Poszukiwacz przygód to profesja niemal tak stara jak wszeteczeństwo. Wydaje ci się, że jesteś silny, odważny, a tak naprawdę gówno wiesz o życiu. Że co?! Nudny, osiadły tryb życia to nie dla ciebie, bo ty jesteś stworzony do wyższych celów?! Ha! Powtórzę jeszcze raz, bo chyba nie usłyszałeś: gówno wiesz o życiu. Każdy tępak bez wykształcenia może zapakować swój dobytek w zawiniątko i ruszyć w drogę. I tak jak inni, umrze w paszczy jakiegoś potwora, czy zdechnie w swoich własnych fekaliach, nie wiedząc, co się dzieje. Wziąłbyś się w końcu za jakąś normalną robotę, nie wiem, chociażby najemnika w jakimś miasteczku. Też masz zapewnioną tę swoją, tfu, "adrenalinę", no i masz gwarantowany jako-taki zysk. A tak to popatrz na siebie: łazisz jak ten obdartus, ledwo wiążesz koniec z końcem, nie wiedząc, co ze sobą począć. Tak właściwie, to po co zapuszczasz się w te strony? A, nie odpowiadaj, i tak wiem. "Coś się wymyśli". Już ja znam takich cwaniaków. Coś się wymyśli, i przez tydzień ganiają za jakąkolwiek pracą, chociażby to była marna, zabita dechami wieś, to i tak wędrowny dupek pomyśli, że gdzieś grasuje potwór, albo że trzeba skopać tyłki paru typkom w karczmie. W rezultacie kończy się na oraniu pola i misce zupy, która smakuje jak kocie szczyny. A poza tym...
- Tato, on już dawno zasnął.
Gorzka rzeczywistość
Kroniki Dalina, Koleusa i Traubora - Wprowadzenie
Droga ciągnęła się niemiłosiernie.
Zwykły, długi tunel, co parę metrów oświetlony słabymi płomykami pochodni. Droga do Kamieńca zdawała się nie mieć końca. Wiele lat temu Dalin podróżował tędy wiele razy, i wtedy droga wydawała się być króciutka. Albo nawet nie tyle króciutka, co po prostu mało monotonna. Wtedy mógł sobie pogadać z innymi członkami kompanii wydobywczej, a co jak co, ale z nimi to podróż mijała wtedy jak z bicza strzelił. A teraz?
Teraz szedł sam, jedynie w towarzystwie płomieni, odbijających się od litych, szarych murów. Szedł w zupełnej ciszy, pogrążony w myślach. Kiedy usłyszał, że musi opuścić rodzime terytorium, poczuł się, jakby nagle dostał solidnym, stalowym młotem prosto w żołądek. Do dzisiaj nie mógł się po tym podnieść. Niemal wszyscy odwrócili się przeciwko niemu. Został sam, jak palec.
Szedł tak długo. Do wioski, w której kiedyś przepracował parę miesięcy, pozostał jeszcze kawałek. Tak, wioska do doskonałe określenie. Dwadzieścia, może trzydzieści domków otaczające spory, głęboki dół, w którym znajduje się wejście do kopalni miedzi. Kopalnia słabo prosperowała, tak więc po pewnym czasie Dalin przeniósł się do bardziej obiecującej mieściny, w której pracował już nieco dłużej. Jeżeli nic się od tamtego czasu nie zmieniło, to nadal będzie stała tam jego zaufana karczma, z zaprzyjaźnionym karczmarzem. Przy kuflu kamieńskiego specjału wszystkie problemy odpłyną w siną dal...
Nagle do jego uszu dotarł cichy, spazmatyczny wybuch śmiechu. Odwrócił się. Daleko za nim, ledwo widoczna, wlekła się jakaś karawana, ciągnięta przez dwa kasztanowe konie. Dwie albo trzy postacie siedziały na wozie, wyglądające na zajęte konwersacją.
Szczęście najwidoczniej uśmiechnęło się do krasnoluda. Może podróżni podrzucą go kawałek?
Szczęście...
Ostatnio nie uśmiechało się do Dalina. Usłyszał niegdyś, że "Los zawsze wygrywa, bo oszukuje". Jakże prawdziwie były teraz te słowa, ponad wszelką wątpliwość czuł się oszukany, najpierw śmierć żony, a teraz wygnanie. "Bogowie muszą mieć specyficzne poczucie humoru"-przeszło mu przez myśl-"A może los w końcu się odwróci, powiadają, że fortuna kołem się toczy". Ruszył raźno w stronę karawany mając nadzieje, że być może podrzucą go do Kamieńca, a konwersacja z jej członkami złagodzi trochę monotonie podróży.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Powóz po dłuższej chwili zbliżył się na tyle, by dało się powierzchownie zlustrować podróżnych. O dziwo, nie były to krasnoludy, nie byli to nawet ludzie. Na wozie siedziały czerwone elfy. Dalin widział je tylko parę razy, jak przemijały przez miasto, gdzie spędził większość swojego życia. Przyjeżdżały, handlowały, nocowały, odjeżdżały. Naród podróżnych, niemających przywiązania do danego terenu, ani nawet nie posiadająca żadnej ziemi. Przynajmniej tak by wynikało z tego, co krasnolud zasłyszał. Jedno jest jednak pewne: elfy cierniowe, bo też niekiedy się je tak nazywało, nie szukają żadnych zwad. Są stosunkowo pokojowe ze wszystkimi rasami.
Na przodzie, operując lejcami, siedział starszy mężczyzna. Jego popielate włosy spięte były z tyłu w mocny, długi kuc. Ubrany był w proste, czarne spodnie i lnianą koszulę, przystrojoną wieloma błyskotkami, które z pewnością były w większej części marnymi falsyfikatami. Mimo to prezentowały się dobrze i dobrze też się prezentowały w duecie z jasnoczerwoną skórą. Usta miał wąskie, a nos duży, kartoflowaty. Ciemne, matowe oczy podkreślone licznymi zmarszczkami nie spuszczały wzroku z Dalina.
Obok niego siedział drugi - młody elf, który musiał już wiele wiosen temu przejść w okres dorosłości. Ubrany zwiewnie, luźno - koszula z rozsznurowanym dekoltem pozwalającym skórze oddychać i brązowe spodnie przytrzymane czarnym, błyszczącym pasem. W porównaniu do starszego efa ten miał na sobie tylko jeden wisiorek, koloru jadeitu. Jego ciemne, krótkie włosy kleiły się do spoconej twarzy, lekko przysłaniając głębokie, kruczoczarne oczy i lekko przekrzywiony nos. Na usta raz za razem wchodził grymas niesmaku, czy też niepewności. Tak, jakby obawiał się, że napotkany krasnolud mógłby w pewnym momencie sięgnąć po swój topór i zaszlachtować z łatwizną dwójkę elfów jak jakiegoś prosiaczka przed świniobiciem.
Cały wóz był pokryty długą plandeką, spod której wystawały przeróżne pakunki, skrzynie, skóry, czy inne rzeczy przeznaczenia handlowego.
Krasnolud nie mógł się nadziwić widokiem podróżnych. "A niech to! Elfy tego mi jeszcze brakowało" - pomyślał, przypominając sobie te wszystkie stereotypy jakie słyszał o tej wędrownej rasie- "Życie potrafi zaskakiwać, trzeba grać kartami jakie rozdaje los."- wykoncypował i rzekł głośno:
-Witajcie wędrowcy! Co was sprowadza na te cholernie monotonne drogi, być może łączy nas wspólny cel, jak wiadomo w kompani raźniej? Ale gdzie moje maniery! Jestem Dalin zwany "Szalonym Toporem" i zmierzam do Kamieńca!
Powiedziawszy to skłonił się.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Dwójka podróżnych zatrzymała wóz zaraz przy krasnoludzie. Elfy powiedziały sobie coś w ich języku, po czym młodszy z nich, mocno łamanym krasnoludzkim, wypalił:
- Em... Wi-tam! My też idziemy do Kamieniec - mężczyzna ciężko i powoli wyrzucał z siebie słowa. - Ja się, e... to jest...
Starszy z całej dwójki przerwał mu gwałtownym ruchem ręki.
- Przepraszam za niego. Dopiero uczy się waszego języka. - Ten z kolei zdawał się umieć krasnoludzki język perfekcyjnie. - Nazywam się Caranthir, a to jest mój syn, Pelio, chociaż właściwie woli swój pseudonim, "Pel". Z tyłu, na przyczepie, mamy jeszcze dwójkę, to jest moją córkę, Illiz, i jakiegoś innego podróżnika, którego też podwozimy. No, dzisiaj to nam się z wami dopiero trafiło!
Starszy elf skłonił się równie pokaźnie, co krasnolud.
- Wsiadaj pan, panie "Szalony Topór", to sobie pogadamy po drodze. Do miasta mamy jeszcze z kwadrans. A jeśli nie chce pan gadać, albo chce sobie pan sobie legnąć na tyłach, to zapraszam. Jak widać, z przodu są tylko miejsca siedzące.
Caranthir uśmiechnął się. Naturalnie, zdrowo. Widać było, że kompania krasnoluda mogłaby być miłym panaceum na nudę podróży.
Dalin wdrapał się na wskazane przez elfa miejsce na wozie. Podróż będzie teraz szybsza i ciekawsza. Krasnolud poczuł suchość w gardle, nie pił od wczoraj. "Trzeba coś z tym zrobić" - pomyślał. Rzekł, więc do nowych towarzyszy:
-Milczałem przez całą tą cholerną drogę, nigdzie nie było ani grama żywej duszy do której można by otworzyć gębę, aż do teraz. Jednak nie będziemy rozprawiać o suchym pysku, mam tu litr wyśmienitego krasnoludzkiego piwa.
To powiedziawszy wyciągnął ze swoich tobołków bukłaczek z alkoholem i go odkorkował. Wciągnął rękę z nim w stronę najstarszego elfa i powiedział:
-Częstujcie się!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Krasnolud niezręcznie wdrapał się na wóz, zajmując miejsce przy młodszym z elfów. Po chwili wóz ruszył. Caranthir z uśmiechem przyjął bukłak, biorąc parę łyków. Zaraz potem przekazał alkohol synowi.
- Mmm... Niezłe, nie powiem. Zatęskniłem, cholera, za krasnoludzkimi specjałami. W Imperium to siki sprzedają, nie gorzałę.
- Racija - dodał drugi, ocierając usta.
- Wracając do tematu, bo nie odpowiedziałem: ogólnie rzecz biorąc jesteśmy rodziną handlarzy, podróżników, ale gdy znajdzie się płaca, to i zagrać w karczmie potrafimy, bo w tym fachu to akurat utalentowani jesteśmy. No i elastycznym zawsze warto być - Elf jeszcze raz upił zawartość trunku, po czym oddał go krasnoludowi. - A do Kamieńca jedziemy głównie po to, by dać naszym koniom odpocząć. No i nam też, właściwie, bo po tygodniu na wozie marzy się o ciepłym, wygodnym łóżku...
Starszy przeciągnął się, silnie ziewając.
- No, ale dość o nas. Ciebie, drogi Dalinie, co sprowadza w to miejsce? Widzę, żeś uzbrojony jak niejeden wojak, a i twarz zdradza burzliwą przeszłość...
Przez twarz krasnoluda przeszedł grymas bólu, na wspomnie tego co zostawił za sobą. Rzekł do swych towarzyszy:
-A więc chcecie usłyszeć moją historię! A nie jest ona wesoła. Kurwa! O nie, to opowieść zaczynająca się wspaniale, ale kończy się tylko smutkiem i zgryzotą.
Przerwał i wypił spory łyk z bukłaka, po czym kontynuował:
-Byłem najzwyklejszym krasnoludem na jakich możecie trafić tu w górach. Jako, że słaby w uszach nie byłem, to mój topór służył klanowi. - Duma odmalowała się na twarzy krasnoluda, ale potem znów wrócił na nią smutek - Bytowałem tak jakiś czas, aż w końcu poznałem ją. Piękną spaniałą Brandę słońce mojego życia, połączyła nas miłość gorętsza niż ogień w hutniczym piecu. - Na samo wspomnie ukochanej Dalin jakby rozpromienił się. - Wkrótce wzięliśmy ślub, szczęście nie trwało jednak długo. Kurwa! - Gniew wstrząsnął ciałem rudzielca. - Potężny zawał w kopalni pogrzebał moją ukochaną, udało mi się odnaleźć jej martwe ciało. Życie straciło wtedy swój smak i urok. Pozostał mi tylko żal i alkohol. - Wypowiadając te słowa znowu sięgnął po bukłak, krasnolud jakby skarlał pod naporem wspomnień. - I tak o to wiodłem egzystencje pełna bólu, jak się okazało nie za długo. Pewien młody szlachcic chciał mnie wyzwać, odmówiłem. A ten jebaniec, wyobraźcie sobie zaczął lżyć z mojej ukochanej Brandy. - Gniew przetoczył się przez jego twarz, po czym wlał sobie do gardła resztę zawartości bukłaka. - W szale rzuciłem się na niego i z miejsca zarąbałem. Do dziś pamiętam jego przerażoną twarz. - W oczach krasnoluda pojawił się dziwny błysk, ale natychmiast zniknął. - Rada za mój występek skazała mnie na banicje. O to historia mojego pieprzonego życia! Teraz zmierzam do Kamieńca w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, może los wreszcie się odwrócił.
Po skończeniu przemowy omiótł wzrokiem po słuchaczach.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Elfy siedział cicho, wsłuchane w smutny, krasnoludzki monolog. Nie ośmieliły mu się przerwać. Głos Dalina w momentach szczytowych był donośny, że jeszcze przez parę chwil dźwięk odbijał się mocnym echem po ścianach. Zaraz po wysłuchaniu, zarówno jeden, jak i drugi mocno się zasmucili. Na ich ustach nie gościł już frywolny uśmiech, a ręce nie skakały raźno popędzając konie. Siedzieli cicho, niby skamienieli, bojąc się odezwać choć półsłówkiem. Byli w niego wpatrzeni, jak w ciszy pochłania dopiero co napoczęty bukłak z piwem, wypijając wszystko na raz. Widać było, że emocje, jakie towarzyszyły temu tematowi były bardzo, bardzo odczuwalne. I że niekoniecznie warto do niego wracać.
- Smutna sprawa... - zaczął niepewnie starszy z elfów. - Wielce smutna, powiedziałbym. Bardzo mi przykro z tego powodu... Wiem, co to za uczucie, stracić swoją ukochaną. Moja własna żona, niech jej ziemia lekką będzie, umarła pięć wiosen temu na suchoty. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że nie byłem przy niej, jak umierała, samotna. Musiałem być na jakimś pieprzonym szlaku! - elf zacisnął pięści na lejcach, silnym ruchem rąk zmuszając konie do szybszej jazdy. Zwierzęta nie buntowały się. Powóz zaczął skakać na kamiennej drodze, szczękając każdą jedną skrzynką która była na pokładzie.
- Myrn, Padia! Thes! - kobiecy, zachrypnięty głos odezwał się z tyłu wozu. Caranthir nie odpowiedział. Poruszony przez krasnoluda temat również i dla niego był wyraźnie bolesny.
Krasnolud w zadumie gładził się po brodzie, poczuł smutek elfa, wyczuł w nim bratnią dusze. W końcu rzekł:
-A ni ty, a ni ja nie mogliśmy nic zrobić. Nawet nie wiem kiedy Branda umarła.
Ból i smutek nie znikał z twarzy Dalina, straszne myśli przeszły przez jego głowę o losie ukochanej podziemiom, każdy krasnolud znał ryzyko pracy górniczej, jednak nie podzielił się wątpliwościami z towarzyszami. Po chwili powiedział:
-Ktoś mi zdradził kiedyś prawdę, że "Los zawsze wygrywa, bo oszukuje." Życie musi toczyć się dalej, może kiedyś się odegramy. Zostawmy już te smutne tematy za sobą i powiedzcie czym handlujecie?
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Elf wpatrzył się gdzieś w pustkę przed siebie i wyrecytował: "Nie znasz dnia ani godziny...". Sapnął, wypuszczając z siebie powietrze. Popuścił wodze, a konie zwolniły.
- Ja z kolei słyszałem taką maksymę. Jest dobitnie uniwersalna, tak więc często ją sobie powtarzam. Niestety. Ale masz rację, zmieńmy temat.
Powoli oznaki zdenerwowania zaczęły topnieć, powracając do domyślnego stanu.
- Handlujemy tym, co nam wpadnie w łapki. Nie jesteśmy zbytnio wymagający, tak więc można powiedzieć, że mamy niemal wszystko. Głównie robimy tak, że kupujemy w danym mieście towary powszechne, które są tanie w danej miejscowości. Raz są to ryby, innym razem trafimy na wioskę tych, no... jak to było... grabarzy?
- Garbarzy - wtrącił syn.
- O, właśnie - uśmiechnął się starszy. - Widzisz, kiedyś będziesz umiał władać językiem jeszcze lepiej niż ja. A wracając do tematu - z powrotem odwrócił twarz ku gościu. - Obecnie wozimy właśnie trochę ryb w beczkach i parę tuzinów skór świń lub dzików, nie pamiętam, która nazwa była do czego. Niektóre słowa macie strasznie podobne. A, no i ogólnie sporo wszelakiego jedzenia, bo już raz byliśmy w tej wiosce przejazdem, to wiemy, czego ludność potrzebuje.
- To miasto opie-era się na kopalniach, to też wiemy, co mogę tu kupić za tanio.
- No dokładnie. Za to wódki u was nie sprzedajemy, bo, cholera, wszędzie macie jej pod dostatkiem. Za to mamy to - to rzekł, sięgając za siebie po mały pakunek otoczony szarym, pomiętym papierem, z którego wystawały apetycznie wyglądające zbożowe kręgi ułożone jeden przy drugim. - Krakersika?
Stuk.
Lewe oko mozolnie, niechętnie dołączyło do świata. Zaraz po nim równie nieudolnie dołączyło oko prawe, wciąż przysłonięte mgłą. Widziały wszystko dookoła, chociaż nadal nie były w stanie połączyć to w logiczną całość. Nieprzebyta szarość rozpościerająca się w całości przed nim. Nic innego. Szarość, która raz robiła się bardziej czarna, a raz bardziej biała, bez zasady.
Stuk.
Do oczu dołączył mózg. Uruchomiony, niby dawno nie oliwiony mechanizm powoli dochodził do siebie. Łączył fakty. Wolno i ciężko, ale z czasem odzyskiwał siły. Szarość, która trwała przed nim, była kamiennym murem. Białe i czarne przenikania wynikało, że oczy są w ciągłym ruchu.
Stuk.
Do oczu i mózgu dołączyły nerwy. Wiedział już, że szarość nie jest przed nim, a nad nim. Czuł, że leży nieruchomo, jednak był w ciągłym ruchu. Czucie w palcach, stopach - wszystko powoli odzyskiwało swą pierwotną sprawność.
Stuk.
Do oczu, mózgu i nerwów dołączył mięśnie. Każdy powoli się uaktywniał, wolno, ślamazarnie. Wreszcie jakiś z nich odważył się zadrgać. Napiął się całą swoją możliwą siłą, do granic możliwości.
Stuk.
Do oczu, mózgu, nerwów i mięśni dołączył on. Krwawy Koleus. Odzyskał wreszcie świadomość po długim, błogim śnie. Obecnie siedział na tyle wozu, obudzony mocnymi koleinami na drodze. Obok niego, po jego prawej, klęczała Illiz, siostra Pelia i córka Caranthira. W swojej aktywnej, półgodzinnej może podróży, zdążył się jej wystarczająco długo przyjrzeć, by zapamiętać jej twarz. Długie, zadbane włosy koloru ciemnobrązowego, luźno wiszące, sięgające połowy pleców. Przyjazna, dziecięca twarz o małym nosku, schowanych kościach policzkowych, wiecznie uśmiechniętych, pełnych ustach i tajemniczym wzroku, bijącym z piwnych oczu. Uroku dodawała jej ładna, pasująca odcieniem do włosów skromna, podróżna suknia i zielone korale u szyi. Dziewczyna mogła mieć z dziewięćdziesiąt lat i była, przynajmniej dla Koleusa, całkiem atrakcyjna. Co innego jej ojciec - zbrukał Krwawego, kiedy dowiedział się o jego pomyśle na życie. Według niego plan na przyszłość to jeden z najważniejszych rzeczy, jakie powinien zrobić dojrzały elf. Syn był z kolei bardziej pasujący Koleusowi. Lubił dobrą bójkę, ale też z kolei nie lubił jej wywoływać. Wydaje się on, jakby cały czas był trzymany pod kloszem ojca, który stał się taki nadopiekuńczy, od kiedy zmarła jego żona.
- O, obudziłeś się... - znajomy, zachrypnięty głos powitał elfa. - Mówiłam ojcowi, by nie szalał, a ten jak zwykle swoje - kobieta kończyła właśnie zawiązywać jakieś pakunki, układając je w kupę i sortując. - Spałeś dobre parę godzin. Jakoś za parę minut powinniśmy być już na miejscu. Chcesz wody? - Illiz podsunęła skórzany bukłak ze skromnym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
Elfowi chciało się pić. Cała woda skończyła mu się poprzedniego dnia, a w wędrówce był już od dni kilku. Kiedy napotkał na powóz mógł wreszcie odpocząć. Zasnął niemal natychmiast.
Kobiety. Nigdy Koleus nie uderzył kobiety. Było to interesujące, dopiero teraz po tylu walkach dotarło do niego, że nigdy nie walczył z kobietą. Zaczął się zastanawiać co by to było, gdyby miał okazje. Lubił piękno, ale miał swoje definicje tego słowa. Chcąc, nie chcąc, płeć piękna zawsze budziła w elfowi pozytywne odczucia. Jedyne istoty przy których zawahałby się użyć pięści. Naturalnie chodziło o te atrakcyjne kobiety. I właśnie jedna z nich podała mu wodę, dokładnie w tedy, kiedy chciało mu się pić. To było takie urocze.
Elf nigdy nie budził sympatii. Nie był brzydki jednak odstraszał innych. Zachowanie elfki wzbudziło nagle podejrzenia. Czy aby na pewno to życzliwość czy może coś więcej. Gdyby chcieli mu cos zrobić, mieliby już do tego okazje. Będzie musiał je odrzucić, bo pragnienia trzeba zaspokajać. A jedno z nich właśnie spoczywało w rękach ładnej elfki.
Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i rzekł – Bardzo chętnie-. Kolejną ciekawostką było to, że zazwyczaj lubił gadać, a obecność kobiety sprawiała, iż zaczynało brakować mu słów.
Wyciągnął rękę po wodę, z zamiarem wypicia odpowiedniej ilości i zaspokojenia pragnienia przed dalszą podróżą.
Z chęcią!- oparł krasnolud i sięgnął po jednego krakersa, by następnie schrupać go z apetytem. Po czym spytał - Paracie się również jakby to powiedzieć eee...kurna sztuką? Tak, to jest to Kurwa! Znam w Kamieńcu jednego karczmarza i myślę, że za występ może dałbym radę wytargować nocleg dla was i trochę fenigów. Sądzę, że warto spróbować?
Czekając na odpowiedź przyjrzał się dokładnie drugiemu "gościowi" na wozie. Do tej pory nie zwracał na niego uwagi, zbyt pochłonięty gotującymi się w nim uczuciami. Z ciekawości zagadnął:
-A kim jest wasz drugi "gość", którego również podwozicie?
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Powóz wreszcie zwolnił, a hałas ucichł. Wystarczająco, by można było rozmawiać bez podnoszenia głosu. Z tejże możliwości krasnolud i dwójka elfów gęsto korzystali.
Krakersik smakował równie dobrze, co wyglądał. Nie za stary, nie za suchy - chyba nawet nasączony był jakimś smaczkiem. Dalin wyczuł w ciastku subtelną, maślaną nutę. Idealnie się komponowała z całą resztą.
- Niezłe, co? - elf uśmiechnął się i również sięgnął po jednego. - Kupiliśmy całą skrzynię tego za bezcen, bo właściciel nie miał co z tym zrobić. A że smakują nieźle, to pewnie znajdą się chętni.
Przed wozem, daleko, na horyzoncie, powoli zaczynała się wyłaniać jakaś infrastruktura.
- Ano, paramy się. Całą nasza rodzinka jest uzdolniona muzycznie, toteż lubimy sobie dorabiać w karczmach. Mówi pan, panie Dalin, że zna pan tutejszego karczmarza? To bardzo miłe z pana strony. Jeśli się uda, to bez ceregieli postawię panu obiad, i kufel najlepszego trunku jaki mają, a co mi tam!
Dalin znał karczmarza wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że bywa on czasami impulsywny, i że z niechęcią podchodzi do wszelakich zmian w gospodzie. Krasnolud również nie pamiętał dokładnie, czy dysponował on w swoim lokalu pokojami, czy też nie.
- Nasz drugi gość jest, o dziwo, samotnym, podróżującym czerwonym elfem. Mówię "o dziwo", bo nasz naród przywykł do trzymania się razem, z rodziną. Nie mam pojęcia, jak wygląda jego przeszłość, ale wolałem nie naciskać, rozumiesz. Zresztą, znamy się dopiero od paru godzin, przy czym on przez większość czasu spał.
Woda była chłodna i przynosiła błogą ulgę. Koleus pił zachłannie, utkwiony w statycznej pozie przez kilka dłuższych chwil. Gdyby nie głośny odgłos szybkiego przełykania, to spotykana gawiedź mogłaby go uznać za arcydzieło rzeźbiarskiego mistrza, niźli za żywą osobę. W końcu odstawił bukłak od ust. Nie dlatego, że zaspokoił pragnienie. Po prostu wypił całość półlitrowego bukłaka, a drugim nie dysponował.
- Ohh, Koli... Kiedy ty ostatnio coś piłeś? - dziewczyna z nieukrywanym zaskoczeniem przyglądała się temu wszystkiemu. Samo zdrobnienie nie przypadło elfowi szczególnie do gustu. Przecież był Krwawym Koleusem, odważnym wojownikiem, a nie jakimś takim "Kolim". Całość łagodził po części ten "słodki, niewinny głosik", jakim posługiwała się Illiz. Dało się przyzwyczaić.
Naturalną koleją rzeczy byłoby to, że jeśli ktoś wpadłby na pomysł nazwania elfa „Kolim”, musiałby potem szukać zębów na podłodze, nie licząc języka. Jednak niewinność w głosie kobiety uspokajała agresję jaka powinna się narodzić w Koleusie. Być może sięgało to głębiej niż spodziewał się krwawy wojownik. Jego rodziną był tylko ojciec, pięści i krew. Nigdy w jego życiu nie doznał czułości jaką mogłaby go obdarzyć matka. Kobieta, która z definicji kocha swoje dziecko nad życie. To było dla bohatera tak obce, ze nawet nie potrafił tego wymyślić, a jego przybrany ojciec potrafił w nim wzbudzać tylko negatywne uczucia.
Zatem młody elf nie rozumiał gdzie jego złość się podziewała. Nie lubił też myśleć nad takimi bzdurami. Dlatego po prostu zaczął się przyzwyczajać. I tak prawdopodobnie długo tu nie zabawi. Podziękował uśmiechem oddając bukłak i odpowiedział –Chyba wczoraj-. potem umilkł rozglądając się po obecnym miejscu pobytu.
-Toż to po-kurwa-ezja!
Dalin wyraził swoje uznanie dla tego przepysznego krakersa. Dawno już nie jadł takich frykasów. "Istne niebo w gębie" - pomyślał. Smak maślanki przypomniał mu o bułeczkach pieczonych przez zonę zawsze podawane ciepłe oczywiście z maślanką. Na samo wspomnie tych szczęśliwych dni krasnolud rozweselił się. Rozpromieniony, rzekł:
-Wezmę jeszcze jednego.- Chwycił krakersa, by następie chciwie go pożreć. Na jego twarzy odmalowało się rozmarzenie. - Hmm! Przepyszne, ten smak maślanki przypomina mi bułki wypiekane przez Brandę. Zawsze ciepłe i oczywiście z maślanką. Caranthirze, żeby kurwa nie skłamać były to najlepsze bułeczki po tej stronie gór.
Umilkł i począł rozkoszować się wspomnieniami.
Po chwili skupił swoją uwagę na karczmarzu. Dał coś na kształt słowa elfowi, teraz honor wymagał by je wypełnić. Próbował sobie przypomnieć wszystko co wie o nim, i czy nie ma jakiś "konkretnych" argumentów na niego.
"A niech mnie, nie nazywam się Dalin, jeśli nie przekonam tego karczemnego zgreda!"-Pomyślał i spojrzał na drogę.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- Cieszę się, że ci smakuje - odparł uradowany elf. - Oczywiście, częstuj się, mamy tego parę skrzynek. Jakbyś chciał, to mogę ci je tanio sprzedać. Zauważyliśmy, że te ciastka nieźle wytrzymują próbę czasu, więc można wziąć spory zapas na podróż. Ale o interesach to możemy pogadać później. Teraz nie mam zbytnio na to siły - elf uśmiechnął się.
Caranthir zadarł głowę wypatrując się przed siebie. Miasteczko powoli się materializowało. Za chwilę powinni minąć pierwsze rzędy domków, zatrzymując się dopiero przed dołem, schodzącym do kopalnianych sektorów. Jeśli nic się nie zmieniło, to po wkroczeniu to wioski po ich prawej powinna znajdować się mała stajnia, natomiast po lewej - karczma "Brudny Kufel". Nazwa, początkowo odstraszająca mieszkańców, po pewnym czasie zaczęła być akceptowana, a nawet szanowana przez krasnoludów. Chwytliwa nazwa nie zmuszała nikogo do lustrowania czystości swoich kufli. Wręcz przeciwnie. Poza tym każdy wiedział, że większość karczmarzy przekładała zysk ponad higienę. Zwłaszcza, jeśli było się słynącym z niechlujstwa krasnoludem. Co do samego właściciela oberży, to Dalin kojarzył go jako nieco młodszego od niego, niskiego krasnoluda o silnie brązowych włosach. Pamiętał jego wiecznie chaotyczną brodę, często prezentująca asortyment karczemnej kuchni. Jedyne, co przez ten czas zmienić się nie mogło, to kolor i wyraz oczu: Dunno, bo tak miał na imię, słynął ze złowrogiego, penetrującego wzroku bijącego ze swych ślepi, nawet, jeśli takiego zamiaru nie ma. Co jak co, ale właśnie te zimno bijące z jego spojrzenia pozwalało mu uciszać niejedną bójkę i wytargować się na niebagatelną kwotę.
Właśnie, bójki. To, co różniło Kufel od innych tego typu przybytków był fakt, iż większość krzeseł w gospodzie była metalowa, co skutecznie zapobiegało ich rozwalaniu, i jeszcze skuteczniej przyspieszało rozwiązanie jakichkolwiek konfliktów. Po jakimś czasie ilość chętnych do bójki stopniała, ale to również z faktu, jak głosiła stara maksyma, że "ptak nie sra do własnego gniazda".
Illiz przyjęła bukłak i odłożyła go na bok. Z tyłu, gdzie siedział elf, leżały, ułożone piętrami, zamknięte skrzynki. Lekki, słony zapach sugerował, iż zawierały one nic innego, a ryby. Prócz ryb Krwawy zauważył jeszcze piętrzące się skóry jakichś zwierząt, które z kolei niekoniecznie pachniały przyjemnie. Elfy siedziały na samym tyle wozu, mogąc obserwować drogę za nimi. Jednak bardziej interesująca była druga strona: widoczne już pierwsze budynki, mieszkańcy wielkości pchły.
- Kamieniec... - Illiz przerwała nagłą ciszę. - Miasteczko, a raczej wieś specjalizująca się w górnictwie. Byliśmy już tutaj raz, aczkolwiek tylko przejazdem. Jedyna karczma, jaką tutaj mają, to "Kufel Piwa", czy jakoś tak. Krasnoludy mają oklepane nazewnictwo.
- Karczmarz nie posiadał żadnych pokoi do noclegu. Spaliśmy w pobliskim domu, który prowadziła miła, starsza pani. Nawet tanio i wygodnie.
Elf kiwał lekko głową słuchając słów kobiety. Znając już swoje położenie przeniósł wzrok na towarzyszkę podróży. Badał ją wzrokiem, przypatrzył się jej budowie, mięśniom, nie umknęły mu też kobiece krągłości, jednak aktualnie błądził myślami zastanawiając się jak to możliwe, żeby takie kruche i słabe ciało mogłoby go pokonać. Nie miała ani masy, ani siły. Zero szans na wygraną, chyba stąd ta niechęć do uderzenia kobiety. Co tu po walce, która jest przesądzona?
Na końcu przeniósł wzrok ku jej oczom. Słyszał kiedyś, że to zwierciadło duszy. Przyglądając się im zastanawiał się jakby wyglądały pełne nienawiści i chęci do zabijania. Czy byłoby widać różnice, tak jak inny ją dostrzegają w jego. Być może to głupie i w cale tak nie jest, ale pamiętając strach, jaki wręcz malował się w oczach jego przeciwników, w cale tak nie uważał.
Karczma, to jedno z najlepszych miejsc na znalezienie rozrywki. Podróż nudzi, a nieużywanie mięśni może spowodować ich zanik. Tego krwawy elf na pewno by nie przeżył. Miał wielką nadzieje, że i na tej karczmie się nie zawiedzie, i dostarczy oczekiwanej zabawy.
-Masz rację nie czas na interesy!
Stwierdził krasnolud i zaczął zastanawiać się nad wartością krakersów. Niegdyś szwagier wpoił mu podstawy wyceny.
"Zaraz jak to było!"-Pomyślał Dalin-"Cenę produktu wyznacza stosunek pobytu i podażu, ma również na nią wpływ jakoś wykonania oraz gwarancję dawaną przez producenta. Hm, gwarancje w przypadku ciastek mogę pominąć. Kurwa, ale to trudne wole proste napierdalanko jeden na jednego!"
W końcu krasnal dokonał wyceny. Następnie jego myśli powędrowały w stronę Brudnego Kufla. Przeżył tam nie jedną popijawę i burdę, nie raz równocześnie. Jako jeden z nielicznych umiał wytrzymać spojrzenie Dunna. Choć alkohol przytępił inne zmysły Dalin zawsze był krzepki i wytrzymały, to też idealnie odnajdywał się karczemnych bójkach, nie straszne mu były nawet stalowe krzesła owego lokalu. Nie mało razy kończył wszelakie awantury. Niecierpliwością wyczekiwał powrotu do niej.
Przyjrzał się dokładnie wyłaniającym się w oddali budynkom miasteczka rejestrując w pamięci, każdą zmianę jaka mogła się dokonać od ostatniej wizyty.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Krakersy zdawały się być dobrej jakości towarem. Idealnie pasujące do podwieczorków, a zwłaszcza do niektórych, gorzkich napojów ziołowych. W Górach Środka Świata Dalin nie napotykał wielu osób przekładające napary ponad normalne, zdrowe piwo, które nie było tworem drzewołazów, a samych krasnoludzkich mistrzów. Cena mogła oscylować pomiędzy pięcioma miedziakami, na kilkudziesięciu nawet kończąc, w zależności od miejsca. Należy oczywiście wziąć uwagę na sam czas przechowywania żywności, bo może i ciastka nie zepsują się po długim czasie, ale za to stracą swój aromat i głębię smaku, powodując definitywny spadek ich wartości.
Elfka prezentowała się jako zadbana, szczupła kobieta, chociaż widać było, że jej prawa ręka była wyraźnie bardziej umięśniona od drugiej, tworząc śmieszny kontrast. Jej oczy były uśmiechnięte, beztroskie, można nawet zaryzykować stwierdzeniem "maślane", wpatrzone w półleżącego Koleusa.
W końcu wóz wkroczył do mieściny. Mijał po kolei najbardziej wysunięte i najbiedniejsze lepianki. Grupka krasnoludów przyglądała się z zainteresowaniem, jakby nigdy nie mieli styczności z koniem, albo, co bardziej prawdopodobne, z czerwonym elfem. Po jakimś czasie karczma wypełzła zza rogu, prezentując się dumnie swym nienagannym wykończeniem pośród biednych, głównie mieszkalnych chatek. Nic się nie zmieniła od tamtego czasu. Bieda większości mieszkańców, niestety, również.
Konie zatrzymały się przy małej, chaotycznie zbudowanej stajni. Deski były nieregularnie przybite, nie równolegle, a byle jak. Sam budynek zdawał się być zaniedbany, rzadko używany.
- No, panowie i panie, dojechaliśmy! - najstarszy elf radośnie zeskoczył z wozu i przeciągnął się. Zaraz potem dołączył do niego Pelio, oglądając całość dobytku i sprawdzając, czy aby nic się nie zgubiło.
- Dobra, Koli, jesteśmy na miejscu - elfka sucho stwierdziła fakt, rozglądając się po okolicy. - Idziesz z nami, czy... coś? Będziemy siedzieć w karczmie, a wyjeżdżamy za parę dni, w zależności od powodzenia w interesach.
Brudny Kufel.
Nazwa parszywa jak cała ta okolica. Bieda, smród i praktycznie żadnych sklepów, gdzie można by kupić cokolwiek.
Ogólnie rzecz biorąc, dół wypełniony śmierdzącym gównem.
Traubor i teraz nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego zahaczył tę wieś na swojej drodze. Nie stała ona na żadnym popularnym szlaku handlowym, a oferowała jedynie parszywe, tanie piwo i klimat samych spoconych roboli, którzy nawet nie mieli ochoty na małą bójkę po spędzeniu całego dnia w kopalni miedzi. Nuda.
Siedział w kącie oberży, wpatrzony w kontuar i w karczmarza, który właśnie nalewał piwo do dwóch kufli, podając je jakiemuś krasnoludowi, który zupełnie nie pasował do otoczenia. Brązowożółty płaszcz sięgający niemal ziemi i nagły refleks światła odbitego w pierścieniu dużo mówiły o bogactwie właściciela.
Kufel świecił pustkami, gromadząc jedynie resztki białej piany na spodzie. Traubor wpatrywał się w resztę spływającej cieczy jak zahipnotyzowany. W sumie trudno było się dziwić: karczma nie oferowała żadnej rozrywki. Co więcej, cała wieś nie miała nic ciekawego do zaoferowania. Żadnego ciekawego ogłoszenia pracy, żadnej okazji do bijatyki, nawet zwykłego burdelu nie było. Zatęchła dziura, ot co.
- Hej - nagły głos przerwał mu rozmyślania. Krasnolud odwrócił głowę: obok niego, dzierżąc dwa pełne kufle piwa, stał ten bogaty gość, który jeszcze przed chwilą stał przy ladzie. Złote włosy i tego samego koloru gustownie przycięta broda oraz dość spora postura wybijały się z tłumu nie gorzej niż same ubrania. - Mogę się przysiąść?
-Jasne- elf uśmiechnął się szerzej. Do karczmy zawsze mógł iść, a nawet zawsze chciał. Zeskoczył z wozu i rozruszał kark po długim śnie. Rozglądnął się po nowym miejscu. Miasto krasnoludów. Ci szersi aniżeli więksi osobnicy zawsze dostarczali tak wiele rozrywki. Mieli wrodzoną niechęć do Koleusa. Tak to odczytał walcząc z kilkoma. Zapowiadało się całkiem pozytywnie
Dalin ochoczo zeskoczył z wozu i wykrzyknął:
-Kurwa nareszcie! - Odwrócił się do elfów i rozpostarł ramiona - Witajcie w Kamieńcu! Mości panowie i pani chodźmy do Brudnego Kufla, czekam tam strawa i napitek. A tobie Caranthirze może uda się ubić interes z Dunnem.
Rudzielec zatarł ręce, a o czy mu rozbłysły, następnie odwrócił się i nie oglądając się za innymi pomaszerował do karczmy.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączył: 30 Mar 2008 Posty: 74 Skąd: Zewsząt
Wysłany: 2011-09-07, 23:42
Krasnolud rozejrzał się po karczmie, spojrzał na pusty kufel i mruknął do siebie.
- Co za kurwa burdel, nawet mordy nie ma komu o...
W tej chwili podszedł do niego bogato odziany krasnolud i zapytał czy może się dosiąść, Traubor zmierzył rodaka wzrokiem i wzruszył ramionami. Nie robiło mu to różnicy, melancholia zakradająca się do zakamarków jego świadomości aż skręcała trzewia, z taką miłą chęcią dokopałby komuś lub chociaż kufel na łbie rozbił... co za pierdolona nuda...
- A siadaj, skoro już raczyłeś przytargać tu dupsko i przyniosłeś piwo, to czasem i kulawemu psu słońce w dupę zaświeci jak to mawiał mój dziadzio.
Odparł na pytanie nieznajomego nie zawracając sobie głowy dalszym obserwowaniem jego postępowania i wrócił do kontemplowania otoczenia i kufla stojącego przed nim. Wykonując to machinalnie głaskał swój topór jakby był małym, puchatym zwierzątkiem, kotem czy innym chomikiem. Traubor traktował swój topór- Perswazję- jak część siebie i uważał go nawet za coś lepszego od wielu żywych istot, szczególnie pierdolonych- elfów-pedałów czy też śmierdzących- jorów- zasrańców.
Caranthir stał w miejscu, co jakiś czas odwracając wzrok ku stajni. Palce nerwowo zaczęły bębnić po drewnie wozu, a zęby raz za razem zgrzytały o siebie, tworząc nieprzyjemny koncert dźwięków. Dalin był pewny, że nic mu nie odpowie, że zamyślił się, ale ten po chwili wypalił:
- E... tak, tak. Idźcie, ja tu jeszcze czekam na gościa od stajni, co miał nam towar przechować, a coś się chyba nie pojawił.
Gdy kończył wypowiedź, zza wozu wyłoniła się dwójka elfów. Jeden z nich był postawnym, umięśnionym mężczyzną, a drugi, a właściwie druga, była niską, dość młodą kobietą. Po chwili cała piątka spotkała się.
- O, jesteście - Caranthir odwrócił się do nich, przerywając muzyczną improwizację. - Dobra, to szybkie przedstawienie: Dalin - Koleus, Koleus - Dalin, Illiz - Dalin, Dalin - Illiz. Poznajcie się i idźcie odpocząć, zaraz was dogonię. Cała czwórka ani nie myślała o zostaniu na zewnątrz. Szybko wparowała do wnętrza karczmy. - Ach, ta gospoda nazywała się Brudny Kufel, a nie Kufel Piwa - wyszeptała elfka po zlustrowaniu szyldu.
Ledwo co otworzyli stare, drewniane drzwi, a od razu zostali zbombardowani zaduchem panującym w oberży. Zapach potu, kaszy i piwa. Nic się nie zmieniło. Dalin poczuł, jakby nagle cofnął się w przeszłość: to samo ułożenie stołów wzdłuż lewej i prawej ściany, ten sam wysłużony kontuar naprzeciwko i ten sam poczciwy karczmarz, jak zwykle skrupulatnie przeliczający gotówkę. Większość stolików była już obsadzona takimi samymi, czarnymi od sadzy krasnoludami, ale dało się wyszukać pojedyncze, wolne miejsca.
- Ej, wy! - wykrzyknął karczmarz. - Nie wpuszczamy tu drowów! Wynocha!
Oba kufle głośno stuknęły o blat stołu, naznaczając go drobinami piany. Krasnolud podsunął jedno z naczyń Trauborowi.
- Twoje zdrowie. Nazywam się Brend i chciałbym złożyć ci propozycję. Szukam ogólnie kogoś, kto jest w stanie operować ostrzem innym niż kilof. Zauważyłem twoją broń, toteż pewnie znasz się na sztuce - krasnolud upił łyk piwa. - Otóż...
Nagły krzyk karczmarza odwrócił uwagę większości przesiadujących, w tym i Brenda. Powodem była czwórka gości w drzwiach, w tym jeden był krasnoludem, a pozostali... mrocznymi elfami? Co do cholery one robią? Wparowują do karczmy ot tak sobie, jakby były u siebie?
Brudny Kufel karczma w której Dalin o mało nie stracił kilku zębów, wyglądało zupełnie tak samo jak przed laty. Nie zmienili nawet ustawień stołów, ba nawet unosił się ten sam zapach - urocza mieszanka potu, kaszy i piwa wywoła potok wspomnień. Szczęśliwych wspomnień beztroskich burd i hulaszczych popijaw. Krasnolud uśmiechnął się pod nosem, jednak uśmiech zerwał natychmiast głos karczmarza.
Ciałem rudzielca wstrząsną gniew. Krasnoludy nie na leżą do ras wybitnie tolerancyjnych, zwykle jednak stosunek do innych wyznacza pieniądz, interes to w końcu interes. Psioczenie na inne rasy to po prostu tradycja. Elfy są uważane za chucherkowate cioty, ale pomylić ciernistego z drowem to duża pomyłka. Ciemnota karczma była porażająca. Dalin wystąpił przed elfy i wrzasnął na całe gardło:
-Kurwa, nie tak powinno witać się gości, zwłaszcza, że są gotowi z tobą ubić złoty interes! Masz do czynienia z ciernistymi elfami, anie z drowami tępaku! Chyba się z baranem na mózgi pozamieniał! Jeśli, który ma problem ze zrozumieniem tego, niech podejdzie i wyjaśni sprawę ze mną DALINEM SZALONYM TOPOREM!!!
Swoje imię wykrzyknął z całych sił, a następnie o miótł wzrokiem całą sale.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum