Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.
- Johann Wolfgang Goethe
Gadzi sen
- Kroniki Ssihlika K’sarr
- wprowadzenie
- 8 Jullis 1515 roku -
Owady brzęczały jak oszalałe.
W miejscu, które jeszcze pięć lat temu nazywano powszechnie Gadzimi Bagnami, a na którym obecnie gady coraz częściej stanowiły jedynie tło do ciągnących ku Wszechmorzu ludzkich karawan nie było to niczym szczególnym. Owady czasami zdawały się być tu jedynym prawdziwym bogactwem naturalnym, które nigdy się nie wyczerpie. Opędzanie się od nich nigdy nie miało najmniejszego sensu. W ciągu kilku sekund niezbędnych na poruszenie łapą w powietrzu przybywało kolejnych kilkanaście moskitów. Jedynym sposobem by przeżyć takie ich ilości, była cierpliwość. Łuska. Woda. Ssihlik słyszał już o przypadkach, gdy ludzie umierali od nadmiaru ukąszeń krwiopijców. Próbowali się chronić tym na najróżniejsze sposoby. Ubierali białe ubrania, na których owady niechętnie siadały, nosili liczne ozdoby z piór na szerokich rondach kapeluszy, palili śmierdzące, kopcące kadzidła w namiotach. Większość z nich była bezskuteczna. Komary nic sobie z nich nie robiły, bzycząc nieznośnie nad uszami, kąsając, ssąc krew, ciągnąc do ciepła i świateł. Ludzie jednak nadchodzili. Nie pasowali tutaj. Nikt ich tu nie chciał, począwszy od autochtonów, na przyrodzie skończywszy. Falom białoskórych jednak nie było końca. To były dziwne czasy, te ostatnie lata. Drogi nagle zaroiły się od kamiennych strażnic. Trakty zadudniły od podkutych buciorów. Woda zabarwiła się karminem tych plemion, które postanowiły walczyć o swoje tereny łowieckie. Ssihlik nigdy nie miał pod swoją opieką tylu rannych, co w ciągu ostatnich 5 lat. Ludzie nie rozumieli tutejszych zwyczajów. Nie próbowali ich zrozumieć. Uważali siebie za lepszych, za silniejszych, za cywilizowanych. Konfliktów nie brakowało, spory narastały, krew zaś, odwiecznym zwyczajem krwi, zawsze przelewana była bez powodu i niewinnie. Plemię Ssihlika było mądre. Starszy wiedział doskonale, co oznaczałoby jawne sprzeciwienie się ludziom. Czerwona Łuska czekała. Czekała licząc, że to natura, największy sprzymierzeniec, ostatecznie upomni się o swoje. Czekała aż ludzie zrozumieją ogrom przedsięwzięcia, na które się porwali. Aż pojmą, iż bagna nie da się pokonać. Z bagnem należy żyć. Należy je szanować. Należy podchodzić do niego z respektem. Inaczej bagno, bezlitosne bagno, surowo oceni każdy błąd osoby je odwiedzającej.
Południe było parne. Ssihlik nie miał dziś wiele do roboty. Ostatni chorzy których podejmował w swoim namiocie wyszli zeń kilka dni temu. Grupki myśliwych ostatnimi czasy wychodziły coraz dalej w teren tropiąc płoszoną przez ludzi zwierzynę. Ostatnia z nich po kilku tygodniach bez wieści wróciła, niosąc zdobycz i ciężko zatrutego jednego z towarzyszy. Rah zmuszony był przez okoliczności do jedzenia zepsutego mięsa. Normalnie jego żołądek powinien był sobie z tym poradzić, tym razem jednak osłabiony organizm łowcy nie dał rady. Szczęśliwie dla niego uzupełniane niedawno zapasy ziół wioskowego adepta poradziły sobie z problemem bez szwanku. Zaiste, coraz mniej rzeczy było, których Ssihlik musiał się nauczyć od K’seliha, starszego znachora wioski u którego był uczniem i praktykantem sztuk leczniczych. Stary K’selih znajdował się już u schyłku swych lat i coraz częściej można było posłuchać jego starczego bełkotu niż prawdziwych nauk. Tym samym, z prawdziwymi problemami wioska zdecydowanie częściej przychodziła do jego ucznia, niż niego samego. Nie inaczej miało być tym razem.
Ssihlik swój leniwy dzień spędzał nad wodą. Grzejąc się przyjemnie na brzegu, to ochładzając w stojącym bagnie, to znów wychodząc na słońce. Rah leżał obecnie na piasku plaży niedaleko wioski. W miejscu tym kobiety regularnie przychodziły robić pranie. Było to regularnie uczęszczane miejsce, żadna samotnia, ale doskonale sprawdzała się na spędzenie nudnego popołudnia. Z odpoczynku przerwał go dopiero odgłos szybko stawianych, ciężkich kroków i kobiecy, powtarzany okrzyk.
- Ssihlik! Ssihlik! – ktoś nawoływał go zza pobliskiej roślinności. Głos kobiecy, wysoki, wyraźnie zaniepokojony lub też w stanie strachu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ssihlik nie potrzebował dużo do szczęścia. Możliwość wygrzewania się w słońcu nad wodą wystarczało jego gadziej naturze jeżeli chodziło o ogólne zadowolenie. Czas, podobnie jak bagna, stawał się sprzymierzeńcem jeżeli nie próbowało się działać przeciw niemu. A, że tym razem pozwolił bohaterowi na chwilę lenistwa, rah nie miał nic przeciwko, zwłaszcza gdy słońce tak przyjemnie grzało zielone łuski.
Słysząc nawołującą go poszukiwawczo osobę podniósł leniwie głowę w celu zlokalizowania źródła owego hałasu. Gdy jednak wyczuł w wołaniu zaniepokojenie postanowił podnieść się na nogi by, z odpowiednim dla cyrulika zachowaniem, mógł wysłuchać i w miarę swoich możliwości pomóc plemieniu K'sarr z zaistniałym problemem.
Na długo przed tym, gdy zobaczył szukającą go osobę Rah zdążył ją *wyczuć*. Drgania podłoża nieomylnie zwiastowały kierunek z którego nadchodziła. Rytmicznie, miękko stawiane kroki mówiły mu, iż osoba owa biegła. Język, wysuwając się raz po raz również nie kłamał. Zapach, jaki wkoło siebie roztaczała, był zapachem kobiety. Głos niesiony wodą czasami myli. To, że przed chwilą Ssihlik słyszał, jak mu się zdawało, kobietę, nie musiało automatycznie oznaczać, iż tak było w rzeczywistości. Węch nie mylił jednak nigdy. I tym razem tak było. Kilka sekund później spomiędzy roślinności bagiennej wybiegła Ma’sellis. Była ona jedną z członkiń plemienia K’sarr. Młodziutka raszka, mająca zaledwie 13 lat, nie brała jeszcze nigdy w Święcie Ziemi. Wysoka i masywna, ale nie pozbawiona pewnej kobiecej gracji ruchów i figury. Ubrana była jedynie w cienką przepaskę biodrową oraz kawałek tkaniny zakrywający górną partię ciała wraz z piersiami. Ma’sellis jak na standardy swojej rasy uznawana powszechnie była za ładną. Jej pogodne, uśmiechnięte usposobienie również sprawiało, iż coraz częściej była pytana przez plemiennych wojowników i tropicieli, kogo z nich wybierze sobie podczas najbliższego Święta. Ona jednak póki co nie wyrażała zainteresowania podobnymi sprawami. Starała się w miarę możliwości trzymać blisko zarówno Ssihlika jak i K’seliha. Jej wielkim marzeniem było leczyć pobratymców. Miała ku temu dobre predyspozycje i cierpliwość, oraz pewną rękę do igły. Kiedyś będzie z niej dobrych cyrulik, mawiał stary K’selih. Dla Ssihlika można było powiedzieć, iż była jedną z odległych kuzynek. Rzecz jasna w plemieniu tym każdy był mniej lub bardziej spokrewniony, tak więc koligacje takie nie budziły tu większej różnicy. Czym innym przecież było dla nich plemię, jeżeli nie rodziną?
- Tu jessteś! – rzekła z wyrzutem widząc leniwie podnoszącego się z ziemi Ssihlika.
- Jesteś potrzebny w wiossce! Była walka! Krew, dużo krwi, Ssihlik, chodź ze mną, szybko!
W jej głosie brzmiały nuty autentycznego zaniepokojenia. Jeżeli kazano jej przybiec nad wodę w jego poszukiwaniu, sprawa rzeczywiście musiała być poważna.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ma'sellis. Dwukrotnie młodsza od Ssihlika raszka która podobnie jemu chciała zostać znachorem. Cel który przyświecał młodej kobiecie był jednak inny niż ten który tkwił w głowie bohatera. Ma'sellis była łagodną Sca'Rah chcącą zaopiekować się jak największą liczbą członków plemienia. Pomagając z każdej jednostek przyczyniała się do naprawy i lepszego funkcjonowania K'sarr jako wspólnoty i całości.
Ssihlik myślał inaczej. On chciał zostać znachorem by poznać i zrozumieć choć fragment cudownego świata który go otaczał. Fascynowało go to jak własne łuski otwierały się w cieple słońca. Jak gadzie serce pompowało krew do końca ogona i z powrotem. Jak niektóre rośliny poddane odpowiedniej przeróbce sprawiały iż mięśnie pracowały szybciej, a zapach powietrza był bardziej barwny. A wszystko zaczęło się od utraty dłoni w dzieciństwie i powolne przyglądanie się jak jego gadzi organizm komórka po komórce odtwarza każdy utracony fragment kończyny. To od tamtego czasu Ssihlik chce zrozumieć naturę świata. Choć jest świadom tego, że zna ledwie ułamek.
Informacja o walce w wiosce uderzyła na niego niespodziewanie i niemal natychmiast zaczął ją analizować.
- Neharowie? Jory? Czy może znowu młodzi przesadzili z próbą pazurów? - Trzy pytania w kierunku Ma'sellis dotyczące w sumie jednego. Powodu. Wszystko ma swój powód i cel. Każde zdarzenie ma swój skutek. Co było skutkiem owej walki i jakie przyniesie ona konsekwencje bohater dowie się w swoim czasie.
Słowa te wypowiedział stanowczo ruszając w stronę wioski.
Ssihlik wstał, szybko zbierając się z miejsca i ruszając za dziewczyną. W ciągu kilku dłuższych kroków zrównał się z nią tempem, sprawnie pokonując kolejne metry dzielące ich od wioski. W tym czasie też zadał swoje pytania.
- Nie wiem nic dokładnie, Ssihlik - rzekła dziewczyna.
Na dźwięk słowa "jor" wzdrygnęła się zauważalnie.
- Nie, to nie to. Nie było dziś też żadnej Próby. Kazali by ci być przy tym, gdyby coś ssię działo, przecież wiessz - rzekła odrobinę przymilnie.
Szli szybkim tempem. Ogony szorowały o rozgrzany od południowego słońca piasek ścieżki.
- To nassi - dodała, jakby niepewnie - któryś z młodych, nassi, ale to nie była Próba. Nie wiem, o co posszło.
Słowa te zabrzmiały co najmniej enigmatycznie. W tak niewielkim i stosunkowo zamkniętym plemieniu, jakim było plemię czerwonej łuski wewnętrzne spory pojawiały się niezwykle rzadko i duszone były od razu w miejscu ich powstania. Próba Pazurów, jeżeli już miała miejsce, to klasycznie, w sporze o kobietę, niż w ramach prawdziwej walki do krwi o obrazę honoru czy rodu. Wypadek o jakim mówiła zaś Ma'sellis był co najmniej wart bliższego zbadania. Tym bardziej, że w ciągu trzech minut pojawili się już przy wiosce. Czerwona łuska nie należała, jako się rzekło, do dużych i bogatych plemion. Nie posiadała własnej wsi z trwałą zabudową kamienną, jak niektóre plemiona bliskie głównym szlakom handlowym na linii Imperium - morze. Rahowie tam mieszkający, jak słyszał Ssihlik, coraz więcej towarów i zwyczajów zaczynali przejmować od ludzi, zafascynowani ich technologią i możliwościami. Widząc potężne, kamienne strażnice pełne żelaznych broni i pancerzy, pragnęli tworzyć własne, gadzie ich odpowiedniki, całkowicie ignorując fakt, iż bez odpowiedniej logistyki i wysokich zdolności inżynieryjnych, miękka ziemia bagna pochłonie kamienną, ciężką budowlę w ciągu kilku wiosen. Efekty, ponoć, bywały komiczne. Dość jednak rzec, iż wioska Ssihlika do dużych nie należała. Otaczał ją wysoki ostrokół z zaostrzonych u szczytu drewnianych pali, bramy pilnował jeden samotny rah. Wewnątrz, wokół centralnego placu znajdowały się zarówno proste namioty, niewielkie chatki z pędów jak i całkiem pokaźne domostwa na wysokich palach, budowane z drewna. Wszystko zależało jedynie od chęci, umiejętności i włożonego nakładu pracy przez ich mieszkańców. Zasadniczo wioska przedstawiała bardzo malowniczy, acz totalnie niezaplanowany zlepek budowli, zdawałoby się, powyjmowanych z kilkunastu zupełnie różnych od siebie wiosek. Chata znachora, tudzież tutejszy prowizoryczny szpital, była tą jedną z bardziej okazałych. Wzniesiona na półtorametrowych palach, z drewnianymi ścianami i plecionym z pędów dachem, widoczna była już z daleka. Obecnie pod schodami prowadzącymi do jej wejścia zgromadzony był niemały tłumek. Najwyraźniej poruszenie, jakie wywołała owa tajemnicza "walka" obiegła lotem błyskawicy całe plemię. Kilka co bystrzejszych osobników pokazywało już palcami zbliżającą się parę rahów, jako sygnał kolejnych rewelacji i nowości.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
W głowie bohatera pojawiło się kilka kolejnych pytań, jednak gdy Ma'sellis uświadomiła mu, że nie będzie w stanie udzielić mu wystarczających odpowiedzi postanowił zostawić je dla siebie. Zagadka nie mogła być poprawnie rozwiązana na podstawie domysłów drugiej osoby. Rah już dawno nauczył się, że najbardziej cieszą własne doznania, oraz doświadczenia jak i wnioski oraz wiedza z nich wyciągnięta.
Gdy wkroczyli do wioski bez zbędnego ociągania ruszył w stronę tłumu wypatrując w nim kolejnych znajomych pysków, które mogły by mu udzielić dokładniejszych informacji.
- Zróbcie trochę miejsca dla znachora – powiedział głośno acz spokojnie chcąc przegonić nieco tłum. Ssihlik oczywiście rozumiał zainteresowanie zaistniałą sytuacją, jednak niezbyt przepadał jeżeli ktoś spoglądał przez mu przez ramię podczas pracy. - Może mi ktoś powiedzieć co się dokładnie stało? - zapytał po chwili.
//btw co z eq? Dopiszesz mi do karty jakiś zestaw młodego bagiennego medyka + przepaskę czy wszystko mam w chałupce?
Tłumek ustępował nad wyraz niechętnie, jakby w obawie, że postawienie stóp dwa kroki dalej już uniemożliwi skuteczny przepływ informacji i wyłączy daną jednostkę z "obiegu". Przejście jakie wytworzyło się pomiędzy nim a schodami prowadzącymi na platformę było tak wąskie, że nadal przeciskał się przez nie z najwyższym trudem.
- Nie ssłuchajcie go, bzdury plecie! Nad wodą był, ryby łowił, nic nie widział!
- Zawrzyj się!
- Ssam ssię zawrzyj! Wiem co mówię!
- Fressth przewrócił się jeno, żadnej walki nie było.
- Krwi na pół placu, a ty, że ssię przewrócił? Co za bzdury!
- Wcale tyle krwi nie było!
- A ja ssłyszałem, że nad wodą się bawili! Natknęli się na małą grupę jorów, zwiad z południa!
Na samą myśl o jorzym zwiadzie grzebienie kostne u co większych wojowników uniosły się do góry. Tłum zafalował gniewnie. Z każdą kolejną mylną plotką napięcie w nim rosło, a stopień dezinformacji przekraczał wszelkie dopuszczalne granice. Ssihlik szarpnięty został do przodu, za dłoń. To Ma'sellis chwyciła go spomiędzy tłumu i pociągnęła w stronę schodów.
- Niczego się tu nie dowiemy - rzekła kwaśno - chodź, K'selih już na nas czeka.
Tłum wypuścił ich ze swoich trzewi niezwykle niechętnie. Droga do chaty znachorzej stała już jednak otworem.
[...]Reguły takie same jak u wszystkich, dude. Masz 20 ZM (2 000) - zrób normalne zakupy na targowisku, a ich zawartość albo "pojawi" Ci się w ekwipunku, albo znajdziesz je w szafkach Chaty Znachora.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Jak zwykle bywało w takich sytuacjach, każdy gadzi pysk widoczny w tłumie miał swoją wersję wydarzeń. Oczywiście każda historia różniła się od poprzedniej na tyle znacznie by nie można było w jakimkolwiek stopniu poszukać łączących ich elementów innych niż poważnie krwawiący Rah. Ssihlik nie przepadał za myśleniem tłumu. Mimo szacunku którym darzył plemię, w chwilach takich jak ta widział schematyczność i krótkowzroczność w ich myśleniu. Zamiast poświęcić czas na odnalezienie prawdziwego ciągu przyczynowo-skutkowego, każdy starał się stworzyć historię od zera na swoich domysłach. Bohater rozumiał, że życie w plemieniu nie jest zbyt pasjonujące. Tryb życia panujący od wieków nie zmieniał się zbytnio z kolejnymi pokoleniami. Trochę zmieniły się narzędzia do pracy i polowania, ale cele plemienia były zawsze te same. Czyżby to monotonia wywołała w Sca'Rah taką konieczność szukania sensacji? Podobnie było z pojawieniem się Neharów. Każdy pchał się zobaczyć z czym przybyli bezłuskowi ubrani w metal, jakby przywieźli przepis na jakieś cudowne lepsze życie. Nerahowie byli jeszcze głupsi. Na siłę pchali się tam gdzie ich nie chciano i bezowocnie próbowali wpoić swoje 'idealne' zasady życia. Gdyby były takie doskonałe pewnie nie potrzebowali by szukać innego miejsca gdzie mogli by je zastosować, tylko cieszyli się tym faktem.
Ssihlik lubił zasady panujące w plemieniu. Nie uważał je za doskonałe, ale też nie czuł nudy. Te wszystkie codzienne rytuały miały swoją rolę gdy nadszedł czas czegoś większego. Chociażby Święta Ziemi. Ranny członek plemienia najwyraźniej dla większości ludu K'sarr był warty przerwania tych rytuałów.
Kilka kroków w górę do chaty którą już znał na pamięć. K'selih śmiał się czasem, że o ile przydaje się to gdy wzrok na starość już nie ten, to umysł jak na złość zaczyna tworzyć dziury w obrazie czegoś co widziało się codziennie przez ponad pół wieku.
Jęki rannego usłyszał jeszcze zanim przekroczył przez próg chaty. Jeszcze zanim jego wiecznie ruchliwy, wysuwający się i chowający język podpowiedział mu, iż w wewnątrz budynku niepodzielnie króluje słodka woń krwi i smród wymiocin. Przez ułamek sekundy Ssihlik tkwił tak, na pograniczu całej wioski, pogodnego, mokrego i czystego powietrza znad bagien, oraz wnętrza domu chorych, jak gdyby zawieszony pomiędzy światami. Następnie zaś wykonał krok, dokonał wyboru, a zapachy ran i bólu zawładnęły jego zmysłami niepodzielnie.
Chata Znachora składała się z trzech pomieszczeń. To pierwsze, największe, było jednocześnie salą operacyjną, miejscem gdzie dokonywano badań pierwszego kontaktu, oraz rozmawiało się z cyrulikiem w swoich bolączkach. Znajdowały się tu trzy stoły na których kładli się pacjenci, kilka stołków na kółkach pełnych metalowych „narzędzi pracy”, oraz dwa kredensy wypchane różnymi medykamentami. Pacjentów bardziej chorych, wymagających izolacji, lub po prostu odpoczywających po zabiegu przenoszono do drugiego pomieszczenia z tyłu budynku, gdzie mogli na łóżku zwyczajnie sobie poleżeć, odespać się i dostać suty posiłek. Mało kto jednak z możliwości korzystał, woląc zwyczajnie prosto po zabiegu udać się do własnej chaty. W praktyce ta druga sala pełniła rolę drugiej „operacyjnej”, jeżeli w jakichś wyjątkowych sytuacjach wymagane było utrzymanie odrobiny prywatności, lub w tej pierwszej – co zdarzało się niezwykle rzadko – nie było już miejsca. Trzecie pomieszczenie było typowym pomieszczeniem sanitarnym. Ma’sellis dbała o to, by nie brakowało tam ani czystej, przegotowanej wody, ani koców, bandaży i ręczników, jak również odpowiedniego zapasu leczniczych ziół, czy gotowych posiłków dla obu pracujących znachorów. Jako najmłodsza stażem wśród lekarzy to na nią najczęściej spadały typowo fizyczne prace. Nie było w tym nic zbożnego. Kobiety tej rasy, przecież, zajmowały się podobnymi wysiłkami od wieków.
Póki co w chatce pacjent był tylko jeden, zaś lekarz wkoło niego chodzący minę miał wyraźnie strapioną.
- Ssihlik! – stary K’selih podniósł łeb, a jego gadzie oczy rozbłysły blaskiem ulgi – Dobrze że jesssteś!
Podeszli bliżej. Ssihlik znał pacjenta. Był nim, tak jak twierdził tłumek, młody Fressth. Chłopak nie miał nawet siedmiu lat. Wciąż brakowało mu wiele do dojrzałości, wśród członków plemienia uważany był wciąż za dziecko. Owszem, wyrośnięte, silne i ciężkie, ale nadal – dziecko. Jedno z tych, których wszędzie jest pełno i które wszędzie uważa sięga utrapienie, ale wybryki których zbywa się częściej pobłażliwym uśmiechem, niż wznoszeniem klątw do bogów. Ssihlik czuł krew, czuł jej zapach, ale, wbrew oczekiwaniom, na ciele młodego raha, który rzucał się na stole nagi jak go sam Swanor stworzył, nie ujrzał śladów po pchnięciach sztyletem. Krew znajdowała się niżej, w drewnianym kubełku, który K’selih podstawił koło stołu. To w nim znajdowała się mało apetyczna biała maź, będąca zapewne zwymiotowanym wspomnieniem po ostatnim posiłku chorego, naznaczona wyraźnymi, czerwonymi nitkami krwi.
- Przytrzymaj go do licha! – stary rah rzucił rozkaz do dziewczyny. Ta szybko i sprawnie poradziła sobie z pochwyceniem rąk Fresstha tuż ponad przegubami. Zasyczały skórzane paski. Niektóre z przeprowadzanych tu zabiegów bywały całkiem bolesne. Nauczeni doświadczeniem płynącym z praktyki Ssihlik i K’selih już jakiś czas temu do stołu operacyjnego przymocowali pasy umożliwiające unieruchomienie swoich pacjentów.
- A ty spójrz no tutaj, Ssihliku… - stary rah gestem zachęcił do podejścia z drugiej strony stołu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Widok Fresstha był dla bohatera pierwszym krokiem do ułożenia sobie własnej wersji wydarzeń. W końcu wiedział o którego z 'naszych młodych' chodziło Ma'Sellis. Misa pełna wymieszanych z krwią wymiocin również tworzyła w głowie Sshilika odpowiednie scenariusze. Rah jednak nie lubił i nie chciał zbyt długo trzymać się w niepewności.
- Czego zdążyłeś się dowiedzieć ? - Zapytał krótko K'seliha samemu szukając w międzyczasie widocznych objawów u przypiętego do stołu raha. Pobieżna analiza łusek, oczu i języka połączona ze wsłuchiwaniem się w oddech chorego były dla młodszego znachora czymś co wykonywał niezależnie od tego czy ktoś kto przychodził do ich chaty był akurat tym potrzebującym pomocy.
Bez względu na swoje obserwacje Ssihlik powoli podszedł do miejsca króre wskazał mu K'selih wypatrując cóż za niespodziankę ukrywa dla niego ciało młodego Fresstha.
[...]Test: Pierwsza Pomoc (oględziny chorego) = k20(11) + 31 = 42 // ST = utajnione
Chory był Rahem. Ta pierwsza, pozornie nieistotna obserwacja która rzuciła się w oczy Ssihlika miała rzutować na całość wszystkich pozostałych które za chwilę wykonał. Rah, jak na gada przystało, różnił się fizjonomią od wielu innych stworzeń, a jego ciało reagowało na infekcje i rany w zupełnie odmienny sposób, niż na przykład reagowali nań neharowie. Ssihlik wiedział na przykład, że istoty stałocieplne posiadały inne sposoby regulacji temperatury, jak chociażby pocenie się. Wystarczył jeden rzut oka na Frrestha by wiedzieć, że gdyby tylko mógł, młody Rah pociłby się teraz jak mysz. Usta miał nieustannie otwarte. Oddychał bardzo szybko, bardzo płytko i bardzo głośno od czasu do czasu pojękując z bólu. Mówiąc krótko, jego organizm sam, w bezwarunkowym odruchu wentylował się jak tylko mógł, starając się obniżyć trawiącą ciało gorączkę. Dotknięcie czoła Raha nie pozostawiało wątpliwości pod tym względem – ciało dzieciaka było rozpalone do granic możliwości, wysoko ponad górny limit który jaszczuroczłek mógł uważać za komfortowy. Oczy Frrestha były dwiema malutkimi, wąziutkimi szparkami źrenic. Najprawdopodobniej dzieciak zupełnie już nie kontaktował gdzie jest i co się z nim dzieje. Wzrok miał błędny, nie wodził nim za wystawionym tuż przed nos palcem. Na łuskach chorego póki co Ssihlik zmian jednak nie zauważył. Ogółem symptomy układały się w jego oczach na jakąś ciężką infekcję przypominającą niezwykle silną wersję pospolitej grypy jelitowej.
- Rozmawiałem sss jego matką – rzekł poważnie K’selih – Frresth od kilku dni narzekał że źle sssię czuje, lecz nie chciał przyjść do nasss na badania. Miał lekką gorączkę, kilka razy biegał w krzaki z biegunką... nic, czego zżerający wszyssstko młodziak w jego wieku by nie przeżył.
Ssihlik podszedł bliżej. Również Ma’selis, zaciekawiona, cicho niczym duch pojawiła się tuż za nimi, uważnie obserwując co też K’selih ma im do pokazania.
- Dopiero dziś obudził sssię z sssilnymi bólami brzucha i mięśni. Znowu miał biegunkę. Matka uznała jednak że to wina wczorajszego posiłku. Dopiero podczasss zabawy na głównym placu został popchnięty, przewrócił sssię i zwymiotował. Czystą krwią.
K’selih trzymał w ręku malutkie, metalowe szczypce o prostej i wąskiej końcówce. Wskazywał nimi właśnie miejsce tuż pod pachą młodego raha. Delikatnie chwytał czubki pojedynczych łusek, zaginając je ku górze tak, by odsłoniły skrywaną pod nimi bardzo cienką, delikatną skórę. Ssihlik od razu zauważył co też doświadczony znachor próbuje im pokazać. Węzły chłonne Frrestha były niemożliwie wręcz nabrzmiałe od zebranej pod skórą krwi. Cała skóra pokryta była wysypką czerwonych kropek. Nie wiadomo, czy od krwawych podbiegnięć, czy też była to jakaś reakcja alergiczna czy zakaźna.
- Widzisz to? – zapytał K’selih, jakby chcąc się upewnić.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Młody rozgrzany – Ssihlik stwierdził oczywiste pochylając się nieco bliżej nad odsłanianym przez K'seliha miejscem. Rah pomilczał przez chwilę, przyglądając się czerwonym śladom na skórze Fressha starając przypomnieć sobie czy nie spotkał się wcześniej z podobnymi objawami, bądź ich pochodnymi.
- Widzę – potwierdził po chwili starszemu znachorowi – Spuchnięty jakby miał zaraz wybuchnąć.
Jaszczur jeszcze raz wzrokiem przebiegł po ciele przywiązanego do łoża choremu po czym widząc stojącą obok Ma'selis rzekł do niej dość rozkazującym tonem – Nie stój tak. Zimny okład przygotuj, trzeba mu zejść z gorączką.
Ssihlik miał pustkę w głowie jakoby ktoś na pół roku wydarł go z chaty znachora i nie widząc żadnej alternatywy dla postępowania czekał na dalsze informacje. Zarówno te które mogły się pojawić w jego głowie, jak i te które mógł otrzymać od K'seliha.
[...]Test: Wiedza: Choroby – Poziom 4 = k20(16) + 21 = 37
Ssihlik posiadł w toku swojej praktyki jako pomocnik znachora określoną wiedzę na temat chorób wszelkiej maści. Był dobrym uczniem. Chłonął wiedzę jak gąbka, a wrodzony intelekt pomagał mu ją prawidłowo katalogować i przywoływać z pamięci w razie potrzeby. Sam K’selih często mawiał, iż nauczył swojego pupila wszystkiego, co sam umiał. Zawsze jednak w życiu przychodzi moment, gdy pojawia się wróg od nas silniejszy, mag potężniejszy a problem bardziej złożony od czegokolwiek, co do tej pory się spotkało. Nie inaczej było tym razem. Gdyby bohater miał zgadywać, rzekłby, iż chory został zatruty jakąś nieznaną mu toksyną. Wszelako, nie znał żadnej trucizny która atakowałaby tak silnie pomimo tak długiego okresu wylęgania. Mogła być to reakcja alergiczna gdyby nie fakt, iż jaszczuroludzie żyli w tych terenach od niepamiętnych czasów. Dzieci urodzone z podobnymi wadami genetycznymi najczęściej nie dożywały swoich pierwszy urodzin. Pozostawała konkluzja, iż winę za stan młodego ponosi jakiś wirus. Choroba zakaźna nigdy do tej pory przez nich nie spotkana. Bardzo wysoka gorączka, niski puls, bóle mięśni, błędny wzrok, nabrzmiałe od krwi węzły chłonne, wysypka oraz biegunka i wymioty naznaczone krwią. To były wszystkie symptomy z którymi Ssihlik musiał sobie poradzić. Jeżeli tego nie zdoła, dziecko umrze. Bohater nie znał odpowiedzi na pytanie, co dolegało dokładnie Frresthowi. Wiedział jednak, że przy obecnym stopniu rozwoju choroby trzeba ponad wszystko zbić mu gorączkę oraz odseparować go od innych. Nawet oni byli już zagrożeni. Nieustanny kontakt z krwią chorego nie mógł przynieść nic dobrego. Kto wie, czy potencjalni zarażeni nie znajdowali się wśród nich lub tam, na placu przed chatą.
Ma’selis krzątała się obok. Szybko zamoczyła jakąś szmatkę w stojącym nieopodal wiadrze z czystą wodą i położyła ją na czole chorego.
- Masz rację – dodał stary Rah – musimy zbić mu gorączkę.
Jaszczur podszedł do regału. Z jego ust wydobyło się ciche parsknięcie niezadowolenia, pomieszane z szeregiem przekleństw.
- Ssihlik, nie mamy już maści – rzucił do swojego adepta – zajmij sssię tym! Ja w tym czasie zerknę do mojej ksssięgi...
K’selih większość swojej wiedzy posiadał od swojego mistrza, Alyssha. Był on autorem ogromnego tomiszcza, napisanego koślawym pismem w runach dawnych rahów, okraszonego większą ilością rysunków niż właściwych słów. Była to jego „księga” – zbiór wiedzy na temat roślin, mikstur, leków i maści którą tworzył przez całe swoje życie. Dla potomnych, jak mawiał. K’selih sięgał do niej nader często w chwilach wątpliwości, choć znał ją niemal na pamięć.
Ssihlik zaś wiedział doskonale, gdzie w Chacie znajdują się składniki oraz przyrządy alchemiczne. Jeżeli miał przyrządzić nieco maści ochłodzenia, musiał przede wszystkim przygotować moździerz z tłuczkiem, miskę, mleko, wodę oraz szereg przygotowanych już, suszonych ziół. Wszystko, czego potrzebował, było już w Chacie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Jaszczur przypomniał sobie, że najwłaściwszą odpowiedzią na chorobę jest lekarstwo. Aby jednak medykament zadziałał prawidłowo należało zdiagnozować trafnie przypadłość chorego co w przypadku Frrestha nie miało miejsca. W przypadkach takich jak ten można było korzystać z odpowiedzi cząstkowych którymi były symptomy choroby. Próba pozbycia się jednego z nich mogła nakierować na dalsze działania. Dawała dodatkowy czas, pozwalała sprawdzić reakcję organizmu na dane metody leczenia czy podawane specyfiki zawężając pole końcowych odpowiedzi.
Zbicie gorączki było priorytetem, a najłatwiejszym dla Ssihlika sposobem na ustabilizowanie temperatury zmiennocieplnego raha było stworzenie odpowiedniej maści.
Bohater z pośpiechem zebrał wszystkie potrzebne przyrządy oraz składniki, notując przy tym w pamięci ich zasób, aby uzupełnić co potrzeba podczas kolejnej wizyty na bagnach, po czym udał się do swojego stanowiska. Nie prosił o pomoc Ma'selih, każąc jej zostać przy chorym. Mimo iż jej pomoc skróciłaby czas przygotowań, Ssihlik wolał wszystko spreparować samodzielnie.
To był jego żywioł.
Fascynowało go wykorzystanie ukrytego potencjału jaki posiadały w sobie niepozorne rośliny rosnące dookoła wioski. Pomyśleć tylko jak wiele do odkrycia zaoferowania ma w sobie coś większego niż liść. Ot chociażby przypięty do stołu Frresth.
Ssihlik przystąpił do pracy. Jego ciało, jego dłonie same wiedziały, co ma czynić. Przyszykował przed sobą na stole alchemicznym wszystkie niezbędne składniki. Moździerzem rozbił część ziół na gęstą, zieloną i tłustą od soków papkę. Korzonki innej rośliny rosnącej na bagnach pokroił na tak cienkie talarki jak tylko był w stanie. Bulwę innej zwyczajnie wycisnął. Do tego doszło żółtko jajka, odrobina świeżego mleka. Wszystko ostatecznie stworzyło gęstą breję, mazię, która powinna teraz postać w suchym i zacienionym miejscu przez przynajmniej godzinę. Adept czynił po prostu to, co go nauczono. Krok po kroku z ksiąg, z surowych przykazań swojego nauczyciela. Może gdyby udał się na drugi koniec Sorii, do Księżycowych Lasów i zapytał tamtejszych magów w jaki sposób przyrządzić tę maść, uzyskałby odpowiedź całkowicie inną od czynności które właśnie popełnił. Cóż, na tym chyba właśnie polegało piękno alchemii. Oraz przyrody, która była jej jedynym skutkiem i przyczyną.
- Tu nic nie ma! – gniewny syk K’seliha oznajmił bohaterowi, iż jego mentor nie zdołał odnaleźć w księdze żadnej wskazówki.
- Te ssymptomy nie passują do niczego, z czym kiedykolwiek bym ssię sspotkał wczesśniej!
Stary rah fukał gniewnie, sapiąc ciężko przez cienkie szparki nozdrzy.
Przy chorym nieustannie czuwała Ma’selis. Zmieniała obecnie chłopakowi okład na czole.
- On majaczy – powiedziała cicho – bredzi. Gorączka nie sschodzi z niego nawet o jotę.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Maść tworzył jakoby w transie. Niby cały proces składał się ze zwykłych czynności jednak wiedząc o ich końcowym efekcie, każdy wykonany krok musiał być obdarzony odpowiednim szacunkiem. Zaniedbując jeden z fragmentów, nadszarpujemy formę całości. Ssihlik chciał być perfekcjonistą w tym co robi. Choćby tłukł to jajko milionowy raz, za milion pierwszym również będzie uważał by w końcowej mazi nie znalazł się fragment skorupki.
- Spokojnie K'selihu – rzekł w stronę starszego znachora odkładając do cienia wytwór swojej pracy – sam mnie uczyłeś że takie emocje nie pomagają w znalezieniu rozwiązania...
Słysząc słowa młodej Sca'Rah, Sshilik zbliżył się do pacjenta i podnosząc palce do pyska zasugerował Ma'Selih ciszę.
- Jego bełkot może mieć sens jeżeli się mu przysłuchamy – powiedział jaszczur zbliżając się do chorego. Nie zważał na zarażanie gdyż chęć poznania odpowiedzi była w nim silniejsza niż obawa przed chorobą.
Wiedział, że odpowiedź ma czasem źródło dokładnie w tym samym miejscu w którym pojawiło się pytanie.
K’selih fuknął gniewnie jeszcze raz. Ssihlik wiedział doskonale, iż była to jedna z wielu przywar jego mistrza. Miał on bardzo niepokojącą tendencję do mówienia wszystkim w Chacie Znachora co mają czynić. Zawsze. Nieodwołalnie. Pod żadnym pozorem nie odstępując od raz wypowiedzianych zasad. Podczas gdy samemu postępował najczęściej totalnie odwrotnie, łamiąc samemu ustanowione reguły. Jeżeli mówił, że nie wolno się denerwować, sam reagował gniewem na byle głupstwo. Jeżeli regularnie powtarzał, że należy czyścić moździerze po każdym tłuczeniu, zostawiał je najczęściej brudnymi do umycia przez Ma’selis. I tak dalej.
W gruncie rzeczy pozostawał jednak rahem o złotym sercu. Z całych sił chciał pomagać innym. Krzywda i choroba współplemieńców bolała go zawsze tym bardziej, gdy w grę wchodziło zdrowie młodych. Jego obecny gniew wynikał jedynie z własnej niemocy.
Ssihlik podszedł bliżej chorego. Gdy nakazał ciszę towarzyszom, ci posłusznie umilkli. Adept nachylił się nad rozciągniętym na stole rahem. Większość słów faktycznie była niezrozumiałym bełkotem. Były to pojedyncze słowa nie mające żadnego sensu ani wspólnego mianownika. Może z raz czy dwa wypowiedział on pełne zdanie.
- Maara... – jęczał.
Było to imię młodej raszki, w jego wieku. Ssihlik wiedział, iż tutejsza „młodzież” bawiła się regularnie w dużych grupkach, rozbieganych i rozsyczanych stadkach, których wszędzie było pełno. Frresth jednak często był widziany właśnie w towarzystwie małej Maary. Można było powiedzieć, że była to jego najlepsza, dziecinna przyjaciółka.
- Nie... nie wolno jej dotykać Kuli... nie wolno!
W ustach chorego to słowo zabrzmiało właśnie tak. „Kula”, jak nazwa własna a nie określenie zwykłego, okrągłego obiektu. Ciężko było jednak brać za pewnik słowa wypowiadane w malignie oraz doszukiwać się w nich jakiegokolwiek sensu. Wyrazy pysków K’seliha i Ma’selis świadczyły o tym aż nazbyt dobitnie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ssihlik słuchał słów chorego, starając się wyłapać z nich najmniejsze choć informacje. Pojawienie się wśród bełkotu imienia raszki i jego powtórzenie dało pewien trop. Adept zanotował również zdanie o tajemniczej kuli, jednak nie miał póki co żadnych tropów o co dokładnie młodemu Frresthowi chodzi.
- Leć szukać Maary – powiedział nagle w stronę Ma'selis wydając jej kolejne polecenie – jeżeli ma z tym coś wspólnego pewnie będzie się kręcić koło znachorskiej chaty. Z tego co kojarzę to ci młodzi mieli dobry kontakt, ona będzie się o niego martwić.
Sam wziął okład z czoła chorego i ponownie zamoczył go w zimnej wodzie.
„Nie wiesz co robić , więc rób co wiesz” - kolejna z nauk K'seliha która zawsze przynosiła korzyści, nawet minimalne. Póki co wiedział że gorączka wciąż trawi ciało młodego Sca'rah. Liczył, że większą ilość informacji uzyska od jego przyjaciółki.
Ma’selis skinęła głową w potwierdzającym geście i natychmiast opuściła Chatę Znachora. K’selih w tym czasie kręcił się w okolicy, szperając pomiędzy słoikami, butelkami, flakonami, kartkując gniewnie ciężką księgę oraz oglądając chorego. Wyraz jego pyska oraz nerwowe ruchy ogona świadczyły jednak o tym, że nie znajdował odpowiedzi, na których mu zależało. Ssihlik w oczekiwaniu na powrót kobiety zajął się pielęgnacją chłopaka. Delikatnie zmieniał mu okłady, mocząc opatrunek w zimnej wodzie i kładąc go na czole chorego. Po paru minutach Ma’selis wrócila, prowadząc za rękę dziewczynkę może rok młodszą od Fresstha. Ubrana była w skórzaną przepaskę biodrową oraz lnianą koszulę o krótkich rękawach. Na widok swojego przyjaciela, zaczęła płakać, tuląc się do dorosłej raszki.
- Hej... już, wszystko dobrze... – wysyczała Ma’selis, przytulając Maarę.
- M-my nie chcieliśmy! – jęknęło dziecko – My naprawdę nie chcieliśmy!
Stary K’selih kiwnął łbem w znaczący sposób w stronę Ssihlika. „Porozmawiaj z nią!” mówiło spojrzenie jego żółtych, gadzich oczu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ssihlik dał dziewczynie kilka chwil na oswojenie się z sytuacją pozwalając jej na kilka szlochów w objęciu Ma'selis. Sam okrążył stół na którym leżał chory starając się zasłonić swoją sporą sylwetką jego widok przed oczami przyjaciółki
- Spokojnie Maaro – odezwał się po chwili lekko przechylając swój pysk w jej stronę. Słowa wypowiadał spokojnie i powoli bez zbędnej gestykulacji. - Nikt tu nie będzie na ciebie krzyczał. Po prostu potrzebujemy twojej pomocy żeby szybciej pomóc twojemu koledze.
Rah zbliżył się do niej o dwa kroki, próbując trzymać na sobie wzrok Maary, cały czas zasłaniając sobą chorego. Będąc bliżej nachylił się i ponownie spokojnym tonem rzekł.
- Frresthowi nic nie będzie. - zapewnił zwyczajnie kłamiąc dziecku - Zajęliśmy się nim, ale musisz opowiedz mi co się stało.
Młoda raszka była źródłem odpowiedzi na wiele pytań które pojawiły się w ciągu ostatniej godziny. Ssihlik musiał je wyciągnąć.
[...]Test: Dyplomacja (k20)13 + 10 + 5 (nastawienie rozmówcy) = 28 / ST = 25
sukces
Ssihlik dyskretnie stanął po drugiej stronie stołu tak, by jego sylwetka zasłoniła dziecku przykry widok. Dziewczyna trzęsła się. Jej jaskrawo żółte, gadzie oczy, normalnie nie wyrażające absolutnie żadnych uczuć obecnie drżały ze strachu i niepokoju. Tuliła się do Ma’Selis z nieomal panicznym lękiem. Ssihlika nie dziwiło to. Wśród jego ludu każda samica była matką każdego dziecka. Wszystkie opiekowały się nimi w równym stopniu i były równie bliskie. Tu całe plemię było jedną wielką rodziną.
- Bawiliśmy się... bawiliśmy się w pobliżu Starego Drzewa tak jak zawsze – wyszeptała nareszcie.
Ssihlik znał to miejsce. Była to niewielka wysepka ukryta wśród moczar nie dalej niż godzinę, półtorej spokojnego marszu gdzieś na północny zachód od wioski. Rosła na niej ogromnych rozmiarów wierzba płacząca. Potężne drzewo, które nazywane było Starym albo Staruchą jeszcze za czasów gdy K’selih był żwawym młodzianem z niecierpliwością oczekującym swojego pierwszego Święta Ziemi.
- To było tydzień temu. Fressth szedł pierwszy, gdy z ziemi wyskoczyła Kula! Była tam zakopana, tuż przy korzeniach Staruchy.
Znowu, użyto słowa „kula” lecz w uszach Ssihlika nie brzmiało to jak zwykły rzeczownik, tylko jak nazwa własna.
- Mówiłam mu, by z nią nie rozmawiał. Mówiłam!
Dziewczynka znowu się rozpłakała, skrywając twarz w połach przepaski biodrowej Ma’selis.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Rah spokojnie wysłuchał słów dziecka aczkolwiek spokój był oczekiwaniem aż umysł Ssihlika będzie w stanie w jakiś sposób zinterpretować otrzymaną informację. Podziemna kula z którą można rozmawiać? Choć same bagna czy chociażby plemienne rytuały posiadały w sobie wiele tajemnic to jednak bohater nie spotkał się wcześniej z niczym co mogło by nakierować go na jakiś konkretny tor myślenia.
- Kula? - powtórzył tajemniczą nazwę na głos, jakby pytał samego siebie, choć wyraźnie zadał je każdemu z otaczającej go trójki. O ile K'selih czy Ma'selis raczej nie mieli dla niego odpowiedzi, to sądził że dostanie ich nieco od młodej Maary.
- O czym dokładnie mówisz? - zapytał, tym razem konkretnie dziewczynkę – Możesz opisać mi tą całą kulę?
Dziecięca fantazja? Czy może jakieś ślady magii przybyłej na tereny Gadzich Bagien?
Ani K'selih ani Ma'selis nie sprawiali wrażenia, jakby wiedzieli, o czym dokładnie mówiła dziewczynka. Zarówno stary rah jak i młoda adeptka wydawali się być równie zaskoczeni i zbici z tropu co bohater. Dłonie Ma’selis delikatnie gładziły kark dziecka w matczynym, opiekuńczym odruchu. Starała się tak nią kierować, by odwrócić jej uwagę od leżącego na stole przyjaciela.
- No... Kula! – Maara z typowo dziecięcą pewnością w głosie sprawiała wrażenie zdziwionej, że ktokolwiek może pytać o tak oczywiste rzeczy.
Uspokajała się. Mówiąc o czymś, na czym się znała wyraźnie dodawało jej pewności siebie i pozawalało budować dłuższe, bardziej składne zdania.
- Duża. Tak duża jak ja i Fressth razem wzięci. Wyglądała jakby była z wody, ale to nie była woda. Tak ładnie świeciła, tak od wewnątrz, jakby w środku paliło się wiele kolorowych ognisk...
W jej głosie zabrzmiały nuty prawdziwego rozmarzenia.
- Ja... ja się bardzo bałam. Kula jednak nas uspokajała. Mówiła... mówiła tak łagodnie, pokazywała ładne obrazki, ale ja i tak nie chciałam z nią rozmawiać. Mówiłam Fressthowi byśmy zostawili ją w spokoju! Ale on nie słuchał. Namawiał mnie potem, byśmy szli pod Staruchę, bawić się z Kulą, ale ja nie chciałam. Sam szedł.
Jej ramiona znowu zadrżały. Jak gdyby jej dziecięcy umysł dopiero teraz uzmysławiał sobie, że zrobił coś złego.
- Ja... ja przepraszam! Przepraszam, że nic nie powiedziałam! Pomóżcie mu! Nic mu nie będzie, prawda?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ssilhlik wysłuchał młodej raszki i przez moment pogrążył się w myślach.
Maara opowiadała o owej kuli tak swobodnie jakby nie była ona niczym niezwykłym. Dziecko opisywało owe zjawisko jakby było normalnym deszczem, albo poranną mgłą nad bagnami. Sama kula jednak wciąż pozostawała dla bohatera czymś obcym i zupełnie nieznanym. Szukanie odpowiedzi w oczach K'seliha czy Ma'selis nie miało sensu, gdyż pewnie każde z nich zareagowało by gdyby któreś z młodych wspomniało kiedyś o zabawie z magiczną kulą. Chociaż kto wie, może fakt iż dorośli często pobłażliwym okiem patrzą na wyobraźnię młodszych uśpiło ich czujność. Możliwe iż Fresth albo Maara wspominali już o jakiejś kuli acz dla dorosłych słuchaczy był to kolejny 'magiczny kamyk' znaleziony pod spróchniałym pniem, który według dzieci był łuską raha-giganta?
- Ktoś jeszcze chodził z wami do tej Kuli? - Przed wypowiedzeniem ostatniego słowa młodszy znachor spauzował jakby nie wiedział czy zaakcentować ów wyraz jak zwykły obiekt czy rzec o nim jak o nazwie własnej.
Słuchając sam siebie stwierdził że Kula dostała od niego już pewną osobowość.
- Chciałbym ją zobaczyć – rzekł spokojnie pochylając się bliżej Maary – może tak pomożemy Fressthowi?
Dziewczynka zaprzeczyła z całą mocą, z jaką tylko dziecko potrafiło zaakcentować swoje zdanie. Intensywnie pokręciła łbem w lewo i prawo, jakby chcąc dodać swojemu słowu jeszcze większej stanowczości i wyrazu.
- Kula... Kula nam zabroniła, a my posłuchaliśmy. – wychlipała po chwili – To miała być nasza tajemnica...
Na wiadomość, iż Ssihlik chce samemu zobaczyć tajemnicze zjawisko, wąskie, gadzie oczy dziewczynki rozszerzyły się z przestrachu. Wizja, by ktoś dorosły mógł złożyć Kuli wizytę wydawała się jej nieomal świętokradczą.
- Tam łatwo trafić – powiedziała – każdy wie, gdzie rośnie Starucha, prawda?
Dziecko zmieszało się. Spuściło wzrok ku drewnianej podłodze.
- Ja... nie wiem tylko, czy Kula się pokaże. Nie zawsze tak było. Trzeba trafić w czas. Czasami siedzieliśmy tam cały dzień i jej nie było...
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum