„Proste rozwiązania są najlepsze. Pamiętaj dziecko tylko prostota ma szanse realizacji, im bardziej coś skomplikujesz tym ostatecznie trudniej będzie Ci to wykonać. Każde proste zadanie ma swoje skomplikowane rozwiązanie które nęci swą wielkością, ułudnym pięknem i majestatem. Proste rozwiązania nie są piękne lecz skuteczne, o nich bardowie nie opowiedzą ale ludzie prości docenią. Pamiętaj dziecko ważny jest rezultat nie droga do niego.” – fragment rozmowy sędziwego mędrca ze swą wnuczką wyruszającą w świat.
Powikłania
Srebrna elfka znajdowała się przed murami potężnego miasta, a dokładniej to w obrębie podgrodzia gdzie małe chatki biednych pracujących poza murami miasta utworzyły wokół niego pierścień. Domków było wiele i nie były to domy budowane z myślą o daleko idącej przyszłości. Kruche, wybudowane z marnej jakości surowców miały służyć za nocleg dla pracujących od świtu do zmierzchu ludzi. W tym miejscu nie było czysto, wszędzie walające się resztki oraz zapach gotowanych posiłków połączony z potem ludzi nie mających czasu na higienę nie dawał przyjemnego wyobrażenia o pięknym i dumnym mieście magów. Zasłyszane z opowieści bardów opisy tego miejsca były inne i inne było wyobrażenie maginy o tym ludzkim siedlisku.
Hespere wraz ze swym przyjacielem i towarzyszem podróży Loenelem zsiedli z wozu Eghbarra przed samymi murami Broln. Mury wraz z bramą która prowadziła w obręb miasta były już prawie zgodne ze słowami wieszczy. Potężne, wręcz przytłaczające swym ogromem mury były imponujące i całkowicie nowe dla kobiety wychowującej się wśród lasów. Odstępstwem do bardowskiej poezji był brud zalegający na niegdyś białej skale. Przez setki lat proch i brud osiadały na ich powierzchni wgryzając się w nią i łącząc. Kolorystyka obronnego monolitu kiedyś biała teraz ciemnoszara nie stanowiła piękna, ale potęgę i siłę. Jedyna widoczna wyrwa w zdawałoby się jednolitym bloku skalnym opinającym miasto szarym pierścieniu stanowiła brama. Szeroka brama w tej chwili otwarta. Doje potężnych drewnianych odrzwi wzmocnionych stalowymi sztabami stało rozchylone przylegając do murów w których miały swe oparcie. U zwieńczenia łuku otworu z wnętrza muru wystawały stalowe zęby w niewielkim odstępstwie od siebie, groźne i twarde czekały by wgryźć się w ziemię pod nimi na rozkaz strażników.
Do bramy ciągnęła się niewielka kolejka wozów a po drugiej stronie drogi stali ludzie oczekujący na wejście w obręb miasta. Z oddali widać było pięciu strażników zajmujących się odprawą wozów, spisem i kontrolą, zaś po lewej stronie stało dwoje strażników dla kontroli pieszych. Na każdą grupkę strażników przypadała także jedna osoba cywilna stojąca opodal i notująca cały czas coś w trzymanej przed sobą wielkiej księdze. Jak oceniła Hespere w kolejce do wejścia stało pięć osób jednak ilość ta szybko malała.
Loenel zafascynowany tym co zobaczył, a może przerażony szedł przed siebie nie bacząc na chmurne oblicza oczekujących w kolejce ludzi. Gdy zbliżał się już do strażników Hespere usłyszała
- Gdzie się pchasz drzewołazie!
Na ten okrzyk jeden ze strażników podniósł głowę i zobaczywszy elfa odezwał się.
- Proszę ustawić się w kolejce. Za chwilę będzie Pan mógł wejść. – powiedział grzecznie i z uśmiechem strażnik po czym wrócił do swej pracy.
- Tak, oczywiście, przepraszam – odparł Loenel choć widać było że ciężko mu to przyszło po usłyszeniu obelżywego przezwiska z ust jakiegoś człowieka. Widać że nie był przyzwyczajony do tego typu przezwisk i tylko sporym wysiłkiem utrzymał swe uczucia jak i ręce na wodzy. Spokojnie wrócił do Hespere i cicho szepnął – No i prawdziwe ludzkie oblicze, teraz wiem dlaczego tak bardzo lubię las.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Slumsy wielkiego miasta... Najbardziej przygnębiająca z dzielnic, a zarazem cechująca każde skupisko miejskie. To widok, którego należało wręcz być pewnym, jednak srebrną elfkę dopadło rozczarowanie i przygnębienie, gdy ukazał się jej oczom. Zdecydowanie nie tego się spodziewała po majestatycznym Broln, o którym tak wiele opowieści słyszała w dzieciństwie. Jej idealistyczny umysł nie przygotował się na zastanie na miejscu tak przykrego obrazu. Nie wiadomo, czy w swej naiwnej naturze wierzyła, że problem biednych dzielnic nie tyczy się tego miasta, czy że wielcy mędrcy i potężni magowie – słynni na całą Sorię mieszkańcy owego miasta – w jakiś magiczny sposób pokonają problem nędzy, brudu i ubóstwa.
„Przecież miało tu być zupełnie inaczej” pomyślała Hespere rozglądając się wokoło. „Tak...”
Nienaturalnie. Tak najprościej mogłaby zakończyć tę myśl, jednak nie zrobiła tego. Może podświadomie bała się ujawnienia swojej naiwnej wiary przed samą sobą?
Gdy tylko elfka zsiadła z wozu Eghbarra, wzrok jej przyciągnęły potężne mury okalające miasto. Ich solidne wykonanie a także niesamowite wymiary wstrząsnęły lekko świadomością leśnej mieszkanki. W swej osadzie przyzwyczajona była widywać tylko drewniane budowle, a żadna, nawet najbogatsza z nich, nie mogła równać się z ogromem tej konstrukcyjnie przecież nie tak najtrudniejszej, budowli.
Jednak po chwili pierwszego zachwytu magini zaczęła dostrzegać niedoskonałości owej ochrony przed światem zewnętrznym. Brud. Wżerający się głęboko w białe niegdyś mury. Przywodził on na myśl okropną zarazę, która atakowała miasto, dostając się coraz głębiej i głębiej... Potężne dziedzictwo, które chroniło mieszkańców Broln od stuleci przed wszelkimi atakami zostało zaniedbane, pozostawione powolnemu zniszczeniu...
„Może i biedę ciężko jest zwalczyć, jednak o mury mogliby zadbać. Co prawda nawet przy użyciu magii byłoby ciężko, jednak mogliby je jakoś zabezpieczyć. Cóż za bezrozumna duma i beztroska bije z tych ludzi!”
Jednak i przy tym temacie elfka nie zatrzymała dłużej myśli, gdyż biegnąc wzrokiem wzdłuż linii murów zobaczyła bramę a w niej strażników pilnujących wejścia od miasta. Widok ten nieco ją zaskoczył, gdyż zawsze sądziła, że przy tak dużych ludzkich siedzibach dokładna kontrola przepływu strumienia istot żywych jest trudna do przeprowadzenia, przez co pomijana. Widać myliła się w tej kwestii. W tym też momencie srebrnowłosą naszła myśl, w ilu też dziedzinach jej wyobrażenia są dalekie od stanu faktycznego, jaki zastanie w tym mieście. Nastawiła się jednak na to, iż będzie ich sporo...
Rasistowska odzywka strażnika skierowana do Loenela zbulwersowała Hespere, wyrywając ją z zadumy. W oczach zamigotały jej przez moment groźne ogniki, jednak szybko przygasły, przechodząc w stan rozedrganych iskierek. Gdy leśny elf zbliżył się do niej, położyła mu delikatnie rękę na ramieniu, gestem tym chcą uspokoić jego i siebie. Na wypowiedź towarzysza skinęła lekko głową, a na usta zakradł się jej delikatnie ironiczny wyraz. Jednak szybko złagodziła te potwierdzenie, odpowiadając szeptem:
- Może to tylko wyjątek. Sam widziałeś, że drugi ze strażników był zdecydowanie bardziej uprzejmy. Pewnie nie będzie tak źle z resztą ludzi.
„Oby!” przemknęło jej przez myśl. I w tej chwili nagle zatęskniła za lasem, jego naturalnym pięknem, delikatną naturą i kulturą osobistą leśnych plemion...
- Czy zawsze podróżnicy są tu kontrolowani przy wejściu? Jeśli tak, to zwyczaj ten zdecydowanie mi się nie podoba. – Zapytała elfka jeszcze podczas ich bytności w kolejce. Miała nadzieję, że Loenel odpowie jej jeszcze zanim dotrą do stanowiska strażników. Podczas gdy mówił, elfka delikatnie jeszcze wygładziła swój strój, i przeczesała włosy palcami, po czym spokojnie już czekała na konfrontację ze strażnikami, w rytmie kolejki zbliżając się w ich stronę.
Pobyt w kolejce nie zapowiadał się na długi. Sprawnie odprawiani ludzie szybko przesuwali kolejkę do przodu.
Elfka miała jednak troszkę czasu na myślenie, jak i uspokojenie swych nerwów, co przyszło jej dość łatwo, aczkolwiek pozostawiło cień na jej sercu. Duże miasta były zgoła inne od wiejskich sielankowych plenerów, a i ludzie stali się inni. Odkąd przybyła pod mury Broln wszystko ją zaskakiwało i to wcale nie pozytywnie. Miasto było inne, ludzie byli inni, co jeszcze miało spotkać elfkę, jakich jeszcze rozczarowań miała doświadczyć, a może to tylko takie pierwsze wrażenie, może już za murami będzie inaczej, lepiej, miała przynajmniej nadzieje.
Na pytanie skierowane do Loenela ten odpowiedział ze ściągniętą w grymasie niesmaku twarzą.
- Ludzie słyną z handlu i zdobywania pieniędzy wszędzie tam gdzie się da. Potrafią każdy rabunek określić prawną nazwą by w imię prawa grabić innych. Są zachłanni, szczególnie Ci tak zwani wysoko urodzeni. To co za chwile nas spotka to myto, podatek od wejścia w obręby ich miasta, choć nie jestem pewny czy tylko ten jeden podatek nas czeka, ma nadzieje że tak, ale z ludźmi to różnie bywa. – odparł Loenel spokojnie, choć Hespere zauważyła zmianę w swym przyjacielu. Nie wyglądał już na pewnego siebie, nie tryskał humorem, ciepłem, był zgaszony i jakby przytłoczony otaczającym go miastem. To zdecydowanie nie było jego miejsce. – Znajdźmy tego Aloxera, odbierzmy recepturę i wracajmy, tutaj nie czuję się najlepiej – powiedział elf jakby na potwierdzenie przypuszczeń srebrnowłosej.
Kolejka przesuwała i przed parą podróżników była już tylko jedna osoba która wyciągnęła jakiś papier podając go strażnikowi który tylko rzucił okiem na dokument i machnięciem ręki nakazał przejście dalej.
W czasie gdy odprawiany był człowiek Hespere usłyszała z tyłu lekko tylko stłumione stwierdzenie:
- Ty patrz Erl jaki towar, ale bym wyobracał tą srebrnowłosą dziwkę, jęczała by aż miło – stwierdzenie wyszło z ust jakiegoś prostackiego mężczyzny i wręcz ociekało wulgarną lubieżnością.
- Hehehe - nerwowy chichot - Noooo Gert, dupcia jak marzenie, jak bym ją stuknął to by krzyczała przez godzinę, hehehehe– do poprzedniego dołączył kolejny tym razem piskliwy głosik jakiegoś młodego chłopaka.
W tym momencie Hespere kątem oka zauważyła jak twarz jej towarzysza tężeje, oczy robią się zimne, usta lekko rozwarte zaczerpują powietrza a prawą ręka biegnie do zawieszonego przy pasie krótkiego miecza.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Chciwość... Cecha znana elfce, gdyż żadna z ras nie była jej pozbawiona. Ale nie spotkała się jeszcze z taką skalą pazerności. Świat ludzi zdawał się z każdą chwilą bardziej odległy jej sercu. A przynajmniej świat wielkich miast i panującego tam wyzysku. Czyżby tylko prości, żyjący w małych wioskach ludzie potrafili zachować swe człowieczeństwo, pozostać niezainfekowanymi wielkimi żądzami...?
Teraz całkowicie popierała postawę przyjaciela: załatwić, co trzeba i wyruszyć daleko stąd. Nie wiedziała jednak jak podnieść na duchu Loenela. Żal było jej patrzeć na leśnego elfa duszącego się w zwyczajach ludzkiego miasta, choć sama tu nie czuła się lepiej. Przywołała więc na twarz delikatny uśmiech i z nutą przekonania rzekła:
- Myślę, że szybko uda nam się to załatwić i opuścić to miasto. Zanim się pewnie obejrzymy, znów będziemy swobodni wśród pól i lasów.
Chciała dodać coś więcej, jednak nagle do jej uszu dotarł lubieżny komentarz jakiegoś człowieka stojącego nieopodal. Krew zagotowała się w niej. Oczy zaczęły miotać groźne iskry, a na blade policzki wpełzł rumieniec gniewu. Postanowiła jednak z pełnym opanowaniem zdusić w sobie gniew.
„Nie zniżę się do poziomu takiego prostaka i nie będę reagować na takie upodlające stwierdzenia.” Zadecydowała srebrnowłosa. Jednak odpowiedź jego kompana wyprowadziła ją kompletnie z równowagi.
Wiedziała, że nie powinna reagować. Wiedziała, że to nie pomoże, a jedynie może zaszkodzić. A jednak coś korciło ją, aby utrzeć nosa tym zarozumiałym i bezczelnym chłopom.
Najpierw jednak zauważywszy gest Loenela postanowiła powstrzymać go przed ewentualnym działaniem. Znowu jej dłoń spoczęła na ramieniu towarzysza, a głową delikatnie pokręciła, po czym szepnęła:
- Nie warto.
Gdy była przekonana, iż elf nie dobędzie broni, obróciła się w stronę lubieżnych mężczyzn. Jej twarz była zimna niczym kamienny posąg na lodowym pustkowiu, ponownie mlecznobiała, niewskazująca nawet na to, iż wcześniej gościł na niej rumieniec gniewu, a z oczu bił jej chłód. Przemówiła bezbarwnym głosem:
- Panowie wybaczą, jednak entuzjazmu widokiem pięknych kobiet nie należy wyrażać tak głośno, ani w taki sposób. Komentarze uwłaczają przede wszystkim panom i państwa godności.
Po czym nie dodając już nic więcej z pełną godnością odwróciła się w stronę strażników. Co prawda wiedziała, że ludzie tych słów zapewne nie potraktują poważnie, ani nie zmienią się dzięki temu, jednak satysfakcjonowało ją to, że nie pozostała obojętna, a wykazała się klasą. Miała tylko nadzieję, że choć na chwilę taka odpowiedź zbije tych ludzi z tropu i więcej takich komentarzy nie usłyszy z ich strony.
Spokój jej głosu i delikatna dłoń na ramieniu przyjaciela spowodowały że ręka elfa opadła swobodnie wzdłuż ciała, jednak gdy Hespere ponownie spojrzała na twarz łowcy zobaczyła płynącą po brodzie krew z wargi przegryzionej mocno zaciśniętymi w gniewie zębami. Twarz pozostała jak kamień, brak śladu uczuć, brak tej do tej pory widocznej łagodności, wszystko to znikło, nie poznawała przyjaciela, wydał się jej obcy. Jego zachowanie, ciało, jego dusza wołała o pomoc, to że nadal stał w tej kolejce musiało być spowodowane obowiązkiem jaki miał wobec Berfegora. Był wysłany z misją i nigdy nie zawodził, więc i teraz dążył do osiągnięcia sukcesu, choć pobyt w mieście wydawał się ponad jego siły.
Elfka odwróciła się do stojących za nią ludzi i z pełnym przekonaniem wypowiedziała się na temat ich jakże jednoznacznych wypowiedzi. Gdy jej oczy prześlizgały się po swych adoratorach magini zobaczyła niskiego i otyłego mężczyznę w przykrótkiej i mocno już zniszczonej koszuli która kiedyś może była biała, choć Hespere wątpiła w to. Twarz z zapadniętymi policzkami i nierówną, brudną brodą wykrzywiała się w głupkowatym uśmiechu w którym brak było mnóstwa zębów, a te które były pokryte były resztkami co niestety doskonale elfka zobaczyła. Drugi z mężczyzn, a raczej prostackiej namiastki człowieka był strasznie chudym i niewiele wyższym od Hespere człowiekiem którego twarz identycznie brudna jak kolegi pokryta była dla odmiany pryszczami, widać było że jest młody, choć braki w uzębieniu wskazywały na starca. Chłopak z rozdziawioną miną z lekko wysuniętym językiem gapił się na twarz maginy, która jakby nie miała dość szpetoty zobaczyła że spodnie młodego wybrzuszyły się znacznie.
Hespere musiała się odwrócić, po prostu musiał jeśli nie chciała zostawić przed bramą zawartości swego żołądka. To co zobaczyła przyprawiło ją o torsje które szybko mogły spowodować wymioty. Nie odwróciła się jeszcze całkiem gdy do jej i Leonela uszu dotarły słowa grubasa.
- Że co lala? – zapytał sam siebie – Nie wiem co ty bełkoczesz ale choć skoczymy za róg i tak cię nadzieje że nauczysz się gadać po ludzku, hahahaha – zaśmiał się ze swego niby śmiesznego dowcipu.
Drugi nie dołączył się do rozmowy, stał nadal gapiąc się na elfkę co ta zobaczyła kątem oka w czasie obrotu. Zobaczyła także że jego wzrok w miarę jak się obracała spoczął na jej pośladkach, zaś lewa ręka ruszyła w kierunku upatrzonych kształtów kobiety.
- Następny! – usłyszała głos strażnika – Cel wizyty? Czas pobytu? Nazwiska? Regulamin przebywania na terytorium Broln znane? Jakieś rzeczy do oclenia lub przechowania? – wszystkie słowa wypowiedziane szybko lecz ze znużeniem, bez wyraźnego akcentu i chęci.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Zmiana zachodząca w przyjacielu szalenie niepokoiła Hespere. Widziała, że pobyt w mieście wykańcza elfa, a spowodowany jest wyłącznie lojalnością wobec starego druida. Tak bardzo chciała powiedzieć Loenelowi „Wracaj, poczekaj na mnie przed murami, a ja szybko zdobędę tą recepturę i będziemy mogli odejść z tego miasta.”, jednak sądziła, iż jego honor nie pozwoli mu przyjąć takiego rozwiązania. A ponadto bała się. Bała się tego, co może ją tu jeszcze negatywnie zaskoczyć, bała się traktujących ją jak niemy kawałek mięsa lubieżników, bała się zostać sama w tym nieprzyjaznym mieście...
Słowa połączone z ziemną rezerwą widocznie nie poskutkowały... Nie dość, że ludzie zdawali się nie rozumieć nawet słów wypowiadanych w ich ojczystym języku przez elfkę, to nadal bezczelnie się na nią gapili! W dodatku magini miała to nieszczęście przy okazji ujrzeć ich.
„Dwie obrzydliwe, brudne, bezzębne humoidalne kreatury” – taka myśl od razu nawiedziła srebrnowłosą. Każdy ułamek sekundy, podczas jej przemowy, gdy trzymając się swego postanowienia spoglądała w ich kierunku, napawał ją wstrętem i powodował skręt wnętrzności. Całą siłą woli skupiła się nad tym, żeby głos jej nie zadrżał... Gdy wreszcie odwracała się, jej żołądkiem wstrząsały silne torsje. Poranny posiłek przypominał o sobie... Czym prędzej wyciągnęła rękę, aby przytrzymać się czegoś, by nogi nie odmówiły jej posłuszeństwa i nie zgięła się w pół, a na chodnika nie ubarwiło jej śniadanie.
Jednak wiedziała już, że kłopoty z tymi ludźmi nie skończą się na oglądaniu ich parszywych gęb, bo oto kolejny niedopuszczalny w Srebrnych Lasach komentarz przecinał powietrze. I jak zauważyła nie tylko słowa próbowały jej doścignąć...
W desperackiej walce o uratowanie swych pośladków zebrała się na wykonanie paru pospiesznych kroków w stronę strażników, uciekając z pola zasięgu bezzębnego młodzieńca. Poza grozą i obrzydzeniem w Hespere zrodziło się nagle nowe uczucie. Żądza odwetu. Nagle poczuła, iż z przyjemnością wypróbowałaby moc Kamienia, który dopiero co znalazła wśród swego ekwipunku. Albo chociaż by wykręcić rękę pryszczatego Erla, którą to z taką śmiałością i bezczelnością skierował w wiadomym kierunku. Albo...
I oto za sprawą dwóch parszywych chłopów, lubującą się w pokoju, naiwnie idealistyczną elfkę zaczęły nawiedzać sadystyczne myśli. Jednak potok ten szybko został przerwany przez znudzony głos strażnika, wyklepującego po raz niezliczony tego dnia tą samą formułkę. Spojrzała szybko na Loenela, czy nie chciałby wypełnić tych formalności sam. Gdyby w żadnym wypadku do tego się nie przymierzał, odpowiedziała zwięźle:
- Celem naszym jest wizyta w zapewne jednodniowa Wieży Magów. Nazywam się Hespere D’Aphen, a towarzyszy mi Loenel. Nie posiadamy nic do oclenia ani przechowania.
Zastanawiała się przez moment, czy nie zapytać z ironią: „Zależnie czy regulamin tyczy się molestowanych kobiet w waszym mieście”, jednak uznała, iż takie zachowanie przy wejściu do miasta przysporzy im jedynie kłopotów, więc zrezygnowała.
Jeśli Loenel nadal milczał, powiedziała jedynie:
- Z chęcią jednak upewniłabym się w zarysie co do regulaminu obowiązującego nas w tym mieście.
Podczas całej formalnej rozmowy ze strażnikami obserwowała jednak kątem oka dwóch lubieżników, gotowa zareagować w każdym momencie na kolejny niewybaczalny gest z ich strony.
Jedyną podporą dla dziewczyny był stojący obok Leonel, a gdy ta wsparła się na jego ramieniu nawet nie zareagował nadal stojąc w tej samej pozycji z zaciśniętymi zębami i pięściami co chwile otwieranymi i zamykanymi z nerwów. Kobieta widząc nadlatującą dłoń prostaka zrobiła kilka szybkich kroków w kierunku strażnika pociągając za sobą elfa dzieki czemu uniknęła jakże poniżającego gestu który poczuła jedynie na szacie po której prześlizgnęła się jego ręka. Na myśl o tym że mógł jej dotknąć przeszły ją ciarki, zaś myśl że mógłby się do niej zbliżyć i dotknąć nieosłoniętego szatą ciała przywróciła chęć wymiotowania. Strach opadł na nią, bała się prawie tak mocno jak podczas spotkania z saugronem choć teraz doszło do tego obrzydzenie. Elfka mogła mieć tylko nadzieje że w mieście nie natknie się na takich prostaków, zważywszy że szła do wierzy magów, tam przecież nie mogą wpuszczać takich jak ci dwaj.
Dotarłszy do strażnika Hespere zerknęła na Leonela ale widząc że elf nie da rady przeprowadzić rozmowy ze strażnikiem sam ich zaanonsowała. Na każde słowo strażnik odpowiadał skinieniem głowy i cichym pomrukiem
- Aha… - a gdy magini skończyła szybko zapisał usłyszane słowa poczym podniósł głowę i utkwiwszy spojrzenie w jej oczach wyrecytował – Dobrze. No więc… do miasta wolno wnosić tylko jedną broń osobistą, a każda dodatkowa broń kosztuje dwie złote monety, nie wolno wnosić żadnych trucizn, kwasów i tym podobnych specyfików. W obrębie miasta podlegacie jurysdykcji straży miejskiej i wszelkie wybryki zakłócające porządek będą karane. Używanie magii na terenie miasta jest surowo wzbronione i każde złamanie tego zakazu będzie miało poważne konsekwencje. Ostatnia sprawa formalna to myto które za was obojga będzie wynosić osiem złotych monet. – zakończył przedstawianie regulaminu oraz cennika opłat, poczym jakby sobie coś przypomniał więc zapytał – Idziecie do wierzy magów, a po co jeśli można spytać bo to miejsce teraz jest jakoś niespecjalnie przyjazne przybyszom. Chyba wiecie co się stało czy całkiem nieświadomi jesteście?
W czasie gdy strażnik prowadził swój wywód szumowiny dręczące Hespere podeszli do Hespere i Leonela. Zaraz też magini mogła usłyszeć cichy szept niesiony na strasznie śmierdzącym oddechu w którym czuć było zapach cebuli i fasoli.
- No co lala nie podobamy Ci się, z nas są prawdziwe chłopy nie to co ta twoja laleczka obok to nie facet tylko baba – z tymi słowami poczuła na pośladkach jego dłoń co mimowolnie wywołało jej pisk. Myśl o tej brudnej łapie na niej była nie do zniesienia i pisk jaki się jej wyrwał był niekontrolowany.
Słowa jak i krzyk Hespere były kroplą która przepełniła czarę samokontroli Leonela. Błyskawicznie wyciągnięty miecz i szybkie cięcie zakończyło się krzykiem draba. Krew z odciętej ręki splamiła szatę maginy tworząc na niej chaotyczny wzór.
- Stać, odłóżcie broń! – krzyknął strażnik – Wsparcie! – kolejny krzyk po którym w jego kierunku biegło trzech innych strażników z wyciągniętymi mieczami. Wokół zrobiło się cicho poza wrzeszczącym wniebogłosy drabem oraz jego kumplem krzyczącym
- Zaatakował mojego kumpla, odciął mu rękę. Pieprzone drzewołazy przychodzą do nas i myślą że wszystko im wolno. Powiesić skurwysyna. – krzyczał i krzyczał.
Leonel odwrócił się w kierunku strażników w pozycji obronnej i choć prawie pewne było że nie wygra z przeważającymi siłami straży nie zmienił swej postawy. Ci zbliżali się półkolem chcąc oflankować elfa, który nie miał zamiaru się poddać. Znali się na swym zawodzie, wiedzieli jak współpracować, jak osaczyć ofiarę i pokonać.
- Rzuć broń! – rozkazał mężczyzna który ich odprawiał - Rzuć bo zginiesz.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
„Osiem złotych monet? Toż to rozbój w biały dzień!” pomyślała słysząc stawkę myta. Następne słowa strażnika kazały jej jednak na moment zapomnieć o niebotycznie wysokiej cenie żądanej za wejście do miasta.
Chyba wiecie co się stało czy całkiem nieświadomi jesteście?
Słowa te przebrzmiewały niepokojąco w umyśle srebrnowłosej przez moment. „Co się stało? Co mogło się stać? Czy to dlatego w rzeczywistości nic nie zdaje się pokrywać z opowieściami o Mieście Magów? I czemu u licha zabraniają czarów w takim mieście jak TO?” – wszystkie te pytania kotłowały się w magini. Już miała odpowiedzieć strażnikowi: „- Rzeczywiście, nic nie wiemy. Co się stało?”, jednak przykry obrót spraw nie pozwolił jej nawet rozpocząć pytania.
Kolejne okropne szepty dobiegły jej uszu. W dodatku tym razem łapa jednego z prześladowców trafiła upatrzonego celu. Strach i obrzydzenie, które przez ostatnie minuty tak szybko narastały w elfce wyraziły się teraz w cienkim, niekontrolowanym pisku przerażenia. A potem... Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót...
Błyskawicznej reakcji Loenela nie zdążyłaby nawet zapobiec. Gdyby nie całość wydarzeń, dziewczynę zapewne zaskoczyłby niespotykany refleks i precyzja cięcia, jednak teraz nawet nie zaświtała jej w głowie taka błaha, w porównaniu z ich obecną sytuacją, myśl. Nie zauważyła nawet plam krwi, które teraz swym szkarłatem ponuro zdobiły szatę magini. Strażnicy i uratowanie przed nimi Loenela, to był teraz nadrzędny problem.
- Stójcie, błagam stójcie! Pozwólcie wytłumaczyć sytuację, błagam!– Krzyknęła przerażona elfka. Momentalnie również stanęła przed towarzyszem, własnym ciałem odgradzając go od nadbiegającej straży. W duchu modliła się tylko o to, aby ludzie usłuchali, zatrzymali się na moment i pozwolili przemówić. Równocześnie szybko rozejrzała się wokół, czy nikt w odległości strzału nie posiada przy sobie łuku bądź kuszy. Uwzględniła przy tym także mury okalające miasto, do którego niegdyś z takim entuzjazmem chciała dotrzeć...
Jeśli wszyscy strażnicy zatrzymali się usłuchawszy jej prośby, próbowała wytłumaczyć zaistniałą sytuację starając się mówić dość składnie, zważywszy na stan szoku, w którym się obecnie znajdowała. Zaczęła słowami:
- Wiem że zdarzenie to wygląda fatalnie. Jednak musicie uwierzyć, że jesteśmy spokojnymi podróżnymi, a reakcja mego towarzysza spowodowana została ciągłymi obelgami i zaczepkami mojej osoby przez tych dwóch mężczyzn. Elfy wysoko cenią sobie honor, i w naszych krainach chociażby zaczepki słowne byłyby nie do przyjęcia. Nie mówiąc o fizycznym molestowaniu, które to spowodowało cały incydent...
Jeśli jednak nie pozwolili dojść jej do słowa, a w pobliżu nie zauważyła żadnych kusz bądź łuków, magini zaczęła się cofać, zmuszając do tego również Loenela, przed którym stała. Próbowała zmusić go też do opuszczenia pozycji obronnej, szepcząc przez ramię: „Uciekaj, uciekaj! Nie daj im się złapać i zabić!” i delikatnie popychając go w stronę, z której przybyli. Jeśli elf jednak trwał nadal w pozycji obronnej, wytrwale stała przed nim, mając nadzieję zmusić strażników swym spokojem i brakiem agresji do zmiany decyzji i pozwolenia wypowiedzenia jej kilku słów na ich obronę.
Jednak w najbardziej drastycznej sytuacji, gdyby strażnicy nadal szykowali się do ataku, a w dodatku dwójka elfów stałaby w polu rażenia strzał i bełtów, wtedy magini gotowa by była walczyć wspomóc w walce Loenela. Lewa ręka Hespere znalazłaby się momentalnie w kieszeni, szukając po omacku kamienia. Równocześnie magini zaczęłaby przygotowywać w myślach czar pozwalający kontrolować jej magicznie ruchy kamienia, schowanego wśród jej rzeczy. Wiedziała, że czarem tym w razie czego wiele nie zdziała, jednak była zdeterminowana zrobić choć trochę zamętu. Ponadto jej prawa ręka powoli kierowała się w kierunku sztyletu...
Miała jednak nadzieję, że ludzie pozwolą wytłumaczyć jej ową sytuację, i tylko pierwszy z planów dojdzie do skutku...
Wszystko działo się nie tak jakby pragnęła tego Hespere. Wszystko wymykało się spod kontroli, w sumie to całkiem wymknęło się już dobrą chwilę temu, i teraz panował tam chaos. Przyjaciel w potrzebie i strażnicy w ataku. Wybrała przyjaźń i zaryzykowała stając przed Leonelem, a tym samym odgradzając go od strażników. Urwanym głosem wyrażającym szok i determinację szybko starała się wyjaśnić całe zajście i wydawało się że jej słowa odniosły skutek gdyż żołnierze zatrzymali się. Stanęli w półkolu z podniesionymi mieczami których ostrza skierowane były w kierunku elfów. Mężczyzna który opowiadał im o mieście i regulaminie także i teraz zabrał głos.
- Pani odsuń się lub poproś swego przyjaciela o złożenie broni. Zostanie aresztowany, sprawa zostanie zbadana i wydany zostanie sprawiedliwy wyrok. Nie mogę was puścić, gdyż dopuszczono się tu ataku, krew została przelana i musimy to wyjaśnić, lecz póki będziecie się bronić nie pozostaje nam nic innego jak was zaatakować. – słowa wypowiedziane przez strażnika już nie były monotonne, wyrażały raczej przykry obowiązek. Z tonu przebrzmiewała wiara w słowa Hespere. – Pani proszę Cię, poddajcie się.
Hespere omiotła pole swym wzrokiem i nigdzie nie zauważyła łuczników, także nikt poza strażą i sprawcami całego zamieszania nie wtrącał sie do awantury stojąc spokojnie w oczekiwaniu na rozwiązanie. Stali jednak patrząc z zaciekawieniem na rozwój wypadków.
- Brać ich, zabić tych skurwieli, powiesić! – wrzeszczał kumpel okaleczonego nie przejmując się zranionym w ogóle. Ten zaś siedział na ziemi tuląc swą rękę do klatki i kołysząc się jak dziecko wpatrzony gdzieś przed siebie. Z kikuta ciągle płynęła krew barwiąc brudną koszulę chłopaka.
- Zamknij się! – wrzasnął strażnik z wściekłością – Tron aresztuj go! I sprowadźcie jakiegoś lekarza, trzeba opatrzyć tego rannego. – dodał po czym znów zwrócił się powrotem do Hespere – Pani nie słuchaj tego idioty, nie wszyscy są tacy, proszę poddaj się.
Widać było że trudno jest mu stać z bronią wyciągniętą przeciwko elfce, jednak magini widziała determinację w wykonywaniu jemu powierzonych obowiązków. Tak jak Leonel trwał w postanowieniu zdobycia receptury dla druida choć przebywanie w tym mieście od początków nie było dla niego łatwe tak i ten człowiek stał na straży prawa, jakie by ono nie było i był gotowy zrobić wszystko by swój obowiązek wypełnić.
Hespere jeszcze zauważyła że jeden ze strażników podszedł szybkim krokiem do grubasa po czym wprawnym ruchem założył mu kajdany na ręce.
- Odwalcie się od mnie, słyszycie spierdalać, za tych zielonych skurwieli byście sie wzięli a nie za prawowitych mieszkańców! - wrzeszczał grubas na co otrzymał uderzenie w twarz. Z rozciętej wargi popłynęła strużka krwi.
- Zamknij się gnido, mam dość słuchanie twego wrednego jęzora, więc poprostu się zamknij.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Co prawda strażnicy zatrzymali się, jednak Hespere nadal porażona była panicznym strachem. Słowa wypowiedziane przez człowieka wcześniej zajmującego się kwestią ich wejścia do miasta nie napawały otuchą. Jednak coś w jego głosie nakazywało mu zaufać, uwierzyć, że może nie będzie tak źle...
Nie wszyscy są tacy.
Widziała to teraz. Dwa skrajne typy charakterów ludzkich: wizerunkowi lubieżnych chłopów przeciwstawiała się postawa strażnika, który, jak zdawało się magini, w jakiś sposób był przychylny ich sprawie, chciał pomóc. Jednak widać było, że nie może, że prawo i obowiązki służbowe stanowią dla niego wartość nadrzędną. Jednak czuła, ze gdyby nie one, zapewne by im pomógł.
„Czy jednak wszyscy są tacy jak on? Czy w tym społeczeństwie nie jest tylko chwalebnym wyjątkiem?” miotała się w myślach srebrnowłosa. Tak bardzo chciała komuś zaufać, uwierzyć, że ludzie to nie tylko skarlała duchowo i moralnie rasa, przeżarta przez wszelakie żądze...
Tak jak myśli, tak sama elfka przez swe niezdecydowanie nie uczyniła nic. Nie cofnęła się jednak również nie wyrażała jakiejkolwiek gotowości do walki. Stała nadal pomiędzy strażnikami a przyjacielem, odwracając jedynie co chwilę swą srebrną głowę, spoglądając to na ludzi, to na elfa. Niepokój i bezradność odbijały się w jej oczach, nie wiedziała, co zrobić.
Tak bardzo chciała, żeby Loenel wreszcie się odezwał choć słowem! Żeby powiedział, co o tym sądzi, chociażby w paru słowach.
- Loenelu... – szepnęła głosem cichym i słabym, wpatrując się usilnie elfowi w oczy i mając nadzieję na jakąkolwiek reakcję. Przez to jedynie kątem oka i na pograniczu świadomości odnotowała scenę, która zaszła pomiędzy pyskującym obecnie chłopem, a widocznie żywiącym do niego pogardę strażnikiem. Czekała na odpowiedź.
Wszystko zamarło, każdy stał i patrzył co się stanie. Elfka rozważała słowa strażnika już dość długo, na tyle by grubas został zabrany przez straże. Wrzeszczał i miotał się wykrzykując obelgi pod adresem tak straży jak i elfów, jednak nikt go nie słuchał, każdy skupiony był na Hespere i na jej decyzji. Jej bo elf który bronił jej jak i własnego honoru był na tyle wstrząśnięty że nikt nie oczekiwał po nim reakcji, nikt poza właśnie srebrnowłosą elfką. Ta zwróciła się w kierunku Leonela spoglądając na kamienną twarz, na szkliste bezduszne oczy i dłoń zaciśniętą na rękojeści swego oręża tak mocno że aż pobielały mu kłykcie. Słowa wypowiedziała cicho i słabo, przerażenie sytuacją przytłumiło energię bijącą z maginy, zagrożenie było namacalne i dziś właśnie nie miała swego obrońcy, dziś Leonel nie uratuje jej przed krwiożerczą bestią, dziś to ona musi ratować jego.
Cisza jaka nastała zaraz po krótkim słowie wypowiedzianym przez Hespere, cisza jaka owiała imię elfa była ciężka i gęsta, z ogromną siłą miażdżyła przepełnione strachem serce dziewczyny. Czekała, czekała jednak Leonel stał z mieczem oczekując ataku.
To strażnik wykonał pierwszy ruch
- Opuście miecze! - rozkaz wydany do swych podwładnych nieznoszącym sprzeciwu głosem i po sekundzie miecze strażników opadły zaś strażnik zwrócił się ponownie do Hespere - Pani proszę. - jednak po sekundzie zmienił zdanie i zwrócił sie do elfa - Chłopcze - nazwał go chłopcem choć zapewne sam przeżył tylko ćwierć tego co zdążył przeżyć Leonel, jednak czy w danej sytuacji będzie mu to wypomniane - nie narażaj tej Pani na niebezpieczeństwo, poddaj się, a wszystko w końcu skończy się dobrze. Dopilnuje tego.
Leonel nie zmienił postawy, stał patrząc na strażnika by po chwili przenieść spojrzenie na Hespere. Zamrugał oczami, twarz złagodniała, ręka opadł, elf padł na kolana.
- Przepraszam Hespere, przepraszam - powiedział, a wokół można było usłyszeć oddech rozluźnienia. Napięcie opadło, niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane, atmosfera stała się czystsza. Straż nie ruszyła od razu zatrzymana cichym rozkazem dowódcy pozostawiając czas magini na chwilę rozmowy z widać oszołomionym towarzyszem.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Cisza... Odpowiadała jej cisza. Jej towarzysz nadal stał w pozycji wykazującej gotowość do walki. Walki do ostatniej krwi, jak mniemała. A skoro takie było jego postanowienie...
Hespsere już miała przyjąć postawę wyrażającą bojowe nastawienie i walczyć ramię w ramię z przyjacielem o jego wolność. Chociaż przemoc łamała jej pacyfistyczne poglądy, chociaż wiedziała, że bitwa ta skończyłaby się dla niej dość szybko. Zanim jednak zdążyła wykonać choćby najdrobniejszy ruch, przywódca zebranej tu straży wydał wielce zaskakujący, a zarazem jakże dla nich łaskawy, rozkaz. Do tego zamiana adresata wypowiedzi. Mimo to elfka odniosła wrażenie, że Loenel nie miał zamiaru się poddać. Ale po chwili, jego spojrzenie wreszcie drgnęło i przeniosło się na srebrnowłosą. Magini zdało się, jakby w tym momencie paraliżująca go skorupa znikła, przed sobą zobaczyła znów prawdziwego Loenela. Ulga napłynęła do serca dziewczyny.
Wraz z jego słowami, elfka również opadła na kolana, twarzą zwrócona już tylko ku przyjacielowi. Delikatnie chwyciła go za dłonie, aby gestem tym zarówno podtrzymać go na duchu, jaki i przywołać znów jego uwagę.
- Loenelu, nie przepraszaj, nie przepraszaj, bo nie masz za co mnie przepraszać. – powiedziała dość cichym, pełnym przekonania głosem – Pytanie jak ja Ci teraz mogę pomóc, co mogę dla Ciebie zrobić, przyjacielu? – pytała, a w głosie jej przebrzmiewała głęboka troska.
- Jak Ci się odwdzięczyć za uratowany honor? – to pytanie zadała już całkiem cicho, szeptem, po chwili przerwy.
Wychodziła z założenia, że strażnik, widząc, iż szykują się już dłużej do walki, da im moment rozmowy. Że przez chwile jeszcze powstrzyma swych podwładnych przed dalszymi krokami. Bo takim typem człowieka zdawał się być elfce. Ludzkim. W pewnej mierze, ugruntowanej przez litery prawa, bądź też mimo nich, wyrozumiały. Chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że chwili tej nie może przeciągać zbyt długo...
Hespere padła na kolana patrząc w oczy swego przyjaciela, znów widziała ciepło, łagodność ale także smutek który gdy odwzajemnił jej spojrzenie spowodował że oczy się zaszkliły, jednak ani jedna łza nie spłynęła po twarzy elf, nie mogła, nie tu.
- Przepraszam że naraziłem Cię na niebezpieczeństwo, nigdy sobie tego nie wybaczę. Przepraszam też że nie będę mógł Cię już chronić, teraz muszę poddać się ich sprawiedliwości. – ruchem głowy wskazał na strażników którzy stali w odpowiedniej odległości by dać im prywatność a zarazem być gotowym na potencjalną ucieczkę elfa. Sam dowódca patrzył ze smutkiem na tą parę. – Będę musiał Cię na jakiś czas opuścić, lecz jeśli kiedyś znów będziesz w stanie na mnie popatrzeć to będę w swej chacie przy której po raz pierwszy się spotkaliśmy. Teraz czeka mnie ludzka sprawiedliwość i osąd. Proszę zanieś Berfegorowi tą recepturę od maga Aloxera. Nie mogę zawieść jeszcze jego.
Patrzył swymi pięknymi oczami na Hespere której było żal swego przyjaciela. Wiedziała jaka męka spotka Leonela zamkniętego w celi, podczas gdy on zawsze był wolny jak ptak, a przebywanie w domu było dla niego męczarnią. Tylko las i otwarte przestrzenie dobrze działały na niego. Teraz gdy zostanie uwięziony, pozbawiony swobody, powietrza, obcowania z naturą będzie niczym wilk w potrzasku. Miała tylko nadzieje że areszt nie potrwa długo.
Leonel nie dał jej wskazówek co do sposobu ratunku, nie dał bo nie chciał bądź w ogóle ich nie znał. Hespere jeśli chciała pomóc przyjacielowi musiała sam coś wymyślić. Czas uciekał, dowódca coraz częściej patrzył w ich kierunku, widać chciał wypełnić swój obowiązek.
W tym momencie pojawił się starzec ze skórzaną torbą w długiej szarej szacie. Twarz już pomarszczona broda długa i biała sięgała piersi mężczyzny. Podszedł do dowódcy i chwilkę z nim rozmawiał po czym ruszył we wskazanym przez dowódcę kierunku do nadal chwiejącego się młodego prostaka który trzymał swojego kikuta przyciśniętego do klatki. Twarz teraz blada jak płótno pozbawiona była jakichkolwiek oznak życia, wyglądał jak trup.
- Za dużo krwi wypłynęło z niego, raczej nie da rady przeżyć następnej godziny! – usłyszała zawołanie starca skierowane do dowódcy. Jego twarz jeszcze bardzie sposępniała.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wsłuchując się w słowa elfa Hespere delikatnie kręciła srebrną głową, chcąc tym prostym gestem zaprzeczyć im, i rzeczywistości, która na nią spadła. Poczuła łzy napływające do błękitnych oczu, gromadzące się w kącikach, wzbierające niebezpiecznie...
Jedna, druga, trzecia... Trzy kryształowe łzy znalazły sposób ucieczki z przepełnionych swymi siostrami oczu elfki. I ani jedna więcej. Z niesamowitą lekkością wędrowały sobie tylko znanymi ścieżkami po mlecznobiałych policzkach magini. Gdy dotarły do granicy twarzy, jedna po drugiej skapnęły, w locie lśniąc niczym małe diamenty.
Hespere nie chciała płakać, okazywać w ten sposób mieszaniny emocji, która się w niej kotłowała – strachu, bezradności, troski, przywiązania... Nie chciała swymi łzami mącić spokoju Loenela, jednak owe trzy paciorki na widniejące już na twarzy nie poddały się jej woli i kontroli, wymykając się spod powiek. Gdy poczuła ich chłód na policzkach, zwiesiła lekko głowę, aby srebrny woal jej włosów okrył jej twarz. Nie próbowała ich pospiesznie wytrzeć, bowiem uważała, że skoro mimo prób powstrzymania ich wydostały się na świat, powinny teraz w tym świecie zniknąć. A razem z nimi choć drobna część przytłaczającej elfkę bezradności i strachu...
I chociaż elfy z natury są bardzo powściągliwe i nie okazują zbytnio emocji, tym razem jednak, pod wpływem nagłego impulsu, magini złamała konwenanse swojego ludu. W nagłym geście szybko delikatnie przytuliła Loenela, po czym wstała. Silniejsza i pewniejsza.
Jej podniesienie się było prężne i zwinne, tak jak kroki, które poczyniła w kierunku człowieka, z którym wcześniej rozmawiała. Dystans dzielący ich pokonała szybko i pewnie, uważając jednak aby nie wyglądało to na próbę ataku. Błękitne zwierciadła jej duszy przez te parę metrów wpatrywały się w ziemię pod jej stopami. Gdy stanęła przed strażnikiem, przechyliła delikatnie głowę, zastanawiając się nad czymś przez krotki moment, po czym przeniosła wzrok z ziemi, patrząc teraz człowiekowi prosto w oczy. Widocznie symboliczne łzy w połączeniu z ostatnim gestem w stosunku do Loenela wyzwolił w niej nowe zapasy energii i wiary.
- Panie, nie jesteśmy jeszcze poza murami miasta, zatem czy moglibyśmy uznać, że w ostateczności można tu rzucić prosty, niegroźny dla nikogo ani niczego czar? Mam nadzieję, albo wręcz sądzę, że jego efekt mógłby pomóc on temu człowiekowi i uchronić go przed śmiercią. Co prawda osobiście nie jestem przekonana, czy zasługuje on na taką szansę, po tym, jak okrutnie się zachował, jednak uważam, że mój przyjaciel zasługuje na to. Na szansę, aby nie oskarżono go przez przypadek o morderstwo. Zatem Panie, sądzisz, że prawo jeszcze poza murami mogłoby traktować taki przypadek nieco łaskawiej? Jeśli chcesz Panie, ktoś z Twoich ludzi może mnie pilnować. Bowiem pragnę jedynie poprosić ziemię o łaskę i pomoc, której to prośby efektem mają być małe, życiodajne owoce. – Wszystko to powiedziała spokojnie, rzeczowo, z drobną dozą prośbą w głosie. Jeszcze raz, jeszcze głębiej z pewną dozą pokory, spojrzała w oczy człowiekowi. Spojrzeniem tym próbowała przekazać mu komunikat „Zaufaj mi tak jak ja zaufałam Tobie”, po czym dodała ostatni raz, całkiem spokojnie – Proszę.
Jeśli strażnik zgodził się na ową interpretację przepisów, Hespere znajduje najdrobniejszy nawet skrawek gołej ziemi, po czym rozpoczyna inkantacje czaru zwanego „Hojność natury”.
Leonel słuchał Hespere, słuchał z uwagą zapatrzony w jej twarzy, a gdy ta kręciła przecząco głową starając się odgonić słowa elfa, zaprzeczyć ich sensowi Leonel delikatnie dotknął jej włosów, ręka przejechała po gładkich niczym srebrny jedwab włosach przyprawiając kobietę o lekki dreszcz który zatrzymał jej zaprzeczenia.
Słowa, które informują, podnoszą na duchu lub ranią, słowa które w kobiecie wywołały lawinę uczuć, współczucia i zrozumienia, spowodowały że trzy łzy znalazły ujście z głębokich oceanów oczu. Szybko spłynęły chwilkę zatrzymując się na krawędzi twarzy by po sekundzie skoczyć, by oddać się w władanie matce ziemi, nie dotarły jednak tam schwycone przez szybkie dłonie elfa.
- Pozostaną ze mną! – wyszeptał mocnym głosem Leonel wtulając się w ramiona srebrnowłosej. Chwilkę tak trwali czując jedność i prawdziwość łączącej ich przyjaźni po czym magini wstała silniejsza i pewniejsza siebie.
Dowódca straży popatrzył na idącą w jego kierunku elfkę i wyprostował się. Gdy ta stanęła przed nim skinął jej lekko głową.
- Dziękuje Pani, dziękuje że nie doszło do walki, byłoby to niepotrzebne rozlewanie krwi której i tak ostatnio za dużo się w tym mieście przelało.
Hespere pochyliwszy głowę wyraziła swą prośbę, a w zasadzie chęć pomocy. W trakcie jak mówiła i kolejne słowa trafiały do uszu strażnika, z czasem gdy pojmował propozycje Hespere jego twarz najpierw wyrażała zdziwienie które przeszło po chwili w uśmiech zrozumienia jak i wdzięczności. Skinął głową na znak zgody
- Tak Pani, możesz używać magii byleby poza obrysem murów, i tu nie chodzi o moje pozwolenie, gdyż ja w tej sprawie nie mam nic do powiedzenia, to są rozporządzenia gildii magów i to oni nałożyli na miasto czar który informuje ich o użyciu magii bez wydanego pozwolenia. – odparł tonem służbisty po czym już dużo cieplej i delikatniej – Dziękuje Pani, to prawda że ten człowiek nie zasługuje na to, lecz czy naszym przywilejem jest pozbawiać kogoś życia, niekiedy trzeba, niekiedy jest to jedyna droga, lecz … widziałem okropne rzeczy i nie chce oglądać kolejnej śmierci. Pani jest Ci ogromnie zobowiązany. – powiedział cicho kłaniając się elfce – jednak muszę już zabrać Pani towarzysza pod straż, niemniej poczekam aż skończysz Pani. – po tych słowach dał znak swym ludziom którzy wolno ruszyli wraz z nim w kierunku Leonila. Gdy stanęli przed nim strażnik zwrócił się z szacunkiem do elfa – Panie czy raczyłbyś oddać miecz i łuk i oddać się pod naszą opiekę? – zapytał.
Leonel spojrzał jeszcze raz na Hespere i skinąwszy jej głową uśmiechnął się. Wstał z wyciągniętym przed siebie mieczem oddając go dowódcy, po chwili w ślad miecza powędrował łuk, a także torba podróżna i kołczan. Wszystkie otrzymane od elfa rzeczy zostały przekazane innemu strażnikowi zaś dowódca powiedział coś co zaskoczyło wszystkich, nawet jego ludzi którzy przez ułamek sekundy mieli owe zdumienie wypisane na twarzach a które skryli zaraz pod maską wiary w swego dowódcę.
- Nie zakuję Cię Panie kajdany, będziesz mógł swobodnie iść jeśli tylko dasz słowo że nie uciekniesz.
Leonel także wydawał się zaskoczony jednak zaraz też skinął głową dowódcy na znak zgody po czym z mocnym przekonaniem powiedział
- Masz moje słowo!
- Dziękuje. Pani czas nas goni.
Z pozwoleniem i wskazówkami Hespere wyszła poza obrys murów miasta. Znalazła miejsce które miało dość miejsca by jej magiczna roślina mogła urosnąć po czym zamknęła oczy koncentrując się słowach prośby, słowach zaklęcia skierowanych do matki życia, Ziemi. Prośba była trudna i wymagała wiele od Hespere, gdyż wiedziała że robi to dla kogoś kto obrażał ją, dotykał i że przez tą właśnie osobę jej przyjaciel popadł w kłopoty. Złożyła ją jednak z silnym uczucie przekonania że tak trzeba, że to także dla Leonela że jego również te owoce mogą uratować. Pod wyciągniętą dłonią maginy zaczęły gromadzić się wiązki energii. Czuła ciepło bijące od siły jaką władała, a gdy prośba została ukończona i Hespere czuła pełną moc w swej dłoni kucnęła i położyła swą dłoń na wybranym miejscu. Uczucie w którym cała ta moc spłynęła z jej dłoni do brudnej i zaśmieconej ziemi nie było przyjemne, czuła się przez chwilę pusta czegoś pozbawiona jednak szybko rosnący piękny krzew, wyłaniający się spośród brudu i zgnilizny dodał jej pewności i wiary że zrobiła coś cudownego. Krzew w pewnym momencie przestał rosnąć zaś na jego gałązkach pojawiły się kwiaty które szybko, może zbyt szybko przemieniły się w owoce, magiczne owoce które potrafiły ratować życie. Na krzewie zawisło pięć dorodnych choć dziwnych owoców.
Hespere usłyszała za sobą oddech kilkunastu ludzi wyrażających zachwyt tym czego dokonała, bo choć żyją przy mieście magów, choć pewnie widzieli wiele magii to jednak zazwyczaj była to niszczycielska siła która zabijała, raniła, rzadko zaś mogli zobaczyć coś tak pięknego jak narodziny życia choć tak skromnego jak roślina.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Hespere przyglądała się scenie aresztowania przyjaciela. Nie był to dla niej przyjemny widok, w sercu poczuła ukłucie, gdy strażnicy otoczyli elfa... Smutek znowu zakradł się do jej oczu, jednak nie pozwoliła mu teraz nad sobą zapanować. Prośba o złożenie broni... Kultura i szacunek dowódcy podnosiły na duchu.
Spojrzenie Loenela... Jego uśmiech... Magini doceniała jego hart ducha i odwagę. A także wierność i oddanie przyjaciela. Przyjaciela, którego patrząc obiektywnie nie znała długo, ale z którym połączyła ją mocna więź, chociaż do dnia dzisiejszego nie zdawała sobie sprawy jak silna ona była. Widać dopiero w sytuacjach krytycznych, poza sielankowym życiem, ujawniała się głębia przyjaźni... „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.”... I jak tu nie wierzyć tezie o prawdziwości przysłów...?
Uśmiech, który mu odesłała nie był szczęśliwy, bo jakże można się cieszyć, gdy przyjaciel znajduje się w tarapatach, nawet, gdy wszystko zdaje się przebiegać w drodze najdelikatniejszego z możliwych scenariuszy? Uśmiech ten był pełen ciepła i pewności, że wszystko będzie dobrze. Chociażby dlatego, że dobrze być musi. Łączył się on z ciepłem, jakie emanowały jej oczy, ciepłem spokoju. Nie skinęła mu jednak głową, gdyż gest ten zdawał się jej zbyt pożegnalny. Chciała bowiem towarzyszyć mu jeszcze tak długo, jak tylko będzie to możliwe.
Stała spokojnie, patrząc ja Loenel kolejno oddaje w ręce człowieka miecz, łuk, torbę, kołczan... Dopiero przy zdawaniu ostatniej części jego ekwipunku zdała sobie sprawę z tego, że oto zaraz nastąpi moment straszny, ze oto za chwilę elf o wolnej i nieskrępowanej niczym duszy zostanie swej wolności pozbawiony w sposób dla niego upokarzający, przez zakucie w kajdany... Magini zacisnęła powieki i lekko obróciła głowę. Nie chciała być świadkiem zniewolenia. Nie chciała oglądać upokorzenia przyjaciela. Wiedziała, że on nie chciałby, żeby to widziała...
Zaskakujące słowa dowódcy kazały jej rozchylić zaciśnięte powieki. Niemałe zdziwienie i wdzięczność ogarnęły elfkę. Gdy tylko człowiek zwrócił się w jej kierunku, schyliła głowę jednocześnie prawą dłoń kładąc na sercu, w geście wielkiego szacunku. Następnie ponaglona słowami szybko i bez słowa udała się poza obręb murów miasta. Szybko wyszukała skrawek ziemi odpowiadający skromnym wymaganiom magicznej rośliny. Skupiła całą swoją wolę i rozpoczęła swą prośbę do Matki Ziemi.
W swej cichej prośbie zawarła nadzieję. Nadzieję przede wszystkim na pomoc przyjacielowi. Starała się nie skupiać nad tym, komu miała pomóc pierwszoplanowo a na dalszych skutkach tego czynu. Prosiła ziemię o pomoc istocie żywej, umierającej w tej chwili, z premedytacją wymazując z świadomości, kim ona była i co zrobiła jej samej.
Z każdą chwilą czuła zbierającą się w niej moc, jakby promyk po promyku ogarniała ją światłość. Ciepło rozchodziło się po jej ciele, promieniując jednocześnie z serca i z wyciągniętej dłoni. Wnet poczuła, że zebrała wystarczająco dużo energii, złożyła ją więc z ofierze ziemi.
Przez chwilę poczuła się pusta i jałowa, jednak widoczne skutki jej czaru ponownie zaczęły napełniać ją energia radości z nowopowstałego życia. Po raz kolejny oglądała przyspieszony wzrost małego krzewu i zawiązanie jego owoców. Gdy wiedziała, że czar się dopełnił, zerwała wszystkie dojrzałe owoce i pospieszyła z nimi do miejsca, w którym stali strażnicy. Podeszła do starca, który ocenił wcześniej stan młodzieńca i wręczając mu owoce powiedziała:
-Proszę, Panie, podaj mu te owoce, powinny wzmocnić jego siły i zwrócić część życia, które ubyło mu razem z krwią. Nie wiem, czy ich efekt będzie wystarczający, aby uzdrowić go kompletnie, jednak dzięki nim powinien przeżyć i ozdrowieć na tyle, by jego życiu nie groziło już żadne niebezpieczeństwo. Później proszę Panie, zajmij się nim należycie.
Następnie swe kroki skierowała ku Loenelowi i otaczającej go straży.
- Tyle mogłam zrobić – stwierdziła. Następnie zwróciła się do dowódcy. – Nie wiem Panie, czy chcesz i możesz czekać na efekt działania owych owoców. W każdym jednak razie chciałabym teraz Wam towarzyszyć tak długo, jak to będzie możliwe. Chcę bowiem towarzyszyć przyjacielowi póki mogę. – Powiedziała z nuta prośby w głosie. Miała nadzieję, że człowiek zgodzi się na to, bowiem chciała swą obecnością wspierać elfa, dowieść przywiązania i przyjaźni.
Po kolei dojrzałe owoce lądowały w jej dłoni, delikatnie zrywane nie uroniły ani kropli swego życiodajnego soku. Kiedy wszystkie owoce zostały zerwane i bezpiecznie leżały na smukłej dłoni srebrnowłosej maginy ta powstał i dumnym choć dość szybkim krokiem podeszła do starca. Przekazała mu drogocenny ładunek z słowami opisującymi działanie daru.
- Nie musisz mi Pani tłumaczyć, znam te wspaniałe dary ziemi. – powiedział z widocznym podziwem – Dziękuje Ci, ostatnio tak mało widzę dobra. Ból, cierpienie, nienawiść zbyt często w ostatnich dniach u nas gości. Bądź pozdrowiona i niech matka Ziemia zawsze będzie dla Ciebie łaskawa. – powiedział po czym szybko skierował się w stronę teraz już leżącego na ziemi młodzieńca. Gdy dotarł do niego uklęknął w okolicy głowy, Hespere zauważyła że podniósł mu głowę i po kolei wkładał w jego usta owoce otrzymane od elfki.
Sama zaś Hespere ruszyła do dowódcy oraz straży i znajdującego się między nimi Leonela. Stanąwszy przed dowódcą wyraziła swą prośbę o pozwolenie na towarzyszenie im do miejsca przetrzymania elfa aż do wyjaśnień.
- Wiem Pani i dziękuje, tyle to i tak wiele, teraz gdy chłopak będzie żył, Twój przyjaciel nie będzie oskarżony o morderstwo a jedynie o czynną napaść. Chłopak zostanie przesłuchany i jeśli okaże się że przez jego działanie doszło do tego incydentu to na pewno będzie to na korzyść Twego przyjaciela, jednak na pewno nie zostanie on całkowicie oczyszczony z zarzutów. Czynna napaść nawet jeśli sprowokowana nie jest tolerowana w Broln. Po to jesteśmy by nam zgłaszać wszelkie przewinienia a nie załatwiać po swojemu. Jednak Twoje Pani działanie i pomoc jakiej udzieliłaś poszkodowanemu będzie na pewno z korzyścią dla więźnia. – powiedział – Oczywiście że możesz nam towarzyszyć, w zasadzie nawet musisz. Konieczne jest złożenie przez Ciebie zeznania z zaistniałej sytuacji oraz powodów które do tego doprowadziły. Dobrze w takim razie w drogę, o stanie zdrow…. – nie dokończył swej wypowiedzi gdyż od miejsca w którym leżał umierający dało się słyszeć okrzyk lekarza zaraz też jego spojrzenie powędrowało z napięciem w tamtym kierunku.
- Będzie żył. Krwawienie ustało, rana się zasklepiła, oddech wyrównany, będzie dobrze, ręki jednak nie odzyska, to już stracone! – dało się usłyszeć żywą i radosną relacje ze stanu zdrowia. Na te słowa przyglądający się wszystkiemu ludzie zaklaskali w dłonie z głośnym okrzykiem radości po części związanej z udanym leczeniem a po części z iskierką nadziei jaka wstąpiła w ich serca i na twarze. Widać było że są szczęśliwi że byli świadkami piękna magii leczniczej nie zaś brutalności czarów bojowych.
- Cieszmy się razem z nimi – powiedział z ulgą strażnik – po ostatnich wydarzeniach nie mieliśmy żadnych okazji do wyrażania radości. Nie tylko uratowałaś tego chłopca Pani, pokazałaś nam że magia może także być dobra. Dziękuje Ci po raz wtóry. Chodźmy zatem do garnizonu. – zakończył strażnik. Odwrócił się jeszcze do jednego ze swych ludzi z rozkazem – Tir upewnij się że chłopakiem jest wszystko dobrze i przyprowadź na przesłuchanie. – po czym powrócił wzrokiem do Hespere – Pani pozwolisz że poprowadzę? – zapytał szarmancko kierując się w stronę bramy. – Nazywam się Heron Fiernderg i jestem dowódcą straży w stopniu kapitana Pani. Osobiście z Panią porozmawiam jak i z Pani przyjacielem. Doprowadzę do wyjaśnienia tej sprawy to mogę obiecać.
Droga prowadziła do bramy i dalej pod jej łukiem miedzy wielkimi drewnianymi wrotami oraz ostrymi zębami kraty do wewnątrz miasta. Miasta które Hespere zawsze chciała poznać, do miasta które powitało ją sprzecznościami pokazując z jednej strony brud, rasizm, głupotę i brutalność, a z drugiej dobroć, obowiązkowość, szlachetność i mądrość. Takie nagromadzenie różnych jakże przeciwstawnych cech wprowadzało zamęt w odczucia elfiej maginy co do ludzi.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Podziękowania i potwierdzenie swych przypuszczeń, co do łaskawszego wyroku dzięki przeżyciu chłopaka Hespere przyjęła lekkim skinieniem głowy, w ramach przytaknięcia. Miała jednak ciche wątpliwości co do przesłuchania młodzieńca.
„Skąd możemy mieć pewność, że przyzna się do molestowania? W końcu wykazał już dziś wystarczająco dużo braku wszelkiej moralności... I zapewne będzie chciał odegrać się na Loenelu... Może jednak ludzie będą potrafili zmusić go do mówienia prawdy.” – przelatywało przez myśl magini.
Okrzyk medyka przerwał tok myślowy Hespere. Jego słowa, z jednej strony spodziewane, z drugiej tak utęsknione, przywołały delikatny uśmiech na jej twarzy. Nie cieszyła się jednak z przeżycia prostackiego „podrywacza”, ale z szansy, jaką dawało to Loenelowi. Bowiem gdyby chłopak zginął, zapewne wywołałoby to rasistowską nagonkę na elfa.
„Chociaż, kto wie czy nie stanie się ona faktem mimo uzdrowienia? Patrząc na reakcję tych ludzi wywołaną wzrostem magicznej rośliny i leczniczą mocą jej owoców sądzić mogę, iż z przypadkami użycia takiej magii nie mieli ostatnio dużo do czynienia... Co się stało w tym mieście, skoro najmniejszy akt dobra, w normalnym świecie niezauważalny, tutaj witany jest takimi owacjami? Jak mocno wpłynie owa sytuacja na proces Loenela?!”
[...]Po ostatnich wydarzeniach nie mieliśmy żadnych okazji do wyrażania radości.[...] Pokazałaś nam że magia może także być dobra.
Słowa strażnika przez dłuższą chwilę przebrzmiewały w umyśle srebrnej elfki. Zawirowały jej światem. Myśli jej zmąciło pytanie: „Magia miałaby być złem? Samym złem? Co się tu stało, co?”, któremu zaraz o dała upust ubierając w słowa, które wypowiedziała od razu, gdy człowiek dokończył wypowiadać się w tej kwestii:
- Panie, jako że przybywamy z miejsca, gdzie informacje nie dochodzą tak szybko, rzeczywiście nie jesteśmy wtajemniczeni i nie wiemy, co takiego ostatnio stało się w Broln. Sądząc po waszych reakcjach, nie było to nic dobrego, a narzędziem tych czynów była między innymi i magia. Czy mógłbyś jednak wytłumaczyć nam, co wstrząsnęło tym miastem?
Pytanie to zadawała z jednej strony z ciekawości, z potrzeby poznania realiów świata, w którym sama będzie musiała odnaleźć maga Aloxera, jednak i z wielkiej trwogi o przyjaciela. W świecie chaosu i nieuporządkowana bądź też tyranii niewielkie miał szanse na uczciwy proces i łagodny wyrok. A o to martwiała się obecnie chyba najbardziej... To w końcu z jej powodu, z jej winy, jej przyjaciel został aresztowany... Przez nią cierpi i będzie pozbawiony wolności... Na ile? Nie było wiadome. Byle jednak najkrócej, jak to tylko możliwe... Bo nawet marzenia o ułaskawieniu po słowach strażnika zbladły.
Spojrzała szybko na przyjaciela. Przenikliwy ból, niczym zatruta igła, przeszył jej serce w momencie, gdy popatrzyła na jego twarz będąc jednocześnie świadomą, jak niewiele mogła zrobić dla niego w porównaniu z tym, co on robił dla niej... Ratunek przed sougerem, zapoznanie z Berfegorem, nocne czuwania w drodze, teraz jeszcze to... Bogowie, mimo iż od wieków milczący musieli nad nią czuwać, skoro obdarzyli ją takim przyjacielem Magini bowiem zdawała sobie sprawę z tego, iż przyjaciel w każdych czasach, czy to dobrych, czy to złych, to największy skarb, jaki może każdej istocie zesłać los. Dlatego też wiedziała, że zrobi wszystko, aby tylko mu pomóc.
Na szarmancką propozycję dowódcy odpowiedziała uśmiechem i skinieniem głowy, a na dalsze zapewnienia odpowiedziała:
- Dziękuję Ci Heronie, szlachetny bowiem z Ciebie człowiek. Tak, że nawet swą szlachetnością i dobrocią przewyższasz niejednego elfa o czystym sercu. Wdzięczności mej wobec Ciebie nie potrafię nawet opisać słowami, mimo iż pewien talent do kwiecistego wysławiania się, odziedziczony po rodzicach bardach. – Jeszcze raz schyliła czoło przed dowódcą, ukazując tym samym niewymowny szacunek, który rzeczywiście żywiła do człowieka. – I proszę, wystarczy Hespere, bez tytułowania mnie „Panią”.
Wchodząc do miasta srebrna elfka nie rozglądała się, nie podziwiała architektury, nie zachwycała miastem. Pół godziny temu zapewne próbowałaby zaspokoić swą ciekawość na temat życia w ludzkich miastach, a ponadto wyglądu samego rozsławionego na wszystkie strony świata przez bardów Broln. Teraz jednak nie interesowało jej nic, co mogła tu zobaczyć, co nie było powiązane z nią bądź jej przyjacielem. Miasto to zawiodło ja już na samym wstępie, nie miała ochoty na dalsze rozczarowania, bądź nawet zachwyty. Liczyło się to, co zrodził przykry początek. Wyroki, które wkrótce zapadną. Losy dwóch elfów uwięzionych w wielkim mieście ludzkim, każdy swym własnym, osobnym przeznaczeniem...
Szli wolno przed siebie, ona wraz z Heronem pogrążeni w cichej rozmowie oraz oddział straży w liczbie czterech z Leonelem pośród nich. Gdy Hespere zerknęła na niego z zatroskaniem i przyjacielską miłością na twarzy zobaczyła jak kroczy pośród żołnierzy dumnie z podniesioną głową. Jednak wzrok, ten wzrok utkwiony gdzieś daleko jakby w niebycie mógł przywodzić na myśl lód. Błękitny lód który mroził serce Hespere. Leonel był nieobecny, nie dostrzegał jej, chyba nikogo i niczego nie dostrzegał, szedł przed siebie chroniony przez straż. Widok przyjaciela był bardzo bolesny dla elfki, wiedza o pozbawieniu go wolności, osoby żyjącej dzięki wolności i otwartym przestrzeniom napawała grozą Hespere, zaś Leonel musiał być przerażony jak i zrezygnowany. Chęć życia wymknęła się z duszy elfa zostawiając pustą skorupę jego ciała. Magini wiedziała że w tej chwili nie jest wstanie w żaden sposób mu pomóc, już niedługo pewnie będzie mogła lecz teraz nie było na to szans.
Powróciła zatem wzrokiem do Herona zadając mu dręczące ją pytanie o wydarzenia w mieście. Reakcje jak i słowa usłyszane od ludzi wzbudziły w niej tak zaciekawienie jak i przerażenie. Co takiego mogło nawiedzić miasto że ludzie stali się tacy przygnębieni, tacy osowiali i tak czuli na magię życia. Teraz dopiero zauważyła że wszyscy wokół mają zatroskane i przygnębione miny. Ludzie poruszali się wolno, osowiale, czuć było strach wiszący w powietrzu, dotykający wszystkich swymi lepkimi i zimnymi mackami który mroził i zniechęcał. Heron także nie wyglądał na szczęśliwego, był smutny, a może bał się. Gdy usłyszał pytanie jeszcze bardziej się zasępił, jeszcze bardziej posmutniał spuszczając głowę którą jednak szybko podniósł spoglądając w oczy Hespere.
- Ostatnio stało się coś strasznego i choć było to już jakiś czas temu to nadal tkwi w nas jak stale jątrząca się rana Hespere – odparł skłaniając się do prośby maginy by zwracał się do niej po imieniu. – Wszystkich nas dotknęło to co stało się w wierzy. Zostaliśmy zaatakowani, magią potężną i brutalną z którą nasi wspaniali mistrzowie mieli problemy, wielu wtedy zginęło, wielu odniosło mniej lub bardziej poważne rany. Jednak najsilniej dotknęła nas zuchwałość i efektywność ataku jak i widmo powtórki. Teraz wiemy że może się to stać zawsze, o każdej porze i w każdym miejscu, to nas przeraża Hespere, czyni z nas niewolników strachu. Ja mam swój obowiązek, swoją służbę, cierpi jednak na tym moja rodzina. Nie widzę się już tak często z żoną i córką, prawie w ogóle nie bawię się z nią, po prostu brak we mnie radości życia więc jak mam go dać swemu dziecku. Z żona żyjemy pod jednym dachem ale jakby nie razem. Rozmawiamy rzadko a jak już to tylko o przyziemnych sprawach dnia codziennego. Brak nam bliskości. Ona oddaje się pracom domowym, ja służbie. To nas trzyma przy życiu choć przez to umiera nasze małżeństwo. To co się stało sprawiło wiele szkód materialnych ale najwięcej jednak moralnych. To miasto już nie jest tym które było jeszcze nie tak dawno temu, nie jest tym z opowieści bardów. Jest tylko jego cieniem, ciągle żyjącym pod jarzmem strachu, zbrodni i śmierci.
Hespere widziała w jego oczach przerażenie, zrezygnowanie i łzy, starannie maskowane jednak idealnie widoczne dla kobiecego oka. Heron mądry i sprawiedliwy kapitan straży był zagubiony i przytłoczony problemami prywatnymi jak i państwowymi.
Szli wybrukowaną szeroką ulicą niezbyt jednak zatłoczoną. Wiele osób wręcz przemykało po niej, jakby starając się szybko gdzieś dotrzeć, schować się, uciec. Wokół wznosiły się wysokie domy schludnie wyglądające ze szklanymi oknami i ciężkimi drewnianymi drzwiami ozdobionymi różnego rodzaju płaskorzeźbami. Hespere jednak widziała to tylko kątem oka, rejestrując to na granicy świadomości zasłuchana w opowieść Herona. Była to smutna historia ukazująca Broln w innym świetle.
Teraz gdy wszystkie te słowa trafiły do świadomości maginy od razu łatwiej było rozpoznać jej objawy tego o czym mówił Heron. Wszystko było przykryte jakby cieniem. Twarze ludzi, zabawy dzieci których prawie w ogóle nie było widać. Zewsząd bił po oczach strach.
- Magowie odbudowują wieże która ucierpiała podczas ataku. Prace idą szybko i wielu ludzi znalazło zatrudnienie przy remoncie z pożytkiem dla ich portfela. Jednak chyba każdy chętnie oddałby te pieniądze byle to wszystko się nie wydarzyło - powiedział cicho strażnik, jakby mówił do siebie a nie do maginy - W złą porę przybyłaś do miasta. Bardzo zła pora.
Nadal szli wolno przed siebie, jakby bez kierunku i przekonania że wiedzą dokąd idą. Tyle uczuć nagromadzonych w tych kilku słowach, w twarzy Herona a szczególnie w jego oczach.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Atak potężnej niszczycielskiej magii. Było to wyjaśnienie grozy i strachu, która zamieszkała w sercach mieszkańców tego miasta. Było to wyjaśnienie szarzyzny i brzydoty Broln, niezgodnej z wspaniałymi opowieściami bardów. Było to wyjaśnienie zagadnienia, dlaczego znalazła się tu nie w porę. Ze słów Herona nie wynikało jednak, kto był sprawcą tego terroru, jaka mroczna potęga potrafiła wstrząsnąć tak potężnym miastem, zdruzgotać jego obronę i zasiać strach i widmo śmierci w ludzkich sercach. Hespere nie wiedziała, czy strażnik nie powiedział jej, kto stoi za tym atakiem, gdyż nie było to powszechnie wiadome, czy też ze strachu przed wymówieniem choćby imienia trzęsącej miastem potęgi... Skłaniała się jednak do drugiego z tych przypuszczeń, ponieważ wiedziała, że strach czasem przybiera formę tak silną, iż nie chce się go nawet nazwać. Podejrzewała, że właśnie tak mocny był wstrząs i strach tych ludzi... Dlatego postanowiła nie pytać.
Jednak najlepszym dowodem na to, jak ucierpiała ta ludzka osada po tym pokazie okrucieństwa były nie zewnętrzne ruiny i zniszczenia, ale zmiana codziennego życia ludzi. Zmiana relacji, wysuszenie się źródła szczęścia, które sądząc po słowach Herona, musiało tu tryskać jak wszędzie indziej. Zamiast tego bujnie wykwitło tu źródło łez i strachu...
Gdy dowódca wspominał o jego domowym nieszczęściu, a na dnie jego oczu ujrzała echo łez, tak silnie maskowanych przez męską dumę, honor i wewnętrzną siłę, której jeszcze nie zdołały złamać ostatnie wydarzenia, magini wyciągnęła dłoń i delikatnie położyła ją na ramieniu człowieka. Tym gestem chciała wyrazić kobiece zrozumienie i współczucie, a także dodać mu otuchy.
- Los prędzej czy później się odmieni. Zło i terror nigdy nie potrafiły zwyciężyć ani dłużej się utrzymać. Zawsze znajdzie się ktoś, kto temu położy kres. Trzeba w to wierzyć, i czekać. Chociaż wiem, że jest to ciężkie... Ale zawsze w sercu trzeba mieć nadzieję. - Dodała cichym głosem. Mówiąc to, jednocześnie w duchu żałowała, że jest dopiero na początku swej magicznej edukacji, że nie jest dość silna, by samej zapobiec temu nieszczęściu i uleczyć to miasto...
„Gdybym tylko nie była słabą nowicjuszką a potężną czarodziejką, może mogłabym coś zdziałać...” Przemknęło jej w jej umyśle. Jednak wiedziała, że wyruszyła w podróż by rozwinąć swe magiczne zdolności najszybciej jak tylko było to możliwe, ponadto dopiero co słyszała, że w starciu z tą nienazwaną potęgą polegli nawet najsilniejsi z magów i myśli takie pozbawione są najmniejszego sensu. Mimo to czuła do siebie żal, że nie potrafi zaradzić złu.
„Kiedyś jednak stanę się potężna i nie dopuszczę do żadnego okrucieństwa, gdziekolwiek się pojawię” przyrzekła sobie. Po tym postanowieniu powróciła jednak do rzeczywistości. Wiedziała, że musi dowiedzieć się jeszcze jednej rzeczy, a potrzebnej informacji sądziła, że będzie mógł udzielić jej Heron. Co prawda czuła, że nie jest to teraz najlepsza pora na pytania, jednak musiała wiedzieć. Musiała wiedzieć, czy chociaż jest w stanie wykonać jedno powierzone jej zadanie. Po paru chwilach ciszy, gdy szła niemalże wyludnionymi ulicami miasta, po których przebiegały tylko przerażone ludzkie cienie, zwróciła się ponownie do dowódcy:
- Mówiłeś, że w starciu ucierpiało i zginęło wielu magów. Wiesz może, czy mag o imieniu Aloxer przetrwał jednak ten wojenny zamęt? Bowiem przybywamy do tego miasta właśnie po to, aby go odnaleźć i porozumieć się z nim.
Przez moment wahała się również, czy, widząc moment słabości i wewnętrznego rozbicia człowieka, nie spróbować przynajmniej poprosić o uwolnienie Loenela. Jednak zdawała sobie sprawę z tego, iż byłoby to nieuczciwe. Nie chciała wykorzystać bowiem życzliwego im jak dotąd Herona, ani nadużyć jego zaufania i dobrej woli. Ponadto w rachubę wchodzili jeszcze inni ludzie: świadkowie, strażnicy... Pocieszała się jedynie myślą, że zaraz może dowie się czegoś o losach Aloxera, a przy sprzyjających okolicznościach spróbuje zdziałać coś jeszcze w sprawie Loenela.
Podróż ulicą Broln ciągnęła się, zachwycająca architektura miasta która normalnie przykułaby uwagę Hespere nie była teraz nawet tłem jej marszu. Był tylko Heron i słowa które wypowiedział na które i ona zareagowała uczuciowo, a zarazem marzycielsko. Myśli o potędze i sile która mogłaby przeciwstawić się najeźdźcy, uratować miasto, jej mieszkańców i wiarę w szczęście i radość była strasznie ułudna pozbawiona wręcz sensu i realności. Hespere choć potężna sercem była tylko młodą adeptką magii ziemi władna poruszyć kamień i wyhodować kilka owoców, cudownych owoców, dających siłę i życie jednak nie będącą w stanie wyjść naprzeciw potędze zła która dotknęła to miasto. Sama wiedziała że myśli jakie ma są tylko marzeniami które mogą być zrealizowane w świecie snów.
Tak świat snów był ciekawy i pełen możliwości, jednak nie był realny, był tylko lustrem świata Sorii jego cudownym odbiciem w którym mogła zrobić wszystko lub prawie wszystko, jednak to co tam by uczyniła nie miałoby znaczenia dla ludzi żyjących tu w mieście bez przyszłości, martwiących się, bojących się i walczących o każdą drobną i dobrą chwilę jaka mogła ich dotknąć, a którą przyjmowali jak najcudowniejszy prezent tak jak Heron przyjął lekki dotyk dłoni elfki który był gestem jedności w bólu, a także manifestem wiary w zmienność losu który dodatkowo był potwierdzony przez słowa Hespere.
Heron popatrzył z iskrą nadziei i wiary w słowa kobiety
- Dziękuje Ci Hespere za te słowa, dziękuje za to. Wiem że Broln jeszcze długo będzie płakać, jeszcze wiele dni i nocy przejdzie pod jarzmem strachu i zwątpienia, lecz w końcu podniesiemy się i znów będzie to szczęśliwe miasto – powiedział z entuzjazmem patrząc w oczy Hespere. Ona zaś zobaczyła w jego oczach wiarę w to co mówił.
Droga teraz lekko zakręcała w lewo i jakby troszkę się poszerzyła. Domy stały się wyższe i bardziej zdobne, a cień przez nich rzucany jakby głębszy i podobny do tego który malował się na twarzach mieszkańców.
Heron przyspieszył kroku a wraz z nim jego ludzie, magini musiała także szybciej przebierać nogami chcąc nadążyć za swym przewodnikiem. Droga jak i ludzie a także budynki szybciej przesuwały się za jej plecy znikając z jej pola widzenia. Hespere przypomniała sobie o celu wizyty w Broln a sądząc z słów Herona cała misja mogła skończyć się fiaskiem jeśli wśród zabitych magów znalazłby się Aloxer – osoba którą poszukiwała. Na pytanie o niego Heron ożywił się jeszcze bardziej niż poprzednio.
- Aloxer! Nie, Hespere on nie zginął, nie widziałem jeszcze nikogo kto potrafiłby go pokonać choć też nie wyszedł z tego napadu bez szwanku. Mistrz Aloxer ucierpiał poważnie jednak też szybko wrócił do siebie odbudowując wieże z zacięciem i wiarą. Mieszka w wieży magów nie wiem jednak czy uda Ci się z nim spotkać, jest teraz bardzo zajęty i pochłonięty pracą. Może Ci się poszczęści lecz nie licz na wiele, wtedy tak bardzo się nie rozczarujesz. – powiedział po czym szybko dodał – za chwile będziemy w koszarach gdzie zostaną sporządzone zeznania z zajścia przy bramie. Liczę że szybko uda mi się zakończyć dochodzenie z szczęśliwym zakończenie dla was.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Pierwsza część odpowiedzi, której udzielił jej Heron, podniosła odrobinę na duchu srebrną elfkę. Sam fakt przeżycia Aloxera pozostawiał pewne nadzieje na zdobycie receptury i spełnienie prośby Berfegora. Chociaż człowiek od razu przestrzegł ją przed zbytnim rozbudzaniem tej wiary, magini nie chciała od razu przekreślać swoich szans. Ot taka marzycielska wiara w życzliwość losu bądź też idealistyczne wyobrażenia o nierealnym świecie, w którym niemalże każda epicka przygoda kończy się szczęśliwie albo chociażby nie najgorzej...
Srebrnowłosa nie oddawała się marzeniom jednak tym razem. W duchu uznała, że postara się spotkać wspomnianego już maga i poprosić go o recepturę. A jeśli się to jej nie uda, wtedy... Cóż... Wtedy zacznie się zastanawiać, co dalej robić.
Teraz jednak z każdym krokiem przybliżała się do momentu przesłuchania. Znów powróciła do niej świadomość, wcześniej krótkotrwale zakłócona strasznymi wiadomościami o niedawnych wydarzeniach w Broln, że oto nieuchronnie nadchodzi chwila, która zaważy na przyszłych losach jej przyjaciela. Zerknęła w kierunku Loenela, spodziewając się znów ujrzeć jego przerażająco nieobecną twarz...
Mimowolny dreszcz przeszedł przez ciało kobiety. Co prawda Heron przyrzekł zająć się ich sprawą osobiście i samemu poprowadzić dochodzenie, jednak magini obawiała się surowości ludzkiego prawa, oraz mściwości osobników tej rasy. Bo zazwyczaj decyzji o winie nigdzie nie podejmuje wyłącznie jedna osoba... Jednak gdzieś w głębi błąkała się nadzieja, że chociaż część ludzi może nie być nastawiona rasistowsko do nich, być podobna sercem dowódcy straży...
- Proszę, powiedz mi Heronie, co mu grozi w najgorszym wypadku – rzekła cicho do dowódcy, wskazując oczami przyjaciela. – I czy ma duże szanse na orzeczenie, które nie pozbawi go wolności? – Dodała z nutką nadziei i niepewności w głosie.
Podróż ulicami Broln kończyła się na jakiś czas w wielkim domostwie z czerwonego kamienia. Trzypiętrowy budynek z ogromnym oknem na poziomie drugiego i trzeciego piętra oraz płaskim dachem na rogach którego stały niewielkie wieżyczki mogące pomieścić po jednej osobie zapewniając mu całkowitą ochronę przed atakiem z zewnątrz. Budynek był raczej surowy w swej architekturze ozdobiony jedynie niewielkim pasem płaskorzeźb tuż poniżej dachu. Ogromne drzwi z litego drewna zapuszczonego ciemnym olejem i ogromne żelazne koła służące do ich otwierania dopełniały wizerunku budynku niedostępnego i odpychającego dla pośrednich obserwatorów. Przed samym budynkiem stała trójka strażników, dwóch po obu bokach wejścia i jeden wysunięty lekko w przód a stojący po prawej stronie wejścia.
To właśnei do tego budynku zmierzała ich mała grupka. Hespere wcale ten budynek się nie spodobał, czuła jego siłę, twardość lecz nie czuła żadnego ciepła, tylko zimno i osąd. Budynek był w pewien sposób podobny do Herona jak i całkowicie jemu przeciwstawny. Emanował trwałością zasad, służebnością i sprawiedliwością lecz brak mu było współczucia i pomocy. Hespere widząc go zerkła z obawą na Leonela który tak jak się spodziewała szedł krok za krokiem przed siebie nie bacząc gdzie stąpa ani kto go otacza. Zmierzał w nieznane bez uczuć na twarzy, bez strachu ale i bez nadziei, jedyne co można było wyczytać z twarzy elfa to rezygnacja. Hespere wydało się nawet że pogłębiła sie od momentu w którym oddał broń i swą wolność.
Heron zapytany o najbliższą przyszłość elfa zwrócił zatroskane spojrzenie na maginę:
- Przykro mi Hespere że muszę Ci to powiedzieć ale jeśli uznany zostanie za winnego użycia siły niestosownie do okoliczności może zostać skazany nawet na pięć lat lochów. I tak dobrze że chłopak żyje bo wtedy nie dość że nie mógłbym go przesłuchać i wydobyć prawdy to jeszcze los Leonela mógłby zakończyć się dożywociem w lochu lub nawet szubienicą. - potem twarz jego lekko pojaśniała gdy dalej mówił - jednak jeśli uznane zostanie że zaatakował w obronie własnej lub Twojej to jest szansa na uniewinnienie, pozostaje jeszcze użycie narzędzi niestosownych do zagrożenia ale z tym raczej damy sobie radę, w efekcie jak wszystko będzie dobrze dostanie jakieś nieodpłatne zadanie do wykonania, a że jest łowcą to pewnie coś w okolicznych lasach jest do zrobienia. Jednak na razie są to gdybania które mogą skończyć się różnie. - zakończył swą wypowiedź Heron gdy byli już przed samym wejściem do budynku.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Surowość czerwonej budowli przyprawiła Hespere o kolejne dreszcze. W tej prostej formie uwidaczniało się jej przeznaczenie: osądzić, uwięzić, powstrzymać przed wszelkimi przejawami niezadowolenia z orzeczonego wyroku. Miejsce niewzruszonej surowości prawa, bez miejsca na litość czy współczucie. Bezstronność wywołana nieczułością. Takie odczucia wypełniały umysł magini, gdy patrzyła na wysokie, solidne ściany.
„Czy można wydać sprawiedliwy wyrok nie uwzględniając pierwiastków ludzkich: uczuć, zasad moralnych, subiektywnych odczuć?” przemknęło przez myśl srebrnowłosej. Obawiała się bowiem, iż tak działa instytucja kryjąca się za tymi murami. Zapominając o żywych istotach, a żyjąc martwą literą prawa... Chociaż może to tylko pozory, odczucie wywołane widokiem wielkiego, niedostępnego budynku...? To okazać miało się w ciągu najbliższych minut, godzin...
Zrezygnowanie Loenela, coraz głębsze, coraz bardziej odczuwane, coraz dotkliwsze. Rozdzierające serce srebrnej elfki. Do tego słowa Herona nie niosące otuchy...
Jednak ktoś musiał wierzyć, że będzie dobrze. Mimo wszystko. Ktoś musiał swoją postawą wzbudzić chociaż krztynę nadziei w elfie, nie pozwolić pogrążyć mu się w zwątpieniu.
Wiedziała, że tym kimś musi być ona sama. Wiedziała, że musi uwierzyć. W końcu raz mogło przydać jej się te idealistyczne nastawienie do świata. Ta wiara w dobro. I szczęśliwe zakończenia.
Wbrew wszelkim przesłankom, wbrew tej twierdzy, wbrew możliwe że nieprzychylnym im literom prawa, wbrew wszelkim ostatnim zdarzeniom. Uwierzyła. Że będzie dobrze. I w wiarę tą skierowała całą swą energię. Cały optymizm.
Będzie dobrze.
Gdy zatrzymali się na moment przed wejściem do warowni, magini odstąpiła od dowódcy straży, obok którego przemierzała Broln. Podeszła do Loenela, wpatrując się w niego intensywnie, próbując nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Wątpiła jednak, aby udało jej się to tak poprostu. Dlatego też, gdy znalazła się ramię w ramię przy Loenelu, chwyciła jego prawą dłoń i uścisnęła. Jeśli nie przywiodło to jego duszy i myśli z otchłani nicości, palce elfki zacisnęły się odrobinę mocniej.
Cały czas patrzyła na niego pewnie, z przekonaniem i niezachwianą wiarą. Na ustach nie pojawił się jej promienny uśmiech, za którym kryła się niepewność. Bo nie chodziło tu o marne pocieszenie „Jakoś to będzie”. Jej twarz była poważna, promieniowała z niej niezachwiana wiara. Gdy wreszcie Loenel wrócił do rzeczywistości, powiedziała głosem pewnym, w którym nie znalazł się ani jednak fałszywa nuta niewiary:
- Będzie dobrze. A ja będę przy Tobie.
I dopiero wtedy gotowa była przekroczyć próg tej twierdzy, minąć jej ciężkie, solidne odrzwia. Postawić kolejny krok ku niezbadanym wyrokom losu. Ramię w ramię z przyjacielem.
Analiza budowli, jej przeznaczenia jak i oddziaływania na otoczenie szybko przeniosła myśli Hespere na postać Leonila, które przeskoczyły jeszcze szybciej w tamtym kierunku za sprawą słów Herona. Elfa tu nie było, ale była ona jego przyjaciółka przez którą, a może raczej za sprawą której znalazł się w takim położeniu. Magini musiała mu uświadomić że będzie z nim, że go nie opuści tak jak i on nie opuścił jej w potrzebie już wiele razy. Musiała przebić się przez ścianę którą ogrodził się od świata i od wszystkiego co sobą ten świat prezentował. Zamknął uczucia w szczelnej skorupie obojętności i zrezygnowania, a ona miała tam pójść zniszczyć to i uratować go. Czy była na tyle silna, na tyle odważna by przedrzeć się przez zimne niczym lód oczy łowcy. Sądziła że tak, i dlatego poszła. Odważnym i pewnym krokiem weszła między strażników w tym samym momencie w którym Heron witał się z dowódcą straży. Pewność siebie jaka biła z jej osoby onieśmielała strażników. Widząc ją rozstąpili się przed nią choć z początku chcieli zagrodzić jej dojście do Leonila. Podeszła do przyjaciela i ujęła jego dłoń. To co poczuła zmroziło ją, ręka bezwładnie leżała w jej dłoni, zimna jak oczy które patrzyły na wprost. Ścisnęła lekko starając zwrócić na siebie jego uwagę, on pozostał nie wzruszony, zimny i twardy niczym głaz. Ścisnęła mocnie, efekt łatwy do przewidzenia. Było źle, naprawdę źle. To nie był jej przyjaciel, to tylko ciało bez duszy. Była bezsilna, czuła się bezużyteczna. Mimo że nie zwracał na nią uwagi wypowiedziała słowa które chciała powiedzieć do pełni świadomego mężczyzny, wypowiedziała słowa otuchy z pełną stanowczością i pewnością siebie i stało się, spojrzał na nią.
Przez chwile była starym dobrym Leonelem którego znała. Uśmiech, ciepło bijące z oczu i wiara, przez chwile było dobrze potem on odpowiedział:
- Wiem.
Uśmiech znikł a wraz z nim ciepło i wiara. Znów był twardy, znów był zimny, znów był obojętny. Czy to obrona, atak czy rezygnacja, Hespere już sama nie wiedziała. Teraz musiała wejść do środka, złożyć zeznania i starać się pomóc przyjacielowi ze wszystkich sił na jakie była w stanie się zdobyć a może jeszcze silniej.
- Hespere musimy iść - usłyszała słowa Herona.
Wróciła do strażnika i razem weszli do środka. Półmrok powitał ich zaraz po minięciu ciężkich drewnianych drzwi strażnicy. Chłód wydał się magini wręcz namacalny, nie był przyjemny, był niczym lód oblepiający serce i ściskający je aż do utraty tchu. Źle się tu czuła, choć myśl jak musiał się czuć Leonel powodowała że odważnie kroczyła dalej.
- Hespere najpierw porozmawiam z Tobą, a potem z Leonelem – powiedział Heron – zabierzcie go do celi nr 2 – dodał do strażników.
Heron poprowadził dalej elfkę po wypolerowanych na błysk płytach kamiennych dość szerokim korytarzem którego główną ozdobą były grube kamienne i tak jak ściany czerwone kolumny oraz oliwne lampy na nich umieszczone które dawały słabe światło. Szli dość szybko w kierunku kolejnych jednak znacznie mniejszych drzwi. Leonel ze strażnikami skręcił w prawo do schodów prowadzących gdzieś w dół. Tam też szybko znikli z widoku Hespere. Magini została sama, podobnie jak Leonel, jednak ona miała przy sobie przychylnego Herona, on nie miał nikogo.
Heron otwarł drzwi pokoju
- Proszę – powiedział – czy chcesz się czegoś napić Hespere?
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum