Wysłany: 2025-10-14, 21:03 Ostatnie poselstwo - akt II
Ostatnie poselstwo – akt II
Kroniki Fodrina, Stefana i Taigi
21 Merris. Poranek.
Dzień był pogodny, lecz jednocześnie niemrawy. Bezwietrzny. Bez wyrazu. Martwy jak wioska Kraĭrechen.
W powietrzu unosiła się woń spalenizny, krwi, rozkładu i złych decyzji. Dopiero gdy słońce wstało nad wioską, widać było rozmach ostatnich wydarzeń. Liczne trupy ścieliły wioskę, a lamentujące, ocalałe kobiety krążyły powoli i bez życia, wyglądając bardziej jak wijące się cierpliwie duchy nawiedzające plan materialny, a nie jak ludzie z krwi i kości. Nie pomogło też dość instrumentalne ich potraktowanie przez tych, którzy do wioski przybyli zeszłego wieczora. Ale czy w obliczu tylu emocji, walki o odebranie i podtrzymanie życia, mogło się jeszcze znaleźć miejsce na tak zbyteczną i abstrakcyjną, zwykłą ludzką empatię? Czy jest to coś, co nie powinno zaprzątać myśli wielkich wojowników i strategów, zwłaszcza w chwilach próby?
Wszak walka przebiegła zaskakująco skutecznie. Z sytuacji trudnej czy wręcz niemożliwej, wyszli z tarczą. Bez strat w ludziach, elflinach i krasnoludach. A dopiero teraz, odespawszy emocje i ustabilizowawszy życie, można było wszystko analizować. A było co.
Stefan Terter stal już wtedy na nogach. Wybudzony w nocy przez Fodrina Żelaznego, spędził następne parę świec w osamotnieniu, otoczony gęstym lasem i własnymi myślami. A materiału na przemyślenia było sporo, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestię błędnego zinterpretowania herbu Ivana Kovačevića, co zrodziło bolesne konsekwencje dla całej drużyny.
Na szczęście nic już więcej tej nocy się nie wydarzyło. Nikt ze zbrojnej grupy Ivana Kovačevića nie powrócił do wioski. Wzięty w jasyr Erik Gavranić niczego nie knuł. Dopiero ta trójka osowiałych, zrozpaczonych kobiet przełamała monotonię nocy i wraz z jutrzenką opuściły swoją chatę. Nie zwracały jednak szczególnej uwagi na Stefana.
Taiga Sokolov obudziła się nieco później. Obolała, umęczona, potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie, gdzie się znajduje i co się ostatnio wydarzyło. Mocno ucierpiała w starciu, a to był przecież dopiero początek ich długiej wyprawy. Tym razem jej bystre zmysły nie były w stanie wychwycić żadnych wrogich intencji u ludzi Ivana Kovačevića. Dlaczego? Zrządzenie losu? Kara boska?
Fodrin Żelazny spał jeszcze, odsypiając nocną zmianę. To on był głównym powodem dlaczego w ogóle wszyscy wyszli z tego cało. Zamknięty w niemożliwy do spenetrowania pancerz, rąbał i siekał równo, ponownie ratując życie i honor drużyny. A teraz wreszcie zaznał spokoju, choćby przez tę parę świec.
Ich towarzysze: Ivo "Twarda Gęba" Fridtjofssonn oraz Quinn "Złamana Tarcza" mocno ucierpieli w tej walce. Nad ranem obudzili się przytomni, ale słabi. Mikstury lecznicze wiele im dały, jednak wciąż potrzeba było czasu, by w pełni stanęli na nogi. A czas nie działał na ich korzyść. Wróg nie śpi.
Wioska Kraireichen skąpana w szarym świetle poranka pogrążona była w dziwnej nienaturalnej ciszy przerywanej przez szlochy żałobniczek i sapanie rannych. Z całej wioski ostały się jeno trzy kobiety po ataku bandy Kovacevica, a delegacja z miasta Vodenictko poważnie ucierpiała. Tajga Sokolov i Quin Złamana Tarcza zostali dotkliwie poranieni przez wrażych kuszników, a Ivo Twarda Gęba po bohaterskiej szarży, dzięki której uwolnił swojego krasnoludzkiego kompana, został zrzucony z konia i boleśnie posiekany. Dowódca wyprawy Stefan Terter dzięki opaczności uniknął większych obrażeń kończąc jedynie ze stłuczeniami i siniakami. Natomiast Fodrin Żelazny natchniony przez samego Wojownika przegnał napastników tnąc toporem na lewo i prawo, nie odnosząc przy tym obrażeń dzięki pobłogosławionej przez Rzemieślnika ciężkiej zbroi, która przyjęła i przetrzymała liczne ciosy. Odnieśli zwycięstwo okupione sporą ilości krwi, bez strat w ludziach, a nawet wzięli do niewoli młodego szlachcica Erika Gavranić, który uroczyście poddał się Stefanowi. Zwycięstwo, które na dalekim zachodzie w Imperium określono, by mianem pyrrusowego.
Kurewsko zmęczony ostatnimi wydarzeniami i utytłany ziemią Fodrin oparł swoje ciężkie cielsko o dwukółkę, aż drewno zaskrzypiało, po czym zaczął spożywać pęto suszonej kiełbasy, które wysępił od dowódcy. Wczorajsze walki, długa warta, brak snu i parogodzinne kopanie grobów mocno dały się we znaki krasnoludowi. Zmęczenie i zniechęcenie odbiło się silnie na krasnoludzie, sprawiając, że zaczął poważnie się zastanawiać nad zawróceniem. Jako zastępcy dowódcy na jego barkach spoczywało zapewnienie bezpieczeństwa wyprawie. Wczoraj mieli sporo szczęścia i mimo licznych słów uznania od strony drużyny, wątpił czy drugi raz zdoła zapewnić im bezpieczeństwo - zwłaszcza teraz, gdy większość towarzyszy jest ciężko ranna. Co prawda Stefan dwoił się i troił, by jakoś pomóc rannym - dokonując przy tym niemożliwego stawiając ich na nogi. Jego kamraci byli teraz zdolni z wielkim wysiłkiem do podróży, jednak jakiekolwiek starcie mogło, by się tragicznie dla nich skończyć. Próbował nakłonić Tertera do zawrócenia, ten jednak nie chciał o tym słyszeć. To było fascynujące jak ten zgryźliwy człowiek, który podczas wszelkich starć wzywał jego imię piskliwym głosem, teraz wykazywał się wielką determinacją i odwagą. Skąd Stefan brał na to siłę? Będąc tak uczoną personą na pewno zdawał sobie sprawę z ryzyka. Co pchało go do działania? Poczucie zagrożenia rodzinnego miasta? Fodrin nie czuł silnego powiązania z erxeńskim miastem, działał dla chwały i zysków, a także by reprezentować krasnoludzkie interesy. To nie jego dom był zagrożony. To nie była jego wojna... Stefan jakkolwiek był przemądrzałym i odstręczającym od siebie człowiekiem za ten swoisty akt odwagi należał mu się szacunek...
Po pochłonięciu wyłudzonej racji krasnolud otrzepał się z resztek ziemi i obmył się przy korycie. Zimna woda przynosiła otrzeźwienie. Fodrin już nie pamiętał, kiedy ostatnim razem był tak bardzo zmęczony. Siłą swojej woli utrzymywał się na nogach. Wczorajsze walka, długa warta i parogodzinne kopanie grobów mocno dawały się we znaki. Krasnolud modlił się w duchu do Górnika, by dodał mu sił i wytrwałości. Najbardziej drenujące z energii w tym wszystkim było kopanie mogił dla dwudziestu trzech pomordowanych chłopów i oddzielnej dla ich pięciu oprawców, a do pomocy miał tylko jeńca. Sama praca była ciężka, a do tego dochodziły makabryczne widoki kładące się cieniem na umysł. Chłopi zostali posiekani bądź rozstrzelani, zarówno mężczyźni, kobiety i dzieci. To była rzeź. Nawet będący starym wiarusem jak Fodrin, który poznał dobrze domenę Wojownika, obraz ten mroził krew w żyłach i budził gniew w sercu. Wojownik czuł ogromną satysfakcję, że posłał do piachu skurwysyna odpowiedzialnego za tą krwawą łaźnię. Groteskowy pejzaż odpił się również na ich jeńcu, który wyraźnie zbladł jednak wciąż kopał energicznie bez wytchnienia przytłoczony tym co się wydarzyło. Rozgniewany widokiem krasnolud złapał w tedy jeńca, wskazał mu pobojowisko i nakazał zapamiętać co uczynił wraz z kamratami. Młodzian żachnął się i począł zaprzeczać, że brał udział w tej zbrodni. Nie wiadomo jakby się to skończyło, gdyby nie pojawiła się Tajga. Celniczka uspokoiła obie strony i wzięła młodziana na rozmowę, którą Fodrin słyszał mimochodem poprzez zobowiązanie do pilnowania więźnia. Ludzka kobieta miała w sobie niesamowite pokłady empatii i rękę do dzieci, która wyniosła z rodzinnego domu po odchowaniu licznego rodzeństwa. Pod wpływem Tajgi Eryk otworzył się. Chłopak okazał się podlotkiem, który liczył sobie ledwo czternaście wiosen. Został zwerbowany jak wielu innych, gdy południe zbierało swoje chorągwie i został przydzielony do Ivana Kovacevica. Początkowo kwaterowali w Szumskiej Dolinie, by następnie ruszyć na front i wziąć udział w bitwę na rzece Siwej. Po zdobyciu przeprawy przez siły południa, Kovacevicz zgłosił się do prowadzenia podjazdów na tyły wroga. Ich obmierzły dowódca tłumaczył chłopakowi, że podjazdy to naturalna rzecz na wojnie. Młodzieniec sądził, że idzie zdobywać chwałę, a nie siać terror. Zagon ominął czujki północy i uderzył na najmniej chronione miejsce Kraireichen. Eryk zarzekał się, że nie brał udziału w rzezi jaka nastąpiła i oszołomiony przyglądał się wszystkiemu niemo. Panicz nie dostrzegał w mordowaniu chłopów chwały. Fodrin miał ochotę zbesztać go za tchórzostwo, że niemo dał przyzwolenie na niegodziwość. W tedy to słowa Tajgi powstrzymały krasnoluda przed wyrażeniem emocji. Celniczka rzekła chłopakowi, że wciąż jest młody i popełnia błędy jak każdy, że szedł za swoim dowódcą jak każdy żołnierz nie spodziewając się, że ten wiedzie ich do niegodziwość. Tajga była przekona, że Eryk wciąż ma szansę naprawić swoje błędy, jeśli tylko będzie podążać za etosem rycerskim, a nie podszeptami innych. Młodzieniec wydawał się autentycznie wstrząśnięty wydarzeniami jakie miały miejsce i chyba naprawdę przyjął rady Tajgi. Jeśli faktycznie żałował i spróbuje to naprawić, jest dla niego szansa na ścieżce Wojownika. Słowa ludzkiej kobiety skłaniały do myślenia, nawet takiego starego wiarusa jak Fodrin... Na koniec chłopak zdradził, że Kovacevicz był tak pewien swego, że nie wystawił czujek w zajętej wiosce. I chyba ta buta ich uratowała, bo obie grupy zaskoczone były swoją obecnością. To dało im szanse na obronę, chyba sam Ojciec nad nimi czuwał...
Samo pochowanie poległych pewnie poszłoby dużo szybciej, gdyby nie kolejny wspaniały pomysł Tertera. Stefan zażyczył sobie, by u wszystkich zabitych spisać personalia oraz wiek. Nie mieli na to czasu, wróg mógł wrócić w każdej chwili. Wtedy jednak Fodrin nie miał już sił na wykłócanie się o to. Pewnikiem straciłby więcej czasu na przekonanie urzędnika niż na faktycznej robocie, dlatego bez słowa się za to zabrał wraz z jeńcem. Na szczęście pomogła im Tajga, nie fizycznie co prawda, za to zajęła się dokładnym spisem i trudną rozmową z ocalałymi kobietami. Sam Fodrin nie bardzo wiedział, jak zabrać się za poruszenie tego trudnego tematu, dodatkowo kobiety czuły do niego niechęć oraz lęk, a to tylko dla tego, że był krasnoludem. Próbowały ukrywać te uczucia, ale wojownik doskonale je znał towarzyszyły mu nieprzerwanie od czasu osiedlenia się w Erx. Nie ważne co zrobił zawsze pozostanie obcy. Nawet po wyzwoleniu ich spod jarzma zagończyków. Tyle w kwestii akceptacji, walka z wiatrakami... Empatyczne podejście celniczki pomogły poszkodowanym kobietą się uspokoić i otworzyć, choć wiele historii zostało opowiedzianych do Fodrin przytłoczony pracą nie miał szans ich zapamiętać. Okazało się też, że pośród ocalonych była krewna Zdrawka – dawnego ich towarzysza, który poległ na poprzedniej wyprawie. Przekazali kobiecie list z kondolencjami od władz miasta i odszkodowanie, tyle chociaż mogli zrobić dla uczenia pamięci tego biednego człowieka. Przynajmniej jedna rzecz poszła zgodnie z planem... W końcu zjawił się przy powstającej mogile Stefan, po uporaniu się rzecz jasna z pomocą dla rannych. Fodrin liczył, że może teraz ich trochę odciąży wspólną pracą. Przeliczył się... Terter zamiast zakazać rękawy i im pomóc, to niczym panisko wskazywał im, gdzie powinni kopać. Krasnolud musiał zdusić w sobie pragnienia zdzielenia upierdliwego człowieka łopatą. Bogowie mu światkiem jak bliski był wybuchu, ale zbyt wiele przeszli, by teraz rozpętać awanturę. Wojownik przełknął swoją złość i irytację. Nie był to jeszcze koniec... Stefan zabrał się za liczenie trupów i jak w przypadku tych nieszczęsnych sztab też się pomylił. Jakim cudem został głównym inspektorem celnym, jeśli ma problemy z rachowaniem do dwudziestu... To się w pale nie mieści! Po tym pożałowania godnym matematycznym incydencje, w końcu złożyli ciała pomordowanych w mogile. Stefan rozpoczął modlitwy obrządku erxeńskim, a Fodrin i jeńcem zasypywali dół. Mimo kurewskiego zmęczenia krasnolud odczuwał satysfakcję z oddania czci poległym. Ojciec z pewnością pochwali ten czyn. Zbrojny raz jeszcze obmył twarz zimną wodą i spojrzał reszta kompanii szykuje się do drogi. Zaraz będzie trzeba wyruszać...
Przed wymarszem Fodrin pomówił jeszcze z towarzyszami wyprawy postawionymi na nogi przez Stefana. Kamraci docenili jego męstwo i wkład zwycięstwo. Krasnoluda rozpierała duma, czuł, że młodzieńcze lata spędzone na wojaczce nie były stracone. Dawno uśpiona potrzeba wypróbowania się na polu walki i zdobywania chwały powróciła. Znów czuł spełnienie na drodze Wojownika. Jednak nie popadł w skrajny samo zachwyt. Przyznał przed wszystkimi, że gdyby nie bohaterska szarża Ivo, dzięki której wyrwał się z wrogiego ucisku to nie byłby wstanie walczyć i zapewne wszyscy skończyliby zakuci w kajdany. Na szczęście tamtego dnia czuwał nad nimi sam Wojownik! Kolejnym tematem rozmów było pomylenie przez Tertera herbów przez co wzięli zagończyków za swoich. Quin i Ivo byli bezlitośni oskarżając dowódcę o skrajną niekompetencję. Fodrin nie był aż tak surowy w swoim osądzie. Każdy z nich nie rozpoznał wroga, ale nie dało się zaprzeczyć, że największą szansę na to miał właśnie inspektor. Krasnolud częściowo stał po stronie Stefana, twierdząc, że nie ma sensu rozpamiętywać tego i szukać winnego. Nie wpłynęło to jednak na osąd towarzyszy. Quin porównał nawet Tertera do jego brata, którego uważał za zakałę straży, której świetność przywrócił dopiero nowy komendant. Brat Stefana był ponoć strasznym ochlapusem i hazardzistą, który zakończył swój nędzny żywot wpadając pijany do rzeki. Gorzka historia, którą pierwszy raz usłyszał krasnolud. Może za tym kryło się część dziwnych zachować zgryźliwego człowieka. Inspektor nigdy o tym nie wspominał. Terterowi oberwało się również za zgarnianie większości zasług, gdy głównie to tylko gada, by nie powiedzieć pieprzy. Po wydarzeniach przy mogile musiał przyznać tu rację, ich dowódca powoli zaczyna się zachowywać jak jaśnie panisko...
W końcu zebrali się do wymarszu, jakoś pozbierali się po walce i zebrali co się dało z pobojowiska. Z złupionej osady zebrali trochę zapasów, teraz już nikt ich tu nie potrzebował. Stefan zabrał ze sobą zbroje Kovacevicza, mając w zanadrzu genialny plan, że któryś z nich będzie mógł się podszyć pod wrażego dowódcę. Fodrin nie podobał się pomysł takiego fortelu, szczerze wątpił w jego skuteczność, ale w obliczu przewagi wroga nie mieli wyboru jak uciekać się do wszelkich sztuczek dających przewagę. Jeńcowi się poszczęściło jego koń się ostał i ponownie mógł go dosiąść. Młodzian wyglądał na mocno uradowanego, że pozwolono mu zachować wierzchowca. Terterowi przypadł w udziale rączy koń wrogiego wodza, swojego zaś oddał wspaniałomyślne ocalonym kobietom, by nie tachały dobytków na swoich plecach. Chłopki nie chciały ruszać z nimi do Svart Juvet, lękając się tamtejszych krasnoludów. Uprzedzenia pozostawały wciąż w mocy, mimo tego co zrobili w tej wiosce Fodrin i Ivo. To się chyba nigdy nie zmieni... Ta myśl nie dawała spokoju zbrojnemu. Jego wszystkie wysiłki, by zdobyć szacunek i akceptację spełzły na niczym. To było tak frustrujące lata spędzone wśród ludzi i elfów nic w ostateczny rozrachunku nic nie zmieniały. Stefan poinstruował jeszcze kobiety, że bramy miasta Vodeniska mogą już być już zamknięte dla uchodźców. Poradził im też by ruszyły do innej wioski najlepiej do Sivo Brdo będącego z dala od frontu, odradzając Staro Selo położone zbyt blisko miasta. Krasnolud mógł mieć tylko nadzieję, że kobietą się powiedziecie w tych niespokojnych czasach i skorzystają z rad Tertera. Fodrin wgramolił się do dwukółki i wyruszyli. Wioska Kraireichen powoli znikała mu z oczu za drzewami pogrążona w martwej ciszy...
***
Nie uszli zbyt daleko, gdy znów natknęli się na ponure ślady działalności zagończyków. Tylko dzięki bystrym oczom Tajgi znaleźli najpierw ślady krwi, a następnie ciało zamordowanego chłopa. To prawdziwe szczęście, że mieli ze sobą tak dobrego przepatrywacza jak celniczka, szkoda, że Stefan nie potrafił tego w pełni docenić. Nieszczęsny wieśniak próbował umknąć masakrze, jednak wróg ściągał go niestrudzenie i ostatecznie został postrzelony w nogę. Bełt przebił tętnicę udową i mężczyzna się wykrwawił. Smutny widok dopełniał tylko obraz okrucieństwa wroga. Krew buzowała w krasnoludzie, świadomość, że chociaż częściowo odpłacił się tym skurwysynom toporem nieznacznie łagodziła jego gniew. Znów jemu i Erykowi przypadło wykopanie mogiły. Wypruty z sił zabrał się za to bez słowa. Oddanie honorów pomordowanych było ich obowiązkiem...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Późnym wieczorem w osadzie Svart Juvet położonej w wąwozie u postaw Gór Zachodnich podchmielony Fodrin usiadł ciężko na drewnianej ławie z zbudowanej z ciosanych pali, przytłoczony szaloną gonitwą myśli w głowie. W pobliskiej chacie należącej do jego dawnego kompana z drużyny najemniczej Yarona “Pogromcy dziewic” Yardenssonna, który starymi prawami przyjaźni przyjął starego druha i jego towarzyszy na noc, dochodziły odgłosy hulackiej zabawy. Przeczesując nerwowo dłońmi brodę krasnolud starał się ułożyć w głowie wydarzenia z popołudnia minionego dnia.
Wędrowali dosyć długo przez bezdroża i dzikie tereny, sprawy nie ułatwiał brak znajomości terenu i ciągłe kłótnie Stefana z Tajgą o obraną trasę. By dostać się do krasnoludzkiej osady musieli pokonać rzekę, ta jednak była zbyt rwąca. Terter chciał nadrobić sporo drogi ruszając w dół rzeki i odnaleźć przeprawę przy Chosantoiriovo, natomiast Sokolov chciała poszukać przeprawy w górze rzeki. Te ciągłe spory kompetencyjne i waśni celników męczyły już Fodrina, na szczęście nie musiał zabierać w nich głosu. W końcu zwyciężyła koncepcja kobiety i pod wieczór dotarli do Svart Juvet, pokonując rzekę przez przeprawę zbudowaną przez krasnoludy. Widok jaki ujrzeli był zaskakujący. Wioska była wyludniona, nigdzie nie było widać krasnoludów w sile wieku, pozostały jedynie kobiety z dziećmi oraz starsi. Nie tego się spodziewali. Inspektor zaanonsował ich nienagannym kamiennym. Sam Fodrin był w szoku, że człowiek tak dobrze posługuje się mową jego przodków. Co tu by nie mówić było to imponujące. Na spotkanie wyszedł im starszy kulejący krasnolud, a ku zdziwieniu wojownika okazał się jego starym kompanem za dni najemniczych - Yaronem “Pogromcą dziewic” Yanderssonem. To był smutny widok, czas źle obszedł się z Yaronem. Jego towarzysz z lat młodości stracił stopę, którą zastąpiono drewnianą protezą. Trudno nawet sobie wyobrazić jak ciężko musiało być teraz niegdyś dumnemu wojowi przez swoje kalectwo. Dawny druh pokierował ich do żony mehra Orny “Matki Dvergów” Nadavadatter i zaproponował nocleg. Cóż mieli zrobić, przyjęli ofertę i ruszyli wyjaśnić sytuację.
Małżonka mehra powitała ich jak nakazywał obyczaj zapewniając o swojej przyjaźni i życzliwość, choć sama pod swój dach przyjąć delegacji nie mogła ze względu na liczną gromadkę dziatwy jaką posiadała, jednak zgodziła się na możliwość ich postoju w osadzie. Sama Orna wydała się dosyć konserwatywną krasnoludkom, gdyż starym zwyczajem nosiła brodę. Fodrin już dawno się przekonał, że ten zwyczaj zanikał im dalej było się od Gór Środka Świata. Widok ten rozbudził w starym wiarusie wspomnienie za domem, położonym hen gdzieś w górach. Rozmowy prowadził Stefan, jak zawsze nad wyraz elokwentne i wymyślne. Język ten bardziej przywodził na myśl przedstawicielstwo stanu szlacheckiego niżli miejski magistrat. Jednak zgrabne słowa na niewiele się zdały. Orna wyjaśniła im, że piętnastego dnia Merris jej mąż ruszył na czele większości dvergów na wezwanie wojenne Omera "Kaptura" Orelssonna mehra Szarych Kapturów ze Skraningen. Nie było jednak wiadomo przeciw komu lub czemu się zbierali. Wezwanie miało trafić również do krasnoludów z Landsbyen, lecz nie wiadomą pozostało, czy go usłuchali. Na całą delegację padło w tedy zwątpienie. Przybili za późno! Nie było kogo zwerbować! Na domiar złego mogło się okazać, że to wróg pierwszy zawezwał do siebie krasnoludy. Całe przedsięwzięcie stało pod znakiem zapytania... Pożegnali uprzejmie Orne i ruszyli do chaty Yarona. Najmocniej odbiło się te wieści na Stefanie, który chciał zrezygnować z marszu do Landsbeyen i wyruszyć od razu do Skraningen przez Slainbhaile. Człowiek stracił wiarę, że zdoła kogoś zwerbować w drugiej osadzie i od razu chciał negocjować u Szarych Kapturów. Fodrinowi bardzo nie podobało się to rozwiązanie, raz obiecał odwiedzić matkę mistrza gildii w Landsbeyen, a dwa przemarsz przez Slainbhaile oznaczał w kroczenie na teren zajęty przez wroga, a w ich obecnym stanie było to co najmniej karkołomne zadanie. Krasnolud starał się wyperswadować do Terterowi, jednak ten za bardzo się zaparł. Granicząca z szaleństwem determinacja inspektora z jednej trony budziła niepokój z drugiej zaś podziw dla nieustępliwości. Był to twardy orzech do zgryzienia dla zastępcy dowódcy, choć nie to tak poruszyło Fodrina tego dnia...
Najmocniej poruszyły Fodrina tematy poruszane podczas wieczerzy u Yarona. Stary druh wojownika znał prawa gościnności. Stół gospodarza zastawiony był pajdami świeżego chleba i wszelkiej maści zakąskami, a mocna okowita lała się strumieniami. Wszyscy korzystali z tej chwili wytchnienia, Quin nawet zbyt chętnie. Półelf już nie pierwszy raz chętnie zaglądał do kieliszka. Po tym co przeszli należało mu się, każdemu z nich. Nie mogło jednak obyć się bez incydentu z udziałem Stefana. Inspektor z jakiegoś niepojętego powodu nie chciał się napić nawet małej porcji alkoholu jak nakazuje obyczaj. Pół biedy jakby człowiek po prostu odmówił, jednak ten próbował udawać, że pije jak inni. Gospodarz rychło wypatrzył fortel i poważnie się obruszył. Nie dziwota, taka obraza! Terter próbował jeszcze wymigać się chorobą, na to już jednak było za późno. Yaron nie szczędził obelg i gróźb, był gotów nawet do rękoczynów. Fodrin na próżno starał się uspokoić obu. Człowiek uparcie odrzucił jego sugestię, by jednak napił się zgodnie z obyczajem i załagodził sprawę. Nie wiadomo jak sprawa, by się potoczyła, gdyby Stefan nie wyszedł. Stary weteran uspokoił się nieco po wyjściu człowieka, choć całe zdarzenie zostawiło bardzo złe wrażenie. Ostatnie co trzeba było wojownikowi to konieczność obrony przełożonego przed swoim dawnym kompanem. To było by fatalne. Na szczęście jakoś rozeszło się po kościach. Po tej wpadce tematy zeszły na sprawy mieściny, w której gościli. Yaron potwierdził, że już dawno ich mehr ruszył na wezwanie wojenne zabierając ze sobą sprawnych dvergów. Próżny ich trud, nie został tu nikt kogo można zrekrutować. Okazało się też Svart Juvet z Landsbyen mają poważny zatarg o hale na wypas owiec. Weteran podejrzewał, że dvergi z skłóconej wioski nie będą zbyt chętne do walki wspólnie z jego ziomkami. W Fodrinie odżyła nadzieja, że ruszą jednak do Landsbyen, bo istniał cień szansy, że kogoś tam zrekrutują. Entuzjazm wojownika urósł jeszcze bardziej, gdy Yaron ujawnił im istnienie starego górskiego szlaku “Ostatniej Tarczy” prowadzącemu z Svart Juvet do Landsbyen, a nawet dalej do Skraningen. Szlak dawał im szansę na ominięcie terenów zajętych przez wroga. To wspaniała wiadomość! Nie wszystko było stracone... Pogromca Dziewic z powodu odniesionych ran był bardzo zgorzkniały i pielęgnował w sobie stare urazy do mieszkańców Erxen. Stary weteran gardził krasnoludami zamieszkującymi miasta ludzi i elfów, nazywając ich zdrajcami niemymi na krew przodków. Prawda jest taka, że ich przodkowie zostali przepędzeni z terenów nizinnych aż do podstaw gór. Fodrin schnąc skonfrontować własne lęki i wątpliwość przyznał się dawnemu kompanowi, że sam osiadł w mieście. Niemal natychmiast został zwyzywany od sprzedawczyka bez honoru za nic mającego krew ojców. Zabolało bardziej niż się spodziewał. Bronił miejskich krasnoludów mówiąc, że wszyscy solidarnie pracują na rzec społeczności starając poprawić swój wizerunek wśród erxeńczyków. Szukając argumentów na potwierdzenie swoich słów zdał sobie sprawę, że nie ważne jak się starał dla ludzi i elfów zawsze był odmieńcem, nie licząc kilku wyjątków... Skonfrontowanie własnych pragnień z rzeczywistością było jak kubeł zimnej wody na twarz. Tym mocniej piekły tyrady Yarona. Fodrin opowiedział również jaki odegrali wpływ na pokój między dvergami z Saltzbergu, a Mali Gajem. Gwałtowna konfrontacja ze starym druhem pozwoliła wojownikowi spojrzeć na poprzednią delegację w innym świetle. Yaron uważał, że wcale nie chodziło o sprawiedliwość dziejową i pokój, a jeno o interesy miasta, które kontroluje szlaki handlowe w dół rzeki. Konflikt w górze rzeki psuł koniunkturę. Jeśli to była prawda to krasnolud przez cały ten czas żył złudzeniami... Przytłoczony całą rozmową wojownik musiał wyjść i ochłonąć. Burzliwa rozmowa z Yaronem uświadomiła mu jeszcze jedno. Podobnie jak kalectwo starego druha, jego niemal śmiertelna stara rana złamała mu ducha. To właśnie lęk przed niepewną przyszłością pchnął go do osiedlenia się w mieście i zostania zbrojmistrzem. Wiele się nauczył i odkrył w sobie Dary Kowala. Teraz jednak podczas tych wypraw znów poczuł zew przygody, a Duch Wojownika przebudził się w nim na nowo. Skołowany Fodrin już sam nie wiedział do czego zmierza...
Na podwórzu krasnolud dostrzegł Stefana, który wraz z jeńcem doglądał koni. Wyglądało na to, że celnik sporo rozmawiał z brankiem. Chłopakowi chyba to służyło. Kto wie może Terter z Sokolov zdołają wskazać Erikowi właściwą drogę. Wojownik z fascynacją patrzył na ten proces zastanawiając się do czego może zaprowadzić... Korzystając z okazji Fodrin rozmówił się z dowódcą przekazując informację o górskim szlaku i napiętej sytuacji między dwoma klanami. Inspektor przyjął wieści jako dobrą monetę i zmienił plany, stwierdzając, że jednak warto odwiedzić Landsbyen. Krasnolud przyjął to z ulgą, póki co rozsądek zwyciężył. Fodrin próbował podzielić się ze Stefanem swoimi rozterkami, jednak ten nie w pełni je zrozumiał. Człowiek zaczął po prostu wychwalać pod niebiosa umiejętności wojownika i jego wkład wyprawę. Choć łechtało to jego ego, to tak naprawdę nie przynosiło żadnych odpowiedzi, a wobec problemów, które zaprzątały mu głowę wydawały się to wręcz puste słowa. Zapytał też Tertera o sprawę pokoju między Saltzbergiem i Mali Gajem, a ten rozbrajającą szczerością przyznał, że chodziło o interes miasta. Inspektor dodał też, że czekają go zaszczyty i bogactwa za wkład w wyprawę. To było jak cios obuchem w twarz. Oskarżenia Yarona w całości się potwierdziły. Zmieszany i skołowany Fodrin ruszył przed siebie. Czy naprawdę zaprzedał się za garść monet?
Kręcąc się po okolicy natrafił niespodziewanie na Tajgę przy studni. Okazało się, że Quin w pijackim amoku obrzygał rękaw kobiety, a ta starała się go domyć. Półelf ewidentnie nie umiał pić. Nie wiedząc co począć Fodrin zwierzył się celniczce. Kobieta również nie rozumiała w pełni dylematów krasnoluda, ale stara się je zrozumieć na swój sposób, a nie przytaczać puste frazesy. Tajga stwierdziła, że Fodrin ma posturę krasnoluda, zaplata brodę jak krasnolud i czci Forstsept jak krasnolud – to z całą pewnością jest krasnoludem. To proste rozumowanie rozbawiło wojownika i do dało mu otuchy, bowiem w gruncie rzeczy był krasnoludem, a jego związki z miastem nie zmieniały tego. Co zaś się tyczy innych rozterek. Topór czy kowadło? Miejska diaspora czy Górskie Klany? Tajga w odpowiedzi zadała trzy pytania. Co jest ważne w jego życiu? Do czego nie przywiązuje tak dużej wagi? Czy jest coś z czego może zrezygnować? Kobieta stwierdziła, że jak opuścił swój rodziny klan był jeszcze młodzikiem, który sam nie do końca zdawał sobie sprawę czego w życiu pragnie. I dopiero teraz jak przeżył i doświadczył tak wiele, może zdecydować co jest najważniejsze. Celniczka wyznała, że miała dość domu rodzinnego i ciągłego niańczenia rodzeństwa, ale nie wyobrażała sobie życia bez rodziny i dlatego wyprowadziła się z domu, ale pozostała w mieście. Słowa Tajgi były proste, nie tak wydumane i wysublimowane jak Stefana, ale niosły ze sobą mądrość życiową i prowadziły do refleksji nad samym sobą. Z całą pewnością pomogły Fodrinowi, teraz musiał poszukać w sobie odpowiedzi... Pomówił też z towarzyszką o Yaronie. Kobieta uważała, że weteran żyje przeszłością i powinien poszukać sobie nowego celu w życiu. Celniczka sugerowała, by wziąć na wyprawę, by znów mógł działać lub zaangażować go w szkolenie młodzików do walki. Zbrojny nie był przekonany co do tych pomysłów, Tajga nie rozumiała w pełni jaką tragedią dla Syna Wojownika jest trwałe kalectwo. Może pomówić o tym później z Yaronem...
Zdenerwowany krasnolud mimo chodem odsupłał warkocze na swojej długie brodzie zastanawiając się nad słowami Yarona, Stefana i Tajgi, przed snem już nie było już seansu na powrót ich układać. Obiecywane przez Stefana zaszczyty i złoto nie były celem w samym sobie dla Fodrina, nie tak jak insynuował Yaron. Był to co prawda mile widziany dodatek, ale wojownik nie zaprzedał się za to. Pragnął być doceniony w Erxen, ale ostatnie wyprawy pokazały, że uprzedzenia pośród ludzi i elfów były zbyt silne. Marzenie, które się nie ziści. Wizja zostania mistrzem gildii i założenia rodziny z Brianą była kusząca, ale i zew przygody stawał się co raz silniejszy. Po dłuższym zastanowieniu to tylko szansa założenia rodziny ciągnęła go znów do miasta. Nie miał pojęcia jak wszystko się potoczy. Szersze snucie planów nie miało sensu. Zrozumiał, że musi dokończyć tą wyprawę i dopilnować, by interesy krasnoludów miejskich czy klanowych zostały spełnione. To było jasne i klarowne. Był dvergiem i chciał pomagać swoim ziomkom. Uporządkowawszy myśli, spokojniejszy wrócił do izby. Zobaczył jak wcięty w trzy dupy Quin wywrócił się i zasnął na podłodze, a Ivo obejmując Yarona przechwala się jakich to cipek nie wyruchał w Saltznbergu. Fodrin uśmiechnął się pod nosem i dołączył do libacji. Wybije jeszcze z kupek może dwa okowity przed snem. Tego mu teraz trzeba...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Zdenerwowany Fodrin dzielił swoją uwagę między Stefana i Tajgę pochylających się nad Quinem, który leżał poranionym w wozie po ataku uskrzydlonego dwugłowego węża, a obserwacją okolicy. Nie było pewności czy drugi z potworów nie powróci. Znajdowali się na górskim szlaku, który oświetlało pnące się ku zenitowi słońce. Obok wozu spoczywał zezwłok drugiej bestii, która ich zaatakowała. Mieli sporo szczęścia, że zdołali ją powalić. Szczęścia za to nie miał Quin, którego od początku wyprawy prześladował pech. Najpierw ciężko poraniony przez zagończyków, potem na własne życzenie schlał się z Yaronem do nieprzytomności, by w końcu tak skacowany, że ledwo się ruszał został poharatany przez bestię i sparaliżowany przez jej jad. Krasnolud nie przepadał za półelfem za jego powiązania z pogromem, ale nikomu nie życzył takiego losu. Zdenerwowany wojownik cmoknął ustami zastanawiając się jak ten z pozoru spokojny dzień przerodził się w nieokiełznany chaos.
Rano zbudziło ich łomotanie Stefana do drzwi chaty, którego mocno rozsierdził ich stan. Zabalowali galancie, ale było im to potrzebne - wspólna hulanka poprawiła morale. Terter był wściekły, zrobił im za to długą tyradę. Mało kto się tym przejął, za bardzo przywykli już do zrzędliwości inspektora celnego. Quin był tak schlany, że nie miał siły się ruszać. Fodrin do spółki z Ivo musiał wrzucić go na wóz, aby dalsza podróż była możliwa. Ich gospodarz również leżał schlany i nie szło go obudzić. Niestety musieli ruszać bez podziękowania za gościnę. Wojownik żałował, że nie zamieni z Yaronem jeszcze paru słów przed wymarszem, ani nie przekaże idea Tajgi. Chociaż to drugie może to i lepiej, nie miał pewności jak stary wiarus zareaguje na te pomysły. Skacowani jakoś się zebrali do drogi.
Dzięki wskazówką Yarona odnaleźli górski szlak, na którym bez trudu widać było ślady przemarszu oddziału krasnoludów. Tajga prowadziła drużynę przez meandrujący między górami trakt. Przemarsz udeptanymi ścieżkami to proste zadanie, prawda? Nie, gdy Stefan wtrąca swoje trzy grosze. Jak zwykle urzędnicy magistratu spierali się o swoje kompetencje. Terterowi nie podobało się, że nie idą bezpośrednio na osadę krasnoludów. Sokolov jasno wyjaśniła, że to jest nie możliwe przez górzysty teren i trakt musi odbijać omijając trudny teren. Na nic wszelkie argumenty inspektor się zaparł i wpadł na świetny pomysł, by wspiąć się na wzgórze, by ocenić z góry jak biegnie szlak. Fodrin próbował wyperswadować ten pomysł dowódcy, tłumacząc, że to ich spowolni i nie zdoła mu zapewnić bezpieczeństwa. Jak grochem o ścianę. Do człowieka nic nie docierało. Zrezygnowani i zmęczeni pozwoli na realizację tego dziwnego planu. Jedno jednak trzeba przyznać Stefanowi całkiem dobrze się spinał prawie jak kozica, na pewno był tak samo uparty. Jak obserwowali mozolną wspinaczkę, Tajga dosadnie wyraziła się o ciągłych próbach Tertera podważenia jej umiejętności. Fodrin nie pojmował czemu ta dwójka ludzi tak bardzo drze ze sobą koty. Ile by się na tym głowił nie potrafił znaleźć sensownego wyjaśnienia...
Oczywistym było, że coś się spierdoli... Na szczycie Stefan niemal wdepnął w gniazdo lamii, tak wynikało z jego późniejszej relacji. Jak się boleśnie przekonali lamie to wężowate latające stwory o dwóch głowach zazdrośnie strzegące swojego terytorium. Ze zdziwieniem i przestrachem obserwowali jak Terter stacza się z górki, a za nim pikuje z nieludzkim skrzekiem latający potwór. Niewiele myśląc złapali za broń Fodrin, Ivo oraz Eryk i pobiegli pomóc. Pierwszy dopadł do podnóża wzgórza wojownik, wykrzesując ze swoich krótkich nóżek wszystkie siły. Koziołkujący w dół zbocza Stefan zatrzymał się zderzając z masywnym krasnoludem. Nie było jednak czasu na myślenie, potwór ze skrzekiem zanurkował prosto na nich. Fodrin zręcznie uniknął ciosu pierwszej głowy, a drugą zbił tarczą. Jak tylko lamia chciała się wzbić w powietrze zbrojny ciął ją toporem po wężowym cielsku, dotkliwie raniąc. Sam Wojownik musiał go w tedy natchnąć, nawet jak się uspokoiło czuł adrenalinę na myśl o tym starciu. Za swoje bohaterstwo otrzymał wiele pochwał od towarzyszy. Zaprawdę był prawdziwym Synem Wojownika! Wiedziony jakimś boskim impulsem Stefan złapał kuszę i ledwo podnosząc się z ziemi, wycelował i strzelił. Cóż to był za strzał! Strącił maszkarę z niebios. To było imponujące. Fodrin nie spodziewał się, że coś takiego jest możliwe, a już na pewno nie po chucherkowatym inspektorze. Nie było jednak czasu na świętowanie. W tym czasie Tajga próbowała podpalić gałęzie, by dymem przegnać potwora, jednak niespodziewanie spadła z nieba na nią druga bestia. Kobieta nie zastanawiając się czmychnęła pod wóz, na którym leżał nieszczęsny Quin... Nikt ktokolwiek zareagował lamia straszliwie poraniła półelfa. Ruszyli grupą mu pomóc, stwór wzbił się do lotu i uciekł poza ich zasięg. Mogli odetchnąć z ulgą, chyba byli bezpieczni...
Stefanowi w końcu udało się opatrzyć rany Quina. Człowiek oznajmił, że półelf wkrótce powinien odzyskać siły. Niestety okazało się, że lamie to wyjątkowe paskudne stwory, które swoim jadem paraliżują ofiarę, by następnie ją pożreć w całości żywcem. Paskudna śmierć aż wzdrygnęło Fodrinem. Nie wiedzieli, ile potrwa paraliż, biedny Quin wpatrywał pustym wzrokiem w niebo. W jego oczach można było dostrzec mieszaninę bólu, strachu i niedowierzania. Straszny los... Po wszystkim Terter nadął się jak paw, podkreślając swoje męstwo i fakt strącenia bestii, w ogóle nie poczuwając się do winy, że sprowadził na siebie i całą wyprawę niebezpieczeństwo. Krasnolud po części rozumiał, ubicie takiego potwora to wielki wyczyn, ale to przesadne zachłyśnięcie się tym zwłaszcza przy sparaliżowanym Quinie... Było niesmaczne... Stefan przechodził samego siebie. Słysząc przechwałki człowieka, wojownik miał w głowie jego piskliwy głosik, gdy spanikowany wzywał pomocy przed wszelakim zagrożeniem. Ta wizja pomagała nieco się uspokoić i rozweselić. Urżnęli łby potwora i ozdobili nimi dwukółkę, niech świat wie z kim mają do czynienia. Inspektor chciał jeszcze wrócić po jaja do gniazda, ale udało mu się to wypreparować. Drugi raz mógł nie mieć tyle szczęścia i skończyć tylko z paroma siniakami i stłuczeniami, w końcu drugi stwór wciąż krążył po okolicy...
Zebrawszy się co prędzej ruszyli dalej szlakiem, chcąc jak najdalej znaleźć się od żerowisk lamii.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wieczorem Fodrin przyglądał się zachodzącemu nad Landsbyen siedząc na jednej ze skarp. Widok górskiej osady pośród wzgórz był naprawdę malowniczy i przypominał mężczyźnie o domu. W dole liczni dvergowie szykowali się nadchodzącą wyprawę, pakując ekwipunek i prowiant. Tym razem bardziej się im poszczęściło i mieli okazję zwerbować paręnaście bród. Trochę optymizmu wlało się do umysłu wojownika.
Koło południa dotarli do osady. Podobnie jak Svart Juvet była wyludniona, jednak dostrzegali znacznie więcej krasnoludów mogących iść na wyprawę. To dobrze rokowało. Tutejsi górale pokierowali delegację do konkubiny mehra Irit “Płomyczek” Amosdatter. Iryt okazała się młodą śliczną krasnoludkom, która niestety niewiele wiedziała. Wyjaśniła im uprzejmie, że jej konkubent wyruszył na wyprawę wraz z większością dvergów z osady parę dni temu. Pozwoliła im też zatrzymać się w osadzie i rozpytać pośród pozostałych krasnoludów, czy byliby chętni dołączyć do ich delegacji. Poprawiło do humory członków wyprawy, w końcu mieli szansę pozyskać kogoś dla sprawy. Fodrin skorzystał z okazji i wypytał o matkę mistrza gildii Gundę. Irit pokierowała wojownika do dużej malowanej chaty na uboczu. Oczywiście Stefan musiał wypytać o wszystko swojego zastępcę. Nie widząc już pola manewru wyjaśnił prośbę mistrza gildii o dostarczenie matce medykamentów. Terter usłyszawszy o kogo chodzi chciał wziąć w tym rzecz jasna udział. Proste rzeczy zawsze musiały się komplikować...
Krasnolud westchnął chłonąc świeże górskie powietrze. Wizyta w domu Gundy miała dziwaczny przebieg przez służalcze zachowanie Stefana. Stara matrona była nader zaskoczona ich wizytą, ale z radością przyjęła dary od syna. Poprosiła też Fodrina, by zabrał karafkę paskudnego lekarstwa z powrotem do miasta i przekazał Adolfowi, by przesłał jej dzika. Już wcześniej zobowiązany do roli pocztyliona przyjął nowe wytyczne, traktował to jako drobną przysługę realizowaną przy okazji delegacji. Dom starszej krasnoludki pełen był precjozów i przepychu, widać gołym okiem było, że mistrz gildii nie szczędzi na matce. W tym czasie Stefan starał się być bardzo przymilny wręcz służalcy wobec Gundy. Wojownik nie wiedział co myśleć o zachowaniu inspektora. Człowiek, który jeszcze wczoraj unikał alkoholu jak ognia, by nie narazić na szwank dobrego imienia delegacji, teraz zgięty wpół wcierał maści w dotkniętą podagrą stopę nestorki. Ciężko było to wszystko ocenić czy skomentować... Wiekowa krasnoludka wprowadziła ich też w meadry polityki klanowej. Klan Kościanej Koszuli był wieloletnim sporze o hale do wypasu owiec z Lawinowcami z Svart Juvet. Szare Kaptury na czele z Omerem “Ospałym” trzymały się w dobrej komitywie z Lawinowcami, czego starsi nie mogli przeboleć, przez co nie chcieli pod nimi służyć. Młodzi nie pamiętali starych waśni i chętnie stawili się na wezwanie. Gunda wskazała im też Halldora “Niezmordowanego” Ketilssona, który był jednym z najbardziej szanowanych spośród starszyzny. To dawało im dawało pole manewru...
Po rozmowie z matroną udali się na rozmowę z Halldorem, którego znaleźli w jednej z górskich chat. Niezmordowany okazał się krasnoludem zbliżającym się do schyłku siły wieku, niemniej widać było, że wciąż ma w sobie sporo werwy i energii. W obejściu pomagała krasnoludowi córka Gerda “Kamienna Twarz” Halldordatter. Gerda to z całą pewnością to dojrzała krasnoludka posiadająca wspaniały długi misternie spleciony warkocz w kolorze łanów zbóż oraz piękne acz surowe oblicze, któremu zapewne zawdzięcza swój przydomek. Na samą myśl o niej Fodrin uśmiechnął się pod nosem. Mężczyzna był nią oczarowany. Jak to jest, że Wojownik nie szczędził mu sił i odwagi, gdy przychodziło stawać mu do walki na ubitej ziemi czy mierzyć się z potworem, ale jak miał porozmawiać z kobitą to zapominał języka w gębie, a śmiałość gdzieś uciekała. Tak było Brianną, a teraz z Gerdą... Nie potrafił wykrzesać z siebie nic sensownego. Za to Stefan jak zawsze przemawiał za nich wszystkich, zasypując gospodarzy swoją nadmierną erudycją. Swoim wywodzie inspektor nawiązał do krasnoludzkich zwyczajów wedle, których Prawdziwi Synowie Wojownika winni poszukiwać chwały, a śmierć w łożu nie jest ich godna. Zbrojny musiał przyznać, że jego dowódca jest naprawdę dobrym mówcą. Te słowa naprawdę porywały i zagrzewały do działania. Następnie człowiek opisał sytuację w Erxen wielką wojnę domową między południem, na którego czele stał Histograd, a północą zjednoczoną wokół Vodenistka. Przedstawił też warunki jakie magstrat przygotował: żołd, prawo do łupów i przywilej zdobywcy, a także zakaz nękania chłopów. Halldor nie był w cienie bity i chciał przede wszystkim zobaczyć złoto. Stefan zręcznie wyjaśnił, że zbyt ryzykownie brać takie sumy na wyprawę, a krasnoludy na potwierdzenie jego słów otrzymają stosowny glejt. Tutaj nadeszła pora na Forina, który poręczył za Stefana i wyjaśnił jaką rolę odegrał w rozstrzygnięciu sporów między Mali Gajem a Satzbergiem. Niezłomny przyjął te słowa i gotów za przysiąść swoją broń im, ale jedynie, jeśli otrzyma zgodę mehra, który wyruszył do Skraningen. Dobrze to rokowało na przyszłość. Czekała ich podróż przez góry do kolejnej osady, może tam pozyskają jeszcze więcej bród. Stefan zaczął snuć dalsze plany, że siły krasnoludów spadną na oblegających twierdze północy wrogów niczym młot. Według Tertera dvergowie sami będą sobą zarządzać poprzez radę wojenną złożoną ze starszyzny oraz jego skromnej osoby jako doradcy. Brzmiało to nader sensownie. Rozochocony człowiek zaczął nawet obiecywać ziemię Halldorowi w zamian za pomoc w wojnie. Fodrin uważnie zapamiętał tą obietnicę, w stosownym czasie ją przypomni. Wojownik nie pozwoli, by jego ziomków oszukano. Dopilnuje tego osobiście. Wyjaśnienie sporów terytorialnych w zamian za pomoc wojnie domowej wydawały się doskonałą okazją do uzyskania sprawiedliwości dziejowej. Słowotok Stefana przeszedł w końcu w marzenia i odrealnione pomysły zdobycia samego Histogradu. Byłby to wspaniały wyczyn, ale Fodrin miał wątpliwości czy uda zebrać się dość dvergów, by móc myśleć o samej próbie, a co dopiero szturmie...
Tego dnia naprawdę im się powiodło. Fodrin widział ze wzgórza jak dzięki ich staraniu na wyprawę zbiera się lekko licząc ponad czterdzieści bród. Dobry początek. Przepakował swój plecak, chcąc z chować głębiej listy żelazne i dziennik Stefana, na którym wciąż widniały ślady krwi. Dowódca obdarzył go sporym zaufaniem przekazując mu to wszystko. Podnosząc te niepozorne przedmioty czuł brzemię obowiązku ciążące na nich. Zobowiązał się, że dokończy misję sam, jeśli będzie trzeba, a dziennik złoży w magistracie. Traktował tą deklarację śmiertelnie poważnie. Plan Tertera i Tajgi zupełnie nie podobał mu się. Dwójka ludzi kierowana szaleństwem bądź wielką odwagą chciała ruszyć z rana do Slainbhaile i tamtejszego wzgórza sprawdzić ruchy przeciwników, a w razie zagrożenia podawać się za Kovacevica. Nie mogli jednak zabrać ze sobą na taką wyprawę krasnoludów ani narażać bardziej życia rannego Quinna. Fodrin starał się ich od tego odwieść, tłumacząc im jakie to niebezpieczne, a także że zostaną bez wsparcia. Wojownik czuł się odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Słowa jednak do nich nie docierały, podjęli ryzykowną decyzję. Ich determinacja i odwaga zasługiwała na szacunek. Chciał ruszyć z nimi, ale to było wykluczone. Dał w końcu słowo Terterowi, że ruszy z krasnoludami do Skraningen i dopilnuje spraw delegacji, jeśli coś się wydarzy z nimi. To była ciężka decyzja, ale musiał uszanować ich męstwo. Ukrył listy w dzienniku, a jego samego owinął w papier pakowny dla bezpieczeństwa i ukrył głęboko w plecaku. Po czym zszedł ze wzgórza do wyznaczonej dla nich chatki. Rano czekał ich wymarsz.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Maszerowali równym krokiem starym górskim traktem w popołudniowym słońcu. Marszrutę prawie pięćdziesięciu bród regulowała skoczna gardłowa pieśń wojaków. Fodrin szedł pośród nich. Zwalisty krasnolud teraz nikogo już nie spowalniał, więc spokojnie mógł iść pośród swoich braci z gór, zostawiając dwukółkę pechowemu rannemu Quinowi. W przeciwieństwo od Ivo, który wolał leserować, zbrojny chciał być jak najbliżej swoich ziomków. Z samego rana pożegnali grupę Stefana, życząc im powodzenia. Wojownik dalej niepokoił ten plan, ale jego towarzysze głusi byli na jego wątpliwości i bardzo zdeterminowani na dokonanie zwiadu. By odgonić złe myśli pomagał w przygotowaniach do wymarszu. Górskie dvergi przyjęły go jak swojego, chętnie razem pracując i gawędząc. Po raz pierwszy od dawna czuł się we właściwym miejscu. Na Ojca i Synów jak mu brakowało tego uczucia kompanijnego braterstwo. Jak powszechnie wiadomo dvergi kochają plotkować. Tego ranka wiele usłyszał. Oj wiele...
Na językach wszystkich był targ w Skraningen. Choć osada nie należała do ogromnych to leżała na przecięciu szlaków handlowych. Kupcy z czterech stron świata zjeżdżali tam zostawiając swoje egzotyczne towary. W gildii słyszał, że Vodenistko też wysyłało tam swoje towary. Któż wie może wyroby jego rąk też tam trafiły, byłoby niesamowite zobaczyć je na jednym ze straganów. Wieść niesie, że nawet kupcy z wielkiego przesławnego krasnoludzkiego miasta Gwynn docierali tam oferując wszelkiej maści amulety, mikstury i bronie. Ponoć ktoś też wystawiał ku ucieszę gawędzi jakąś wielką bestyję. Jak by udało się zdążyć na ten targ to byłoby coś...
Fodrin usłyszał też, że poza osadami granicznymi Góry Zachodnie są dzikimi i niezamieszkałymi terenami. Niewielu śmiałków zapuszcza się w te niedostępne góry pełne dzikich bestii i zwodniczych przełęczy. Awanturnicy zwykle poszukują tu rzadkich ziół i bogactw mineralnych. Ciekawe jakie skarby skrywają te niedostępne ziemie...
Ponoć nad wysokimi szczytami Gór Zachodnich widziano szybującą na niebie wężowatą istotę o bladoniebieskich łuskach, małej głowie i skrzydłach. Ni to wąż, ni to smok, ni to ptak... Stwora nazywają żmijem i ponoć jest dobrym zwiastunem. Jak mawiają prostaczkowie żmije polują na plugawe istoty i wskazują drogę zgubionym wędrowcom. Powiadają, że Ci o czystych sercach i niezmąconych krętactwem umysłach nie muszą się ich obawiać. Ciekawe czy żmij chapsnąłby Stefana...
Zbrojny zasłyszał też, że niejaki Borko Krwawy, który kiedyś nastawał na życie Stefana dotarł do Svart Juvet. To Ci dopiera nowina. Dzięki sprytowi Tertera i zimnej krwi Fodrina napastnik został pochwycony. Podczas sądu nad bandytą inspektor ulitował się nad nim i poprosił o oszczędzenie jego żywota. Wielki to był akt miłosierdzia. Aż do teraz niemieli o Borko żadnych wieści, miał trafić do lochów Vodenistka, ale wszelki słuch o strażnikach, którzy go prowadzili zaginął. Ponoć chciał ruszyć do Wielkiego Lasu, jednak nikomu nie było śpieszno do tego, bo Zakon Wiecznej Walki poluje w tamtym rejonie na krasnoludy. Ostatecznie Borko miał ruszyć wraz innymi dvergami do Skraningen. Ciekawe czy jeszcze się spotkają? Musi dać o tym znać Stefanowi...
***
Późnym popołudniem grupa Stefan ich dogoniła. Z wielkim szczęściem dotarli z powrotem bezpiecznie. Fodrin odetchnął z ulgą, że znów się połączyli. Wymienili się wieściami. Nawet najdziwniejsze plotki bledły przy historii jaką opowiadał Stefan. Wojownik słuchając tego rwał sobie włosy w brody. Ciężko było w to uwierzyć. Wróg przechwycił ich w okolicy Slainbhaile. Wszystko by szlag trafił, gdyby nie fortel Tertera. Inspektor przebrał się za Kovacevicza, a Tajga udawała jego brankę. Krasnolud wytrzeszczył oczy słysząc to, chciał to zobaczyć. Ciężko mu uwierzyć, że para ludzi która zawsze drze ze sobą koty udawała parkę. Aż dziw, że wróg to kupił... Zaskakujące, że Eryk potwierdził ich słowa. Ich życia wisiały na włosku. Wystarczyło jedno słowa młodzieńca, a byłby wolny, a Ci co go więzili w kajdanach. To było szalenie ryzykowne. Chłopak dotrzymał jednak złożonego dowódcy delegacji słowa. Jest jednak honor pośród ludzi... Okazało się, że osada została zdobyta przez siły północy pod wodzą niesławnego Zorana “Górskiego Gałgana” Izaplamińskiego, który po jednych pieniądzach był z Kovaceviczem. Na domiar złego ze wzgórza widzieli jak miasto oblegane jest zarówno od strony lądu jak i morza. Niedobrze mieli co raz mniej czasu, by zebrać posiłki. Muszą się spieszyć! Stefan musi być urodzony pod jakąś szczęśliwą gwiazdą, bo Zoran nie znał osobiście Ivana. I to im dupska uratowała. Jakimś cudem się wyłgali i zdołali zbiec z powrotem na górski szlag. Gładki język inspektora zadział doskonale. To ci dopiero historia... W głowie się nie mieści! Stefan Terter był nietuzinkowym i barwnym człowiekiem. W jednej chwili można było go polubić, a w następnej znienawidzić. Potrafił zbudzić podziw, jak i irytację. Jedno było pewne nie można było przejść obok niego obojętnie...
Kompania maszerowała dalej górskim szlakiem, a słońce powoli chyliło się ku upadkowi. Czekało ich jeszcze wiele dni marszu nim osiągnął cel...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
21 Merris 380 OZE, świt w Krairechen.
O świcie, gdy nocne chłody ustępowały bladej poświacie dnia, zdołałem wreszcie poukładać w umyśle ciąg wydarzeń ostatnich dni. Chaos wspomnień ustąpił miejsca uporządkowanej narracji, w której każde zdarzenie znalazło swoje przyczyny i następstwa. Ku memu zaskoczeniu poranna rozmowa z panią Sokolov przebiegła spokojnie, niemal serdecznie; zdawało się, że oboje potrzebowaliśmy tej ciszy po burzy, by odzyskać zdolność do trzeźwej oceny.
Od Morany dowiedziałem się, że jej mąż, Svetko, służy jako żołnierz, co rzuciło nowe światło na jej powściągliwość i napięcie. Wojna rozrywa rodziny na odległość, a niepewność losu bliskich bywa ciężarem większym niż bezpośrednia strata. Ta wiedza skłoniła mnie do większej ostrożności w doborze słów i gestów, bo administracyjna formalność łatwo może stać się okrucieństwem. Lecz to nie było wszystko! Zdravko, pochodzący z tej osady, wracał w mojej pamięci jako człowiek waleczny, prostolinijny i bezpośredni, jeden z tych, których wojna zabiera bez wahania. Jego brak odczuwalny był niemal fizycznie, zwłaszcza gdy spojrzałem na jego siostrę Vladkę, stojącą w milczeniu pośród ruin. Jej obecność była niemym oskarżeniem wobec świata, który pozwala na takie straty.
Rozdałem sześć racji żywnościowych sześciu osobom, pilnując, by podział był równy i zrozumiały dla wszystkich obecnych. W takich chwilach władza objawia się nie w dekretach, lecz w chlebie i wodzie, które muszą trafić do rąk potrzebujących bez podejrzeń o stronniczość. Każda racja była jednocześnie obietnicą przetrwania i symbolem porządku, który próbowałem przywrócić.
Zidentyfikowano dwadzieścia trzy osoby zamordowane przez podjazd; liczba ta przestała być suchą statystyką, gdy każdemu ciału przypisano imię i historię. Najdotkliwszym odkryciem było potwierdzenie śmierci naszego przewodnika Alioszy, co zamknęło wszelkie nadzieje na inne wyjaśnienie jego zniknięcia. Ta strata miała również wymiar praktyczny, bo pozbawiała nas cennej wiedzy o terenie. Wszystkich pochowano w zbiorowym grobie, a ja odprawiłem ceremonię pogrzebową, starając się nadać jej godność mimo skromnych środków. Wygłoszona mowa była próbą przywrócenia sensu w miejscu, gdzie sens został brutalnie odebrany. W takich chwilach słowa muszą ważyć więcej niż zwykle, bo są jedyną walutą, jaką dysponuje pamięć.
Po pogrzebie wygłosiłem dla gospodyń wykład o prawie wojny, tłumacząc, jakie obowiązki ciążą na panach wobec ludności cywilnej i jakie prawa przysługują tym, którzy znaleźli się w oku cyklonu. W tym czasie Eric zasypywał ciała zamordowanych, wykonując ciężką, lecz konieczną pracę. Uznałem, że to połączenie nauki i czynu najlepiej utrwali w nim odpowiedzialność za skutki przemocy.
Zabitych wrogów pochowaliśmy osobno, w miejscu walki, bez ceremonii, ale z zachowaniem elementarnego porządku. Dwa zdobyte konie, Iskierkę i Behemota, postanowiliśmy zatrzymać jako niezbędne wsparcie logistyczne. Iskierkę oddałem pod opiekę Erica, uznając, że powierzona odpowiedzialność może być formą resocjalizacji.
Po południu ruszyliśmy w stronę Svart Juvet i dotarliśmy tam szybciej, niż zakładałem, co odczytałem jako dobry znak. Marsz pozwolił mi zebrać myśli i przygotować się na negocjacje, które miały nastąpić. Każdy krok oddalał nas od miejsca zbrodni, ale jej cień wciąż kładł się na decyzjach.
21 Merris 380 OZE, wieczór w Svart Juvet.
Na miejscu przywitał nas Yarom zwany „Pogromcą Dziewic”, którego zachowanie od pierwszej chwili było szorstkie i pełne demonstracyjnej wyższości. Jego gburowatość szybko przerodziła się w jawne lekceważenie, co zmusiło mnie do opuszczenia jego domostwa. Uczyniłem to bez żalu, bo doświadczenie nauczyło mnie, że z takimi ludźmi porozumienie bywa kosztowniejsze niż odejście.
Znacznie więcej uzyskałem od Orny, żony miejscowego wodza, która okazała się osobą rozsądną i skłonną do rozmowy. Od niej dowiedziałem się, że piętnastego dnia Merris krasnoludowie wyruszyli do Skrangen na wezwanie Omera Kaptura Orelssonna. Jej mąż, Zif, miał być jeszcze w drodze, co wprowadzało niepewność do naszych planów i terminów.
W trakcie rozmów ujawniły się także informacje o przeszłych wydarzeniach w Wiecznym Lesie, gdzie Eric Gavranich rozważał kwestie represji wobec krasnoludów. Okazało się, że w zeszłym miesiącu doszło do napaści na Zamlinskich, lenników Złotosulskich, po której nastąpił bezlitosny odwet. Te relacje ukazywały, jak cienka bywa granica między wojną a zemstą. Bandzie krasnoludów przewodził Siwogęby, a ich tropicielami i oprawcami był zakon Wiecznej Walki, działający z chłodną determinacją. Jeden z krasnoludów zdradził towarzyszy, prosząc o życie w zamian za wskazanie kryjówki; był nim Borko Krwawy. Fakt, że ocaliłem go niegdyś niedaleko Starego Sioła, dziś każe mi z goryczą rozważać granice miłosierdzia i cenę politycznej naiwności.
22 Merris 380 OZE, w drodze ku Landsbyen.
Tego dnia wyruszyliśmy dalej, kierując się ku Landsbyen, a droga, choć pozornie spokojna, wymagała czujności. Aby upewnić się co do właściwego kierunku marszu, postanowiłem wejść na pobliskie wzgórze i z góry ocenić ukształtowanie terenu. Była to decyzja rozumna, choć — jak się okazało — obarczona ryzykiem, którego w danej chwili nie doszacowałem.
Na zboczu wzgórza naruszyłem obszar gniazda dwugłowego latającego węża, zwanego lamią, który strzegł swoich jaj z dziką zawziętością. Bestia zaatakowała gwałtownie, lecz nie odniosłem obrażeń, gdyż moja zbroja, wykonana zgodnie z najlepszą sztuką, wytrzymała uderzenia jej kłów i pazurów. W takich chwilach człowiek uświadamia sobie, że dobra administracja zaczyna się jeszcze na etapie zaopatrzenia. Na pomoc ruszyli mi pan Żelazny oraz pan Gęba, których zdecydowana postawa zmusiła potwora do odwrotu. Gdy lamia podjęła ucieczkę, zdołałem oddać strzał z kuszy, który okazał się najcelniejszym i najlepszym w całym moim życiu. Widok martwej bestii był nie tylko ulgą, lecz także dowodem, że nawet urzędnik może, w wyjątkowych okolicznościach, dorównać polu bitwy. Niezwłocznie sporządziłem notatkę służbową, w której pochwaliłem waleczność pana Żelaznego, pana Gęby oraz jeńca Erika, którzy w tej chwili wykazali się odwagą i lojalnością. Uważam, że zasługi powinny być dokumentowane z równą starannością jak uchybienia, bo tylko w ten sposób buduje się prawdziwy autorytet. Wkrótce potem druga lamia zaatakowała wóz, na którym podróżowała pani Sokolov. Ku memu zaskoczeniu poradziła sobie z nią samodzielnie, spłoszywszy potwora bez pomocy z zewnątrz. Odnotowałem to w myślach jako fakt godny uznania, choć nie zmieniający mojej ogólnej oceny jej charakteru.
22 Merris 380 OZE, Landsbyen.
Niedługo później dotarliśmy do Landsbyen, gdzie przyjęła nas Irit zwana „Promykiem”, córka Amosa. To ona poinformowała nas, że miejscowy mehr krasnoludów wyruszył już do Skarengen, co potwierdzało pośpiech i napięcie panujące wśród klanów.
Na miejscu okazało się również, że pan Fodrin Żelazny musiał dostarczyć pakunek do Bordy zwanej „Królową” Ovinsdatter. Kobieta była ciężko chora, a zawartością pakunku były medykamenty; na jej prośbę natarłem jej nogi maścią na podagrę, co przyjęła z widoczną ulgą. Takie drobne gesty często otwierają więcej drzwi niż najdłuższe przemowy.
Borda skierowała mnie do Haldara, który przewodził grupie malkontentów niechętnych wyruszeniu do Skarengen. Rozmowa z nim i jego córką, Gerdą zwaną „Kamienną Twarzą”, była rzeczowa, choć wyczuwalna była rezerwa wobec spraw ludzi z nizin. Ostatecznie oboje obiecali zebrać swoich ziomków o świcie następnego dnia, aby wysłuchać mojej prośby o dołączenie do wojny.
W Landsbyen dowiedzieliśmy się także, że klan Lawinowców pozostaje w ostrym konflikcie z klanem Kościanej Kolczugi. Ta informacja była niepokojąca, bo wewnętrzne waśnie mogą zniweczyć nawet najlepiej przygotowane plany. Zanotowałem ją jako jeden z kluczowych czynników ryzyka, który będzie wymagał delikatnej, lecz stanowczej mediacji.
23 Merris 380 OZE - Landsbyen
Tego dnia udało mi się doprowadzić do rzeczy, która jeszcze wczoraj wydawała się co najmniej wątpliwa: krasnoludzcy malkontenci dali się przekonać, by dołączyć do wojny po naszej stronie. Nie było to zwykłe „tak”, lecz decyzja obwarowana koniecznością zebrania ludzi, przygotowania ekwipunku i uporządkowania wewnętrznych spraw klanowych. Uznałem jednak, że czas ten nie może się zmarnować, gdyż w wojnie bezczynność bywa grzechem cięższym niż pochopne działanie.
Postanowiłem więc wyruszyć do Slainbhale, by na własne oczy ustalić stan rzeczy i — jeśli nadarzy się sposobność — wezwać potencjalnego sojusznika do walki po naszej stronie. Towarzyszyli mi pani Sokolov oraz pan Gavrinich, których obecność uznałem za wystarczającą zarówno do zwiadu, jak i ewentualnego odwrotu. Dla zwiększenia szans powodzenia przedsięwziąłem fortel: przywdziałem zbroję po Kovacevichu i dosiadłem jego rumaka, przybierając rolę człowieka, którego imię i strach wciąż krążyły po tych ziemiach.
Podstęp okazał się skuteczny, gdyż natrafiliśmy na oddział Górskiego Gałgana, Zorana Izaplaniskiego, który nie nabrał podejrzeń co do mojej tożsamości. Slainbhale było już wówczas przejęte przez naszych wrogów, co tylko potwierdziło, jak dalece sytuacja się pogorszyła. Dokonałem zwiadu i rozmówiłem się z Gałganem, nie pokazując twarzy i modulując głos, co wymagało ode mnie większego skupienia niż niejeden wykład prawniczy. Z rozmowy dowiedziałem się rzeczy nader niepokojących: rozpoczęto oblężenie Vodenitska, a miasto objęto również blokadą morską. Była to informacja o znaczeniu strategicznym, która w jednej chwili zmieniła charakter naszej misji z werbunkowej w niemal ratunkową. Oznaczało to, że czas działa teraz wyłącznie na naszą niekorzyść.
Górski Gałgan, litując się nad losem „mojego” rzekomo rozbitego oddziału, przydzielił mi trzech ludzi do pomocy. Nie planowałem ich zabijania ani nawet ranienia, lecz wojna rządzi się prawami surowymi i pragmatycznymi: gdy znaleźliśmy się dostatecznie daleko w lesie, odebrałem im konie i ruszyłem ku moim krasnoludom. Było to działanie konieczne, choć moralnie niekomfortowe — jednak odpowiedzialność za miasto i całą wyprawę miała pierwszeństwo przed losem trzech zbrojnych.
Na osobną wzmiankę zasługuje zachowanie pani Sokolov, która w tej sytuacji wykazała się zadziwiającą inicjatywą i wdziękiem. Oświadczyła Górskiemu Gałganowi, że jest moją żoną, co nie tylko uwiarygodniło fortel, ale też znacząco ułatwiło rozmowę. Przyznaję z pewnym zaskoczeniem, że było to zarówno pomocne, jak i — w swoim osobliwym sensie — miłe.
Teraz ruszam dalej, przy swej „żonie” i w towarzystwie czterdziestu sześciu krasnoludów, którzy stanowią zalążek mojej przyszłej krasnoludzkiej armii. Nie jest to jeszcze siła zdolna przechylić szalę wojny, ale jest to fundament, na którym można budować. A fundament, jak każda dobra konstrukcja prawna i militarna, musi być położony we właściwym miejscu i w odpowiednim czasie.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum