Dokładnie czternaście dni temu Farewell z duszą na ramieniu wbiegł w Mgłę otaczającą Krąg i wypowiedział inkantację hasła. Starożytna elfia magia zadziałała, bohater zdołał umknąć płomieniom, śmierci i zniszczeniu które ogarnęło święte miejsce. Zostawił za sobą zarówno mordercę z dwoma ostrzami w dłoniach jak i zastępy potężnych orków o czarnej skórze i jaśniejących czerwienią ślepiach. Niestety, wbrew oczekiwaniom Hierofanta, młody adept nie znalazł się w siedzibie druidzkiej rady. Farewell, choć zgodnie z ostatnimi słowami umierającego pół elfa skupiał się jak mógł na dotarciu do Wysokiego Kręgu, nie został tam przeniesiony. Najwyraźniej nawet moc która powołała do istnienia Mgłę miała swoje ograniczenia. Srebrny elf nie mógł dzięki niej przenieść się do miejsca którego nie znał ani w którym nigdy nie był. Niemniej jednak jakiś skutek osiągnął. Po wyjściu z Mgły bowiem odnalazł się w totalnie nieznanej mu części Lasów.
Dobrych kilka dni zajęło mu odnalezienie szlaku.
Dobrych kilka kolejnych zajęło mu spokojne przespanie choć jednej nocy, bez budzenia się z nerwów po kilka razy oraz uświadomienie sobie własnej bezsilności. Farewell nie znał lokacji Wysokiego Kręgu ani nie znał nikogo, kto byłby w stanie go tam pokierować. Nie mógł również zwrócić się o pomoc do władz, w oczach których siłą rzeczy musiałby się widzieć co najmniej współodpowiedzialnym, nawet nieświadomie, za zagładę Kręgu.
Mniej więcej wtedy właśnie, przed tygodniem, bohater otrzymał list, który zmusił go do zmiany wszystkich posiadanych planów i nadał cel jego bezwładnej wędrówce.
Synku!
Mam nadzieję, że list ten zastanie cię w dobrym zdrowiu. Od pięciu długich lat nie dawałeś znaku życia. Wracaj do domu najszybciej jak tylko będziesz w stanie. Zbyt dużo czasu poświęciłeś już na ściganie swoich marzeń. Jesteś tu potrzebny. Wydarzyło się u nas wiele w ciągu ostatnich dni, nie chcę o tym pisać na materiale tak delikatnym i niegodnym zaufania jak papier. Najlepiej będzie, gdy wyjaśnię Ci wszystko osobiście.
Zawsze Cię Kochająca
Mama
Od chwili w której list trafił do jego rąk za pośrednictwem magicznego posłańca, Farewell niemal bez przerwy kierował swoje kroki na zachód. Jego rodzinny dom znajdował się właśnie tam, blisko krańców granic elfiego królestwa. Dzień drogi na południe od stolicy Lasów, Lar’dudanwall. Jego rodzina, choć szlachecka, nie posiadała rozległego majątku ani ziem. Bohater wiedział, że czasy w których nazwisko Eärfalas znaczyło coś wśród jego pobratymców minęły bezpowrotnie, zaś ród, ongi możny i silny, obecnie był jedynie cieniem samego siebie sprzed lat. Cały majątek od czasu w którym odszedł ojciec ograniczał się do ukrytej wysoko wśród koron drzew pięknej, acz odrobinę zaniedbanej już zębem czasu rezydencji. Nie było w nim wiele służby, za wyjątkiem tej niezbędnej do utrzymania domostwa w stanie umożliwiającym jego użytkowanie. Gdyby nie ciężka, uczciwa praca matki, prawdopodobnie nawet i ten ostatni bastion Eärfalasów popadłby w ruinę. Faktycznie, bohatera nie było tam już od dawna. Jeżeli zaś matka zdecydowała się na wysłanie Chowańca w nieznane celem odnalezienia syna, sytuacja w domu musiała znacząco się pogorszyć. Ponieważ zaś bohater nie miał żadnego pojęcia co zrobić ze Zwojem który wciąż trzymał przy sobie, ani do kogo zwrócić się o pomoc, taki cel wędrówki wydał mu się równie odpowiedni co każdy inny.
Poranek był pogodny i słoneczny, choć, jak to zwykle w tej części Sorii bywa, siarczyście mroźny. Słońce znajdowało się jeszcze nisko na niebie, nie wyglądając jeszcze zza wierzchołków drzew. Farewell był już jednak po śniadaniu oraz na nogach, w drodze, od dobrej godziny. Bohaterowi spieszyło się. Wiedział, że od rodzinnego domu dzieliło go nie dłużej niż dwie, trzy godziny marszu. Tereny tutaj, pomimo upływu lat, nie zmieniły się znacząco od tego, w jaki sposób je zapamiętał. Wojna nie sięgnęła tak daleko w głąb elfich krain, nie odciskając się na nich swoim morderczym piętnem. Farewell znał tutaj każde drzewo i każde rozgałęzienie szlaku. Nareszcie, po latach, był u siebie. Nawet w takich okolicznościach jednak cień nie opuszczał serca bohatera. Treść listu nie dawała mu spokoju i napawała niepokojem co do tego, co zastanie u końca drogi.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Dwa tygodnie pełne strachu, niepewności i samotności. Nie wiedział, co może stać się jutro. Nie wiedział nawet, co mogłoby się wydarzyć za chwilę. Każda konfrontacja z jakimkolwiek elfem była potencjalną szansą na wydanie go władzom, w której oczach był wygodnym kozłem ofiarnym, kimś, dzięki komu można było zatuszować sprawę, zrzucając całą winę zagłady Kręgu na jednego, jedynego elfa. Jedna śmierć "w imię prawa" zakończyłaby wyrywanie sobie włosów z głowy przez "wyższych" tego świata, władających Księżycowymi Lasami.
Farewell bał się. Bał się jak nigdy dotąd. Gdy ze strachem w oczach uciekał przed śmiercią we Mgłę, myślał, że nigdy już nie poczuje się gorzej, bezsilniej. Mylił się. Następne dni były dlań istną katorgą. Kiedy ciało uspokoiło się, umysł zaczął pracować. Adept zrobił najgorszą rzecz, jaką tylko mógł: zaczął myśleć. Myśleć o tragedii w Kręgu, o setkach martwych elfów, wyżynanych bez skrupułów, o niemal własnoręcznym zamordowaniu hierofanta. Rozmyślał o Lar'raelu, najbliższym przyjacielu przez te wszystkie lata. Był on jego jedyną podporą, osobą, dzięki której jeszcze nie zwariował podczas swych długich, bezsensownych peregrynacji po Srebrnych Lasach. Jego też stracił, bezpowrotnie. Został sam.
Później przyszła pora na Elseminona. Wojownik, któremu Farewell zaufał, niemal bezgranicznie. Nie znał jego motywów. Nie chciał znać. To, co widział, wystarczyło mu zupełnie. Dwa zakrwawione ostrza, bezwzględnie tnące pobratymców.
Nadal potrzebował czasu, by wykaraskać się z tego mentalnego dołka. By zacząć postrzegać wszystko normalnie, nie przez pryzmat niedawnych wydarzeń i wszędobylskiej aury strachu, nieprzerwanie otaczającej Farewella. Przez ten czas bardziej przypominał jednego z zombich, ożywionych przez orkowego szamana, niźli elfa, którym był dotychczas. Mało jadł, spał jeszcze mniej. Czuł się paskudnie.
Dopiero gdy otrzymał niespodziewany list, jego życie nabrało delikatnych, stymulujących do działania barw. Krótka, zwięzła informacja nadesłana przez jego własną matkę, po pięciu latach rozłąki.
Tak.
Musiał wrócić do domu. Tam było jego miejsce. Już zbyt długo krzątał się bez celu. Oczekują go. Być może nawet i potrzebują. Nagle gdzieś wewnątrz, pod sercem odezwało się miłe, delikatne ciepło, powoli rozchodzące się po całym ciele. Rodzina. Tak bardzo mu jej brakowało. Gdy wszystko inne upadnie, na nią zawsze można liczyć, bez względu na okoliczności. Chciał jak najszybciej zobaczyć matkę. Uściskać ją, przeprowadzić długą rozmowę w domowym zaciszu, przy ogniu bijącym z kominka. Pragnął ujrzeć brata, Telarila. Złapać się w bratni uścisk, popytać o postępy w nauce, powspominać minione lata.
Chciał wrócić do tego, co było kiedyś. Po prostu. Jeszcze tylko kilka godzin marszu, dodawał sobie z otuchą. Wiedział dokładnie, gdzie jest. Znał te tereny od poszewki. Nogi same przyspieszyły chodu. Głowa sama podniosła się raźno do góry.
Pierwszy raz od wielu dni Farewell uśmiechnął się.
Dzień zapowiadał się na dość pogodny. Szare chmury sunęły po niebie dość nisko, ale nie zanosiło się na żadne dodatkowe opady śniegu. Błękitne niebo wyglądało zza ich zasłony na tyle często, że niemal pewnym zdawało się, że do południa po szarości nie będzie już na nim ani śladu. Marsz dodawał werwy. Mroźne powietrze wgryzało się przyjemnie w płuca, szeregiem malutkich igiełek pobudzając cały organizm do wzmożonego wysiłku. Myśl, że nie więcej jak dwie godziny dzielą go od dobrze znajomych mu murów rodzinnego domu sprawiała, że nawet ciążący mu ostatnio silnie na ramionach plecak przestał być już postrzegany jako niepotrzebny bagaż. A trzeba przyznać, że pomimo okropieństw ostatnich przygód, bohater nosił w nim wcale niemały majątek.
Godziny mijały. Jego podróż miała się nareszcie ku końcowi.
Przed laty Eärfalasowie władali niemałymi włościami na podgrodziu Lar’dudanwall. Obecnie, spłacając ogromne długi, powstałe głównie utraty większości źródeł dotychczasowych dochodów zmuszeni zostali do pozbycia się lwiej części swoich ziem. Pozostało po nich jedynie wspomnienie, w postaci Eärfalassaru – rezydencji rodzinnej. Jest to szlachecki dworek ukryty na platformie wysoko w koronach drzew. Wejście do niego stanowiły spiralne schody, wijące się niczym dziki bluszcz wokół wielkiego pnia drzewa, jednego z trzech wokół których wzniesiono cały dworek. Rozłożyste konary stanowiły idealną, stabilną platformę, potrafiącą udźwignąć na sobie nawet kilka podobnych konstrukcji. Ongi, przed laty, wejścia schodów strzegł zawsze uzbrojony odźwierny, a nawet podstawowa magia iluzji. Dziś jednak nikomu już nie opłacało się ani zatrudnianie dodatkowej ochrony ani korzystanie z magii by kryć się przed oczyma niepożądanych gości. Było ich zwyczajnie tutaj już zbyt niewielu, by komukolwiek się to opłacało. Od czasów odejścia ojca jedynie ciężka praca i oddanie matki potrafiły utrzymać całość w jednym miejscu i pilnować przed rozleceniem na części.
Farewell zszedł z głównego traktu, kierując się wąską i obecnie wyraźnie zarośniętą ścieżką w stronę domu. Po może dziesięciu minutach był już na miejscu. Szerokie pnie Drzew stały dokładnie tam, gdzie je zostawił. Metalowa, okuta furta blokująca wejście na schody była półotwarta i przykryta delikatną warstwą śniegu – śladem świadczącym o tym, że od dobrego dnia nikt tędy nie przechodził. Konary drzew pięły się wysoko w górę. Spokojnie można było już jednak z poziomu ziemi zobaczyć potężną, masywną konstrukcję platformy.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wieki temu ród Eärfalasów był czymś więcej, niż tylko tematem do kpin i szyderstw. Niegdyś posiadał on ogromne połacie ziemskie, setki "mieszkających-obok" w służbie, ogromne majątki, piwnice wypełnione szlachetnymi trunkami, ciągłe zaproszenia na uroczyste bankiety, obracanie się w najlepszym towarzystwie...
Niestety, obecny stan nie jest nawet marnym cieniem tego, co było kiedyś. Tose'ne vratii, jak mawiają elfy. Jedyne, co pozostało, to rezydencja rodzinna. Cała reszta musiała zostać sprzedana, oddana, by spłacić narastające długi. Gdyby nie matka, to prawdopodobnie i sam Eärfalassar poszedłby pod młotek, a rodzina, licząca obecnie trzy osoby, wylądowałaby na bruku. Tylko dzięki jej ciężkiej pracy udało się zachować ten ostatni bastion honoru rodu.
Zarośnięta i niepielęgnowana ścieżka w niczym nie przypominała pyszną, wykładaną kamieniem brukowym drogę, po której kiedyś szli jedni z najzamożniejszych elfów w okolicy. Metalowa furtka nie chełpiła się już bogato zdobionym napisem "Eärfalasowie", a jedynie drobną warstewką śniegu, który osadził się na nieużywanej bramie. Spojrzał w górę. W przeciągu tych pięciu lat czas stanął tutaj w miejscu. Nic nie zmieniło się ani o krztynę. Tak, jakby Farewell opuścił to miejsce raptem wczoraj. Uśmiechnął się.
Furtka skrzypnęła głośno, odrobinę złowieszczo wręcz, gdy tylko przesunęła ją ręka srebrnego elfa. Płaty śniegu na niej zgromadzone opadły na ziemię. Nikt od dawna już nie zajmował się tu takimi szczegółami, jak doprawienie metalowych zawiasów odrobiną tłuszczu i sadzy. Nikt od dawna nie dbał o dobre imię i tradycję rodu. Była to smutna refleksja, ale Farewell nie umiał pozbyć się paskudnego wrażenia, że wszystko na dobre sprowadziło się na skraj podobnej ruiny po tym, jak opuścił ich ojciec. Choć wspomnienia młodego elfa na ten temat były bardziej niż mgliste, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że kiedyś sytuacja w rodzinnym domu wyglądała całkowicie inaczej. Bohater ruszył spokojnym krokiem w górę schodów. Poszczególne stopnie skrzypiały, uginając się pod jego ciężarem, lecz cała konstrukcja wciąż sprawiała wrażenie solidnej, która nie zapadnie się po wpływem wagi jednej osoby. Po krótkiej wspinacze adept znalazł się na wysokości blisko czterdziestu metrów nad ziemią, gdy wreszcie ujrzał cel swojej podróży, wychodząc spomiędzy gęstwiny gałęzi i igliwia.
Dworek składał się z potężnej, masywnej części głównej oraz dwóch skrzydeł, wschodniego i zachodniego łącznie tworzących kształt zbliżony do litery U. Rezydencja była dwukondygnacyjna, składając się z parteru oraz piętra. Siłą rzeczy, przez swoje położenie, nie posiadała poziomu piwnic. Dach Eärfalassaru pokrywała gęsta łuska drewnianych dachówek, obecnie miejscami odpadających od poszycia lub porośniętych mchem. Wejście do rezydencji stanowiły szerokie, zdobione drzwi dwuskrzydłowe z ciężką, metalową kołatką w kształcie delikatnie rytej głowy szarego wilka. Prowadziła do nich wykładana kamieniami ścieżka, poprowadzona szpalerem małych, ozdobnych roślin na której z powodzeniem mogłyby mijać się konne zaprzęgi, gdyby tylko ktokolwiek nabrał fantazji wprowadzania ich tak wysoko ponad ziemię. Uwadze bohatera nie uszło, iż okna na piętrze w większości były pozamykane i zasłonięte grubymi kurtynami materiału – widocznym symbolem, iż od lat nikt nie korzystał ze wszystkich pomieszczeń, którymi Eärfalassar dysponuje.
Wokoło panowała cisza. Zimny wiatr hulający na tej wysokości ponad ziemią rychło i bezlitośnie przeszył wszystkie warstwy materiału którymi otulony był Farewell sprawiając, iż nawet jego przyzwyczajone do niskich temperatur ciało pokryło się gęsią skórką.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Im był bliżej domu, tym większy widział ogrom zaniedbań. A nawet nie zaniedbań, tylko zniszczeń, totalnych ruin. Furtka skrzypnęła, zrzucając śnieg na ziemię. Od wielu lat nic się tu nie zmieniło. Tylko spadający śnieg przypomina adeptowi, że mimo wszystko czas się nie zatrzymał. Niestety. Ród Farewella nie znaczył obecnie nic, a publiczne przyznawanie się do niego uzyskałoby zupełnie odwrotny efekt od tego zamierzanego. Marzenia o bogactwie i sławie pozostawały tylko marzeniami. Szedł tak po schodach, zamyślony. Dlaczego w ogóle stąd odszedł? Dlaczego był tak głupi? Zamiast szukać ojca, powinien sam zacząć normalnie pracować, przykładać się do odbudowy Eärfalassaru. Nie liczyć na pomoc innych, a samemu coś w tej kwestii poczynić. Cóż, dobrze, że elfy są długowieczne. Być może starczy mu czasu na naprawienie szkody, jaką wyrządził swojej rodzinie. Nawet, jeśli ta rodzina składała się z trzech osób.
Dotknął metalową kołatkę. Przejechał delikatnie palcami po głowie wilka. Przez ten czas zapomniał nawet, jak w ogóle wyglądał ich herb szlachecki. Był on tak rzadko używany, tak niepopularny, nieznaczący, że po prostu jego wygląd wypadł mu z pamięci. A to rzadko się zdarza.
Zastukał kołatką trzy razy. Powoli, rytmicznie. Zimny, nieprzyjemny wiatr przeszywał go na wskroś, brzuch od paru dni domagał się porządnego posiłku, a ciało pragnęło zaznać odpoczynku w cieple domowego ogniska.
Zimno metalu parzyło palce. Farewell uważnie obserwując otoczenie rodzinnego domu podszedł do drzwi, zaciskając rękę na wilczej kołatce. Znajomy widok budził w nim tyleż wspomnień co i uczucia smutku. Przez ostatnich pięć lat srebrny elf miał okazję ujrzeć niejedno. Z pewnością podchodził do drzwi rezydencji inną osobą, niż ostatnim razem, gdy zamykał je za sobą.
Stuk. Stuk. Stuk.
W ciszy przerywanej jedynie zawodzeniem wiatru gwiżdżącego wśród luźno wiszących dachówek uderzenia kołatki brzmiały niemal nieprzyzwoicie głośno. Potrzeba było dobrych dwóch minut zanim jego czuły, elfi słuch wyłapał odgłosy kroków dochodzących go z wnętrz budynku. Mechanizm zamka w drzwiach szczęknął głośno.
- Nie wiem czemu przychodzi pan do mnie ponownie, panie oficerze, przecież powiedziałam panu już wszystk-...
Ten głos rozpoznałby nawet na końcu świata. Nawet po trzydziestu latach, nie po pięciu.
- Farewell!
Ręce kobiety, która uchyliła drzwi natychmiast otoczyły jego szyję. Ciężar jej ciała zawisł mu na ramionach. Farewell poczuł, jak kobieta drży, zaś jego policzki, czoło i nos zostały obsypane gradem pocałunków. W oczach matki perliły się diamenty. W oczywisty sposób tęskniła za nim w sposób trudny do uzmysłowienia. Wreszcie, po pięciu latach jej syn stał przed nią, cały i zdrowy. Mogła sobie pozwolić na zachowanie absolutnie nie przystające do poważnej przedstawicielki Srebrnego Ludu.
- Farewell, przybyłeś!
Uśmiechnęła się pięknie. Zmieniła się przez te lata. Gdyby nie to, iż była elfką, adept mógłby przysiąc, iż się postarzała. Fizycznie było to niemożliwe. Wszelako psychicznie elfy starzeją się jak przedstawiciele każdej innej rasy. Nawet bardziej. Żyjąc tak długo na przestrzeni wieków zbierali w sobie bagaż doświadczeń znacznie cięższy niż, na przykład, ludzie. W tym wypadku dało się zauważyć, iż nie pozostał on bez śladu wobec Lyrii Eärfalas. Schudła i to w stopniu znaczącym. Jej skóra osłabła, zrobiła się cieńsza, niemal przezroczysta, ukazująca siną siateczkę kryjących się pod nią żyłek, jak gdyby w skutek przebytej choroby, co znów było fizycznie niemożliwym. Jej oczy były podkrążone, lekko zapuchnięte. Teraz płakała ze szczęścia, ale nie dało się ukryć, iż nie były to jedyne łzy które roniła tego dnia. Ubrana w zgrzebną, długą szatę z jedwabiu leśnych pająków wyglądała jednak nadal pięknie i dumnie, jak na damę przystało.
- Tak bardzo się cieszę! Wchodź, wchodź, natychmiast zrobię ci coś ciepłego do jedzenia!
Uwadze bohatera nie uszło, że użyła sformułowania „zrobię”, zamiast „każę zrobić”.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Kiedy ostatnim razem dotykał smukłych drzwi do posiadłości swego rodu, był zupełnie innym elfem, niźli obecnie. Nadal był młodym podrostkiem, ślepo idącym za wystawionymi przed siebie, nieosiągalnymi celami, gotowy odejść od rodziny w celu zaspokojenia własnych, idiotycznych uciech wiecznie spragnionego podróżnika. Szukał ojca, lecz naprawdę chciał po prostu poczuć smak wolności, niezależności, braku matczynej dłoni na jego barku przy każdej, najbardziej trywialnej czynności. Chciał być przez moment sam, bez kontroli. Pragnął poznać nowe osobistości, zaznajomić się z paroma elfami, nauczyć się czegoś, czego w mieście nigdy by nie dał rady. No i oczywiście zależało mu też po prostu na poczuciu tego "wiatru we włosach", idąc radośnie przed siebie, zwiedzając kolejne lokacje, miasteczka, pozostałości po miasteczkach, druidyczne Kręgi czy zwykłe, przydrożne karczmy o chwytnych nazwach i parszywej strawie.
A teraz po prostu wydoroślał. Jednak, o ironio, na pewno za kolejne parę lat ponownie sobie powie, jakim to on obecnie był idiotą. Teraz natomiast myślał tylko o jednym:
- Matko...
Tak jak zamierzał od wieków, z całej swej siły uścisnął ją, z ogromnym trudem powstrzymując się przed natłokiem łez wpływających mu na oczy. Płakał i ze szczęścia, i z żałości. Że zostawił tak rodzinę, zmuszając swoją matkę do ciężkiej pracy, której jej młodszy syn nie mógł jeszcze podjąć ze względu na długie lata nauki.
- Przepraszam.
Nie był w stanie powiedzieć niczego więcej. Był pewny, że nie musiał. Że Lyria nadal potrafiła go zrozumieć, zresztą jak zawsze, gdy rozmawiali. Nawet mówienie półsłówkami potrafiła perfekcyjnie zinterpretować, dokładnie tak, jak chciał sam Farewell. Na ostatnie zdanie nie był w stanie nijak zareagować. Dużo czasu minęło, naprawdę dużo rzeczy się pozmieniało. Ucałował czule matkę, wszedł do środka. Z niektórymi pytaniami warto po prostu poczekać.
Wnętrze domu nie zmieniło się wiele. Było tu może odrobinę ciemniej. Nieco bardziej ponuro. Nadal było tu czysto i dało się odczuć panującą nad domostwem kobiecą rękę, wszelako, dało się również odczuć ewidentny brak służby. Długie firany w wysokich okiennicach nie były prane już od dawna, a gdzieniegdzie należało je już pocerować. Stojące na kredensach srebra nie widziały porządnego czyszczenia pewnie już od lat. Drewno podłóg wyrobiło się z biegiem czasu i skrzypiało niemiłosiernie pod ciężarem nawet tej dwójki elfów. Mimo to wciąż był to jego dom. Miejsce, które zapamiętał jako dziecko. Miejsce, z którym wiązało się tyle wspomnień. Może to nie dom się zmienił? Może to on zaczął wreszcie dostrzegać pewne rzeczy innym, bardziej dorosłym spojrzeniem?
- Wchodź, wchodź, w środku jest cieplej – matka nareszcie, po bardzo długiej chwili wypuściła go z objęć.
Minęli główny hol wejściowy. Tam też Farewell pozostawił większość swojego dobytku oraz mokre od śniegu wierzchnie ubranie. Matka, biorąc go pod rękę, zaprowadziła go ku kuchni. Długie pomieszczenie, w którym ongi pracowała służba gotując dla licznych mieszkańców i gości Eärfalassaru obecnie świeciła pustkami. Z trzech wybudowanych tu palenisk napalono tylko w jednym. Lyria postawiła na nim metalowy gar z bulionem. Szczęknęły sztućce i talerze. W ruch poszło wydostane z jednej z szaf pieczywo. Widać było, iż kobieta bardzo się stara, by ze skromnych środków uczynić synowi powitalny posiłek. Może gdyby miał możliwość zawiadomienia jej choć dzień wcześniej, wszystko wyglądałoby inaczej. Lyria jednak nie wyglądała na smutną. Wręcz odwrotnie, biła od niej radość, jaką jej ciało nie czuło pewnie od lat.
- Tak się martwiłam! – mówiła – Docierało do nas tak wiele wieści. Tak wiele słyszało się o zniszczeniach. Wszyscy młodzi chłopcy z okolicy, wszystkich powołano. Kolumny wojsk ciągnęły się traktem milami. A potem, potem mówiono o Seilarze, o upadku Anderdull, o obronie Lanelle... a ja... ja nie wiedziałam o tobie nic! Nic! Mogłeś być wszędzie, mogłeś polec gdziekolwiek, mogłam nigdy nie poznać twoich losów.
Farewell siłą rzeczy poczuł nagłe zakłopotanie. Wyruszając w swoją podróż pięć lat temu nie sądził, że może ona zaowocować podobnymi konsekwencjami.
- W ciągu ostatnich lat pisałam do ciebie tak często jak tylko mogłam. Za każdym razem jednak chowańce nie były w stanie cię znaleźć. To prosta magia, wiesz dobrze, że nigdy nie osiągnęłam w arkanach Sztuki takiego poziomu jak prawdziwi magowie Wieży. Nie umiałam skontaktować się z tobą inaczej. A gdy dwa tygodnie temu posłaniec wrócił oznajmiając, że dostałeś mój list, pomyślałam... po raz pierwszy pomyślałam, że bogowie o mnie nie zapomnieli.
Przed Farewellem na stole pojawił się głęboki talerz pełen po brzegi tłustego bulionu z drobiu oraz grubo krojone pajdy chleba.
Domowy obiad.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Dom zmienił się. Brakowało przede wszystkim widoku wszędzie krzątającej się służby, wykonująca każdą zachciankę, na którą tylko naszło adepta. Służby, robiącej wszystko, przez cały dzień i cały wieczór, bez znudzenia, bez zmęczenia, bez słowa sprzeciwu. Jak te ciche, szare myszy, jak szarzy obywatele w skali kraju: wszędzie byli, jednak nie było ich widać. Podtrzymywali kraj, rządzony przez całą resztę. Teraz ten kraj walił się w posadach, ogarnięty pożerającym deficytem, bezrobociem, biedą. Poza samymi duszami, które wypełniały Eärfalassar, ożywiając go, Farewellowi zdecydowanie brakowało efektu pracy tej służby. Prace wykonywane przez matkę ograniczały się do wystarczającego minimum, czego sam elf nie miał za złe. Ogarnięcie wszystkich elementów domu, nawet w większości nieużywanego, stanowiło i tak niemały wysiłek dla zajętej własną pracą kobiety.
- Wiem, byłem głupcem, matko. Przepraszam cię jeszcze raz za te pięć lat, które musiałaś wycierpieć, nie otrzymując ani jednej wiadomości ode mnie. Jest mi tak źle, że nie wiem nawet, co powiedzieć...
Urwał, widząc przed sobą talerz pysznej, domowej potrawy. I nie obchodziło go, że jego własna matka mu go przyrządziła. Jeszcze nie.
- Bogowie troszczą się o nas. Zbyt wiele razy przekonałem się o ich opatrzności, kiedy znajdowałem się w niegodnej pozazdroszczenia sytuacji. Nie martw się, teraz jesteśmy już razem, nic nam się nie stanie.
Ugryzł spory kawał chleba, delektując się ciepłym, oczekiwanym od wieków posiłkiem.
Bulion był gęsty, soczysty i ciepły. Był to pierwszy porządny posiłek jaki srebrny elf miał w ustach od czasu ucieczki z ogarniętego płomieniami Kręgu. Może nawet dawniej. Tym bardziej bohater nie mógł się nadziwić, jakie bogactwo smaku może zaoferować mu najprostsza w świecie potrawa.
Twarz matki przeszył grymas nieomal fizycznego bólu na wzmiankę o bracie Farewella.
- Telaril... on... – wydusiła z siebie – oh, synu, on jest powodem dla którego tak bardzo cię tutaj potrzebowałam!
Adept zamarł. Wszystkie mięśnie jego ciała napięły się, jakby w oczekiwaniu słów, które będą dlań uderzeniem. W oczekiwaniu najgorszego.
- Telarila nie ma w domu. Jest w Lar’dudanwall, w miejskim więzieniu.
Farewell nie wiedział co o tym myśleć. Znał swojego brata i nie sądził, by ten w ciągu pięciu lat z wzorowego elfa stał się zatwardziałym recydywistą. Telaril którego bohater znał nigdy w życiu nie uczynił nic, co nawet ślepy, głuchy i przygłupi, nadgorliwy strażnik mógłby uznać za złamanie prawa. Matka widząc minę syna dodała pospiesznie, nieomal przepraszająco.
- Chodzi o twojego ojca, Farewell.
- On wrócił.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Obiad sporządzony nawet i z prostych, niegodnych szlachcicowi ingredientów, smakował iście królewsko, gdy do całej strawy dodało się szczyptę miłości. Jak banalnie by to nie zabrzmiało, była to jednak prawda. Matka Farewella na chwilę obecną sypała całymi wiadrami miłości, toteż posiłek spałaszowany został przez adepta niezwykle szybko. Niemal zapomniał o tym, o co przed chwilą zapytał, kiedy oblizywał usta po ostatniej łyżce bulionu. Zauważył grymas na jej twarzy. Grymas, który widział już niejednokrotnie, gdy miał dowiedzieć się czegoś strasznego.
- Jak to... w więzieniu?
Oczy elfa rozszerzyły się, a usta same otwarły. Nie wiedział, co o tym myśleć. Jego własny, rodzony brat, cnota nad cnotami, wzór do naśladowań wtrącony do brudnego lochu? To nie mogła być prawda. Pragnął, by matka zaśmiała się i dodała, że tylko żartowała, że Telaril jest w więzieniu w odwiedzinach, czy cokolwiek, co mogłoby uśmierzyć nagły ból pod mostkiem, który rozpalił się piekącym, nieprzyjemnym ogniem. A potem usłyszał o ojcu.
- Wrócił? Po tylu latach?
Farewellowi było głupio. Głupio, że kiedy przez bite pięć lat, stracone pięć lat, kiedy to szukał ojca, ten odnalazł ich sam. I fakt ten może nawet ucieszyłby elfa, gdyby nie to, że zmarnował taki kawał czasu na idiotycznych poszukiwaniach, które skończyły się pomyślnie, jednak zupełnie inaczej, niźli adept zamierzał.
- Opowiedz wszystko po kolei, matko. Powoli, ze szczegółami. Mamy czas.
Wstał od stołu, odkładając na kuchenny blat brudne naczynia.
- Ale z tym chodźmy do salonu. Kuchnia to nie miejsce na tak ciężkie rozmowy.
Matka kiwnęła głową, zgadzając się na propozycję zmiany miejsca rozmowy. Wstała, prowadząc syna przez pomieszczenia Eärfalassaru. Nie było, rzecz jasna, ku temu żadnej potrzeby – bohater znał rezydencję jak własną kieszeń. Niemniej jednak szacunek do matki nakazywał, by to ona szła pierwsza, wskazując drogę. Dwójka elfów wyszła z kuchni by, długim korytarzem, dojść do szerokiego salonu dziennego. Było to główne pomieszczenie dworku. Tutaj za czasów jego świetności podejmowano gości, jadano lekkie posiłki, pito wino, dyskutowano o polityce i przyszłości elfiej nacji. Podziwiano przez wysokie, pokryte szkłem okna przepiękny widok roztaczający się nie tylko na korony pobliskich drzew ale i na sztuczny, śliczny ogród, umieszczony wysoko nad ziemią. Na ścianach wisiały arrasy przedstawiające motywy z polowań na leśną zwierzynę. Obecnie pokrywał je głównie kurz.
Usiedli przy stole na miękkiej kanapie. Zapach skóry nawet pomimo upływu lat zachował się dokładnie taki sam, jakim go Farewell zdołał zapamiętać z czasów swojego ostatniego pobytu w domu.
- To nie był ojciec, jakim go pamiętałam, Farewellu – powiedziała matka.
- Wrócił... wrócił może miesiąc temu? Trzy tygodnie? Nie wiem, nie pamiętam sama dokładnie. Wszedł do domu jak gdyby nigdy nic, jakby nigdy zeń nie wychodził. Przywitał się, spytał, czy sprzątałam w jego gabinecie, po czym udał się na piętro tak, jak zawsze miał w zwyczaju.
Po policzku matki przebiegła jedna, wąska stróżka srebra. Jej ramiona zatrzęsły się na jedną chwilę, by jednak uspokoić się szybko. Była elfką. Dumną córką swojej nacji. Nie wypadało jej płakać.
- On... on zmienił się, Farewell. Unikał rozmowy ze mną. Unikał jak ognia podania choćby cienia powodów swojego zniknięcia. Jedyne rozsądne słowa jakie potrafił do mnie skierować to były porady... nie, nie porady, *rozkazy* bym możliwie najszybciej wynajęła specjalistę do wyceny Eärfalassaru. Chciał, bym sprzedała dwór a za uzyskane pieniądze wzięła ciebie i Telarila jak najdalej z Lasów.
- Nic... nic z tego nie rozumiałam. Ani słowa, które do mnie mówił. W jego oczach nie było nic, rozumiesz? Nic z dawnej miłości, z dawnego uczucia. Zupełnie, jakby istniał dla niego tylko ten przeklęty gabinet i lęk, chęć ucieczki z Lasów. Po co mielibyśmy uciekać? Po co sprzedawać Eärfalassar?
Policzki matki były zaczerwienione z emocji i gniewu przeplatanego smutkiem.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Adept prowadzony przez matkę czuł się nieco dziwnie, ale jednak... dobrze. Brakowało mu tej matczynej czułości, gdy błądził przez śniegi Księżycowych Lasów, i widać też było, że tak samo czuła się Lyria. Tęskniła za nim okropnie. Nie miał jej toteż za złe, że była na chwilę obecną nazbyt wręcz opiekuńcza. Cieszył się, że w ogóle jest.
Weszli do salonu. Podniszczonego, nadgryzionego przez ząb czasu. Kurz, który osiadł na meblach boleśnie dawał o sobie znać. Faktycznie, ród nie był w najlepszej pozycji. Ba, był w opłakanej.
Farewell wysłuchał w ciszy matkę, samemu nie dochodząc do głosu. Czekał, aż ona sama skończy, nie chciał się wtrącać w jej monolog. Dawno nie słyszał jej głosu.
- Co mogło mu się stać? - na to pytanie, puszczone w eter, nikt nie mógł znać odpowiedzi.
Gdy srebrząca się łza zawitała na policzku jego matki, złapał ją za dłoń, próbując uspokoić.
- Kiedyś kochał naszą rodzinę, i myślę, że nadal tak jest. Jeśli popadł w jakieś długi, narobił sobie wrogów, to zasugerowanie sprzedania naszej posiadłości i ucieczka z tego miasta musiałby oznaczać, że ojciec zrobił coś na olbrzymią skalę, co odbije się i na nas... jeśli już się to nie stało.
Pokiwał z pogardą głową, wpatrzony w podłogę.
- Co z Telarilem? Dlaczego został wtrącony do więzienia? I czy to ma jakiś związek z tym "oficerem", którego oczekiwałaś w drzwiach?
Matka z widoczną ulgą powitała próby pocieszania jej. Widać było, jak bardzo ich potrzebowała, choć nie wypadało jej tego okazać wprost. Mimo to jej dłoń mocno zacisnęła się na dłoni syna w tej samej sekundzie, w której Farewell postanowił ją wyciągnąć.
- Oh, Telaril...! – westchnęła, jak gdyby dalsza część historii do której zmierzała była dla niej tą najbardziej bolesną.
- On... on tak bardzo przeżył twoje odejście, Farewell – powiedziała po chwili milczenia, zbierania myśli – myślę, że głębi duszy miał z jednej strony ci to za złe, zaś z drugiej bardzo chciał ci dorównać. Rozumiesz? Jednocześnie obwiniał cię, że go zostawiłeś tak samo jak ojciec, podczas gdy z drugiej niezwykle żałował że nie był w stanie wyruszyć na jego poszukiwania wraz z tobą.
Lyria parsknęła, a Farewell nie był pewien, czy było to parsknięcie śmiechu czy zwyczajnej rezygnacji.
- Zagłębił się w magię ognia, tak samo jak ty za młodu. Robił postępy, szło mu dobrze, ale często zdarzały mu się pomyłki. Próbował swoich sił z zaklęciami znacznie silniejszymi niż powinien. Ostatecznie... ostatecznie, dokładnie tydzień temu do drzwi Eärfalassaru zapukali strażnicy. Przyszli po waszego ojca. Och, gdy w drzwiach mówiłam o oficerze, myślałam, że to znowu oni. Ostatnio przychodzą codziennie, zadając pytania.
Lyria westchnęła, kręcąc głową.
- To byłą straż miejska Lar’dudanwal. Oni... oni oskarżyli waszego ojca o... o straszne rzeczy. Telaril nie mógł w to uwierzyć. Nie był w stanie im... im pozwolić, na zabranie ledwo co odzyskanego taty. Stanął w obronie Eärila, pomimo tego, że wyraźnie mu zabroniono. Wasz ojciec tego nie chciał, poddał się strażom bez walki. Ale Telaril...
Dłoń zaciśnięta wokół dłoni Farewella zacisnęła się silnie.
- Telaril rzucił zaklęcie, chcąc oślepić żołnierzy, kupić sobie chwilę na ucieczkę. Zaklęcie wymknęło mu się jednak spod kontroli. Eksplozja... eksplozja rozerwała jednego z nich na strzępy. Pozostała część oddziału zabrała więc ich obu. Och, Farewell, tak dobrze, że jesteś!
Bohater wiedział, skąd brała się radość matki. Poza przyczynami dość oczywistymi, stały za tym poważne argumenty natury prawnej. Z chwilą uwięzienia Eärila, ojca rodziny oraz Telarila, najmłodszego syna rodziny, to na niego spadały obowiązki „głowy domu”. Lyria, choć była kobietą szlachetnego urodzenia, nie była uprawniona do występowania w sądzie w imieniu rodu Eärfalas tak długo jak choć jeden męski potomek rodu pozostawał na wolności. Obowiązek ten należał obecnie do Farewella. To on i tylko on mógł wypowiadać się przed urzędnikami miejskimi w imieniu i obronie ojca oraz brata.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Farewell dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Telaril przeżywał rozstanie z nim nie mniej, niż sama matka. Był przekonany, że podobnie jak on sam, jedynie w mroźne, samotne wieczory, ze łzą w oku będzie za nim tęsknił, natomiast w dzień jak zwykle zatraci się nauką i życiem w mieście. Czasy się zmieniają. Elfy też.
- Chciał iść w moje ślady, bawiąc się magią ognia? Cholera.
Nigdy nie spodziewał się, że jego stoicki brat zajmie się akurat szkołą destrukcji. Nie miał predyspozycji do tego. Gdy ostatni raz go widział, był oazą spokoju, wolącą tworzyć, niźli niszczyć. Czyżby przez to rozstanie zmienił się aż tak? Magia ognia była jednym z najniebezpieczniejszych szkół, z jakimi można mieć do czynienia, ustępując pierwszeństwa chyba tylko nekromancji. Farewell nie bez powodu zrezygnował z tej ścieżki obierając sobie inną, bezpieczniejszą. Jedna przypadkowa eksplozja zafundowała mu szramę na twarzy do końca życia, i to wystarczyło, by zaniechać naukę.
- Zabił... zabił przez przypadek, jednak zawsze...
Głowa elfa opadła bezwładnie na dół. Głowa, która w tym momencie miała być najważniejszą głową w rodzie.
- Trzeba ich wyciągnąć z tego bagna. Musisz powiedzieć mi wszystko, co wiesz. O co oskarżyli ojca, wysyłając po niego cały oddział? Kiedy odbędzie się jakiś... sąd nad nimi, ile mamy czasu?
Matka podniosła wzrok na syna. W jej oczach nie było już śladu po łzach. Mimo to to, co zobaczył, wstrząsnęło nim bardziej chyba, niż największe potoki płaczu. Matka bała się. W jej oczach widział jedynie czysty strach.
- Oni oskarżyli go o kolaborację z wrogiem, Farewell – wyrzuciła z siebie jednym tchem – o wprowadzenie orka w święte mury Lar’dudanwall. O kolaborację, rozumiesz? Srebrnego elfa!
Bohaterowi nie trzeba było tłumaczyć, co oznaczał podobny zarzut. W latach po wojnie nadal pod względem zbrodni wojennych obowiązywało surowe prawo militarne. Karą za dezercję, zdradę i kolaborację była nieodmiennie śmierć.
- Jest gorzej, Farewell! – dodała matka – On w ogóle nie walczył! W ogóle się nie opierał! Powiedział, że pójdzie z nimi dobrowolnie!
Tak naprawdę w świetle powyższych zarzutów wątpliwym było, czy jakikolwiek sąd w ogóle się odbędzie. Równie dobrze ojciec mógł już nie żyć.
- Musisz jutro z samego rana udać się do miasta, synku. Musisz! Udasz się do budynku Magistratury, odszukasz tamtejszego sędziego pokoju, Eliana Srebrny Młot. To jemu przydzielono sprawę, to on wydał nakaz aresztowania. Musisz z nim porozmawiać! Zrobić *wszystko*, ale to *wszystko* aby ich stamtąd wydostać, rozumiesz? To *musi* być jakieś nieporozumienie, jakaś pomyłka!
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Kolaborował z orkami? Mój własny ojciec? I nie stawiał w ogóle oporu? Nie, to niemożliwe...
Jeśli to prawda, to czeka go śmierć. Standardowa procedura postępowania z dezerterami i zdrajcami narodu. A jeśli to nie była prawda, jeśli on wcale nie współpracował z wrogiem, to i tak szanse na uwolnienie go były znikome. Rząd zawsze lubi szukać sobie kozła ofiarnego.
Sytuacja faktycznie była beznadziejna.
- O co dopytywał się ten... oficer, który tutaj przychodzi? Mówił coś szczególnego o ojcu, z kim współpracował dokładnie?
Farewell czuł, że matka nie wytrzyma już długo takiego bombardowania pytaniami. Zadał właśnie ostatnie, przynajmniej na tę chwilę.
- Rozejrzę się, co takiego ważnego mogło być w gabinecie ojca, że taką uwagę doń przykuł.
Rzekł, po czym wstał, kierując swe kroki do wspomnianego, tajemniczego pokoju. Jeśli gdzieś miałby zacząć poszukiwania odpowiedzi, to właśnie tam.
- Nie wiedzą. Według oficera ojciec wprowadził w mury Lar’dudanwall orka przykrytego potężną iluzją tak, że wyglądał na elfa.
Farewell natychmiast zwrócił uwagę na ten fragment wypowiedzi matki. Jako adept iluzji wiedział doskonale, że zmienić czyjś wygląd to nie jest jakaś wyjątkowo zaawansowana magia. Wszelako, zmienić go tak, by móc *wejść* niezauważonym do samej stolicy elfiego królestwa? By pokonać potężne mury, bramy pokryte dziesiątkami run starożytnej, ochronnej magii? To już było nie byle co. Szczerze wątpił, by jego ojciec posiadał podobną moc. Szczerze wątpił, by któryś z arcymistrzów jego własnej akademii potrafił dokonać podobnej sztuki.
- Iluzja jednak rozwiała się w którymś momencie. Ja nic z tego nie rozumiem, Farewell. Oficer mówił, że mają wielu świadków widzących, jak ojciec w towarzystwie tego orka uciekał z Wielkiej Biblioteki. Po co wprowadzać orka do biblioteki? Tłumaczyłam, prosiłam, błagałam, by się zastanowili, że to jakaś jedna wielka pomyłka, ale oni nie chcieli mnie słuchać!
Rzeczywiście, jednego nie można było nie przyznać. Zarzuty ciążące na ojcu i historia się za nimi kryjąca były co najmniej niedorzeczne.
- Zaczekaj – powiedziała matka.
Jej dłoń zniknęła w kieszeni szaty.
- Gabinet zamknęłam na klucz. Strażnicy gdy tylko zabrali twojego ojca i brata nie chcieli już tam wchodzić. Mówili że same zeznania świadków wystarczą.
Kluczyk był zwykłym, malutkim elementem żelaza. Nie wyróżniał się niczym szczególnym.
- Tr... trafisz na piętro? – spytała z przejęciem.
Troska matki o to, czy jej własny syn poradzi sobie w domu w którym spędził całe dzieciństwo była zaiste, poruszająca.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Znam się trochę na iluzji, więc mogę z pewnością zaprzeczyć, jakoby twój mąż, a mój ojciec, władałby tak zaawansowaną magią z tej dziedziny. Nie, gdy w grę wchodzi pasywna bariera ochronna samego miasta, potrafiąca przerwać działanie nawet bardzo skomplikowanego czaru. Jeśli ktoś miał już rzucić coś takiego, to musiał...
Elf urwał wpół zdania, przypominając sobie obrazy przeszłości. Tajemniczy szaman, poszukujący go i oddający mu praktycznie do rąk własnych zaklęty, niezidentyfikowany zwój, pod pretekstem nieumyślnego zgubienia. Manuskrypt prawdopodobnie wykradziony z Wielkiej Biblioteki, w której wraz z ojcem byli.
Powolnymi krokami cała ta sprawa zaczęła się wyjaśniać. Czyżby szaman chciał jakoś "przemycić" tenże zwój z powrotem do miasta, zmodyfikowany, przebadany? Tylko po co?
Wyciągnął dłoń po klucz.
- Dziękuję. I tak, trafię do gabinetu. Czy ktokolwiek ze służby pracuje dzisiaj?
Zwój Gornaka Zimny Dech znajdował się wciąż w posiadaniu bohatera. Po okropnych wydarzeniach które miały miejsce w Kręgu adept wielokrotnie starał się badać jego zawartość w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek dotyczących tego, co go spotkało. Bezskutecznie. Czyżby pergamin miał się okazać źródłem i przyczyną wszystkich problemów? Jakakolwiek nie byłaby prawda, wiadomość, którą w sobie zawierał, była wciąż tajemnicą. Farewell na własne oczy miał okazję przekonać się, iż Gornak był potężnym magiem. Czy jednak nawet najsilniejszy orczy szaman był w stanie pokonać starożytne, elfie runy? Sama podobna myśl napawała lękiem i wydawała się wręcz nierealna. Całe szczęście, Lyria nie wiedziała, jakie rozterki zajmują teraz uwagę jej syna. W jej oczach pojawił się cień uśmiechu i wdzięczności za próbę pocieszenia jej.
- Nie. – odpowiedziała – Już od dawna nie płacę nikomu. W Eärfalassarze już od dobrych dwóch lat nie ma służby. Dwór był... był za duży dla dwójki mieszkańców. Z podstawowymi domowymi obowiązkami radzę sobie sama.
Bohater wiedział, że nawet same te słowa musiały przyjść jej z trudem. Ścieranie kurzy i mycie okien nie było zajęciem dla szlachcianki. Nawet szlachcianki z rodu który od dekad nie pełnił już w okolicy takiej roli, jak powinien. Od tych czynności była służba i mieszkający obok, nie dumna matka rodu! Mimo to Lyria nie zdawała się tym przejmować. Dla niej, nadejście syna było nadejściem nadziei, której rozpaczliwie potrzebowała.
Bohater wziął od matki klucz. Wiedział doskonale, że jeżeli wejdzie głównymi schodami na piętro rezydencji i uda się natychmiast po nich korytarzem w prawo, drzwi do prywatnego gabinetu – pracowni ojca spotka na samym jego końcu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Orkowy zwój leżał bezpiecznie zwinięty w rulon, w skórzanej tubie, w torbie podróżnej elfa, którą to ten pozostawił na przedpokoju posiadłości. Już zbyt dużo czasu zmarnował na bezproduktywne przyglądanie się dokumentowi. Wiedział, że na chwilę obecną nic z nim nie zrobi, że aby zrobić postępy w tym całym drobnym śledztwie, po poszlaki musiał udać się gdzie indziej. Pierwszym celem był ojcowski gabinet.
- Pozostań tu - zwrócił się do matki. - Niedługo wrócę.
Bał się zostawić jej w takim stanie, ale też nie mógł skupiać się na dwóch czynnościach naraz - na rozmowie i pocieszaniu oraz na infiltracji pokoju ojca. Aby cokolwiek zostało wykonane w stu procentach, musiał zrezygnować z tej drugiej rzeczy. Niechętnie, bo dopiero co ujrzał ją po tylu latach, ale jednak.
Skierował swe kroki ku górze, wolno idąc po schodach, jakby każde skrzypnięcie miało wywołać falę ekstazy, przypominającej mu jego bezproblemowe dzieciństwo, kiedy to wszystko wydawało się prostsze. Przejeżdżał dłonią po poręczy i skręcił w prawe skrzydło, zatrzymując się dokładnie na samym końcu. Wszystko do niego powracało. Wiecznie krzątająca się służba, która z biegiem czasu coraz bardziej "wtapiała" się w otoczenie. Wiecznie ciągnące się, przyjacielskie sprzeczki z bratem o byle jaki powód. Matka przyjmująca innych, godnych szlachciców, dyskutująca z nimi o polityce w państwie, czy gospodarce.
Teraz ten dom był pusty. Nieprzyjemnie opustoszały, straszący samą swą obecnością. Farewell czuł się w nim nieswojo. Był w swojej własnej, ukochanej posiadłości, jednak to miejsce, do którego wrócił, nie było tym, które opuścił.
Opuszki palców elfa pokryły się drobną warstwą pyłu i szarości. Drewno poręczy było ciepłe, gładko wypolerowane i przyjemne w dotyku, lecz w wyraźny sposób niezadbane i najzwyczajniej w świecie brudne oraz zakurzone. Niemniej jednak sam fakt wchodzenia po tych schodach miał prawo budzić i budził w bohaterze wiele miłych wspomnień. Wspomnień, będących obecnie jedynie pięknym echem otaczającej go przykrej rzeczywistości.
Farewell wszedł po schodach na górę domostwa. Korytarz w jakim się znalazł ciągnął się w lewą i prawą stronę od niego. Po obu stronach korytarza dało się zauważyć szereg drewnianych drzwi prowadzących do poszczególnych pomieszczeń. Pokoju Telarla, pokoju Farewella, biblioteki, pracowni ojca… Sam fakt przebywania w tym miejscu wydał mu się wręcz dziwny i nieodpowiedzialny. Zupełnie, jakby dom skurczył się. Przed laty to największe miejsce świata, pełne pokojów, kryjówek i możliwości obecnie wydawało mu się małym, ograniczającym go, podcinającym skrzydła i możliwości.
W jednym adept z całą pewnością miał rację. To nie było miejsce, które przed pięcioma laty opuścił.
Drzwi do gabinetu ojca były jednolitym blokiem drewna. Nie posiadały wewnętrznej szybki, która pozawalałby spojrzeć na skrywaną za nimi zawartość. Czasami, podczas długich nocy w księżycowym lesie, gdy ojciec potrafił spędzać całe godziny w swojej pracowni, jedynie pojedyncza, pozioma linia światła umieszczona tuż nad podłogą, pochodząca od chybotliwego płomienia domowej lampy dawała znać, iż elf wciąż żył i zajmował się sobie tylko znanymi zajęciami.
Kluczyk ze szczękiem metalowego mechanizmu spoczął w zamku. Wszystkie zapadki znalazły się na swoim miejscu. Obrócił się z trudem. Od razu dało się poznać, że matka unikała tego pomieszczenia w ciągu ostatnich lat. Farewell z bratem również, już w czasie gdy ojciec od nich odszedł nie mieli pozwolenia na zapuszczanie się w tą część rezydencji. Był to pierwszy dzień od dobrego wieku kiedy ostatnim razem adept miał okazję znaleźć się w środku pokoju ojca.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Gabinet. Jedno z wielu miejsc, które Farewell za młodu musiał unikać, a na starość przestawało go po prostu obchodzić. Surowy zakaz mamy przeszkadzania w pracy rodzica nie było czymś, z czym można było dyskutować. Na zabawy i figle musiały wystarczyć inne pomieszczenia w i tak rozległej posiadłości. Gdy zaś dorósł, napędzany rządzą kariery i kształcenia się, zaglądanie do ojcowskiego biura mijało się z jakimkolwiek celem. Zamiast tego wolał udać się do prywatnej biblioteki, tudzież do własnego pokoju, które przez pewien okres czasu było jednym wielkim zawaliskiem szpargałów.
Klucz zazgrzytał w zamku. Z trudem, jakby drzwi nie były otwierane od wielu lat, co strasznie zdziwiło elfa. Wszak gdzie indziej szukać wskazówek co do dziwactw ojca, jak nie w jego własnym miejscu pracy, w gabinecie, w którym musiał trzymać tonę frapujących, niewystawionych na światło dnia rzeczy?
Otworzył powoli, jakby w obawie, że nagle dostanie porządną salwą kurzu w twarz. Mało pamiętał z tego, jak wyglądał ten pokój. Musiało minąć dobre stulecie, jak nie więcej, odkąd ostatnio się tam zapuścił.
Farewell otworzył drzwi prowadzące do gabinetu ojca. Spodziewał się zastać w nim sceny niczym z mitycznych opisów apokalipsy. Oczekiwania jego spełniły się jednak tylko po części. Adept nie dostał bowiem salwą kurzu w twarz. Co do tego przynajmniej jego ojcu nic zarzucić nie można było. O swoją pracownię pod względem czystości dbał. Zapewne pierwszym co zrobił po długiej nieobecności było zadbanie o tę podstawową kwestię. Niemniej jednak jeżeli w pokoju brakowało jednej rzeczy, był nią właśnie ład i porządek. Mówiąc krótko, gabinet ojca wyglądał jak po przejściu tornada. Bohater nie wiedział nawet od czego ma zacząć przeglądanie. Wszędzie, dosłownie wszędzie pełno było papierów, papierzysk, pergaminów, zwojów oraz ksiąg. Zwłaszcza ksiąg. Gdyby wszystko znajdowało się na swoim miejscu gabinet prezentowałby się bardzo okazale i dostojnie, jak na pracownię srebrnego elfa przystało. Wysokie, dzielone na dwoje okno wpuszczało do środka dość światła słonecznego, by można było w nim pracować nawet późnymi godzinami wieczornymi. Regały ciągnące się po obu stronach pomieszczenia upakowane były wszelkiej maści słowem pisanym. Ogromne, dębowe biurko o szerokim, ciężkim blacie zajmowało centralne miejsce pomieszczenia i obecnie przeżywało najazd nieładu i bałaganu. Tuż przy drzwiach, po ich prawej stronie, pod ścianą, znajdował się drewniany kufer okuty metalem. Kufer pozostawał zamknięty, lecz zwisająca u jego zamka kłódka była otworzona, więc pewnie dostanie się do jego zawartości nie sprawi bohaterowi większych problemów. Nie dało się ukryć. W momencie swojego aresztowania ojciec Farewella był bardzo zajętym człowiekiem. Być może gdzieś tutaj znajdowała się odpowiedź zarówno na pytanie dlaczego ich opuścił, ale również dlaczego powrócił, pakując się w kabałę większą niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Farewell na samą myśl o stojącym przed nim ogromem informacji oraz pracy poczuł się dziwnie nieswojo. Po pięciu latach poszukiwań okazało się, że wszystko czego szukał znajdowało się tutaj. Trzy drzwi od jego dziecinnego pokoju.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum