TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: DaMi
2012-03-15, 19:47
[Legenda] Fanatycy
Autor Wiadomość
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-09, 20:28   [Legenda] Fanatycy

W karczmie, wieczorową porą, nigdy nie brakowało ludu. Stała klientela, jak codziennie, zajmowała stałe miejsca, by, sącząc te samo co zawsze trunki dyskutować zawzięcie na te same tematy z nie słabnącym zapałem i zacięciem. Nieliczni, nie będący miejscowymi, zadowolić musieli się, jak zwykle, tymi miejscami oraz tymi trunkami, które im pozostawiono. O włączeniu się w dyskurs nie było nawet mowy.
- Nie! – brodaty jegomość w skórzanym kubraku trzasnął drewnianą stągwią piwa o stół – Przecież to było całkiem inaczej! Co mi tu, kumie, opowiadasz! Dyć każde dziecko wie, że ta historia wyglądała całkiem inaczej!
Siedzący po drugiej stronie okrągłego stolika, szpakowaty człowiek o ogorzałej, pooranej zmarszczkami twarzy oburzył się setnie, czerwieniąc się i wydymając policzki.
- Nosz do czorta, przeca mówię! – odkrzyknął nie mniej głośno – Tak było! Słyszałem to od kupca, który z Mythdenn w zeszłym tygodniu bale sukna wiózł ku Dorienburgowi! Tak mówił, jego słowa, mój teść, co tego dnia ze mną na polu był potwierdzi! Demonica Gori o biuście legendarnym, co to niejednemu już zalotnikowi łeb urwała, oraz elf, Farewell, potężny a możny pan z Księżycowych Lasów! Razem podróżowali!
Wśród zgromadzonych w karczmie osób rozległ się szmer poruszenia.
- No co za bzdura! To nie tak! Toć każdy zna opowieści o tej dwójce! Oni nigdy się nie spotkali!
Głosy rozległy się zewsząd.
- Panie Rabenspuck, tosz to bujda, bzdura i, za przeproszeniem, gumno wyssane z palca to, co nam tu gadacie… - spokojniej już dodał brodaty jegomość.
Szpakowaty prychnął z lekceważeniem.
- Nie chcecie słuchać, to nie słuchajcie. Jazda do domu, żonie plecy dobrze kołdrą obkładać. Zaś tym, którzy chcą, ja opowiem zgoła niezwykłą historię o tej dwójce…




FANATYCY
Legenda Gori Lilai Kyo, oraz Farewella z rodu Eärfalas



(dla potrzeb sesji uznaje się, iż legenda ta ma miejsce PRZED wydarzeniami przedstawionymi w Waszych sesjach wprowadzeniowych)



Tereny niezależne od dawien dawna były domem i azylem dla wszelkiej maści wyrzutków i banitów, którzy czy to z woli własnej, czy to z przymusu zdecydowali, iż nie chcą dłużej spędzać czasu na swych rodzinnych ziemiach. Wszyscy ci, którym nie straszne było widmo wędrowania przez ciągnące się dniami stepy i morza traw, poprzecinane nielicznie drobnymi laskami, oczkami wodnymi, czy regularnie wysychającymi strumykami, właśnie tu mogli poczuć się wreszcie w prawdziwy sposób wolnymi. Z dala od cywilizacji i jej zgiełku, bliżej natury, bliżej samego siebie… Rzecz jasna, świadomym należało być faktu, iż nie były to ziemie bezpieczne i pociągające dla każdego. Szansa upolowania tutaj czegoś na obiad była nie mniejsza niż ta, że samemu zostanie się przez kogoś, lub coś upolowanym. Z kolei ryzyko wpakowania się na wciąż zmiennie wędrujące plemiona dzikich, koczowniczych orków również należało do niemałych.

Jak to mawiają, coś za coś.

Wszelako, jedno prawo cywilizacji, uniwersalne w skali kosmicznej, miało zastosowanie nawet do tak odległych i dziewiczych w swym jestestwie ziem, jak te. Prawo karczmy.

Wszędzie tam, gdzie regularnie w większych ilościach podróżują istoty lubiące karczmy, karczma prędzej czy później powstanie. Z kolei karczma, w której podróżujący zatrzymują się często i chętnie pociągnie za sobą w efekcie reakcję łańcuchową, krążącą wokół pieniądza. Obok karczmy pojawi się stajnia. Później kowal. Jakaś większa farma. Ostrokół dla bezpieczeństwa. Domostwa. Nie mija parę latek, mamy małe miasteczko pośrodku niczego, jak malowane.

W taki właśnie sposób narodziło się Mythdenn – położone w sercu Terenów Niezależnych niewielkie miasteczko, leżące na przecięciu się szlaków handlowych prowadzących ze Srebrnych Lasów do Imperium i Źródeł Natury*. Otoczone wysokim ostrokołem, ponad który jedynymi wybijającymi się budowlami były dwie lokalne świątynie trudnych do spamiętania bóstw, oraz dach karczmy. Liczące nie więcej niż tysiąc mieszkańców, z czego połowa zapewne była nietutejsza. Stanowiące idealny przystanek w dalszej wędrówce dla wszelkiej maści wędrowców, wagabund, czy pielgrzymów.

Stanowiące miejsce, gdzie rozpoczyna się nasza opowieść.



Farewell bowiem, znalazł się tu, można rzecz, przypadkiem. Szereg niejasnych pogłosek i półprawd, które docierały bohatera w jego nieustających poszukiwaniach ojca przyniosły bowiem rezultat tego rodzaju, iż jego rodziciel opuścił jakiś czas temu rodzinne lasy. Konwencjonalnie. Idąc jego tropem, czy też raczej – domniemanym tropem, bez jakiejś nawet pewności, iż tropiona jest nawet właściwa osoba, Farewell założył, iż, jak każdy, jego ojciec opuszczając Księżycowe Lasy musiał choćby na chwilę zahaczyć o Mythdenn.

I tak też, nie mając przy sobie nic, poza wysłużonym ubraniem, kosturem w dłoni i znoszonym plecakiem na plecach, młody elf znalazł się w samym centrum miasteczka. Centrum, na które składał się solidnie wydeptany plac na planie kwadratu, będący jednocześnie burzliwym i szumnym placem targowym, wokół którego wznosiły się niskie, drewniane budynki użytkowe. Teraz, wieczorową porą, nie było tu wiele osób, ale wystarczająco wiele, by interesy w lokalnych straganach wciąż się kręcił. Głównie składali się na to ludzie, ale i orków z okolicznych plemion, którzy przybywali tutaj w celach wymiany, nie brakowało. Większe skupiska Farewell widział świetnie po przeciwległych stronach placu – wokół wejścia do świątyń. Zapewne, o tej porze następowały w nich jakieś lokalne obrządki.



Gori z kolei znajdowała się w pokoju na piętrze karczmy „Pod zakrzywioną klingą”, położonej przy centralnym placu miasteczka. Pokoik nie był duży – zaprojektowany zdecydowanie z myślą o jednej osobie. Wąskie łóżko z solidnie wykrochmaloną pościelą, niewielki stołek, niski kredens na ubrania. Kwadratowe, dzielone na czworo okienko wpuszczało do środka ostatnie promienie wieczornego słońca, oraz przytłumione głosy z placu. Głosy rozmów i śmiechy dobiegały również z parteru karczmy.

Goszka, po opuszczeniu rodzinnych lasów to właśnie tutaj zatrzymała się na pierwszy od dłuższego czasu na spoczynek. Póki co szło gładko. Od dnia, w którym zamordowała swoją matkę nie miała więcej przygód. Nikt się jej nie czepiał. Nikt w niej nie rozpoznał jej prawdziwej natury. Nawet teraz, pokój dostała od ręki bez problemu. Może dlatego, że karczmarz, zajęty wyjątkowym ruchem na parterze, nie zwrócił na nią jakiejś szczególnej uwagi? Gori wiedziała, że ludzie potrafią reagować wyjątkowo… różnie, na osoby jej pokroju.

Teraz to jednak nie miało znaczenia. Gori była po prostu zmęczona całym dniem wędrówki. Zjadła spokojnie zamówiony posiłek. W pokoiku wciąż brakowało jednak balii z wodą, która miała być jej dostarczona celem obmycia się przed snem.

Nic to. Wreszcie się pojawi.




*(tak, używam starej nomenklatury i mapy, wybaczcie)
(karty postaci zedytuję, jak znajdę choć chwilę na to)
(za błędy przepraszam – jak coś to priv, celem wyjaśnień. Dopiero wracam do fachu :P )
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-09, 21:19   

"A więc jestem u celu podróży."- westchnął rozglądając się po mieście.
Liczne stragany nadal gęsto oblegane, tłumy przed świątyniami - pomimo późnej pory, miasteczko wciąż znakomicie prosperowało.
Podszedł w stronę stoisk, zainteresowany ich asortymentem. Mythdenn, jako mieścina skupiająca właściwie wszystkie rasy Sorii, powinna mieć też na swoich stoiskach wszelakie produkty świata, nigdy nie widziane przez srebrnego elfa.
Nawet takiego, który miał zapewniony dobrobyt przez całe życie i zaznał wszystkiego, czego tylko żądał.
Tak więc dlaczego odszedł z domu, kiedy żyło mu się tak dobrze? Dlaczego opuścił ukochaną matkę i nie mniej kochanego brata?
Być może nie pasowało mu takie życie. Życie leniwego urzędnika z ciepłą posadką w rodzimym mieście. Farewell odrzucił tę propozycję. Wolał poznawać świat, niźli gnić we własnym domu. I przy okazji zdobyć jakieś informacje na temat ojca.
Idąc w stronę stoisk nie myślał nad tym, jak długą drogę pokonał. Być może dla wprawionego podróżnika byłaby to pestka, jednak dla osiadłego maga... niekoniecznie. Zmęczony po podróży nagle zamarzył o ciepłej strawie, misce wody i wygodnym łóżku.
Tak, tego mu było teraz trzeba. Żadnych świecidełek i innych pierdół, te obejrzy sobie następnego dnia, kiedy będzie wypoczęty.
Tak więc udał się na targ i zapytał pierwszego z brzegu sprzedawcę:
- Przepraszam, gdzie mogę znaleźć tutaj karczmę?
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-10, 00:49   

Gori spierdzieliła z wyrżniętej wioski czym prędzej. Cholera wie, kiedy ją zaczną ścigać te pieruńskie długouchy, a teraz jeszcze nie była gotowa na walkę z większą ilością tych rozpustnych dziwadeł.

No nic. Tak czy tak na dobre jej tylko ta cała ucieczka wyjdzie. I tak musi się podszkolić. A przy odrobinie szczęścia może i zdoła ojca dorwać? A jak nie jego, to resztę tych podłych demoniszczy, co to dziewki bałamucą i przez nich potem dzieciaki biedne nie mogą się w świecie odnaleźć... Tak czy tak, po jakiś tam czasie krycia się i próby oddalenia od Księżycowych Lasów, znalazła się na terenach niezależnych. Co ciekawe, w niedługim czasie trafiła na coś, co w zasadzie musiało być samotnym miasteczkiem.

Gori może i zabiła dużo elfów, w tym swoją własną matkę... może i uciekła, ale to nie znaczy, że była jakimś tam zabójcą-uciekinierem. O nie! Ona po prostu musiała udowodnić, że ani tym zadufanym Srebrnym Elfom, ani Demonom nie wolno doprowadzać do tego, żeby potem takie jak ona dzieci cierpiały... Bo ona tak naprawdę cierpiała dużo bardziej od tych wszystkich elfów, które wtedy zabiła...!

Zdziwiło ją, że jak do tej pory nikt nie zwrócił na nią większej uwagi - naga, do tego z demoniczną krwią miała obawy co do tego, że jednak będzie rzucała się ww oczy. A tu - proszę. Nawet jej kulturalnie pokoju nie odmówiono...

Nie należała jednak do tych, którzy wietrzą podstęp wszędzie, gdzie to tylko możliwe, a nawet i tam, gdzie nie może go być. Póki właściciel przybytku nie był Srebrnym, ani Demonem, w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie temu, żeby mu zaufać. Rozglądała się właśnie po pokoju, kiedy to zauważyła, że zaczyna jej brakować kąpieli. Po ucieczce bądź, co bądź, nie miała okazji zadbać o higienę, a - demoniczną, czy nie - była jednak kobietą i niejako przeszkadzał jej aktualny stan rzeczy... Skoro już i tak przyjęto ją jako pełnoprawnego gościa, to czemu i balii z wodą nie było zamówić? Postanowiła, że jeszcze trochę poczeka, choć miała piekielną ochotę już teraz wskoczyć do ciepłej wody , po czym zejść na dół, zjeść coś sensownego i wyspać się porządnie. Kto wie? Może następnego dnia jeszcze przejdzie się rozejrzeć po okolicy?
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-10, 17:46   

Plac mógł mieć w porywach, licząc na oko, niecałe pięćdziesiąt metrów szerokości i może odrobinę więcej długości. Zapewne, w lepszych dniach, gdy w mieście znajdowało się więcej niż zazwyczaj karawan kupieckich, musiał się wręcz mienić od różnokolorowych straganów, pełnych po brzegi wszelakich towarów i aż huczeć od głosów reklamujących te cuda we wszystkich okolicznych językach. Obecnie plan stanowił jedynie preludium do wielkiej kupieckiej opery. Znajdująca się na nim klientela nie należała do wyjątkowo licznych. Mimo to, była wystarczająco liczna i różnorodna, by kupcom nie opłacało się jeszcze zwijać stoisk i udać na zasłużonych kilka głębszych do karczmy.

- Pod zakrzywioną klingą, dobry panie – jowialnie odparł Farewellowi zagadnięty ludzki kupiec w średnim wieku, wyraźnie przy tuszy, wychylając się nieco zza blatu stołu, na który porozkładane były jego towary.

Jak zauważył młody mag, były to głównie towary spożywcze. A przynajmniej, takie wrażenie sprawiały. Obok dość łatwo rozpoznawalnych owoców, jak jabłka czy koszyczki jagód, tudzież mięs, Farewell spostrzegł wiszące na żerdzi ponad stołem półtusze, których pierwotnego pochodzenia nijak nie umiał rozgryźć.

Palec kupca jednoznacznie wskazał budynek położony centralnie przy południowym skraju placu targowego. Jasno oświetlone okna na obu piętrach karczmy, oraz liczni ludzie wchodzący i wychodzący z przybytku dość jasno wskazywały, iż faktycznie jest to „pod zakrzywioną klingą”.

- Może coś na ząb, dobry panie? – kupiec nienachlanie, acz z wyraźną wprawą ręką wskazał swoje porozkładane dobra – Owoc? Coś z mięs? Suszone racje, na długie dni wędrówki? A może coś bardziej wyszukanego, niespotykanego nigdzie, poza moim stoiskiem? – zachęcał mężczyzna.



(Mir, ja nie wiedziałem, że Ty ciągle trzymasz się tej akcji z paradowaniem nago po świecie ;3 przepraszam, kolejne posty będą już odpowiednie do tej konwencji..)


Fakt faktem, podróżowanie w taki a nie inny sposób nie działa dobrze na higienę. Pedant rzekłby, że żaden sposób podróżowania, prócz teleportacji, nie może poszczycić się w Sorii wyjątkowym standardem i luksusem. Jadąc konno w ciągu chwil przesiąka się końskim odorem, zaś rzyć boli niemiłosiernie od ciągłego podskakiwania. Jadąc konno nago, można tylko wyobrażać sobie, co dodatkowo w tej sytuacji odczuwają intymne rejony kobiecego czy też męskiego ciała. Ba! Nawet jadąc jak księżna, w karocy, wciąż ryzykuje się, że do środka pojazdu dostanie się kurz, wzbijany kopytami wierzchowców. Do diaska, a co dopiero piechotą? Nago? Gori z wyraźną irytacją wspomniała, jak po ostatnim noclegu, na dzień przed dotarciem do Mythdenn przez bitą godzinę marszu wybierała źdźbła trawy ze swoich bujnych, acz obecnie potwornie pokołtunionych włosów.

Że o solidnie wymarzniętym tyłku, zesztywniałych mięśniach i ogólnym dyskomforcie nie wspominając.

Nie w sposób się więc dziwić, że swój obecny, malutki pokoik karczmienny, oraz perspektywę kąpieli, goszka traktowała niemal jak wygraną na loterii. Jak, dajmy na to, setkę elfów gotowych do rozpłatania dwuręcznym toporem.

Dziewki karczemne, wchodząc do pokoju, zapukały grzecznie, tak, jak to się właśnie od dziewek karczemnych należało oczekiwać. Niosąc we dwie solidną balię, wypełnioną wodą, początkowo nie zwróciły większej uwagi na to, komu dokładnie jest ona przeznaczona. Dopiero na chwilę przed postawieniem jej na podłodze, jedna z dziewcząt, drobnie zbudowana ludzka brunetka podniosła wzrok na Gori…

I aż zapiszczała z szoku, czy też strachu.

Balia wyśliznęła jej się z rąk, rymnąwszy o podłogę. Szczęściem, z bardzo już niewielkiej wysokości, toteż tylko część zawartej w niej wody znalazła się wokoło, nie czyniąc dużych szkód.

- O matko! – sapnęła druga z dziewcząt, posiadająca dość obfite kształty, starsza od towarzyszki, ludzka blondynka.

No cóż.

Naga, ubrana jedynie w pokrywające ją łuski dziewczyna, siedząca naprzeciwko nich nie dość, że wyglądała, jakby balii z wodą nie widziała od dni, to jeszcze miała wystające z pleców szczątkowe skrzydła. Sterczące wyzywająco piersi atakowały wręcz obie służące, których wzrok skakał jak szalony, to na sutki Gori, to na jej skrzydła, to na łuski, to na… cóż, na wszystko.

- Życzy… życzy p-pani sobie czegoś jeszcze? – wydusiła z siebie po dłuższej chwili milczenia brunetka, nie patrząc nawet, iż stoi w kałuży wody, oraz chowając za siebie drżące dłonie.

Mina drugiej świadczyła niechybnie, że znajduje się w zaawansowanym stadium przedzawałowym.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-10, 18:59   

- Pod zakrzywioną klingą? - mag zapytał retorycznie patrząc się w stronę karczmy, którą wskazywał kupiec - Wielkie dzięki, panie.

Mimowolnie popatrzył na asortyment człowieka.. Owoce, mięso... zwykły spożywczy sklepik. Nie miał zamiaru nic kupować, tylko chciał wykazać udawane zainteresowanie jego towarami. Etykieta nauczana przez lata wywarła na nim presję dobrego zachowania przy każdym, bez wyjątku. Tak więc ignorowanie kupca i natychmiastowe pójście do gospody byłoby wręcz wykroczeniem.

- Widzisz, miły człeku, właśnie przebyłem długą drogę i jestem piekielnie zmęczony. Miałem zamiar udać się od razu do karczmy, coś zjeść, odświeżyć się i walnąć do łoża, jednak...

Oczy magła zabłysły.

-...jednak mówisz, że masz coś ciekawego poza stoiskiem? Z chęcią bym to obejrzał. Mam tylko nadzieję, że jest to warte zachodu...

Cóż poradzić, Farewell lubił tajemnicze rzeczy. Miał zamiar szybko zerknąć na te "wyszukane towary" wścibskiego sprzedawcy i wreszcie odpocząć w gospodzie.
- Aha, możesz dać mi jedno jabłko - mruknął obojętnie.
W tawernie, gdzie alkohol leje się litrami, może nie zaznać takich specjałów...
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-10, 20:39   

Dziewczyna zaiste czuła się lepiej niż ostatnimi czasy. Ciepłe posłanie w pobliżu i perspektywa kąpieli zrobiły swoje.

Właśnie to myślała o tym ostatnim, kiedy do drzwi ktoś zapukał. Specjalnie jej to z resztą nie zdziwiło. - proszę - powiedziała z niejaką ekscytacją w głosie.

Reakcja dziewek karczemnych dała jej podstawy by sądzić, że nie zawsze będzie jednak tak kolorowo jak dotychczas...

Wzdrygnęła się gdy balia wylądowała na ziemi i pośpiesznie spróbowała uspokoić kobiety - spokojnie, przecież nic Wam nie zrobię! - powiedziała niegłośno, ale stanowczo - Nie, nie trzeba. Jeśli możecie, przyjdźcie za godzinę po balię i to wszystko - zerknęła na drugą kobietę pytająco - wszystko w porządku?
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-10, 23:08   

- Wiedziałem, że pana zainteresuję, dobrodzieju! – rzekł kupiec, uśmiechając się szeroko.

Na wzmiankę o zmęczeniu podróżnego, pokiwał z uwagą i zrozumieniem głową.

- Myślę – powiedział – że będę miał coś, co pana zainteresuję.

Spod stołu wyciągnął dość sporą ni to kratę, ni to tacę, w której znajdowały się kolejne artykuły, jak można było zgadywać, spożywcze. Farewell większości z położonych tam owoców nie znał. Kształty miały niby znajome, lecz a to posiadały niezwykłe barwy, a to zapach, a to… cóż, reszta była na tyle niecodzienna, iż elf nie wiedział nawet od czego rozpocząć opisywanie ich niecodzienności.

- Mam cudowne jagody, które po zjedzeniu usuną z wędrowca zmęczenie z całego dnia podróży – reklamował swoje cuda kupiec – jabłka, które podarowane kobiecie sprawią, iż zakocha się ona bez pamięci w darczyńcy, gruszki, których jeden kęs wyostrzy zmysły ponad ludzką miarę, czy też nawet połać mięsa któremu nic, nawet istota magiczna czy z innych planów się nie oprze! Zaklęta w sercu zakonu paladynów okaże się śmiertelną trucizną dla każdego demona, który jej skosztuje!

Farewell mimowolnie pożałował, że nawet zadał sobie zbędny trud przeglądania oferty. Kupiec w oczywisty sposób wciskał mu kit. Miłosne jabłka i magiczne kiełbasy na piekielne ogary…

- Za jabłko jeden srebrnik się należy – kontynuował kupiec, w sposób oczywisty licząc, iż jego klient skusi się na większy zakup.

kartę legend zaktualizowano


Blondynka otworzyła jedynie usta, łapiąc głośnymi haustami powietrze. Wpatrywała się, to w twarz, to w biust Gori wyraźnie walcząc z chęcią ucieczki. Goszka domyślała się, w czym rzecz. W chwili, gdy tylko otworzyła usta, by w jakiś sposób uspokoić służki, te miały okazje zobaczyć, iż uzębienie bohaterki nie należało do wyjątkowo sympatycznych. Ostre, spiłowane kły z pewnością musiały dołożyć kolejne cegiełki do muru, który wytworzył się pomiędzy kobietami. Zagadnięta nic nie odpowiedziała, kręcąc jedynie głową w trudnym do odgadnięcia geście. Mógł on oznaczać równie dobrze ‘nie, czuję się dobrze’, co ‘nie, za moment umrę’.

- Ale… - cicho rzekła ta bardziej śmiała, brunetka - …ale jesteś sukubem… pani.

Karminowy pąs pokrył policzki młodej kobiety.

- Jesteś tu, w Mythdenn, nago… by nas wykorzystać i skraść nasze dusze, pani? Dlatego zamówiłaś wodę, byśmy tu weszły obie? Proszę, pani, nie rób nam krzywdy…

W jej głosie brzmiał wyraźny strach, ale też i zastanawiająca nuta fascynacji. Choć może to tylko takie złudzenie w uszach naiwnej, bądź co bądź, goszki.

Gori zaś miała przed sobą kolejny dowód na to, iż zabobonni i w większości bardzo słabo orientujący się w świecie prości ludzie, to nie jest publika, przed którą należy paradować z cyckami na wierzchu. O ile męska część publiki najczęściej okazywała wyjątkowo gorliwe zainteresowanie obcowaniem z sukubami, nawet za cenę dusz, o tle ci co bardziej konserwatywni, na jej widok mogli postawić coś innego na baczność, niż… khem, to, co zwykle się stawia na baczność.

Widły, dajmy na to.
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-10, 23:53   

Gori w zasadzie niespecjalnie wiedziała co ma począć z wystraszoną widocznie panną. Podrapała się po głowie z wyrazem głupkowatej bezradności. Na słowa brunetki ze zdziwieniem wlepiła w nią ślepia - Sukkubem...? - Teraz i na jej policzki wstąpił rumieniec. - Że niby ja?! Jakimś rozpustnym demonem?! Oż... - zacisnęła powieki i zamilkła na chwilę chcąc zapaść się pod ziemię za te oskarżenia, po czym kontynuowała - Jestem półdemonem i z sukkubami nie mam nic wspólnego...! Nikogo nie będę wykorzystywać, ani kraść mu duszy, a wodę zamówiłam, bo brudna od kilku dni i się wykąpać muszę, o!... - Zerknęła na blondynę, po czym zwróciła się do tej odważniejszej - umm... Z całym szacunkiem, ale ją to może by gdzieś położyć? Albo przynajmniej wyprowadzić, bo moje towarzystwo to jej chyba niespecjalnie odpowiada, co?
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-11, 18:52   

- Dziękuję - odparł mag, przyjmując jabłko i płacąc należność.
Z wrodzoną ciekawością przypatrywał się, cóż to ten kupiec ma takiego niesamowitego na składzie. Ten wyjął spod lady nieznane, ale jakby znajome owoce...
"Co to, pewnie zwykłe owoce poczęstowane magią transfiguracji?" - zaśmiał się w duchu.
Tak czy inaczej, postanował nie traktować sprzedawcy na serio. Wyjąkał szybkie:
- Bardzo ciekawe te towary, z chęcią obejrzę je dokładniej, ale w karczmie ktoś na mnie czeka i muszę tam czym prędzej pośpieszyć. Niemniej dziękuję za wskazanie mi drogi i do zobaczenia.

Odszedł szybkim krokiem od stoiska w stronę gospody, po drodze wgryzając się w kupione niedawno jabłko.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-11, 23:04   

Kupiec nie nalegał. Raczej zorientował się, iż jego bujny a bogaty asortyment nie zdołał przyciągnąć uwagi srebrnego elfa, toteż mężczyzna zrezygnował z dalszej walki. Wzruszył jedynie ramionami i odpowiedział bohaterowi wymuszonym odrobinę uśmiechem, jak gdyby żałując, że nic więcej nie utargowano.

- Bywajcie, dobry panie – rzekł – niech was bogowie prowadzą.

Farewella jednak już przy nim nie było. Raźnym krokiem, elf udał się w stronę karczmy, opuszczając teren pokryty straganami, zaś zbliżając do coraz wyraźniej dobiegających go odgłosów rozmów i typowo karczemnych, alkoholowych śmiechów. Wyobraźnia maga sama podpowiadała, jakie ilości i jakie gatunki trunków musiały się właśnie w tym momencie przelewać tam przez gardła bywalców przybytku „pod zakrzywioną klingą”.

Wejście do samego budynku raczej nie nastręczało wątpliwości co do faktu, iż nie był to lokal najwyższych lotów. Karczma, jak na standardy przyjęte na Terenach Niezależnych niewątpliwie należała do luksusowych, wszelako w opinii kogoś, kto miał okazję wychowywać się w salonach Seilarskich wyższych rodów, była to po prostu zbita z dech rudera. Być może opinia ta, wyrażona na głos, mogła by serdecznie urazić właściciela piętrowego, drewnianego budynku opartego na solidnych, kamiennych fundamentach, oraz ze ślicznym, spadzistym dachem łupkowym, ale – nie ukrywajmy. Tak właśnie było. Pomimo dość solidnego wykonania, stare, poobdrapywane drzwi, brudne, dzielone na czworo okna, czy też lokalny pijaczek, który właśnie wytaczał się chwiejnym krokiem na zewnątrz lokalu, tylko dopełniały swym widokiem całokształtu. Dość mizernego całokształtu. Nie licząc pijaczka, gwaru karczmy, oraz grupki mężczyzn stojących przy wejściu do budynku i rozmawiających na temat Farewellowi całkowicie nieznany, srebrny elf dostrzegł również w zacienionej alejce zaraz pomiędzy karczmą a kolejną budowlą klęczącą kobietę – orka w obdrapanych łachach. Z wyciągniętymi przed siebie dłońmi, zawodziła zauważalnie głośno, zapewne żebrząc. Podobne postaci bohater widział już wcześniej, w pobliżu obu świątyń. Najwyraźniej nawet w tak małej mieścinie jak Mythdenn był to jakiś środek na utrzymanie.

Farewell poczuł, że nawet jabłko, przed chwilą zakupione, cudownie soczyste, dosłownie staje mu kością w gardle. Sama myśl, że przyjdzie mu spędzić noc w takiej okolicy przyprawiała go o dreszcze.




Obie kobiety drgnęły zauważalnie, słysząc drżący z emocji, podniesiony i zdecydowany głos Gori. Goszka, gdy tylko chciała, potrafiła naprawdę wydobyć z siebie swoją demoniczną stronę i pomimo czysto elfich, szlachetnych korzeni, jej głos bywał również czasami ostry i twardy jak sama stal. Nie inaczej było w tej chwili. Mało która obelga mogła zaboleć równie mocno bohaterkę, co sugestia, iż jest ona… demonem.

Nawet, jeżeli było tak w istocie.

Co więcej, obie kobiety nie zdawały się wiele rozumieć z tłumaczeń dziewczyny. Dla nich siłą rzeczy różnica pomiędzy pojęciami ‘półdemon’, a ‘sukkub’ była na tyle niezauważalna, że pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia. Jak zwał tak zwał – to była czysta semantyka. Faktem pozostawał natomiast fakt, iż naprzeciw nich, na łożu półsiedziała naga, pokryta łuską powabna kobieta ze skrzydłami i zaostrzonymi kłami zamiast zębów. Gori ze skrzywieniem musiała skontaktować, że nawet brud, pokrywający jej ciało musiał w ich oczach wyglądać mistycznie i nieziemsko zupełnie, jak gdyby przybyła do tej zapadłej mieściny prosto z Dziewiątego Kręgu piekieł. I żadne tłumaczenie, iż jest to brud, kurz i pył z gościńca, którym codziennie podróżowały tu dziesiątki karawan zapewne nie przyniosłyby najmniejszego nawet rezultatu.

-W takim razie… - rzekła odważniejsza z dziewcząt - …nie będziemy już łaskawej pani niepokoić.

Wzięła swoją towarzyszkę pod ramię, zaś uwadze Gori nie umknęło, iż jej ręka zacisnęła się wyjątkowo mocno na przedramieniu blondynki. Ani chybi ze strachu. Ku wyjściu kierowały się powoli, ostrożnie stawiając krok za krokiem. Zauważalnie szerokim łukiem trzymając się z dala od goszki. Zupełnie, jakby, cholera, miała za sekundę, mimo zapewnień, rzucić się na nie i poprzegryzać tętnice.

- Po wodę przysłać kogoś za jakiś czas, czy dopiero rankiem, pani? – zapytała służąca, stojąc już w półotwartych dniach.

Głos jej drżał. Gori jednak, poirytowana zajściem i zmęczona podróżą, nie mogła jednak mimo chęci, rozszyfrować – dlaczego.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-11, 23:36   

Stanąwszy przed budynkiem karczmy, Farewell obejrzał ją z zewnątrz. I nagle odsunął od ust jabłko i z rozdziawioną gębą przyglądał się z niedowierzaniem. Jeszcze niedawno mieszkał jak co dzień w spokojnej, bogatej dzielnicy swojego rodzimego miasta, jeszcze niedawno nie wiedział, jak wygląda świat poza Księżycowymi Lasami...

A teraz miał okazję się dowiedzieć jak żyją inni, nieco gorzej urodzeni. Niestety, w najgorszym dla Farewella momencie.

Spojrzał na klęczącą w alejce kobietę.

"Cholera..." - wymamrotał.

Wychowanie w dobrobycie nieco wypaczyło jego dotychczasowy światopogląd. Zawsze myślał, że wszędzie jest doskonale, że wszystkim ludziom żyje się szczęśliwie, w dostatku.

Przekonał się wreszcie, że się mylił. Przez te wszystkie lata żył w błędzie.

Popatrzył jeszcze raz na kobietę.

W mieście Farewella ten nigdy nie spotkał żebraka.
A tutaj - proszę, pierwszy lepszy zakamarek i od razu mamy biednego obdartusa, proszącego o pieniądze. Aż strach pomyśleć, jak w takim razie wygląda reszta miasta.

No, chyba że to nie był żebrak, tylko...

Farewell słyszał kiedyś legendę o super-zakarczmowym-darmowym-nauczycielu-umiejętności-analizy-śladów, jednak wygląd orczycy i jej zachowanie raczej odrzucały te przypuszczenia.

Wkroczył szybko do środka. Pragnął jak najszybciej zapomnieć o obrazie orczycy.

Chciał zapomnieć o cudzych troskach.

Przyzwyczaić się do prawdziwego obrazu świata.
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-12, 00:15   

Gori zaklęła pod nosem najpodlej jak umiała. Czyli niemal nie zaklęła.

- Nie to, że niepokoicie, ale fakt, chyba lepiej będzie, jak pójdziecie się położyć, czy coś, bo chyba nie czujecie się najlepiej, co? - rzekła z nieudawaną troską w głosie.

- Możecie podesłać kogoś za jakąś godzinę czy półtorej. - odpowiedziała spokojnie i uśmiechnęła się do kobiety - hej! Mogłabyś jeszcze podrzucić tu jakiś płaszcz? Byłabym wdzięczna... - pośpiesznie wyciągnęła złotą monetę i rzuciła w stronę kobiety - proszę. Reszta z zapłaty za łachy dla Was, dobrze?

Gori miała dziwne wrażenie, że kobiety źle reagowały na jej nagie ciało. Strasznie jej się przed chwilą przypatrywały. Być może lepiej, żeby przynajmniej w mieście chodziła ubrana...
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-12, 13:37   

Wnętrze karczmy owionęło elfa gęstym podmuchem ciepłego powietrza. Była to pierwsza w życiu wizyta maga w karczmie prowadzonej poza Księżycowymi Lasami przez przedstawicieli ras innych niż jego własna. Bohater łowił łapczywie oczami każdy szczegół nowego, nieznanego otoczenia. Tym, co rzucało się jako pierwsze ku jego zmysłom, był panujący wewnątrz dość gęsty w porównaniu z zewnątrz zaduch. Obok zwyczajowego, drażniącego nozdrza zapachu alkoholu w różnej postaci, oraz aromatycznych woni potraw, ponad całą gamę zapachów wybijał się ostry, gryzący aromat tytoniu. Farewell widział, że wśród gości zwyczaj palenia zwiniętych liście tytoniowych w fajkach o długich cybuchach nie był wcale odosobniony, zaś delikatna mgiełka dymu snuła się właściwie po całym wielkim pomieszczeniu na planie prostokąta, które składało się na wnętrze karczmy.

Po wejściu bowiem przez dwuskrzydłowe drzwi, znalazł się bohater wewnątrz szerokiej na dziesięć i długiej zapewne na drugie tyle metrów sali. Dwa rzędy szerokich, masywnych ław, zdolnych pomieścić przy sobie po dwunastu ludzi każda, szpalerem wiodły od wejścia aż do kontuaru, za którym obecnie uwijał się dojrzały ludzki jegomość ubrany w białą lnianą koszulę, oraz przepasany poplamionym fartuchem – ani chybi karczmarz. Światło zapewniały porozstawiane na ławach nieliczne świece w kagankach, oraz wiszący u powały, ciężki kandelabr, w którym to jednak niecała połowa świec została zapalona. Nawet jednak ta szczątkowa ilość wystarczała, by w budynku było dość jasno. Ze szczegółów Farewell odnotował, iż bezpośrednio na prawo od wejścia znajdowały się schody prowadzące na piętro. Z kolei za kontuarem zauważył drewniane drzwi prowadzące na tyły budynku. „Pod zakrzywioną klingą” była wobec tego karczmą dość foremną i sporą, aczkolwiek obecnie przeżywającą spory, wieczorny ruch. Gości, choć nie zajmowali wszystkich dostępnych miejsc, było wielu. Wystarczająco wielu, by wytworzyć typowo karczemny gwar rozmów, śmiechów i wzajemnego przekrzykiwania się.

No i picia. Picia wszelakiego, w postaci dowolnej.

Karczmarz, aktualnie, obok nalewania pienistego kufla do piwa, zajmował się rozmową z niewysoką, drobnej budowy ciała młodą brunetką, również ubraną w sposób zgrzebny i praktyczny, przepasaną fartuchem służącej, czy też kucharki. Farewell nie słyszał z wejścia słów, lecz sugerując się gestykulacją oraz podniesionym tonem, mógł zgadywać, iż dziewczynie właśnie obrywa się za coś bura od swojego szefa.

- Hej, nie zawalaj przejścia! – to kolejni goście przybytku, dwójka mężczyzn rasy ludzkiej, z trudem przecisnęła się przez drzwi, mijając wciąż rozglądającego się Farewella.

Zmierzywszy bohatera gniewnymi spojrzeniami, ruszyli w stronę jednej z ław.




Brunetka przyjęła złotą monetę. Gori zauważyła, iż w chwili, gdy krążek zmienił właściciela, opuszczając jej dłoń, zaś opadając na ludzkiej, służąca wyraźnie drgnęła. Jej ręka w bezwarunkowym odruchu opadła na kilka centymetrów do dołu, jasno dając do zrozumienia iż nawet w tej sytuacji – wymiany pieniędzy, kobieta nie wyzbyła się do końca strachu przed goszką. Jej ręka drgnęła, jakby z obawy, iż złota moneta Imperialna okaże się w istocie albo przeklęta, albo zatruta, albo śmiertelnie niebezpieczna… albo wszystko jednocześnie.

- Oczywiście. Niezawodnie, pani. Za godzinę będziemy tu z powrotem z płaszczem.

Ciche potwierdzenie polecenia, po czym szybkie, bardzo zdecydowane wycofanie się z pokoju demonicznego gościa. Drzwi, z zauważalnym szczęknięciem zasuwy, zamknęły się, pozostawiając Gori samą.

Wraz z przyniesioną balią. Gori mimowolnie zauważyła, iż owa balia, wypełniona miło parującą wodą, wcale do małych nie należała. Była wystarczająco duża, by podkulając nogi, bohaterka zdołała wejść w nią calutka, zanurzając się aż po linię piersi. Z uznaniem zauważyła, iż wniesienie tego na piętro z pewnością nie było łatwym zadaniem, nawet dla dwóch osób. Należało przyznać, iż dziewczyny były znacznie silniejsze, niż sugerowałyby to ich budowy ciał.

Na podłodze, obok balii, goszka dostrzegła również kwadratową, grubo ciosaną bryłkę szarego mydła, oraz jasną tkaninę ręcznika, czy też raczej materiału, który za ręcznik miał służyć. Oba przedmioty musiały wypaść którejś z dziewcząt w momencie, gdy Gori wystraszyła je swoją fizjognomią.

Dość okazałą i doskonale widoczną fizjognomią.

Balia kusiła. Perspektywa co najmniej godziny moczenia się sprawiała, iż Gori miała wrażenie, iż jest jeszcze bardziej brudna, niż to było w istocie. Całość psuł jedynie fakt, iż od paru sekund, nozdrza bohaterki uderzał delikatny zapach, jakby.. siarki. Najwyraźniej jednak, jakiś związek zawierający siarkę musiał służyć tutejszym do szorowania balii z wodą. Stąd zapach. Inne wytłumaczenie jakoś nie przychodziło bohaterce do głowy.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-12, 19:24   

Z minuty na minutę coraz bardziej odczuwał chęć powrotu do rodzinnych stron. Nie był po prostu gotowy na tak wielkie zmiany. W jeden dzień z wygodnego bogacza stał się prostym podróżnikiem.
Ale czy nie właśnie o to mu chodziło? Aby przełamać rutynę i zaznać nowych doświadczeń?

Sam już nie wiedział. Mimo to i tak i tak musi tutaj spędzić noc. Może się przyzwyczai do tego typu życia.

Zjeść coś i udać się do swojego pokoju. Żadnych rozmów z tutejszymi bywalcami, żadnego mieszania się w cudze sprawy. Po prostu spędzić ten wieczór samotnie, mieć czas na przemyślenia.
A do przemyślenia miał wiele. Poczynając od doświadczeń, które zaznał tego dnia, na planach na jutrzejszy dzień kończąc.

Udał się prosto do karczmarza. Poczekał, aż ten skończy swój monolog i zagadał do niego.

- Witaj, karczmarzu. Chciałbym wynająć pokój na jedną noc, oraz zamówić posiłek.

Nie wiedział, co tak dokładnie serwują w tutejszej gospodzie, więc zapytał:

- Możesz mi, gospodarzu, polecić coś z waszej kuchni?
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-12, 21:27   

Gori westchnęła z rezygnacją, kiedy tylko kobiety wyszły. Cholera, czemu się tak bały? Wzięły ją za demona, to może tego...? To by wiele wyjaśnieało. No nic. Nie zamierzała się nad tym dłużej zastanawiać. Raz, że nie czuła takiej potrzeby, dwa, że właśnie czekała na nią balia z ciepłą, czystą wodą. Nie zamierzała czekać aż wystygnie. A że już była naga, wystarczyło, że po prostu wskoczy do środka i obmyje się z tego paskudnego błota. Niee... to nie był moment, w którym Gori mogłaby zacząć zastanawiać się nad przestraszonymi kobietami, czy czymkolwiek w tym rodzaju.

Siarka? Wciągnęła powietrze zwracając szczególną uwagę na zapach. Pewnie jej się przywidziało... Albo jakieś śladowe ilości były używane tu do czyszczenia. Bo co innego?

Miała wielką ochotę zanurzyć się w wodzie po same piersi. Jednak... Łypnęła podejrzliwie i dotknęła wpierw delikatnie powierzchni wody. Jeśli nic się nie stało, weszła do balii cała i z uśmiechem zajęła się szorowaniem własnego ciała.
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-12, 23:32   

Droga od wejścia ku kontuarowi może nie należała do najdłuższych i najuciążliwszych, jakie w swoim życiu przyszło Farewellowi pokonać, ale z całą pewnością do przyjemności również nie należała. Dym tytoniowy pospołu ze słodkim zapachem alkoholu zdawał się narastać w nozdrzach bohatera z każdym kolejnym krokiem zbliżającym go do celu. Coś, co dowolnie zaczepionemu na ulicy człowiekowi nie przeszkadzałoby nawet w najmniejszym stopniu – ba! – co byłoby wręcz przez niego pożądanym, w tym konkretnym przypadku osobowym robiło jednak mimo wszystko wrażenie ze wszech miar negatywne. No bo powiedzmy sobie szczerze, czy widok brodatego jegomościa, chlejącego piwsko z litrowej stągwi tak, iż piana ścieka mu po całej brodzie, osadzając się białymi płatami na brudnym kubraku i stole, nie jest obrzydliwy?

Polany piwem brodaty jegomość łypnął przekrwionym okiem w stronę srebrnego elfa. ‘Czego się gapisz?’, zdawało się mówić to spojrzenie.

- No jak bogów kocham, dziewucho! – karczmarz również zdawał się nie mieć zbyt dobrego dnia – Jaki demon? Jaki sukub? Toż to normalna kobitka była, sam jej klucz do pokoju dałem! Dlaczego, do cholery jasnej, zawsze, gdy mamy największy ruch, musisz wymyślać mi tu takie bzdury? Jak nie duchy, głosy, szepty, to teraz co?? Demonica! Z cycem na wierzchu siedzi na piętrze i ludziom głowy urywa! Ale wcześniej chciałaby się wykąpać, tak?

Obficie porośnięte włosami, szerokie ramiona karczmarza zataczały coraz to szersze łuki w powietrzu, tuż przed nosem bladej jak ściana dziewczyny. Farewell zauważył, iż jej oczy, szeroko otworzone, przeszklone były łzami. Dziewczyna była śmiertelnie wystraszona, co do tego nie było wątpliwości. Chyba jedynie zaczerwieniony ze złości właściciel przybytku tego nie zauważał.

- Nosz, jak cię szmyrgnę do roboty, Marilka, to się migiem odnajdziesz! – zagroził – Bez żadnych mi tu durnot więcej! Za godzinę odbierzecie wodę z szóstki i porządek ma być! Zażyczyła sobie płaszcza, to jej płaszcz znajdź! Porządek ma być. Wiesz przecież, kto tu za moment ma być, dziewucho, nie narób mi wstydu i każ reszcie się przygotować!

Marilka dygnęła tylko, posyłając jedno, ukradkowe spojrzenie w stronę nowego klienta, który miał okazję całej tej scenie przyglądać się z boku, po czym zniknęła szybkim kroczkiem za drzwiami na zaplecze.

Karczmarz sapnął gniewnie, fartuchem ocierając spocone czoło.

- Zaraza by to… - mruknął.

Widząc jednak Farewella, strzepnął zamaszyście trzymaną w ręku szmatą i skinął głową na powitanie.

- Szczęście macie, mości elfie. Ostatni pokój mi się ostał. Siódemka, złotą monetę za nockę, wliczając w to posiłek teraz i jutro rano. Bierzecie?

Zapytany o jedzenie, karczmarz odparł szybko i machinalnie, z dykcją świadczącą o wprawie w udzielaniu tego typu informacji.

- Dziś mamy świeżutką jagnięcinę w sosie łagodnym lub pikantnym, do wyboru. Chyba, że przed snem nie chcecie się, mości elfie, przejadać, toteż mogę zaproponować zwyczajową kolację, w postaci chleba, sera, wędlin oraz mleka. Jeżeli weźmiecie pokój, będą w jednej cenie. Same posiłki zaś to 5 srebrników za mięsa, a 2 srebrne krążki za zwykłą kolację.



Długi i smukły, zakończony kształtnym, aczkolwiek obecnie wymagającym pilnika oraz odrobiny czyszczenia paznokciem palec Gori ostrożnie, z uwagą opuścił się w stronę balii z wodą. Goszka klęknęła przy swojej wannie, opierając się o jej drewnianą powierzchnię, z twarzą tuż nad powierzchnią aromatycznie ciepłej wody. W momencie, gdy jej dotknęła, najpierw ostrożnie, po chwili już pewniej, drgnęła mimowolnie, zaś po jej plecach przebiegł delikatny dreszcz. Nie, bynajmniej nie dlatego, iż woda w jakiś sposób nie spełniała oczekiwań bohaterki. Ze strachu. Zapach siarki, czy też może – zapach siarko podobny nie opuszczał co prawda nozdrzy niedoszłej sukkubicy, i choć nie zdawał się przedstawiać sobą zagrożenia, wciąż wywoływał jakąś trudną do odgonienia, surrealistyczną myśl, że w sekundę po zanurzeniu się, balia, dajmy na to, pochłonie ją w całości. Pożre. Albo rozpuści skórę. Tymczasem woda w balii, za nic mając sobie najwyraźniej obawy Gori, falowała sobie najzwyczajniej w świecie, rozchodząc się od zanurzonego w niej palca, równymi okręgami ku brzegom naczynia.

Cichy jęk przyjemności wydobył się z ust bohaterki, gdy wreszcie, pomimo obaw, zdecydowała się wejść do środka całym ciałem. Woda była rozkosznie ciepła. Sama balia, choć jeszcze przed sekundą mogła sprawiać wrażenie małej, teraz wydawała się być rozmiarów królewskiego pałacu. Można było w niej tańczyć, kochać się, biegać! I calutka, ale to calutka, aż po brzegi wypełniona była aromatyczną wodą. Gori z trudem musiała zwalczyć w sobie chęć po prostu zamknięcia oczu i zaśnięcia w takiej pozycji. Opierając się o wystający, wyższy brzeg naczynia, nogi miała póługięte, zaś woda sięgała linii jej biustu. Aż nie chciało się sięgać po mydło.

Tym, co stanowiło lekki dysonans w tej cudownej operze doznań, był ów nieszczęsny zapach siarki. Tym razem nie było wątpliwości. Pokój pachniał raczej obojętnie – wykrochmaloną pościelą i schludną czystością, balia pachniała mokrym drewnem i ciepłą wodą, zaś szare mydło… cóż, szarym mydłem. Siarka nijak się do tego miała.

Gori jednak nie poświęcała temu więcej uwagi. Mydło, woda i ogólny relaks sam wywoływał uśmiech na ustach. Mała rzecz, a nawet kogoś, kto nie dalej jak kilka tygodni temu wymordował całą wioskę elfów, na czele z własną matką, może wprawić w dobry humor.

Magia. Jakoś tak po kilkunastu minutach moczenia się, Gori drgnęła, wyczuwając ją tak wyraźnie, jak gdyby całe stado magicznych Chowańców skakało jej po plecach. Magia. Owszem, czuła ją już wcześniej, gdy przybyła do miasta, ale to raczej nie dziwiło – w mniejszym lub większym stopniu magia występowała wszędzie w większych skupiskach istot myślących. Zwłaszcza w miastach. Nawet tu, w karczmie, dobiegały bohaterkę dość zaskakująco liczne impulsy magiczne. Nawet podczas kąpieli, wyczuwała wyraźnie iż ktoś, zapewne adept sztuki, znajdował się na parterze karczmy. Teraz jednak to, co wyczuła, było… silne. Znacznie silniejsze. I znacznie bliższe.

- Witaj, Gori – spokojny, męski głos rozbrzmiał w pokoju.

Zza jej pleców. Dokładniej, z jej własnego łóżka.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-13, 00:27   

Na widok karczmowego pijaka Farewell prędko odwrócił wzrok, starając się myśleć o czymś innym. Mimo to, ten obraz pozostał jeszcze przez jakiś czas w umyśle bohatera. Brudny, umorusany tu i tam trunkiem wzbudził w magu nieciekawe odczucia.

Dlatego też tak nie lubił alkoholu i osób, którzy zbyt często go nazużywają. Dla Farewella alkohol to jedna z najgorszych rzeczy, jaka mogła powstać. Niesłużąca do niczego, rozpijacza ludzi, rozbija rodziny. Niszczy życie, nie dając nic w zamian.

Kiedy podszedł do lady barmana, ten, jak dobrze zgadł, okrzykiwał właśnie swoją podwładną za... sukkubusa? Czy on dobrze zrozumiał?

A może po prostu jakiś wędrowny mag pokazał tanią magiczną sztuczkę tutejszej gawiedzi, przyprawiając ją o palpitację serca?

A, z drugiej strony, kto by się tam przejmował...
Farewell był za bardzo zmęczony podróżą, aby teraz kłopotać się z rozmyślaniem na jakieś abstrakcyjne tematy.

"Demonica? W centrum miasta?" - zaśmiał się cicho pod nosem, wyobrażając sobie taką sytuację.

Myślowe porachunki przerwał mu karczmarz, zwracając się do niego.

- Ee... słucham? - wyjąkał rozproszony mag - A tak, pokój, pokój. Numer siedem? Może być.

Wręczył karczmarzowi złotą monetę pośpiesznie wyciągniętą z mieszka.

- Rozumiem, że napitek jest w cenie posiłku? - zapytał dla upewnienia się - tak czy siak, proszę o dzban soku. Albo mleka, ewentualnie świeżej wody jak już nic nie będzie. Wszystko, tylko nie alkohol - dodał dla pewności, przekonany, że karczmarz dałby mu jakiegoś wstrętnego piwa, czy innego syfu.

- A co do jadła - kontynuował - to wolałbym zjeść coś na ciepło. Daj mi proszę tej waszej jagnięciny w sosie łagodnym.
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-15, 00:40   

Gori nie miała zwyczaju przejmować się swoim wyglądem, więc i na pazury nie zwróciła szczególnej uwagi. Tak czy tak o ile bywała ufna, o tyle wiedziała, że należy do specyficznej grupy pechowców. Ktoś z góry chyba jej nie lubił i wolała uważać... Nie to, że się bała. Po prostu zawsze wolała być ostrożna.

Kiedy tylko zauważyła, że wszystko jest w porządku, po prostu wskoczyła do wody i zaczęła to szorować się, to chlapać się w radosnej uciesze z prostego faktu siedzenia w wodzie. Ostatecznie po prostu rozwaliła się w balii wystawiając nogi poza nią. Cholera. Dawno jej nie było tak miło i przyjemnie. Tylko ten zapach siarki... A. ch*j z tym.

Oż... Szarpnęła się gwałtownie zdając sobie właśnie z czegoś sprawę. Magia. Cholera, jak nic, że wyczuła magię w pobliżu! Otrząsnęła się, po czym wróciła do pozycji wyjściowej, czyli wpół-leżącej. Może to ktoś w karczmie... Ponownie podniosła się, tym razem po prostu stając w wodzie.

Cholera... Nie ma szans, żaden tam bywalec karczmy... to coś było... zbyt silne...

Na dźwięk słów obróciła się gwałtownie w stronę, z której dobiegał głos.
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-17, 17:23   

Kluczyk do pokoju nie należał do gatunku wyjątkowo skomplikowanych. Prosty kawał żelaza zakończony mało finezyjną główką, którą właściwie każdy, nawet niezbyt wyszkolony w swym fachu włamywacz dałby radę skopiować przy użyciu najprostszej w świecie spinki do włosów, czy innego drutu. Równie prymitywne było wykonanie drewnianego klocuszka, przymocowanego do klucza prostym sznurkiem. Zwykły kawałek drewna, na którym ktoś wyrył ostrym narzędziem siedem plus minus podobnej wielkości, w niezbyt równych odstępach, głębokich kresek. Nie trzeba było być geniuszem, by domyśleć się, iż był to kluczyk do pokoju numer siedem. W każdym razie, każdy kto umie liczyć, powinien być w stanie na to wpaść.

Złota moneta wdzięcznie potoczyła się po stole, znikając niemal natychmiast w szerokiej garści karczmarza. Owłosione przedramię mignęło tylko w jej kierunku i – puf – moneta zniknęła, niczym u najbardziej utalentowanego sztukmistrza.

- Zajmie se pan miejsce, panie elfie, już ja się wszystkim zajmę – rzucił w stronę Farewella, w oczywisty sposób nie domagając się ani powtórzenia zamówienia, ani dodatkowej opłaty za ewentualne napoje. Skinąwszy jedynie głową, ruszył żwawo w stronę zaplecza, gdzie przed chwilą udała się okrzyczana służąca.

Wolnych miejsc, gdzie mogłaby przysiąść się jedna osoba, w karczmie nie brakowało. Szerokie ławy mogły pomieścić przynajmniej drugie tyle gości, niż znajdowało się tam ich obecnie. Wszelako, miejsc całkowicie wolnych i położonych w pewnej odległości choćby od pijących ludzi oraz nieludzi było jak na lekarstwo. Bywalcy karczmy, odwiecznym zwyczajem bywalców karczm, zawsze w pierwszej kolejności wybierali jako miejsca te ławy, które były całkiem puste. Siłą rzeczy, na chwilę obecną żadna z ław nie była do końca wolna – przy każdej znajdowała się minimum mała grupka rozmawiających osób i jeżeli Farewell planował tam się znaleźć, musiał liczyć się z ich towarzystwem. Wyjątkiem była ława tuż przy kontuarze. Ona pozostawała na całej niemal swej długości wolna. Młodego maga wszelako to nie dziwiło – jedyne dwie osoby, które siedziały przy jej brzegu, były postawnymi, potężnie zbudowanymi zielonymi orkami w lekkich półpancerzach, które pociągały spokojnie i bez emocji z drewnianych, litrowych kufli, prowadząc przytłumionym głosem dyskurs w nieznanym bohaterowi, chrapliwym dialekcie.




Gori podniosła się, spinając całe ciało w wyczekiwaniu. Przez chwilę ciszy, jaka zapadła w pokoju słychać było jedynie, jak kropelki wody, spływające po jej nagim ciele wpadały z pluskiem do balii. W chwili, gdy goszka usłyszała męski głos, odwróciła się gwałtownie, rozbryzgując zawartość wanny wokoło, rozlewając ją po podłodze.

- Witaj – powtórzył spokojnie głos.

Magia wirowała jak szalona w malutkim, klaustrofobicznym pomieszczeniu. Gori mogłaby przysiąc wręcz, jak widzi zakręcone linie żywej many, furkoczące niby ptaki zamknięte w klatce, odbijające się od ścian, walące jak oszalałe w drzwi i okna. Oczywiście, nic takiego nie miało miejsca, lecz uczucie ogromnej siły magicznej bijącej od postaci było przytłaczające.

Widząc swojego gościa, goszka poczuła, jak jej mięśnie mimowolnie, bez udziału jej ciała, napinają się niebezpiecznie, a serce przyspiesza swój zwyczajowy rytm.

To już nawet nie chodziło o to, iż od pasa w górę był nagi, a jego doskonale wyrzeźbiony tors godny byłby wręcz uwiecznienia go w marmurze. Takie myśli były bohaterce obce. Chodziło bardziej o to, iż tors, podobnie jak całe ciało przybysza, był koloru świeżo wypalonej cegły. Chodziło o to, iż spokojne, mądre oczy, osadzone głęboko w czaszce przystojnego, długowłosego młodzieńca były ewidentnie oczami kogoś, kto ma przynajmniej kilkaset razy tyle lat, na ile wyglądał, zaś ich barwa była jadowicie zielona. Na tle tej jadowitej zieleni, wąziutkie, ciemne jak onyksy źrenice odcinały się w sposób iście upiorny. Na tyle upiorny, iż nawet malutkie różki, wystające z czaszki gościa tuż nad oczodołami nie robiły już na Gori większego wrażenia. Podobnież, jak ogromne, szerokie, podobne nietoperzym, czarne skrzydła, kulturalnie złożone na plecach mężczyzny. Pominąwszy nagi, umięśniony tors, gość nosił na sobie brązowe spodnie wykonane ze skóry czegoś, czego Gori nie potrafiła zidentyfikować, oraz ozdobny, misternie wykonany pas u którego przypiętą posiadał niewielką pochwę ze sztyletem o wysadzanej kamieniami rękojeści. Butów nie posiadał.

Aktualnie zaś, siedział na jej łóżku ze skrzyżowanymi nogami i taksował ją wzrokiem od góry do dołu, oraz bawiąc się jej własnym, dwuręcznym toporem, obracając go w dłoniach, jakby była to dziecinna zabawka. Góra – dół. Góra – dół.

- Gori Lilai Kyo… – rzekł cicho, lecz każde jego słowo było doskonale słyszane w malutkiej przestrzeni pokoju.

Gori od dawna nie słyszała brzmienia swojego imienia w ustach kogoś z rasy, z której pochodził przybysz. Znienawidzonej rasy.

- Moje imię brzmi Bethrezen. Od dawna czekałem na możliwość spotkania się z tobą.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2010-03-17, 21:30, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-17, 19:01   

Farewell cicho podziękował karczmarzowi, po czym rozejrzał się po gospodzie w poszukiwaniu jakiegoś wolnego miejsca, bez sąsiadów. Chciał ten posiłek zjeść w samotności. Niezbyt odpowiadała mu wizja rozmowy z jakimiś pijakami, czy innymi ludźmi z gorszej strefy kulturalnej.
Tak czy inaczej, musiał gdzieś usiąść.

Wszędzie, gdzie tylko nie spojrzeć, nie było takiego miejsca, gdzie można by przesiedzieć w osobności. Wprawdzie przy karczemnym kontuarze była niemalże w zupełności pusta ława, jednakże siedziała tam dwójka osób. I to - po głębszym przyjrzeniu - byli to jacyś orkowie w zbrojach.

Pewnie by tam usiadł gdyby nie to, iż te obie rasy, srebrne elfy i orkowie toczą ze sobą wojny odkąd to Farewell pamięta.

Więc na pewno szukaliby zaczepki czy coś, aby nabić nudę.

Cóż, chyba lepiej dosiąść się do jakichś nie-orków, którzy byli zajęci rozmową ze sobą, czy coś w ten deseń. Może nie być miło, ale na pewno bezpieczniej.

Jak pomyślał, tak też zrobił. Rozejrzał się za takim miejscem, po czym najnormalniej w świecie na nim zasiadł, dokańczając jabłko.
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-18, 23:14   

Gori poczuła, jak całe powietrze zgęstniało niemal od wytwarzanej przez przybysza mocy. Jej mięśnie napięły się ze zdenerwowania i niejako zapewne i strachu.

Przyjrzała mu się uważnie, jej uwagę jednak przykuł nie tyle odkryty tors, co fakt, iż jej jedyna broń jest w łapskach tego bezczelnego demoniszcza. No bo jak tu za bezczelnego go nie uważać? Toż ona miała na nich wszystkich polować, a nie że sobie taki przychodzi i jeszcze jej zwędzony topór podbiera! O nie! Tego było za wiele! No ale teraz co...? No nic mu nie zrobi przecież gołymi rękami, skoro on topór ma... Cholera...

Gdy usłyszała swoje pełne imię coś się jej w środku przekręciło. Potwornie jej nie odpowiadało, że ten tutaj jej szukał od jakiegoś już czasu... Czyżby wiedział o jej planie powybijania demonów...? Nieee... niemożliwe...

- C... Co? O czym mówisz..?
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-20, 15:01   

Nie-orków w karczmie było zdecydowanie więcej niż przedstawicieli zielonoskórej rasy. Farewell, dogryzając do końca zakupione przed chwilą jabłko parę sekund poświęcił na jeszcze jedno, dłuższe spojrzenie po całym wnętrzu karczmy. Ostatecznie, jego wybór padł na jedną z ław znajdujących się po prawej stronie sali, patrząc od wejścia. Siedziało przy niej czterech brodatych mężczyzn, bardzo aktywnie i żywo gestykulując dyskutujących nad jakimś zagadnieniem. Dyskusja tyleż płomienna, co skutecznie podsycana alkoholem zdawała się pochłaniać ich na tyle, by nie zauważyli nawet jeszcze jednej osoby przy „ich” stole.

- No jako żywo, powiadam wam! – warknął jeden akurat w chwili, gdy Farewell przechodził – Tak było! Tak, nie inaczej!

Nerwowe parsknięcia pozostałej trójki w żywe oczy zarzucały najwyraźniej kłam tym zapewnieniom.

- Nigdy w to nie uwierzę, kumie – odparł jeden z dyskutantów – owszem, nie cierpią się jak cholery i morowej zarazy, ale żeby zaraz iść w ostre? Ruchawki wywoływać? Przecież gdyby to okazało się prawdą…

- Dyć ja właśnie o tym mówię! – wpadł mu w słowo brodacz – O tym samiusieńkim! Jak się dowiedzą…

Podobne rozmowy dobiegały Farewella z każdej części sali. Dyskusje polityczne, rasowe, religijne, o życiu i o śmierci. O problemach dnia codziennego, czy też o całkiem niecodziennych żartach. Jak to w karczmie. Spotkać można było tu wszystko i wszystkich.

- Życzę smacznego, dobry panie – ładna, ludzka dziewczyna w jasnych włosach i krągłych, bujnych kształtach pojawiła się przy adepcie wyjątkowo szybko i sprawnie.

Drewniany półmisek z mięsem, kaszą, oraz obfitą warstwą jasnego sosu ze stukotem spoczął na stole przed bohaterem. Tuż obok pojawił się drewniany kubek i gliniany dzban wypełniony jasnym płynem, wydzielającym z siebie aromatyczną woń jabłek. Kompot. Jak w mordę strzelił.

Dziewczę posłało w stronę elfa dyskretny, ale miły dla oka w swej dyskrecji uśmiech, po czym oddaliło się pospiesznie w stronę kontuaru, ku kolejnym zamówieniom. Farewell został zaś sam na sam z parującym mięsiwem…

- Nosz kurwa, przeca mówię!

…i towarzyszami.



Przybysz uśmiechnął się leciutko, samymi kącikami ust, nie odsłaniając zębów, jak gdyby założył, że właśnie w tym momencie uśmiechnąć się należy. Jadowicie zielone oczy błysnęły, taksując ciało Gori od góry do dołu. Goszka, nawet mimo swojej bardzo dziecinnej i naiwnej w gruncie rzeczy natury musiała poczuć, że żaden, ale to absolutnie żaden element jej ciała nie uszedł jego uwadze. Wręcz pożerał ją wzrokiem.

Topór, do tej pory wirujący w jego dłoniach, zatrzymał się i spoczął na jego kolanach.

- Wiem, że zapewne nie znasz mnie i nie masz pojęcia, kim jestem… nic nie szkodzi – spokojnie kontynuował Bethrezen.

Jego ciało pochyliło się lekko do przodu, a jego włosy aureolą otoczyły demoniczną twarz.

- Przybyłem tu w jednym celu. By złożyć ci… pewną propozycję. Powiedz, Gori, moja droga… co byś dała za to, by móc bardzo, ale to bardzo zagrać na nerwach swojemu ojcu?

Ton jego głosu nie zmienił się nawet o jotę, podczas tej wypowiedzi. Bethrezen mówił wyjątkowo spokojnie i jednostajnie, jak gdyby każde słowo przezeń wypowiadane musiało wywalczyć sobie drogę, przez jego gardziel i usta, a każda zgłoska posiadała wyjątkową, równą diamentom ważność. Nie modulował, nie przeciągał, nie zmieniał intonacji… jak automat. Jak gdyby nie był przyzwyczajony do komunikacji z kimkolwiek, niż on sam, w języku innym niż język jego myśli. Wszelako to, co mówił, brzmiało tak… kusząco. Tak cholernie, nieodparcie wręcz kusząco. A w jego głosie brzmiała obietnica trudnych nawet do wyobrażenia cudów i marzeń.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2010-03-20, 17:07   

Elf, po kilku chwilach rozglądania się za wolnym miejscem, w końcu zajął jedno obok czwórki rozmówców. Ci, jak dobrze wywnioskował, byli zbyt zajęci rozmową, aby go zauważyć, czy chociażby usłyszeć.

Czego nie można było powiedzieć o samych mężczyznach. Pijackie biadolenia o najświeższych plotkach w mieścinie docierały, mimo oporu, do uszu bohatera.

No trudno, trzeba by zabrać się w końcu za posiłek - skwitował mag, odkładając ogryzek obok półmiska z posiłkiem. Odwzajemnił uśmiech w stronę dziewczyny, która to przyniosła mu długo oczekiwaną strawę.

Zdjął plecak i położył go pod krzesłem, a następnie wziął swój wysłużony kostur i oparł go o stół, by był w zasięgu ręki.

I dopiero teraz mógł przystąpić do konsumpcji. Parująca kasza i mięso. Wyglądało apetycznie. Może nie tak bardzo jak u niego, w rodzinnych stronach, ale po męczącej wędrówce i zmaganiach nawet taki, zwykły posiłek powodował uśmiech na ustach Farewella.
I jeszcze kompot. Znakomita alternatywa dla powszechnego piwa.

Chwycił widelec i szybko, ale nadal kulturalnie zaczął jeść.
Zaraz... widelec?
Jego oczy, pomimo starań, nie zaobserwowały takiego przedmiotu.

- Przepraszam... - rzucił w stronę kelnerki, nim ta zdążyła odejść - chyba zapomniała pani o sztućcach.

Czuł się sfrustrowany, nie mogąc zjeść normalnie posiłku.

Czy tutaj ludzie jedzą rękami, jak zwierzęta?

Zdawał się być coraz to bardziej zszokowany tutejszą kulturą.
 
 
     
Miramin 
Wprawiony Wędrowiec



Wiek: 33
Dołączyła: 30 Maj 2008
Posty: 300
Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2010-03-22, 21:10   

Dziewczyna spłonęła rumieńcem, po czym wbiła wzrok w ziemię. Wybitnie przeszkadzał jej nachalny wzrok tej istoty.

Gdy tylko padło ostatnie słowo z jego ust, podniosła wzrok zszokowana. Rozdziawiła usta chcąc coś powiedzieć, ale głos przez chwilę uwiązł jej w gardle.

Półdemonica nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Niee... musiał coś kręcić... Te. To może i on nie demon, tylko gog? Cholera. Brat może jakiś jej? Nie miała pojęcia co o tym myśleć.

- C... Co? - Co powiedzieć też niespecjalnie wiedziała. Stała jak ten debil. Albo jak po prostu Gori - na jedno wyjdzie w sumie. Niesamowicie ją kusiło, żeby dowiedzieć się o co chodzi. Ale... no jeśli to demon zwykły to i jego musiała zabić. Teraz i tak nie da rady mu sprostać, ale... Kurde, no! Mogła odnaleźć i ukarać ojca! Za to kim jest! I nie dopuścić do tego, żeby jeszcze z jakimiś Elfkami zrobił takie jak ona, co to będą też tak jak ona się czuły... - A... co miałabym zrobić? - spytała po prostu, wiedząc, że nie ma siły, która by ją powstrzymała przed tym, żeby przystanąć na tę propozycję.
_________________
Trzymam tylko swoją stronę!
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-22, 22:31   

- Przepraszam... - rzucił w stronę kelnerki, nim ta zdążyła odejść - chyba zapomniała pani o sztućcach.

Blondynka zatrzymała się wpół kroku, oglądając w stronę elfa. Przez chwilę, lub też dwie taksowała wzrokiem przyniesione przed momentem zamówienia, jak gdyby analizując w myślach wszystkie czynności, które owemu towarzyszyły i czy faktycznie zarzucany błąd leżał po jej stronie, a nie był jedynie wymysłem wybujałej wyobraźni klienta. Analiza ta wypadła najwyraźniej pomyślnie dla Farewella, gdyż dziewczyna ściągnęła twarz w grymasie rozpaczy, a jej młodziutkie, pokryte delikatną skórą policzki zapłonęły ogniem rumieńca wyrażającego ogarniający ją wstyd.

- Już, już! – zawołała jedynie, szybkim krokiem ruszając w stronę kontuaru.

Po sekundzie była z powrotem, niosąc w dłoni zarówno metalowy, trójzębny widelec, jak i drewnianą łychę. Ten drugi sztuciec był co prawda całkowicie niepotrzebny do mięsa i kaszy, lecz dziewczyna musiała chwycić go z rozpędu przez pomyłkę, jak gdyby nie chcąc narazić się na kolejne zarzuty niekompetencji pod jej adresem.

- Proszę mi wybaczyć, jestem dziś tak rozkojarzona… - wyrzuciła z siebie nerwowo, wciąż płonąc czerwienią na twarzy i odwracając wzrok, nie chcąc patrzeć wprost na elfa.

Bohater zdążył odebrać z jej dłoni zgubę, gdy króciutkie „och” wydobyło się z ust kelnereczki.

- Przepraszam, muszę lecieć! – rzekła, znikając jak zjawa w stronę zaplecza.

Farewell złowił jej krótkie spojrzenie, którym rzuciła gdzieś, ponad jego głową w stronę drzwi wejściowych, na chwilę przed zniknięciem. Odgłos otwieranych drzwi, towarzyszący owemu zjawisku nie pozostawiał wątpliwości – do karczmy zawitał właśnie nowy gość, wymagający jej obecności i ciągłej, nieustannej pracy w miejscu takim jak to.

Szczęściem, od młodego maga nikt obecnie nie wymagał pośpiechu, pracy, ani zabiegania. Miał przed sobą parującą potrawę, aromatyczny napitek, z dawien dawna oczekiwane sztućce, oraz…

*przeciągłe, głębokie beknięcie z ust człowieka obok*

…miłych sercu towarzyszy stołu.



Uśmiech, choć wciąż nie ukazujący zębów przybysza, poszerzył się zauważalnie, nadając jego twarzy drapieżny wygląd czatującego nad swoją ofiarą ptaka. Demon, lub też istota wybitnie demono-podobna zdawała się czerpać wyjątkową satysfakcję z tego, iż Gori zauważyła jego nachalność, oraz że nachalność ta wywołała w niej zmieszanie. W chwili, gdy goszka zadała pytanie o skonkretyzowanie propozycji, uśmiech gościa znikł jednak momentalnie, zaś w jego miejsce pojawił się konkretny i rzeczowy grymas.

- Chciałbym, aby wszystko było między nami jasne, moja droga Gori – rzekł całkiem poważnie Bethrezen, w ułamku sekundy ignorując wszystkie wdzięki ciała demo nicy, a skupiając się na jej oczach.

Ciemne jak onyksy źrenice przenikały ją na wylot.

- Jeżeli twoja misja się powiedzie, twój ojciec odczuje ją na własnej skórze w takim stopniu, jak jeszcze nikt od dekad mu nie dokazał. Wszelako, aby zrobić to, co ci proponuję, będziesz musiała wykazać się sprytem, moja miła. Sprytem i siłą, o które nawet się jeszcze nie posądzasz. Posłuchaj mnie więc…


(treść wysłana na pw – będzie wklejona w odpowiednim czasie)

Ostatnio zmieniony przez DaMi 2010-03-23, 10:08, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group