Wysłany: 2010-03-02, 15:44 Gdzie kurz nie opadł - Zwykły Początek
- To było pięć lat temu! Jak możesz ciągle wspominać o tamtym niepowodzeniu.
- Mogę, i ty też powinieneś. Zauważ, że od tamtego czasu nasza grupa nie osiągnęła nic czym można by się pochwalić.
- Komu się chcesz chwalić, przecież jesteśmy niezależni od samego początku. Chyba, że liczysz na przychylność jakiegoś boga.
- Co do bogów to mam inne plany, nie śpiesz się. Póki co, trzeba wykorzystać to, że ten powrót jest wciąż świeży.
- Nie rozumiem co to nam daje?
- Poczekaj chwilę, a wszystko ci wyjaśnię... Widzisz, tam gdzie po bogach jeszcze nie osiadł kurz...
Gdzie kurz nie opadł Zwykły Początek
Ludzie powiadali, że mgła w Caligomones czasem jest tak gęsta, że można ją pochwycić, zamknąć w słoiku, przystawić do ucha i usłyszeć szepty gór, tak samo jak muszle szumiały morskie opowieści. Ludzie pieprzą głupoty. Pogoda była niczym z bajki, słońce grzało przyjemnie, a wiatr leniwie przemieszczał pojedyncze puchate chmury.
Bartz Krauser przed około godziną zamienił środek transportu z wozu nieznajomego człowieka na własną parę butów, które sprawdzały się głównie tam gdzie droga była sucha i brukowana. Tak też było na trakcie którym obecnie podążał, który prowadził na północ przecinając tereny gór mglistych na dwa, niemalże równe powierzchnią, tereny, jeżeli wierzyć co do tego prostym mapom. Mapy jednak teraz szybko traciły na ważności, gdyż Imperium sięgało coraz dalszych krańców świata, a pojawienie się nowej wioski, czy miasta tworzyło nowe drogi, jak i odsyłało w zapomnienie wcześniej zaludnione ścieżki i miejsca.
Z tego co opowiadał woźnica, samotna karczma miała znajdować się godzinę marszu od miejsca w którym pozostawił grajka samego na szlaku. Cóż, nie miał żadnego interesu by zawozić barda dalej, a i sam nic na tym nie zyskał, skoro jedyną zapłatą za podwiezienie jaką zaoferował Krauser, było towarzystwo, jego i jego muzyki. Woźnica jednak głupot nie pieprzył, bo faktycznie po upływie godziny zza niskiego wzgórza powoli wyłaniał się samotnie stojący budynek, który karczmą być musiał.
Przystanął na chwilę, wyszczerzył się do siebie i wyciągnął bukłak. Dopiero pociągając solidnego łyka przypomniał sobie o jego smutnej, bezwoltażowej zawartości. Poprawił włosy i plecak, wziął do ręki lutnię i maszerując niespiesznym krokiem w stronę karczmy, śpiewając i brzdękając improwizowaną piosenkę:
O podróży ma kochana...♪
Lubie wyjść już za śniadania...♫
Brzdękając i grając przemieszczanie się w kierunku budynku szło bardowi szybciej. Ogólnie rzec biorąc wszystko bohaterowi udawało się sprawniej i lepiej gdy towarzyszyła temu jakaś melodia.
Gdy minął ostrokół, tabliczkę z napisem 'Jorom wstęp wzbroniony' oraz właściwą palisadę znalazł się na czymś, co mogło zostać nazwane gankiem, czy prywatnym podwórkiem.
Podwórko to składało się z podwórka właściwego którym głównym zadaniem było porastanie trawą, ze stajni, a raczej zadaszenia pod którym w chwili obecnej stała trójka wierzchowców, oraz z wychodka z którego o dziwno nie dochodziły w chwili obecnej żadne nieprzyjemne zapachy. Do tego dochodziły ławki wkoło paleniska które zapewne mógł wykorzystać każdy strudzony wędrowiec by przyrządzić własny posiłek z osobistych zapasów, niżeli płacić za żywność w środku.
- Panie, panie! - wołanie doszło do uszu grajka znikąd, czyli z tego samego miejsca z którego pojawił się przy ławkach ów wołający człowiek.
To czy był tam wcześniej czy nie, Bartz musiał pozostawić na potem, gdyż nieznajomy zblizał się do niego wciąż kontynuując swoje ochocze wołanie.
-Panie, wyglądasz na kogoś kto obywa się w świecie, czy jesteś panie może osobą pałającą się sztukami magicznymi?
Jegomościa wypowiadane słowa przyśpieszały równie dobrze co bohatera jego własne przyśpiewki, także w chwili obaj mężczyźni znajdowali się w odległości umożliwiającej swobodną rozmowę.
- Panie? - ponowił pytanie, patrząc jakby był dzieckiem który nie może doczekać się odpowiedzi od ojca skąd się biorą dzieci.
-Panie Najwspanialszy Ministrelu Krauser. Ja i owszem, jestem czarujący, ale, zdaje się, że ze sztukami magicznymi wspólnego mam niewiele i bierzesz mnie przez moje cudowne oblicze za kogoś zgoła innego.
Przyjrzał się parchatemu ryjowi jegomościa i dopiero wtedy dowiedział się co oznacza pogwałcenie reguł estetycznych. Wszystkich. A żeby tego było mało, to jeszcze w jednej osobie i jednym momencie.
-Ale, ale, dobry człowieku! Moje melodie są tak wspaniałe, że można je nazwać magicznymi. Opowiem ci wszystko, a nawet więcej, pod warunkiem, że podejmiesz mnie winem i strawą, a za kilka brzęczących monetek to nawet coś zrobie.
Powiedział niby-nonszalancko, niby-od niechcenia i na samą myśl o winie uśmiechnął się do siebie w duchu.
Brzdęk, brzdęk, złotych monet dźwięk,♪
pstryk, pstryk, węża z kieszeni syk♫
Bard po udzieleniu odpowiedzi spodziewał się, że zapał i pobudzenie opuszczą rozmówcę i jego twarz którą do tej pory zdobił szeroki uśmiech. Może był on szczery, jednak posiadanie zaniedbanego uzębienia niszczyło dokładnie wszystkie jego dobre chęci.. Również gesty które wykonywał były raczej niepewne i nerwowe, bardziej jakby odganiał muchy, niżeli chciał przekazać nimi coś konkretnego.
Nieznajomy jednak wciąż szczerzył się, zapewne z uprzejmości, choć po oczach można było dostrzec lekki niepokój.
- A może macie panie znajomego co o magii coś wie? Albo, albo... - chciał kontynuować, jednak widać było że nie ma żadnych pomysłów na ciąg dalszy swojej wypowiedzi.
- Ehh – westchnął po chwili i wbił wzrok w ziemie, wyraźnie posępniejąc po twarzy – widzicie panie, ja bym chętnie został, pogadał i popił jednak trza mi wrócić do domu nim się skończy dzień.
Słońce wciąż tkwiło dość wysoko na niebie, choć niewątpliwym było, że się schowa za górami nieco prędzej niż zniknęło by za horyzontem na terenach nizinnych. O to, gdzie znajduje się dom owego człowieka, bard nie miał zamiaru pytać, bo szczerze mówiąc nie obchodziło go to wiele. Nieznajomy jednak jak na złość kontynuował swój monolog wciąż wzrokiem wymuszając na Krauserze swoją uwagę.
- Widzicie, panie. Miał tu być pewien mag, do którego mam drobną przesyłkę. Mag ten miał również przyjechać wozem, którym ja powinienem wrócić do domu. To jest do niedalekiego miasteczka zwanego Anori bo tam mi przyszło mieszkać. - tutaj człowiek wskazał palcem na wychodek, choć pewnie jego zamiarem było pokazanie kierunku w którym znajduje się owe miasto, jednak szybko rękę opuścił a wrócił do swojej właściwej gestykulacji. - Sęk w tym że maga nie ma, i nie było a czekam tutaj od południa. Panie, ja muszę wrócić do domu, trzeba mi jeszcze krowy z pola sprowadzić, dzieciom pogotować, bo moja leży schorowana. Ja jej mówiłem, żeby te wodę przegotować, a ona nie bo ją suszy, i się chce napić i nie będzie czekać aż wystygnie... ale panie ja nie o tym miałem mówić. - uderzył się w głowę, karząc się za zboczenie z tematu. Po czym szybko wrócił do właściwej kwestii:
- Jakbyście byli tak pomocni panie i wzięli tę przesyłkę ode mnie i poczekali na owego maga, bo i tak pewnie tutaj spędzicie wieczór byłbym bardzo wdzięczny. Mi trzeba lecieć do domu, wiecie panie gospodarka sama z siebie nie wyżyje... Poratujcie mości panie bardzie!
-Niech będzie, poczciwy człowieku... (Ciekawe co jest w tej paczce...)
Westchnął i po chwili dodał:
-Ale pod jednym warunkiem! Bo jeśli jesteś w czymś dobry, to nie rób tego za darmochę, a tak się składa, że w czekaniu jestem naprawdę dobry. Drobna moneta powinna pokryć należne. (A jakby tu tak...)
Wymówił wielokropek, żeby zobaczyć jak zareaguje na to ten paskudny tubylec.
-I decyduj się panie szybko, bo moje gardło zamieniło się miejscami z Pustynią Wiecznych Piasków i bardzo, ale to bardzo mi się śpieszy do tej karczmy. (Nie, to głupie...)
Hej karczmarzu, wina polej♫
Hej dzieweczko, tutaj podejdź♪
Gdy tylko człowiek usłyszał 'niech będzie' szybko obdarował barda kolejnym widokiem swojego niedbałego uzębienia o barwie podgniłych winogron. Szybko sięgnął za pazuchę by wyciągnąć w kierunku grajka przesyłkę o której była mowa.
Okazało się nią drewniane pudełeczko, rozmiarami mogące pomieścić ze dwa jabłka ułożone obok siebie. Pojemnik wyglądał zwyczajnie. Ot skute ciemne oheblowane drewno z miniaturową blaszaną zasuwą.
Gdy Bartz wspomniał o pieniądzach, nieznajomy spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, zmarszczył czoło wizualizując proces ciężkiego myślenia, by w końcu nieco wymuszonym szeptem rzec.
- Panie ja monet nie mam, bo i po co przy sobie dużo nosić, a te mało co nosiłem to na piwko poszło, bo głupio tak stać i czekać o suchym pysku jak karczma przy człowieku stoi. - Tutaj spauzował i rozejrzał się sprawdzając czy ktoś aby nie podsłuchuje szczerbatego mężczyzny. - Tu w środku są takie świecidełka, to może za fatygę by się należały. Kartka też jakaś z jakimiś słowami, ale ja chłop prosty czytać nie umiem. To co dogadalimy się panie bardzie?
Bohater nawet nie zauważył gdy pudełko znajdowało się już w jego dłoniach, miast rękach mężczyzny.
- Dziękuję. Dziękuję wam panie, wdzięczność moją macie dożywotnią... Tyle ja śpieszę się to już polecę.
I pobiegł. A Bartz został z drewnianym pudełkiem stojąc na trawie między ławkami a wejściem do karczmy.
-Ale~ Ależ nie ma za co... Powiedział lekko zadziwiony błyskawicznym odejściem poprzedniego właściciela skrzyneczki. Jeszcze przed chwilą miał ODJECHAĆ wozem, a nie iść na piechotę.
Ale to nic w porównaniu ze skarbami, które mogą się kryć w tym minimalistycznym pudełeczku, które szybko schował do swojej torby.
-No, komu w drogę, temu do karczmy.
I poszedł do przybytku z zamiarem zajęcia spokojnego miejsca, zamówienia wina i dokładnego obadania zawartości tej przecudownej skrzyneczki, macając co chwilę kanciasty kształt zamieszkujący tymczasowo plecak.
Plecy nieznajomego oddalały się dość szybko, mimo tego że bard spodziewał się raczej równie nagłego zniknięcia jak pojawienia się owego człowieka. Cóż, komu wina, temu w karczmę.
Solidne drewniane drzwi oberży były dobrze okute, przez co ważyły dość by bard musiał dość dobrze się zaprzeć by je otworzyć. O dziwo nie było nad nimi żadnego szyldu który głosił by chwytliwą nazwę owego lokalu. Chwila siłowania się z klamką i bard znalazł się w budynku.
Pierwsze co odczuło jego ciało to ciepło. Przyjemna temperatura powietrza, bez niepotrzebnej duchoty. W powietrzu tym unosił się zapach pieczonego mięsa, pomieszany z lekką nutą alkoholu. Do uszu dochodziło spokojne klekotanie i szemranie, jak to w oberżach. Nie był to jednak hałas, budynek zapewne miał więcej miejsc wolnych niżeli pełnych, co zresztą okazało się gdy bard wszedł dalej i pozwolił też zbadać sobie karczmę zmysłem wzroku.
Kanciate, drewniane wnętrze. Z klasycznymi ławami i jeszcze bardziej pospolitymi stołami. Przybytek według standardowego opisu przydrożnych zajazdów. Bez przepychu, jednak praktyczny.
Przy jednym stole siedziała trójka uzbrojonych mężczyzn. Uzbrojonych jak typowi miejscy strażnicy czy wędrowni zbrojni. Ot miecz, tarcza obok stołu i kolczuga na sobie. Z twarzy raczej przyjemni, nie mieli w sobie nic z bandziorów. Dwa stoliki dalej siedział młodzian, kontemplujący nad kwintesencją kawałka wieprzowiny, która spokojnie przyglądała mu się z talerza. Naprzeciw był stolik przy którym siedziała zapewne czwórka kolejnych wędrowców, jednak przemieściła swoich członków w inne miejsce, gdyż na blacie znajdowały się opróżnione talerze i kufle.
Oczywiście za ladą znajdował się karczmarz, spory, na oko, czterdziestoletni mężczyzna, przyjemny z pyska, czego się zresztą od karczmarzy wymagało.
A przed ladą krasnolud.
~*~
Gorutheim Friann Gronmar Amdrigar, pełnokrwisty krasnolud, szanujący wszystko co powstało przez krasnoludzkie rzemiosła, znajdował się obecnie w swoim naturalnym środowisku.
W karczmie.
Gdzieś przy drodze na szlaku w Górach Mglistych, które notabene bał się trochę nazywać górami, bo w porównaniu z jego rodzinnymi stronami, te były wiele niższe. Co do drugiego członu nazwy nie miał zastrzeżeń, faktycznie mgła była tu zazwyczaj gęsta jak jego własna broda. Nie wiedział czemu, ale miał głupi zwyczaj wracania w rejony Gór Środka Świata gdy przychodziła wiosna. Czy nazwać to instynktownym powrotem w górę rzek by rozpocząć tarło, czy też była to kwestia tego, że większość tradycyjnych krasnoludzkich browarów, miała w zwyczaju przeceniać te beczki które nie sprzedały się w zimie, ciągnęło go do tych pieprzonych gór.
Teraz jednak tkwiąc przy czwartym dzisiaj litrze piwa, przypominał sobie własne doświadczenia z magią, głównie za sprawą pewnego pobudzonego nieznajomego który szukał okolicach owej karczmy niejakiego maga. Po cholerę szukać maga, skoro oni robią tylko kłopoty? Jak na przykład w Nowym Garfangu...
Z rozmyślań wybiło go jednak pojawienie się kogoś kogo bufiasty strój wręcz wymagał komentarza. W drzwiach karczmy pojawił się człowiek, który zarówno z ubioru jak i zapiętego przy pasie rapieru, mieścił się w Gorutowym wzorcu pajaca.
-O kurważ jego mać! Pizdochłop z kazirodczego związku zawitał!-
Oczy jego otworzyły się na szerokość krasnoludzkich monet. Nie mógł zawierzyć w to, co widział teraz na własne oczy. Usta, uśmiechały się od prawego, do lewego ucha. I na odwrót.
-Co On, jaja na dzwoneczki zamienił, kurważ jego mać!?-
Krzyknął dość głośno. Właściwie to było pytanie z rzędu retorycznych, w dodatku tętniące, a nawet ociekające sarkazmem.
Zamknął na chwilę oczy, otworzył je ponownie po jakichś trzech sekundach.
-Hahhahhahahhaha-
W tym momencie zaczął śmiać się w iście krasnoludzki sposób. Właściwie to Gorut zapomniał o otaczającym go świecie i poczuł się jak w rodzimej karczmie, pełnej krasnoludów. Być może Ci ludzie nie zrozumieją jego reakcji, ale teraz nie miał czasu o tym myśleć.
-No niech mnie jakiś drzewołaz wydyma w moją piękną, krasnoludzką rzyć, a i tak nie uwierzę...-
Zwrócił się już nieco ciszej, tym razem do karczmarza. Po chwili pochwycił kufel, opróżniając go co sił. Głęboki łyk, dla uśmiechniętej po krańce gęby.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Z twarzy to przyjemny w tym bajzlu był jedynie Bartz ,a cała reszta była najwyżej mało ohydna. Bartz zaaferowany wizją upicia się winem do stanu graniczącego ze śpiączką.
W drzwiach gospody stanął na chwilę żeby przyzwyczaić się do panującego tam półmroku, a potem szybkim krokiem podszedł do kontuaru zbywając śmiech tłustego, śmierdzącego, kurduplowatego i nieogolonego krasnoludzia machnięciem pszenico-złotej lokowanej grzywy. Na Bogów! Powinni wprowadzić ustawę o obowiązkowym strzyżeniu krasnoludzkich bród! Śmierdzą jak tona końskiego łajna!
Przystanął w odległości od karła większej niż wyciągnięcie jego kikutowatej ręki.
-Dobry panie, wina dajcie, od razu dzban. I owoców na ząb, jeśli macie.
I począł wybijać knykciami na kontuarze marszową melodię, po której pierwszym takcie zaczął się rozglądać po przybytku za miejscem wygodnym do picia, jedzenia a przede wszystkim dyskretnego zbadania zawartości tajemniczej skrzyneczki.
Przez chwilę i ku jego zdecydowanemu nieszczęściu na linii jego wzroku pojawił się paskudny krasnoludzki łeb. Bartz jęknął cicho, lecz nie kryjąc swojego zażenowania i skierował wzrok na powałę.
Wybuch śmiechu krasnoluda oczywiście zwrócił uwagę nielicznej klienteli, zarówno na osobę będącą jego źródłem, jak i tą która była tego zachowania przyczyną.
Gorut wciąż chichotał pod nosem, i prychnął również nieco mocniej, gdy ów 'dzwoniący pizdochłop' zbliżył się do kontuaru.
Karczmarz chcąc nie chcąc zwrócił się w kierunku barda i wysłuchał jego zamówienia.
- O świeże owoce będzie ciężko - stwierdził zabierając puste kufle sprzed krasnoluda - jednak mamy placki z suszonymi śliwkami. Wiosna dopiero, drzewa kwitną, a sprowadzać z daleka nie trzeba bo komu. Pan sobie usiądzie to żona poda litr wina i te placki. Złocisz Imperialny za to będzie w sumie, chyba że jednak tylko wino to osiem srebrników.
Bard wysłuchał cennika, jednak słuchając rozglądał się raczej po karczmie niżeli spoglądał w oblicze karczmarza. Znalazł dla siebie odpowiedni stolik. W rogu, z dala od reszty klientów, choć najbliżej krasnoluda. Zawsze jednak będzie można siąść do niego plecami, tak by nie musieć patrzeć na jego rozpijaczoną mordę.
- Będzie następne piwo? - karczmarz zapytał Goruta - Czy tym razem coś na ząb?
Mruknął cicho dalej będąc zniesmaczonym widokiem owłosionego pokurcza. Sięgnął po ukrytą pod pajęczyną zapobiegawczych dzwoneczków sakiewkę i wyciągnął z niej jedną monetę, przyjrzał się jej i delikatnie, z teatralnym smutkiem rozstał się z nią na zawsze.
(Ciekawe co to za pierścienie...)
-Będę siedział tam
Powiedział wskazując upatrzone miejsce czubkiem brody.
(Ciekawe czy zorientuje się jak je zabiorę...)
Delikatnie posunął w stronę stolika omijając krasnoluda szerokim łukiem i obrzucając kolejnym pogardliwym spojrzeniem
(Nie zorientuje się...)
Zasiadł, o dziwo nie plecami do kontuaru, ale twarzą i rytualnie wyciągnął z plecaka pod stół kuszącą przesyłkę, pogwizdując przy tym cicho. Toboły położył na podłodze zaraz obok swojej nogi, a pod blatem głęboko wystudiowanym ruchem otworzył pudełko i z ochotą zaczął przeglądać jego zawartość.
Na pytanie karczmarza, uniósł lekko dłoń, co było równoznaczne z "poczekaj chwilę". Gdy tylko słyszał pytanie, w której odpowiedź była równoznaczna z wydaniem pieniędzy, dostał ciarek i postanowił to na chwilę odwlec. Bo może się uda...
Zbliżył się, bardzo spokojnym krokiem do owego pajaca. Zdążył zauważyć, że ów człowiek darzy go apatią, oraz obrzydzeniem. Idealnie wręcz.
Gdy już był na odpowiedniej odległości, objął go, przyjaźnie, acz dość mocno, kładąc rękę na jego barkach. Stricte przyjazny gest. Uśmiechnął się szeroko, nieszczerze i zaczął mówić.
-Drogi, kurważ jego mać, przyjacielu. Czy nie zechciałbyś, w dupę padalca, postawić biednemu krasnoludowi kawałka pieczeni oraz kufla piwa? Bo widzisz, kurwać jego mać, głodny jestem, i spragniony.-
W tym momencie odbiło mu się bardzo głośno.
Gorut był skąpcem, i to bardzo perfidnym, a nawet bezczelnym. Miał nadzieję, że owy, wybrakowany przedstawiciel ludzkiej rasy postawi mu coś do jedzenia i picia. W końcu brzydził się go, i z logicznego punktu widzenia, powinno mu zależeć na rozstaniu się z natrętem.
Zaś co do samego pajaca. Gorut widział już kilku przedstawicieli człowieczej rasy. Niektórzy byli silni, mężni i honorowi. Prawie w takim samym stopniu, jak noworodek krasnali. Czyli już jakiś powód do dumy był. Ale ten, którego teraz spotkał w karczmie był ogromnym fenomenem. Chyba będzie o kim opowiadać przy ognisku.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Odór zbliżającego się pokurcza bardzo skutecznie otrzeźwił Bartza. Krasnolud cuchnął tak niewyobrażalnie mocno, że przyćmił tym smrodem nawet myśl o skrzyneczce, a już z odrażającego krasnoludzkiego uścisku wyrywał się jak gwałcona dziewka.
-Wynoś się stąd, obleśny śmierdzielu, bo jedyne co możesz ode mnie dostać to kopniaka w tą swoją parchatą, pryszczatą, tłustą i owłosioną rzyć! Zesrasz się prędzej niż zjesz na mój koszt! Bo za co niby pijesz cały dzień, moczymordo brodaty? Oszuście spelunowy?
W pięknisiu zagotowało się bardziej niż kiedykolwiek, a złość urodzie szkodzi, więc szybko postarał się opanować.
-Jak ci kompana do pogadanki i zalewania się w trupa brakuje, to proszę bardzo, ale ja niczego nie stawiam, bo ty ani piękny ani dziołcha.
Obrócił się ze złością odrobinę i wbił wzrok w krokwie przybytku.
Krasnolud nie przestawał się uśmiechać.
-O proszę bardzo, kurważ jego mać! Pierwszy ludź, który odważył się odszczekać!-
Krzyknął dość głośno.
-Odważny jesteś, kurważ jego mać, to muszę Ci przyznać! Tylko zawsze, kurważ jego mać, powinna dominować rozwaga, niźli odwaga...- przełknął ślinę i dodał -kurważ jego mać-
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-W moich rodzimym stronach, odmówić komuś propozycji wspólnego picia, jest równie karalne co matko jebstwo.-
Chrząknął.
-A więc napiję się z Tobą, kurważ jego mać.- W tym momencie zwrócił się do karczmarza -Podaj mi kufel piwa i jakąś tłustą pieczeń, jeśli łaska-
Kończąc zdanie poszedł w stronę wolnego stolika.
O kurważ jego mać. Jeszcze nigdy nie piłem z taką pizdoliną. Jak się upije tym winem, to wmówię mu, że miał mi postawić kolejkę...
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Krasnolud przeszkodził bardowi w spokojnym otworzeniu przesyłki, także ta kontynuowała zapoznawanie się z pozostałymi przedmiotami w plecaku. Bartz jednak siadł na swoim miejscu, którego aktualnie głównym plusem, było to że dzieliło ono go od owego natarczywego krasnoluda na odległość blatu. Gorut usiadł naprzeciw i spoglądał badawczo na swojego rozmówcę, który mimo swojego babskiego wyglądu pokazał, że ma jaja.
Nie minęła minuta gdy do stolika podeszła gospodyni i położyła przed bohaterami dwa kufle oraz talerz. Pani gospodyni była na oko z pięć lat młodsza od karczmarza i równie krągła, choć w jej wypadku było to na plus. Zaokrąglona tam gdzie trzeba, choć dłonie i oblicze zdobiły już pierwsze zmarszczki i inne skutki pracy.
- Tu dla pana wino i placki z blaszy. - zwróciła się do barda, który skinął głową w podziękowaniu skupiony wzrokiem na biuście owej kobiety, a myślami na tym dlaczego trafił na takie zadupie gdzie wino podawane jest w kuflach niżeli w kulturalnych kielichach.
Gospodyni odwróciła się w stronę krasnoluda, dzięki czemu wzrok barda wrócił do placków. Te, w ilości trzech, leżały spokojnie pod śliwkową konfiturą na drewnianym talerzu.
- A szanownemu panu piwo. Dergam. - co było krasnoludzkim odpowiednikiem 'smacznego' tyle, że odnosiło się do napojów alkoholowych - Pieczeń będzie tak za dziesięć minut. - oznajmiła przysuwając kufel ozdobiony pianą przed nos Goruta. - Jakby był pan łaskaw zapłacić teraz złotą monetą i dwoma srebrnikami chyba, że posiada pan markę to wystarczy.
-A nie dałoby się może zmieścić w jednej, imperialnej monecie?-
Spytał, chrząknął lekko i nie czekając na odpowiedź kontynuował.
-Bo widzisz, kurważ jego mać, szanowna dzierlatko, ja już tu u Was dużo pieniędzy wydałem. Może taki mały, kurważ jego mać, bonusik dla krasnoluda, który zawitał w te progi!?-
Znowu chrząknął, znowu kontynuował.
-Nie wątpliwym i niepodważalnym faktem jest to, że krasnolud to materiał pożądany w całym, tym zapchlonym świecie! No, może za wyjątkiem, kurważ jego mać, tych pierdolonych gadów, co to się elfami- ułamki sekund po wypowiedzeniu tego słowa splunął. Nie był to akt, w których chodziło o wyplucie śliny. Było to raczej zobrazowanie odczuć -nazywać karzą.-
Przetarł twarz rękawkiem, kontynuował dalej.
-Dodam jeszcze tylko, kurważ jego mać, że chciałbym tu trochę posiedzieć, coś jeszcze wypić, może zjeść. Ale przy takich cenach długo nie usiedzę...-
Uśmiechnął się, w sposób stricte krasnoludzki.
-To jak będzie miła pani?-
Wstrzymywał się przed rozpoczęciem picia z kufla. Stara, dobra zasada mówi, że nie używa się towaru, do czasu zakończenia transakcji.
Ale w tym momencie to było takie trudne...
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Pół ekstrawagancko-drobnomieszczańskiego sposobu podania wina wypił duszkiem, ku chwale bogów wina, a placki jadł w tempie biegnącego legionu, zapominając nawet odrobinę i studiowanych latami zasadach dobrego zachowania u stołu.
-Patrzcie go, wydałem mniej, a zaraz będę nabzdryngolony jak chłop po pańszczyźnie
Powiedział rumieniąc się już lekko.
-Nazywam się Bartz, Bartz Krauser, a dokładniej Najwspanialszy Ministrel Bartz Krauser
Znów zanurzył się w otchłani kufla dopijając jego zawartość prawie do końca.
-A ty, kim jesteś?
Kiedy pił z tym, teraz już jedynie obleśnym, krasnoludem, coraz bardziej niecierpliwił się, żeby zajrzeć do wnętrza skrzynki. Niech go! Dlaczego akurat teraz??
Krasnolud chcąc wyperswadować rabat na kolejnym piwie wprowadził kobietę w lekkie zamieszanie, gdyż ta pytająco odwróciła się w stronę męża.
- A niech dostanie tę pieczeń taniej za te piwa - machnął ręką karczmarz i dodał– ale za alkohol liczymy mu normalnie.
- Tak jak mąż powiedział – stwierdziła gospodyni, po czym ze skinieniem przyjęła złotą monetę wybitą w Imperium. - Jak mówiłam pieczeń będzie za dziesięć minut.
Kobieta oddaliła się od ich stolika, by zabrać jeszcze brudne naczynia ze stołów, do których dołączył również talerz młodziana, który w końcu po analizie swojego dania postanowił je skonsumować.
Wypicie litra wina niemalże duszkiem było dla barda niczym nadzwyczajnym, jednak jego organizm wciąż miał ku temu jakieś dziwne przeciwwskazania. Bartzowi odbiło się dość porządnie, przez co czuł jak poziom lanego do żołądka płynu podniósł się pod gardło, jednak bohaterowi udało się powstrzymać odruch wymiotny.
Cóż, poczułby się nieco prostacko gdyby miast przedstawić się swoim szlachetnym imieniem, w kierunku karczemnego towarzysza posłał solidnego pawia.
-Niech cię bogowie i bóstewka błogosławią, mości karczmarzu!-
Krzyknął z entuzjazmu. W końcu udało mu się uratować całe dwie srebrne monety. Czuł się jak w raju.
-Zdrowie gospodarza, kurważ jego mać!-
Podniósł kufel, by po chwili przystawić go sobie do ust. Zaczerpnął parę porządnych łyków, po czym z powrotem, w dość nonszalancki sposób odstawił browar na stół.
-Kim jestem? Nikim innym, jak samym Gorutheim'em Friann'em Gronmar'em Amdrigar'em. Dla przyjaciół Gorut...-
W tym momencie jego mina spoważniała.
-... ale z racji, że przyjaciółmi nie jesteśmy, mów mi Gorutheim Friann, kurważ jego mać!-
W tym momencie parsknął ogromnym śmiechem. Ci co znali Goruta, doskonale wiedzieli, że najbardziej bawiły go jego własne żarty.
-Czy to prawda, że wśród grajków, trubatrujdupów i innych, co się zowią artystami, górują krasnoludy?-
Zapytał z zaciekawieniem. Młody bohater był niemalże pewien, że wszystko wywodzi się od krasnoludów, i że to co robią krasnoludy, zawsze w obliczu innych ras wypada o wiele lepiej. Tak było i w tym przypadku.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Ciekawość jednak zwyciężyła, otworzył leżący obok plecak udając, że poprawia pantofle.
-No zatem ty, Gorutheimie Friannie, zwracasz się do mnie per Najwspanialszy Ministrelu Bartzie Krauserze, bo muzyka nie jest dziedziną górskich ludziów, znacie się tylko na zabijaniu i barbarzyństwie. A i nawet tego nie robicie z pełną finezją
Odciął się lekko bezczelnie i takoż się uśmiechnął do swojego rozmówcy, znów się schylił i znów 'uwygadniał swoje obuwie'. Otworzył wieczko leżącej na samej górze skrzyneczki...
-Gospodyni, dajcie jeszcze wina, bardzo małe te kufle tutaj macie, takie na dwa łyki.
... i pobieżnie przejrzał jej zawartość po czym zamknął wieczko i klapę plecaka.
-A zatem, Gorutheimie Friannie, co sprowadza cie w te strony?
Podniósł się z krzesła.
-Co ja kurważ jego mać mówiłem o rozwadze, a odwadze?-
Spoważniał dosłownie w sekundzie.
-Odszczekaj to psie niewierny i to w trybie natychmiastowym.-
Ograniczył się tylko do tych dwóch, dość krótkich zdań. Ci, co znali Goruta, w życiu w jego towarzystwie nie ośmieliliby się określić krasnoludów jakimś złym mianem. No, chyba, że byliby w eskorcie ciężkozbrojnych rycerzy. Wtedy Gorut najwyżej zabiłby tylko tych, co stoją najbliżej.
Sytuacja zrobiła się poważna. Bynajmniej ze strony krasnoluda. Do tej pory pobłażał wszelkim błazenadom owego pajaca. Ale to co powiedział teraz, było "przegięciem" totalnym. Czas pokaże, jakie będą tego konsekwencje.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Bardzo dobrze, że usiadł jak usiadł, bo od rozwścieczonego pokurcza dzieliło go wystarczająco dużo, żeby nie był w stanie dosięgnąć nawet jego talerza. Bardzo nie lubił wszelakich brudasów, a ten, w dodatku do swojego, w ogólnie przyjętych normach, szkaradnego ryja, działał mu jeszcze na nerwy. I to bardzo.
-Uspokój się i pogódź z prawdą, wszystkiego mieć nie można.
Chciał pociągnąć jeszcze wina, ale gospodyni nie przyniosła jeszcze drugiej porcji. Z nieukrywanym smutkiem spojrzał na dno kufelka i ruszając koliście naczynie zamieszał resztkę jego zawartości.
-Albo siła, albo gracja, taka prawda.
Gracji wolał teraz nie okazywać, bo to znaczyłoby, że silny nie jest ani trochę, więc cudem powstrzymywał sie od choćby delikatnego potupywania jakiejś melodyjki czy stukania knykciami o blat stołu.
-Nie gniewaj się, tylko się napij.
Nie wytrzymał i zaczął wybijać o blat opuszkami palców.
-Dobrze, że zszedłeś z tonu.-
Usiadł ponownie.
-Przynajmniej podyskutujemy, kurważ jego mać, w jakiś kulturalny sposób.-
Wziął do ręki kufel, napił się po raz kolejny trochę złocistego trunku.
-Widzisz panie grajku... tutaj się z Tobą nie zgodzę. Toż to oczywistym, kurważ jego mać, faktem jest, iż krasnoludy to najlepsi wojacy i śpiewacy. Czy kiedykolwiek słyszałeś, jak piękny i donośny głos wydobywa się z naszych, kurważ jego mać, ust?-
Uspokoił się. Co prawda chętnie zaliczyłby jakąś burdę, ale na chwilę obecną, bardziej cieszy go możliwość siedzenia i wlewania w siebie ogromne ilości płynów.
-Tak się składa, że znałem jednego... zaraz, jak to się nazywa...-
Spojrzał na chwilę na podłogę. Brwi jego zmarszczyły się. Minęła sekunda, druga.
-Barda! Tak, dokładnie tak, barda!-
Uśmiechnął się, kontynuował.
-Nie muszę chyba mówić, że ten bard, kurważ jego mać, był reprezentantem tak wspaniałej rasy, jaką z pewnością są krasnoludy? Na pewno nie muszę. W końcu wy, poeci szczycicie się swoją elokwencją i dedukcją.- w tym miejscu uśmiechnął się mimo woli.-Otóż ten grajek był jednym z najlepszych wojów jakiego widziałem! Potrafił śpiewać i roztrzaskiwać piąchą łby, kurważ jego mać, karczmiennych pederastów!-
Kolejna pauza, dając czas na przemyślenie swojemu rozmówcy.
-I jak to wyjaśnisz, kurważ jego mać?-
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum