Historia na złe czasy
kroniki Farewella - wprowadzenie
kroniki Lar'raela - wprowadzenie
Wbrew pozorom, bywają czasy, gdy wychodząc z domu wcale nie jest się pewnym, czy się do owego domu wróci. Idąc do sklepu w wiosce obok, nie ma się pewności, czy owa wioska stoi. Opuszczając rodzinę na tydzień nigdy nie ma się pewności, czy po powrocie nie zastanie się domu w zgliszczach, a samej rodziny pomordowanej. Są to niespokojne, złe czasy dla każdego, zwykłego obywatela. Czasy, gdy nikt nie może być niczego pewnym, ani niczego spokojnym.
Czasy pogardy.
Czasy wojny.
Chyba tylko ktoś obudzony z wiekowego snu, jakiś dawno zapomniany wampir czy demon nie słyszał o tym, co działo się w Księżycowych Lasach. O nieustannej wojnie przygranicznej. O wielkiej kampanii orków, o bojach o ich "wykradzione przez elfów ziemie". O rzeziach i pogromach. O fali niepokojów. Cały las szeptał i przekazywał wieści z ust do ust. Wici, mobilizacje, fale uchodźców ze zrujnowanych miasteczek i wiosek przygranicza. Pełne trwogi wieści o okrucieństwie najeźdźcy, jak również nieśmiało opowiadane historie o walecznych bohaterach.
Farewell słyszał te wszystkie wieści. Dotarły go słuchy o oblężeniu Seilaru, jak również o jego bohaterskiej obronie. Imię Tuliana i Altharisa, dwóch herosów, którzy pomogli w odtworzeniu Pięści Żywiołów, oraz ostatecznie uratowali miasto było ostatnimi czasy niemal koncelebrowane. Wieści o doniosłych postanowieniach, jakie przedstawiciele Wysokich Rodów podjęli podczas niedawnego Księżycowego Wiecu, oraz obudzenie Pierścieni Wieczności również pozwalały patrzeć na sprawy optymistycznie. Była nadzieja, iż sprawy nie mają się aż tak źle, jak to pozornie wyglądało.
Tym gorzej jednak było w wojennej zawierusze szukać ojca. Ha, na dobrą sprawę, można było zacząć szukania dwóch identycznych płatków śniegu. W tych dniach wiele osób szukało wieści o zaginionych znajomych. Usłyszenie o ich istnieniu graniczyło niemal z cudem. Powodzeniem wobec tego cieszyło się wiele instytucji zajmujących się uchodźcami, oraz podróżnymi na Szlaku pomiędzy miastami.
Jedną z nich był Krąg.
Druidzi z księżycowych lasów zbierali informacje na temat bardzo wielu elfów, ułatwiając im kontakt z bliskimi. Nie wykluczone, iż słyszeli również o ojcu Farewella.
Nie dziwota, iż właśnie teraz, ósmego dnia podróży, od opuszczenia rodzinnego domu, Farewell kierował swoje drogi właśnie tam. Był wczesny ranek, Lasy wciąż jeszcze pogrążone były w chłodnym półśnie, gdy młody adept sztuk magicznych szedł już raźnym marszem traktem handlowym na zachód od Lar'Dudanwal.
Śnieg skrzypiał pod stopami, a mroźne powietrze dodawało sił i otuchy. Elf szedł bez większych przeszkód. Fakt, iż od dobrego dnia nie napotkał nikogo na szlaku nie dodawał co prawda pewności siebie, lecz myśl, iż do siedziby Kręgu pozostało zaledwie kilka godzin drogi pozwalała patrzeć nieco optymistyczniej w przyszłość...
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2009-01-16, 19:17, w całości zmieniany 2 razy
Farewell szedł szlakiem, podziwiając piękno uśpionej przyrody. Ciągle zastanawiał się, co się mogło przydarzyć ojcu. Wprawdzie wiele razy nad tym rozmyślał, lecz nigdy tak intensywnie jak teraz. Zastanawiał się także, co powiedzą mu druidzi, których uznawał za tajemnicze, skryte istoty.
Swój wybór już podjął. Nie było mowy o powrocie do swego domu, do matki. Honor by mu na to nie pozwolił. Ona sama była skryta - na pytania na temat ojca odpowiadała wymijająco, bądź wcale nie udzielała odpowiedzi. Ogólnie jego dzieciństwo było tajemnicą. Również brak rodzeństwa odzwierciedliło się na jego charakterze - Farewell to zamknięty w sobie, cichy elf.
Mag maszerował dość raźno. Tempo miał zadowalające, przerwy na złapanie oddechu musiał robić często, lecz niezbyt długie. Brak kondycji zastępowała mu znajomość tutejszych terenów i ogólna radość z wędrówki. Nie dało się ukryć, iż zaledwie tydzień spędzony z dala od domu i matki potrafił zmienić wiele w psychice młodego poszukiwacza przygód.
Słońce już od dawna zdołało się wznieść ponad iglaste wierzchołki drzew, gdy na niemrawym do tej pory trakcie zapanowało jakieś poruszenie. Farewell, do tej pory zajęty głównie marszem, drogą i snuciem domysłów, teraz zatrzymał się, nasłuchując mimowolnie. Ponad zwyczajowy szum igliwia, odległe skrzeczenie sowy śnieżnej, czy skrzypienie śniegu pod stopami wybił się inny odgłos...
...rozmowy?
Tak, chyba rozmowy. Dźwięk był jeszcze odległy, ale zmysły mogły być złudne. W zimnym, cichym lesie głos niósł daleko. Farewell był jednak w miarę pewny, iż głosy, czy też raczej ich źródło, znajduje się gdzieś przed nim. Były wciąż niewyraźne, na tyle, by nie był w stanie odróżnić poszczególnych słów, czy nawet dialektu, w jakim się porozumiewano.
Miał jednak niewątpliwą przewagę zaskoczenia. Ktokolwiek się zbliżał w jego stronę, ujawnił swoją pozycję.
A w obecnych czasach, nawet tak blisko stolicy elfiego państwa mógł to być każdy.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Farewell zatrzymał się, odruchowo zresztą. Słyszał o wielu przypadkach porwań w biały dzień, tak węc nie chciał by następny.
Próbował wyłuskać pojedyńcze słowa, lecz bez efektu.
Jedyne co mu zostało, to zejście ze ścieżki i schowanie się za drzewem, by autorzy tych ów szeptów nie zauważyli go. Na domiar złego, musiało być ich przynajmniej dwóch. Nikt przecież nie gada sam do siebie.
Tak więc ukryty za drzewem, czekał na rozwój wypadków. Wytężał słuch, a zaklęcia trzymał w pogotowiu.
Będąc w obecnej sytuacji, Farewell wykonał coś, co zrobiłby każdy rozsądnie myślący elf postawiony na jego miejscu. Taktyczne zajęcie z góry upatrzonych pozycji ochronno - wywiadowczych, jak by powiedział wojskowy. Wzięcie nóg za pas i schowanie się, jakby powiedział paladyn. Rozsądne rozpoznanie nieznanego, jak powiedziałby każdy inny, ceniący swój własny żywot.
Zwłaszcza w tych obecnych czasach.
Znalezienie odpowiedniego drzewa, zza którego będzie się miało dobry wzgląd na cały szlak, jak również, które w razie potrzeby w całości zasłoni szczupłego adepta sztuk magicznych nie sprawiło bohaterowi wielkiego problemu. Rychło rzucił się w tamtą stronę.
Akurat w momencie, gdy głosy dobiegające jego uszu zamilkły, oraz gdy uświadomił sobie jedną rzecz, która nieco psuła jego misterny plan. Na działanie było jednak już zbyt późno. Chwilę po tym, gdy znalazł się za drzewem, zza zakrętu na szlak wyszły dwie postaci.
Obaj podróżujący byli elfami. Jeden bardzo drobnej budowy ciała, drugi nieco lepiej zbudowany. Obaj jednakowo wysocy, z długimi, srebrnymi włosami upiętymi z tyłu głowy. Jeden, noszący błękitną szatę, zdawał się nie być uzbrojonym, zaś drugi, noszący na sobie prosty pancerz skórzany, nosił w dłoni misternie wykonany łuk. Obaj szli szybkim tempem przed siebie, rozglądając się na boki. Nie rozmawiali już, tylko...
- Hej, kolego!
Farewell drgnął, przeczuwając, że tak się stanie.
Śnieg.
Schodząc ze szlaku i kryjąc się za drzewem, pozostawił wyraźne ślady znaczące jego drogę. Wiedział przecież, że od paru dni nie spotkał nikogo na drodze. Żadnych śladów, poza jego własnymi i śladami elfów tu nie było.
- Nie ma powodu do krycia się, nie obawiaj się! I tak wiemy, że tu jesteś!
To ten nieuzbrojony. Jak na takiego wątłego elfa, głos miał całkiem męski i donośny.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Farewell mógł obecnie tylko zrugać się w myślach i liczyć, iż napotkani elfowie nie będą mieli wobec niego złych zamiarów. Cóż, na dobrą sprawę może niepotrzebnie był wobec siebie taki surowy. W tych warunkach i tak nie zdołałby chyba uniknąć tego spotkania. Śnieg, tak czy inaczej, zdradziłby go bezbłędnie.
Gdy tylko wyszedł zza drzewa, wykonując parę kroków w stronę dwójki nieznajomych, zauważył, jak ten uzbrojony w łuk, ma strzałę nałożoną na majdan broni, gotową do wystrzelenia. Szczęściem, nie celował w Farewella. Po obu elfach widać było chwilę odprężenia, gdy przekonali się, iż osobnik, którego wytropili nie jest przedstawicielem... jakiejś innej rasy.
Mimo to atmosfera jeszcze nie zelżała na tyle, by uznać ją 'pokojową'.
- Witaj, nieznajomy, a niech gwiazdy oświetlają ci drogę... - zwyczajowo, grzecznie rzekł ten drobniejszej budowy elf.
Farewell wiedział, iż grecznościowo powinno się odpowiedzieć 'i niech tobie swego światła nie skąpią'.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy, podczas której obie strony mierzyły siebie wzajemnie wzrokiem.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Farewell, skrępowany sytuacją, postanowił odpowiedzieć klasycznym zwrotem:
"I niech wam swego światła nie skąpią" - rzekł równie grzecznie do dwójki elfów, a następnie wykonał subtelny ukłon w ich stronę.
Wiedział, iż wszystko teraz zależy od tego, co powie. Na szczęście wiedział co nieco o etykiecie.
Po chwili dodał: "Widzę po waszych twarzach, iż jesteście zaintrygowani moim zachowaniem", próbując nawiązać rozmowę. Oczywiście przez cały czas starał się, aby wyglądać spokojnie, naturalnie.
Niestety, tak naprawdę nie mógł się czuć, z niepokojem obserwując nałożoną strzałę na łuk, która w każdej chwili mogłaby się znaleźć pomiędzy jego żebrami.
Farewell odpowiedział kulturalnie, zadając po chwili własne pytanie.
Będąc tak lakonicznym chyba nie oczekiwał, iż napotkani na szlaku nagle staną się niezwykle wylewni i rozmowni. Uwadze bohatera nie umknął fakt, iż obaj nieznajomi wyraźnie spięli się, jak gdyby niepewni intencji napotkanego elfa.
- W obecnych czasach elf kryjący się za drzewami budzi zainteresowanie, przyjacielu... - odezwał się po chwili ten nieuzbrojony.
Zerkał co chwila na swojego towarzysza. Ten starał się usilnie zachować spokój, lecz nie dało się nie zauważyć, iż knykcie palców pobielały mu, zaciskając się silniej zarówno wokół majdanu broni, jak i na brzechwie strzały osadzonej dość luźno na cięciwie.
- Kim jesteś? - zapytano wreszcie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie obawiajcie się, jestem tylko początkującym magiem. - Rzekł po chwili namysłu.
Starał się rozważnie układać zdania, by nie brzmiały niezręcznie, chociaż coraz bardziej mu się wydawało, iż te dwie postacie stojąc naprzeciwko niemu nie mają złych intencji, po prostu zdziwiło ich zachowanie Farewella.
Po chwili niezręcznej ciszy dodał: Pewnie rzadko widujecie tak strachliwego elfa. Cóż, od jakiegoś czasu wolę być sam. Nie wiadomo, czy w dzisiejszych czasach spotka się na drodze elfa czy może orka. Mój ojciec zaginął, dlatego też nie chcę popełnić tego samego błędu. Ale na szczęście nie spotkałem żadnego orka, tylko was.
Miał nadzieję, iż dotarł do odbiorców i ich przekonał.
O Farewellu można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, iż należał do osób szczególnie wylewnych. Mimo to jednak jego tłumaczenie, w kontekście tej sytuacji sprawiało wrażenie dość wiarygodnego. Na tyle, by ostrze strzał nieco się opuściło ku ziemi, a obaj elfowie zauważalnie odprężyli się.
Choć, nie ukrywajmy, do przyjaźni było tu jeszcze bardzo daleko.
- Nawet początkujący mag ma chyba jakieś miano, prawda? - zapytał ów nieuzbrojony.
Jakby na dodanie, wskazał gestem najpierw swojego towarzysza a następnie siebie.
- Oto Sithaniel, a ja jestem Aernis - rzekł spokojnie - patrolujemy okoliczne drogi wokół Kręgu. Ale, skoro idziesz tym szlakiem, zgaduję, że wiesz, czym jest Krąg?
- Wspominał, iż jego ojciec zaginął... - cicho zauważył Sithaniel.
Arenis skinął głową.
- Widziałeś w pobliżu coś wartego wzmianki? Może jakieś partie orków? - zapytał po chwili.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nic szczególnego. - szybko odpowiedział na zadane mu pytanie.
Farewell postanowił rozluźnić trochę atmosferę, tak więc podszedł w stronę elfów i wyciągnął rękę w celu uściśnięcia dłoni.
Moje imię Farewell. - rzekł do nich, po czym zapytał: Hmm... patrolujecie ścieżki wokół kręgu, tak? Wiecie może, ile jeszcze drogi mi pozostało?
Poczekał na odpowiedź, a następnie dodał: Wracając do waszego pytania: Wydarzyło się coś ostatnio ciekawego skoro pilnujecie kręgu? Myślałem, że na wypadek ataku orków druidzi potrafiliby się sami obronić, gdyż mają w sobie potężną moc...
Powoli nawiązująca się rozmowa chyba zdołała do reszty przekonać obu napotkanych elfów co do tego, iż Farewell nie żywi wobec nich wrogich zamiarów, a jego ukrycie się podyktowane było zwykłą w tych czasach ostrożnością. W każdym razie Arenis sprawiał wrażenie odprężonego. Jego towarzysz zaś, choć spokojniejszy, nie tracił czujności.
Bohater od razu rozpoznał w nim prawdziwego łowcę. Sithaniel nie zwolnił uchwytu ze strzały opartej swobodnie na majdanie łuku, jak również bacznie wpatrywał się w otaczającą ich głuszę.
Wiatr, który zerwał się gdzieś, wysoko, ponad nimi, targał korony drzew, oraz przewiewał elfie szaty na wylot. Nikt jednak nie przejął się zimnem. Byli przyzwyczajeni.
- Krąg jest dobrze ukryty - odparł spokojnie Arenis na pytanie bohatera - mimo to ryzyko odnalezienia go wciąż istnieje. Na chwilę obecną przebywa tam wielu uchodźców. Druidzi, choć "władają" niemałą mocą, nie mają jej na zawołanie. Na wypadek niespodziewanego ataku nawet oni będą bezbronni. Dlatego ważne jest, by nieustannie patrolować okolice Kręgu i ewentualne zagrożenie przechwycić, zanim się do niego zbliży.
- Dwie godziny. Może nieco mniej, spokojnego marszu - odparł milczący łowca na pytanie o drogę - po prostu trzymaj się szlaku.
Arenis wzruszył lekko ramionami.
- Jeżeli ci się spieszy, możesz wyruszyć natychmiast... - zaczął - ...choć jeśli chcesz, możesz iść też z nami? - zaproponował - Powoli kończymy obchód. Potrwa to jeszcze może trzy godziny i też będziemy w Kręgu, a razem podróżować zawsze raźniej. Co ty na to, Farewell?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Mag podrapał się w tył głowy, wydając ciche "hmm...", po czym rzekł: Dobrze, i tak mi się nigdzie nie śpieszy, mogę pójść z wami.
Zacisnął mocno szatę, która swoją drogą była już trochę ośnieżona, aby szalejący wiatr nią nie poniewierał.
Ustawił się równo z elfami, po czym pewnym krokiem wraz z nimi ruszył w przeciwną stronę do kierunku jego podróży.
Podczas pochodu nic nie mówił, czekając na zaczęcie rozmowy przez kogoś innego.
W końcu jego ulubionym powiedzonkiem było: Mowa jest srebrem, a milczenie złotem.
Zresztą, podczas jego dzieciństwa i tak nie prowadził częstych konwersacji z rodziną, gdyż ani jego matka, która była zawsze zamknięta w sobie, ani jego ojciec, którego nie było, ani rodzeństwo którego nie miał (lub tak przynajmniej jego matka próbowała mu wmówić), nie byli po prostu zainteresowani małym bękartem, który raz za razem potrzebował opieki i który ze względu na słabą tężyznę często chorował.
Obaj elfowie powitali decyzję Farewella oszczędnymi ukłonami. Widać po nich było ulgę, iż owo przypadkowe spotkanie nie zakończyło się walką, a wręcz powiększeniem dość niewielkiej drużyny patrolującej las. Nawet początkujący mag był lepszą pomocą, niż owej pomocy brak. To było na tyle logiczne, iż nie wymagało nawet szerszego tłumaczenia.
Poza tym, złe czasy wymagały od elfów bliżej, niż na co dzień współpracy i wzajemnego wspierania się.
- Spytam z ciekawości... - zaczął mag, gdy już ruszyli - ...w jakiej szkole się specjalizujesz? Ja, dajmy na to, specjalizuję się w magii wody, oraz podstawach zaklinania. Nasz towarzysz z kolei to prawdziwy mistrz...
- Błagam, umilknij wreszcie - bezpardonowo przerwał mu Sithaniel - cały czas gadasz. Nic nie słychać przez ciebie.
Faktycznie, dało się zauważyć, iż z tej dwójki to raczej łowca był mrukiem, zaś magowi usta się nie zamykały. Ten drugi widocznie cierpiał, iż nie ma z kim spokojnie porozmawiać.
Ich jedynym towarzyszem do rozmów zdawał się być tylko pogrążony w ciszy las, śnieg skrzypiący u ich stóp, oraz wyjący w koronach drzew las. W sumie las faktycznie wydawał się być niepokojąco cichy. Brakowało tak naturalnych przecież świergotań ptaków, czy choćby innych odgłosów zwierzęcych.
Farewell nie mógł powstrzymać się od wrażenia, iż coś jest nie tak, jak być powinno... i pomimo ponad pół godziny marszu w towarzystwie dwójki elfów, czuł się nieswojo.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Po zadaniu pytania na temat specjalizacji, Farewell lekko się zaśmiał, po czym odpowiedział: No cóż, dotychczas uczyłem się magii ognia, lecz to nie oznacza, iż w przyszłości nie wezmę się za naukę innego rodzaju czarów. Czas pokaże... - skończył tymi słowami, po czym wyjął z plecaka bukłak z wodą by zwilżyć spękane usta.
Ucieszyła go myśl iż dobrze zgadł, że jeden z elfów zajmuje się magią, natomiast drugi z nich jest łowcą.
Zauważył, że Aernis był dość skłonny do rozmowy, z kolei Sithaniel nie lubiał za dużo gadać.
Podobnie, jak Farewell.
Być może to przez jego rodziców stał się typem samotnika, lecz na pewno nie aż tak, by unikać innych istot jak ognia. Po prostu mało mówił.
Po ponad półgodzinnym spacerze wraz z dwójką kompanów, Farewell, nie słysząc żadnych naturalnych odgłosów lasu, zaniepokoił się.
Przystanął, po czym rzekł rozglądając się wkoło: Coś cicho w tym lesie, nie sądzicie?
Był jeszcze drugi problem: Jeżeli podczas spotkania elfów powiedzieli mu, iż w ciągu dwóch godzin doszedłby do Kręgu, a w ciągu trzech doszedłby do niego wraz z elfami, to powinni już jakiś czas temu zawrócić. Jednak oni dalej szli.
Marsz i cisza, przerywana jedynie krokami trzech mężczyzn, stawianymi na śniegu nie mogła pozostać niezauważona. Słuszna uwaga, wypowiedziana na głos przez Farewella zaowocowała krótkim postojem.
Idący minimalnie z przodu łowca podniósł do góry zaciśniętą pięść, nakazując zatrzymanie się, po czym kucnął na śniegu, odwracając się w stronę dwójki magów.
- Tak, też mam podobne przeczucia, Farewellu - skinął delikatnie głową w stronę bohatera - miałem dobry pomysł, by skierować się w tę stronę. Coś jest zdecydowanie nie w porządku.
Aernis wzdrygnął się zauważalnie.
- Podobno nie tak daleko temu zauważono dwa śnieżne trolle.. myślisz, że to one?
Łowca pokręcił przecząco głową.
- Wątpię. Nawet bestie nie wywołują ciszy wśród naturalnych zwierząt lasu. To coś innego. Ciężko orzec. Miejcie jednak oczy i uszy szeroko otwarte. To... - urwał w pół słowa - ...słyszycie?
Obaj magowie zamarli, nasłuchując. Trudno było na tym polu konkurować z doświadczonym łowcą, wszelako, może po kilkunastu, może kilkudziesięciu sekundach trwania w bezruchu nagle ich uszu dotarły... dźwięki. Jakby mowy, ale jednak nie mowy. Jakby kroków i chrobotania śniegu. Gdzieś w pobliżu. Spomiędzy gęstwiny, w nieznanej odległości. W lesie i w zimnym powietrzu dźwięki myliły i niosły daleko. Owo "coś" mogło być równie dobrze sto, jak i dwadzieścia metrów od nich.
Łowca wyraźnym gestem nakazał ciszę, po czym, trzymając się nisko przy ziemi, ruszył w stronę, z której dobiegały głosy, nakazując obu magom postąpić podobnie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Cholera - jęknął w duchu. Nie był skłonny do przekleństw, jednak w takich okolicznościach nie wytrzymał. Modlił się, by był to tylko fałszywy alarm. Zwłaszcza, kiedy chodzi o trolle. Nigdy ich nie widział na oczy, co najwyżej natrafił się na parę wzmianek o nich. I żadna z nich nie drwiła sobie z potęgi tych bestii. Za żadne skarby nie miał ochoty przekonać się o ich sile.
Pośpiesznie schował bukłak do kieszeni płaszcza, pomimo tego, że nie zdążył się napić. Postanowił posłusznie spełnił wolę Sithaniela. Pochylił się, aby był bardziej ukryty w lesie, po czym w takiej ów pozycji cichymi krokami zaczął skradać się w kierunku łowcy.
Ale to nie musiały być trolle. Jednakowoż to było coś, co uciszyło cały las.
Może orkowie? - Namyślał się Farewell. Ale takiego efektu nie mógł wykonać pojedynczy zwiadowca. To musiała być większa grupa, albo ktoś, kto zna magię.
Lodowe trolle... cała trójka doskonale wiedziała, czym może grozić spotkanie z tymi bestiami. Może gdyby Farewell był bardziej doświadczonym magiem, uśmiechnąłby się tylko z ironią, a nawet popisałby się stwierdzeniem, iż jest w stanie zabić dziesięć tego typu bestii jednym zaklęciem.
Na nieszczęście wszystkich towarzyszy, Farewell był jedynie adeptem. Zaś nawet jeden lodowy troll, regenerujący swoje rany i dysponujący imponującą odpornością na obrażenia byłby dla nich przeciwnikiem niemal nie do pokonania.
Elfowie pospiesznie zamarła w bezruchu, nasłuchując i czuwając. Mag schował pospiesznie bukłak do plecaka, w myślach powtarzając mantrę zaklęcia, zaś kroki z każdą mijającą sekundą zbliżały się...
...Lar'rael "Lar" Imradil zaś szedł. Szedł i przeklinał w duchu. Po prostu szedł i przeklinał.
Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy wbrew własnej woli wraca się do ziem, z których się uciekło? Ostatnie zlecenie, jakie dopadło w Królestwie Ludzi młodego wojownika było wyjątkowo trudnym, oraz wyjątkowo opłacalnym. Wielka karawana z Dorienburga zmierzająca ku Księżycowym Lasom. Ponad setka wozów. Ponad dwustu ludzi ochrony. I brak jednego elfa, który by ich poprowadził.
Aż znaleźli Lar'raela.
Pieniądze, które mu zaoferowano były niemałe, ale i sam wojownik wiedział, iż podróż takiej karawany przez ziemie orków łatwa nie będzie. Koniec końców jednak udało się. A Lar'rael wylądował w miejscu startu. W domu. W domu, z którego uciekł.
Bohater obecnie pozostawał bez zatrudnienia. W Lar'Dudanwall usłyszał, iż ktoś taki jak on może łatwo znaleźć parę groszy dobrego zarobku w Kręgu Druidzkim niedaleko miasta. Wielu uciekinierów z ziem przygranicznych szuka tam schronienia oraz pomocy w dotarciu do innych częsci Lasów. Tam z pewnością znajdzie jakąś okazję...
- Co do...
Zaskoczony szept, oraz widok strzały wymierzonej prosto w jego korpus wyrwał Lar'raela z zamyślenia. Trzy kupki śniegu, które do tej pory leżały nieruchomo, teraz nagle okazały się być elfami.
Wyraźnie zdenerwowanymi elfami.
- Kim jesteś? - odezwał się ten z łukiem. Oprócz niego byli jeszcze dwaj, ubrani w proste podróżne szaty.
Farewell zaś mógł odetchnąć.
Tajemnicze odgłosy które takiego stracha im napędziły, okazały się być wydawane przez elfa. Dość wysokiego i dobrze zbudowanego, o oczach koloru ciemnego piwa.
Co to, jakiś sezon wycieczkowy, czy jak?
Z pewnością Sithaniel nie miał dziś łatwego dnia. Już drugi raz mierzył w elfa i przesłuchiwał go na Szlaku.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Lar szedł. Nie podobała mu się myśl o powrocie. Pieniądz to pieniądz, każdy jest potrzebny a że nie mam ich za dużo tym bardziej powinienem zadbać o stan swojej sakiewki. Myślał sobie czy powinien pokazywać się w domu, aż tak dużo czasu nie minęło od jego ucieczki więc pewnie są jeszcze na niego źli. Podrapał się w zamyśleniu po potylicy.
Cholerna pogoda, na pewno zostawiłem za sobą mnóstwo śladów na szlaku i wystarczy jeden ork aby mieć ich setkę na karku.
Gdy ujrzał wstające z ziemi kupki śniegu odruchowo sięgnął po miecz, jednakże ujrzawszy wycelowaną w niego strzałę podniósł ręce do góry i wytrzeszczył oczy na trzech elfów stojących przed nim. Nie wyglądali groźnie, co to dla niego trzech elfów skoro tylko jeden ma broń, a dwóch wygląda na wyjątkowych chuderlaków. Zlustrował ich wzrokiem i na pytanie łucznika rzucił spokojnym głosem, uspokajał tak aby łucznikowi ręka nie zadrżała.
-Mam na imię, Lar'rael Imradil, idę...-zamyślił się zdradzanie celu podróży było niezbyt rozsądne szczególnie w takich czasach, nawet elfom jego pobratymcom- idę bo słyszałem, że dużo tu orków a chciałbym trochę zarobić na ich ekwipunku.- wypalił, choć potem chciał ugryźć się w jeżyk bo to zbyt naiwne było.
_________________ This is love, this is not treason.
W magu zamarło. Nie spodziewał się, że tym ów strasznym potworem, który sterroryzował las był zwykły, srebrny elf.
Wpatrzył się w wędrowca. Wydawał się dość wysoki, o pokaźnej posturze. Nie wiedział, co mu chodzi po głowie, mógł się tylko domyślać. Niemniej jednak postanowił mu zaufać. Może to dlatego, że jeszcze nie nabrał doświadczenia i stale wierzy w dobro ludzkie. Może.
Zdenerwował się tym, że był to tylko kolejny fałszywy alarm.
Chociaż, po chwili namysłu doszedł do wniosku, iż jednak lepiej było spotkać elfa, niż jakiegoś orka, czy inną kreaturę.
Nie czekając na reakcję towarzyszy, rzekł do Lar'raela: "Bądź pozdrowiony, wędrowcze. Niech gwiazdy oświetlają ci drogę." - zaczął oklepaną maksymą, a następnie kontynuował - Nazywam się Farewell. Oto Aernis i Sithaniel - wskazał na towarzyszy.
Przejechał wzrokiem po mieczu Lar'a. - schowaj swój oręż, zachowaj go na ważniejsze sprawy. - poczekał na reakcję elfa - Sithanielu, ty również. Naszym wrogiem są orkowie, nie my sami.
Popatrzył się na towarzyszy.
- Mówisz, że szukasz orków? - zapytał z zaciekawieniem w oczach - Pamiętaj, że to są cholernie silne stwory. Nie należy ich lekceważyć. Nie powinieneś iść sam na nich, chyba nie jesteś tak głupi?
Czwórka elfów pośrodku Księżycowego Lasu. Dwójka magów, łowca oraz wojownik. Takie spotkanie, w czasach takich, jak tamte, musiało zakończyć się niezwykle. A w każdym razie już niezwykle się zaczęło.
Sithaniel, mierzący do tej pory w Lar'raela z łuku, opuścił grot strzały nieco w dół słysząc, jak Farewell go o to prosi. Po chwili padły pierwsze uprzejmości, grzecznościowe powitania i słowa pomiędzy podróżnymi.
- Wybacz mi, przyjacielu - rzekł uzbrojony w łuk elf w stronę wojownika - to już drugi raz dzisiaj, gdy mierzę bronią w nieznane, które okazuje się być pobratymcem. Mówisz, że szukasz orków? W pobliżu może być ich aż nazbyt wielu... muszę przyznać, iż niebezpieczne sobie wybrałeś zajęcie... niebezpieczne i niemądre dla samotnego podróżnika.
Drugi z elfów, ubrany w luźne, zwiewne szaty, ale inny, niż ten, który pozdrowił Lar'raela skinął głową.
- Musisz nam wybaczyć zdenerwowanie. Patrolujemy okoliczne szlaki na prośbę druidów z Kręgu. W okolicy widziano ponoć silną grupę orków, a i jakoby innych stworów nie brak w okolicy. Musimy być czujni, co zrozumiałe...
Ostatni z elfów przykuł uwagę Lar'raela. Bardzo wysoki, sprawiał wrażenie dosyć ponurego i małomównego. Mimo to, o dziwo, to on jako pierwszy powitał go narodowym zwrotem grzecznościowym obowiązującym w Elfich Lasach. Na jego twarzy dało się zauważyć małą bliznę, zwiastującą, iż osobnik ów nie jest zupełnie niebywały w świecie, zaś jego przestronne szaty sugerowały, iż nie para się on na co dzień walką wręcz...
Sam Lar'rael zrobił zaś na Farewellu zupełnie odmienne wrażenie. Bardzo szczupły i wysoki, dorównujący niemal bohaterowi wzrostem, sprawiał wrażenie dość żwawego i energicznego. Mimo szczupłej budowy ciała, był on żylasty i silny, co na pierwszy rzut oka sugerowało, iż nie jest on typowym elfem. Skórzany zestaw pancerz oraz miecz trzymany na rękojeści broni u pasa sugerowały ponadto, iż elf ów lepiej zna się na władaniu żelazem, niż orężem słowa.
W sam raz, na początek nowej znajomości..
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wojownik stał w miejscu. Reakcja napotkanych elfów była co najmniej pozytywna co rokowało na pomyślny przebieg dalszej rozmowy. Puścił ręce spojrzał uważnie jeszcze raz na nich zapamiętując fizjonomię każdego z nich. Jak trzeba będzie walczyć to przynajmniej trza wiedzieć kto jest po twojej stronie. Cholera, ten blef z orkami nie był najlepszy, teraz uważają mnie za maniakalnego patriotę żądnego śmierci wszystkich orków porywającego się z motyką na słońce. Postanowił przejść do konkretów.
-I niech wam eee... no... swego... błysku... o! Światła nie... eee... kradną... znaczy skąpią!- cóż, brak towarzystwa srebrnych elfów w ludzkim królestwie wpłynął negatywnie na Lar'a nie pamiętał do końca formułki i od razu się zawstydził z tego powodu.
-Co do zdenerwowania-rzekł już wyraźniej i pewniej niż uprzednio.-Udzieliło się nam wszystkim. Jestem Lar'rael Imradil, wędrowny elf, poszukiwacz przygód i pieniędzy. Mój miecz jest do waszej dyspozycji, jeżeli można wiedzieć to dokąd zmierzacie? Może będzie mi dane towarzyszyć tak wesołej gromadzie?-
Bezpieczniej, raźniej i szybciej czas zleci podróżując we czwórkę. Chciałbym już się znaleźć na miejscu.
_________________ This is love, this is not treason.
"Wesołej gromadzie" - powtórzył w myślach. Rozbawiło go to zresztą całkiem trafne
określenie.
I znów jako pierwszy postanowił odpowiedzieć wojownikowi: "Cóż, jak już wspomniał Aernis, od jakiegoś czasu patrolujemy okolice Kręgu, a za niedługo do ów Kręgu się udamy." Strasznie zaskoczyło Farewella ta nagła odpowiedź. Zawsze siedział cicho, nie wyróżniał się. Od małego lubiał mówić krótko i zwięźle, jednak w tych czasach nie ma miejsca na przeszłość. Co dzień ginie tabun elfów w walkach z orkami. Jeśli będziemy rozmyślać nad przeszłością i nad śmiercią wszystkich bliskich znajomych, sami nie będziemy zdolni do obrony przed najeźdźcami. Jednak czasem dobrze, że jest się typem samotnika. Wprawdzie liczył się z innymi, jednak nie posiadał bliższych znajomości. I miał zamiar to w sobie zmienić. W pojedynkę tej wojny nie wygramy.
Po głebszym rozmyśleniu otrząsnął się.
- A więc chciałbyś pójść z nami? Ja sam miałem w zamiarze udać się Do kręgu, ale myślałem, że masz jakieś miejsce, do którego chcesz się dostać. Jednakowoż, ja osobiście nie mam nic przeciwko, byś dołączył do nas. - odwrócił się w stronę towarzyszy - a wy?
Po wymianie zdań otworzył swój plecak, z którego wyjął mapę Sorii.
- Dobra, orientuje się ktoś, gdzie my w ogóle jesteśmy? - Rzekł po chwili. Miał dość tych ciągłych postojów. Chciał już dojść do Kręgu.
Przychylne kiwnięcia głowami, które pojawiły się wśród elfów po pytaniu Farewella wystarczyły w głównej mierze za komentarz. Słowem, nikt nie miał nic przeciwko nowemu towarzyszowi. W takich czasach jak te, które nastały, każdy miecz jest przydatny, zaś każda, nawet najbardziej niesamowita i niespodziewana znajomość może zaowocować w niezwykły sposób. Kto wie, dokąd jeszcze ich owo przypadkowe spotkanie zaprowadzi?
- To proste pytanie – odrzekł łowca – minęliśmy już Dolinę Mystry, a teraz powoli znów wracamy na uczęszczany szlak. Stąd jest już raptem półtorej, może dwie godziny marszu do Kręgu, jeśli zna się drogę i nie odpoczywa zbyt długo po drodze. Jeśli wszystko pójdzie tak spokojnie, jak do tej pory, to nie przewiduję większych problemów i tam się zapewne rozstaniemy...
Drużyna nie dowiedziała się, co jeszcze chciał powiedzieć ich towarzysz.
W następnej sekundzie jego wypowiedź przeszył głuchy, dudniący grzmot, który wzbił się ponad drzewa i przetoczył po całej okolicy. Wszyscy odruchowo drgnęli i skulili w sobie, walcząc z odruchem wykonania instynktownego „padnij” i przylgnięcia całym ciałem do pokrytej śniegiem ziemi. Gdyby to była pora na burze, zapewne dźwięk ów wzięliby za właśnie odgłos typowego grzmotu. Na niebie jednak sunęły leniwe, szare chmury, a nie ciemne kołtuny burzowe. Grzmot zaś był głośny i potężny. Aż ziemia pod ich stopami zadrżała. Ptactwo ze wszystkich okolicznych drzew zerwało się do lotu, spłoszone i zdezorientowane, chcąc uciec możliwie najdalej od potencjalnego zagrożenia. A huk wciąż dudnił w powietrzu.
Niczym eksplozja.
- Co do...
Wszyscy podążyli za wzrokiem Aernisa. I zamarli.
Gdzieś, na południe od nich, wysoko ponad drzewami, wzbiła się szara masa dymu i pyłu. Niezbyt wysoko, lecz na tyle, by była dostrzegalna ponad koronami drzew z ich pozycji. Na oko licząc, może trzy do czterech kilometrów od nich. Grzyb dymu odbijał się wyraźnie mrokiem na tle szarego nieba.
- Co to było u diaska? - pytanie, zadane przez łowcę, skierowane było w oczywisty sposób do magów.
Farewell zaś, jako mag ognia, owszem, miewał do czynienia i z eksplozjami i z materiałami łatwopalnymi... lecz nie ukrywajmy, na skalę raczej eksperymentalną i domową. Aby zaś osiągnąć taki efekt... Farewell nie wykluczał, iż była to eksplozja magiczna, lecz powiedzieć zbyt wiele nie mógł. Bo sam nie wiedział, na podstawie czego.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum