Wysłany: 2025-05-15, 21:50 Wojna Nieludzi - Akt II
Zaczęło się od Wojny Nieludzi i rozwinęło w czasie dialogu Na Dziedzińcu Virnburg, gdzie możni na służbie księcia rozprawiali o ubitym minotaurze i konsekwencjach tego zdarzenia.
- Dziadku, a dlaczego oni śpiewali tak okrutne pieśni? Nie mogli śpiewać o rzeczach milszych i godniejszych? – Zapytał młodzieniec swojego dziadka o stalowych oczach, a ten nawet nie zbierając myśli rzekł mu w replice – Krasnoludowie nie są ludźmi, a ich moralność powstała w innych miejscach i do innych miejsc jest dostosowana. Moralność ciężko przełożyć z miejsca na miejsce, a ten problem transmisji będzie rzutował na twoich ocenach. - Pełgająca świeca oświetliła uśmiech starca, który poprawił raz jeszcze kapelusz na swej siwej głowie i zdradziła wyraz zdziwienia na twarzy siedzącego naprzeciw niego młodzieńca. Opowieść o „Wojnie nieludzi” zrobiła wrażenie na młodzieniaszku i było to wrażenie o wiele czystsze, niż wcześniejsze opowieści o „Przebiciu” i „Liniach krwi”. Młodzieniec był jednak nieukontentowany, gdyż nie wyglądało na to, że opowieść się powinna kończyć w tym miejscu, więc zapytał – A co się działo później? – Starzec pogładził się po wąsie i kontynuował, aby odpowiedzieć na pytanie wnuka.
Bohaterowie płynęli na północ rzeką Westernlodirn, będąc w ariergardzie armii. Ogólnie krasnoludowie zamykali pochód wojsk, których z obozem było czternaście tysięcy. Na tę liczbę składała się krasnoludzka armia pod dowództwem Jovina „Czachotarcza”, armia z Vorbergu, który to land oddał swoje regimenty pod dowództwo księcia Ferdinand I Adler-Herr, armia z Westwaldu na czele której stanął książę, a także oddziały zaciężne, tu zwane częściej honorowymi, z Svierlandu w sile z Wischderlandu, Vorlandu oraz Richlandu, a każda z oddzielnym łańcuchem dowodzenia. Logistyka armii, która maszerowała na północ, aby trafić na wrogie ziemie, wraz z końcem żniw miesiąca sierpa, była na ten moment oparta o rzekę i możliwość spławiania nią wypełnionych szkut, barek i barkasów. Był już 40 dzień lata według kalendarza krasnoludów, który to był dniem Kowala, a od paru dni na niebie księżyc świecił prawą jasną stroną, gdy dvergowie poczęli się z wolna przyzwyczajać do zacinających każdej nocy, agresywnych komarów i much. Rechot żab, skrzeki ptactwa i pluski ryb były już codziennością, więc nie budziły takiego zainteresowania jak jeszcze kilka dni temu, gdy podróż się zaczynała. Znaczna część armii podróżowała lewą stroną rzeki, czyli po stronie księstwa Vorbergu, ale bohaterowie mieli tę sposobność płynąć w towarzystwie piastuna „Pieśniarza” oraz jego przybocznych, Gollo, Kligo, Tordreka i Emera na jednej ze szkut, którą prowadzili flisacy. Miejsca nie było dużo, gdyż większość szkuty zajmował ekwipunek obozowy i oblężniczy, lecz tyle co było wystarczyło na to, aby móc rozłożyć się z derką i nawet wyspać. Odpoczywali więc śmiałkowie, pokiereszowani po ostatnich wydarzeniach, aż do osiągnięcia okolic mokradeł z rozlewiska jeziora Nass. Był to ostatni postój przy rzece dla armii, która już niebawem miała odbijać na zachód, aby nie wkraczać na teren Urwaldu – lasu, gdzie żyły elfy. O ile niektórzy szemrali o tym, że armia schodzi z rzeki, gdyż boi się elfickich zasadzek, o tyle faktycznym powodem kontynuowania podróży wyłącznie lądem, było to, że Urwald przy rzece jest o tej porze roku wyjątkowo uciążliwy do przekroczenia, a dla tak znaczącej liczby żołnierzy byłby istnym koszmarem logistycznym. Już niebawem za wzgórzami Riegel armia miała wkroczyć do prowincji Immitenhügel, która jako Kaiserland była wyłączona z czynnego udziału w wojnie, lecz nie mogła odmówić przekroczenia jej granic przez wojska Malburgii i na zasadzie cesarskiej symetrii również wojskom Rheinlandu. Tego dnia o poranku, gdy zbierał się obóz do ostatniej podróży rzeką, do Bohaterów przybył ubrany w zbroję Trudelloch „Cwany”. Widać, że nie nosił pancerza od dawien dawna, gdyż błyszczał on odbijając oślepiające letnie słońce. Nie tak ważne było wrażenie estetyczne, które robił krasnolud, a to, że zabranym na stronę Ksawerego, Bronda i Theobalda, aby przypomnieć im o tym, że nadszedł czas, aby zrealizować plan, który omawiał z nimi Jovin. Nakazał wypocząć i bycie gotowym na wieczór. Cóż było zrobić, jak tylko cały dzień wypoczywać? Wieczorem po stronie Vorbergu wyładowywano cały ekwipunek spławiany transportem rzecznym, ale po stronie Westwaldu wystawiono posterunek zwiadowczy, który miał obozować tej nocy, po tej stronie rzeki i właśnie w tym obozie prócz Ksawerego, Bronda i Theobalda byli Gollo, Kligo i Tordreka oraz flisacy: Dorin, Krekk i Bortor oraz kilku dvergów z drużyny Krwawojatka: Mortardin, Brokk, Gromil, Tormil i Arbor, którzy zajęli się rozbiciem obozowiska, zebraniem drewna na ognisko i splugawieniem okolicznych krzaków krasnoludzkim kałem.
Emer i Karev „Pieśniarz” byli już po stronie zachodniej, lecz z uwagi, że ten pierwszy, ostatni żyjący syn męża Beatrycze, od czterech dni nie odezwał się ani słowem, jego nieobecność nie była zauważalna. Co innego brak Kareva. Po lewej stronie Westernlodirn słychać było jak dvergowie już raźnie i żwawo śpiewają wygrywane przez niego pieśni. Brond „Łamacz Kości” nastawił ucha, gdy nagle wśród pieśni słychać było górski wiatr. Ten górski wiatr z późnej wiosny. Krasnolud odwrócił się, aby poczuć na brodzie oddech rodzimych gór i przeciągnął wzrokiem na rozbity namiot na górskim zboczu. Słychać było z niego jęk, więc Brond pognał i szybko odsłonił zasłonę wejścia. Włos zjeżył mu się na brodzie, gdyż w namiocie leżał dygoczący Egar. Nie wiadomo jak, ale boczne zasłony namiotu również się podniosły i drgawki śmierci Egara poczęli oglądać Kligo, Ksawery, Emer, Gollo, Olvo, Tordrek, Theobald i Beatrycze. „Ratujmy go, on żyje”. Ktoś krzyknął i Olvo ruszył na pomoc, a Beatrycze chwyciła za rękę swego syna. Z ust Egara buchnęła krew wraz z jego ostatnim oddechem, lecz ciało nadal wyglądało na żywe, gdyż klatka piersiowa to unosiła się, to opadała, pomimo tego, że w sklepienie namiotu wbity był już martwy wzrok. „Ratujmy go, on żyje” – padło ponownie, chociaż w zamieszaniu agonii nie było wiadomo kto to mówi. Nagle wydało się tak jakby Egar wziął kolejny oddech, lecz zamiast po chwili wypuścić z płuc powietrza, jego trzewia się otworzyły przerwane chudymi pazurami i wyjrzała z nich spora głowa. Pokracznie poskładana twarz nosiła ślady krasnoludzkiej, lecz była to tylko karykatura stworzona przez niedbałego artystę. Beatrycze jednak zamarła, a Brond zdawał się mieć przewidzenie przeszłości wynikające z przeżywania tego momentu jeszcze raz. „Mamo, ja żyję!” Rzekły groteskowe usta. „Wujku Tordreku, Piastunie Ksawery, Brond, Olvo, ja żyję. Już myślałem, że te koboldy mnie dopadną…, ale…, ale skąd ten smutek na waszych twarzach? Przecież to ja Egar? Mamo, to ja! Twój syn. Czemu ronisz łzy mamo, Olvo po cóż podnosisz ten oskard?” Brond wnet ujrzał jak lodowczyk Olvo wbija nadziak w głowę stwora, a uderzenie przebija ciało Egara na wylot pozostawiając na derce pod nim plamę krwi. Beatrycze pada w drgawkach, a wokół pojawia się wrzawa. Brond jednak to na niej próbował skupić wzrok, gdyż niedługo wcześniej dowiedział się, że noszone przez nią w łonie dziecko jest jego. Teraz osłonięta plecami ziomków była zdana na łaskę i niełaskę dvergów z którymi odbyła wyprawę do Smoltet Jern. Wtem Egar podniósł głowę i patrząc na Bronda rzekł wypluwając krew: „Bestia będzie następny!”.
Piastun Ksawery siedział przy wczesnym ognisku z wystawionym kociołkiem. Obok niego siedzieli wojownicy: Gollo, Kligo Tordreka oraz zwerbowani górnicy, pasterze i rzemieślnicy ze Srogotów i Flotthus: Brokk i Gromil. Flisacy: Dorin, Krekk, Bortor oraz pozostali dvergowie Krwawojatka Tormil, Mortardin, i Arbor przygotowywali w okolicy punkty strażnicze, Piastun widział jak Brond drzemiący przy Theobaldzie właśnie wstaje z widocznym grymasem przerażenia. Piwowar nie widział jednak, że te gwałtowne obudzenie się Bronda zbudziło Theobalda, który ostatnimi czasy bardzo często się drapał, jakby z nerwów. Theobalda obudził wyczuwalny ruch na rozłożonej derce, lecz jeszcze w półśnie nie do końca wiedział co się dzieje i działały tylko jego instynkty. Ostatnio zaś pobudzony instynkt kazał mu dawać ujście swej chuci i teraz sprawił, że Theobald pokierował swą rękę do krocza próbując ze spodni wydobyć struganą laskę i by to zrobił, gdyby nie okrutne swędzenie pod koszulą i na brodzie. Drapanie sprawiło, że w palcach znalazła się jakaś lekka miękka kulka, która po zgnieceniu puściła krew. Dobry słuch łucznika wybudził go z drzemki, gdyż bicie serca Bronda było jak wojenne bębny, a jego oddech jak wicher nawiedzający wąwóz. Ksawery mógł zlustrować ich wzrokiem, gdyż już dawno zdążył wypocząć, a niechęć do bycia samemu sprawiał, że lepiej wypoczywał w tłumie ziomków z klanu, niż samemu w namiocie. Mógłby wówczas lustrować ich dłużej, gdyby nie Kligo.
Kligo: Piastun! Piastun! Hłe…
Narrator: Kligo podniósł naostrzony osełką berdysz i pokazał ostrze Ksaweremu.
Gollo: A jak się zesrasz, to też pokażesz Piastunowi swoje gówno?
Narrator: Krasnoludowie wybuchli śmiechem, którego powodu Kligo nie mógł zrozumieć i dalej trzymał swój berdysz czekając na pochwałę Piastuna. Wtem Tordrek podniósł rękę wskazując rzekę.
Tordrek: Patrzta!
Narrator: Widać było ruch trzciny i przybijającą do brzegu łódkę, która mniej więcej zrównała się z dwoma innymi łódkami, które były zacumowane po tej stronie Westernlodirn. Z poziomu obozu widać było na łódce błyszczące hełmy, spod których wystawały brody, co oznaczało, że do brzegu dobili jacyś dvergowie. Krasnoludowie nie musieli długo wytężać wzroku, gdyż rychło okazało się, że to Trudelloch „Cwany” Grommilssønn z klanu Srogich Pięści wraz z kilkoma góralami od Krwawojatka. Łódź zaryła w brzeg odpychana długimi tłukami przez dwóch dvergów i chyba można było już wyjść na brzeg. Pierwszy tej sztuki dokonał sam Trudelloch. Jedną nogą oparł się o dziób łodzi i wyskoczył w swej jakże lśniącej, ewidentnie mało używanej zbroi. Może to efekt jego niedoświadczenia, a może to, że to górale cumowali, a nie flisacy z Virn lub Gründem, lecz noga Trudellocha, która miała sięgnąć brzegu zapadła się w bagno. Krasnolud stanął na chwilę przechylony w dziwny sposób i znajdując stałe oparcie drugą nogą wyprostował pierwszą. Gdy tylko wyszedł z zasięgu wysokich traw widać było jak jedna noga i peleryna wybrudzone są lepkim, śmierdzącym, bagiennym błotem. Brokk, Gollo, Gromil i Tordrek parsknęli śmiechem, skrywając wyraźne rozbawienie pod brodami, a Kligo w sumie nie wiedział co się dzieje i nadal podnosił berdysz ku górze pokazując jak go dobrze naostrzył. Dość chwiejnym krokiem Trudelloch doszedł do obozowiska, gdy dziewięciu górali wyładowywało z łodzi skrzynie z jakimś zaopatrzeniem, a także otwarte skrzynki z jakimiś wiktuałami.
Trudelloch: Chwalmy Kowala!
Tordrek: Chwalmy Kowala!
Gollo: Chwalmy Kowala!
Brokk: Chwalmy Kowala w jego dzień!
Trudelloch: Co tam pichcicie w tym garze?
Gollo: Mrówki i żabie łapki.
Trudelloch: Co to za dziwny przepis.
Tordrek: Od flisaków. Na początku myśleliśmy, że to jakiś dowcip, ale zaklinali się na Górnika, że to normalny przepis i tu się takie rzeczy jada. Zjedli pierwsi, później daliśmy Kligo do spróbowania i nawet mu smakowało, a później reszta jadła i to nawet dobre.
Brokk: Trochę tych żab trzeba było nałapać, ale jak się widzi jakąś to można kijem ogłuszyć. Pod odcięciu nóg reszta jest do wyrzucenia. O tam się walają.
Narrator: Brok swoją zabliźnioną dłonią wskazał czerwoną od posoki plamę przy mulistym brzegu, w której wiły się zdychające żaby.
Brokk: Jak zlecą się ptaki, to zjedzą, chyba że Gromowładny ustrzeli takiego ptaka, to wtedy się doda do gara.
Trudelloch: Całkiem nieźle się tu urządziliście. Widzę, że nawet udało wam się znaleźć dostatecznie dużo drewna na ognisko.
Narrator: Mówiąc to Trudelloch przysiadł na kamieniu obok Kligo i zdjął zabłocony but, z którego wylała się bagienna breja. Przywrócenie tego do czystości będzie na pewno czasochłonne, lecz znana była niechęć Grommilssønna do prac ręcznych, więc pewnie komuś przypadnie zaszczyt czyszczenia butów i spodni Piastuna.
Gollo: Nie było to łatwe. Tutaj w zasadzie nie ma drzew. Są krzaki i to w zasadzie połamane patyki z krzaków, które nie są strasznie zawilgocone. Chociaż co tu gadać? Jak widać trochę i tak złapały wilgoci, bo strasznie kopcą, gdy się je dorzuci do ognia.
Brokk: Ale to dobrze, bo przynajmniej w tym dymie komary tak nie gryzą.
Narrator: W tym momencie Kligo dostrzegł, że przybył Trudelloch i podniósł do niego berdysz i osełkę. Wymlaskał przez zaślinione usta: „Piastun!”, a następnie kontynuował ostrzenie berdysza. Trzeba było przy tym przyznać, że o ile Kligo nie przejawiał zdolności manualnych w innym zakresie, niż robienie komuś krzywdy, o tyle berdysz służący do robienia krzywdy był w stanie mistrzowsko naostrzyć.
Trudelloch: Mam dla was zapasy na noc i pierwszy posiłek. Połowę drewna wydacie dvergom.
Narrator: Wskazał dvergów wynoszących skrzynie z łodzi.
Trudelloch: Tamtym obozem dowodzi Heklur „Niepołamaniec” Nalraklinssønn. Tym będzie dowodził od teraz Tormil. Gdzie on jest?
Gollo: Poszedł przygotować punkty strażnicze zgodnie z rozkazem. Jeszcze nie wrócił.
Brokk: Przecież miał tu dowodzić Brond „Łamaczkości”.
Gollo: Nie wpierdalaj się, gdy mówi Piastun.
Trudelloch: Brond będzie dowodził dwoma obozami i punktami strażniczymi po tej stronie rzeki. To rozkaz Jovina „Czachotarcza”.
Brokk: A to przepraszam, sam sobie brodę potargam.
Narrator: W tym momencie Gromil „Skałodrąż” Figgimssønn wykonał kilka ruchów dłoni kręcąc nimi obok głowy. O wiele łatwiej byłoby Trudellochowi zrozumieć o co mu chodzi, gdyby powiedział to na głos, lecz niegdyś podczas potyczki trzymał uderzenie maczugą w żuchwę, która spowodowała odgryzienie języka, połamanie zębów, złamanie szczęki, a także uszkodziła grdykę. Od tego czasu minęły dziesięciolecia, ale zdolność zrozumiałej mowy nie powróciła.
Brokk: Gromil pyta, jak mamy się podzielić na straży.
Trudelloch: Zapytaj Tormila „Piękne Runo”. Przecież powiedziałem, że on tu dowodzi.
Gollo: No właśnie Piastun przekazał rozkazy od svaglara!
Narrator: W tym momencie do obozu zaczęli zbliżać się Arbor, Bortor, Dorin, Krekk, Mortardin i Tormil, a dvergowie, którzy właśnie dobili do brzegu zdali się już wyładować skrzynie. Nie uszło jednak uwadze, że podczas przenoszenia sprzętu jedna z zamkniętych skrzyń została przeniesiona w zupełnie inne miejsce, niż pozostałe.
Tordrek: Na pewno jeszcze masz dla nas Piastunie słowo.
Trudelloch: A i owszem. Będzie trzeba zorganizować trzy grupy zwiadowcze. Ty bierzesz jedną, Bombor „Zerwiskóra” weźmie drugą, a Brond trzecią.
Brokk: A jak będzie dowodził posterunkami?
Gollo: Nie wpierdalaj się, gdy mówi Piastun.
Narrator: Trudelloch kiwnął brodą na znak, że to odpowiednia reakcja, a Brokk zamilczał ze wstydu i począł targać swą brodę na znak skruchy. Brond i Theobald już chwilę wcześniej dostrzegli syna erilara Srogich Pięści i zdążyli dojść oporządzeni do ogniska. Wraz z nimi doszli do ogniska witając się ze zgromadzonymi dvergowie, którzy przybyli z Trudelochem, a także organizująca posterunki i punkty strażnicze grupa. Łącznie było tu w tym momencie blisko dwadzieścia bród. Trudelloch wciągnął zaś na nogę but i wstał.
Trudelloch: Z rozkazu svaglara! Heklur „Niepołamaniec” Nalraklinssønn dowodzi obozem na południe stąd. Bierze połowę drewna. Flisacy prowadźcie i pokażcie co przygotowaliście. Tormil „Piękne Runo” Grujossønn dowodzi tym obozem. Wyznaczacie warty i rotacje punktów strażniczych. Brond „Łamacz Kości” Grunalssønn rozstrzyga wątpliwości i zdaje raporty. Jedna łódź jest do jego dyspozycji. Theobald i Piastun Ksawery są mu przybocznymi. Tordrek i Bombor „Zerwiskóra” robicie dwie grupy zwiadowcze. Dobierzcie po dwóch dvergów. Brond „Łamacz Kości” robi trzecią grupę, ale skupi się na łączności.
Brokk: Takie dokładne rozkazy, to ja lubię.
Trudelloch: Piastunie Ksawery, Łamaczu Kości, Theobaldzie, chodźcie ze mną na słowo. Bombor i Tordrek nie oddalajcie się, bo z wami za kolejną chwilę chcę się rozmówić. Dobrze, chodźcie.
Narrator: I tak Trudelloch odszedł z zasięgu kopcącego ogniska.
Nie minęła doba, a w niedalekiej okolicy doszło do epilogu tych wydarzeń, którego przedsmakiem była bitwa stoczona przez Bohaterów z okrutnymi bestiatami, reprezentowanymi w swej liczbie przez świuniki. Bitwa była wygrana nim zaczęło dnieć, a nim nastał poranek wiele zacnych oczu wyruszyło, aby zobaczyć jaki miała wynik i jakie będą jej konsekwencje. Te zaś dostrzec można było Na Przedpolach Kleks.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum