Świat jest jedną wielką pajęczyną powiązań, koneksji, zależności. Gdyby w jakimś miejscu w Sorii wybuchłby konflikt, choćby mały i z góry przesądzony, to nie ma mowy o tym, by obeszło się to bez echa. Jedno wydarzenie indukuje następne, a to następne jeszcze dalsze i tak bez końca. Wojna w Księżycowych Lasach, mimo że odległa dla erxeńskiego handlarza, nie pozostanie dla niego obojętna, a już na pewno nie zapomniana. Bowiem jedna rzecz wprawia w ruch od razu dziesiątki innych, tak jak pojedyncze uderzenie w nić całą pajęczynę wprawi w drżenia. I tak jak w naturze do miejsca zaburzeń przyciąga pająka, tak u nas przyciąga wszelkiej maści persony pragnące uzyskać korzyść na anomalii owej.
„Rozprawa o ekonomii światowej", pióra Baldwina Trogenruga, profesora Uniwersytetu Humanistycznego w Gwynn.
Okno na świat
Kroniki Ethana - specjalizacja
Vincer jeszcze długo nie mógł się pogodzić, że w drodze powrotnej nie będzie im towarzyszyć Teryl Grimmson. Mówił o tym przez większą część podróży, a jak zwykle wytonowane słowa Sigira nie były w stanie nic na to poradzić. Teryl rozstał się z nimi i żadne słowa nie zmienią tego faktu.
Jedyne, co pozostawili za sobą w wiosce, to konia należącego do rycerza. W końcu musiał jakoś wrócić, skomentował starszy z Grimmsonów. Dodał też, że przy boku Ethana nic nie winno zaskoczyć ich na i tak tłocznej i uczęszczanej drodze.
Wjechali do miasta przez tę samą bramę, którą Ethan wjechał pierwszy raz, z dwoma kupcami, i przez którą także wyruszył do wioski. Dwóch bramnych strażników nie kłopotała się zatrzymywaniem powozu i sprawdzania zawartości, chociaż, jak było widać, dla żadnego innego nie pozostawali obojętni. Jakiś starszy, nieznany Ethanowi jegomość w kolczudze i barwach miasta skinął głową, życzył miłej podróży i puścił dalej.
- Ethanie... - odezwał się nagle Sigir, gdy poczęli zjeżdżać na piętro niżej. - Czy mogę spytać, jakie masz plany na przyszłość? Wyruszasz wkrótce w dalszą drogę, czy może zostaniesz u nas, w Gwynn? Jesteś wszak, wybacz za to słowo, jeśli okazałoby się dla ciebie obelżywe, najemnikiem... A najemnicy, znów przepraszam za szufladkowanie i polaryzację, cieszą się wolnością i swobodą podróżowania, ale i brzemienną w złoto kiesą. Pod protekcją klanu Białego Lwa możesz otrzymać jedno, ograniczając przy tym drugie...
- Sigir, ale ty fandzolisz! - krzyknął mu siedzący na przodzie Vincer. - Zamiast spytać od razu, to bawisz się w jakieś gierki słowne, z takim namaszczeniem, jakby pierwsze lepsze nietrafne spostrzeżenie miało zakończyć się utratą paru przednich zębów - roześmiał się.
- No... - mruknął Sigir, jak zwykle opanowany i aż za bardzo spokojny, wyzuty z gwałtownych ruchów i energicznego, nasiąkniętego emocjonalnymi wstawkami głosu. - Po prostu, wiesz, nie chcę urazić naszego drogiego gościa...
Woźnica parsknął śmiechem, a wóz poruszał się dalej, płynnie przechodząc z pierwszego poziomu na drugi, z drugiego na trzeci i tak dalej, coraz niżej, coraz niżej. Miasto siedem dni po ostatniej wizycie prezentowało się teraz wyjątkowo spokojnie i niemalże wyglądało na martwe, gdyby porównać z obrazem, jaki ukazywał się w święto powietrza. Ale nawet przy obecnym stanie, gdyby porównać Gwynn z zatłoczonym Bergiem, to Berg zdawał się być pustkowiem bez jakichkolwiek oznak życia.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-28, 17:38
Ethan opuszczał Berg zapamiętując jego radosną biesiadną stronę, ruszał dalej najpierw do Gwynn a potem prawdopodobnie Imperium chociaż Ethan kierował się przygodą, robotą i możliwościami. Jechał i jechał aż ujrzał miasto, uspokoiło już się i wróciło do normy. Dalej jednak było bardzo aktywne i pełne atrakcji. Na pytanie odpowiedział:
- Nie jestem jakiś szlachcicem co obraża się za każde słowo, nie musisz się denerwować. A co do przyszłości to ona jest nieznana, mam plany wyruszyć do Imperium ale w tej profesji idziesz za dobrą robotą. Potrzebowałem dobrego punktu startowego a Gwynn to najlepsze miejsce by coś zacząć. A przynajmniej dla mnie bo nie znam okolicy. A więc zostanę tutaj dopóki nie ustalę gdzie jadę a potem opuszczam te strony. Jeszcze nie mam zamiaru gdzieś się zadomowić chociaż gościna u takiego wspaniałego rodu jest zaszczytem. Na razie skorzystam z ostatnich chwil w tych stronach a potem się będę martwił o przyszłość, mogę szybko tu nie wrócić albo wcale więc dlatego postanowiłem jeszcze trochę tu zostać zamiast od razu jechać do Imperium. A więc wiele czynników skłoniło mnie do powrotu. To tyle jak na razie, jak będę mieć jakieś plany to powiadomię.
Ethan następnie dodał;
- Ciekawe miasto, ogólnie sama koncepcja budowy w dół. Tutaj żyje się tak samo a jednocześnie odmiennie.
Następnie czekał na to co los przyniesie, za pierwszym razem jak wkraczał to spotkał Dalina który wyglądał wtedy na kogoś kto może mu dać w pysk po pijaku a okazał się świetnym towarzyszem. Teraz wracał jako bohater który szukał celu.
- A to nie znasz tego, Ethanie? - rzekł do niego woźnica, wystarczająco głośno, by zewsząd okalający ich tłum zwrócił głowy w ich stronę. - Przecież każdy krasnolud wie, że prawdziwe miasta buduje się w dół, nie w górę, ha!
- Czyli rozumiem - dopytał się Sigir - że jednak nie zastaniesz dłużej u nas, w Gwynn? Wielka szkoda, bo z pewnością, z twymi umiejętnościami, znalazłbyś u nas dobrą pracę... z obowiązkami wychodzącymi poza samo miasto, pewnie nawet poza same Góry Środka Świata. Klan Białego Lwa ma dalekosiężne wpływy...
Urwał nagle, zaciskając dłonie na swej teczce, którą zawsze nosił przy sobie. Tego dnia nie miał konieczności nieprzerwanego otwierania jej, grzebania w szpargałach, czytania poszczególnych, chowania i zamykania teczki, a potem znów otwierania i powtarzania rytuału. Po prostu trzymał ją przy sobie, jakby w obawie, że ktoś miałby wtargnąć do środka przez okno i wyrwać przedmiot. Palce pieszczotliwie jeździły po ciemnej, błyszczącej skórze, czasami przerywając tę czynność na rzecz cichego, rytmicznego bębnienia.
Pokonali w ciszy dwa poziomy. Znajdowali się obecnie na piątym albo szóstym, gdzie budynki wyglądały nienagannie, a lokalna społeczność prezentowała się godnie.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-28, 22:44
Wypowiedz Sigira wprawiła Ethana w rozmyślenia nad tym co zamierza robić i czy powinien skorzystać z okazji która się nadarzyła. Nie często zwykły najemnik dostaje szansę by pracować dla potężnego rodu, wiedział że nie chce do końca życia pozostać przy kupcach, podróżach, ochronie itp. Chciał się rozwijać oraz ogólnie mieć jakiś cel. Co jeśli dzięki Białemu Lwu będzie mógł się realizować, robić coś pożytecznego i godnego opowieści. Mógłby stać się kimś w tym świecie. Przecież najemnicy i tak pracują dla innych, chodzi o to by znaleźć najlepszą pracę i wykorzystywać swoje umiejętności do tego by inni dali nam korzyści. Jeśli oferta jest dobra i warunki pasujące to czemu nie, szczególnie jeśli ofertę składa Ci potężny zleceniodawca.
Odpowiedział więc:
- Jest to ciekawa i kusząca propozycja wymagająca trudnych decyzji i rozważań, widzę korzyści i możliwości ale mam też obawy i pytania. Możemy o tym porozmawiać jak dotrzemy na miejsce i obie strony będą gotowe. A teraz przemyślę to spokojnie, jeszcze trochę nam zostało do końca.
Ethan uśmiechnął się a następnie skierował wzrok w jakiś punkt przed siebie i zaczął rozmyślać nad możliwością pracy u Białego Lwa. Tak jak już rozmyślał miało to swoje za i przeciw. Wiedział że jest to ważna decyzja, z jednej strony była nadzieja z drugiej strach. Najbardziej obawiał się wyższych sfer, ich gierek i tego w co może się wplątać. Może i poznał trochę ten ród ale do tej pory nie patrzył im na ręce. Do tego nawet najlepszy władca ma coś za uszami. Dochodziło to tego to że jest wciąż na obcym terytorium i nie znał zbytnio krasnoludów. Na razie ale nie powinien wyciągać wniosków i decyzji, usłyszy propozycje to wtedy się dowie na czym będzie to polegało. Tymczasem korzystał z ostatnich momentów podróży, niedługo powinni już dotrzeć.
- Możemy z tym poczekać. Słusznie. Nie ma sensu się spieszyć, nikt nas nie pogania.
Dalszą drogę przebyli w milczeniu. Dopiero gdy zjechali na najniższy poziom, Vincer odbył jakąś krótką rozmowę ze strażnikiem. Gdy znów ruszyli, w oddali przed nimi majaczyła już majestatyczna sylwetka zamku, twierdzy warownej rodu Białego Lwa. Trudno było sobie wyobrazić pokaźniejsze miejsce, a na pewno Ethan nie wiedział, ba! Nie słyszał nawet o czymś równie potężnym i pięknym zarazem. Przejechali przez most nad rwącą fosą, wjechali przez bramę i znaleźli się na dziedzińcu. Powóz zatrzymał się.
- No, to dojechaliśmy! - rzekł Vincer tonem obcego woźnicy, który liczył teraz na otrzymanie należytej zapłaty za usługę. Zaraz potem się roześmiał.
Wysiedli. Ethan zabrał ze środka wozu swoją torbę podróżną - resztę dobytku miał już na sobie - i wylądował na twardym gruncie, na jednym z wielu wyszlifowanych kamieni tworzących ścieżkę. Wokół krzątało się wielu służących, stajennych, pomagierów kuchennych, sprzątaczy, praczek, chłopców na posyłki i ogrodników. Nawet ci ostatni mieli pełne ręce roboty, wszak niesamowita technologia wyłapywania promieni słonecznych, mimo znajdowania się setki jardów pod powierzchnią góry, sprawiała, że bujna, zielona i zroszona trawa, która zarastała wszystkie miejsca, które nie służyły za ścieżki ni za plac centralny, rosła w najlepsze i regularnie wymagała skrupulatnego przycinania.
Ale nikt ze służby nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Nawet nie oglądali się na przyjezdnych, podobnie jak wszędobylscy strażnicy, którzy co prawda stali większości przy jakichś drzwiach albo, w mniejszości, zajęci byli patrolowaniem, ale zawsze spoglądali przed siebie z niemą obojętnością.
Tylko w dalszej części, po prawej od strony wejścia, działo się coś żywego. Znajdował się tam sporych rozmiarów plac, na którym właśnie w tym momencie ćwiczyła grupka wojowników, rycerzy, giermków, ktoś z nich na pewno. Przewodził im jakiś barczysty, czarnowłosy krasnolud, raz po raz wykrzykując komendy albo wykrzykując słowa krytyki do osób, które nie sprostały wymaganiom. Grupka ta obecnie walczyła ze sobą w parach, wszyscy na długie miecze i tarcze. Problematycznym było dostrzeżenie konkretnych twarzy, ale oceniając pobieżnie walki, można było stwierdzić, że poprzeczka była ustawiona wysoko... ale raczej i tak nie na tyle wysoko, by Ethan miał mieć jakiekolwiek problemy z jej dosięgnięciem.
- Chodźmy więc od razu do mehra Molaciusa - polecił Sigir, wyrywając człowieka z obserwacji. - Poinformujemy go o naszym powrocie i przedyskutujemy nasze dalsze plany.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-29, 17:43
Gdy dojechali ponownie zaczął podziwiać piękne widoki, oglądał budowle oraz cieszył się na widok zieleni. Potem oglądał rzesze pracowników którzy pracowali sumiennie oraz obserwował ćwiczenia które się odbywały. I wtedy zaczął myśleć nad wszystkimi którzy tu pracują, uświadomił sobie że pewnie cieszą się z tego i dziękują za szansę. Jego rodzice gdyby dowiedzieli się gdzie przebywa i jaką ofertę może mieć to by zemdleli albo nie uwierzyli w takie bajki. Różni mężczyźni w jego wieku, różni najemnicy by dali wiele by tylko stąpać przez chwile po takich terenach. To była jego szansa, to było jego okno na większy świat, na świat możliwości. Nawet jeśli ma teraz swobodę i mógł podróżować to co mógłby robić? Pilnować nudne przewozy? Bawić się chłopczyka na posyłki albo prostego ochroniarza mienia? Ethan zaczął coraz bardziej dostrzegać że korzyści były lepsze niż jego obawy które mogłyby być nieuzasadnione. Najpierw jednak musi pogadać i dowiedzieć się szczegółów tak więc odpowiedział:
- Racja, prowadź.
Ethan szedł za Sigirem i rozglądał się będąc ciekawym tego miejsca.
W służbie mogło znajdować się tyle osób, ile Berg posiadał mieszkańców. A to tylko wierzchołek góry lodowej, w końcu podczas swojej krótkiej wizyty Ethan nie miał fizycznej możliwości zbadania każdego zakątka tej olbrzymiej konstrukcji. Byli i młodzi, i starzy, kobiety i mężczyźni, bez wyraźnego podziału na role, za to prawie w całości były to krasnoludy. Wojownik dostrzegł tylko paru ludzi, ale nie zajmowali oni najgorszych ról, a byli rozparcelowani na różnych stanowiskach pracy, bez widocznej, rasowej ksenofobii.
Mniej więcej na wprost bramy wejściowej, jakieś sto jardów od niej znajdowały się wrota do sali głównej. Włócznicy stojący przy nich bez słowa rozstąpili się na samo ujrzenie postaci Sigira Grimmsona. Wewnątrz panowała przestronność godna pozazdroszczenia. Bardziej długa niż szeroka sala, z bocznymi korytarzykami otoczonymi nieprzerwanym ciągiem zdobionych kolumn i z setkami zatwierdzonych na ścianach pochodniami, z których tylko co dziesiąta płonęła. Sam środek był obecnie puściutki, ale z pewnością w czasach hucznych biesiad wypełniał się stołami i ławami po brzegi, a wysoki, ciemny od dymu sufit dalej tylko potęgował uczucie pustki. Na samym końcu, na podwyższeniu, prezentowały się dwa siedziska, coś w rodzaju tronu w błękitno-białych barwach klanu. Obok nich stały inne, odpowiednio skromniejsze, aczkolwiek te główne także nie błyszczały złotem ni srebrem ponad wszelką miarę. Sala ta miała kolejne sto jardów i mniej bystry wzrok mógłby nie dostrzec, że na końcu, na jednym z tronów, siedzi jakaś osoba. Był to syn Molaciusa, Luwin.
- Ethanie, Sigirze, miło mi was znów widzieć - odparł przyjaźnie, kładąc dłonie na profilowanych lwich głowach wyrytych w drewnianych oparciach. - A co się stało z twoim wnukiem?
- Panie. - Sigir skłonił się lekko, na ile pozwalały mu starcze plecy. - Postanowił ostatni raz przed ożenkiem wyruszyć w podróż, wraz z czcigodnym Dalinem i jego przyjacielem, Ursusem. Powróci przed upływem miesiąca.
- Rozumiem. - Luwin oparł się luźno na łokciu i przebrał palcami po pysznie wystrojonej brodzie, pełnej zdobnych zatrzasków i pierścieni. - A ciebie, Ethanie, co do nas sprowadza? Wiesz, że mimo tego, że upłynął dobry tydzień, miasto dalej nieprzerwanie nosi wasze imiona na językach, czy to na salonach, czy w garkuchniach?
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-29, 21:32
Ethan wkraczał w nowe wykwintne progi i wciąż nie krył zachwytu, postać Luwina wyglądała majestatycznie i wzbudzała podziw. Na zapytanie ukłonił się lekko i odrzekł:
- Panie, postanowiłem powrócić do Gwynn z wielu powodów, trochę zdążyłem te tereny polubić oraz poszukiwałem miejsca z którego mógłbym dalej ruszać a w tej nieznanej dla mnie krainie Gwynn było najlepszym do tego miejscem, do tego była możliwość powrotu z szanownym Sigirem więc skorzystałem z niej. Zamierzałem ruszyć dalej, miałem parę planów ale obecnie nic konkretnego mnie nie trzyma. A więc takiej sytuacji mości Sigir wspomniał o możliwości współpracy i postanowiłem to przemyśleć oraz tutaj obgadać. Z radością przyjąłbym odpowiednie propozycje, mógłbym zaoferować mój miecz, moje usługi i umiejętności a w zamian dostałbym możliwość rozwoju, odpowiednie wynagrodzenie i inne rzeczy które by mnie interesowały a wasz ród mógłby zapewnić. Powierzyłem moje życie nieznanemu krasnoludowi i udowodniłem swoje umiejętności kiedy pomogłem chronić Dalina który rozprawił się z sam wiesz panie kim, co doprowadziło do uwolnienia Jego Ekscelencji. A to była tylko przypadkowa przygoda. Jestem pewny że korzystając z wpływów takiego potężnego rodu jak Biały Lew jestem w stanie dokonać wielu rzeczy. Jedyną moją było by to bym zatrzymał w miarę możliwości wystarczająco wolności i swobody oraz bym nie pracował w stałym miastowym regionie. Bo to jak z wybitnym koniem, jeśli stoi w stajni i wychodzi tylko na wybiegi to koń zaczyna tracić werwę i staje się
słabszy, traci potencjał. Jak na razie to tyle mój panie. Jeszcze raz dziękuję za gościnę i w imieniu Dalina za wszystko co dla niego i Bergu uczyniłeś.
Ethan ukłonił się jeszcze raz i czekał na odpowiedź, bał się czy nie zrobi jakiegoś błędy albo popełni gafę. Wciąż był młodym najemnikiem z małego miasta a rozmawiał z władcą krainy.
- Hm, widzę, Ethanie, że nie brak ci rezonu. Owszem, rozmawialiśmy już przedtem z Sigirem i myślę, że znalazłoby się miejsce dla ciebie. Twoje umiejętności nie powinny się zmarnować, aczkolwiek przez jakiś czas pozostałbyś, jak to ładnie określiłeś, w stajni. Nawet wybitny koń taki jak ty potrzebuje czasu, by się zaaklimatyzować. Zwłaszcza jeśli jesteś spoza Gór, z Imperium, dobrze pamiętam? Przyznam, że po krasnoludzku mówisz nie najgorzej.
Uśmiechnął się delikatnie, dalej nie zmieniając swej swobodnej pozycji. Ethan i Sigir stali, on na nich patrzył. Zwłaszcza na człowieka.
- Dostaniesz pokój, posiłek, czyste ubrania. Twoje umiejętności zostaną zweryfikowane przez naszego mistrza miecza, tego, którego z pewnością widziałeś przed chwilą na placu ćwiczebnym. Gdy będę miał jego aprobatę, otrzymasz stosowną misję. Pójdziesz teraz z moim zarządcą, który oprowadzi cię po kompleksie zamkowym i wyjaśni formalności. Chyba że chcesz jeszcze o coś spytać.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-29, 22:27
Ethan był zaciekawiony tym co na niego czekało, zaczynał wracać do formy po tych wszystkich uroczystościach i ucztach. Czas do roboty. Odrzekł do Luwina tylko:
- Nie mam pytań, najpierw przejdźmy przez wszystkie formalności a potem może jakieś pytania mi przyjdą do głowy. Dziękuję za wszystko, zrobię tak jak mówisz panie.
Ukłonił się lekko a następnie udał się za zarządcą.
Więcej się już nie odezwał. Stuknął tylko dwa razy o poręcz tronu, a dźwięk, mocny, niesiony po pustej sali, sprowadził do niej po chwili niskiego (nawet jak na krasnoludzkie standardy), korpulentnego (nawet jak na krasnoludzkie standardy), ale ruchliwego jegomościa. Był w kwiecie wieku albo kilka lat starszy. Jego czarne włosy przyprószyła siwizna, a broda stała się słaba i łamliwa. Oczy miał za to pewne werwy, głębokie i czarne. Podbródek wąski, czoło wysunięte, brwi gęste i zlane w jedną, a uszy długie i przylegające do głowy. W chodzie miał coś z kaczki. Poruszał swym cielskiem na boki, ale robił to z niespotykaną gracją. Ubrany był w skrojone na miarę atłasowy i jedwabie, ale brudne, skórzane buty zaburzały całą otoczkę nobliwości. Krasnolud sprawiał wrażenie zadbanego, ale też nie wyglądał na kogoś, kto przepadał za takim sposobem ubierania się.
- Poldrin Ponenbaum - przedstawił się, wykonując głęboki, ceremonialny wręcz ukłon. - Bardzo mi miło. Proszę za mną - powiedział, kierując się ku wyjściu.
- Tutaj cię zostawię, Ethanie - rzekł mu Sigir. - Zobaczymy się później!
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-29, 23:42
Ethan spojrzał na krasnoluda który przybył i ukłonił się lekko odpowiadając:
- Ethan, mi też miło.
Następnie ruszył za nim żegnając się z Sigirem:
- Do zobaczenia więc.
Czas poznać to miejsce, ciekawe co kryje. Zapewne i tak się pogubi i straci rachubę gdzie co jest, taki wielki obszar wymaga jednak aklimatyzacji tak jak dobrze Luwin mówił.
Wyszli z budynku i z powrotem znaleźli się na rozległym placu wewnętrznym kompleksu zamkowego. Był on takich rozmiarów, że mniej bystre oczy mogłyby nawet nie dostrzec tych bardziej oddalonych, wciąż znajdujących się wewnątrz murów osób. Ethan na szczęście nie miał z tym problemów, aczkolwiek dokładniejsze zidentyfikowanie owych person zakrawało o cud.
- Oprowadzamy każdego nowego członka załogi - objaśnił Poldrin. - Bez tego po prostu nie da się niczego tu odnaleźć! - zaśmiał się, obejmując obiema dłońmi brzuch. - Sam gdy tu byłem pierwszy raz, to nie wiedziałem, gdzie choćby wychodek się znajduje! Ha, wyobraź to sobie, Ethanie, wszędzie wokół same baby, to nie było jak zapytać! O mało co mi dupy wtedy nie rozsadziło!
Ruszyli wzdłuż murów tworzących zabudowy i budynki, mając je po swojej prawej stronie. Gdzieś za ich plecami słychać było nieprzerwane szczęki metalu o metal i stuki drewna o drewno.
- Więc obchód zaczniemy właśnie od pokazania wygódki. - Uśmiechnął się i wskazał jedne z wielu wkomponowanych w nieprzerwany łańcuch budynków drzwi. Gdyby brama główna wychodziła na południe, to wychodek znajdowałby się dokładnie na zachód. - Co jak co, ale warunki służba ma tu nie najgorsze! Ale dalsze badanie wnętrza możemy sobie odpuścić - odparł, kierując się dalej tą samą trasą, prawym bokiem przy ścianie. - O, tam - wskazał dużą, drewnianą konstrukcję z wielkimi, luźnymi drewnianymi płatami służącymi za drzwi. - To, jak się pewnie domyślasz, stajnia. Potrafisz jeździć konno, Ethanie?
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-30, 13:01
- Nie uczono mnie tego, nie umiem za dobrze jeździć ale w przeszłości jechałem trochę i nie spadłem z konia więc przynajmniej tyle. Do tej pory umiałem sobie załatwić wozy. Mogę jednak się nauczyć, przydatne to i chyba nie takie trudne.
Ethan odpowiedział i czekał co tym powie zarządca, wydawał się miły i ogarnięty. Czuł się jakby był dzieckiem i słuchał się ojca, może za chwilę powie mu że nie ma dotykać ostrych narzędzi hehe.
- Słusznie. A jeżeli zajdzie taka potrzeba, to pewnie ktoś cię nauczy podstaw. Nie musisz przecież od razu wiedzieć, jak z niego walczyć, mam rację? Wystarczy, że, jak to sam ująłeś, nie spadniesz z konia. - Klasnął mocno w dłonie. - No dobra, to lecimy dalej!
Na terenie zamku Ethan nie ujrzał już wozu, którym przyjechali. Vincer musiał go zabrać, pewnikiem do stajni właśnie. Ta była na tyle duża, że nawet ten ponadprzeciętnych rozmiarów powóz mógłby zmieścić się kilkakrotnie w pionie, osadzony jeden na drugim, a niezliczoną liczbę razy, gdyby ustawiać je jedne przy drugich. Niemniej wnętrza stajni nie miał możliwości ujrzenia.
- Tutaj zaraz obok - kontynuował Poldrin Ponenbaum, wskazując drzwi stojące nieopodal tych prowadzących do wychodka - znajduje się jadalnia dla służby i zbrojnych. Tutaj, trzy razy dziennie, podawane będą posiłki w regularnych godzinach.
Poszli dalej. Stanęli przy "północno-zachodniej" części kompleksu, gdzieś dokładnie między jadłodajnią a salą główną Białego Lwa. Tym razem krasnolud nie poprzestał na wskazywaniu, co za drzwiami się skrywa, tylko otworzył je, przepuścił Ethana i ruszył wąskim, gęsto rozświetlonym pochodniami korytarzem barwy migdałów Podłoga była wyłożona zdobionymi, szarymi płytkami przeplatanymi niebieskimi żyłkami. Prowadziło stamtąd mrowie drzwi i skrzyżowań korytarzy, a także schody, ciężkie i drewniane, ulokowane na samym końcu korytarza, idąc cały czas prosto. Schody były dwojakie - prowadzące w dół i górę. Poldrin wybrał te drugie i po chwili znaleźli się na pierwszym piętrze, wystrojem identycznym w stosunku do parteru. Pięter było kilka, ale nie szli dalej. Teraz udali się w głąb korytarza, pokonując tę samą, równoległe leżącą trasę, tylko teraz w przeciwnym kierunku, od końca do początku. Zatrzymali się na samym krańcu. Wkomponowane w ścianę okno wychodziło na dziedziniec, pozwalając na zobaczenie go prawie w całości, może bez części zabudowań najbliższych stajni.
Poldrin wskazał ostatnie drzwi na lewo. Gdy je pchnął, oczom Ethana ukazał się prosty i skromny, ale z pewnością ładny i porządny pokoik. Wybielone ściany wyglądały jak świeżo spadły śnieg, a podłoga skomponowana była z jasnych, drewnianych listew. Stojące w kącie łóżko też było drewniane, ale wyposażone zostało w prawdziwy, puchowy piernat, poduszkę i gruby koc. Stojący w drugim na końcu kącie kufer był na tyle duży, by dało się zmieścić calusieńki dobytek Ethana i jeszcze starczyłoby miejsca na schowanie doń kochanki, gdyby zaszła taka potrzeba. Obok kufra stał prosty, dębowy stół, a na nim kilkanaście świeżych świec. Po przeciwnej stronie, niedaleko nóg łóżka, wkomponowany w ścianę został kominek, obecnie zgaszony. W bliższym kącie po lewej stało wiaderko na wiadome potrzeby, a w kącie po prawej uplasowano wysokie krzesło z oparciem. Całość podkreślał lekko sfatygowany, ale wciąż bardzo ładny dywanik, barwą wpadającą w burgund.
- To twój pokój - oznajmił, gdy człowiek zapoznał się wizualnie z każdym elementem pomieszczenia. - Rozgość się. Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, misy z wodą albo czegokolwiek innego, zawołaj służących - rzekł, wskazując palcem na wąski, złotawy sznureczek zwisający z sufitu, nieopodal góry łóżka. - A potem zejdź do jadalni. Niedługo obiad.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-30, 14:59
- A co z kluczem? Nawet jeśli panuje tutaj spokój i nikt nie będzie mnie nachodzić to wolę mieć drzwi zamknięte. Ale to nie takie ważne, potem można to ustalić. Teraz się przygotuje i schodzę. Dziękuję za wszystko, do zobaczenia.
Rzekł Ethan i zamknął drzwi. Rozejrzał się po pokoju a następnie sprawdził kufer.
- Hm, kluczyk? A, tak, jest, spójrz tutaj, w drzwiach siedzi. - Wskazał palcem miejsce za swoimi plecami, dziurkę drzwi otwieranych na zewnątrz. - A słusznie, że zapytałeś! Bo u nas panuje ład i porządek, ale zawsze lepiej się śpi mając tę świadomość, że nikt nam w nocy nie wtargnie nieproszony, czyż nie?
Ethan wkroczył do środka. Poldrin pozostał na zewnątrz.
- To ja będę znikał. Czuj się jak u siebie w domu, Ethanie! - rzekł, wykonując szczodry ukłon w jego kierunku. I poszedł.
Człowiek w tym czasie, obciążony zbroją i tobołem na plecach, schylił się ku kufrowi. Był to solidnej i prostej konstrukcji przedmiot, z delikatnymi, nienachalnymi zdobieniami i solidną, żelazną kłódką, wewnątrz której wciśnięty był kolejny kluczyk. Ethan podniósł wieko i ujrzał olbrzymią, gotową do zagospodarowania przestrzeń, całą wyścielaną jakimś czerwonawym, miękkim materiałem, oraz z zestawem kilku mniejszych przegródek i szufladek na drobne przedmioty. Każda z nich świeciła pustkami, która aż prosiła się o wypełnienie elementami noszonego cały czas przy sobie ekwipunku.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-30, 16:21
Wreszcie mógł pobyć w samotności, zdjąć zbroje i rozluźnić się. Bagaż położył na ziemię a następnie zdejmował ostrożnie wszystkie elementy by położyć je w kufrze. Odetchnął wtedy pełną piersią i zrobił proste ćwiczenia. Następnie włożył plecak do kufra zamknął go i spojrzał na łóżko. Położył się i sprawdził jak się na nim leży, chwilę odpoczywał. Następnie wstał, wyszedł z pokoju oglądając go na pożegnanie by następnie go zakluczyć, schować klucz i udać się do jadalni.
Ethan rozebrał się, posegregował swoje przedmioty, odłożył je w odpowiednich, pasujących do tego miejscach. Został w samym podróżnym stroju, wykonał kilka ćwiczeń i położył się na łóżku, cudownie miękkim. Ethan od razu był pewny tego, że tej nocy spać mu się będzie doskonale. I prawie zasnął, ale w ostatnim momencie zdołał się ogarnąć i wstał. Zamknął za sobą pokój i ruszył na dół.
Jadłodajnia prezentowała się nienagannie. Wyglądało to jak znacznie większy odpowiednik kantyny u Lovgana Jarpala, z równie pachnącym jedzeniem i roześmianą gromadą krasnoludów. Sala składała się z ustawionych pod ścianami ław i stołów, uformowanych w podkowę z pustą przestrzenią od strony drzwi wejściowych. Pod lewą ścianą siedzieli osoby umięśnione, opancerzone, niektórzy ze świeżymi sinikami na gębach i mieczami u boku - od razu widać, że to ta grupka ćwiczących, która nie miała kiedy się przebrać, tylko zasiadła do posiłku już od razu po treningu. Po prawej zaś przesiadywała służba, trudna do zauważenia, wiecznie szara i cicha jak mysz pod miotłą. Mówi się, że doskonały służący to taki, którego się nie zauważa, ale zawsze stoi nieopodal, jednak ci zachowywali się tak, jakby nawet w tym momencie musieli restrykcyjnie przestrzegać tej zasady i nie rozmawiać przy stole. Zbrojni gadali głośno i energicznie przy tym gestykulowali. Było wśród nich więcej mężczyzn niż kobiet i więcej krasnoludów niż ludzi. Ludzi tak właściwie była tylko dwójka. Jakiś ciemnowłosy mężczyzna w wieku Ethana, oraz kobieta, szczupła, o długich rdzawych włosach i krótkim mieczu przy boku. Wśród drugiej grupy również można było dostrzec ludzi, ale ci byli tak przezroczyści i nijacy, że równie dobrze mogłoby ich w ogóle nie być na sali, a w żaden sposób by to nie wpłynęło na akustykę tego pomieszczenia.
Wszędzie za to znajdowały się wolne miejsca, zapełnione na końcach "podkowy" i wolne, im bliżej środka się znajdowały. Ludzki mężczyzna dysponował jednym takim, zaraz obok siebie, głównie z tej racji, że siedział blisko środka. Kobieta znajdowała się w otoczeniu samych zajętych przez krasnoludów miejsc, przez co dosiedzenie się do niej nie było w tym momencie możliwe.
Jedzenie było właśnie wnoszone przez zastępy pomagierów kuchennych. Duże, posrebrzane tace niesione przez nich wypełnione były finezyjnie podanym mięsem, plastrami ciemnego faszerowane śliwką, oraz bukiety jarzyn do tego. Nie zbrakło także dzbanów z napitkiem, chociaż co się w nich znajdowało, pozostawało niewiadomą.
Nigdzie nie dało się też dopatrzeć lordowskiego zarządcy, ani nawet nikogo innego, kto wyglądałby na "o klasę wyżej" od pozostałych. Jedno wojownicy po jednej, a służba wszelaka - po drugiej stronie.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-30, 17:49
Ethan już nie mógł się doczekać jedzenia, jadłodajnia wyglądała dobrze a potrawy pewnie będą wysokiej jakości. Pozostało tylko zająć miejsce, jako że obok człowieka było wolne miejsce więc skierował się tam a następnie usiadł i podał dłoń mężczyźnie mówiąc:
- Ethan, miło mi poznać człowieka na tych terenach. Smacznego.
Następnie czekał na jedzenie i odpowiedź albo jej brak. Bardziej na jedzenie, mimo obżerania się ostatnimi czasy jedzenie nigdy się nie znudzi i nie straci tej wspaniałości. Szczególnie jak jada się w takich miejscach.
Ethan nie przykuwał zbytniej uwagi. Wszyscy byli skupieni na talerzach przed sobą albo na żywej rozmowie o rzeczach błahych bądź wystarczająco hermetycznych, by człowiek nie musiał przykuwać do nich zbytniej uwagi. Usadowił się obok człowieka, plecami do ściany. Rozgardiasz panujący w sali zmusił Ethana do podniesienia głosu w momencie przywitania.
- O, nowy? - zapytał człowiek. Jego głos był wysoki i łamliwy, twarz szczupła i blada, oczy podkrążone, a usta spierzchnięte. - Bardzo mi miło cię poznać, nazywam się Pat.
Podał mu dłoń. Uścisk był sztywny i słaby, ale raczej niepewny aniżeli spowodowany brakiem siły. Jego podkreślone mięśnie na całym atletycznym ciele widoczne były nawet spod warstwy skór, której pewnikiem nie zdążył zdjąć. Jego czoło zroszone było potem, a gęsta czupryna włosów rozlewała się po głowie bez ładu i składu.
- Dobrze widzieć inną bratnią duszę w tak oddalonym od Imperium miejscu - rzekł, gdy pierwsze półmiski z jedzeniem i dzbany z, jak się okazało, winem, dotarły do stołu. - Skąd pochodzisz, Etha... Ej, zaraz, czy to nie właśnie ty ocaliłeś mehra Molaciusa z rąk tego przebrzydłego szarlatana?!
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-30, 18:35
Ethan tylko westchnął i się uśmiechnął, już nie był zwykłym najemnikiem tylko tym człowiekiem który uratował mehra Molaciusa. Na razie mu to nie przeszkadzało chociaż miał nadzieję że głód informacji nie przezwycięży głodu w żołądku i że nie będzie musiał zaraz dawać przemówienia jak Oin albo Luwin. Odpowiedział śmiejąc się łagodnie:
- Hehe, widzę że przez ten czas każdy już wie o tym. Tak to ja i mój towarzysz Dalin. Załatwiałem z nim parę spraw poza miastem a teraz wróciłem i zamierzam pracować u czcigodnego Luwina. Poznałem już zarządcę i mnie oprowadził, ładny pokój dostałem. A teraz widzę że pyszności tutaj serwują. Od jak dawna tutaj jesteś?
Zaczął obserwować przybywające potrawy oraz czekał na odpowiedź człowieka.
- No ale czy dziwisz się, że każdy o tym wie? Przecież dokonałeś czegoś niesamowitego! Poczekaj, aż każdy się o tym dowie, że bohater Gwynn pracuje dla Białego Lwa! - rzekł do niego w ojczystym języku. Z oczywistych względów siedzące obok krasnoludy mogły nie zrozumieć, co mówił Pat.
Potrawy zniesiono na stół i każdy przystąpił do nakładania sobie porcji na talerz, by dokonać aktu konsumpcji. Ethan nie wyróżniał się pod tym względem. Mięso okazało się soczyste i delikatne, mimo tego, że prawdopodobnie było to mięso wołowe. Jarzyny dopełniały całości, tworząc jedną spójną, pyszną kompozycję. A wino, mocno czerwone, było przysłowiowym zwieńczeniem dzieła.
- Ja jestem tu od niecałego roku. Rutyna ogranicza się do codziennych treningów, bruzd i siniaków, ale czasami, gdy zajdzie taka potrzeba, wyruszamy gdzieś w jakiejś konkretnej misji. Ostatnio krąży plotka, że wkrótce mamy wyruszyć w celu zabezpieczenia jakiejś nowej kopalni miedzi. Ciekawe, czy wybierzemy się tam razem?
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2015-01-30, 19:35
Ethan rozkoszował się smakami oraz towarzystwem, słuchał wypowiedzi Pata i wziął kolejny kęs gdy nagle uświadomił sobie o czym mówił jego towarzysz. Kopalnia "miedzi" to mogła być kopalnia platyny, Ethan zapomniał o tym że był w centrum wydarzeń i przy osobach decydujących. Pamiętał że kopalnie maskowano pod pozorem kopalni miedzi. Nie zamierzał jednak o niczym mówić, odrzekł tylko:
- Możliwe, muszę jeszcze załatwić formalności a potem zobaczę czy wyruszę na tą misję. Chętnie bym w niej uczestniczył.
Ethan kontynuował konsumpcje, teraz gdy już zaspokoił potrzeby nie mógł się doczekać aż pokażę umiejętności i ruszy na misję.
- Formalności? - spytał Pat. - A, pewnie chodzi ci o Pana Cebularza? On sprawdza każdego "świeżaka" i wątpię, by dla ciebie zrobił wyjątek, czymkolwiek się przysłużyłeś temu miastu. Tak to już z nim jest. Tylko nie używaj tego zwrotu w jego obecności! Jakiś czas temu jeden z krasnoludów się zapomniał... I potem przez tydzień nie mógł wstać z łóżka. Harn, bo tak ma na imię i tak winieneś się do niego zwracać, tak go zlał ćwiczebnym mieczem, że nawet kolczuga okazała się niewystarczająca. To dobry nauczyciel, ale surowy. Nauczyłem się u niego wiele. Ty pewnie nie będziesz miał problemu, co? Mówią, że podobno podczas starć u tego maga jednym ciosem miecza przepołowiłeś dwóch odzianych w płytę krasnoludów. Wiele w tym prawdy?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum