TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: DaMi
2011-12-28, 17:13
Krajobraz po bitwie
Autor Wiadomość
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-06-18, 09:14   Krajobraz po bitwie

Poznałem w życiu wielu wojskowych. Znałem marszałków, generałów, wojewodów i hetmanów, triumfatorów licznych kampanii i bitew. Przysłuchiwałem się ich opowieściom i wspomnieniom. Widywałem ich schylonych nad mapami, rysujących na nich różnokolorowe kreski, robiących plany, obmyślających strategie. W tej papierowej wojnie wszystko grało, wszystko było jasne i wszystko funkcjonowało we wzorowym porządku. Tak być musi, wyjaśniali wojskowi. Armia to przede wszystkim porządek i ład. Wojsko nie może istnieć bez porządku i ładu.
Tym dziwniejsze jest, że prawdziwa wojna - a kilka prawdziwych wojen widziałem - pod względem porządku i ładu do złudzenia przypomina ogarnięty pożarem burdel.

- ze wspomnień Aldu-Baru, słynnego barda z Miasta Tańczących Świateł


Krajobraz po bitwie
- kroniki Farewella z rodu Earfalas, oraz Lar'raela Imradila


Zarówno Farewell jak i Lar mieli okazję w swoim życiu otrzeć się o prawdziwą wojnę.

Kiedy pięć lat temu całkowicie przypadkowo wpadli na siebie, oraz na oddział patrolujące okolice druidzkiego Kręgu żaden z nich nie spodziewał się, iż przygoda doprowadzi ich do miejsca, którym orcze hordy byłyby w stanie w ciągu chwil znaleźć się w samym sercu Księżycowych Lasów. Że przygoda da im poznać Żelaznego Wilka, słynnego wojownika spod Seilaru. I że wreszcie ta sama przygoda, niezwykła pani, połączy obu wędrowców na następnych długich pięć lat.

Czy to była przyjaźń? Na to pytanie musiał już sobie odpowiedzieć każdy z nich samodzielnie, w głębi własnego serca. Z pewnością była to jednak współpraca, która dla obu towarzyszy była opłacalną. Zarówno Farewellowi przydał się u boku ktoś, kto umie posługiwać się mieczem jako czymś więcej niż tylko paradną ozdobą, wiszącą u pasa niby niepotrzebne obciążenie, zaś Larowi - ktoś, kto miał pojęcie o arkanach sztuk magicznych. I to nawet, jeżeli jego największym ponad-naturalnym osiągnięciem, było wyczarowanie szpilek na czyjejś skórze.

Niemniej jednak, dwoje to już kompania. Drużyna, bez mała. Gdy podróżuje dwójka, można podzielić się obowiązkami, można ustalać warty, można podejmować się zleceń, które dla samotnie podróżującego byłyby całkowicie poza możliwościami. Można, zaraza, od kompana pożyczyć monetę, gdy we własnej sakiewce widać już puste dno.

Dwóch to już drużyna.

I tak już pozostało.

Nawet teraz, pięć lat po ich pierwszym spotkaniu, dało się wyczuć atmosferę solidarności pomiędzy towarzyszami. Solidarnie wędrowali już od kilku dni Księżycowymi Lasami. Solidarnie przygotowali niewielkie wieczorne obozowisko. Solidarnie rozpalili malutkie, niekopcące ognisko, dające choć odrobinę ciepła pośród skutego lodem krajobrazu. Solidarnie wspominali ostatnie lata, planując kolejne...

Lata po wojnie.

Lata po wojnie, podczas których widzieli zarówno całe korowody uciekinierów z pogranicza, jak i całe drzewa przyozdabiane orczymi wisielcami, przywieszonymi wśród ich koron jako ostrzeżenie, dla każdego, kto ośmieli się wejść w te lasy nieproszony. Widzieli zarówno orków uciekających z pola bitwy, jak i całe przygraniczne wioski pomordowanych mieszkańców. Widzieli elfkę, przybitą gwoździami do drzwi swego domostwa, głową w dół i odartą z giezła. Widzieli skłębione, powykręcane, rozczłonkowane w krwawą masę hałdy orczych, zielonych ciał. Widzieli radość mieszkańców Seilaru. Słyszeli o strasznych karach wymierzanych defetystom i dezerterom. Widzieli wiele rzeczy, których te święte lasy widzieć nie powinny.

Przez pięć długich lat nie natrafili nawet na jeden ślad o ojcu Farewella.

Słońce szybko zachodzi w tej części Sorii. W ciągu paru minut kryje się za wierzchołkami pokrytych lodowymi czapkami drzew i pokrywa cały świat nieprzyjaznym, mdłym mrokiem. Nie inaczej było i teraz. Nawet znakomite, elfie oczy, nie były w stanie zobaczyć dalej na odległość kilkunastu metrów od ogniska. Jego miłe uszom trzaskanie dodawało wszelako otuchy, że choć dzisiejszej nocy nie obudzą się na wskroś przemarznięci. Pozostało jedynie posilić się po całodniowym marszu i ułożyć do snu... a z dniem jutrzejszym zastanowić się, co dalej.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-06-19, 00:17   

Kolejny dzień dobiega końca.

Po raz enty słońce znika za nieboskłonem po to, by pojawić się dnia następnego o nowych siłach, gotów towarzyszyć aż do kolejnego wieczora.

Tak... ten cykl Farewell oglądał już setki, jak nie tysiące razy podczas swojej wyprawy. Wyprawy, która miała być kampanią w celu odnalezienia ojca, a skończyło się na czymś zupełnie innym.

Przez bite pięć lat wraz z Lar'raelem krążyli po Srebrnych Lasach. Po wioskach, grodach, pogorzeliskach, miejscach bitew... Widzieli rzeczy straszne, okropne, niesamowite.

Bite pięć lat.

Gdyby Farewell wiedział, że tak to się skończy, to w ogóle nie wychodziłby wtedy z domu w poszukiwaniu ojca. Zwłaszcza, że przez te długie lata nie usłyszał nawet wzmianki o nim. Nic. Nic przez pięć lat!

Uderzył pięścią w ziemię. Jak mógł zmarnować tyle czasu? Niby pomagał, ratował swój kraj, ale on nie był do tego stworzony. Miast tego, zamiast krzątać się po lasach, mógłby siedzieć w rodzinnym mieście, objąć jakąś posadę - cokolwiek, byle by nie być zmuszanym do takich potwornych warunków, w jakich przebywał przez te pięć lat. Mimo tego czasu, wciąż się nie przyzwyczaił. Nadal tęskił za ciepłym łóżkiem, za świeżym, smacznym jedzeniem.

A zwłaszcza tęsknił za rodziną. Za matką, za bratem. Tyle czasu minęło odkąd się ostatnio widzieli. Nie wiedział nawet, czy żyją, czy też są kolejnymi ofiarami wojny z orkami. Wolał o tym nie myśleć. Podtrzymywał się faktem, iż orkowie nie dotarli tak daleko, by zagrozić miastu, w którym żyła rodzina Farewella.

Trzeba w końcu coś zrobić. Dość z łażeniem po Srebrnych Lasach i pomaganiem ocalałym, czy też dobijanie resztek najeźdźców. Teraz, kiedy wojna się skończyła, mógł wreszcie z czystym sumieniem powrócić do rodzinnych stron. Uściskać matkę. Pogratulować bratu sukcesów na uniwersytecie. Wrócić do normalnego życia.

- Wiesz... zastanawiałeś się, co dalej? Myślałeś nad tym, co będziesz robić po wojnie, kiedy wyprzemy już orków z naszych ziem, naprawimy szkody?

Sięgnął do plecaka. Głód dał mu do myślenia, że pora wyjąć po raz kolejny racje żywnościowe z torby, niegdyś mocnej i solidnej, teraz zniszczonej i zużytej.

- Bo widzisz - kontynuował - ja mam zamiar powrócić do domu. Spotkać się po tylu latach z rodziną. Odpocząć w normalnych, domowych warunkach. Po prostu powrócić do rzeczywistości. A potem... a potem chyba wyruszę w dalszą drogę szukać ojca.

Wpatrywał się z uniesioną głową w zachodzące słońce. Po raz kolejny przyjdzie mu nocować w lodowatym, niebezpiecznym lesie. Przydało by się znowu ustalić warty, tak na wszelki wypadek, pomyślał. Lasy wszak nie zostały jeszcze kompletnie oczyszczone z zielonego plugastwa.
 
 
     
Alexisonfire 
Nowicjusz
Święty



Dołączył: 27 Gru 2008
Posty: 44
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2010-06-19, 14:35   

5 lat. 5 lat, w lasach, z których właśnie starał się uciec. Najwyraźniej bogowie nie lubi Lara.

Mimo tego, że został nauczony pomagania innym, walki za swoją ziemię, nie mógł wytrzymać tego lodowatego zimna ani chwili dłużej. Wziął w rękę jeden z patyków z ogniska i zaczął się nim bawić. Przynajmniej nie będzie tak strasznie zimno jak zazwyczaj. Zaczął wyobrażać sobie swoje życie, gdyby nie znalazł się przypadkiem, jakieś 5 lat temu nie znalazł się w karawanie do Księżycowych lasów. Wtedy spotkał Farewella i się zaczęło.

Wspaniałe sytuacje podnoszące na duchu, oraz przyprawiające o szybkie zwrócenie posiłku. Lar przywykł choć nadal to nim poruszało.

Postanowił odpocząć i wyruszyć w kierunku miast ludzkich. Nudził go spokój i harmonia lasów, wolał popatrzeć na prymitywne odruchy pół-małp w karczmach. Z przemyśleń wyciągnął go Farewell.

- Owszem, miałem cichą nadzieję uciec od tego wszystkiego i zaszyć się gdzieś na jakiś czas. Może gdzieś na południe, ewentualnie na wschód.

Spojrzał na elfa wyciągającego swoje racje żywnościowe i postanowił, że potowarzyszy mu w jedzeniu. Odłożył kij do ogniska i wyciągnął swoje jedzenie z worka podróżnego.

Wysłuchał kompana i zaczął myśleć o swojej rodzinie, którą opuścił. Jak to było dawno temu. Poprawił koc na ramionach i zabrał się za jedzenie.
_________________
This is love, this is not treason.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-06-19, 14:56   

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. Nie wiedzieć czemu to właśnie te słowa zdawały się wirować ponad głowami dwójki srebrnych elfów, obozujących wspólnie gdzieś, pośrodku niczego, w szarzejącym, wieczornym lesie przykrytym śniegiem. Wojna dotyka wszystkich równomiernie, zarówno tych, którzy zginęli w boju, padli od zarazy, z głodu, dostali się do niewoli, czy też mieli szczęście przeżyć. Ci, którzy przeżyli, stracili 5 lat życia. 5 lat, które mogli poświęcić na tyle innych zajęć. Na rodziny, naukę, zwykłą pracę. Na oddalenie się możliwie najdalej i najszybciej od wiecznie zlodowaciałych drzew Srebrnych Lasów.

Na cokolwiek, tylko nie siedzenie na zwiniętych derkach, przy ognisku, jedząc zimne, wysuszone paski mięsa z racji żywnościowych.

Co mogliby robić, gdyby nie wojna? Gdyby nie orki? Gdyby nie przypadkowe spotkanie dawno, dawno temu? Na te pytania żaden z towarzyszy nie znał odpowiedzi. Szczęśliwie, nie mogli też jednoznacznie powiedzieć, iż cała sytuacja ułożyła się jednoznacznie źle. Bądź co bądź, żyli, mieli okazję zobaczyć to i owo, oraz zakosztować nieco prawdziwego boju z zielonoskórym bydłem. Ba, mieli nawet okazję podróżować ongi z samym Żelaznym Wilkiem, tym, który walczył pod Seilarem. Poza tym... optymista mógłby rzec, iż "zawsze mogło być gorzej".

Z pewnością, mogło.

Póki co jednak obaj mężczyźni spokojnie spożywali wieczorny posiłek, sumiennie porcjując i żując swoje racje żywnościowe, oraz snuli plany na przyszłość, prowadząc spokojną, wyważoną, jakże typowo elfią - rozmowę. Nic w otaczającym ich, srebrzystym lesie nie zdawało się odbiegać od normy. Noc zapowiadała się nad wyraz spokojna.
 
 
     
Alexisonfire 
Nowicjusz
Święty



Dołączył: 27 Gru 2008
Posty: 44
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2010-06-19, 15:29   

Wpatrując się w ognisko, Lar'rael żuł swój kawałek mięsa i rozmyślał. Spojrzał w niebo, obejrzał się na boki i za siebie. Niespecjalnie lubił sypiać pod otwartym niebem. Zastanawiał się co jutro zrobią.

- A tak w ogóle, to jaki jest cel naszej wędrówki?- te myśli wypowiedział, być może doczeka się odpowiedzi. - I tak na marginesie, to ustalmy kto ma pierwszą wartę. Chcesz pierwszy czy zagramy w papier, kamień, nożyce?-

Wstał na chwilę aby wyprostować kolana, i zmienić na chwilę pozycję. Przeciągnął się, rozmasował pośladki, i usiadł.

- Farewellu, a skoro masz zamiar poszukiwać ojca, to gdzie zaczniesz?-

Skoro już mają tak, siedzieć i patrzeć się na siebie to chwilę przed snem można jeszcze porozmawiać. W przyszłości muszę pamiętać aby zaopatrzyć się w kości do gry na jakąkolwiek podróż.
_________________
This is love, this is not treason.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-06-19, 16:50   

- Cel naszej wędrówki? - powtórzył pytanie towarzysza wiedząc, iż żaden z nich nie zna odpowiedzi na nie - Mieliśmy cel kilka lat temu, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Kiedy to od nas zależały losy całych Leśnych Elfów. Kiedy to właśnie my zamknęliśmy portal w ruinach, ratując setki, jak nie tysiące istnień.

Wgryzł się w swój kawał mięsa. Ten sam posiłek co wczoraj, dwa dni temu, miesiąc temu.

- Ale teraz - kontynuował monolog - pałętamy się po całych Srebrnych Lasach. Niby coś pomagamy, niby przepędzamy reszti orków, ale - spojrzał w kierunku Lar'raela - to nie szczyt moich marzeń. Twoich pewnie też nie. Dawno straciliśmy swoje miejsce w tej wojnie.

- Gdzie miałbym szukać ojca? Właściwie to nie mam dokładnego planu co do niego, ale na pewno nie będę go szukać tak jak przez te ostatnie lata, po okolicznych miasteczkach i obozach.

- A co do warty, to mogę pilnować pierwszy. Nie ma problemu.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-06-19, 18:51   

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Może pięć lat temu, gdy trop był jeszcze w miarę świeży i gdy miało się po swojej stronie pomoc druidów z Kręgu. Znaleźć ojca... teraz, po pięciu latach wydawało się to niemożliwym. Nawet najwyżsi stopniem wtajemniczenia Wieszcze mogliby mieć problem by ustalić gdzie znajduje się dana osoba na terenie Sorii. A przez tyle lat, ojciec Farewella mógł równie dobrze być wszędzie, co od dawna leżeć gdzieś w ziemi. Trop nawet nie "stygł". On zwyczajnie już nie istniał. A brak żadnego, jakiegokolwiek planu, wcale tej sytuacji nie poprawiał. Czymże jest życie, bez żadnego planu? Czym jest pięć lat spędzone bez planu?

Wieczorne szarówki w Księżycowych Lasach miały to do siebie, że nie działały pozytywnie na nastroje.

Jakby na potwierdzenie wszechobecnej melancholii, gdzieś w oddali zawył wilk.

I kolejny.

I kolejny.

Chociaż nie było pełni, a okolica była nad wyraz spokojna i raczej nie słynęła z dzikiej, agresywnej zwierzyny, tak teraz wszędzie wokoło rozległo się chóralne, przeciągłe wycie wilków. A w każdym razie czegoś, co mogło być jedynie wilkiem. Zwierzęta rozbrzmiewały do tej pory w oddali, lecz należało przyznać, iż wysokie nuty ich pieśni budziły niepokój i wywoływały gęsią skórkę na przedramionach.
 
 
     
Alexisonfire 
Nowicjusz
Święty



Dołączył: 27 Gru 2008
Posty: 44
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2010-06-20, 15:42   

Ucieszył się gdy jego kompanion zgodził się bez zbędnych gierek do objęcia pierwszej warty. Postanowił przyszykować sobie miejsce do snu i zdjąć zbroję. Kiedyś usłyszał historię o pewnym paladynie, który idąc spać, zapomniał o pancerzu, który nosił i nazajutrz obudził się nieco zesztywniały między innym w miejscu, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Prychnął z cicha, gdyż historia nadal wywoływała uśmiech na twarzy elfa.

Usłyszawszy, pierwsze wycie wilka podniósł tylko głowę, a następnie wzruszył ramionami. Przecież to norma, las to las, a w lesie żyją wilki, każde dziecko to wie. Gdy jednak wycie z naturalnego dla każdego dziecka, przeszło w niepokojące i budzące panikę, Lar'rael porzucił ideę rozstawania się z pancerzem.

Przysunął bliżej siebie miecz, do tej pory, leżący obok na ziemi i chwycił lewą ręką za pochwę, a prawą położył na rękojeści ostrza.

Wstał, strącając koc z ramion i rozejrzał się dookoła wytężając wzrok. Spojrzał na ognisko. Podobno płomienie odganiają dziką zwierzynę. Spojrzał jeszcze raz, i uznał, że nie ma co polegać na jakże śmiertelnych jęzorach płomieni ich ogniska gdyż wystraszyć się ich mógł jedynie bardzo pijany zając.
_________________
This is love, this is not treason.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-06-20, 16:36   

Farewell podniósł wzrok, słysząć wycie wilków. Nie był to pierwszy raz, kiedy późno w nocy przypominały o swojej obecności. I może było to przerażające kilka lat temu, ale nie teraz. Po porstu kolejna, spokojna noc przerywana hałasem leśnej fauny. Wiadomo było, że dzikie zwierzęta boją się ognia, czy też innych niecodziennych dla nich zjawisk. Że podejdą z niepewnością w oczach, ze strachem.

Widząc reakcję towarzysza rzucił krótkie:

- Spokojnie, to tylko wilki.

Jednakowoż, w głębi duszy sam się czegoś obawiał. Wydawało mu się, iż to nie były zwykłe wilki, tylko te należące do orków.

Farewell słyszał historie o zwierzętach tresowanych przez zielonoskórych. Słyszał, czym się później te zwierzęta stawały. Bezlitosne, nie czujące strachu maszyny do zabijania.

Oby to były tylko mgliste plotki.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-06-21, 22:33   

Plotki plotkami, ale obydwaj towarzysze wiedzieli doskonale, iż zielonoskóry najeźdźca podczas walki używał wszystkich dostępnych środków, które mogłyby umożliwić mu zwycięstwo. Tresowanie ogromnych, bojowych psów z równin porastających Tereny Niezależne było jednym z nich. Co bardziej wojownicze plemiona orcze nie bały się nawet trenować, jako się rzekło, wilków do podobnych zadań. Ba! Elfowie słyszeli nawet, choć podobnego cuda nie było im dane oglądać, iż na wyjątkowo wielkich basiorach orkowie potrafili jeździć, niby na koniach wierzchowych. W te plotki jednak uwierzyć było wyjątkowo trudno. Ciężko nawet wyobrazić sobie wilka, który byłby w stanie na grzbiecie utrzymać grubo ponad stukilogramowego orka w pełnym rynsztunku i do tego być na tyle posłusznym, by dało się nim kierować podczas boju. Niemniej jednak, na samą myśl o podobnych potwornościach, włosy potrafiły się zjeżyć na karku. Tym bardziej, gdy noc akcentował taki ponury koncert.

Wycie, zakończone drapieżną, wysoką nutą, rozległo się ponownie. Tym razem znacznie bliżej. Rychło odpowiedziały mu kolejne, z drugiej strony, również zauważalnie bliżej obozowiska. Można było się łudzić, że to tylko złudzenie, że to tylko zmysły płatające figle, ale prędzej czy później przyjdzie stanąć czoła rzeczywistości - wataha wilków zbliżała się do bohaterów w tempie wykluczającym jedynie ochotę na pobieganie sobie wieczorem po lesie.

Lar'rael siedzący bliżej ogniska przyjrzał mu się nieco uważniej. Z drew, które składały się na jego konstrukcję dało się wydzielić szereg takich, które po wyjęciu z całości płonęłyby jeszcze chwil kilka, niczym prowizoryczna pochodnia. Choć słowo "żagiew" byłoby bardziej na miejscu. Z grubsza jednak, rzucając w kąt nomenklaturę - wiadomo było, w czym rzecz.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-06-23, 00:02   

Nie jest dobrze...

Nagłaśniające się wycie wilczej hordy dawały do wiadomości, iż lepiej nie siedzieć biernie i obserwować co się wydarzy, a raczej wstać i przygotować się do ewentualnego starcia ze zwierzętami.

Tak też zrobił Farewell. Stanął na równe nogi, odwrócił się w stronę nadbiegających skowytów, porwał jeden z płonących drew, stanął za ogniskiem, by oddzielało go od głosów i zaczął rozważać, cóż najlepiej w tej sytuacji zrobić. Spojrzał na towarzysza. Miał nadzieję, iż był on bardziej zahartowany w podobnych sytuacjach, w przeciwieństwie do adepta, który, prócz ostatniej kampanii nosa spoza miasta nie wyściubił.

- Dobra, masz rację - poprawił się - Masz jakiś pomysł, co zrobić?

Przez te pięć zmarnowanych lat nigdy nie przytrafiła mu się taka sytuacja. Zawsze las i żyjąca w nim zwierzyna była mniej lub bardziej spokojna, ale hordy rozwścieczonych wilków to już przesada.

Co tylko potwierdzało tezę o domniemanych orczych wilkach. Albo o czymkolwiek innym, spowodowanym jakimś zewnętrznym czynnikiem. Czyżby to same wilki zostały czymś, bądź kimś przestraszone?

Dopóki walka z orkami trwa, wszystko jest możliwe.
 
 
     
Alexisonfire 
Nowicjusz
Święty



Dołączył: 27 Gru 2008
Posty: 44
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2010-06-23, 11:09   

No to graj muzyko.

Zasłyszał gdzieś to powiedzenie, obserwując pojedynki na arenie. Umieścił na chwilę miecz w pochwie pod pachą, splótł palce i wykonał kilka młynków rękoma, aby uelastycznić nadgarstki. Wyłamał palce i powtórzył ćwiczenie raz jeszcze. Spojrzał na towarzysza i uznał, że pozycja za ogniskiem będzie dogodniejsza. Przeszedł aby stanąć obok Farewella i wyciągnął miecz. Wziąłby jakąś płonącą żagiew jak kompan, ale wolał skupić się na wymachiwaniu ostrzem.

- Nie, nie mam żadnego pomysłu i szczerze powiedziawszy wierzyłem, że ty masz- uśmiechnął się szeroko. Sama sytuacja była stresująca ale jak wiadomo, stres źle wpływa na koncentrację, a tego by nie chcieli.

- Uważam jednak, że jeżeli dotychczas zwierzyna zachowywała się spokojnie, to tym razem musiało ją coś spłoszyć, lub zdenerwować, oczywiście istnieje wytłumaczenie, że to Orkowie je wytresowali aby przeczesywały lasy, ale to głupie.-

Stanął w pozycji szermierskiej i rozglądając się uważnie dookoła, przygotował się do obrony własnego tyłka.
_________________
This is love, this is not treason.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-06-23, 12:30   

W tej części lasów o orkach nie słyszano ani nie widziano nawet śladu od czasów wojny. Ale nawet jeżeli do tego dodać cały uprzedni wywód o nieprawdopodobieństwie wilczej kawalerii, wciąż pozostawało gdzieś, w głębi serca, tudzież na dnie układu pokarmowego paskudne, zimne przeczucie, że zbliżające się do nich istoty nie były przyjaźnie nastawione. A nuż faktycznie to orki? Ze swoimi słynnymi, bojowymi toporami, wzniesionymi ponad głowy i pyskami wykrzywionymi w ryku bojowych mantr? Może to nie wilki wyją, może to berserkerski szał porwał już zielonoskóre ciała do słynnej, bitewnej furii?

Trzask.

Farewell mimowolnie zadrżał, słysząc dźwięk wyłamywanych palców. To Lar'rael kończył rozgrzewkę. Trzask.

I skrzypienie śniegu. Jedno, drugie, trzecie, szybkie, rytmiczne, coraz bliższe. Ktoś zbliżał się do nich gwałtownie. Nie wilk. Był bliżej. Stawiał zdecydowane, szybkie kroki dwiema kończynami. To nie było zwierzę.

Gdy w krąg światła, rzucany przez malutkie ognisko wpadła nagle z cienia ubrana w obszerny, ciemny płaszcz humanoidalna postać, zarówno uzbrojony w płonącą głownię Farewell jak i z mieczem w dłoni Lar gotowi byli już na najgorsze. Postać jednak, będąca w istocie rzeczy bardzo dobrze zbudowanym mężczyzną, zdawała się być równie zaskoczona obecnością elfów, co elfowie - jego.

- Wybaczcie, przyjaciele! - sapnął, dysząc ciężko, jakby po długotrwałym biegu ów osobnik w czystym języku elfim, bez śladu obcego akcentu - Biegłem po prostu ku światłu. Nie chciałem na nikogo tego sprowadzić...

A zanim ktokolwiek zdołał dokładniej wyjaśnić, o czym mowa, z cienia zmaterializował się kolejny, tym razem obły, pokryty gęstym futrem kształt pełen pazurów, kłów i futra. Istota musiała ścigać zakapturzonego. W pełnym pędzie, z wizgiem i rykiem wpadła w okręg światła, rzucając się w jego stronę z wyszczerzonym, wilczym pyskiem pełnym ostrych i szpiczasto zakończonych kłów. Wilkiem jednak istota nie była. W gruncie rzeczy ani Lar, ani Farewell nigdy nie widzieli czegoś podobnego. Choć poruszało się na czterech, umięśnionych łapach i miało kształty z grubsza zbliżone do potężnie zbudowanego rysia, lub innego dużego kota, zdecydowanie było czymś, czego w tych okolicach się nie spotyka. Istota, pokryta była czarnym jak smoła futrem, które imponującym, sterczącym, szczeciniastym grzebieniem pokrywało jej grzbiet. W kłębie mogła mieć do metra wysokości, ale łącznie z ogonem i pyskiem miała nawet dwa metry długości. Dodawszy do tego imponującą muskulaturę, mogła mieć nawet kilkadziesiąt kilo żywej wagi. Żywej wagi pełnej ostrych szponów i długich kłów, które w obecnej chwili nie pragnęły niczego innego, jak tylko zabicia nieznajomego.

Ten nie próżnował. Z iście akrobatyczną gracją uniknął ataku, umykając przed nim w zwinnym półpiruecie. Jeszcze podczas tego manewru w jego dłoni zamigotał srebrzyście długi miecz, dobyty nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy.

- Uciekajcie! To nie ma nic wspólnego z wami, przyjaciele! - zawołał, zamierając w pozycji.

Najwyraźniej będąc już zmęczony dalszym uciekaniem.

Tylko wspomnienie słyszanych nie dawno wyć nakazywało przypuszczać, iż istot tam, w lesie, zbliża się coraz więcej, niż tylko ten jeden osobnik.
 
 
     
Alexisonfire 
Nowicjusz
Święty



Dołączył: 27 Gru 2008
Posty: 44
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2010-06-24, 20:49   

Czekając na najgorsze, Lar'rael obracał nerwowo miecz w obu rękach. Czekał na sieczkę jakich widział już wiele, zastanawiało go tylko jak sobie poradzi kompan, który, powiedzmy sobie szczerze, do największych nie należał. Skrzypienie śniegu, przyprawiło go o szybsze bicie serca, wiedział, że walka się zbliża. Poczuł ściekającą po plecach kropelkę potu, tak bardzo denerwującą, że nie szło jej nie wytrzeć.

Gdy tylko z krzaków wyskoczyła postać humanoidalna, Imradil zdziwił się niemiłosiernie, a zaskoczenie wzrosło gdy okazało się, że to nie był ork. Odetchnął z ulgą, najwyraźniej przybysz nie miał złych zamiarów, a gdy powiedział co go sprowadziło, Lar uznał go wręcz za przyjaciela. Zaintrygowały go słowa nowo przybyłego. Czego nie chciałeś sprowadzić? Miał zamiar zapytać, ale nie zdążył.

Zdziwienie i konsternacja, nie trwały długo. Rozwiało je przybycie kolejnego gościa, który był już nieco gorzej nastawiony do dwunogów. Wyglądało na to, że wilko podobny stwór, miał przyjaciół idących za nim w ślad.

Elf miał zamiar wziąć już sobie słowa uciekiniera, ale coś go powstrzymywało. Może jego honor? Może jego lojalność i chęć obrony innych od zła? Nieważne co to było, ważne, że musiał pomóc temu komuś.

- No cóż, żaden z nas chyba nie ma zamiaru się stąd ruszyć, więc pozbądźmy się zwierzyny i dajmy nogi za pas razem. Byle szybko. -

Nie można powiedzieć, że się nie bał. Bał się i to okropnie. Tylko kretyn nie wystraszyłby się, paczki kłów i pazurów. Podniósł miecz, zamłynkował nim i zamachnął się na stwora. Nie oczekiwał wielkich rezultatów, ale miał nadzieję, że reszta pójdzie w jego ślady.
_________________
This is love, this is not treason.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-06-24, 21:10   

Chwila niecierpliwości. Chwila stresu, czekając na niewiadome. Strużki potu zaczęły mimowolnie przebiegać po kręgosłupie.

I wreszcie.

Z mroku lasu wyskoczył potwór. Farewell już miał układać ręce w inkantacji, ale...
Była to zwykła, humadoidalna postać. A dopiero za nią pojawiła się wielce oczekiwana poczwara.

Wielkie, wilkopodobne coś wskoczyło w zasięg widzenia. Samym swym wyglądem odradzało walkę, a co dopiero z całą ich grupą.

Komendy nieznajomego nie trzeba mu było drugi raz powtarzać. Chętnie by porwał plecak i uciekł, tylko... nie mógłby przecież zostawić go samego. Cholera, czemu nie ucieka?

Rzut oka na Lar'raela. Już było wiadomo, co robić. Odrzucił pochodnę, wyjął dwie igły dla zwiększenia mocy czaru i przystąpił do inkantacji czaru.

Szybko zabić i uciec.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-06-28, 09:45   

Inicjatywa startowa:
Nieznajomy: 36
Lar: 26 (13 w rzucie o pierwszeństwo)
Bestia: 26 (3 w rzucie o pierwszeństwo)
Farewell: 22


Tajemnicza postać, zajęta akurat była całkowicie konfrontacją z bestią, toteż niemożliwym było dokładne przyjrzenie się jej twarzy, oraz temu, co się na niej pojawiło, gdy Lar'rael wypowiedział swoje słowa. Można było jedynie domyślać się, iż była to spora dawka zmieszanego zdziwienia, jak i nie ukrywanego strachu, który brzmiał w głosie owego elfa.

- Wobec tego wszyscy zginiemy! - odparł podniesionym głosem.

Miecz w jego dłoni poruszał się fantazyjnie, mamił, wodził, hipnotyzował, świadcząc o tym, iż postać nie tylko umie się nim posługiwać, ale wręcz jest w tej sztuce niemal wirtuozem. Zwłaszcza Lar'rael, który sam w walce używał ostrza, potrafił docenić, iż ma przed sobą prawdziwego specjalistę w walce bezpośredniej, co w Księżycowych Lasach stanowiło niemały ewenement.

Ułamek sekundy później, nieznajomy zaatakował (PI: 12 / Inicjatywa bieżąca: 24). Nie pozwolił bestii nawet na chwilę odpoczynku po pościgu, ani na podniesienie się po nieudanej szarży. Miecz zamigotał tylko błyskotliwie w powietrzu, kreśląc fantazyjny łuk w powietrzu, na mgnienie oka przed celem zmieniając tor lotu i uderzając z innej, niż pierwotnie oczywista, pozycji. (Test: k20+43=52 / Dmg: 25) Miecz gładko, z sykiem i mlaśnięciem przeszedł przez bok bestii, znacząc ją krwawą, bezlitosną pręgą. W migotliwym świetle ogniska dało się zauważyć, ja nieskazitelna biel śniegu tuż obok cielska potwora zbryzgana została cieniutką, idealnie prostą smużką karminowej posoki. Bestia zawyła z bólu i zaskoczenia. Cios został zadany tak szybko i tak dokładnie, iż nie ulegało wątpliwości - potwór musiał odczuć go na sobie dotkliwie. (2 rany / 4 punkty krwawienia)

To jednak nie był koniec. Chwilę po tym ciosie, przy bestii znalazł się również Lar, z mieczem półtoraręcznym, wzniesionym do ataku. Wojownik musiał z pewną dozą zażenowania zauważyć, iż przy idealnym, wirutozerskim wręcz popisie nieznajomego, jego własny atak wyglądał szalenie niezgrabnie, jak machanie łopatą na roli, a nie walka najdostojniejszą spośród broni białych. (PI: 13 / Inicjatywa bieżąca: 13)

(Test: k20+16=32 / Dmg: 27) Mimo całej swojej niezgrabności, atak odniósł znakomity skutek. Ostrze miecza głęboko i dotkliwie wbiło się w ciało zwierzęcia, raniąc je dotkliwie i znacząc bielutki śnieg kolejną, buchającą obficie czerwienią (3 rany / 6 punktów krwawienia - łącznie 5/10). Raniona istota zawyła żałośnie, wysoko, kończąc ryk rozpaczliwą nutą... po czym przewróciła się ciężko na bok. Oddychała jeszcze. Kłębki pary wydobywały się z jej półotwartego pyska, przykrytego lekką górką śniegu. Mimo to nie ulegało wątpliwości, iż w tej walce istota nie weźmie już udziału. Jedyne, co jej pozostało, to leżeć bezczynnie w oczekiwaniu na śmierć.

Farewell nie musiał już nawet tkać swojego zaklęcia. Krótkie starcie dobiegło końca.

- Ty... - w głosie nieznajomego brzmiała już oczywista i niemaskowana nuta czystego szoku skierowanego w stronę Lar'raela - Ty zdołałeś zranić Wyrsa? Twoja broń jest magiczna?

Wszystko wokoło ucichło. Zbliżające się poszczekiwania i ryki również. Z chwilą, gdy zwierzołak, leżący u stóp dwóch wojowników legł, raniony, na śnieg, cała jego wataha jakby rozpłynęła się w powietrzu. Las pokrył całun ciszy i tajemnicy.

Jako że to jest pierwsza walka 2.0, którą GMuje - rzuty są jawne. Jeżeli taka forma opisywania walk Wam odpowiada - priv do mnie z ew. prośbą, by tak wyglądały wszystkie walki. Jeżeli nie, kolejne starcia będą już utajnione. Za ew. błędy przepraszam.
 
 
     
Alexisonfire 
Nowicjusz
Święty



Dołączył: 27 Gru 2008
Posty: 44
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2010-06-28, 14:31   

Adrenalina uderzyła. Lar gotów był choćby i do dziesięciu takich przeciwników. Gdy zobaczył, ze po jego ciosie istota nie była w stanie dalej walczyć a nawet stać trochę go to zawiodło, ale tylko odrobinę. Spojrzał na bestię leżącą na śniegu i trochę mu ulżyło. Niespecjalnie spieszyło mu się do kontaktu z jej kłami lub pazurami.

Po zadaniu pytania przez tajemniczego, nieznajomego spojrzał na broń, którą wciąż trzymał w ręce. Była zakrwawiona, ale czy magiczna? O tym sprzedawca nie wspominał. Podniósł ją trochę wyżej aby się jej przyjrzeć.

- Nic mi o tym nie wiadomo.- Spojrzał na przybysza - A te Wyrsy to coś magicznego jak mniemam, skoro barwa twojego głosu wskazuje na wysoki poziom zaskoczenia, że zdołałem go zranić.-

Schował miecz, podniósł koc i schował go torby. Drobiazgi, ale warto o takich rzeczach pamiętać.

- Łatwiej będzie nam rozmawiać jak dowiemy się kim jesteś. Ja jestem Lar'rael Imradil, ale mówić do mnie możesz Lar, łatwiej będzie, i myślę, że powinniśmy jednak opuścić to miejsce, jeszcze nie wiem czemu cię TO ścigało, ale zadania nie spełniło to zapewne jeszcze jakieś niespodzianki związane z twoją osobą nas będą czekały, nieprawdaż?-

Czuł, że spełnił na dziś swój obowiązek, uratował kogoś i tylko to się liczyło.
_________________
This is love, this is not treason.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-06-28, 14:51   

Farewell tylko patrzył, jak oręż tajemniczej postaci odgrywał fantastyczny taniec, kończąc na mocnym, trafionym ataku w bok bestii. Potem doszedł Lar'rael. Jego ruchy nie były tak płynne, ale mimo to zdołał również pozbawić potwora resztek sił witalnych.
I to wszystko zanim sam Farewell mógł w ogóle zainterweniować. Szybkie pokonanie bestii było tylko faktem, iż pogróżki nieznajomej persony o rzekomej śmierci wszystkich z nich były bezpodstawne. A las, jak jeszcze niedawno był przepełniony skowytami tych wszystkich "Wyrsów", teraz powrócił do naturalnej, błogiej ciszy.

Szybko schował swój dobytek do plecaka, gotów na opuszczenie obozowiska w trybie natychmiastowym.

Na odpowiedź kompana tylko dodał od siebie:

- Ja z kolei jestem Farewell Eärfalas, adept magii iluzji, do usług. Możasz nam to wszystko wyjaśnić, nieznajomy? - zapytał, jednak bez nuty zgryźliwości.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-06-30, 11:40   

Lar'rael podniósł swoją broń odrobinę wyżej, by lepiej jej się przyjrzeć. Migotliwe światło ogniska odbijało się promieniście w chłodzie naznaczonej plamami krwi stali. O ile zważywszy na okoliczności, broń mogła wyglądać tajemniczo i mistycznie niemal, o tyle zdrowy rozsądek podpowiadał wojownikowi coś zupełnie innego. Miecz ten bowiem Lar posiadał nie od dziś i nigdy przez ten czas nie zaobserwował w nim żadnej, najmniejszej nawet oznaki ponadnaturalnych możliwości. Wątpliwym też się raczej wydawało, by półtorak nagle przypomniał sobie, w środku walki, iż w istocie jest potężnym artefaktem zdolnym ranić odporne na zwykłą broń istoty. Tym samym, poza dokładnym przyjrzeniem się swojej broni, Lar nie zdołał odkryć nic, czego wcześniej by już nie wiedział. Miecz pozostawał mieczem. Ciążył w dłoni, a ciężkie, soczyste krople karminu zbierały się na jego ostrzu, ściekając ku rękojeści.

Nieznajomy znalazł już sposób na wyczyszczenie broni. Po raz kolejny pokazując, iż jest prawdziwym mistrzem w tym, co robi, nie tracił czasu na wycieranie broni materiałem. Po prostu wykonał dwa błyskawiczne, umykające oczom krzyżowe wymachy tak, już śnieg wokół niego naznaczony został cieniutkimi wężykami posoki 'zrzuconej' z ostrza. Tak oczyszczona broń z sykiem spoczęła w znajdującej się u boku pochwie.

- Zjawy Wyrsa... - rzekł nie od razu - ...nie mogą zostać zranione przez nikogo, poza tym, na kogo zostały wysłane. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało ci się jedną zranić. Zaś zranić ją zwykłym mieczem, tym bardziej.

Leżąca u stóp dwójki wojowników Zjawa, jakby również uznając zaistniałą sytuację za wielką, życiową niesprawiedliwość, zacharczała żałośnie. Jak na "zjawę", czyli istotę z definicji - niematerialną, umierała bardzo powoli, wykrwawiając się na śmierć. Bezsilna. Żałosna. Ale wciąż straszna.

Farewell miał z kolei wrażenie, iż termin "zjaw Wyrsa" coś mu mówi. Kiedyś z pewnością, podczas nauk, się z nim spotkał. Gdyby tylko był w stanie sobie przypomnieć...

Obaj towarzysze przedstawili się, po czym z pośpiechem przystąpili do pakowania obozowiska. Przed tym ostatnim powstrzymał ich dopiero głos nieznajomego.

- Imradil i Earfalas...? - po raz kolejny w czasie spotkania, głos elfa zdradził zaskoczenie - Mały jest ten świat, niech to zaraza!

Jeden krok ku światłu, twarzą w stronę bohaterów.

Mały jest ten świat, pełen znajomych twarzy.

Rację miał, wypowiadając te słowa nie nikt inny, jak sam Elseminon, Żelazny Wilk.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2010-07-13, 15:31, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-07-01, 00:40   

Zjawy Wyrsa...

W istocie, umysł Farewella był nie raz zajmowany takimi informacjami podczas zgłębiania wiedzy arkanów magicznych. Szkoda, że nie przykładał wtedy większej uwagi, bo mogło mu się to teraz okazać wielce przydatne. A myślał, że jest to zwykła abstrakcja, na którą osiadły elf nigdy się nie natknie. A jednak mylił się. I żałował, że nie mógł zaświecić wiedzą. Ale zawsze można było spytać starego znajomego.

- Elseminon? Ty...

Cholera, ile piasku się przesypało w klepsydrze czasu od ich ostatniego spotkania? Pomimo lat, młody adept wciąż pamięta tamte wydarzenia, jakby to było wczoraj.

- W rzeczy samej, mały jest ten świat. Widzę, że cały czas gwiazdy oświetlają ci drogę, przyjacielu - rzekł ze szczerym uśmiechem, pomimo zaistniałej sytuacji. Wszak cieszył się że natrafili na kogoś, z którym każda noc, nawet pełna wrogich zjaw, staje się bezpieczna.

Złapał swój plecak, brodząc palcami po skórzanych wykończeniach.

- Opowiedz nam powoli, co się stało. Sentymenty z przeszłości mogą poczekać.
 
 
     
Alexisonfire 
Nowicjusz
Święty



Dołączył: 27 Gru 2008
Posty: 44
Skąd: stamtąd
Wysłany: 2010-07-05, 18:24   

Pospolitość miecza go nie zdziwiła, przecież dał za niego normalną cenę, zaskoczyło go tylko to, że był w stanie zranić przeciwnika.

Zdziwienie Lar'a wzrosło jeszcze bardziej gdy zobaczył twarz nieznajomego, który okazał się jego bohaterem z dzieciństwa, kimś kim chciał zostać jak dorośnie. Nie spodziewał się, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Miał nadzieję na jakąkolwiek rozmowę gdyż ostatnim razem jak się widzieli czasu nie starczyło. Tyle myśli krążyło pod kopułą, ale Farewell go wyprzedził pytając o zaistniałą sytuację. Zatkało go na kilka sekund.

-Witaj, radują się moje oczy.- jedyne słowa które był w stanie z siebie wyrzucić. -Ponawiam prośbę abyśmy wyruszyli teraz, nie mam zamiaru spotkać się z większa ilością zjaw Wyrsa.-
_________________
This is love, this is not treason.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-07-13, 15:44   

Migotliwe, chwiejne światło ogniska tańczyło na długich, nieskazitelnie białych niczym śnieg włosach elfa. Włosach "nieznajomego", który okazał się być wcale dla bohaterów "znajomym". W grającym na polance koncercie półcieni i ognistych refleksów, biel jego włosów wydawała się być wręcz jedyną stałą rzeczą w otaczającym ich krajobrazie. Żelazny Wilk... obaj towarzysze pamiętali niezwykłe okoliczności, które towarzyszyły ich pierwszemu spotkaniu. Pamiętali gorycz, z jaką odpowiadał na ich pytania. Pamiętali skrajnie sprzeczne pogłoski, które w ciągu ostatnich pięciu lat do nich docierały.

Elseminon. Przez jednych uważany za jednego z najlepszych mistrzów oręża, jakiego wydały Księżycowe Lasy. Bohater spod Seilaru, którego mistrzowska strategia i niezwykła postawa na murach obleganego miasta pozwoliły magom zdobyć tyle czasu, ile to było niezbędne, by zbudować Pięść Żywiołów i ocalić tysiące istnień przed orczą armią. Przez drugich uważany wręcz odwrotnie - za zdrajcę i nieudolnego wodza, który odpowiada za śmierć setek elfów pod Seilarem i który, gdyby nie Pięść Żywiołów - odpowiadałby również za zagładę miasta. Wiele, naprawdę wiele opowieści krążyło w Srebrnych Lasach od zakończenia wojny o jego osobie. Komu zaś dawać w nich wiarę? Tego nikt nie był w stanie potwierdzić na pewno. Potrzeba byłoby miesięcy, by oddzielić choć ziarno prawdy spośród niezliczonych plew zwykłego powojennego plotkarstwa a i nawet to nie doprowadziło by potencjalnego poszukiwacza odpowiedzi choćby na trop tego, kim Elseminon naprawdę był.

A teraz stał tu, przed nimi. Dokładnie cztery lata od chwili, gdy, według opowieści, widziano go po raz ostatni, gdy on i grupa jego kompanów odbiła z rąk orczego najeźdźcy miasteczko Mythdenn na Pograniczu. Uciekł, mawiali jedni. Bał się elfiej sprawiedliwości, mówili drudzy. Poległ pod Mythdenn, dodawali trzeci. Twarze poległych pod Seilarem nie pozwalały mu wrócić do domu, słyszeć się dało od czwartych.

A teraz stał tu. W płaszczu. Uzbrojony. Stojący nad ciałem zdechłej bestii. Zjawy Wyrsa.

Mały jest ten świat, niech go zaraza utłucze.

- Nawet nie wiem od czego zacząć... - rzekł nie od razu, obserwując spod półprzymkniętych powiek pakujących się elfów - ...nawet nie wiem też, gdzie chcecie się udać. Uwierzcie mi, że jeżeli zjawy pojawią się ponownie, odnajdą mnie.

Szybkie, ukradkowe spojrzenie dookoła polanki, z dłonią wciąż na rękojeści broni.

- Cokolwiek się tu nie stało... cokolwiek się tu nie stało, mam wrażenie, że odpędziło je na jakiś czas - dodał po chwili.

Wzrok Elseminona z powrotem spoczął na towarzyszach, spakowanych i gotowych do drogi.

- Pozwólcie chwilę ogrzać mi się przy ognisku, a potem możemy iść gdzie tylko nas nogi poniosą. Ja i tak od dawna nie mam już żadnego celu przed sobą. Tylko ucieczkę.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-08-02, 21:13   

Wiele się mówi na temat Elseminona. Jedni uważają go za bohatera, inni za zdrajcę i tchórza. Wielu plotek nasłuchał się Farewell, jednak którym z nich uwierzyć? Czy brać Żelaznego Wilka za przyjaciela czy może za wroga, którego powinno się ścigać po Srebrnych Lasach?
Praktycznie nikt, prócz samego zainteresowanego tego nie wie.
Adepta nie było podczas odtworzenia Pięści Żywiołów. Spotkał go tylko raz, pięć lat temu. I okazał się wybawieniem swojego kraju, kiedy to przy boku Farewella I Lar'raela powstrzymał orków.

Dlatego on, Farewell Eärfalas, uważa i będzie uważać Elseminona za bohatera. I to pomimo tych wszystkich złośliwych plotek, jakie trawią jego myśli.

- Tak więc usiądźmy - skwitował prośbę towarzysza - odpocznij i wytłumacz powoli całą tę zaistniałą sytuację.

Tylko co się przed chwilą stało? Coś odpędziło zjawy, ale... co? Zaklęty miecz odpada, może... może rozbiliśmy obóz w jakiejś... strefie magicznej? Takiej, gdzie magia nie działa?

Siedział tak przy ognisku, w bezruchu, trapiony zaistniałą sytuacją.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-10-20, 14:14   

Trójka elfów przykucnęła bliżej ognia, korzystając jeszcze życiodajnego, ożywczego ciepła, jakie owo gwarantowało. Farewell zauważył, jak jego towarzysz wciąż z dosyć nieobecnym wyrazem twarzy wpatrywał się w ostrze trzymanej w dłoniach broni. Od chwili pokonania Wyrsy, nie odezwał się ni słowem, wciąż wpatrując w ostrze. Zachowanie to, choć budziło pewne podejrzenia co do jego stanu mentalnego, póki co nie zwiastowało jakichś poważniejszych implikacji. Co najwyżej, można je było określić mianem "nietypowego".

Podczas gdy kolejne polana ogniska dogorywały, trzaskając wesoło, kilka metrów od nich zdechła powalona w boju bestia. Ostatnia iskierka życia, czy też energii magicznej, która życie udawała ulotniła się z poznaczonego ranami cielska. Farewell ze zdumieniem spostrzegł, jak w tej samej chwili, gdy Wyrsa wydała z siebie ostatnie tchnienie, jej ciało zamigotało purpurowo, zmieniając swoją konsystencję z cielistej materii, na czystą energię. Przez sekundę, lub też dwie, ciało istoty zdawało się być zbudowane z samej esencji purpurowego światła, uformowanego w kształt zwierzęcia, by po następnym mgnieniu rozwiać się na wszystkie strony świata, jak gdyby w wyniku mocnego podmuchu powietrza. Jedynie karminowa plama krwi, boleśnie odcinająca się na niewinnej bieli śniegu w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą spoczywało truchło nie pozwalała poddać się wrażeniu, iż cała walka była jedynie snem, lub iluzją wywołaną celem zmylenia zmysłów.

Zjawy Wyrsa, gdzie on to słyszał...?

- Moja obecna sytuacja jest równie parszywa, jak ten widok.

Elseminon również spoglądał w tym samym kierunku, co Farewell, przez chwilę kontemplując pustą plamę krwi na śniegu.

- Wygnany z rodzinnych stron. Oskarżony o taką ilość zbrodni, przestępstw i zdrad, iż brakłoby trzech wojen do ich popełnienia. Uciekinier od niemal pięciu lat.

Pogardliwe parsknięcie, połączone z niedbałym wzruszeniem ramion.

- Chyba komuś zaczęło wreszcie mocno doskwierać, iż zbrodniarz wojenny, zdrajca, kolaborant orczy i bogowie raczą wiedzieć kto jeszcze chodzi żyw i zdrów po świecie. Oto efekt.

Żelazny Wilk delikatnie podbródkiem wskazał miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się Zjawa. W jego głosie drżała niemożliwa do ukrycia pogarda i zniechęcenie tym widokiem.

- Słyszałeś kiedyś o Zjawach Wyrsa, przyjacielu? - zwrócił się z pytaniem do adepta sztuk magicznych.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-10-20, 18:49   

Ciało bestii, a dokładnie jej nagłe "zniknięcie", mocno zaintrygowało adepta, upewniając go w przekonaniu o tym, iż rzeczywiście była to istota magiczna. Magiczna, która krwawiła, a więc dało się ją zabić...

- Dużo plotek krąży o tobie - wypalił bez ogródek, jakby odkrył nagle wielce skrywaną tajemnicę, chociaż wiedział, iż Elseminon znał to wszystko już na wylot i dużego wrażenia na nim nie zrobi - elfy mówią wiele rzeczy. Wierzę w twoją rację, ale powiedz mi, dlaczego słyszy się takie plotki na temat Żelaznego Wilka? Wszak takie rzeczy, i to jeszcze w takiej skali, nie biorą się z niczego. Powiedz mi proszę, czy może zraziłeś do siebie jakiś bogaty ród, który podburzył społeczeństwo przeciwko tobie? Że z racji końca wojny bohaterzy zostają zapomniani, odrzuceni w cień, gdyż nie są już potrzebni?

Farewell zdał sobie sprawę, iż chyba przesadził z dosadnością pytań, na jakie powinien sobie pozwolić. Spojrzał się znów na rozmówcę - Wybacz, zagalopowałem się. Nie musisz odpowiadać na te pytania. To nie moja sprawa - spuścił wzrok w żar ogniska - Zjawy Wyrsa... - zamyślił się przez chwilę - niestety, te pięć lat z dala od domu, nauk, sprawiły, iż obecnie nie pamiętam zbyt wiele z tego, co każdy dobry mag powinien wiedzieć. Kiedy tylko wrócę do domu, odświeżę swoją wiedzę. A na razie, mógłbyś mi przypomnieć, czym są owe Zjawy?
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group