Opis:
[...]Dzieciństwo Ronana minęło bez żadnych szczególnych wydarzeń. Matka była zwykłą gospodnią, a ojciec wioskowym drwalem. Ronan nie był wzorowym synkiem. Nie lubił jak mu się czegoś zabraniało. Wręcz każdy zakaz łamał. Od czasu do czasu kijem po dupie zmuszany był jednak do pomocy rodzicom. Żył biednie lecz już jako nastolatek spędzał dużo czasu w karczmach, na festynach i zabawach. Można było powiedzieć dusza towarzystwa. Trochę się zmieniło, kiedy spotkał Cohera. Był to dość stary, zużyty rycerz, były wojownik światła. Przynajmniej tak o sobie mówił. Zafascynowany opowieściami o bogactwach, bohaterstwie i pięknych kobietach postanowił dowiedzieć się czegoś więcej o jego profesji. Ten jednak, dość arogancko go wyśmiał. Jego mina zrzedła, gdy Ronan pewnego dnia ukazał się w parze z koniem ( którego po prostu zwinał spod niedalekiej karczmy ), wytępionym ostrzem w dłoni i kawałkiem drewna, bo tarczą tego nazwać nie można było. Starzec zmienił zdanie. Pokazał mu jak nawiązać więź ze zwierzęciem, jak trzymać rękojeść, wykonywać pchnięcia i co łatwiejsze ciosy. Na tym się jednak skończyło. Pewnej nocy starzec po prostu odszedł, a co lepsze odjechał na koniu Ronana.
Giermek, bo za takiego się już uważał nie poprzestał. Nadal kształcił swoje umiejętności fechtunku. Ciągle też przypominał sobie słowa Cohera: " Idź, nie zatrzymuj się, nie daj się manipulować i myśl głową... "
I choć poszedł, nie ulegał innym ludziom, to jego mózgiem był miecz. W skrajnych przypadkach tarcza. A przepraszam: kawałek drewna.
Niedawno wyruszył. Szedł traktem prowadzącym z miasta do miasta. Dzień dopiero się zaczął, to i słońce za bardzo nie doskwierało. Centralne tereny wielkiego Imperium. Ziemie dość rozmaite, nierzadko cieszące oko. Tym razem nie było inaczej. Ścieżka, którą szedł już dobre parę minut była niezwykle urocza. Zielona trawa z prawej strony, z lewej zaś mały lasek. Nad głową bezchmurne, rażące wręcz błękitem, niebo. Było cudnie... nie za gorąco, nie za zimno, nie za wietrznie.
Za jego plecami wspinały się ogromne mury Dorienburgu. Wyruszył z tego miasta, bo... no właśnie. I tutaj wersji jest kilka. Jedna mówiła o tym, że się znudził, druga o tym, że nie odnalazł tu tego, czego szukał, trzecia, że miał jakiś cel, który wzywał go do Brolnu, zaś jeszcze jedna mówiła o tym, że nikt nie wie, nawet on sam, gdzie, po co i dokąd wyruszał. Jaka jest prawda? Nie wiem.
Droga wydawała się dopiero zaczynać, młody bohater, który miał już swój cel w życiu szedł teraz przed siebie. On wiedział, kim chce być w przyszłości. Wiedział, że będzie dumnym, honorowym i dzielnym rycerzem, o którym najwyśmienitsi bardowie pisać będą poematy i eposy.
Widoczność ograniczała mu mała górka, przez którą prowadził szlak. Czy za nią będą jakieś ładne widoki? Nie był tego pewien.
Do teraz. Gdyż po jakichś dwóch minutach stanął u jej szczytu. Miejsce te zezwalało na zbadanie obecnego krajobrazu, czyli pasma drzew, pól i wiejskich domostw. Jednak nie to przykuło jego uwagę...
Wóz. Był przed nim, jakieś dwadzieścia metrów. A przed wozem stało dwóch przedstawicieli różnych ras. Jeden był człowiekiem, ubranym w jakieś oficjalne, ciemno-niebieskie szaty. Drugim zaś był kransolud, który podlegał stereotypowemu wyglądowi. Wielki miecz na plecach, zbroja płytowa na barkach.
Stał dość daleko, ale dzięki temu, że krzyczeli - słyszał ich.
-Ożesz Ty chuju. Nie na taką kwotę się umawialiśmy!-
Krzyknął rozgoryczony krasnolud.
-Nie obchodzi mnie to! Nie dam więcej, bo nie mam!-
Odpowiedział śmiesznie ubrany człowiek. Zdaję się, że nie przeszkadzała im obecność Ronan'a. Albo po prostu jeszcze go nie zauważyli.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2010-03-30, 22:18
- Wielkie mi kurwa miasto, Dorienburg! - rzucił człowiek, zaraz po tym jak tylko znalazł się na prostej wychodzącej z prowincji. Sam nie wiedział czego tam szukał. Był jednak pewny, że tego nie znalazł. Rytułał ten powtarzał już od pewnego czasu i tak od mieściny do wioski, od karczmy do gospody, tam i z powrotem i znów i znów. W poszukiwaniu niczego.
Miał jednak cel. Świetny, święty z resztą też, wyniosły podniosły i jakże ciężki do zrealizowania.
Błyszcząca, masywna, siejąca postrach wśród złoczyńców zbroja. Długi, zaklęty magicznie miecz. Pawęż, którego pozazdrościł by nadworny książe, czy król nawet. To wydawało mu się nierealne.
Z drugiej zaś strony koń, porządny miecz i tarcza, a nie drewna kawałek, i ciężka zbroja były czymś co Ronan mógł w życiu osiągnąć. Nie myślał o żadnych święceniach, przysięgach i innych taki bogo-podobnych sprawach, bo nie miał o nich pojęcia. To na razie mu wystarczało.
Na horyzoncie pojawił się wóz. Giermek czym prędzej ruszył w jego kierunku.
- Tak! Wyszedłem z miasta i od razu co widzę to kolejnych awanturników - mruknął cichaczem, zanim znalazł się bliżej.
Przyjrzał się dokładniej krasnoludowi i człowiekowi. Taaak. Jakiś śmieszny wojowniczek i jeszcze bardziej zabawny mieszczóch. Pff... Będzie ciekawie.
- Witam, jakiś problem panowie mają? - zapytał w dosyć arogancki sposób, a po chwili dodał akcentując w sposób jakoby było to stwierdzenie - Może jakoś pomóc?
Wcale pomagać nie chciał. Przydałoby mu się jednak kilka dobrych uczynków na koncie. Bo ostatnimi dniami było one całkowicie wyczyszczone.
Szedł. Rozmarzony... zamyślony o swojej przyszłości. O tym, że dorobi się zbroi, zaklętego miecza, solidnej tarczy... marzenia są bardzo ważną rzeczą. To dzięki nim dążymy do czegoś i to właśnie osiągamy.
Ronan, mimo, iż można było go nazwać giermkiem - aktualnie nikomu nie służył. Żadnej osobie fizycznej, a tym bardziej zakonowi. Był wolny.
Tymczasem szedł zawiedziony Dorienburgiem, aż tętnił goryczą i żalem. Nie trudno teraz było poirytować młodego bohatera.
Po paru sekundach zbliżył się do nich na taką odległość, by móc nawiązać spokojny dialog.
Słowa, którymi zaczął nie były najtrafniejsze, ponieważ rozzłoszczony krasnolud uderzył pięścią o wóz, a następnie dodał.
-Nie, żadnego, won!-
Ronan nie zdążył się nawet porządnie zdenerwować, gdyż szybko swoje trzy grosze dorzucił "śmieszny" człowiek.
-Nie, czekaj panie! Przyda się pomoc, przyda! Bo ten wredny krasnolud liczy sobie za posługę zbyt dużo pieniędzy! A widzę, że i z pana jest człowiek, co to para się wojaczką zawodowo, to i może pomógłby pan biedakowi za parę złotych monet?-
Uśmiechał się szczerze i życzliwie, czego nie można było powiedzieć o krasnoludzie. Ten siedział wściekły. Ale nic więcej nie powiedział. Dziwne.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2010-04-07, 17:08
Usłyszawszy słowa jakie wymówił krasnolud i ściślej je analizując Ronan wywnioskował tylko jedno. Kolejna awantura jak się patrzy. Choć ostatnimi dniami były nudniej niż sama nuda by na to wskazywała to giermkowi nie widziało się kolejny raz wyjmować miecza i angażować się w bezsensowną walkę jakich ostatnio mało nie było.
Wiedział doskonale, że karłami bardzo rzadko udaję się się dojść gdziekolwiek drogą dyplomacji i zazwyczaj na jej końcu i tak dochodzi do rozlewu krwi to jednak pozostawiał sobie nadzieję.
Cóż, zacznijmy więc...
- Przepraszam, że się wtrącam - spojrzał tu na nieludzia - wydaję mi się, że jakiś spór panów porusza i może moje obiektywne oko byłoby w stanie pomóc go rozwiązać.
Nie chciał wyglądać na jakiegoś pieprzonego rasistę choć w głębi duszy był przekonany co do winy krasnoluda. Nie chciał i nie wyglądał.
- Może każdy z was opowie mi o co chodzi i wspólnie, pokojowo rozwiążemy ten konflikt.
Nie wierzył to co mówił. Chociaż nawet nie wiedział o co chodzi.
Krasnolud słysząc słowa kupca, przekręcił głowę lekko na lewo, splunął siarczyście, po czym obrócił się na pięcie i poszedł w kierunku miasta, z którego młody bohater niedawno wyszedł.
Nie trzeba być mistrzem dedukcji by pojąć, w jak trudnej sytuacji znalazł się teraz ów dziwny człowieczyna.
-Panie, jestem na pana zdany. Zapłacę sowicie za pomoc, naprawdę! Mieszek pełen złota, co w przeliczeniu daje jakieś... sto srebrników. A może nawet więcej!-
Oczy jego płonęły iskierką nadziei.
Co prawda młodemu bohaterowi zależało na trochę innym rozwiązaniu pomocy, ale to, że sprawa potoczyła się w ten, a nie w inny sposób, nie było jego winą. Po prostu krasnoludy są zbyt dumne, by się korzyć przed człowiekiem, bądź zbyt chytre, by przystąpić na mniejszą zapłatę. Jakby nie było, teraz top właśnie Ronan miał zadecydować o tym, czy pomoże mu, czy nie. Zapłata w sumie nie była jakaś wielka, ale to mogło świadczyć właśnie o tym zadaniu. Nie za trudne, nie za łatwe. Mimo wszystko, na tę chwilę miał naprawdę mało danych, by wiedzieć, czy mu się to opłaca, czy nie.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum