Walka z nimi w bezpośrednim, uczciwym starciu to głupota, zwłaszcza że same uczciwie nie walczyły, a jakiś tam zalążek rozumu miały. O, coś jak orkowie, jak już bawić się w porównania.
- Koboldy to mimo wszystko łatwo bić, bo idą prosto z krzykiem. Co innego drzewołazy, które zasadziły się do nas, gdy łataliśmy rany po walkach. Skurwysyny nie potrafią stanąć do uczciwej walki, bo honoru żadnego nie mają. Ledwo com wtedy z życiem uszedł, a Brond był naszpikowany jak jeż, a mimo to nie odpuszczał. Ale to z trollami było najgorzej. Pancerne skurwiele, dobrze że na otwartym terenie się z nimi nie zmierzyliśmy. To właśnie ta walka sprawiła, że Beatrycze i Egar zmarli. Acz to też przez to, że byliśmy już wycieńczeni całymi tymi podchodami. Ludzianka kazała nam krążyć, iść to tam, to gdzie indziej, karmiła nas błędnymi i niepełnymi informacjami, nasze zapasy chuj strzelił, a ona i tak kazała iść w zaparte, ryzykując tym, że wszyscy wyzdychają. I chociaż wszyscy się wysilali tak, by tylko jej dogodzić, to koniec końców ona i tak była skrajnie wobec nas nieufna i kwestionowała wszystko, co robimy. Tak jakby ta ludzka młódka się na czymkolwiek, kurwa, znała.
- Potem wyszło na jaw, że ta ludzianka to wiedźma. Miała ze sobą jaja araliki, co normalnymi jajami nie są, tylko demonicznymi. A ja głupi wierzyłem, że to gryfy! I tak szła w zaparte. Omamiła czarami Grommila, a teraz i nas wykorzystała. Jaja się wykluły, to przestaliśmy być potrzebni. Od razu pojawiły się szczuroludzie, którzy ją przejęli, a nam ludzianka kazała spierdalać do Srogot w ramach „ostatniego polecenia”. Przebiegła wiedźma, wiedziała, że musimy wykonać jej rozkaz.
- Wtedy też Pasterz ponownie nam się objawił, bo zaledwie po paru świecach ukazała nam się kompania dvergów pod przewodnictwem „Czachotarcza”. I on już nam wszystko wyjaśnił, że to kłamliwa wiedźma i że ruszyć za nią trzeba. Zwolnili nas z przysięgi, po czym ruszyliśmy za ludzianką.
Theobald, rozgrzany całą tą opowieścią, posmutniał nagle.
- Tutaj zawiodłem. Zawiodłem bogów, zawiodłem klan… Mogłem dotrzymać jej kroku, mogłem ją dogonić, a mimo to gubiłem się w tropach i dałem się zwieść im tanim sztuczkom. Może i mi zamąciła w głowie magią, ale to nie jest usprawiedliwienie, które jakikolwiek dverg powinien przyjąć. Splamiłem honor swojego rodu, a wiedźma uciekła na tereny ludzkie. Tam już nie mogliśmy kontynuować pościgu, więc powróciliśmy.
- Wtedy też zmarł Egar, a chwilę później Beatrycze. I chociaż okazji do smutku nam przez te ostatnie dni nie brakowało, to ten widok był najsmutniejszym ze wszystkich. Przynajmniej dziecko Beatrycze i Bronda przeżyło… ale naznaczone było magią, której używała przy nas ludzianka. Nie zmarło jednak. Było to silne, zdrowe dziecko. I chociaż wielu ci powie, że to wynaturzenie, które szybko umrze, to ja uważam inaczej. A piastuni podtrzymują moje słowa. Cóż, kurz po tych wydarzeniach jeszcze nie opadł i tylko los pokaże, co nastąpi dalej… No, Łasy, masz tu ostatni kawałek. Kiełbaska, kiełbaska, kiełbaska…
Ostatnio zmieniony przez Pythonius 2021-12-14, 18:50, w całości zmieniany 2 razy
18 dzień lata 54 roku Erilara Krwawojatka
Browar Ksawerego, Flotthus
***
Browar ponownie działał na pełnych obrotach. Trunki w wielkich kadziach nabierały smaku. Ksawery zamknął klapę kotła i zszedł z drabiny. Na dole czekał na niego Ulf, jeden z jego pomagierów i przyjaciel, który dobrze znał także jego ojca.
- I jak? - zapytał z dołu Ulf.
- Całkiem dobrze pachnie. Nie próżnowaliście tutaj. Jestem zadowolony z waszej pracy.
Ksawery przetarł rękawem czoło. Krasnolud się uśmiechnął i podszedł do niewielkiego kraniku połączonego z kadzią. Zdjął z niego chochlę i nalał sobie trochę.
- Jak dla mnie dobre. To może się napijemy?
Ksawery pokręcił głową i się skwasił.
- Chciałem załatwić dzisiaj kilka rzeczy. - odpowiedział zmęczonym głosem.
- Ksawery, odpocznij dzisiaj. Wróciłeś wczoraj i od razu wziąłeś się za robotę. Źle wyglądasz. Straciłeś kilka kilo. Weź się napij trochę.
Krasnolud ruszył do półki na której leżały zimnazowe kufle Ksawerego. I z kuflami ruszył w stronę kranika.
- Nie mam czasu. Naprawdę. - Ksawery odrzekł niezadowolony.
Ulf zaczął nalewać piwo do kufli. Gdy pierwszy się napełnił, wykierował go w stronę Ksawerego. - Bierz! No bierz..
Ksawery wziął kufel. Ulf zaczął napełniać drugi kufel.
Ksawery zaczął się przyglądać pianie spływającej po kuflu. Ksawery posmutniał. W tym momencie jego głowie przypomniała się chwila gdy ostatni raz miał okazję się napić z Beatrycze. Dwie fiolki pysznego brandy, którym wcześniej wzgardziła ludzianka.
- Może usiądźmy sobie na zewnątrz? Ładny dziś dzień. - dopytywał Ulf.
Umysł Ksawerego wrócił do browaru.
- Tak usiądźmy. Ciągle mnie nogi bolą. - marudził piastun.
- Trochę się nachodziłeś po górach. Szkoda, że Marudin nie dał rady.
- Szkoda. Dobry był z niego koń.
Przed browarem znajdował się wielki stół i ławki przy którym często biesiadowali mieszkańcy wioski jak i pracownicy browaru. Niewielki daszek nad ławkami pozwalał siedzieć tam nawet gdy pogoda nie dopisuje. Ulf usiadł na ławce. Ksawery usiadł naprzeciwko i oparł się plecami o ceglaną ścianę browaru. Z tej pozycji miał widok na mieszkańców osady oddającym się swoim obowiązkom.
- Ksawery powiedz mi tak szczerze. Dobrze się czujesz? Jesteś dziś strasznie małomówny. - krasnolud spojrzał w oczy Ksaweremu.
- Nic mi nie jest. To tylko głód i niewyspanie. Za dwa trzy dni wrócę do siebie.
- I chyba parę ciosów na twarz? Gębę masz trochę pościeraną.
- Tak jakby. Szkoda gadać.
Na chwilę zapadła cisza. Krasnolud oparł się wygodnie na ławce i po chwili kontynuować.
- Ksawery wpadnij dziś do mnie wieczorem. Żonka gulasz dziś robi. Mięsa żałować nie będzie.
- Postaram się przyjść. Po tylu dniach łażenia po górach to i jedzenie Twojej żony będzie mi smakować.
Krasnolud się zaśmiał i wyciągnął kufel w stronę Ksawerego.
- Napijmy się. Nic tak dobrego nie piłeś przez ostatnie dni.
Krasnolud przyłożył kufel do ust i wziął kilka dużych łyków. Piana została na jego brodzie. Ksawery starym krasnoludzkim zwyczajem także przyłożył kufel do ust i zaczął pochłaniać kolejne łyki. Błyskawicznie kufel opróżnił się do połowy.
- Dobre. - Ksawery spojrzał zadowolony na Ulfa. - Wypije ze dwa i wracam do roboty.
- I dobrze. Należy Ci się odpoczynek. Natłukliście jebanych koboldów. Za to beczka piwa
od Rzemieślnika się należy.
- Dobrze prawisz. - Ksawery ponownie przechylił kufel. Ulf także napił się ponownie po czym krople piwa wtarł w brodę.
- Ksawery to opowiadaj o wyprawie tylko teraz ze szczegółami. A nie tylko, że byliście w górach, były koboldy i trole i że ta wiedźma to suka była. Opowiadaj. Synom potem opowiem. Lubią takie historie.
Ksawery chwilę milczał.
- Będziesz gadać? - odrzekł zniecierpliwiony Ulf.
- Opowiem, tylko daj mi myśli zebrać. Nie wiem od czego zacząć.
- Jak to od czego zacząć. Od początku. Opowiedz o wiedźmie. Jak z nią gadałeś na biesiadzie.
Wzrok Ksawerego na chwilę odpłynął w dal. Brwi Ksawego się zmarszczyły. A twarz spoważniała.
- To tak. W Srogotach tam na sali biesiadnej siedziała ta wiedźma. Niby nawet ładna ale coś mi w niej od razu coś nie pasowało. Nie wiem, jak to nazwać. Taki piastuński zmysł. Od razu coś czułem, że to kurwa będzie i, że..
- A Krwawojatek nie widział jej?
- Ano widział. I inni piastuni chyba też. Nie wiem sam. Trochę zgaduję. Ale jak tam była to ją pewnie wszyscy widzieli.
- I nie widzieli, że wiedźma?
- Nie widzieli. A ja stary i głupi im zaufałem, mimo, że coś mi nie pasowała.
- A piastunka Beatrycze? Napijmy się za nią Ksawery. Niech jej dobrze służą na Biesiadzie z przodkami.
Ksawery posmutniał. Podniósł kufel i uderzył o kufel Ulfa. Zaczęli dalej pić. Ksawery przez chwilę nic nie mówił. Miał cały czas posępną twarz.
- Na czym skończyłeś? Na na, nie wiem. Aaa, piastunce. A ona co mówiła o wiedźmie?
- Wtedy to nic. - Ksawery się chwilę zastanawiał - Ale potem to w sumie mówiła. Ale to potem powiem aby po kolei było.
- Dobrze, tylko nie zapomnij.
- Nie zapomnę. To tak jak mówiłem, to było coś z nią nie tak. Z wiedźmą. Najpierw nie wiedziała co to jest prawo wezwania. Ja i Beatrycze jej tłumaczyliśmy, ale była za głupia i aż Mordbur Sędziwoświatły Drudssonn musiał sam osobiście jej to tłumaczyć. Nie wiem czy była jakaś tępa czy na złość udawała, że nie rozumie. - Ksawery wziął kolejnego łyka piwa i się oblizał.
- A potem była przysięga. Wszyscy przysięgaliśmy. Nawet ona, suka jebana.
- Czegoś nie rozumiem. Ona przysięgała ale była wiedźmą? Czy to nie jest bluźnierstwo?
Ksawery splunął i wzburzonym głosem kontynuował.
- Jest. Taka kurwa nie było godna cokolwiek przysięgać. A co dopiero dotykać świętych artefaktów. Jakbym wtedy wiedział to bym jej czerep krzesłem rozwalił. Ale wtedy żem nie wiedzieli, że to kawał kurwy.
Ksawery napił się.
- Jak o tej kurwie myślę to mi piwo nie smakuje. - Ksawery marudził dalej
- To pij więcej. - uśmiechnął się Ulf.
- Pije. - odrzekł Ksawery. - Wypijemy za to, żeby kurwie te ptaki zdechły.
- Te niby co z jaj się wykluły? - dopytywał Ulf
- A te. - przytaknął piastun
- Ale duże były?
- Jak kaczka. Taka gruba.
Ksawery wziął drugi kufel do ręki. Ulf dopił piwo. Chwycił drugi kufel.
- Lubię te kufle. - Ksawery przyglądał się zdobieniom kufla, które wiele lat temu zrobił zanim zajął się na stałe piwowarstwem. - Im dłużej piwo w nich leży tym lepiej smakuje.
- Dobrze prawisz. Szkoda, że nie masz takiej beczki. Chciałbym taką.
- Ja też. Ale i tak się cieszę, że chociaż kufli się dorobiłem. Ale wracając do wyprawy.
- Rozgadałeś się. - uśmiechnął się Ulf.
- Ano. Piwo dobrze mi zrobiło. To tak... Była uczta. Wiesz sam jak tam było.
- No wiem. Dużo pamiętam.
- I potem na drugi dzień ta wiedźma zebrała prowiant i wyruszyliśmy.
- Coś chyba jedzenia zapomniała.
- A chciałem wspomnieć... słuchaj. Wzięła jedzenie. Ale nic do picia. Jakbym nie wziął baryłek to by wszyscy z pragnienia poumierali.
- Dobrze mówisz. A te jedzenie?
- Jedzenie zabraliśmy. Ale tępa nie policzyła ile będziemy potrzebować na wyprawę.
- I co? Kiedy zabrakło?
- Zabrakło jak dotarliśmy na miejsce. W sensie trochę zostało, ale na dzień czy dwa. Ale potem koboldy zaszczały, te żarcie.
- To ile dni, żeś głodny był?
- Siedem. Tylko woda. I garść korzonków zjadłem wtedy. A i trochę kozicy. Theobald ustrzelił, to coś dobrego chociaż zjadłem. Muszę mu baryłkę dobrego piwa kiedy zanieść.
- Widać, że nie jadłeś.
- Co do jedzenia to dopiero zacząłem coś jeść jak Jovin ze świtą do nas dołączył.
- Pij, abyś miał siły. - Ulf skierował swój kufel w kierunku piastuna.
Ponownie kufle się stuknęły. Rozbrzmiał dźwięk zimnaza. Nie podobny do dźwięku wydawanego przez inne metale.
- To wrócę jeszcze do podróży do kopalni. Ruszyliśmy w kierunku Brok. Nie udało nam się dotrzeć tam pierwszego dnia. Przenocowaliśmy w domostwie kilka świec od Brok. Dopiero drugiego dnia dotarliśmy do Brok.
Tam w Brok dałem jedną beczułkę Brokksonom. I w sumie dobrze zrobiłem. Bo jedną beczkę mi potem te zielone kurwy wypiły
- Szkoda. A co tam było?
- W beczułce jednej był bimber krasnoludzki. W drugiej trochę zostało okowity. Ale jeszcze miałem trochę w butelkach.
Ulf słysząc to aż złapał się za brodę.
- Aj. Nie dobrze się tego słucha. Serce aż boli, że takie trunki takie kurwy piją.
- Racje. Mnie też to zabolało. Ale mniej niż to że te kurwy mi Marudina zaciukały. I sobie uczce zrobiły. Wyobraź sobie. Martwe konie. Drugi piastunki. - Ksawery zadrżał i zwolnił głos przez chwilę. - I tego. Yyy. Te koboldy tam jedzą te konie. Te co napiły się to padły martwe. I dużo ich tam było... z 50.
- I co wy na to?
- Ano Theobald je wszystkie wysadził bełtem.
- Nie wiedziałem, że taki on zabójczy. No, no. Pij i mów co dalej. - Ulf wskazał palcem na kufel piastuna.
Kufle ponownie połączyły się z ustami biesiadników.
- To może ja cofnę się bo z tym koniem bo to było jak wyszliśmy z kopalni.
- Chujowo opowiadasz. Trochę się gubię a jeszcze nic nie wypiłem. - Ulf spojrzał w głąb kufla.
- Bo mi przerywasz ciągle i gubię wątek.
- To nie przeszkadzam. - Ulf machnął ręką i głową na znak, że nie będzie już przeszkadzać. Zamoczył usta w kuflu.
- To ruszyliśmy z Brok do Żelaznej Góry przez Północną Czadź. W trakcie podróży znaleźliśmy ślady szczurów...
- To te od wiedźmy?
- Pewnie tak, ale jeszcze tego nie widzieliśmy. Znaleźliśmy też ciało jednego dwerga.
- Znałeś go?
- Nie. Nie kojarzyłem twarzy. Może to ktoś od Dvilflich, kolor włosów podobny. Ale nie wiem. Postanowiliśmy go pochować. Gdy sprawdzaliśmy tropy okazało się, że szyszkojady go ubiły. A troll jedną kurwę zeżarł. Tak trochę. Nie całego.
- Szkoda tego dwerga.
- A szkoda. Szczęście mu nie sprzyjało, że spotkał te leśne kurwy. - Ksawery opuścił wzrok. - Wypijmy za niego. - kontynuował.
- Wypijmy za niego!
Kufle się ponownie ze sobą stuknęły w górzę.
- Chyba zaraz będzie trzeba napełnić kufle. - Ulf spojrzał w głąb kufla.
- Raczej nie wystarczy piwa do końca opowieści. - Ksawery ponownie wziął łyka
- Odprawiliśmy pogrzeb temu dwergowi. I słuchaj. Ta kurwa nie wypiła za zmarłego.
- Ale jak to?
- Suka wylała trunek i powiedziała, że robi się tak w jej stronach.
- A robi się tak?
- Absolutnie nie. Sam tego dobrze nie wiedziałem. Wtedy jej nawet zawierzyłem. Potem piastunka mi powiedziała, że nie ma takiego zwyczaju. Suka bezczelnie kłamała. Suka nie okazała szacunku zmarłemu.
Ulf opuścił wzrok i pokręcił głową na znak braku akceptacji takiego zachowania.
- Kurwa mać! - przeklął piastun
- I co zrobiłeś?
- Yyy. No nic.
- Ale jakto? - zdziwił się Ulf
- Ano, że wtedy nie wiedziałem. Yyy, że kłamie. I że to wiedźma. I... i , że nie ma takiego zwyczaju.
- Ja bym jej jebnął za coś takiego.
- Ja też. Nawet nie wiesz ile razy chciałem jej wyjebać. - Ksawery zamilkł na chwilę.- Ale przysięga rzecz święta.
- Święta jak mało co. - przytaknął Ulf
Ksawery na chwilę odleciał wzrokiem w dal. Przypatrywał się przez chwilę życiu osady i krasnoludom zajmującym się swoimi obowiązkami.
- Wracając do opowieści. Trochę przyspieszę bo do jutra nie skończę.
- Kiedy będą trolle? - dopytywał Ulf
- Poczekaj. Jeszcze nie doszliśmy do Smolted Jern.
- A kiedy dojdziecie?
- Dobra. To doszliśmy do Smoltet Jern. Do głównego wejścia. Tam sprawdziliśmy okolice. Nie było koboldów. Znaleźliśmy tam dość dziwną rzecz. Fajke w kształcie kota.
- Fajkę?
- Tak fajkę. Dziwna była.
- Czyja?
- Nie wiem. Może szyszkojadów?
- A skąd wiesz?
- Nie wiem. Bo potem spotkaliśmy drzewojeby. Na naszą nie wyglądała.
- Aha. - Ulf przytaknął
- No to wchodzimy do kopalni. Zostawiliśmy konie w ukryciu trochę. Suka nie zabrała zapasów. Ja myślałem aby zabrać jedzenie i przesiedzieć w kopalni i wyjść drugim wyjściem.
- Jakim drugim wyjściem?
- W kopalni podobno było drugie wyjście. Ale ukryte bo zapomniane, w sensie zapomniane gdzie się znajduje. Niby wiedzieliśmy gdzie jest ale nie gdzie dokładnie.
- A ty wiedziałeś gdzie jest?
- Ano... nie do końca. - piastun przytaknął niepewnie
- To jak chciałeś nim wyjść?
- Tak normalnie. Na zewnątrz. Wiedziałem w którym kierunku jest mniej więcej. A tuneli nie ma zbyt wiele więc jakoś byśmy dotarli do wyjścia. Znam się trochę na górnictwie, dałbym radę.
- Chyba rozumiem. - kiwnął powoli głową.- A te jedzenie? Dlaczego nie wzięliście?
- Ja wziąłem. - Ksawery skinął głową w lewo na potwierdzenie. I wziąłem też najważniejsze rzeczy.
- A nie za ciężkie były, bo sporo tego miałeś zabrać?
- Kligo Ciosowłeb Groburssonn. Kojarzysz go pewnie..
- Tak, znam jego ojca dobrze.
- To on mi nosił. Jemu to nie ciążyło.
- Ale ciągle nie rozumie dlaczego nie wzięliście racji?
- Ja w sumie nie chciałem się wtrącać wiedźmie w dowodzenie. Chujowy z niej dowódca ale zawsze dowódca. Trochę mi jej nawet szkoda było wtedy, ale tylko trochę. - Ksawery zamilkł na chwilę aby zebrać myśli.
- Jak szliśmy do Smolted Jern to suka się się rozpłakała. I rozbawiło mnie to szczerze.
- Powiedziałeś jej co o niej myślisz? Że kurwa jest?
- Nie. Popłakała się z innego powodu. A nieważne.
- Ksawery jak ty opowiadasz, to zastanawiam się czy sam siebie rozumiesz. Ale mów dalej. Nie zwracaj na mnie uwagi.
- No to jesteśmy w kopalni. Pierwszy poziom. A tam biegają te zielone kurwy. To pokazują obraźliwe gesty. To coś tam śpiewają obraźliwego o dwergach. Ja se myślę "Ja pierdolę, gdzie ja jestem?".
Ulf się roześmiał. Wyobraziłem to sobie. A pamiętasz jak się Slakosonowie spili twoim bimbrem i co odwalali.
- Pamiętam, ale tamto to nic... I tak chodzimy po tunelach najpierw niepewnie. Bo nie wiemy ile tego gówna tam jest. Ja chciałem je równo nakurwiać za ich zjebane odzywki, ale tego... No ta suka od razu przysięgą mnie zatrzymywała. Może nawet to lepiej...
- A niby czemu? Powinieneś je nakurwiać, równo.
- Wiem. Ale nie wiadomo ile by mnie obskoczyło. Może...
- A duże te kurwy były? Większe od dziecka?
- No takie wiesz. Jedne były chude inne grube. No tak od ziemi to tyle sięgały. - Ksawery pokazał dłonią dokąd sięgały koboldy.
- Czyli że mogłeś je spokojnie nakurwiać?
- Tak, mogłem. Ale musiałbyś zobaczyć co się dzieje jak tak z 50 na ciebie wyskoczy. Niby małe ale jebnąć z kija potrafią.
- Chciałbym to zobaczyć. To musi być śmieszny widok.
- Trochę śmieszne są. Ale bardziej są obleśne. Nawet świnie nie srają tak pod siebie.
- A daleko szczą? Bo słyszałem, że niektóre to ptaka w locie potrafią trafić.
- Gdzieś, żeś to słyszał?
- Niewiem. To daleko szczą?
- Nie wiem. Ze dwa metry? Ale powiem jedno. Jebie niemiłosiernie ich sik. A jak Cię oszczą to się posrasz.
- Coś mi tu ściemniasz.
- Naprawdę. - Ksawery błyskawicznie potwierdził przykładając dłoń do klatki, na znak przysięgania. - Też by nie uwierzył jak by mi ktoś powiedział. Prawie każdy miał problemy jelitowe.
- A Ty miałeś? - uśmiechnął się Ulf
- Nie. - Pokiwał głową
- A wiedźma?
Ksawery się uśmiechnął przypominając sobie Adę srającą w tunelu.
- Srało aż miło. Nic tak nie cieszy jak cudzę nieszczęście.
- Oj nic. Zwłaszcza nieszczęście takiej kurwy. Chciałbym to zobaczyć.
Ksawery zamilkł i chwilę się zadumał. Szczery uśmiech zagościł na jego twarzy.
- Do dna. - zagadał Ulf
Ksawery przytaknął. Kufle szybko zostały opróżnione. - Pójdę po następne. - odrzekł Ulf
Ksawery czekał chwilę, już troszkę odurzony. Jego humor się pogorszył. Ksawerego przypomniał sobie widok Egara a raczej kobolda, który wyglądał jak on. Kobolda, któremu udało się zabrać dwa krasnoludzkie życia.
- Proszę. - Ulf postawił kufle na ławie.
- Dziękuję. - odrzekł Ksawery i przyciągnął do siebie kufel. Krasnolud się wygodnie rozsiadł. I zaczął pić piwo.
- Trochę ciepłe. Cóż. Nie chce mi się czekać.
Ksawery wziął kilka łyków piwa. Zdał sobie przy tym sprawę jak bardzo Ulf poprawia mu humor. - Dużo zabiłeś koboldów? - zapytał krasnolud
Ksawery chwilę się zastanawiał.
- Nie wiem sam. Przestałem liczyć w pewnym momencie.
- Czyli ile?
- Hm. Może z 30?
- Zaciukałem tym swoim mieczykiem?
- Tak jakby. Cześć też wysadziłem a część spaliłem. Kilka zatłukł Marudin a inne chyba kac zabił.
- Ale ile zaciukałeś? Pytam konkretnie. I poważnie. Ile zaciukałeś swoim mieczykiem? - zapytał głośno
Ksawery się chwilę zastanawiał.
- W sumie to z 10 z kuszy ustrzeliłem... i jednego kopałem aż zdechł.
Ulf w tym momencie przełykał piwo. Słysząc o wyczynach Ksawerego parsknął śmiechem i wypluł piwo na brodę. Aż mu nosem trochę poleciało. Następnie kaszlnął 2 razy. Przetarł wąs i zapytał.
- Kurwa Ksawery. Czyli co? Bimber i twój koń zajebał więcej koboldów niż ty?
Ksawery się zawstydził.
- Tak.. Ale to był mój koń i mój bimber. - Ksawery odpowiedział niepewnie. Milczał chwilę w obliczu gromkiego śmiechu starego towarzysza. Po czym kontynuował.
- Starczy tego. Mam nadzieję, że nie będziesz mi tego wypominał? - piastun wbił spojrzenie w Ulfa.
- Ksawery. Ja tylko żartuję. Nie denerwuj się. Pośmiać się nie można? Napij się, to lepiej się poczujesz. - Ulf wyciągnął kufel do toastu - Trochę gorzkiej prawdy ci nie zaszkodzi.
Ksawery ty jesteś wybitnym rzemieślnikiem nie wojownikiem. Rozumiesz?
- Rozumiem. - odburknął Ksawery i stuknął w drugi kufel.
- Teraz już wiem dlaczego ludzi najmujesz do zabijania szczurów w piwnicy. - krasnolud dalej się śmiał w głos.
Ksawery wbił wzrok w Ulfa. Miał poważną minę.
- Mam opowiadać dalej?
Ulf spoważniał trochę.
- Opowiadaj, Twoja opowieść zaczyna się robić ciekawa. Opowiedz coś jeszcze o tych koboldach. Skończyłeś, że byliście w kopalni i walczyliście z koboldami.
Ksawery wziął łyka piwa i chwilę trzymał w ustach letni trunek. Po czym przełknął i zaczął kontynuować swoją opowieść.
- W kopalni zaczęliśmy zabijać koboldy. Ciągle jakieś nas zaczepiały w drodze na dno kopalni. Udało nam się przebić na 3 poziom kopalni. Tam zaczęły się problemy. Nie było schodów tylko szyb w dół. Powiązaliśmy liny i zaczęliśmy schodzić w dół. Suka zeszła jako jedna z pierwszych osób, potem schodziłem ja. - Ksawery na chwilę zatrzymał się. - Gdy chciałem chwycić liny to moje dłonie zawiodły i spadłem w dół.
- A z wysoka?
- Jakieś 10 metrów.
- Ksawery, mówisz poważnie? - Ulf przybliżył się i kontynuował - Jeśli tak to chwała Ojcu, że nie skręciłas sobie karku. Nie zauważyłeś szybu w ciemnościach czy co? - dopytywał
- Nie wiem sam. Na początku pomyślałem, że mnie opuszczą, ale potem uznałem, że dam radę. Stary nie jestem. Ale dłonie mnie zawiodły. - Ksawery zaczął przyglądać się swoim zniszczonym podróżą dłoniom.
- Teraz w perspektywie czasu zastanawiam się czy wiedźma jakiego uroku wtedy na mnie nie rzuciła. Dziwna to sytuacja była.
- Ale Ksawery jak Ci się udało to przeżyć?
- Lodowczyk mnie opatrzył. Ma oko do tego. Jak widzisz, ciągle gębę mam pościeraną. Żebra jeszcze mnie długo będą boleć. Na plecy upadłem. Chyba truchła koboldów mnie zamortyzowały, bo parę wcześniej wrzuciliśmy do szybu. Kurwa. Nie wiesz jakie szczęście miałem, że żadna bomba mi nie wybuchła.
- A co? Z bombami spadłeś?
- A tak. Ledwie udało mi się zasłonić bombę ciałem. - Ksawery na myśl o tej sytuacji przeszły dreszcze. Od razu chwycił za kufel. Łapczywie pochłaniał kolejne łyki. Po czym przetarł brodę.
- Szczęście miałeś. Wszyscy mieliście szczęście, reszta też. Niefajna byłaby to dla was śmierć.
- Ojciec na szczęście nade mną czuwał.
- Coraz ciekawiej się robi. Ciekawiej.
- Na dole zaczęliśmy szukać geotyry. Cześć została na górzę bronić szybu. Ażeby koboldy nam liny nie przecięły. My tam na dole zaczęliśmy szukać tej geotyry. Czyli ja, ta suka, Kligo i Golo, Beatrycze i Olvo.
Ksawery zaczął się podśmiewać
- Zaczęliśmy przeszukiwać te tunele. A ta wiedźma sraczki dostała i nie mogła dalej iść. Niepotrzebnie dałem suce węgiel. Może by wysrała żołądek z płucami.
- To musiał być niezapomniany widok. - Ulf wyszczerzył zepsute zęby.
- Tych dźwięków nie da się zapomnieć. - Ksawery szeroką się uśmiechnął.
- Wracając do wyprawy. Beatrycze została z wiedźmą aby ta nie zasrała się na śmierć. A reszta ruszyła szukać tej geotyry. Po jakimś czasie udało nam się znaleźć tą rudę. Ale ta ruda nie była rudą ale bagnem błota.
- Ksawery wytłumacz mi teraz, bo nie rozumiem czegoś. Dwergi mówiły, żeście jakiejś skały szukali dla wiedźmy a ty coś o bagnie tłumaczysz. Nie rozumiem.
- Ta geotyra to normalnie występuje jako skała, ale tam w kopalni to w postaci płynnej była. Takie błoto się z niej zrobiło.
- A duże te bagno było?
- Daj mi dokończyć. Bagno duże było, jak powierzchnia typowego domostwa. I słuchaj bo teraz będzie ciekawie. Przyglądamy się temu błocku. Golo wkłada włócznie aby sprawdzić czy głębokie bagno a tu nagle go coś wciągnęło w błocko.
- Koboldy wyskoczyły z błota?
- Nie!. Słuchaj. I wtedy Kligo wlazł go wyciągnąć. Udało mu się go w błocku go znaleźć i wyciągnąć. A za nim z błota wylazła bestia.
- To te trolle?
- Nie. To był zmutowany krasnolud Zwerk. Idiota, która postanowił handlować z koboldami. Wyglądał...
- Ty go raczej nie zabiłeś.
- Wyglądał jak duży brzydki dwerg. Ale wyglądał jakby jego skóra była chora i wykrzywiona od magii.
Ksawery zatrzymał się. Przypomniał piastunowi się wygląd Zwerka. Zielone żyłki, podobne do tych, które posiadło dziecię Bronda. Piastuna przeszła myśl, że dziecię może tak skończyć.
- A ty znasz się na magii, że mówisz, że wykrzywiony od magii?
- Coś czytałem ale raczej wyglądał jak od magii. Raczej od zepsutego jadła i bimbru tak by nie wyglądał. Przeszkadzasz mi. - Ksawery kontynuował zmieszany.
- Milczę jak grób.
- Był dwa razy większy niż Kligo. Na wysokość i szerokość i miał wielką maczugę. Jego twarz miała tępy wyraz twarzy, ale było widać, że był to kiedyś dwerg. I wtedy zaczęła się walka. Kligo i Golo go siekli parę razy i padł.
- Liczyłem na jakąś walkę a nie ciach, prach. Na pewno to był potwór?
- Napewno. Nas też atakował i walił maczugą. Ale padł martwy. Kazałem Kligo odrąbać mu profilaktycznie łeb i kończyny. Olvo podszedł zbadać ciało, bo takie medyczne rzeczy go interesują. A wtedy z truchła wyskoczył mniejszy potwór i go zaatakował.
- Co?
- Wylazł mu z brzucha drugi, a jak go ubili to ze środka wylazł 3 malutki. Wszystkie do siebie podobne tylko różnych rozmiarów.
- Naprawdę tak było?
- Nie wierzysz mi?
- Trochę brzmi to niewiarygodnie. Ale raczej takiej historii byś sam nie wymyślił. Więc chyba Ci wierzę.
- Potem gdy bestia padła to Olvo zabrał amulet potwora z szyi. Amulet drżał gdy był w kopalni. Chyba wykrywał tą geotyrę. Następnie ruszyliśmy po tą sukę. Sprawdzić czy jeszcze żyje. Ale niestety. Przyszła z nami do tego błota. I wsadziła tam kufer z jajami. Kazała nam wszystkim odejść stamtąd abyśmy nie widzieli co robi.
- To skąd wiesz, że były tam jaja?
- Potem się dowiedzieliśmy. Ale wracając do błota. To suka zastawiła tam kufer z jajami i zaczęliśmy wracać do wyjścia. Gdy my byliśmy na dole reszta dwergów toczyła wielką bitwę na górzę z parszywymi koboldami. Gdy dotarliśmy do szybu to przy nim było pełno koboldziego truchła. Były ich tam setki.
- Nie próżnowali jak Ty. - zaśmiał się Ulf
- Nie próżnowali. Gdy wspięliśmy się na górę to cała podłoga była w koboldziej krwi. Oni też. Obmyli się nią z koboldzich szczyn aby przeżyć. Ojciec nad nimi czuwał bo udało się im znaleźć też kryształy, które leczą rany.
- To niewiarygodna łaska ze strony Górnika.
- Prawda. Zebraliśmy się do wyjścia. Po drodze koboldy nas osaczyły. Ale gdy zobaczyły wybuchy ognia, to uciekły..
- Dobrze, że się sobie brody nie spaliłeś.
- Uważałem. Jak zawsze. Ale wracając do kopalni. Dotarliśmy do wyjścia. A tam tak jak mówiłem, koboldy zrobiły sobie uczę z naszych koni. Była ich tam z 200 albo i więcej. A my ledwie żywi.
- Przedtem jak opowiadałeś było ich mniej.
- Policzyłem w między czasie. Wracając do koboldów...
- I wtedy Theobald je wystrzelał?...
- Nie. Theobald dostał ode mnie specjalny wybuchający bełt i je nim wysadził. Coś pięknego. Kula ognia i kawałki ciał koboldów rozprysły się na wszystkie strony. Nie wiedziały skurwysynki co się dzieje.
- Zazdroszczę widoku. Pij. Bo ochrypniesz.
Ksawery zmoczył gardło a za nim Ulf.
- I wtedy szybko zabraliśmy co jeszcze się dało z koni i chodu.
- Należało dobić cholerstwo.
- Należało! Ale kurewstwa było dużo. Ruszyliśmy odpocząć gdzieś.
- I wtedy spotkaliście trolle?
- Poczekaj. Zaraz będą trolle.
- Tak mówiłeś dwa piwa temu.
- Jak wrócimy do kopalni. Ale co do kopalni. Uciekaliśmy nocą. A banda koboldów za nami. Wysłaliśmy Theobalda aby zmylił je. Ten się na nie zaczaił i wysadził je bombą, którą mu wcześniej dałem.
- Nie wiedziałem, że z Theobald taki zabijaka.
- Ja też się nie spodziewałem. Przodkowie na pewno są z niego dumni.
- Wypijmy za jego i jego rodzinę.
- Wypijmy. Niech mu się dobrze wiedzie i niech go Pasterz chroni i prowadzi.
Kufle się uniosły. Ponownie piwo wlewało się do brzucha Ulf i Ksawerego.
- Następnego dnia znaleźliśmy wnękę w skale. Nie padało na głowę więc tam się schroniliśmy. Udało nam się też znaleźć zapas wody. Mieliśmy w końcu szansę odpocząć. Niestety nie było tak pięknie. Drzewojeby zacząły w nas pluć strzałami.
Ulf Splunął na ziemię. Ksawery zaraz po nim.
- Mów dalej o kurwach.
- Tchórzliwe ścierwa kryły się po drzewach. Theobald ustrzelił dwa. Pozostali w nas z ukrycia uderzali. I piastunce się oberwało. Kurwy postrzeliły Theobalda i Bronda.
Ksawery mówił coraz bardziej wzburzonym tonem i z coraz większą wściekłością.
- Jedna kurwa nawet wlazła na skały i zaczęła z góry do nas strzelać. Do tej wnęki w której byliśmy. Było naprawdę źle. Miałem za chwilę szarżować na ślepo w kierunku z którego leciały strzały. Na szczęście kurwy miały pecha bo parszywe szczury przechodziły i ich zaatakowały. Nas nie zobaczyły w jamie na szczęście, bo by krucho z nami było. Gdy...
Mina Ulfa zrzedła. Zmartwiło go ta część historii.
- I co było dalej?
- Szczury i szyszkojeby ruszyły się wzajemnie pierdolić i pożerać. Nie zdechną parszywe kurwy. A my opatrzyliśmy rannych i modliliśmy się aby tego dnia nie wróciły bo możliwe, że nie dalibyśmy rady. - Ksawery wziął mały łyk piwa.
- Gdy już ranni odzyskali siły kurwa nam wyjawiła prawdę. Głos Ksawerego stał się wzburzony i czuć było z niego wielką pogardę.
- Że jest wiedźmą?
- Tego nie. Powiedziała, że kurwi się ze szczurami a te szczury co widzieliśmy to jej towarzysze. Kurwa zero szacunku miała. Jeszcze kurwa wszystkie winy za problemy na nas zwalała. My paskudni, szczury dobre. Kurwa jebana. Wyjebał bym jej wszystkie zęby jakby nie przysięga. Kurwa jebana. Nasza wina? I słuchaj kurwa zaczęła kombinować, bo się nie podobało, że nazywam ją po imieniu, że szczurzanka ona a nie żaden człek. Kurwa pierdolona. Chciała mnie oszukać, chciała mnie zwolnić z przysięgi abym wrócił do Srogot i nie mówił prawdy o niej. I jeszcze by silvy zachowała, gdy najgorszą część zadania już wykonałem. Kurwa pierdolona. Na trzeźwo jej nie zdzierżę wciąż czuję jej smród. Pij!
Ksawery stuknął kufel z kuflem Ulfa. łapczywie pochłaniał kolejne łyki. To jednak ani trochę nie ugasiło jego gniewu.
- Paskudna kurwa. Ciężka to musiała być wyprawa.
- Słuchaj co było dalej. Następnej nocy gdy kurwa była na warcie. Przyszły koboldy, które nas szukały. Chciały pomścić swoje krzywdy. Ścierwa wyjebały szczurzance w głowę z kija i zostawiły ją tak. Coś niespotykanego. Kurwy potrafią zeżreć gówno czy trupa a jej się tchnąć brzydziły. Jak widać nawet koboldy mają trochę do siebie szacunku.
Ulf parsknął śmiechem słysząc to.
- Jak zorientowaliśmy się co się stało to ją odratowaliśmy aby tam nie zdechła. Co za pech. Jakbyśmy się nie zorientowali to by zdechła tam kurwa i świat byłby lepszy. Kurwa jebana. Następne dni musieliśmy ją taszczyć nieprzytomną. Nawet poczwarę karmiłem aby nie wyzionęła ducha.
- Wracaliście do Srogot?
- A nie. Zapomniałem wspomnieć. Ruszyliśmy do ukrytego wejścia do kopalni od strony Żelaznej Góry. Ukrytego bo ziemia się na nie usunęła lata temu. Po to aby odzyskać jebane jajca. I to dlatego, że ich nie zabrała wcześniej. Ja pierdolę. Szukamy wejścia jeden dzień. Nie znaleźliśmy. Drugi dzień się udało. To kopiemy. Jakby mnie słuchali to byśmy szybko to przekopali. Ale coś mnie nie zrozumieli, że prawie 3 dni kopali.
- To kiedy będą trolle?
- Zaraz, za 2 dni.
- Mam nadzieję, że 2 dni w opowieści.
- I jak zaczęliśmy kopać to kurwa się obudziła. I co zrobiła wredna suka? Sraczki dostała. I winnych zaczęła szukać. Stwierdziła, że ją otruliśmy.
Ulf się roześmiał
- Gówniane problemy spotykają tą wiedźmę.
- Plecaki przeszukiwała, trucizny szukała. I co? Oczywiście wiedźma gówno znalazła. Jeszcze kurwa mnie oskarżała, że jej jedzenie otrułem. Ja kurwa głodny chodzę a kurwa codziennie żre i co? To się w głowie nie mieści, mnie kurwa oskarżać. Jeszcze jej węgiel załatwiłem aby nie zdechła. Olvo jej gówno zbadał bo na alchemii się znał i wykrył, że kurwa coś tam się struła. A co do lodowczyka to zapomniałem.
Ksawery zamoczył usta zanim zaczął dalej opowiadać.
- Wtedy co koboldy wyjebały szczurzance. To szczury się do nas zakradły i Olva prawie kurwy oskalpowały. Złapały go gdy był na warcie i chciały brodę obciąć. Groziły mu kurwy.
- Obciąć brodę? Barbarzyństwo. Dobrze, że wam gardeł w nocy nie po podrzynały.
- Szczęście. A wiesz co kurwa na to co się przydarzyło Olvo? Stwierdziła, że one nie miała złych zamiarów i ich broniła jak locha swe młode. A nas kurwa traktowała jak bandę parobków. Wiedźma jebana.
Ksawery wziął kilka łyków piwa.
- I co do sraczki wiedźmy to Olvo wykrył, że faktycznie czymś się zatruła. I z tego co mówił, to że ktoś ją otruł. I mówił, że może szczury dla żartu ją otruły czy coś takiego. Zastanawiałem się też czy kurwa sama się nie otruła aby nas skłócić. Byśmy sobie nie ufali, albo rzucili sobie do gardeł. Bo coś niby otruta ale tak niegroźnie.
Albo, że to te kurwy szczury chciały mnie otruć bo żem prawdę o kurwie mówił. Ale żem nie jadł wtedy to przeżył, bo kurwa żreć codziennie musiała. Nie wiedziałem, że wojownicy mają tak przejebane życie
Ksawery odstawił pusty kufel i wziął drugi do ręki. Piwo w nim było już schłodzone.
- To już ostatnie i idę.
- A mają przejebane. A to pada na głowę. A to ktoś chce ich zabić. Ja to jednak wolę życie rzemieślnika. Zawsze przynajmniej wiadomo co będzie jutro.
- Ja dopiero od czasu tej wyprawy doceniłem jak dobrze jest warzyć piwo. Bardziej się na tej wyprawie zmęczyłem niż gdy jako górnik pracowałem. Ale wracając do wyprawy. Teraz o trolach Ci powiem.
- Nareszcie prawdziwa walka. Opowiadaj.
- Drugiego dnia kopania śpimy w wykopanym tunelu. Ja wartuje. Aż nagle słyszę dziwne odgłosy z dołu. A co to? To dwa pierdolone trolle. Budzę wszystkich. A te nas wyczuły i zaczęły nas szukać. To spierdalamy bo ciemno, bo ranni, bo głodni. A te za nami. Teobald znowu się wykazał i je swoimi strzałami odciągnął od nas.
- A jak wyglądały?
- Wielkie cielska. Takie z 3 metry. Brzydkie. Smukłe ale umięśnione. Długie łapska. Jeden nazywał się Miazga a drugi Żerko. Ale wracając do wyprawy. Przenocowaliśmy gdzieś w lesie. Wracamy na drugi dzień do kopania. A tam w tunelu śpią trole. Ja pierdolę. To stwierdziliśmy, że je zajebiemy, póki bezradne. Przygotowaliśmy zasadzkę. Teobald strzelił a te zaczęły kopać się w głąb tunelu. I przekopały się do środka.
- To z nimi nie walczyliście?
- Walczyliśmy, ale dopiero w tunelach. W tej chujowej sytuacji odczekaliśmy trochę i ruszyliśmy do tuneli. W tunelach poruszaliśmy się najciszej jak się dało aby uniknąć niepotrzebnych starć z koboldami. Ale i tak kurwy potrafiły czaić się na belkach a potem na nas szczać. Po dłuższym czasie udało nam się dotrzeć pod szyb których schodziliśmy na dno kopalni. A tam trolle ucztowały nad stertą zdechłych koboldów wraz z innymi koboldami. Wchodziły trolom do gęby a wychodziły dupą. Kurwa to wszystko było pojebane.
- Wychodziły dupą? Chciałbym to zobaczyć za życia. To jest dopiero opowieść.
- Słuchaj dalej. Chcemy przemknąć aby nas nie zobaczyły. Wysłaliśmy Bronda na zwiady, bo Teobald zaniemógł. I wtedy...
- Rozumiem, że Theobald dostał sraczki od szczyn?
- Ja wolę słowo zaniemógł. Trzymajmy się tego. I wtedy gdy Brond zwiadował, koboldy go wypatrzyły i ruszyły za nim. A z koboldami trole. My od razu zablokowaliśmy tunel. A trolle na nas prą z maczugami. Większy troll walnął w Bronda maczugą ale ten sparował cios trolla. Tarcza trzeszczała od uderzenia. Wtedy reszta z pierwszej i drugiej linii siekli trola raz. A potem drugi aż w końcu Kligo powalił go. Potem drugi chudszy zaatakował. Złamał swoją włócznię na tarczy Bronda. Olvo mu w oczy pyłem rzucił i go oślepił. A Theobald mu oko bełtem wykolił. Takie celne oko ma. Reszta siekała trolla...
Ksawery przestał opowiadać dalej. Jego serce zaczęło bić szybciej a oddech stał się płytszy. Pociągnął z kufla.
Ulf zauważył, reakcje Ksawerego. Ale się nie odzywał. Tylko popijał. Ksawery mówił dalej. W jego głos był wyczuwalnie drżący.
- Wtedy ten skurwiel chwycił Egara i przerzucił go za siebie prosto w chmarę koboldów. Te dały nam ultimatum, poddanie albo zabicie Egara.
Ksawery ponownie zatrzymał swą opowieść. Po czym zaczął mówić ponownie. Powoli. Głośno oddychając.
- Walczyliśmy dalej. Byle uwolnić jak najszybciej Egara. Brond najbardziej parł do przodu przez tą warstwę plugastwa. Gotów był oddać życie za Egara. Zabiliśmy tego trolla i zabiliśmy te jebane koboldy. Jebane trolle żyły nawet po obcięciu łbów. Dopiero Olvo wyjaśnił nam, że trzeba ubić ich żołądek aby w pełni zdechły. A Egar... nie był w najlepszym stanie. Kurwy go torturowały. Jednego skurwiela kopałem aż zdechł.
Ksawery podrapał się po karku. Wzrok miał spuszczony w dół.
- Mówiłem kurwie aby wyprowadzić Egara na zewnątrz i tam go opatrzyć. Ale kurwa swoje. Idziemy po jebane jaja. Co tam, że Egar umiera. Jaja są najważniejsze.
Ksawery zamilkł. Z jego ust wydobywał się świst szybkich oddechów.
- Dotarliśmy do jaj. Kurwa gotowała je w tym błocie. Ja przygotowałem pożywienie dla Egara licząc na to, że sen wojownika przywróci mu siły. Z braku pomysłów nawet wlazłem w błoto aby sprawdzić czy może te błoto leczy. Skoro wiedźma jaja tam trzyma to może i nam pomoże. Ale nic się nie wydarzyło. Z jaj zaczęły się wykluwać poczwary. Gdy wszystkie się wykluły wyszliśmy z kopalni. Egar nadal był w fatalnym stanie. Olvo mówił coś o krwotoku w brzuchu, ale ja w to nie wierzyłem. Bo troll nie rzucił Emerem jakoś mocno. Koboldy też nie tłukły mocno.
- Napij się. Lepiej się poczujesz.
Ksawery wziął duży łyk piwa i mówił dalej powoli posępnym tonem.
- Dotarliśmy do wyjścia z kopalni. Tam już na kurwę czekały jej zwierzątka. Pierdolone szczury. Kurwa postanowiła z nimi odejść. Nam kazała wracać do Srogot. Kryły się kurwy gdzieś między drzewami, pewnie jebane szyszkojady też tam były. Zostawiła nam skorupy jaj na dowód, że jej nie zajebaliśmy. Mogliśmy zajebać te kurwy! To była jedyna taka okazja i jej nie wykorzystaliśmy. Kurwa! Zjebałem po całości.
- Ksawery, uspokój się. - Ulf wpatrywał się w piastuna. - Inni też nic nie zrobili. Nawet Krwawojatek nie zdążył zareagować.
- Ale ja jestem piastunem. Nie zrozumiesz tego. Ja mogłem ich uratować. Ja mogłem kurwę zatrzymać. Ja mogłem coś zmienić.
Ksawery patrzył zawiedziony na Ulfa. Chwilę się zbierał zanim zaczął kontynuować opowieść.
- Kilka świec od zniknięcia szczurów, przybył Jovin z oddziałem. Przysięga została z nas zdjęta. Powiedziano nam też... kim tak naprawdę była ta kurwa. ... Ruszyliśmy w pościg. Ja, Theobald i oddział z Jovinem na czele. Theobald szukał śladów. ... Wędrowaliśmy całą noc. Następnego dnia zmieniliśmy taktykę. Najszybsi ruszyli przodem. Ja nie czułem się najlepiej. Ledwo stałem na nogach. Zostałem z resztą oddziału. Theobald znalazł szczurze obozowisko. Znalazł też trop kurwy. Ale ostatecznie okazało, się, że kurwa znów nas oszukała. I tyle ją widzieli.
Ksawery nie był zbyt zadowolony z przebiegu wydarzeń.
- Najgorsze dopiero było przed nami. Powrót do domu. Wydawało się, że ... uda nam się
wszystkim wrócić. Tylko Emer był poważnie ranny. Olvo uważał, że to krwotok. - Oczy Ksawerego się zaszkliły, a głos stał się mniej pewny siebie. Dłonie Ksawerego się połączyły i zacisnęły a głowa opuściła.
- Egar zmarł. ... Ale później.... później usłyszeliśmy jego głos. Myślałem..., że się pomyliłem i tak naprawdę stracił, przytomność. Ale z jego brzucha zaczął wygryzać się kobold. Pierdolona larwa! Z mordą przypominającą Egara. - Ksawery wziął głęboki oddech. Ulf skupił wzrok na Ksawerym.
- Najgorsze, że zachowywał się i brzmiał jak sam Emer. I... do Beatrycze mówił "matko". Brond zajebał błyskawicznie kurwę. Przebił jego łep. - Ksawery przechylił głowę do tyłu i oparł się o ścianę.
Wziął kilka szybkich oddechów
- Beatrycze nie dała rady. Najgorzej to zniosła. Z nerwów zaczęła rodzić. Ale nie był to normalny poród. Bardzo słaba była. Wszystko szybko się działo. Olvo, powiedział, że trzeba wybrać, kogo mamy ratować. Wybór pozostawił Brondowi. Wybrał dziecko. Ja też bym tak wybrał. Beatrycze też by tak zadecydowała. Olvo otworzył brzuch Beatrycze i wyciągnął dziecię. Pomagałem mu jak mogłem. Ale nie dałem kurwa rady. Nie wyszło to nam. A do tego dziecię było pokryte zielonymi żyłkami. Tak jak ta geotyra. Kurwa jebana mać. Nie dałem rady...
Ksawery zamilkł. Nieporadnie wytarł załzawione oczy roztrzęsionym nadgarstkiem i pociągał nosem jednocześnie nie spokojnie oddychając.
- Pojebana historia - odparł Ulf. - Nie dziwię się, żeś niezbyt chętny do picia. Ale dobrze Ci to zrobi.
Ksawery patrzył na Ulfa. Próbował ukryć emocje. Jego usta nerwowo się poruszały i zaciskały. Cały był roztrzęsiony.
- Ksawery nie krępuj się. Płacz jeśli tego potrzebujesz. Jesteśmy sami. Poczujesz ulgę.
Ksawery milczał. Starał się zapanować nad swym roztrzęsionym ciałem. Nieskutecznie.
- Powiem Ci, żem kiedyś się w Ptaszynie podkochiwałem. Jak młody, żem był. I ona młoda i piękna. Szkoda, że jej nie widziałeś wtedy. Żałuje. Żałuję, żem jej tego nie powiedział. Może gdzie indziej byłbym teraz. I żona by mnie nie wkurwiała - Ulf się zamyślił.
Oboje patrzyli na siebie w ciszy przez dłuższy czas. Ksawery odzyskiwał spokój. Piwo w trzymanych kuflach się skończyło. Zostały dwa pełne na stole.
Ulf przesunął pełen kufel do siebie. Po czym drugi pełny do Ksawerego. Piastun pochwycił kufel. Jego ciało było rozluźnione od alkoholu.
- I co dalej będzie? - zapytał Ulf jednocześnie podnosząc kufel.
- Dopiję piwo, pójdę odwiedzić kilka miejsc w wiosce i...
- Nie to. Z wiedźmą?
- A skąd mam to wiedzieć. Nie wiem jeszcze. Zajebałbym kurwę. Odciąłbym jej pierdolony łep. Albo lepiej. Zajebałbym jej ptaki i potem kazał je zjeść. A potem wyjebałbym jej w ryj.
Ksawery się zamyślił. Na jego twarz powrócił drobny uśmiech.
- Chyba Krwawojatek zorganizuje jakąś większą wyprawę aby ją zapierdolić co?
- Nie wiem tego. Mam nadzieję. Chętnie pójdę. Pomszczę Beatryczę i Egara.
- A nie boisz się wiedźmy? Wiesz, armia szczurów, klątwy i inne plugastwa, które przywoła. - dopytywał Ulf - Ja bym się dobrze zastanowił.
- Nie. Nie nazwałbym jej do końca wiedźmą. Bardziej kurwą. Tak dwie części wiedźmy i osiem części kurwy.
- Nie rozumiem.
- Musiałbyś z nią pobyć kilka dni aby ją poznać. To pierdolona gówniara. Nie wiem jakim cudem tak długo daję radę sama na świecie.
- Bo wiedźma.
- Słuchaj mnie. Jak szliśmy do Smoltet Jern to się popłakała, że nie daje rady sobie z dowodzeniem.
- Eee?
- Gadała ze mną na uboczu i widziałem jej łzy. Dopytałem i wyznała, że nie daje sobie rady z dowodzeniem. Było to zabawne ale i trochę smutne.
- Żal Ci jej?
- Nie za bardzo po tym wszystkim. Ale rozumiem czemu się taka stała.
- Czemu to? Oświeć mnie swą piastuńką mądrością.
- To proste. Brak jej męża. Widziałem, już takie jak ona. Jak nie mają roboty i obowiązków to im się w głowie przewraca. Zaczynają się włóczyć i męskich fachów łapać.
- Ma to jakiś sens. Kutas w mordzie takim pomoże, na pewno nie zaszkodzi.
- Jakby rodzina jej męża znalazła to by teraz dzieci bawiła a nie z jajami po kopalniach łaziła. Taka prawda. Suka jebana. I powiem Ci jeszcze, ze nie dziwię się, że taka jest. Rodzice ją rozpieszczali, nie musiała kurwa pracować szlachcianka jebana to jej się głupie pomysły pojawiły. Zobacz. Była wyprawa do kopalni. Skąd miała na wyprawę? Sama przecież nie zarobiła. Pewnie ojciec jej dał byle sobie poszła. A jakby był z niego dobry ojciec, to by jej męża znalazł a nie wór kosztowności dawał....Nawet powiem, że ładna była, jak na wiedźmę. Ale jak się odzywała to o ja pierdole. Żaden facet by nie wytrzymał takiego pierdolenia kobity. Zbiłby od razu. I powinien! By pozostać dobrym chłopem. Co za czasy Ulfie, że kobiety zapomniały, że zostały stworzone głównie do rodzenia dzieci.
- Takie jest w Siegwardzie już wychowanie. Jakbym miał córkę to bym pilnował aby dziadkiem szybko zostać. I bym bił jak trzeba. - dodał Ulf
Ksawery przytaknął na słowa Ulfa. Jego umysł był wyraźnie zmącony alkoholem ale jednocześnie dużo spokojniejszy.
- Trochę lepiej już z tobą Ksawery. Lepiej wyglądasz i lepiej gadasz. Kilka dni picia i będziesz jak nowy. Mówię Ci co mi znachor mi kiedyś powiedział jak był chory.
- Może później. Muszę jeszcze wszystko dobrze przemyśleć.
- Co tu jest jeszcze do myślenia?
- Ta kurwa. Ta wyprawa. Wszystko.
Ulf pokiwał głową na boki i wykrzywił twarz w grymasie na znak braku zrozumienia.
- Zjebałem Ulfie w wielu miejscach. Mogłem wyciągnąć Egara i kopalni od razu. Olvo miałby dobre warunki i światło i wyleczyłby Egara. A wtedy i Beatrycze byłaby zdrowa. A gdybym wyciągnął Emera z kopalni to Beatrycze nie spędziła by tyle czasu przy tej geotyrze to i dziecko miałoby normalną skórę. - Ksawery zamilkł na chwilę. Oddychał nie spokojnie.
- Mogłem też coś zrobić gdy wyszliśmy z kopalni. Mogłem wraz z Teobaldem ustrzelić te szczury jak były na widoku. Ich życia nie przysięgałem chronić. I sama kurwa...
Mogłem kazać jej wrócić do Srogot. Bo też przysięgała. A ja pozwoliłem jej odejść... Żałuję też, że tej kurwie nie wyjebałem w ryj jak odchodziła. Czekałem aż przysięga się skończy, aż będę mógł ją kopać do nieprzytomności a potem oddać Krwawojatkowi. Aby ją osądził. I to że Egara kobold pożarł. Mogłem się domyślić, że to nie krwotok. Nie odniósł tak poważnych ran. Mogłem też dogonić kurwe jak uciekała. Mogłem wybrać najszybszych dwergów i dorwać kurwę. Albo rozbić jej koboldzi pęcherz na głowie przed wyjściem z kopalni aby sraka nie pozwalała jej uciekać. Mogłem wszystko zmienić w wielu miejscach. Co ze mnie za piastun?
- A Beatrycze? Ona też była piastunem. Ona też tam była?
- Ją kurwa otumaniła swymi urokami. Beatrycze jej broniła i nigdy nic złego nie powiedziała na kurwy temat. Nawet gdy wyszło, że ze szczurami się zadaje. Jej synowie podobnie. Można powiedzieć, że była bezmyślnie wierna wiedźmie. Trochę zapomniała co sobą reprezentuje. Czasami myślę, że Ojciec się od niej i Egara odwrócił i przestał ich chronić za takie zachowanie.
- Przykro to słyszeć. Nie wiem co Ci odpowiedzieć.
- Nic. Teraz muszę zadbać o jej dziecię.
- Różnie mówią o nim w okolicy.
- Co mówią?
- Że dziecko przeklęte przez wiedźmę. Ale ja nie mówię. Tylko słyszałem.
- Kto tak mówi? - dopytywał piastun.
- Wszyscy. Plotki takie chodzą po wsi.
Ksawery rozejrzał się po okolicy. Zmarszczył brwi.
- Kto tu jest piastunem? Ja czy oni? Wkurwiają mnie ploty. Dziecię jest normalne. Ma
szlachetnych i honorowych rodzicieli więc i ono takie będzie. Koniec kropka. Sam Zimowy Król miał także nieco nietypowy wygląd a tak wiele dobrego zdziałał dla naszego ludu.
Ksawery wkurzonym wzrokiem zaglądał do swojego kufla, jeszcze w połowie pełnego.
- Kurwa znowu problemy. - Ksawery skupił wzrok na Ulfie. - Coś czuję, że będzie z mieszkańcami problem. Dopóki wiedźma żyje, dwergi będą wierzyć, że dziecię jest przeklęte. Dopóki kurwa żyje...
- Mam nadzieję, że tę kurwę szczury pożrą. Za każdą krzywdę nam wyrządzoną.
- Oj wątpię. Jak sami jej nie pomożemy to będzie zatruwać, życie innym dwergom.
Ksawery położył dłonie na stole i się podniósł trochę się słaniając.
- Dziękuję Ulfie za piwko. Trochę lepiej się czuję. Idę załatwić kilka spraw. Mógłbyś napełnić antałek najlepszym bimbrem dla Theobalda? Obiecałem mu. Jestem mu to winnien.
- Oczywiście. Zajmę się tym. - Ulf też powstał. - Gdzie się teraz udasz? Ksawery chwilę zbierał myśli.
- Muszę wykuć Beatrycze.
- Co takiego?
- Topór na kurwy.
Ksawery - rozmowa z Ulfem o wyprawie do Smolted Jern.pdf
Trzy araliki zwinięte w kulki były miękkie w dotyku. Zapach piór był doprawdy specyficzny, choć wiążąc z nimi swoją przyszłość, był bardziej kojący niżeli wadzący. Wszystkie trzy stworzenia spały na sobie, łącznie z ich matką. Senność była przeplatana z przebudzeniem i poprawą pozycji. Gorąc bił ze wszystkich ciał. Cała czwórka była na swoich miejscach. Każde z osobna czuło się bezpiecznie, a wolny umysł pozwalał na odpłynęcie sennej wyobraźni...
* * *
Wina
- To twoja wina - wybrzmiał głos Ady nad ojcem wynaturzeńca.
Gdyby podniósł głowę widział by wyprostowaną ludziankę patrzącą na niego z góry. Stała dokładnie przed nim, pewna siebie, wręcz wywyższająca się.
- Czy ja ich wybrałam? Czy ja wybrałam Beatrycze wraz z jej synami? Czy ja wiedziałam, że Tordrek jest jej bratem? Że ty jej kochankiem? Że jest w ciąży...? - odezwała się pewnie wręcz z szelmowskim uśmieszkiem.
- Oni wszyscy poszli z własnej woli. Nikt ich do tego nie przymusił. Przekonały ich sylvy, czemu więc na mnie ma być ta odpowiedzialność? Przecież ty o wszystkim wiedziałeś... Nawet się nie zająknąłeś. Mogłeś tak wiele zrobić...
- Śmierć Beatrycze i Egara jest moją zasługą...? Ahh... Przecież taki honor nie jest moją zasługą. Przecież to nie ja zatłukłam Egara do nieprzytomności. Przecież to nie ja ściągnęłam na niego trollowe łapska, ani nim nie rzucałam. Ha, nawet nie ściągnęłam ich uwagi... Mój drogi milczku, czarna owco wyprawy...
Ada pochyliła się nad nim i wyszczerzyła zęby
- Przecież to ty ściągnąłeś trolle i koboldy, które doprowadziły do śmierci Egara i koniec końców Beatrycze. Twoje grube spasione sadło było tego powodem. Możesz winić tylko siebie. Ja mogłam się temu tylko przyglądać.
Pewny siebie uśmiech nie schodził z jej twarzy. Wzrok cały czas tkwił na ojcu wynaturzeńca.
- Moje ręce są czyste. Twoje za to ubrudzone krwią swojej kochanki i jej syna. Ja wychowuję skrzydlate bestie... Ty wychowujesz zieloną bestię... Oboje chcemy dla nich dobrze... Czyż nie? Jesteśmy tacy sami... Lecz tylko ja nie boję się tego przyznać... - odpowiedziała mu do ucha.
* * *
Odpowiedzialność
Przy powalonym drzewie zawiało nieco bardziej. Towarzyszący brodaczowi pies poruszył nozdrzami z dwa razy, uniósł głowę, nastroszył uszy i wbił wzrok w kierunku stada. Pognał raptem w jego kierunku, by tam ustawić owce wedle swej woli. Gdy krasnolud już miał pomyśleć, że został sam wiatr uniósł do niego słowa osoby, którą znał.
- Uważasz mnie za wszechwiedzącą? Uważasz, że wiem jak jest podróżować z ślamazarnymi krasnoludami? Uważasz, że znam się na krasnoludzkich kopalniach? Uważasz, że jestem biegła w kreaturach, które lęgną się w krasnoludzkich kopalniach? Uważasz, że znam się na skałach, które są wręcz krasnoludzką spuścizną? Uważasz, że mój osąd jest nieomylny?
Ada siedziała obok na podobnym powalonym drzewie, co krasnolud. Mógłby nawet przysiąc, że patrzy na samego siebie. Niemal jak w krzywym zwierciadle te same jego ruchy wykonywała i ona.
- Zatem uważasz mnie, młodą ludziankę z odległej krainy, za bardziej biegłą w sztuce od wszystkich piastunów, o których słyszałeś, i to razem wziętych!
- Oko twe jest bystre, i nie raz uratowało nas od większych tarapatów. Jednak nawet to wiedzy jednego piastuna tobie daleko. Wszyscyśmy wtedy byli ślepi. Brnący w niewiadome. Ponagleni to rozkazem, to strachem popaścia w nicość.
- Wygodnie poukładałeś sobie ten swój światopogląd - odezwała się tym razem siedząc na tym samym powalonym drzewie, co krasnolud.
- Bardzo wygodnie jest zrzucić winy na innych, a osądy czerpać jeszcze z kogoś innego. Jak prosto jest odpowiedzieć, by córa z żonką się nie wtrącały, w co nie ichnie, bo przecież to za piastuńska aprobatą.
- Lecz jaką osobą ty sam się stajesz? Przedłużeniem woli piastunów i próśb przyjaciół? Oh jak wspaniałomyślnie stawiasz się w roli zimnego ostrza trzymanego przez cudzą dłoń... Wykutą lata temu. Tak dawno, że nawet nikt już nie spamięta. A gdzie pamięć nie sięgnie, to powiedzą przeto, że "tradycja".
- Wystarczył jeden raz, gdzie to od ciebie wszystko zależało... mogłeś ją złapać... i jak to się skończyło? Zawiodłeś. Zawiodłeś towarzyszy, zawiodłeś rodzinę, zawiodłeś klan. Zawiodłeś siebie. Oh, jakież to zrządzenie losu... Myślisz, że i to było moją sprawką? Doprawdy chciałabym mieć tą, niemal boską, moc sprawczą, by tego dokonać... Oh jak wszystko wtedy byłoby prostsze...
- Spójrzże w swoje lico odbite w misie wody - krasnolud mógł usłyszeć po raz ostatni jej głos niemal przy swoim uchu. - Spójrz na krasnoluda, który zazdrości życia psu. Pies... ma tyle odpowiedzialności ile chcesz mieć sam.
* * *
Samotność
Niewielkie ognisko paliło się w ciemnościach leniwym ogniem i skwierczało sporadycznie. Niemrawa poświata zarysowywała tylko jedną sylwetkę lodowego krasnoluda siedzącego na większym płaskim kamieniu przed paleniskiem.
- Powiedz mi, czemu oni tacy są... - przełamał ciszę kobiecy głos, którego źródłem była niewielka sylwetka siedząca przy ognisku na podobnym kamieniu.
- Czemu wszyscy zawsze stają przeciwko mnie... Przecież powiedziałam im wszystko... Opowiedziałam im o wszystkim... W tedy nie miałam przed nimi żadnych sekretów... W tej jaskini tylko ty zrozumiałeś... Reszta mnie opluła i gdyby nie przysięga, to nie wyszłabym z tej żywa. Czemu wszyscy, których spotykam zawsze pałają do mnie nienawiścią... Przecież nic im nie zrobiłam. Nic im nie chciałam zrobić... Czemu wszyscy towarzysze mnie opuszczają... Czemu jedynymi osobami, na które jestem w stanie liczyć to Edgar, Kurt i Edward... - wypowiedziała imiona a następnie na chwile potrzebowała odwrócić wzrok z dala od blasku ogniska. Po chwili przetarła oko i kontynuowałą bardziej łamliwym tonem. - Pojawiam się wśród ludzi... Wszyscy chcą mnie napaść, wszyscy chcą mnie zabić. Wytykają od wiedźm, chcą posłać na stos... Ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałam, o których nigdy wcześniej nie słyszałam... Nienawidzą mnie. Nie wiem za co... Wszyscy, którzy wydawali się przyjaciółmi zdradzają mnie... Otto... Nie chciał podzielić się lekarstwem, którego potrzebowali też inni... Miał go tak dużo... Nie tylko jego siostra potrzebowała pomocy... Nie dawał mi wyboru... Gdyby tylko mnie posłuchał i gdyby tylko na mnie poczekał... Nie byłoby tego, co się wydarzyło... Alicja nie zostałaby zamordowana... Wszystko skończyłoby się dobrze... Dla wszystkich byłoby dobrze... Chciałam dobrze... Od tamtego momentu wszystko, zaczęło się sypać... Od... sioła...? - wypowiadając ostatnie słowa Ada zamilkła na dłużej. Opuściła nieco głowę, a jej włosy opadły na twarz zakrywając ją nieco bardziej. - Engelhart... Niemalże nie zniszczył jednego jaja... Pawlus, który tak był przyjazny i skory do pomocy, by tylko zaprowadzić mnie na stos...
- Tylko szczury... chciały mi pomóc. Tylko oni okazali się przyjaciółmi. Tylko one się mną zaopiekowały, gdy tego potrzebowałam... Gdy tego potrzebowaliśmy... - powołała się na liczbę mnogą powołując się na towarzystwo swoich jeszcze nie wyklutych jaj - To oznacza, że są złe? Jak można nazwać złymi tych, którzy jako jedyni pomagają... Gdy to inni za wszelką cenę chcą pojmać, pobić, osądzić, spalić, zabić...
Świetlne języki ogniska odbijały się na policzkach Ady, skrytych między jasnymi opadającymi pasmami. Usta składały się wiele razy, by wypowiedzieć jakieś słowa, jednak dopiero po wielu próbach udało się jej coś wycisnąć.
- Nie rozumiem... - wydukała między milczącymi spazmami płaczu. - Za co mnie wszyscy nienawidzą... Za co nienawidzą mnie elfy... Za co nienawidzą mnie krasnoludy... Za co nienawidzą mnie ludzie... Za co nienawidzi mnie mój ojciec...
Ada zamilkła na długi już czas. Siedząc przy ognisku zwinęła się w sobie, na jakiś czas zasłaniając łzy dłońmi, następnie wplatając palce we włosy, by schować głowę w ramionach.
- To nie tak, że są jedyną rzeczą, na których mi zależy... To nie tak, że mam tylko je - odezwała się z ciemności z drugiego końca ogniska, gdzie od tamtej pory jej podobnie siedząca sylwetka była oświetlona przez ognisko. - Tylko one mi zostały... Poza nimi nie mam nikogo. Poza nimi nie mam niczego... Bez nich jestem nikim... Bez nich jestem niczym... Bez nich mogłoby mnie nie być... Wszystkim byłoby lepiej, gdyby mnie nie było. Beze mnie nie byłoby tyle bólu czy nienawiści, którą wzbudzam... Ja... - zatrzymała się na chwilę zbierając myśli. - Ja nie chcę, by je nienawidzono. Nie chcę, by ktoś je odrzucił. Chcę, by ktoś je kochał. By ktoś je kochał obojętnie, czym są. By mogły otrzymać to, czego ja nigdy nie miałam i od tak dawna pragnę... - wypowiedziała ostatnie słowa, a jej głowa zastygła wpatrując się ze smutkiem w ognisko.
- By nie czuły się samotne na tym świecie. - nagle pojawił się bardzo intymny głos przy uchu samego lodowego krasnoluda. - By nie musiały uciekać od samotności rozmawiając z wymyślonym przyjacielem... Tak jak ty... rozmawiasz z Fredem...
Niematerialny intymny głos zniknął tak samo jak siedzące przy ognisku sylwetki. Pozostało po nich tylko przesłanie i jakże nieodłączna samotność lodowego krasnoluda.
Płomyk świecy zatańczył na twarzy starca, gdy ten podnosił wzrok od ostatnich zdań rozdziału o „Matce Bestii”, a jego nieskalane grymasami usta, wciąż pozostały pełne powagi. Nastąpiła chwila zamyślania, gdy mimo twarzy skierowanej ku płonącemu w kominku kawałkowi drewna, uwaga skupiona była na tym, co zdążyło przemknąć przez oczy jeszcze w czasie ostatniej części lektury. Starzec porządkował sobie zdarzenia, ich chronologię, która zdawała się być lekko pogmatwana, ale uwagę przede wszystkim przykładał do tego, co kryło się w tych opisanych wydarzeniach i ile z tego, co spisane jest tylko wymysłem kronikarza. Powrócił wnet do wczesnych stron rozdziału, aby wyczytać:
W prywatnej komnacie Grommila Krwawojatka zebrała się na wygodnych fotelach obitych futrami niedźwiedzi najważniejsza rodzina w tych stronach Dunkielheit. W największym fotelu zasiadł erilar klanu Srogich Pięści – Grommil we własnej osobie, obok niego siedział jego najstarszy syn Jovin, a na przeciw erilara jego żona Herdara. Krasnoludowie siedzieli już dobre kilka chwil wypijając piwo roboty Ksawerego Brauera, lecz jeden z tu obecnych – Trudelloch nie zasiadł i nie chwycił za kufel. Miast tego kroczył od komody do komody, wydeptując ścieżkę na rozłożonych po podłodze skórach dzików. Był już wieczór 51 dnia wiosny 54 roku erilara Krwawojatka, a dobę wcześniej do Srogotów przybyła niecodzienna persona – ludzianka Ada Braun, wraz z niemałym swym dobytkiem. Grommil pierwszy wypił haustem piwo zgotowane przez piwowara i stuknął kuflem w poręcz krzesła, a Herdara sięgnęła po dzban, aby dopełnić mężowi kufel do pełna. Wstała z gracją, wychyliła się ze swego głębokiego krzesła i wlała do srebrnego kufla delikatnie pieniący się trunek warzony na słodach pszenicznych. Piwo lało się tak długo, aż wierzch stylizowanego wężami naczynia nie okrył się grubym sztywnym puchem, a Grommil nie spojrzał wymownie na swą, prawie w pełni zebraną, rodzinę i rozpoczął dyskusję pytaniem...
Grommil: Co robimy w sprawie ludzianki?
Jovin: Ściąć kurwie łeb, ciało zrzucić w przepaś. Majątek zachować i wymienić u ludzi z południa.
Grommil: Trochę mało honorowe, ale dość korzystne.
Herdara: Czego w ogóle chce ta ludzianka?
Jovin: Jakby chciała kutasa, to mogę ją wyruchać przed ścięciem łba.
Grommil: Spokój! Ludzianka szuka geothyry. Tego dziadostwa, co pozostało w Smoltet Jern. Chyba Trudelloch już jej o tym powiedział.
Trudelloch: Tak, powiedziałem jej to dzisiaj. To żadna tajemnica, zważywszy, że sama nie sięgnie po to, czego szuka.
Jovin: Na co tej kurwie ta geothyra?
Trudelloch: Nie wiem tego. Sama też niewiele mówi i chyba coś przed nami ukrywa. Nie mniej może jest po prostu nieświadoma tego, że w Smoltet Jern było tego tylko trochę i żadnego zysku z tego nie będzie. Kiedyś dziad Adbor mówił mi, że z czasów Złotego Rajdu raportowano mu, że ta cała geothyra rozmyła się do stanu błota.
Jovin: Kurwa coś knuje...
Herdara: Wygląda raczej na jakąś obłąkaną, niż knującą. Czarownicą nie jest. Poznałabym to. Na pewno jest nieufna. Chorobliwie podejrzliwa.
Grommil: Ludzie robią te krucjaty, czy jak oni to nazywają. Może ktoś powiedział jej, że... w sumie nie wiem.
Trudelloch: Może mieć błędne informacje. Nie wykluczam, że wiedząc więcej mogłaby skorygować swe zamiary wobec Smoltet Jern.
Jovin: To jej powiedz i niech spierdala.
Trudelloch: Nic dzięki temu nie zyskamy.
Grommil: Ile ma tego majątku?
Trudelloch: 8530 sylvów przy przeciętnych kursach i sezonie sprzedaży. Nie jest tego jednak świadoma. Jutro dam wycenę, myślę aby wskazać 7000 sylvów. Nie powinna się zorientować, że kwota jest zaniżona.
Jovin: A dlaczego nie 6000?
Trudelloch: Bo nie jest, aż tak głupia, a przynajmniej nie na tyle, aby ryzykować utratę zaufania.
Grommil: Jovinie, daj bratu działać. W końcu jest „Cwany”. Poza tym nasze ziemie, nasze stawki.
Herdara: Popieram Trudellocha. 7000 to jakieś 80% bazowej kwoty z 8530 sylvów. Nie pozna się na tym, że jest to zaniżona kwota i będzie bardziej skora do działania. Powiedz jednak mężu, co ona chce za to kupić?
Grommil: Jak to co? Wejście do Smoltet Jern.
Herdara: A wie, że tam mieszkają zielonoskórzy?
Grommil: Już wie, to sam jej powiedziałem. Będzie chciała nająć naszych, aby tam wejść. Tamtejsze gównojady nie są groźne, ale sama sobie z nimi nie poradzi.
Herdara: Można nawet trochę wyolbrzymić rozmiar zagrożenia.
Grommil: Można. Tylko, że ludzianka chce tam się dostać dość szybko.
Trudelloch: Skoro zależy jej na czasie, to przytrzymajmy ją u nas jak najdłużej, a wtedy do Bokobrodych nie dojdzie sama w rozsądnym czasie, o Ogrobijach nawet nie mówię. Armii nie zbierze, będzie więc skazana przez los, do negocjacji z nami, a wszystkie karty będą w naszej dłoni.
Jovin: Dobre.
Grommil: Aj! Dobre.
Herdara: A co z tą wojną ludzi?
Grommil: Tylko garstka moich dvergów wie o tym, że będzie wojna. Ogrobije już się zbierają, Bokobrodzi...
Trudelloch: Będą pewnie niebawem.
Jovin: Kurwa, ojcze! Właśnie mnie to uderzyło. Jak zbierzemy naszych dvergów? Hegorak „Strateg” może się wkurwić, że nam to nie wyjdzie lub będzie nas mniej, niż trzeba. Ile musimy wystawić? 500 dvergów?
Grommil: Tak. 300 możemy, ale to tylko trochę więcej jak połowa. Pewnie nasi będą znów marudzić, że to wypas, że strop kopalni naprawiają, że to już mają kontrakty na południu. Jak im pierwszy żołd zapłacić? Kurwy ludzie i tak dopiero później przyślą zapłatę dla naszych. Po pół sezonu, po sezonie? Zrujnujemy się nim zarobimy.
Jovin: Pies jebał te traktaty. A Ogrobije i Bokobrodzi zbiorą się?
Trudelloch: Na pewno. Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn przekona swoich honorem, więc Ogrobije pójdą za darmo, a później wezmą zapłatę. Dimm Dvilfssonn otworzy kuferek „Lanej Cyny” i wyłoży pierwszy żołd, a później ściągnie od ludzi zapłatę.
Grommil: Na wojnie dużo można zarobić, ale nie mamy jak wyłożyć na wyprawę.
Jovin: Ściąć kurwie łeb, ciało zrzucić w przepaś. Majątek zachować i wymienić u ludzi z południa.
Grommil: Trudelloch, co Ty na to?
Trudelloch: Tak ja wcześniej rzekłeś ojcze - to mało honorowe. Zbyt wielu już wie, że jest u nas ta ludzianka. Nie wiemy jakich ma protektorów wśród ludzi.
Grommil: Marold zu Silberacker jest wpływowy, ale całą krainą ludzi nie rządzi. Ma tam nad sobą pana, a nad nimi jeszcze tego cesarza.
Herdara: Marold nie jest bardzo wpływowy, ale robimy z nim interesy. W końcu spora część zbóż, które do nas trafia, jest z jego pól. Głodu ryzykować nie możemy, bo dvergowie się zbuntują.
Trudelloch: Jest mniej drastyczny sposób.
Grommil: Jaki?
Trudelloch: Zgódźmy się na żądanie ludzianki. Roześlesz wici po naszych, że szykuje się wyprawa przeciw koboldom i jest za nią dobrze płacone. Wielu się skusi, jedni pieniądzem, inni honorem, reszta tym, że przed wyprawą z sakiewki ludzianki zorganizujemy biesiadę dla naszych. Niech to będzie biesiada za 5000 sylvów. Zejdzie się i tak do Srogotów 1000 dusz, a będzie nas 1400stu z naszymi i okolicznymi dvergami. Z tego uzbiera się przynajmniej 600 dvergów do wojny, a potrzeba nam tylko pół tysiąca.
Jovin: I co dalej?
Trudelloch: Usłuchanie wezwania.
Jovin: Przecież już był posłaniec od ludzi.
Trudelloch: Ty to wiesz, ojciec to wie, matka to wie, kilku innych dvergów to wie. A reszta o tym wie?
Grommil: Sprytne. Jak zamierzasz to zorganizować?
Trudelloch: Ludzianka chce wyruszyć do Smoltet Jern jak najszybciej. Niech poczeka trzy tygodnie. W końcu to góry. Nie musi wiedzieć, że dwa tygodnie wystarczą. Zbierzemy na 74 dzień wiosny dvergów na biesiadę i wtem jak wszyscy się zbiorą, to przyjdzie jakiś głupek... może na przykład przyjść ten syn kurewki Derrindy spod Flotthus, Durgol albo lepiej Ert Brondssonn, bo jest w pobliżu... i przekaże wieści o wezwaniu. Każdy będzie musiał się usłuchać lub straci brodę.
Grommil: Dobrze Herdaro, że mi urodziłaś Trudellocha.
Herdara: Podzielam twą radość mężu.
Jovin: Aj! Będzie moim dobrym doradcą, gdy zajmę twe miejsce ojcze.
Grommil: Mów dalej średni synu.
Trudelloch: Pozostaje jeszcze kwestia wyprawy. Normalnie przy tak dużym wyborze dvergów, pójdą tacy za 50, nawet za 20 sylvów. Wystarczą dwa tygodnie, aby obrócić w dwie strony i poszlachtować koboldy. Ale wyboru nie będzie, bo dvergowie będą związani „honorem”, podobnie jak ty ojcze. Na pewno do wieczora będzie kilku spóźnialskich, już o to zadbam, więc tylko oni będą przy stole zapisów.
Grommil: Górol Ksawery i wszystkie moczymordy.
Jovin: Górola nie szkoda, jak zdechnie. Nigdy go nie lubiłem.
Grommil: Jak nie lubisz, to nie pij, więcej dla mnie.
Trudelloch: W każdym razie wyśle się Erta, gdy będzie wystarczająco wielu dvergów, aby zorganizować wyprawę wojenną. Musimy przede wszystkim zabezpieczyć swoje interesy.
Herdara: A kto dostarczył nam wieści o wojnie ludzi i wezwaniu?
Grommil: Gollo „Piętopal” Groburssonn, Kligo „Ciosowłeb” Groburssonn oraz Tordrek „Łamacz Strzał” Hoggssonn. A tak po brodzie Ojca, ten ostatni, bo Gollo i Kligo nie są zbyt rozmowni.
Trudelloch: Właśnie oni nie pojawią się na biesiadzie. Ludziaka musi mieć z ośmiu dvergów, bo wyprawa w mniej osób jest jednak niebezpieczna... może nie niebezpieczna, ale ryzykowana. Tak, to lepsze słowo.
Jovin: Aj! Ośmiu dvergów wystarczy w zupełności. Na wąski tunel dwóch tarczowników w awangardzie i dwóch w ariergardzie, a na drugą i przedostatnią linię włócznicy i ciężkie topory. W środek bezpieczna kurwa. Przy szerszych tunelach dwie linie z odstępem dwóch metrów, a w każdej dwóch tarczowników w centrum i zasięgowi po bokach, ponownie kurwa w środek. Gównojady prócz szczochów, to niebezpieczeństwa żadnego nie stanowią. Niech leją na tarcze, to nic nie boli, a później notoryczne spychanie ich i wybijanie tych z dalszej linii, bo jak pierwsi się już wyszczają, to nie będą w ogóle zagrożeniem. Przejście przez tunele do samego dna, to jakieś pół świecy. Spojrzenie, że te całe błota, to tylko gówno, jakieś kolejne pół świecy i powrót kolejne pół świecy. Cała operacja... nawet z poślizgiem, to dwie świece.
Herdara: Bardziej przygotowanie wyprawy mnie interesuje. Co jak nie będzie odpowiedniej liczy dvergów, po naszym fortelu?
Trudelloch: Jak spóźni się ośmiu dvergów, to nie ma sprawy, a jak mniej to dobierze się odpowiednio z naszych wojów. W razie czego Gollo, Kligo i Tordrek się nadadzą. Poślemy po nich, gdy tylko ostatni dvergowie zawitają. Może nawet wszystkich się wyda ludziance, a wtedy za każdego dverga policzymy jej po 200 sylvów i dla nas będzie dodatkowo 528 monet za ośmiu 594 za dziewięciu lub 660 za dziesięciu najmitów. Może ludzianka dostanie od nas jakiś kredyt na aprowizację, a wtedy policzymy jej maksymalne stawki.
Herdara: Ludzianka zainwestuje w wyprawę cały majątek i jeszcze się zadłuży. To korzystne rozwiązanie. Może nie będzie jeszcze z tego na cały pierwszy żołd, ale wystarczy na pewno, aby z naszymi oszczędnościami wyekwipować drużynę na wojnę. Kiedy mamy się pojawić u ludzi?
Grommil: 30 dnia lata w ludzkim Virn na północnym zachodzie.
Jovin: Doskonale. Wszystko się układa jak praca Rzemieślnika. Nasi wrócą ze Smoltet Jern, przed nastaniem tej daty i będą później w blasku Wojownika prowadzić wojów do krain ludzi.
Herdara: Co dalej z ludzianką?
Trudelloch: Dvergowie zrobią to, za co im zapłaci. Będzie ich wystarczająco, aby wejść i wyjść ze Smoltet Jern, ale zbyt mało, aby oczyścić kopalnię na stałe.
Herdara: A nie lepiej ją oczyścić?
Jovin: Nie da się tak łatwo matko. Aby ją oczyścić, to stu dvergów musiałby tam dwa miesiące spędzić, aby wszystkie larwy gównojadów zdeptać. To trwa. Ktoś musiałby im żywność dostarczyć, a to cały łańcuch logistyczny.
Trudelloch: Tak, matko, Jovin ma rację. Poza tym Smoltet Jern zostało opuszczone i jak nasi by nie zajęli tej kopalni, to zrobiliby to ci z Kripphus, a nie chcę mieć ich siedziby w zasięgu kilku dni drogi.
Herdara: Nasi mogą zająć kopalnię.
Grommil: Nie. I tak jest nas mało. Srogoty najbardziej by opustoszały, a jak inne siedziby wzrosną w siłę naszą słabością, to komuś może się zamarzyć założyć klan.
Herdara: No tak, ambicja naszą rasową wadą.
Trudelloch: W razie czego można podburzyć Mordbura „Sędziwoświatłego” Drudssonna, aby polecił naszym dvergom szybki powrót z artefaktami, z tamtejszej świątyni. Jak dziad Adbor zezwolił w czasach „Złotego Rajdu” na wejście do Smoltet Jern, to zastrzegł, żeby woje wrócili do Gresheim po przebiciu się na trzeci poziom. Też nie do końca posłuchali, bo jeszcze tam podobno wypalili gniazda tych pokrak i spenetrowali wnętrza w poszukiwaniu łupów. Niewiele znaleziono, ale to nie dziwi, bo to było wszak dwudziestu wojów, a nie poszukiwaczy skarbów. Bogactw po Kripphus nie przynieśli, instrumentów celebracji również, więc te mogę jeszcze tam być. Im mniej czasu nasi spędzą w kopalni, tym większa szansa na to, że koboldy odnowią swą populację.
Jovin: Kurwa musi wejść do kopalni i z niej wyjść, aby wszystko pozostało po staremu. Może nawet nie wychodzić.
Grommil: Jak padnie, to trudno. Temat omówiony. Teraz tylko kwestia wojny. Hegorak „Strateg” chce, aby dverowie wzięli w niej liczny udział. Musi być nas tam od strony ludzi w Malburgii najlepiej półtora tysiąca dusz, bo szykuje się rozliczenie z szyszkojadami.
Jovin: Właśnie, drzewojeby mają jakieś problemy. Chyba pierdolą się między sobą.
Herdara: Tak, też o tym słyszałam. Nie możemy jednak ich tykać, bo ludzie ich chronią, a szczególnie Landgraf Gerard Martuz zu Gestirn-Ostwald, ludzki pan w krainie o nazwie Ostwald.
Grommil: Tylko do czasu.
Herdara: Wyjaśnij.
Grommil: Wyjaśnij Trudellochu, bo ty to dobrze opowiedziałeś.
Trudelloch: Karev „Pieśniarz” przynosi wieści od Hegoraka, że w dolnym świecie doszło do większej aktywności zielonoskórych. Wyjdą oni gdzieś w Kvartjern i ludzie będą mieli kłopot. Gerard Martuz zu Gestirn-Ostwald jest związany paktem z Markgrafem Leopoldem von Mulickiem i Ulrykiem X „Czarnobrodym” Fürst-Brullem. Obrońca naszych wrogów będzie musiał wysłać wojska na pomoc temu ostatniemu z ludzi, gdyż na jego ziemiach wylezą gobliny lub orkowie. Bez wojsk ludzi elfowie...
Grommil: W moich tunelach na te kurwy mówi się drzewojeby lub szyszkojady.
Trudelloch: Wybacz ojcze, oczywiście.... Bez wojsk ludzi szyszkojady będą wobec nas bezbronni.
Grommil: No!
Herdara: A skąd pomysł, że dojdzie między naszymi i nimi do spotkania?
Trudelloch: Szyszkojady mają taką frakcję, która dąży do powrotu ich dominacji nad ludami całego świata. Wychodzi na to, że jakieś zdarzenia spowodowały uaktywnienie się tej frakcji, a aby przejęła ona władzę potrzebuje odpowiedniej mocy.
Jovin: Co zapewni im moc?
Trudelloch: Poczucie zagrożenia.
Jovin: Strach? Co to za moc?
Trudelloch: Ta frakcja zaatakuje ludzi i podepcze ludzkie świętości, aby sprowokować reakcję. Już podobno do tego doszło w Rheinlandzie. Normalnie ludzie nie mają wielkich pretensji do szyszkojadów, co najwyżej kogoś tam pobiją, wyśmieją, czy okradną, ale nie są im esencjalnie wrodzy. Jak spotkają się jednak z atakiem na to co uznają za cenne, wręcz święte, dla przykładu swojego boga czy własne życie, to zaczną dręczyć el... szyszkojadów. Kogoś tam na pewno zabiją w odwecie, a nie będzie to pewnie ktoś z tej aktywnej frakcji, bo tamci będą świadomi tego co zrobili ludziom i zachowają maksymalną ostrożność. Pozostali szyszkojadowie w jakiejś perspektywie czasu będą musieli się bronić, przed niesymetryczną reakcją ludzi, a najlepiej obronią ich te ekstremalne stronnictwa, które dążą do konfrontacji z ludźmi. Szyszkojady dążące do dominacji w Sorii potrzebują ofiar wśród swego ludu i do takich ofiar dążą. Później strach przed zostaniem kolejną ofiarą zrobi swoje wśród naszych wrogów i stadnie włączą się w działania przeciw ludziom.
Jovin: A nasze miejsce w tym?
Grommil: Jak drzewojeby pożrą się z ludźmi, to ludzie w czasie wojny będą musieli uciec się do czyjejś pomocy. My będziemy na miejscu, więc klany wejdą do lasów, odnajdziemy enklawy i zrównamy je z ziemią. Moja Cudo, ach słodka ma córeczka, od dekady robi dla nas zapas materiałów palnych, a lasy doskonale płoną.
Jovin: Pieczony drzewojeb świetnie pachnie o poranku. Już widzę ten blask naszej rasy. Będę się kąpał ojcze w świetle płonących lasów i napawał tym swe oczy bardziej, niż promieniami słońca po długiej zimie.
Grommil: Tylko do tego potrzeba odpowiedniej organizacji. Ludzianka daje majątek, zbieramy go, wysyłamy naszych na wojnę, działamy.
Herdara: A jak szyszkojady nie zaatakują ludzi albo oponenci tej agresywnej frakcji utrzymają prym?
Trudelloch: To my zaatakujemy ludzi w imieniu elfów. Po masakrach zostawimy na miejscu zdobyte przez ojca bronie szyszkojadów. Ludzie będą czuli się zaatakowani i zadziałają w najprostszy sposób – zemszczą się. Martwi ludzie nie mówią o tym, kto ich zgładził, a ślady będą wyglądały odpowiednio, aby móc obwinić naszych wrogów.
Herdara: Znasz jakiegoś krasnoluda, który strzela z łuku?
Jovin: Theobald „Gromowładny”, brat Bronda „Łamacza Kości”.
Grommil: No właśnie on i kilku innych się znajdzie. Może jeszcze Thorgol, Dumbur...
Jovin: A synowie Ptaszyny? Emer i ten drugi...
Grommil: Biją toporami. Oni nie chwycą broni drzewojebów.
Herdara: Widać mamy plany, chyba na kilka lat. Inne klany o nich wiedzą?
Grommil: Nie rozmawiałem jeszcze z Ogrobijami i Bokobrodymi. Na razie „Strateg” tylko nas wtajemniczył, bo potrzeba mu było tego sprzętu, który zdobyłem pół wieku temu... na polecenie jego ojca Jovina „Dębowego Topora” Brondssonna z klanu Abadarów. Gdybym znał jednak koszt tego, to bym się chyba na to nie zgodził.
Jovin: Ojcze, dziad nie miał do ciebie żalu. A to, co dvergowie mówią... nieważne. Na Wiecznej Uczcie sam Ojciec będzie ci polewał.
Herdara: Również jestem tego zdania mężu.
Grommil: Aj! Przekaż Trudellochu ludziance, że otrzyma od nas pomoc. Rozsyłami wici i tworzymy historię. A nim ona nastanie, to pójdę posiąść swą konkubinę. Właśnie się napaliłem na wielkie czyny. Szkoda, że nie ma z nami Thorika. Jak zwykle wasz brat jest od nas bardzo daleki. Chyba spłodzę jeszcze jednego syna.
Jovin: A nawet i trzech synów, niech Córki ci przyniosą ojcze liczne potomstwo.
Herdara: No to ustalone. Średni synu działaj. Nasz klan za naszą sprawą przejdzie do legendy, a Ty Jovinie wyślij Tordreka i braci Groburssonnów poza Srogoty, niech nikt ich tu nie zobaczy, a na pewno nie ludzianka. Wrócą w odpowiedniej chwili.
Trudelloch: Tak się stanie.
Jovin: Tak się stanie.
Grimmil raz jeszcze dopił haustem piwo, już stojąc i rzucił pusty kufel na podłogę, a ten zatrzymał się na skórach dzików. Wyszedł kierując się do swej konkubiny, która akurat uczyła ich córki Reni i Teni pasterskiego kulningu.
***
Przygody jeszcze się nie skończyły, chociaż drogi śmiałków rozeszły się, tak jak słońce rozchodzi się po górskich zboczach każdego wieczoru. Wojna Nieludzi o której dyskutował Krwawojatek ze swą rodziną rychło spotkała Bronda, Ksawerego i Theobalda, gdy tylko Bohaterowie zgodzili się namowami Lotora Grzywacza i Jovina Czachotarcza ruszyć ze swoim klanem Srogich Pięści gromić ludzi na północnych ziemiach, które leżą nawet dalej, niż Westwald, który widać było z wysokich gór.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum