Metoda wędrowania z punktu A do punktu B jest skuteczna głównie wtedy, kiedy osoba podróżująca wie gdzie znajdują się owe punkty. Gorut, krasnolud rzucony w środek Imperium, o jego dokładnej geografii wiedział niewiele, prócz tego że jest ono dużo bardziej płaskie. Sam proces wędrówki gdzie istniały bezdroża był raczej kłopotliwy dla kogoś, kto w górach wędrował przeważnie tunelami i ścieżkami, z których nie dało się zboczyć, głównie z takich względów, że jak nie było tam ściany, to było urwisko.
Wędrówka brukowaną drogą miała swoje zalety, głównie w postaci przejeżdżających wozów, które mogły przemieścić osobnika o kilkanaście kilometrów dalej, co dawało również nieco towarzystwa, choć wymieniane przez nie nazwy Imperialnych miast, nie mówiły krasnoludowi nic.
Słońce prażyło coraz mocniej, głównie ze względu lata w pełni, choć głównym aspektem tego, był fakt że na wschód od wędrującego Goruta rozprzestrzeniała się sporej wielkości pustynia, z której ciepłe fale powietrza atakowały centrum ludzkiego Imperium, jak morski brzeg.
Gdyby ktoś powiedział mu, że zawędruje w miejsce gdzie wystarczy mu jedna para majtek, zaśmiałby mu się w twarz i kazał założyć się o piwo. Cóż zakład ten, ku własnemu niezadowoleniu Gorutheim by przegrał. Obecnie siedział pod wielkim krzakiem, który rósł na stercie kamieni dając mu prowizoryczną ochronę przed palącym słońcem.
Szedł, bo i nic innego nie miał do roboty. Złościł się to co rusz na otoczenie, klął na słońce i tęsknił za swoimi rodzinnymi stronami. Choć nie można powiedzieć, że nie zdarzało mu się być wesołym. Bo i takie chwile go napadały. Cieszył się, że poznaje część świata, której do tej pory nie widział. Te wszystkie drzewa, drogi brukowane, słońce, chmury, trawa, zieleń... to wszystko było takie... wyjątkowe.
Mimo, iż Gorut w ogóle do wrażliwych krasnoludów się nie zaliczał, mimo kilku niedogodności - podobało mu się to, co widział. Gdyby tak jeszcze było troszkę mroźniej...
Ale Ci ludzie to są kretyni... tyle złoża tutaj się marnuje... kurważ jego mać. W moich stronach, za taki piasek dostałbym kupę szmalcu... aż chyba kiedyś kupię wóz, spakuję całą tą pustynię i pojadę do siebie. Zarobiłbym co najmniej na trzy beczki spirytusu... Czyli mógłbym żyć błogo przez cały tydzień.
Schował się za krzakiem, nie przerywając swoich przemyśleń. Tutaj był cień... a cień był namiastką tuneli.
Wyjął swój średni bukłak, w którym to nosił jakże cenny trunek - piwo. Odkorkował go pośpiesznie, po czym zaczerpnął parę łyków. W taki upał piwo smakowało mu podwójnie. Szkoda, że było trochę zagrzane. Ale cóż zrobić, lodówek jeszcze nie wynaleziono.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Cień, przyniósł krasnoludowi osłonę przed słońcem, jednak temperatura powietrza wciąż dawała wiele do życzenia. Krasnolud czuł jak jego całe ciało klei się od potu, zwłaszcza, że okryte futrzaną kamizelką i kolczą koszulką, miast pozwolić oddychać skórze, bezczelnie trzymała całe ciepłe powietrze przy sobie.
Zerkając po okolicy widać było że zieleni coraz, mniej, trawa zaczyna żółknieć, a ziemia pod nogami wypluwa pod lekkie podmuchy wiatru, niewielkie ilości suchego pyłu. Pojedyncze drzewa stały jeszcze tu i ówdzie, i dawały jedyny konkretny punkt odniesienia, co do tego że krasnolud się przemieszcza. Horyzont nie był nigdzie ozdobiony jakimś chociażby najmniejszym budynkiem.
Co bardziej wkurzyło Gorutheima, było to , że bukłak z świętym napojem alkoholowym również tragicznie znosił ów letni gorąc. Piwo było ciepłe, kwaśne i niedobre. Pierwszy raz w swoim życiu kranolud mógł stwierdzić, że pije coś co przypomina ciepły mocz, jakkolwiek taki smakuje. Nawet ludzkie alkohole, mimo znacznie słabszej jakości od rasowych wyrobów bohatera, były całkiem znośne w karczemnych temperaturach. To piwo które aktualnie miał przy sobie zostało tragicznie sponiewierane przez ciepło dnia i skórzany bukłak.
Cóż, wylewać było szkoda, bo to w końcu piwo. Jeszcze jakieś chochoły wyskoczą, czy coś... Cóż, nadszedł czas na poważną decyzję w cieniach krzewu. Grzane piwo nie jest tym samym co ów alkohol trzymany w cieple w skórzanym mieszku. Przynajmniej kubeczki smakowe krasnoluda mówiły mu, że to niestety jego mać nie jest to.
-Co oni tak w tych piecach, kurważ jego mać, grzeją... ciepło tu jak u złotnika. Tam też zawsze piździło takim gorącem... zaraz... a może tutaj jest jakiś złotnik?!-
Szybkie przemyślenie, i szybkie zniszczenie entuzjazmu. Przecież w okół nic nie ma... no, chyba, że złotnik się ukrywa!?
Nie, to też odpada... w końcu taka aparatura rzuca się w oczy... eh, szkoda.
W dodatku te piwo... ciepłe... bardziej ohydne, niźli można byłoby się tego spodziewać. Nie zamierzał znosić katorgi. Póki co, nie odczuwał głodu alkoholowego. Mógł je spokojnie odłożyć na miejsce i wyjąć ten z wodą.
To się dopiero nazywa alkohol kryzysowy....
No cóż. Odkorkował ten bukłak, który zawsze mu się gorzej kojarzył. W końcu pił to, co zwierzęta... gdzie tu przyjemność, gdzie tu smak?
-Kurważ jego mać-
Kończąc te słowa, chlupnął sobie do ust sporą ilość wody. Smakowała jak... nic. Po prostu nie miała smaku. W dodatku była ciepła... też nie najlepsze rozwiązanie. No, ale cóż. Lepsze niż każde inne, w tym momencie.
Siadł sobie w wygodnym miejscu. Nawet najlepszy piechur potrzebuje chwili relaksu i wypoczynku... a nuż ktoś będzie przejeżdżał? Byłoby pięknie. Szkoda, że mało prawdopodobnie...
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Woda była płynem który stosunkowo rzadko był wlewany do krasnoludzkich żołądków. Faktem jednak było, że ów ciecz nadawała się najodpowiedniej do zaspokojenia potrzeb organizmu w obecnych warunkach. Brak w niej jakiegokolwiek smaku, czy też alkoholu nie wywoływało niepożądanych efektów jeszcze większego pragnienia. To nie karczma, w której wywołane słodkawą śliwowicą, czy gorzkim piwem smaki, mogły być prędko okiełznane za odpowiednią opłatą.
Słońce paliło ciągle z jednakową mocą, choć sam oddech Krasnoluda powoli się uspokajał, a jego ciało zaczynało odczuwać już pierwsze efekty odpoczynku. Te jednak, jak na złość, przyjemnymi nie były, gdyż mięśnie które nagle zaprzestały wysiłku stawały się rozleniwione i powoli wpuszczały do siebie nieprzyjemne odrętwienie.
Dzień minął południe około dwóch godzin temu, także do wędrowania w promieniach słońca pozostało krasnoludowi jeszcze z sześć godzin, co albo skończy się tym, że zdechnie z powodu braku zimnego piwa, albo opancerzenie wraz z ubraniem przykleją się na stałe do jego spoconego ciała, a sam będzie mógł się nazwać pancernikiem.
No chyba że coś się zmieni. Na to, póki co, nie było widać perspektyw.
-Nudno tu jakoś... i nawet przeklinać mi się nie chce... ciekaw jestem, jak takie wędrówki przeżywają ludzie, albo te... elfy. Wiadomo, że krasnoludy są najlepszymi piechurami na świecie. A skoro ja jestem zmęczony, to znaczy, że drzewołaz wtenczas kopnąłby w kalendarz ze dwajścia razy. Jak to przyjemnie być taką wspaniałą istotą...-
Mówił sobie po cichutku, sam do siebie. Te przemyślenia były szczere. Gorut naprawdę takie miał poglądy i właściwie dzielił się nimi przy każdej możliwej okazji. Choć nie uważał się za najlepszego we wszystkich możliwych dziedzinach. Wiedział, że ma predyspozycje, by być najlepszym w tym, w czym chce. A jego predyspozycje brały się właśnie z tego, kim był. A był dumnym, wysoko urodzonym krasnoludem. Świetne rokowania na przyszłość...
Jaka szkoda, że to nie tak miało wyglądać jego życie. Że wcale nie uśmiechało mu się jeździć po tych wszystkich pompatycznych ucztach, uśmiechać się do obcych i jadać widelcem. Te ostatnie było najgorsze...
-Dobra, zdejmuję te żelastwo. Chyba nie ma co się obawiać, że napadnie mnie jakiś napalony, skurwiały, elf.-
Czemu gadał sam do siebie? Nie wiedział. Ale nie widział w tym nic złego. W końcu każdy pragnie jakiegoś towarzystwa. A Gorutheim bardzo lubił samego siebie.
Wstał na chwilę, na cierpnących nogach, po czym zaczął zsuwać z siebie kolczugę. Pochylił głowę i tułów, wyprostował ręce, po czym zaczął trząś się jak człowiek chory na epilepsje. To był jeden z najłatwiejszych sposobów na pozbycie się tego żelastwa.
Tarczę położył na ziemi, gdzieś z boku. Baczył jednak na to, by nie leżała w słońcu. Źle się trzyma parzącą tarczę. A bynajmniej tak mu się zdawało.
Następnie odsznurował torbę, wyjął z niej koc i zwijane posłanie. Torba wylądowała koło tarczy. Koc rozłożył sobie w cieniu, bardzo blisko krzaka, zaś z posłania zrobił sobie podgłówek-poduszkę. Teraz śmiało mógł odpocząć... do czasu, aż słońce jeszcze bardziej zajdzie. Przypuszczalnie godzinka, może dwie.
Położył się, tuląc się do topora. Wolał go mieć przy sobie na wypadek nadejścia kogokolwiek.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Szybkie zrzucenie z siebie kolczej koszulki nie było tak szybkie, jak krasnolud się spodziewał. Mimo dość sprytnego sposobu na jej ściągnięcie, Gorut nie wziął pod uwagę siebie, a dokładniej swojej pełnej rasowej brody, która zaczepiła się o sieć metalowych kółek. Przez dobre kilka minut krasnolud próbował się rozplątać, co w końcu mu się udało, choć broda została trochę rozcapierzona. Mógł co prawda wyciągnąć teraz z torby swoją szczotkę i poprawić, ją jednak zdecydował że wieczór będzie na to odpowiedniejszym czasem. A nuż uda mu się dostać do misy z wodą, w której po wypłukaniu spoconej brody dużo łatwiej będzie ją rozczesać.
Gdy krasnoludowi udało pozbyć się ciężkiego żelastwa, oraz rozłożył przy krzaku swój koc, tworząc coś co bardzo laickim stwierdzeniem mogło zostać nazwane obozem, Gorut zadecydował o zrobienie czegoś bardzo pomysłowego. Mianowicie strzelenia sobie drzemki.
Cóż taki sen, nie był czymś bardzo krasnoludowi obcym, a cień i pozbawione zbroi ciało pozwalało utrzymać wokół siebie przyzwoitą temperaturę. Ważne jednak, iż taka drzemka, sama z siebie byłą na pewno rzeczą dużo bardziej przyjemniejszą i mniej męczącą niż podróż w pełnym słońcu.
Syn z rodziny Amdrigarów zamknął oczy i pozwolił sobie odpocząć, cały czas próbując swoim słuchem wyłapać inne dźwięki niż pękająca od temperatury sucha ziemia.
~*~
Gorutheimowi zdawało się że przysnął, jednak ocknął się, gdy usłyszał w oddali ciche stukanie. Odłos podobny do tego jaki wydają podkowy uderzające o bruk. Nie wiedział jeszcze czy cieszyć się czy nie, wszak pamiętał, że śnił coś o piwie. Zimnym i prosto z krasnoludzkich browarów. O tysiąckroć lepsze niż ten ciepły mocz który trzymał w bukłaku.
Zdjął zbroję, przygotował się do spania. Było dobrze... warunki o niebo przyjemniejsze od dotychczasowych... a i tak jakoś spokojnie wkoło. Usnął, zaczął odpoczywać.
Dobrze schłodzone, krasnoludzkie, piwo. Jaka szkoda, że to tylko sen... W końcu w zasięgu miał tylko jakiś ciepły płyn, który mimo swojego boskiego pochodzenia - stracił na tę chwilę swoje walory. Trzeba będzie je gdzieś schłodzić... przydałaby się jakaś rzeczka.
Ale skąd u diabła weźmie tutaj rzeczkę?
Co to, kurważ jego mać, tak stuka? Może jakiś kupiec z Gór Środka Świata jedzie transportując najwspanialsze piwo na świecie? Uh, oby tak było! Wtedy to nawet grosza nie poskąpię, żeby się w takie zaopatrzyć! No dobra, może poskąpię.... nieważne zresztą. Przecież zawsze jest szansa na to, że da trochę za darmo... Ale kto o zdrowych zmysłach podzieliłby się choć kropelką takiego trunku, za darmo? Gr, takich nie ma. Albo i są. Oby ten taki był...... o czym ja myślę, do cholery? To chyba od tego słońca
Wstał szybko na nogi, chcąc zidentyfikować stukot, który go rozbudził. Zapłonął nadzieją, w końcu wreszcie coś się działo.
Rozglądał się, najpierw na lewo, a potem na prawo. Gdy tylko coś dostrzegł, stał spokojnie, by móc dogłębniej zanalizować źródło danego stukotu.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Przebudzony krasnolud żwawo podniósł się na nogi i rozejrzał się na boki. Pierwszy rzut oka został bezczelnie zakłócony przez słonce, które poraziło Goruta, którego wzrok przed momentem odpoczywał w cieniu jego powiek. Głowa obróciła się szybko w drugą stroną z którego hałas dochodził wyraźniej. Była zarówno ta strona świata, z której przybył członek Klanu Oburęcznego Sztyletu. Północ czy coś w ten deseń. Plamy spowodowane słońcem przez moment wciąż psuły bohaterowi wizję i przeszkadzały nabrać jej potrzebnej ostrości.
W końcu, gdy zmysł przyzwyczaił się do powrotu w jasny dzień, przekazał do umysłu Gorutheima obraz dwóch wozów, powoli zmierzających w jego kierunku. Z obecnej odległości bohater mógł zauważyć, że zaprzęgnięte zwierzęta nie są końmi, a jeśli już to jakimiś bardzo okaleczonymi przez matkę naturę. Same wozy natomiast okryte były plandeką z jasnego materiału, która na obecnych terenach dawała woźnicy bezcenny, chłodny cień i zapewne osłonę przed wiatrem noszącym chmury suchego pyłu i piachu.
Goruta jednak najbardziej cieszyło to że w końcu nadarzyła się okazja by przyoszczędzić własnych butów. Gdy wozy zbliżyły się na tyle, by zarówno krasnolud mógł przyjrzeć się woźnicy, i woźnica jemu, Gorutheim dostrzegł jak mężczyzna w turbanie sięga po broń umieszczoną za jego siedziskiem. Wszak nigdy nie wiadomo, co przyniesie ze sobą krasnolud zza krzaka.
- Haji. - powiedział głośno woźnica zatrzymując koniowatego zwierza, a następnie wciąż będąc kilkanaście metrów od Goruta zapytał w języku Imperium – Ktoś ty?
Cholerne słońce... nic nie widzę, kurważ jego mać... jak oni mogą tu wytrzymać? Na powierzchni? Przecież to katorga... jedyną przyjemną rzeczą jest noc. Przynajmniej czuję się bezpieczniej...
Tarł oczy, mrużył, chciał widzieć. Ciężka sprawa... w dodatku był dopiero przebudzony. Spojrzał w stronę kolczugi, tarczy, torby, całego swojego dobytku. Chciał dostrzec ich kontury. Chciał mieć pewność, że nic mu nie zginęło podczas jego drzemki.
Gdy się już upewnił, spojrzał ponownie w stronę... jak się okazało - wozów. Zaprawdę, dziwne stworzenia były do nich zaprzęgnięte... no, ale cóż zrobić - Gorut nie znał się najlepiej na tym, co go otacza. On wiedział, jak wyglądają groźne i bezpieczne tunele, czym różni się stalagmit od stalaktytu. Wiedział, jak rozpoznać złoża żelaza, złota, węgla... bo ta wiedza była wszechobecna jego dzieciństwu, młodości i dojrzewania. A ten świat był dla niego... dziwny. Bardzo ciekawy, intrygujący i tajemniczy... ale dziwny.
Człowiek ubrany był w jakiś turban. Może i by go wyśmiał, gdyby nie to, że miał okazję przekonać się, jakie warunki tutaj panują. Wszędzie ten piach... takie ubranie było ciekawą sprawą. Przynajmniej na tych ziemiach.
Młody bohater umiał się zachować. Szczególnie wtedy, gdy jego dobre maniery pozwoliłyby mu przejechać się na wozie, miast biegać w butach po długich i, pełnych piasku, ścieżkach.
-Witam waść mościa! Jestem Gorutheim Friann Gronmar Amdrigar, szlachcic z urodzenia. Podwieziecie mnie Panie kawałek? Pewien jestem, że wspólny język znajdziemy, a za pomoc ręczę odwdzięczyć się ciekawą opowiastką, bądź wyszukanym żartem!-
Był wielce rozradowany. Spotkał kogoś, kto przy odrobinie dobrej woli, może pomóc mu przetransportować swój dobytek wraz z jego własną rzycią.
-Ah, no i zapomniałbym zapytać o godność waść podróżnika?-
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Prześcieradło zarzucone na ciało z drugą poszewką zawiniętą wokół głowy faktycznie prosiło się o żartobliwy komentarz, a jak wiadomo wszystkie żartobliwe komentarze Gorutheima są trafne i bardzo śmieszne. Zdarzało się jednak już tak, że zwykłe nieporozumienia pozbawiały krasnoluda różnych sposobności, także teraz bohater się powstrzymał. Zamiast tego przywitał się z iście szlacheckimi manierami i wszystkimi znanymi zasadami dobrego obycia. Oczywiście tymi których ludzie nie uznawali, nie wiedzieć czemu, za dziwne, jak na przykład rytualne beknięcia po smacznym posiłku.
Woźnica nie zareagował od razu na jakże szczery i pogodny gest ze strony krasnoluda. Po prostu gapił się bez żadnych gestów w kierunku Goruta, pokazując wszem i wobec, że to właśnie rodowity mieszkaniec gór, ma tutaj właśnie dużo bardziej chojne obycie kulturowe. Po minucie takiego nieodwzajemnionego przywitania, krasnolud już chciał skomentować całą sytuację soczystym 'kurważ jego mać', kiedy z drugiego wozu wyskoczył na drogę młody ludzki chłopaczek.
Młodzian około trzynastoletni, wedle skali ludzkiej co przekładając na wiek krasnoludzki dawało jakieś trzydzieści lat. Ot taki młody wiek, wszystkiego ciekawy. Widząc stojącego na drodze przybysza odwrócił się nagle do tyłu i krzyknął wyraźnie rozradowany:
- Tatko! Tatko! Nie uwierzysz! Krasnolud na pustyni!
I o ile reakcja woźnicy nie wywołała żadnego zamieszania, to po krzykach chłopaka, z pierwszego wozu wyłoniły się jeszcze dwie twarze. Z drugiego wozu natomiast wyskoczyła jeszcze dwójka ludzi, tym razem już w sile wieku. Jeden z nich podszedł do chłopaka i kładąc mu rękę na ramieniu rzekł w kierunku krasnoluda:
- No patrzcie państwo, chyba bogom się coś pomieszało, albo panu ktoś wcisnął tandetną mapę... - mężczyzna podszedł bliżej, tak że znalazł się przy kierującym pierwszym wozem – a ty Areh byś się odezwał szybciej, a nie stajesz i nikt nie wie czemu. Coś chciał? - zapytał na koniec, choć to pytanie było skierowane zarówno do woźnicy jak i samego Goruta.
Wyglądało na to, że krasnolud musiał się powtórzyć.
Zaraz mu wyjebie, jak boga kocham... nie dość, że uchybiam się od skomentowania tego, jak wygląda, to w dodatku ten psi kutasz nie raczy mi nawet odpowiedzieć! Mi, szlachetnie urodzonemu KRASNOLUDOWI! Nie wiem co on sobie wyobraża, ale jak mu wypierdolę, to przynajmniej nie będzie musiał wyobrażać sobie, jak będzie wyglądał bez przednich zębów, kurważ jego mać!
Dość łatwo było go poirytować. W końcu stał i gapił się... bezczelnie. Nie reagując na ciepłe przywitanie ze strony Gorutheima. Nie spodziewał się tego, był mocno rozczarowany. No, ale cóż zrobić, niektórzy są po prostu dziwni i nikt tego nie zmieni, choćby chciał.
Wyszedł jakiś dzieciak. No, jeszcze tego brakowało. Kwintesencja humoru... krasnolud na pustyni, bardzo śmieszne. Boki zrywać, chyba Gorut zaraz padnie z nadmiaru enzymu szczęścia w organizmie...
Chciał już powrócić do leżakowania, dając spokój tym dziwakom, ale zza wozu wyszedł ktoś jeszcze. Na szczęście, o niebo konkretniejszy od osób, które widział do tej pory.
-Ha! Żebym to ja mapy potrzebował do podróży! Idę tam, gdzie mnie noga poniesie, zacny Panie!-
Znów był kulturalny. Musiał, niech poznają jego dobrą stroną... nie uzewnętrzniał w ogóle przykrych odczuć.
-Chciałem prosić o podwiezienie, tam, dokąd waść moście zmierzają... ewentualnie do najbliższej karczmy! Nogi mnie bolą i plecy drętwieją od tych tobołów! W podzięce mogę opowiedzieć parę ciekawych historii... uraczyć trafnym żartem.- Wspominać już o piwie, czy nie? Cholera, napiłbym się, może poczęstują... dobra, poczekam. Dam radę, kurważ jego mać, dam radę. Jak mnie wsadzą na wóz, to wtedy upomnę się o coś do picia. A jeśli nie wsadzą, to ich zabiję i wypiję im piwo! Nie... zaraz... o czym ja myślę? Nie zabiję nikogo za głupie piwo... co najwyżej powiem, że skoro podwieźć mnie nie mogą, to niech chociaż piwa trochę dadzą... a nuż mają zimniejsze od mojego.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
- Ha! - krzyknął mężczyzna i klasnął w dłonie jakby przeniósł się nagle z suchej ziemi Morterry na biesiadną imprezę. - Toć pan trafił. Dwie godziny jazdy stąd jeśli się nie mylę znajduje się już Reslik, także mogę pana zabrać bez obawy że uszczupli pan moich zapasów. A ty Areh odzywaj się szybciej. - zwrócił się do woźnicy pierwszego wozu – ja wiem że słońce grzeje i się wolniej myśli, ale powinieneś się do tego już dawno przyzwyczaić.
Żart. Prawie tak dobry jak te opowiadane przez Goruta, choć prawie w tym wypadku było ogromną różnicą. Przynajmniej w mniemaniu krasnoluda.
Mężczyzna odwrócił się w końcu i zabrawszy chłopaka na ramię powoli ruszył do swojego wozu.
- Niech pan bierze plecak i wskakuje, z tyłu wozu jest drabinka. - gdy pomógł wejść synowi na wóz, obrócił się jeszcze i oznajmił – Jakby coś to jestem Petr. Petr Manius. Od tych Maniusów co to jeżdżą kupują i sprzedają różne różności od dziada pradziada.
Gorutheim przypomniał sobie, że kiedyś do kopalni jego ojca przybył jakiś Manius. Było to jednak dawno na tyle, że mógłby to być pewnie wspomniany przez Petra dziadek, albo jakiś jego brat czy inny kuzyn. Imienia jednak krasnolud przypomnieć sobie nie mógł.
Żart był dobry, a tym bardziej spodobał się Gorutowi, ze względów takich, iż mówił on o osobniku, który nie raczył go nawet powitać. To i słysząc go, uśmiechnął się, pokazując swoje zdrowe, piękne uzębienie.
Z niewiadomych przyczyn, wpadła my do głowy myśl, że musi wyglądać bardzo seksownie, gdy się uśmiecha. Ale nie drążmy tego tematu...
Najpierw poszedł z powrotem w stronę krzaka, gdzie bardzo szybko zaczął wszystko skrzętnie pakować do swojej torby. Podgłówek, koc i tym podobne. Położył jeszcze na chwilę torbe, by ponownie uzbroić się w kolczugę. Trochę to potrwa, ale chyba poczekają na niego te dwie minuty. Gdy już to uczynił, sięgnął po swoją tarczą, nie zarzucając jej sobie na plecy. Po prostu miał ją w ręce. I tak wszystko zostanie wrzucone na wóz.
Poszedł w stronę owej drabinki, by móc wtarabanić się na wóz. Niebywałe szczęście go spotkało... szkoda tylko, że ów handlarz, wspomniał o tym uszczuplaniu zapasów. Miał nadzieję spotkać dobrodusznego człowieka, co to za sprawą swej hojności znany jest we wszystkich zakątkach świata. No cóż, nie ma na tym świecie rzeczy i sytuacji idealnych.
Niezmiennie nie zamierzał się poddawać, najpierw musiał mu schlebić, a potem urzec go tym, co mówi. A nuż da mu kufelek piwa, o, przynajmniej, pokojowej temperaturze...
-Manius, Manius... dałbym sobie rękę uciąć, że ktoś o tym nazwisku handlował z moim ojcem! Z tego co pamiętam- a nie pamiętał, więc blefował. -Interesy układały się nam wspaniale! Ah, postawiłbym zacnemu Panu kufel zimnego piwa, ale nie mam sposobności...-
Jego chciwość i skąpstwo nie znało granic. Nic by nie postawił, to tylko taka gra na uczuciach... musiał jakoś "wywalczyć" sobie te schłodzone, upragnione, niebiańskie... piwo.
-A co do browarka, zacny panie... idę tą drogą, umieram z pragnienia... to co mam w bukłaku jest jakimś ciepłym moczem, a nie złocistym trunkiem! Czuję, jakbym płonął od środka, tracę siłę i chyba długo już nie pożyję... w końcu wiadomym jest, że browar konserwuje kransoluda od środka, daje mu moc życiową, sprawia, że odczuwa radość... no, ale zacny Panie, jeśli Twe zapasy są tak ograniczone, to ja nie śmiem nawet prosić o taki... życiodajny, malutki kufelek nektaru, co to z boską pomocą spłynął na ten świat!
Siła perswazji, może mu się uda... oby mu się udało. Aż ciężko uwierzyć w to, że Gorutheim wywodzi się ze szlacheckiej rodziny. Patrząc na to z boku, można dostrzec jedynie rozpitego, chciwego pokurcza. Acz ten pokurcz miał o sobie zupełnie inne mniemanie. Wiedział, że jest silny, odważny oraz inteligentny i błyskotliwy. Może czasem brakowało mu silnych argumentów... ale za to zawsze miał argument siły. Ot taki sobie, specyficzny, czy nie specyficzny, krasnolud.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Oba wozy cierpliwie czekały gdy Gorut żwawo zabierał cały swój ekwipunek z suchej ziemi. Gdy krasnolud ponownie założył zbroję, szybko przekonał się dlaczego tak ochoczo ją ściągnął. Mimo tego po kilku minutach znalazł się na wozie gdzie biała plandeka rozpostarta na drewnianym szkielecie dawała pokaźną ilość cienia.
Na wozie znajdowała się masa różnej maści towarów. Kilkanaście pokaźnych skrzynek, zwinięte w rulony kolorowe materiały, kilka mniej lub bardziej wypchanych worków. Wszystko to czego można się spodziewać po kupieckim wozie. Do tego prócz Petra kierującego tym pojazdem, dołączył jego syn który siedział na jeden ze skrzyń, oraz drzemiący na balach materiału mężczyzna, który z racji posiadanego pod ręką długiego miecza mógł być uważany za jako taką eskortę owego ładunku. Sam krasnolud przemieścił się z tyłu wozu na jego przód, i tam wciąż siedząc w cieniu zaczął swoją rozmowę z owym Petrem Manius. Ten, gdy usłyszał o handlującym ojcu Goruta z przedstawicielem rodu Maniusów, uśmiechnął się serdecznie i rzekł.
- A tak tak, w Góry Środka Świata też jeździmy, rzadziej niż częściej co prawda, ale jeździmy. Interesy z krasnoludami idą dobrze, nie ma co.
Tutaj Krasnolud czuł, że wraz z wrastającą temperaturą ciała wzrasta jego krasnoludzka duma. Urosła ona na tyle, by jej właściciel zaczął odczuwać potrzebę napojenia jej piwem, czy też innym alkoholem. Odpowiedź Petra jednak nie należała do grona tych, które chciał usłyszeć.
- Piwo? W morterrze? Niestety drogi panie, ale tutaj piwo karczm nie opuszcza chyba że w czyimś żołądku. Bez odpowiedniej chłodni, tutejsze temperatury robią z tego wywaru siki, a z tego co wiem krasnolud sików pić nie będzie. Na wozie mamy jedynie bukłaki z wodą. Alkohol niestety źle wpływa na ludzi przy takiej temperaturze.
Gorutheim wyraźnie posmutniał, brak piwa był czymś strasznym. Czymś tak strasznym, że jedyną bardziej przerażającą wizją jaką krasnolud mógł sobie przywołać na myśl było piwo rozlane.
- A to prawda, że krasnoludy ryją w ziemi własnymi rękami ? - z nienacka zapytał chłopak, wyskakując ze swoją rozradowaną gębą tuż przed oczy Goruta. - Bo pan ma duże dłonie.
- Jani nie dręcz pana. - przerwał synowi Petr i zapytał krasnoluda - To chce pan tej wody? Czy poczeka pan na karczmy w Reslik?
Na początku oglądał towary, które znajdowały się na wozie. Analizował sobie wstępnie, czy są jakieś beczki, bukłaki, naczynia. Nie było, a szkoda. Bo w workach to raczej piwa trzymać nie będą...
No cóż. Przeszedł na przód wozu. Usiadł sobie tam, gdzie była taka sposobność, zarazem starając się nie narażać na promienie słoneczne. Pogoda tutaj jest... mordercza i w ogóle nie korzystna dla krasnoluda. Toć to brak minusowej temperatury jest już upałem, a to co się działo tutaj, było wręcz piekłem. Oby tylko nie skonał w męczarniach otaczającego go gorąca... byle do karczmy.
-Jasne, że idą dobrze! Ba, z pewnością najlepiej!-
Uśmiechnął się szczerze, chlubiąc swoją rasę. Dalej już tylko słuchał, mając nadzieje, że dostanie zaraz kufel zimnego piwa.
Jednak to co usłyszał, przeraziło go na tyle, że przełknął głośno ślinę. Podróż bez krzty alkoholu we krwi? Czy Gorut to wytrzyma? Na pewno będzie ciężko...
-Ba! Nie dość, że mamy duże dłonie, to w dodatku bardzo silne! Grzebiemy rękami w ziemi i wyjmujemy z niej malutkie, pulchniutkie i zieloniutkie dżdżownice, które od razu zjadamy! Tak wygląda cały nasz dzień. I tak przez całe życie-
Zażartował w trochę obrzydliwy sposób. Nie obraził się, w końcu to tylko dzieciak. Trochę przygłupi, bo człowieczy, ale wciąż dzieciak. Małe, trzydziestoletnie krasnoludy są o wiele inteligentniejsze...
Niezmiennie zwrócił się teraz do Petra.
-A niech dręczy Panie, niech dręczy. Ciekawość to ważna rzecz. Dzięki niej można daleko zajść.-
Powiedział, jakby nieco chwaląc dzieciaka. No cóż, nie zamierzał w gościach być nie kulturalny. Niech poznają krasnoluda od dobrej strony. Tym bardziej, że powstrzymywał się i nie klął w ogóle... szczyt wszystkiego.
-Woda... no cóż, ciężko ona przez gardło przechodzi, ale i nią nie pogardzę, jeżeli częstują!-
Będzie pił coś, co jest naturalne i obrzydliwe... straszna wizja. No, ale cóż zrobić. Życie nie jest usłane różami. A nawet jeśli jest, to te róże mają bardzo wiele kolców.
-A w tej karczmie mają krasnoludzki browar? I jakiś udziec barani? Bo właśnie się spostrzegłem, że głodny jestem jak stado wygłodniałych wilców.-
A nuż dadzą mu coś do przekąszenia...
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
- Karczma bez krasnoludzkiego browaru to nie karczma! - odpowiedział Petr podając krasnoludowi bukłak, który do tej pory leżał za woźnicą. - O baraninę może być ciężko, już prędzej jakiś gulasz z wielbłąda albo Birtuga. Choć te w moim mniemaniu sprawują się lepiej jako zwierzęta pociągowe niż żywność. Ale kucharzom nie przegadasz.
- A duże te dżdżownice? I jak smakują? Ale chyba nie jecie ich cały czas? Ja słyszałem ze krasnoludy jeszcze piją dużo wódki i sprzedają złoto. Sprzedał pan kiedyś złoto? Mój tata kiedyś sprzedał taki ładunek skór i dostał grudkę złota, o taką jak moja dłoń. No może trochę większa, ale moja ręka też urośnie. Ale na pewno nie będzie taka duża jak pana. Pan ma paluchy gruby jak te pręty na wozie...
Jani zaczął z dziecięcą ciekawością drążyć temat, z każdym pytaniem podstawiając kolejne. Sam Gorut jednak spojrzał na stworzenia ciągnące wóz, które zapewne okazały się tymi wcześniej wspomnianymi Birtugami.
Birtug.
Brzmi jak nazwa rumu. Ah, krasnolud znów się skarcił za myślenie o alkoholu. O alkoholu myśli się najlepiej gdy się go ma. Kwaśne piwo w zagrzanym bukłaku jednak pod tą definicję podejść nie mogło. Bardziej pasowało określenie 'ciepły mocz'. Czy też nieco artystycznie 'nektar utracony'.
-Niech Ci szczęście sprzyja za te słowa!-
Uśmiechnął się życzliwie. Ktoś, kto docenia potęgę krasnoludzkiego piwa jest niewątpliwie osobą bardzo inteligentną. W dodatku musi być koneserem trunków. Aż mu miło się zrobiło, gdy to usłyszał od przedstawiciela tej, dość zgodliwej rasy, jaką niewątpliwie są ludzie.
-No cóż... spróbuje się i tego wieli.. wlelkgo... wiel.. błęda... i tego Birtuga. Ważne, że mięso. Bowiem tylko ono daje potrzebną do przeżycia w tych czasach energię! No, nie licząc wódki i piwa. No i może wina. I dżinu... i wściekłego psa, serwowanego w karczmie pod Zapitym Żubrem. A, no i jeszcze były nalewki. I bimber. i...- Kurwa. Cały czas myślę o alkoholu....
Mimo wszystko, mówił dość radośnie. Można by rzecz, że szczęście i humor mu dopisuje. Jedzie teraz w stronę karczmy - a nie idzie. Już jakaś zaleta. W dodatku spotkał człowieka, który zna się na rzeczy... źle nie jest. Szkoda tylko, że piwa nie ma... no i znowu pomyślał o alkoholu.
-A nie wielkie są... może wielkości Twojej dłoni. A jak smakują? Znakomicie! Jadłeś kiedyś piasek i kamień? Smakują dokładnie tak samo! Nie, nie jemy ich cały czas. Czasem jemy też robaczki i pajączki. Te drugie wcale nie są takie smaczne... A co do wódki: oj, prawda Ci to, prawda! Ale to nie dlatego, że my jakieś pijaki jesteśmy, czy coś takiego. Oj nie... my pijemy wódkę, bo wódka dodaje nam sił. Ludzie piją wodę, gdy są spragnieni. Taka ich natura. A my pijemy wódkę. Tak nas stworzono i tak już będzie. A co do złota: krasnoludy też ciężko pracują, żeby dostać taką grudkę. A jak już ją dostaną, to szybko ją zakopują w ziemi. A po co? A po to, żeby później, podczas szukania dżdżownic, znaleźć sobie taką grudkę złota. Wspaniałe uczucie, naprawdę!-
Chichotał pod nosem jak dziecko. Miał tylko nadzieje, że ojciec nie będzie miał mu za złe wszystkich tych bzdur, które opowiada jego dziecku.
-Chciałbyś jeszcze posłuchać o krasnoludach?-
Miał nadzieje, że chłopak z wielkim zaciekawieniem odpowie "tak". Gorut przepadał za opowiadaniem swoich historii, bądź tych bezpośrednio dotyczących jego wspaniałej rasy.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
- No jasne że chciałbym! - wypalił Jani rozsiadając się wygodnie wśród towarów na wozie.
Gorut pociągnął jeszcze łyk wody, która może nie rozwiązywała języka tak skutecznie jak dobra gorzała, jednak przy obecnej suchości powietrza i woda była dobra, choćby po to by organizm miał się czym pocić.
Podróż zaczęła upływać krasnoludowi szybciej. Chłopak zadawał coraz więcej pytań, tracąc przy tym ich logiczne powiązania. Gorut sam odpowiadając na tyle, na ile był w stanie, ubarwiał swoje wypowiedzi dość znacznie. Sam Petr czasami śmiał się radośnie słysząc jak krasnolud opowiada jego synowi niestworzone historie o burzeniu murów beknięciami, czy tworzeniu mieczy z kamienia gołymi rękami. Chłopak jednak był zafascynowany opowieściami na tyle by prócz kolejnych pytań nie odzywać się wcale, a ze skupieniem wsłuchiwać się w odpowiedzi krasnoluda. Także od dłoni temat zszedł na fortece, później na olbrzymy. Z olbrzymów szybko zrobiła się rozmowa o mieczach, by po chwili zahaczyć o krasnoludzkie gry, i w końcu przejść do śniegowych zjaw i chochlików mieszkających w tunelach. Sam Gorut miał z owej rozmowy sporo radości, a i sam zdziwił się jak zgrabnie potrafi rozmawiać z dziećmi bez używania przekleństw.
- To ten kac to taki skrzat co kradnie wam wódkę? - zapytał Jani w trakcie rozmowy. Nim krasnolud jednak odpowiedział do rozmowy włączył się Petr.
- Tego skrzata pewnie i sam spotkasz nie raz synu. - powiedział woźnica odwracając się do wnętrza wozu, po czym skierował swoje słowa do podróżującego z nim krasnoluda: - Widać mury Reslik. Za pół godziny czeka pana karczma.
Karczma. Obiekt który na suchych ziemiach Morterry był dla Gorutheima czymś w rodzaju życiodajnej oazy i duchowej świątyni w jednym, czuł że zaszaleje i wyda tam o jedno piwo więcej niż zwykle. No może o dwa.
-Oj, święte słowa Panie Petr-
Dodał do wypowiedzi ów człowieka na temat skrzata. W sumie to słowa "Panie" użył w bardzo specyficznym kontekście. Nie jest to żadna, drętwa forma grzecznościowa. Po prostu czasem miło jest użyć takiego określenia. Nadaje to ciekawego wybrzmienia wypowiedzi. Niezmiennie zdziwił się, skąd wiedza chłopca na temat kaca, który to kradnącym wódkę skrzatem jest. Dziwna sprawa... a zarazem przykra. No cóż, kiedyś, zapewne mimo zakazu ojca - przyjdzie mu się przekonać czym ten kac jest. A wtedy nich mu woda miłą będzie.
-Ha! Rad jestem, że już niebawem dotrzemy do tej upragnionej karczmy, ale żal mi wielki zarazem pozostawiać tak doborowe towarzystwo... nie zawitacie, aby ze mną do tej karczmy? Napilibyśmy się, pogadali, pożartowali, może jakąś dziewkę wyrwali na jedną noc... a, no właśnie. Zapomniałbym zapytać - są tam jakieś ładne karczmienne kelnerki? Bo jak to mawiają w moich stronach... siła w lędźwiach jest, a nie ma gdzie jej spożytkować.-
Nie mówił dosadnie. Nie chciał zgorszyć dzieciaka. W końcu rodziciel, którym przypuszczalnie jest Petr, mógłby mieć żal do Gorutheima za demoralizowanie młodego pokolenia.
-A chłopaka można gdzieś pod opiekę zostawić. Ewentualnie w karczmie zamówić mu mleko z miodem i niech się cieszy z życia!-
Gorut, mimo, iż wydaje się być gruboskórny i mało sympatyczny - w istocie potrafił być bardzo przyjazny. Łatwo się przywiązywał, a gdy kogoś już naprawdę lubił - był lojalny na zabój. Stereotypowy wzór krasnoluda. Może być Twoim najlepszym przyjacielem, ale też może stać się zaciekłym wrogiem.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Petr uśmiechnął się szerzej, jednak musiał krasnoludowi podziękować za tak hojną propozycję wspólnego napitku: - Niestety dobry Panie, ale trzeba nam będzie najpierw wypocząć po podróży, a później czym prędzej zabrać się za to co Maniusy robią najlepiej czyli za handel. Ot biznes jest jak ten bąk, co go trzeba kręcić bo inaczej upadnie.
Gorut słyszał co najwyżej o puszczaniu bąków, tudzież o ich zbijaniu czy to w sensie czynnościowo praktycznym czy też dosłownym zawierającym w sobie pomoc odpowiedniej packi, czy też podeszwy buta.
- Mimo tego dziękuję za propozycję i gdy czas pozwoli a kieszeń będzie potrzebowała zrzucić na wadze to nie widzę przeszkód – dodał kupiec po chwili widząc zamyślenie na twarzy krasnoluda. - Reslik jest na tyle duże, że na pewno znajdzie pan kogoś do towarzystwa, choć wątpliwe by był to ktoś z pana rasy. Bez obrazy, ale sam pan widzi i czuje że tutejsza temperatura nie sprzyja komuś kto większość życia spędza w chłodnych i wietrznych górach.
No tutaj Gorut musiał się zgodzić. Jego grube ubranie, wraz z równie hojną warstwą tłuszczu były przyzwyczajone do oddawania ciepła na zewnątrz, a nie pobierania jego znacznych ilości. Syn rodziny Amdrigarów takie temperatury odczuwał co najwyżej w kuźniach, jednak pracujący tam kowale często byli bez wierzchniego okrycia i pracowali w samych spodniach. Na terenach Morterry na szczęście ogień nie buchał znienacka, także nie trzeba się było martwić o zapłon brody. Sama jednak mieszanka potu i ciepła sprawiała, że tego dnia ów tradycyjny zarost trzeba będzie przepłukać dokładniej by nie zasiadły tam żadne małe pasożytnicze cholery.
- A co to te lędźwie? - Zapytał Jani, gdy tylko wyczuł moment wbicia się w rozmowę dorosłych - To jakiś lew i niedźwiedź w jednym? Się powinien nazywać raczej lewdźwiedź, albo niedźlew. - powiedział po krótkiej pauzie werbalizując tok myślenia dziesięciolatka.
-Szkoda, wielka szkoda. Rad jednak jestem, że miałem okazję podróżować z tak zacną personą i jego familią.-
Skinął lekko głową. Musiał okazać jakiś szacunek. Chociażby z faktu, że ten człowiek okazał się być na tyle wspaniałomyślny, że pozwolił mu się z nim zabrać. Ba! Uraczył go nawet wodą i cieniem...
Jedyne, czego mu teraz brakowało, to chłodnej knajpy, porządnego napitku, o którym myśleć przestać nie mógł i obfitej strawy. Która też mu po głowie chodziła... no cóż.
-Może los da i spotkamy się w dogodniejszych warunkach. A wtedy nie będziemy stronić od przeróżnych trunków i kobiet! Ba, będziemy się bawić do białego rana! Obyśmy tylko nie musieli czekać wiele lat do takiej okazji.-
Mówił radośnie. Miał dobry humor, i chyba ciężko byłoby mu go przyćmić. Po chwili, słysząc wypowiedź i wywód młodego chłopaka, uśmiechnął się szczerze.
-A wiesz, że nie pomyślałem? Tak się składa, że znam kogoś, kto odpowiada za wymyślenie tejże nazwy. Zasugeruję mu tą, którą Ty mi teraz przedstawiłeś. Na pewno się zgodzi!-
Ależ dzisiaj podbudował tego chłopaka... Gorut ewidentnie pokazywał się tym ludziom od swojej dobrej strony. Upewniał ich w przekonaniu, że krasnoludy są najwspanialszą rasą na słońcu. Bo z pewnością byli tego przekonani... kto by nie był?
Włożył dłoń między kolczugę i lnianą skórę, przejeżdżając dłonią po swojej skórze.
-Potworny upał... potworne ubranie, na takie warunki. No cóż, w karczmie będę musiał się tego pozbyć. -
Mówił, mimo, iż niespecjalnie ich to interesowało.
W dodatku ta broda... z pewnością otoczenie jej nie sprzyja. Będzie musiał ją dokładnie wymyć i wyszczotkować. W końcu jest to tak ważny element... można by rzec, iż jest to wizytówka każdego, jak to złośliwie mawiają - pokurcza.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Dłoń Goruta wsunięta pod pancerz odczuła pod sobą nic innego jak nagrzane ciało mokre i klejące się od potu. Temperatura wciąż była daleko od poziomu tolerancji organizmu górskiego krasnoluda i nic nie wskazywało na to by miała się ona szybko zmienić. Ziemia otaczająca drogę odznaczała się dość sporymi brakami, co udzieliło się również niebu, gdzie brakowało choćby najmniejszej chmurki.
Krasnolud westchnął głęboko zrzucając z siebie na moment poczucie nadmiaru ciepła i równie uciążliwego braku alkoholu. Jedynie coraz wyraźniejsze kształty miasta przed nim, napawały go nadzieją na to że dzień zakończy ze odrobiną swoich rodzimych standardów.
Przez pewien czas opowiadał jeszcze Janiemu o wszystkim i o niczym, wprowadzając chłopaka po raz kolejny to w zdumienie, a to w niedowierzanie. Po pewnym czasie ponownie przerwał im Petr.
- Widzę, że przed bramą stoi kilka wozów – oznajmił kupiec, i faktycznie Gorut mógł dostrzeć krótką kolejnę przed bramami miasta – pewnie sprawdzając co się tam wwozi. Niech cholery środka pilnują, bo tam też pewnie partactwo i złodziejstwo. - mruknął wyraźnie oburzony kontrolnym postojem. Uspokoił się jednak dość szybko i zwrócił do Gorutheima – Pan mógłby spokojnie zejść i przejść przez mury normalną bramą, wędrowców raczej nie sprawdzają. Bo pewnie przy tych kontrolach to zejdzie jeszcze z dwie godziny.
-Zostałbym i dotrzymał towarzystwa, ale... porządnej kąpieli, porządnego cienia i porządnego piwa potrzebuję w chwili natychmiastowej, bo inaczej skonam! Stokrotne dzięki za to, że mnie tu przywiozłeś, Petr!-
Kończąc ów słowa zarzucił sobie torbę na plecy, po czym w iście nonszalanckim geście podrapał się po głowie.
-Jeszcze tylko o drogę spytam, cobym wiedział, jak dostać się mogę do tej karczmy. Nasamprzód dodam, że nie znam się na tych waszych miastach i szyldach i bez dobrej, konkretnej rady mogę błądzić całą wieczność! Albo i dzień dłużej!-
Kolejny żart ze strony Gorutheima. Czekał na odpowiedź, w miedzy czasie zakładając sobie tarczę na plecy i przyczepiając topór do pasa.
A co do broni, jaką posługiwał się Krasnolud - był z siebie dumny. Mało kto potrafił unieść tak tęgi oręż jedną ręką. A co dopiero dobrze się nim posługiwać. On od dziecka był silny i nikt nie był wstanie tego zaprzeczyć. Ale lepiej, gdy ktoś swoją siłę potrafi połączyć z techniką... a to potrafił, choć trochę.
Lubił, gdy ktoś na niego patrzy i stwierdza, że widzi niebywałego mocarza. Lubił, gdy go podziwiano... ah, cały Gorut.
Mimo, iż był niski i dość tęgi - jego postawie i budowie niczego nie brakowało. Był silny, porządnie umięśniony... potocznie można by rzec, iż jest z niego "niezły byczek".
Niezależnie od tego, co o sobie sądził - w tym momencie żal było pozostawiać takich bratnich towarzyszy. Gdy tylko już wiedział jak dotrzeć do oberży - zdjął prawą rękawicę i wyciągnął rękę w stronę Petra, na wznak swojej wdzięczności. Miał w zamiarze uścisnął dłoń owego człowieka. Nie każdy zasługuje na taki szacunek...
Potem wystawił tą samą dłoń w stronę młodego chłopaka.
-Jak kiedyś będziesz w górach, to pytaj o Gorutheima. Jeżeli tylko będę w rodzimych stronach - pokażę Ci jak wygląda dzień dla krasnoluda...-
Uśmiechnął się życzliwie, zszedł z wozu.
-Pamiętaj drogi Petrze. Jak tylko będziesz miał jakieś kłopoty - śmiało możesz mnie szukać. Mam u Ciebie dług wdzięczności, który spłacę bez żadnego zastanowienia! Żegnajcie!-
Krzyknął na odchodne, po czym skierował się w stronę miasta. A konkretniej - karczmy. Sprawdził jeszcze raz, rękami, czy wszystko zabrał. Humor mu dopisywał i chyba nikt nie będzie wstanie tego zmienić. No, chyba, że postarałby się w sposób bardzo wyjątkowy... ale oby tak nie było. Ponieważ gdy humor udziela się Gorutowi, to i wszystkim się udziela. Nie szuka zaczepki, nie bije za byle obraźliwe słowo skierowane do niego. No, chyba, że te słowa uwłaczałyby jemu, jego matce, bądź jakimkolwiek tworom, które wydostały się spod rąk krasnoluda.
Był już tak blisko celu... oby tylko dotrwał. W myślach wyobrażał sobie już jak sięga ręką po kufel zimnego piwa, z jego rodzimych stron. Oby tylko wodą nie rozcieńczali...
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Gorutheim na myśl o piwie i kąpieli całkiem żwawo przerzucił na plecy całe swoje wyposażenie. Gdy zapytał Petra o drogę do jakiejś karczmy w Reslik, kupiec odpowiedział mu.
- Panie karczm tutaj będzie ze dwadzieścia jak nie więcej na pewno pan znajdziesz, wystarczy popytać już za murami, albo poszukać miejsca z którego czuć śmiechy i alkohol. Zresztą nie wierzę by krasnolud nie poradził sobie ze znalezieniem karczmy.
Petr odwzajemnił uścisk dłoni, życząc bohaterowi powodzenia, co odnosiło się zapewne do udanego wieczora, jak i dalszego, pełnego przygód życia. Również chłopak podziękował za wszystkie historie i obiecał że poprosi ojca o podróż w góry.
Gdy wozy już stanęły w kolejce Gorut przeszedł na jego tył omijając wszystkie zgromadzone tam przedmioty, oraz drzemającego strażnika, z którym nie zamienił ani słowa, choć skinął mu głową na do widzenia. Następnie korzystając z tej samej drabinki którą na wóz wszedł, opuścił go. Gdy buty ponownie dotknęły stabilnego gruntu krasnolud ruszył wzdłuż kolejki wozów w kierunku bram miasta. Większość karawan było zaprzęgniętych w te dziwne stworzenia zwane Birtugami. Były tam także dwa konie, choć widać było po tych zwierzętach że znoszą upał równie paskudnie co krasnolud.
Mury miasta miały na celu raczej ograniczenie jego terenu, niżeli jakąkolwiek wartość obronną. Ot nie większe niż cztery metry spokojnie pozwalały dostrzec dachy co większych budynków znajdujących się w środku Reslik. Wykonane z jasnych kamieni, choć może wyblakły one od tego cholernego słońca, stanowiły jednak kawał całkiem porządnej budowlanki. Rzekło by się krasnoludzkiej, choć Gorut nie mógł stwierdzić by chciało mu się pracować przy takiej temperaturze. Chyba że do pensji dawano kufel zimnego piwa co pół godziny. No może godzinę, bo wszak robota też wymaga swojego tempa.
Obok dużej bramy przed którą stała kolejka kupieckich wozów znajdowało się mniejsze wejście przy którym z prawej strony wystawała kanciata dobudówka, będą zapewne posterunkiem odźwiernych strażników. Po przeciwnej stronie, to znaczy na lewo od większej bramy znajdował się identyczny, acz proporcjonalnie większy, element architektury.
Gdy krasnolud zbliżył się do wejścia, jego uwagę zwrócili dwaj strażnicy pilnujący mniejszej bramy. Na rękach i nogach było widać elementy łuskowej zbroi, choć większość tułowia okrywała luźna biała tunika z herbem imperium na piersi, przepasana czarnym skórzanym rzemieniem. Z podobnego materiału wykonane były nakrycia głowy żołnierzy, przypominające swoim kształtem kolczy kaptur, jednak wykonane jedynie z lekkiej białej tkaniny. Uzbrojeni byli w halabardy, choć były one tutaj raczej jako element dekoracyjny którym ewentualnie można kogoś zatrzymać na dystans, niżeli konkretne uzbrojenie, którym zdecydowanie był wiszący przy pasie gladius.
- Hola, kogo to moje oczy widzą! - powiedział jeden ze strażników, który miał wchodzić do posterunku przy bramie jednak zatrzymał się widząc Goruta. - A niech mnie ktoś uszczypnie, bo widzę krasnoluda na ziemiach Morterry.
Drugi który do tej pory siedział w cieniu bramy wystąpił dwa kroki do przodu by lepiej przyjrzeć się przybyszowi.
- Faktycznie, mamy tu przedstawiciela krasnoludzkiej rasy! - ze zdziwieniem potwierdził żołnierz – W jakim celu przybywacie brodaty przybyszu. Czybyście byli rodziną Hergemana?
O Hergemanie Gorut wcześniej nie słyszał, choć z faktu mówienia o nim jak o rodzinie, krasnolud mógł stwierdzić, że był to przedstawiciel jego rasy. Zapewne bardziej znany, skoro mówi się o nim przy bramach na widok innego mieszkańca gór. Albo jedyny w tej okolicy. To też mogło mieć na to wpływ.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum