TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Pythonius
2025-06-01, 23:35
Na Przedpolach Kleks
Autor Wiadomość
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2025-06-01, 23:15   Na Przedpolach Kleks

Wojna Nieludzi - Akt II miała swój finał kilka świec temu, lecz Bohaterom nie było jeszcze dane świętować i pielęgnować swe rany, gdyż zagrożenie było wciąż odczuwalne. Napaść świniuków została zatrzymana, lecz jak los zdecydował, nie było to ostatnia bitwa


NA PRZEDPOLACH KLEKS


Postacie dialogu:
Emeryk - Herold Emeryk von Richtenberg
Hekehard - Mistrz Hekehard z Zwischenbergu
Johann - Johann zu Kleks
Kanut - Doktor Kanut z Kröne
Trudelloch - Trudelloch „Cwany” Grommilssønn z klanu Srogich Pięści


Narrator:
Noc powoli ustępowała bladej poświacie wschodzącego słońca, rozciągając nad bagnami rozmyty welon fioletów i srebrzystych błękitów. Wilgotne powietrze było gęste od zapachu rozkładającej się roślinności, błota i leśnych mchów. Wśród ciemnych kęp sitowia i trzcin, z porannej mgły wynurzały się sylwetki trzech dostojnych jeźdźców, których płaszcze ciężko zwisały od rosy. Towarzyszyło im dwunastu zbrojnych, których konie stąpały ostrożnie po rozmiękłej ziemi, zostawiając głębokie ślady w nasiąkniętym torfie. Tuzin rycerzy tworzyło zwarty, imponujący szereg, jakby wykuty z jednego metalu. Każdy z nich nosił własny herb na tarczy i na płóciennej opończy, lecz barwy ich były dobrane harmonijnie, w odcieniach ciemnego błękitu, burgundu i złamanej bieli, tworząc wspólną estetykę eskorty dworskiej. Na ich głowach lśniły basinety i podniesione przyłbice, spięte pod brodami skórzanymi rzemykami, z daszkami ozdobionymi delikatnym filigranem lub wstążkami w barwach landgrafa. Część rycerzy nosiła dodatkowo pierścieniowe kaptury kolcze, które opadały na ramiona i chroniły kark przed słońcem i ostrzem. Każdy z nich odziany był w kirys z wypolerowanej stali, przylegający do ciała niczym druga skóra, a pod nim nosili zbrojny wams, pikowany i przetykany stalowymi płytkami. Naramienniki i naręczaki zdobione były rytami — nie przesadnie, lecz z wyraźnym smakiem rycerskiego etosu. Rękawice z ruchomymi paliczkami zwisały luzem, gotowe do szybkiego uchwycenia wodzy lub miecza. Na biodrach każdy miał przypasany siegvaardzki miecz w pochwie obciągniętej czarną lub brązową skórą. Ich konie miały zaś uprzęże nabijane mosiężnymi ćwiekami, a na piersiach zawieszone były proste, lecz godne chamfrony z herbem Westwaldu. Na łbach niektórych koni spoczywały półhełmy z kapturem skórzano-metalowym, a na grzbietach też niektórych koni płócienne derki w barwach eskorty, sięgające do koni. Te ostatnie zaś falujące przy ruchu, dopełniały wrażenia porządku i potęgi — jakby przez poranne światło przesuwał się cień oddziału z legend. Każdy krok wierzchowców wydawał bulgoczący dźwięk, jakby ziemia sama szeptała przestrogę przed tym, co czeka dalej. Na skraju mokradeł, wśród kikutów połamanych wierzb i więdnących paproci, rozlegały się pohukiwania czapli i skrzeki przelatujących nad głowami kruków. Czasem z trzaskiem poderwała się ku górze spłoszona sarna, a echo tego dźwięku zdawało się odbijać bez końca w mlecznej mgławicy. Zapach dymu, stary, przesycony wilgocią, wciąż unosił się gdzieś w tle — ledwie wyczuwalny, ale niepokojąco trwały. Zbrojni milczeli, pogrążeni w czujnym skupieniu, jakby każdy liść, który drgnął na skutek powiewu porannego wiatru, mógł zwiastować pułapkę. Gdy opuścili najgłębsze bagna i zbliżyli się do wzgórza, z którego widać było pogorzelisko, mgła zaczęła się przerzedzać, ukazując czarne szkielety drzew i zgliszcza dawnych zabudowań. Spalona ziemia mieszała się z zapachem ziół porastających jej brzegi — piołunu, dziewanny i mięty — jakby natura próbowała przykryć ślady tragedii. W tym zapomnianym przez czas miejscu, poranne światło zaczynało malować pierwsze złote refleksy na hełmach jeźdźców i na ich srebrnych ostrogach. Nawet konie, jakby wyczuwając ciężar miejsca, zwolniły kroku, a dźwięk ich oddechów zlał się z cichym pomrukiem wiatru przemykającego między spalonymi belkami. Poranek czterdziestego pierwszego dnia lata tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku Ery Upadku Svirtbēt mógłby lśnić nad siołem Kleks, położonym niedaleko bagna Nass w sigvaardzkim Westwaldzie, lecz wschodzące słońce miało kłopot, aby złocisto-pomarańczowymi promieniami uatrakcyjnić wciąż dymiące pogorzelisko. Główna chałupa w tym siole, której dach nie był pokryty jeszcze wczoraj ni łupkiem, ni gontem, lecz po prostu strzechą, spłonęła do podbudówki wraz z całą zawartością. Ogień nie oszczędził również stojącej obok stodoły i obory, a dalej uratowało się ledwo kilka ziemianek. Pospólstwo najwyraźniej w większości przeżyło, gdyż ich lamenty zagłuszały tak charakterystyczne dla tych okolic poranne koncerty rokitniczek i trzciniaków zwyczajnych. Będąc dostatecznie blisko pogorzeliska dość szybko uwaga schodziła ze zgliszczy i kierowała się do pomiażdżonych, posiekanych i rozbebeszanych trupów bestiatów, których posoka mieszała się w miejscu nocnej walki z poranną rosą. Zacni jeźdźcy nie musieli jechać już dalej, aby oglądać spaleniznę, gdyż najwyraźniej właśnie dotarli do miejsca, gdzie było to po co tu zajechali. W najbliższej okolicy, w przeciwieństwie do licznej lamentującej ciżby z terenów pogorzeliska, były dwa tuziny zbrojnych, z czego przynajmniej połowa oznaczeniach Westwaldzkiej Straży Szlaków, a do tego blisko półtora tuzina krasnoludów. Gdy tylko zaś zacni jeźdźcy znaleźli się w zasięgu wzroku zgromadzonych w rejonie jatki, wszyscy którzy jeszcze w tym momencie byli na swoich wierzchach zeszli z nich i poczęli bić ukłon, a krasnoludowie stąpający w swej liczbie, na pewno co do ostatniego jakoś skłonili swe głowy, na znak, że już widzą co się dzieje. Jeden z tych przynależnych do ludu gór wystąpił w towarzystwie okaleczonego na twarzy dverga i dostąpił na tyle blisko przybyłych, aby bez większego wysiłku móc się z nimi rozmówić. Trudelloch „Cwany” odziany był w stalowy, chyba nowy pancerz, gdyż lśnił nowością, ale ten ciemnowłosy na głowie i na brodzie krasnolud miał ubłoconą nogawkę oraz dół peleryny. Świeżo przybyli zaś zeszli ze swych wierzchów, aby uhonorować gospodarza tutejszej kaźni, a niemal w tej chwili poczęli zbliżać się prowadząc za uzdy swe wierzchowce Strażnicy Szlaków, którzy stali po drugiej stronie areału bitwy. Każdy z tu zgromadzonych wykonał najdostojniejszy salut jaki umiał, przy czym każdy wykonał go nieprawidłowo do rangi przybyłych.

Hekekard:
A oto nam naprzeciw zmierza krasnolud Trudelloch. Patrząc po pobojowisku, to szykuje się całkiem ciekawa opowieść.

Narrator:
Rzekł z entuzjazmem mistrz magii Hekehard z Zwischenbergu - szpakowaty mężczyzna o dłuższej brodzie, który półdługie włosy spiął klamrą, a swój podróżny płaszcz z wyszywanymi symbolami cesarskiej warowni Malheim spiął mocniej chroniąc się przed odchodzącym chłodem nocy. Jego towarzysze mogliby poczuć obrazę z powodu wysłowienia się wcześniejszego niż oni – ludzie tronu i ołtarza, lecz nie poczuli, bo wiedzieli, chociaż nie okazywali tego, że wiedzą, o tym, że mistrz Hekehard dobrze zna się z Trudellochem. Herold Emeryk von Richtenberg odziany był w letnią szubę z lekkiego sukna, barwy czerwonego cynobru, podszytą lnem, spiętą u szyi mosiężną fibulą w kształcie lwa dzierżącego tablicę prawa. Pod nią widniał wams z cienkiego sukna morskiego błękitu, haftowany przy mankietach jedwabną nicią w roślinne ornamenty, a nogawice — przypięte do wamsu trokami — były barwione w kolor jasnej ochry, wsunięte w ciżmy z ostrogami. Na lewem ramieniu nosił naramiennik z wypolerowanego mosiądzu, rytowany herbem Westwaldu — „Słońcem Borów” - Pięcioma czarnymi sosnami pod złotą tarczą słoneczną na zielonym tle, a spod niego spływała krótka, gdyż sięgająca ledwo pasa, kolczuga dla ozdoby raczej niźli ochrony. Pas jego, skórzany, nabijany mosiężnymi ćwiekami, dźwigał pochewkę z mizerykordią. Na dłoniach miał rękawice z cienkiej skóry jeleniej, wyszywane literami kancelarii, a na głowie dworski kaptur z płótna barwionego na szaro, z wszytą obrączką brązową, będącą znakiem urzędu. U boku siodła dyndał róg z kości narwala, oprawiony w miedziane okucia, noszące o dziwo dewizę w języku Imperialnym: In fide regni. Cała jego postać, choć nosiła ślady pośpiechu, zdradzała urząd pełen powagi i dostojeństwa, nieprzystający pospolitemu wojakowi, lecz przynależny słudze prawa i korony. Jakże przy nim skromnie wyglądał duchowny – wielebny doktor Kanut z Kröne odziany jedynie w habit z cienkiej wełny barwy popiołu, z naszytym na piersi białym słońcem. Na szyi miał zawieszony szkaplerz z lnianego płótna, obrębiony wąskim haftem z tekstem psalmu, a jego długi płaszcz podróżny — opończa spięta pod szyją prostą klamrą cynową — był wyraźnie zakurzony od drogi i wilgotny od porannej rosy. Nogawice miał z szarego sukna, wsunięte w proste ciżmy pielgrzymie bez ostrogi, gdzieniegdzie popękane od długiej służby w polu. Przy pasie wisiała niewielka księga w skórzanej oprawie, zdobiona skromnymi skrzyżowanymi mieczami w okrągłym polu z wyraźną pośrodku kropką, a z boku woreczek z przyrządami do pomiarów — zważony ciężarem mosiężnych cyrkli i fiolkami zatkanymi woskiem. Jego postawa, choć nie wojskowa, była wyprostowana, a twarz zroszona potem i światłem poranka mówiła więcej o nieprzespanej nocy oraz wewnętrznej gorliwości niż o dbałości o szatę. Nie omieszkał jednak założyć na palce rąk sześć dość eleganckich pierścieni. O dziwo jego już starcza twarz, w przeciwieństwie do pozostałych podróżnych była w pełni wygolona. Większe jednak zdziwienie powodował przypięty do siodła konia nadziak, który przy takim wyglądzie posiadacza, w stosunku do reszty jego kompanii, wydawał się dość komicznym rozwiązaniem.

Trudelloch:
Chwalmy wschodzący dzień możni panowie! Rad jestem, że tak szybko udało się szanownym waszmościom przybyć.

Hekehard:
Chwalmy też twego Ojca i jego Córki!

Emeryk:
Chwalmy i jego Synów! Miłościwy Trudellochu, zacny potomku klanów zakutych w granit i ogień kuźni, przyjmijże nasze pokłony i laury. Przez knieje mokre i błotniste, przez wyziewy ziemi nasiąkłej żalem i śmiercią, dotarliśmy o brzasku ku miejscu, gdzie noc ostatnia uniosła swe ostrze przeciw braciom twoim. Sława waszej krasnoludzkiej sprawności i męstwa już dotarła do obozu, jak poranny wiatr niesie wieść o burzy. Ledwie sześciu w zbroi i odwadze, a staliście się postrachem i końcem dla licznej zgrai dzikich i plugawych zwierzoludziów.

Kanut:
A nade wszystko chwalmy Mymkrafta. Może Heroldzie jednak ograniczmy laudację i skupimy się na zebraniu wieści, aby ubrać je w raport dla jego miłości?

Narrator:
Emeryk podniósł okutą w płytową rękawicę dłoń, aby ukontentować wielebnego Kanuta. A jego gest przyćmił przywitania rycerzy, którzy uznawszy prymat konwojowanych wyczekali z grzecznościami na sam koniec. Dverg, który podszedł z Trudellochem milczał, gdyż w ogóle nie znał sigvaardzkiego języka, a nawet jakby znał, to nie miałby co w nim powiedzieć. Krasnolud ten bowiem nazywał się Gromil „Skałodrąż” Figgimssønn, który niegdyś podczas potyczki otrzymał uderzenie maczugą w żuchwę, które spowodowała odgryzienie języka, połamanie zębów, złamanie szczęki, a także uszkodzenie grdyki. Od tego czasu minęły dziesięciolecia, ale zdolność zrozumiałej mowy mu nie powróciła. Trudelloch z doskonale wyuczoną etykietą wymienił się grzecznościami z przybyłymi, lecz nie uszło jego uwadze to, że przywitanie, które jął Herold Emeryk von Richtenberg było bardzo ogólne, a gdyby się przyłożył doń, to by po prostu chwalił dzień Svardød.

Emeryk:
Ponoć champion Johann już tu jest. Nie widać go w tym zgromadzeniu.

Trudelloch:
Cały czas gania po stronie pogorzeliska. Ponoć to były jego zabudowania.

Emeryk:
Ponoć? Czyżbyś nie pamiętał jak nie dalej jak trzy dni temu opowiedziałem ci synu Krwawojatka o tym, że po tej stronie mokradeł Nass znajduje się sioło Kleks, które jest własnością championa czwartego turnieju jaśnie pana Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra? Przeto nie omieszkałbym nie wspomnieć, że chodzi o Johanna zu Kleksa, syna Johanna herbu proso, prowadzącego pierwszą chorągiew rycerską Westwaldu.

Trudelloch:
Wybacz heroldzie, lecz nie znam tak dobrze topografii tych ziem. Mówiłeś do mnie, lecz nie miałem mapy przed oczami.

Emeryk:
Tak… nie miałeś mapy.

Kanut:
Ponownie wnoszę panowie - zakończmy uprzejmości i te nieuprzejmości, bo dzień wschodzi, a nasza armia już się zbiera, aby ruszyć do Hochburg Riegel. Musimy zebrać wieści i informacje, aby było co zaraportować jego miłości Landgrafowi Fürstowi Ferdinandowi Pierwszemu Adler-Herrowi.

Hekehard:
Słuszność po twej stronie doktorze. Zaczekamy na championa Johanna?

Kanut:
Raczej nie rozszerzy on naszego pola epistemologicznego. Niech nasz „przyjaciel” krasnolud przemówi.

Narrator:
Krasnolud skinął głową na znak zgody, a niezbyt zorientowany stojący obok niego Gromil powtórzył ten gest myśląc, że to kolejny etap ludzkiego powitania. Trudelloch dojrzał to z niesmakiem i począł szybko żałować, że zdecydował się na niemowę, mimo tego, że w gromadzie dvergów pozostały postacie o znacznie większej ogładzie i orientacji. Patrzyli teraz na niego z odległości bohaterowie nocnej bitwy - Brond "Łamacz Kości" Grunalssønn, Ksawery Brauer, Theobald „Gromowładny” Grunalssønn, Gollo „Piętopal” Groburssønn, Kligo „Ciosowłeb” Groburssønn oraz Tordrek „Łamacz Strzał” Hoggssønn oraz ich ziomkowie z klanu Srogich Pięści: Hargru „Dzik” Abgvissønn, Lirgvi „Płacz Matek” Adgrussønn, Karad „Staloróg” Burglissønn, Frigad „Stalohełm” Karadssønn, Bomgor „Fałszerz Nut” i Bomdin „Leniwa Noga” Karhargvissønnowie, Korjon „Nosobrak” Rakbunssønn, Tormil „Piach” Thunnalssønn oraz Revlir „Z Nieprawego Łoża”, którzy byli zaprawionymi w bojach dvergami z drużyny Czachotarczów, a także przybyły wraz ze Strażnikami Szlaków, niemal z odsieczą, Ulf „Pogorzelec” z rodu Jarych Bobków – jedyny tu obecny z klanu Bokobrodych, który nie służył w drużynie svaglara, lecz w drużynie Przelewaczy Krwi i Cyny u Dimma Dvilfssønna. Trudelloch „Cwany” przybył w solidnej obstawie, gdy tylko doszły do niego wieści o tym, że trzeba naprędce zmodyfikować jego plan z wczorajszej doby, który z przyczyn niezależnych nie mógł zostać zrealizowany. Dvergowie byli podjudzeni wolą przelania krwi od chwili, gdy dowiedzieli się, że ich ziomków spotkała bitwa z odmieńcami, lecz najwidoczniej przegapili bezpowrotnie okazję do znalezienia zwady po tej stronie rzeki Westerlodirn i jedyne na co będą mogli teraz liczyć to bycie spektatorami bitwy na słowa w języku, którego ponad połowa z nich nie znała.

Trudelloch:
Co już wiecie zacni panowie?

Emeryk:
Zbudzono nas z wieścią, że doszło do kolejnej konfrontacji z bestiatami i kolejny raz konfrontacji tej dokonali twoi ziomkowie krasnoludowie. Sądząc po okolicznościach przyrody, tym razem wydarzyło się to w ciekawszej scenerii i z widzami dookoła.

Trudelloch:
Czyli dobrze już wiecie o zaczątku tej kwestii. Tak, to prawda. Jak widać po zgromadzonych tu zbrojnych doszło do przejęcia oddziału zwierzoludziów przez strażników i zwiadowców armii mego brata. Teren został zabezpieczony, a wszyscy zgromadzeni potwierdzą, że nie dokonano żadnych modyfikacji ich wyglądu przed waszym to przybyciem.

Kanut:
Nie ukrywam swego zdziwienia, gdy patrzę na to truchło, które spoczywa u moich stóp. Straż! Postawić tę bestię do pionu!

Narrator:
Nie ci zbrojni, którzy dotarli z zacnymi jeźdźcami, lecz ci wcześniej zgromadzeni w liczbie trzech spojrzało po sobie i poczęli zbliżać się do doktora Kanuta z Kröne, a ten wskazał im jedne ewidentnie ubite przez uderzenie młota zwłoki. W niedługim czasie truchło zostało wsparte o rohatyniec przez co nabrało złowieszczego wyglądu, ale dzięki temu można było się mu również przyjrzeć bez pochylania się nad nim.

Kanut:
A cóż tu mamy? Ciemna głowa tego stworzenia znajduje się zaraz nad korpusem, a kończy wysokim garbem. Na środku twarzy stwór ma długi świński ryj, pod którym znajduje się pysk pełen ostrych zębów i dwóch bocznych żółtych, niedawno spiłowanych szabel, a po bokach głowy znajdują się żółte oczka z czarnymi źrenicami, za którymi są krótkie szpiczaste i owłosione uszy. W profesjonalnej terminologii nazywamy takie stworzenia boarrami, a potocznie pospólstwo, które się z nimi spotyka nazywa je świniukami.

Trudelloch:
To jeszcze nie wszystko doktorze. Spójrzcie na te osobniki.

Narrator:
Krasnolud Trudelloch podszedł w inne miejsce kaźni wskazując kolejne trupy swoją dłonią. Zaczął od największego, a później skupił uwagę na rogatych truchłach. Tym razem Kanut postanowił nie upajać się swą klerykalną władzą nad prostymi żołdakami i pochylił się nad znacznie tym razem większym i chyba niełatwym do podniesienia zewłokiem.

Kanut:
Psi łeb tego stwora jest rozszerzony na szczęce i spłaszczony. Obecnie wybałuszone żółte oczy zdają się być bardzo zwinne, mimo tego, że stwór jest najpewniej martwy, gdyż jego mózg leży o tutaj. Czarny zadarty i płaski nos zdaje się unosić wargę, przez co widać więcej jak dwadzieścia kłów stwora zastygłego w agonii pełnej złowieszczego uśmiechu i chichocie. Opadnięte uszy już się nie wyprostują, aby ponownie upaść. Mimo tego, że stwór posiada szyję, to posiada jeszcze wyraźniejszy od szyi garb, na który opada mu grzywa. Bestia mierzy blisko dwa i pół metra wysokości i może ważyć przy tym więcej jak trzysta kilogramów. Jego humanoidalne pokryte brązowo-brunatnym futrem ciało wygląda na umięśnione i twarde. Mocarne ręce i nogi zdradzają dużą siłę stworzenia, a pięść zdecydowanie może zrobić dużą krzywdę przy uderzeniu. Naukowo takie stwory nazywamy gnolltaurami, ale postronni mogą je nazywać psogrami. A teraz spójrzmy na tego drugiego z prezentowanych przez naszego towarzysza krasnoluda. Stworzenie ma zdecydowanie trójkątną brązową głowę, u spodu której są wychodzące na boki mniejsze rogi, nad którymi znajduje się pysk z ostrymi zębami, a jeszcze nad nim szeroki nos. Oczy stworzenia znajdują się z boku głowy i są osłaniane ciężkimi powiekami. Pomiędzy wielkimi rozłożystymi rogami wystającymi z czubka głowy znajduje się czarna grzywa, która spada na plecy stwora. To urgon. W mowie potocznej – rogacz. Widać ich tu cztery sztuki. Tak, to ten, ten, ten i ten.
Narrator: Wskazywał kolejno truchła wielebny Kanut dłonią, w której trzymał nadziak, a przy tej czynności delikatnie kroczył, aby nie wpaść w jakieś błoto, którego na tym polu było pod dostatkiem. Jego pochód z uwagą słuchali zgromadzeni obserwatorzy, lecz dla większości była to wiedza niemożliwa do przyswojenia, z uwagi na swoiste ograniczenia. Jakoś złożyło się bowiem, że wszyscy tu obecni, prócz głównych aktorów spotkania nie słynęli z bystrości umysłu, a tym bardziej akademickiego zacięcia. Do takich zadań nadawali się jednak doskonale, gdyż byli w stanie nauczyć się jednej ważnej rzeczy – nieopowiadania o tym, co się widziało i słyszało.

Hekehard:
Gnolltaur, cztery urgony oraz tuzin boarrów. Na pewno któryś z rogaczy dowodził tym oddziałem, bo to jedyne w miarę rozumne stworzenia z tych aberroidów. Do tego jeszcze ten zawszony tuertaur, którego mieliśmy u stóp na dziedzińcu Virnburgu. Pewnie należał do tego stada, tylko odłączył się nieupilnowany i kierowany głodem, zabłądził w okolicach miasta. Zapach ciała był dla niego zbyt kuszący. Ci tutaj zdaje się byli bardziej karni i wykonywali komendy. Mam nadzieję, że wszyscy pamiętamy o tym, że po wybebeszeniu go na polecenie championa zu Kleks bez wątpliwości wielebny doktor orzekł, że stwór był przegłodzony.

Trudelloch:
Zwracam uwagę waszmościów również na to jak wyglądają o tu obecni osobnicy.

Narrator:
A przechodząc na język kamienny Trudelloch rzekł wskazując ręką.
Trudelloch: Gromil, odwróć jeszcze tego i tego na wznak.

Narrator:
Krasnolud, który towarzyszył synowi Krwawojatka wykonał polecenie, a wobec czego wszystkie świniuki leżały już w bliskiej od siebie odległości na plecach.

Kanut:
Charakteryzacja. Tak wyglądali, gdy tu zaszli?

Narrator:
Zbrojni ze Straży Szlaków pokiwali głowami, a Trudelloch się uśmiechnął oczami, gdyż jego słowa o tym, że to dokładnie ich wygląd, zostały potwierdzenie z ust jedynych świadków bezpośrednio zależnych od indagującego.

Hekehard:
Wszystkie boarry mają podobną charakteryzację, chociaż tej części musiała odpaść podczas walki. Chyba w zamyśle… Przepraszam, użyję mocniejszego probabilizmu… Najpewniej w zamyśle chciano, aby przypominali krasnoludów. Brody i okrycia głowy maskujące świńskie rysy. Lecz tylko ktoś najpewniej nieobeznany w ogóle z krasnoludami mógłby ich pomylić. Widać tu także krasnoludzką broń.

Narrator:
Mistrz magii stanowczo podniósł głowę na lamentującą gawiedź przy pogorzelisku.

Hekehard:
Co też wiele wyjaśnia.

Emeryk:
Nie obrażając waszmościów inteligencji powiem to co wszyscy myślimy, aby nie było niedomówień. Mamy tu do czynienia z operacją, która miała sprawiać wrażenie, że została przeprowadzona przez tych, których miała zdyskredytować. W sztuce wojny nazywamy to fałszywą flagą.

Trudelloch:
Nie mylisz się heroldzie. Ktoś jest nam wrogi przynajmniej tak bardzo, jak wrogie są nam elfy. Broń już została zidentyfikowana. Jest to prawdziwa krasnoludzka robota.

Kanut:
Klan Opiłków?

Trudelloch:
Niezawodna intuicja waszej wielebności kanonika.

Emeryk:
Jeszcze nie mamy wieści co się dzieje z tym klanem i nie spodziewajmy się ich przed końcem sierpa, a najpewniej i połową złotej tarczy. Z uwagi na mobilność naszej armii i niepewność rozkazów, może i do kroków nocy będzie trzeba poczekać. Pamiętajmy o wynikach sekcji, której dokonali na ubitym teurtaurze wielebny Kanut oraz czarodzieje pod przewodnictwem mistrza Hekeharda – tamten stwór pierwotnie był krasnoludem. Mniemam, że i te stwory były niegdyś krasnoludami, a przynajmniej niektóre z nich. Można powiedzieć, że u stóp leżą nam w pewnym stopniu ziomkowie naszego towarzysza krasnoluda.

Trudelloch:
Jestem tego świadom. Ojciec jednak nie wyraża woli istnienia odmieńców, gdyż ich natura jest skażona. Ubicie ich było nie tylko koniecznością, lecz również przysługą. Nie mnie osądzać to, czy stwory te miały duszę, a jeśli tak to na ile była krasnoludzka. Możliwe, że już w chwili przemiany, jeśli towarzyszył temu topos walki, dusze Opiłków trafiły pod bramy Sal Biesiadnych. Ale może stało się to ostatniej nocy. To czy dostąpią zaszczytu to dowiem się tego dopiero przechodząc do Domu Ojca.

Kanut:
A propos ludu gór. Którzy z tamtych krasnoludów ubili te stwory? Ponoć była ich szóstka, a widać całkiem pokaźną zgraję.

Trudelloch:
Część trafiła tu jako moja obstawa. Zwiad był dokonany przez braci…

Narrator:
Trudelloch począł wskazywać dłonią krasnoludów skupionych półkręgiem w pewnej odległości.

Trudelloch:
… Bronda "Łamacza Kości" i Theobalda „Gromowładnego” Grunalssønnów…

Emeryk:
Gromowładny to ten sam, który ubił uprzednio minotaura?

Trudelloch:
Ten sam heroldzie.

Emeryk:
Któż jeszcze był tak zapiekły w boju?

Trudelloch:
Bracia Gollo „Piętopal” i Kligo „Ciosowłeb” Groburssønnowie, Tordrek „Łamacz Strzał” Hoggssønn oraz…

Kanut:
Czy tam jest człowiek?

Narrator:
Trudelloch uczynił pauzę i opuścił w ten czas rękę.

Trudelloch:
O jakiego dverga pyta wielebny?

Kanut:
Nie o dverga, tylko o tego niskiego człowieka. Barki go zdradzają i linia torsu.

Trudelloch:
Nie jestem pewny o kogo chodzi doktorowi.

Kanut:
To podejdźmy i pokażę ci z bliska krasnoludzie.

Trudelloch:
Oczywiście, lecz trzeba uważać, bo…

Narrator:
Trudelloch wskazał swoją obłoconą do kolana nogawkę i cały spód swej peleryny.

Trudelloch:
… pola Kleks są bardzo zdradliwe.

Kanut:
I tak będzie trzeba ich przesłuchać. Kim był szósty dverg?

Trudelloch:
Ten stojący obok tego cherlawego. Nazywa się Brokk „Kop w Rzyć” Mortssønn. Co do przesłuchania, to nie jest ono wielebny konieczne. Cóż mogą oni powiedzieć? Ślad znaleźli, wytropili i zabili.

Emeryk:
Wszystko co mogliby powiedzieć leży tu zbroczone posoką. Nie będziemy marnować czasu.

Kanut:
Ostatnio krasnoludzie zarzekałeś się, że nie wiesz, czy odszczepieniec jest w mieście. Teraz twierdzisz, że ten, jak to ująłeś cherlawiec, to nie on. Przecież widzę z tej odległości, że pod brodą skrywa się fizjonomia człowieka.

Emeryk:
Wielebny! Wpierw nasza misja, później prywata. Dvergowie ze zwiadu musieli od wieczora być czujni, w nocy stoczyli bitwę, a teraz jeszcze zabezpieczają miejsce jatki. Nie będziemy dziś szukać twojego odszczepieńca, bo jego miłość będzie najpóźniej po śniadaniu musiał poznać status quo. Reszta to na ten moment fintifluszka.

Hekehard:
Herold von Richtenberg ma rację. Zakończmy analizę stanu rzeczy, bo słońce jest coraz wyżej, a na razie znamy tylko część sprawy. Jak przebiegło to starcie? Widać, że trup ścieli się w tamtym miejscu i tutaj.

Trudelloch:
Dvergowie natknęli się na bestiatów po tamtej stronie, a następnie ich wyśledzili kierujących się do tego siedliska. Gdy zapłonęły zabudowania rzucili się na ratunek biednym wieśniakom korzystając z rozproszenia uwagi. Wpierw trójka wyszła w tym kierunku przyciągając na siebie środek kolumny zwierzoludzi, a następnie, gdy bestiaci zaczęli cofać się ze strony podpalonych zabudowań i ci z tyłów zaczęli dochodzić, to w tamtym miejscu z flanki uderzyła druga trójka. Tutaj doszło do stłoczenia się oponentów, przez co nie mogli wykorzystać przewagi liczebnej, ale siłą zaczęli spychać naszych w tamtą stronę. Przebicie nie udało się do końca, bo dvergowie od pierwszego kontaktu ubijali nadciągających przeciwników. Po tamtej zaś stronie doszło do bitwy statycznej i po prostu każdego szarżującego bestiata sieczono, nim zdążył się ustabilizować frontem z pozostałymi adwersarzami. Od tej strony napływali kolejni odmieńcy, ale nie było im dane zewrzeć się na tyle, aby stanowić zagrożenie dla tej pierwszej grupy. Dopiero pod koniec ruszyły urgony i gnollotaur, lecz było już zbyt późno na zmianę sytuacji na polu bitwy. Sytuacja rozstrzygnęła się w zasadzie w momencie, gdy drugi rzut został obezwładniony. Co prawda dvergowie przyznali, że ten urgon zakuty w żelazo namieszał trochę na polu bitwy, ale wystawił się zbyt pewnie na przedzie i nie mając osłony bocznej po prostu legł pod wpływem celnego uderzenia. Prawdopodobnie w swej zwierzęcej głupocie nie przewidział, że można trafić go w witalne punkty, pomimo ukrycia pod zbroją. Zasadniczo powaleni odmieńcy nie wykazali się kunsztem taktycznym. Moim zdaniem byli dedykowani do szlachtowania wieśniaków, a nie symetrycznej batalii z dvergami. W pewien sposób może zawarzyło tu podjęcie walki w warunkach zaskoczenia wroga i jego rozproszenia na polu, przy koncentracji sił drugiej strony, ale nie jestem specjalistą od bitew, więc poprzestanę na tych uwagach.

Hekehard:
Wiemy, że bestiaci przybyli tu pod osłoną nocy, aby spalić sioło i winę zrzucić na krasnoludów. Cel tego zajścia jest oczywisty – wprowadzenie antagonizmów między regimentami połączonych armii. Obniżenie morale lub wyłączenie krasnoludzkiego Halbheer to dodatkowe punkty zwycięstwa dla naszych oponentów.

Emeryk:
Myślicie Mistrzu Hekehardzie, że to sprawka Rheinlandu?

Hekehard:
Nie ma na to dowodów, lecz myślę o innym oponencie.

Narrator:
Gdy już Hekehard otworzył usta do kontynuacji wywodu wtem zza dymów pogorzeliska wyłoniło się sześciu jeźdźców, z czego na przedzie jechał łatwo dostrzegalny jegomość z tarczą, na której widniał herb „Proso” – Srebrzysty kłos prosa na zielonym tle. Nikt ze zgromadzonych nie miał najmniejszej wątpliwości, nawet nie wiedzący w ogóle o czym mowa krasnolud Gromil „Skałodrąż” Figgimssønn, że oto nadciąga champion Johann zu Kleks – pan tych włości, a przynajmniej tego co z nich zostało. Kłusem dotarł do zgromadzonych i nieszczególnie gwałtownie wyhamowawszy zeskoczył z młodzieńczą werwą z siodła, aby uczynić taktowny ukłon. Jego przywitanie było nienaganne.

Emeryk:
Zaiste, młody championie, którego ramię nie zadrżało na polach chwały, ni razu nie zwątpiło w sprawiedliwość klingi — widok twej postaci w tymże miejscu, w godzinie tak świeżej, a bolesnej, jawi mi się jako znak Mymkrafta, iż popiół nie jest końcem, jeno zapowiedzią nowego żaru. Choć włości twoje legły w płomieniu, a cień pogorzeliska wciąż kładzie się na duszy tej ziemi, niechaj wiedziesz, iż duch twój, nieułomny, stoi prosto, jak chorągiew wiatrem nieugiętym targana. Nie padła wszak ziemia ta ni w czci, ni w pamięci – świadkowie byli, a ja pomnę i rzeknę, com widział i słyszał, przed tymi, co słuchają z tronów. Pomny bądź tego, iż ni tytuł, ni herb czynią męża wielkim, jeno to, jak z popiołu wstaje, i jak trzyma głowę, gdy wszystko wokół niej chyli się ku ruinie. Przeto, chylę głowę nie przed rycerzem w blasku triumfu, lecz przed wojownikiem, który pośród zgliszczy niesie głos dziedzictwa. Miej przeto świadomość, iż nieśmiertelne słowo będzie ci towarzyszyć, a ci, co teraz szeptem wspominają twój dom, wkrótce głosem donośnym wymawiać będą twoje imię.
Johann: Rad jestem waszych słów heroldzie i tego żeście mości panowie raczyli tu przybyć tak wcześnie. No kurwa, moje pole… sfajczyły mi chuje pole, chałupę i resztę zabudowań. Szlag trafił też inwentarz. Okadziło mi żonę i dzieciaka, a matula do teraz nie może dojść do siebie. Nosz… przynajmniej moi z rodziny przeżyli, chociaż pochlastały mi kurwie dwóch kmieci i jeden chyba zbyt złego powietrza się nawdychał podczas ratowania, bo leży nieprzytomny już którąś świecę. Jeśli będzie dychał, to może wielebny doktor Kanut rzuci na niego swym uczonym okiem.

Narrator:
Emeryk von Richtenberg nie zwrócił uwagi Johannowi na jego język, chociaż drzewiej czynił to bez wyjątku. Specyfika sytuacji jednak wymagała tego, aby tym razem pozwolić pofolgować emocjom.
Ostatnio zmieniony przez Pythonius 2025-06-01, 23:35, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2025-06-01, 23:22   

Hekehard:
Również łączę się z tobą championie w bólu po stracie. Lecz nim zwolnimy wielebnego do pomocy kmieciom, zajmijmy się sprawami ważnymi. Najwyżej zapewnimy kmieciowi ostatnią posługę i kir.

Johann:
Dziękuję czarowniku.

Kanut:
Zawierz w Mymkrafta i to, że niesprawiedliwości karze on po tysiąckroć. Synu mój w wierze i rozumie, nie lękajcie się ciemności, która dziś was otacza, albowiem w mądrości Najwyższego nie ma przypadku ni bezcelowego cierpienia — wszystko, co się dzieje, dzieje się z przyczyny, choć nie zawsze dana jest nam łaska ją pojąć. To, co nazywamy dziś złem, może być tylko cieniem dobra większego, jeszcze nieobjawionego, a to, co boli, oczyszcza i ku cnocie prowadzi. Czyż złoto nie wypala się w ogniu, a miecz nie hartuje w uderzeniach? Mymkraft, który nie stworzył zła, dopuszcza je, by z wolnej woli człowieka mógł narodzić się wybór — a z wyboru, chwała. Przeto, nie bluźnijmy dziś zwątpieniem, gdy ziemia drży pod stopami, nie przeklinajmy, gdy bliscy padają w popiele, lecz spójrzmy wzwyż i pomnijmy, że bóg, który rządzi światem, widzi dalej niż my, a z każdej próby może uczynić drogę ku zbawieniu. W chwili trudu dusza wzrasta, a wierność niewzruszona ma większą wartość niż tysiąc wygód bez walki. Idźcie więc, nasz championie, jak ci, co wierzą nie tylko w sprawiedliwość niebios, ale i w sens każdego bólu, który z ufnością został uniesiony.

Johann:
Wierzę, że dojedziemy tych skurwysynów wielebny ojcze. Z bożą pomocą oczywiście.

Trudelloch:
Już się zdążyliśmy dziś przywitać z championem. Nie ukrywam jednak, że moje słowa bledną w obliczu kunsztu herolda i wielebnego.

Hekehard:
Wiesz championie cóż tu mogło się wydarzyć?

Johann:
Skurwiele co tego minotryta, czy jak mu tam było, co pokotem położony na dziedzińcu w Virnburgu był, to jego komilitoni… dobra wróć, bo mnie herold poprawi... jeszcze raz. Minotryta czy tym tur tura ubili krasnoludowie, a później śladem jego podążyli: ten krasnolud, co tam z poparzoną łapą stoi i sześciu Strażników Szlaków. Dowodził Eryk z Ortfeldu, który tam przy koniu stoi. Ja już wszystko wiem. Drugiego dnia sierpa, gdy dniało to ruszyli oni z krasnoludem Pogorzelcem, jak go kurwa teraz rozumiem, i z uwagi, że był on nawet biegły w tropieniu i dostał polecenie pomagać, to poleźli z nim po śladach. Ogary chwyciły trop i jakoś im to poszło. Czwartego sierpa wyruszyła armia, a tropiciele byli wówczas przy rzece Rivdem. Bo zwierzoludzie nie kierowali się wtedy do brodu na rzece, tylko bardziej w kierunku południowym, tak jak szlak do Gründem prowadził, przy czym odmieńcy cały czas szli ostępami, a nie szlakiem. Tam się przy rzece z początku trop urwał i całe dwa dni szukali oni jak się tamci przeprawiali. A okazało się, że mieli tratwę no i spłynęli nią do rozlewiska przy Westenlodirn. No bo tam jest bród, więc pogoń przeszła i wtedy odkryto tratwę, bo tak by już wrócili z raportem. To pewnym było, że tamci nie będą podróżować rzeką, bo zbyt wiele osad jest po drodze, a kmiotki ciekawskie są i armii wyglądali przy robotach.

Emeryk:
To trochę zaskakujące, aby te bestie korzystały tak rozmyślnie z taktyk unikania gapiów, ale kontynuujcie championie.

Johann:
Siódmego sierpa wyminęli wieś Fäller i dalej po tej stronie rzeki tropili zwierzyniec. We wsi został jeszcze jeden ze Straży Szlaków, co z armią podróżował, ale mu się akurat dziecko rodziło, więc dostał dwa dni wolnego i konia, aby dobić do bagien Nass i tam wziąć przeprawę. No to zwerbował go Eryk i wtedy byli już w siódemkę oraz karzeł. Syna w ogóle ma. Później ósmego sierpa były wyraźne ślady i już wiedzieli nasi, że tamci ścigają armię, ale szybciej zdejmowaliśmy wartownie po tej stronie rzeki, niż oni, znaczy tropiciele, do nich dochodzili. Nasi nie mogli się przeprawić przez rzekę, bo tam nie ma gdzie. Dopiero wieczorem ósmego był pierwszy kontakt wzrokowy, bo ten duży, co jak psisyn wygląda trzymał się na tyłach. No, ale później wiatr był niekorzystny, więc nasi nie podchodzili. W nocy z ósmego na dziewiątego sierpa jak nasi obozowali tam na wschód, to dojrzeli łunę światła od mojej pożogi, więc się zebrali wszyscy i na koniach pognali. Gdy dotarli, to na placu boju było tylko sześciu karłów oraz te wszystkie trupy. Górale wybili tych zwierzoludziów, a ten z młotem co tam stoi, to rozwalił tego rogatego, który nimi dowodził.

Narrator:
Johann podszedł do jego z trupów i kopnął go. Był to urgon odziany w żelazną zbroję, która również ochraniała jego jeleniowatą głowę, a przy którym leżał długi miecz.

Johann:
Moi tu w lamenty i w ogóle, że ich krasnoludy napadły, bo te kurwie… o tu proszę… poprzebierali się za krasnoludów. Pewnie jeszcze te bronie co w zapasach mieli, to podrzucić chcieli, aby moi co przeżyliby pluli na karły. Matula cały czas mówi, że to były krasnoludy, ale to tych bestii, co tu truchła są, to się nie zbliża, bo mdleje jeszcze. Spalili mi sioło w operacji konspiracyjnej co się fałszywa flaga nazywa. No, a dziś mamy dziewiątego sierpa i trzeba tu zrobić porządek. Tropiciele mówią, że jak się jakieś dziadostwo jeszcze odłączyło od stada, to najwyżej jedna sztuka i na pewno nic w rozmiarze jak ten psisyn, bo wielkie ślady były tylko jedne, a co do reszty to patrzta… O tu i tu proszę i tam.

Narrator:
Johann pokazywał kopyta i bestii.

Johann:
Ten jeden to musiał się odłączyć i to wczorajszej nocy, przy czym nie był to zwierzoludź, bo oni wszyscy w kopytach, nawet ten psisyn, a tropiciele widzieli ślady butów.

Hekehard:
Ślad butów? A to nowość.

Johann:
No ja mówił przecież, że już wszystko wiem.

Hekehard:
To jeszcze powiedz, kto za to odpowiada.

Johann:
Już mówię.

Narrator:
Zapadła cisza, której nie śmiały nawet zakłócić lamenty od strony pogorzeliska, ani ptactwo bagienne. Wzrok skupił się na młodym championie, który z wielką pewnością siebie odpowiedział.

Johann:
Ada Braun.

Narrator:
Powiał lekki wiatr, który przewiał resztki porannej mgły zmieszanej z dymem między zgromadzonymi. Konie odsunęły się od championa, a jego własny trzymany za uzdę niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. Gdzieś w oddali ze strachem zaszczekał pies, a ukryte w gęstwinie po zachodniej stronie pola kaczki wzleciały stadnie w niebo. Przez chwilę słychać było jak pod żelaznymi i stalowymi zbrojami zgromadzonych tu zbrojnych biją ich serca, niczym bębny, a metal, który ich chroni tym razem tylko potęgował ten efekt. Na twarzy zaś niemowy krasnoluda Gromila pojawił się grymas trwogi, gdyż chociaż nie rozumiał on języka ludzi, to te dwa słowa były mu znane jako klątwa, która sprowadziła nieszczęście na klan Srogich Pięści. Krasnolud mocniej ścisnął urobione pracą dłonie na rękojeści buzdyganu, a jego nogi zadrżały. Wszystkich zaś okrył na moment cień, gdyż na tarczy słońca pojawiła się akurat chmura, przez co kolory wpierw zbladły, aby natychmiast przybrać ciemniejsze barwy. Zapadła nad wyraz długa i męcząca wszystkich cisza, którą ośmielił się przerwać dopiero uczony ze stolicy Malburgii.

Kanut:
Też o wiedźmie myślałeś wcześniej mistrzu Hekehardzie?

Hekehard:
Tak. To wydaje się na razie dość dobrze uzasadnione, lecz jeszcze nie udowodnione. Po prostu najłatwiej to uprawdopodobnić.

Johann:
Bo to wygląda tak, że suka robiła knowania przeciw krasnoludom i ma te bestie na usługach. Karły dowiedziały się o spisku i na pewno wie ona, że teraz to będą chciały ją tylko zabić. No i u nas stosik dla niej już cieplutki czeka, więc najbezpieczniej byłoby dla niej skłócić nas z krasnoludami. O to nie trudno przecie, bo gdym tylko z matulą się rozmówił, to mi ona od razu wygarnęła, aby bić krasnoludów. No, ale ja patrzę, że to nie krasnoludy leżą porozwalane, bo gdy tylko się jatka skończyła, to z naszych zwiadowców dwóch jeszcze w mroku pojechało nad rzekę z tym krasnoludem Pogorzelcem, co go dobrze rozumiem, znaleźli przeprawę i szybko do jego miłości. No, ale mnie przecie szybciej zbudzili, abym decydował jako champion co zrobić i sam zadbałem o dobry sen naszego miłościwie nam panującego i żem sam tu przybył wraz z tym krasnoludem z poparzoną ręką, i tym tu tropicielem ze Straży Szlaków. A drugi przy przeprawie czekał, bo od razu krasnoludowie, z tym tu Trudellochem się doczłapali. No i po was mości panowie posłałem, bo w sumie jako piąta kompania tu trafiliście. O czym to ja… tak. No, ale ja patrzę, że to nie krasnoludy leżą porozwalane, tylko te bestie, a nasi mi mówią, że dotarli na koniec walki i widzieli, że tych świniuków, bo tak ich nazywamy, nie upiększali. No i ja myślę sobie, jaki interes miałyby karły, aby palić mi sioło, i że matula chyba źle widziała, bo jak żem wziął jedną z tych bród, i pytam matuli czy taki krasnolud się kręcił, to powiedziała, że tak, ale to była przecie sztuczna broda.

Hekehard:
Dziękujemy ci championie za tak wyczerpującą relację.

Emeryk:
Czy to na pewno Ada Braun? Czy to ślady jej butów odnaleźli tropiciele?

Johann:
No właśnie tropiciele nie są pewni, bo ślad był mniejszy od stopy tu stojącego Eryka, ale nie tak mały jak u kobiety. No, ale przecież zła baba mogła ukraść komuś buty, aby zmylić pogoń.

Kanut:
Porównano głębokość śladu i wagę ściganego?

Narrator:
W tym momencie stojący obok Eryk nie odważył się pod srogim spojrzeniem wielebnego przemówić. Jego twarz zdradzała jednak niewiedzę, jakby nie wiedział o co chodzi.

Kanut:
Korzystając z metody nauk przyrodniczych, a dokładniej z punktu widzenia biomechaniki terenowej, głębokość zapadania się stopy w grząskim podłożu jest w przybliżeniu proporcjonalna do jednostkowego nacisku wywieranego przez tę stopę, a więc stosunku masy ciała do powierzchni styku podeszwy z podłożem. Jeśli założymy, że długość stopy koreluje liniowo z jej powierzchnią kontaktową — co przy zachowaniu podobnych proporcji budowy anatomicznej jest uzasadnione — wówczas powierzchnia stopy rośnie w przybliżeniu z kwadratem jej długości. Jeśli mamy tu do czynienia z dwoma osobnikami poruszającymi się z podobną prędkością marszową w identycznych warunkach terenowych, a pierwszy z nich, o masie ciała wynoszącej, jak patrzę na stojącego obok was championie Eryka, siedemdziesiąt dziewięć kilogramów i długości stopy równej, nich zmierzę… dwadzieścia siedem i pół centymetra, pozostawiłby w podłożu ślad o głębokości dajmy na to - dwóch centymetrów, to drugi natomiast, lżejszy osobnik, o masie zgodnie z opisem Ady Braun jaki mamy - pięćdziesięciu kilogramów i długości stopy, może w takim razie dwudziestu pięciu centymetrów, skoro to tylko trochę mniejszy but, ale jeszcze nie kobiecy, to wykazuje relatywnie mniejszy nacisk jednostkowy ze względu na niższy współczynnik masy do pola powierzchni podeszwy. Po przeliczeniu proporcji nacisku i przy założeniu podobnej struktury gruntu, głębokość zapadania w przypadku Ady Braun obutej w but o takiej długości, wynosi około jeden centymetr i czterdzieści sześć setnych. Gdy porównujemy dwie osoby, możemy obliczyć, jak głęboko zapadnie się stopa jednej z nich, znając dane drugiej – jej wagę, długość stopy oraz głębokość pozostawionego śladu. Wówczas głębokość śladu drugiej osoby wyznacza się proporcjonalnie do iloczynu jej masy i kwadratu długości stopy pierwszej osoby, a całość dzieli się przez iloczyn masy pierwszej osoby i kwadratu długości stopy drugiej. To zjawisko dobrze ilustruje zależność między mechaniką statyczną a anatomiczną skalą nacisku przy ruchu jednostajnym na podłożach miękkich. Skoro jednak tego nie uczyniono, to straciliśmy dowód na wykluczenie Ady Braun z kręgu osób, które osobiście prowadziły stado. Przypominam, że dowód przeciwny byłby tu jedynie poszlaką na rzecz wiedźmy, bo wiele osób może mieć podobne parametry ciała. Dodam również, aby nikt mnie źle nie zrozumiał, ale tylko ktoś ewidentnie od niej lżejszy by wykluczał tę wiedźmę z kręgu podejrzanych, bo może zdarzyć się tak, że obładowana tobołkiem wiedźma zostawiałaby ślady głębokie jak mąż.

Hekehard:
Dowodu więc nie mamy, ale co do sprawcy całego zamieszania, to bardzo prawdopodobne, że to Ada Braun. Miała powody i narzędzia.

Johann:
Gdyby okazało się, że to wiedźma Braun maczała w tym palce, to czy mógłbym od jej ojca żądać zadośćuczynienia?

Emeryk:
Musiałbyś wpierw wycenić swe krzywdy, ale najpewniej chodzi ci o odszkodowanie, bo tu doszło do damnum emergens. Krzywdy są tu akurat akcesoryjne. Gdyby jakimś sposobem baba Braun dziedziczyła po swym ojcu, to mógłbyś zaspokoić swoje roszczenia, tak jakby, z jego majątku. Osoby podległe jednak skazaniu, a szczególnie w procesie prawa kościelnego, nie mogą liczyć na spadkobranie, więc raczej grzechy ojca à rebours nie będą mogły się tu skrystalizować. Dylematu Farewella mieć nie będziecie championie.

Johann:
Czego dylematu?

Hekehard:
Raczej kogo. To akurat z „Grzechów Ojca” i oznacza zmierzyć się z trudnym, moralnie złożonym wyborem, w którym żadna z opcji nie jest wolna od cierpienia, poświęcenia lub zdrady własnych wartości, lojalności bądź uczuć. Znaczy tyle, że nie musicie championie wikłać się w jakieś działania, bo alternatywa do niedziałania w sprawie oznacza stratę.

Johann:
Najwyraźniej herold raczy się ze mną przekomarzać.

Emeryk:
Naprawdę tak uważacie championie? Może to tylko sprawdzian? A w każdym razie, to już kolejna zbrodnia, której się dopuściła wiedźma Braun. Ze swoimi knowaniami wraca do nas niczym Pelios ze śmierci.

Johann:
Nie rozumiem tego. To pewnie znów z tych podań.

Hekehard:
Tak, Pelios to postać z legend Sorii. Wielokrotnie był na granicy umierania i często tę granicę przekraczał. Niezależnie od tego czy zamieniony w kamień, czy podzielony na liczne kwadraciki jakoś wracał do żywych, aby dalej knuć swoje mroczne intrygi. Tutaj paralela dotyczy tego, że coś niedobrego powiela się po wielokroć.

Kanut:
Jakby podliczyć te zbrodnie, to będzie rzeczywiście całkiem długa lista. Zaczynając od tego, że w Mauerburgu zeszłej jesieni otworzono blisko sto grobów i najprawdopodobniej ożywiono zmarłych, a w Weirandzie, maczała palce w uśmierceniu przeoryszy Olgi z klasztoru świętej Winandy. Później ożywienie zmarłych w Bradenmarku i konszachty z tamtejszym Leśnym Diabłem. Rzeź we Frabern i zabójstwo uprzednio zdeprawowanej Alicji zu Vogtritter. Okultystyczny rytuał w Bradenmarku, zaginięcia dzieci w Ostwaldzie, konszachty z wiedźmą Mildredą z bagien Klöm, opętańcem Reichsfreiherren Aegidiusem von Reisem. Przy czym to tylko czasami czasowe powiązanie, gdyż kult Morfistenosa, oraz kult Nehir Nuzula są dla siebie konkurencyjne i nic nie świadczy o tym, aby współpracowały. Kolejne konspiracje, tym razem z Prorokiem Cieni, wstrętnym szczuroczłekiem, którego rasa należy do denominacji Nehir Nuzula, tam zwanego Kom’mula Eluk, co na nasz język oznacza tyle co „Pradawny Szczur”. Później już tylko napaść na górali w Srogotach i ściągnięcie na nich klątwy oraz ostatnie wydarzenia, czyli próba skłócenia sojuszników podczas wojny.

Emeryk:
Nie trzeba tu być najwybitniejszym jurystą w landzie, aby dostrzec tu zgodnie z konstytucją karolińską przynajmniej ośmiokrotną karę śmierci, a zgodnie z kanonem episcopi przynajmniej pięciokrotne palenie na stosie.

Kanut:
Dobrze to liczycie heroldzie.

Johann:
Za spalenie mi sioła zatłukę kurwę, nim trafi pod sąd.

Emeryk:
Wykażcie więcej powściągliwości championie. Nie do was należy kwestia baby Braun, gdyż nie jesteście Landgrafem ani tym bardziej Wielkim Kapłanem. To kwestie wagi stanu, więc prywatne wendetty należy odpuścić i w ich miejsce wprowadzić prawo.

Trudelloch:
Wiedźma jeszcze się tu pojawi. To bardziej jak oczywiste. Jej intrygi jeszcze splotą się z naszymi drogami. Zgadzam się z jego dostojeństwem heroldem, że wykazanie się samowolą może przynieść tyle dobra światu, co Baiken za pomocą Torgina.

Johann:
Czyli niewiele?

Hekehard:
W podaniu „Zrządzenie losu” Baiken kierowana empatią pomogła Torginowi. Brutalność Gru'htara okazała się bowiem zbyt wielkim wyzwaniem dla tego mistycznego jora, ale przez tę samodzielność do świata wrócił nosiciel demona. Torgin był bowiem opętany inkarnacją złego ducha - Amoka. Ostatecznie dobre serce Baiken kosztowało ją życie, a was championie konfrontacja z wiedźmą może kosztować duszę. Poza tym nie jesteśmy w stanie ustalić teleologicznie w czym sprawa i jakie będą jej dalsze knowania, dokonałem wraz z moimi konfratrami wstępnej analizy tego o co może chodzić wiedźmie, więc może mamy jakiś trop.

Trudelloch:
I do czego doszliście mistrzu?

Hekehard:
Do tego, że potrzebujemy znacznych ilości amorficznego szkła krzemionkowego odpornego na kontaminację izotopową, aby wyśledzić wiedźmę po odkształceniach wzorca, które zostawiają jej słudzy. Sama wiedźma jest zaś kolejną stroną konfliktu, który ma związek z zamknięciem elfickich enklaw. Elfowie szykują się na wojnę, podobnie jak i my. Na północy zaś pojawiły się artefakty Cailleachów . Naczynia Krwi, które mogą odtworzyć struktury sterowalności armii Strażnika, a tym samym doprowadzić do drugiej inwazji.

Kanut:
Cailleachowie to onegdaj istniejąca frakcja elfów, z którymi walczył za życia nasz pan bóg Mymkraft. Z tego co wiemy z historii, to elfowie byli po naszej stronie podczas ostatniej inwazji Strażnika. Dowodów jest tego więcej niż potrzeba do nabrania pewności noetycznej. Mam nadzieję, że ktoś przynajmniej uzasadni, dlaczego nasi zamierzchli sojusznicy nagle mieliby dokonać odwrócenia sojuszy.

Trudelloch:
Elfowie byli po swojej stronie wielebny. Ja i ponad połowa tam stojących dvergów walczyliśmy w tej wojnie. Chociaż byliśmy młodzi, to pamięć mamy niczym wyryte runy w skałach. Czas ich nie zamazuje. Elfowie nie są sojusznikami, tylko przebiegłą rasą, która głęboko w sercu chowa pragnienie powrotu do dominacji nad światem, jaką mieli nim chodzący po ziemi Asterion zmiażdżył ich w miejscu, które dziś zwie się Erxen. Dla nas to dwa tysiące lat, lecz dla nich ledwo chwila.

Kanut:
Rację masz krasnoludzie, że dzieci lasów działali dla swego interesu. Nie rozumiem jednak jaki interes mieliby w wywoływaniu kolejnej inwazji. Ich magiczne drzewa w pierwszej kolejności padają pod razami Strażnika. Dość wskazać, że w zniszczonych wschodnich landach uchowały się nasze miasta, lecz nie uchowało się żadne elfickie drzewo.
Hekehard: Nie mamy pewności, ale elfowie zdaje się, że będą prowadzić wojnę między sobą, a przynajmniej takie wieści otrzymaliśmy z dworu w Ostwaldzie. Landgraf Gerarda zu Gestirn-Ostwalda już działa w tej kwestii, gdyż ma tytuł protektora elfów, a tytuł ten zobowiązuje. Może niektórzy elfowie marzą o pięknym samobójstwie, a inni godzą się na życie w swych enklawach?

Emeryk:
Jaki interes w tym może mieć zła baba Braun?

Hekehard:
Naturalny.

Johann:
Wyrazisz się jaśniej magiku?

Hekehard:
Przyroda nie pozostawia pustych nisz. Jeśli dojdzie do drugiej inwazji Strażnika, to znów istnienie Siegvaardu będzie zagrożone, a jeśli przegramy, to w miejsce pustki wejdą złe moce. Czy to elfowie, czy jorowie, to już nie będzie nasz problem, bo nas nie będzie, ale wiele mrocznych mocy może skorzystać na naszej zgubie.

Kanut:
Na czym wasza konfraternia opiera takie domysły?

Hekehard:
Na razie na poszlakach i dwóch wiecznych regułach. Pierwszej, że jeśli intencje nie są znane, to trzeba przyjąć, że są najgorsze z możliwych. Nie patrzcie na mnie oczyma ludzi biegłych w prawie, opowiadam o kategoriach politycznych. Druga reguła to taka, że każda siła dąży do rozrostu i kooperuje tylko wtedy, gdy może jej to przynieść dalekosiężną korzyść, a gdy tego nie czyni, to przegrywa wyścig o istnienie z tymi siłami, które się poddają tej regule.

Emeryk:
Idąc tym tokiem myślenia powinniśmy rozważyć obecność krasnoludów po naszej stronie, ale jak dobrze wiecie mistrzu Hekehardzie istnieje jeszcze jedna z ważnych reguł. Przyjąć należy, że istnieje honor, a ten pokonuje nawet śmierć.

Hekehard:
Honor to dla mnie przesłanka ledwo osobista, ale na pewno nigdy polityczna. Próba wprowadzenia honoru w sferę polityczną kończy się zwykle jego instrumentalizacją — staje się on narzędziem propagandy, a nie rzeczywistym imperatywem moralnym. W tym sensie honor jest wartością przed-polityczną — zakorzenioną w etyce, a nie w strategii.

Kanut:
Poszlaki to trochę zbyt mało, a powoływanie się na drugą inwazję wydaje się być bajką do straszenia dzieci. Siły Strażnika zostały rozbite, a nim zbierze on kolejną armię będą musiały minąć jeszcze dziesięciolecia, jak nie stulecia. Poza tym naukowo opisano te armię Strażnika i różni się ona istotnie od naszych armii. Składając się w znaczącej części z bezmyślnych, niepodlegających dyspozycjom intelektualnym bestii i stworów, nie może być wykorzystana bez odpowiednio gęstego łańcucha dowodzenia, które w tym wypadku polega na bezpośredniej kontroli, której bliżej do władztwa nad marionetką, niż do władztwa nad żoną.

Emeryk:
Z tego powodu po zniszczeniu średniego szczebla dowodzenia rozsypała się armia północ w serii bitew Vorseeburgskich. Tutaj wielebny Kanut ma absolutną rację. Do kontroli stanu armii Strażnika nasz najwyższy z najwyższych Kaiser nawiązał stałą współpracę z Imperium. My nie wiemy, jak wygląda sytuacja, ale dwór cesarski trzyma rękę na rękojeści miecza, aby skutecznie uciąć wszelkie problemy w zarodku. Gdyby istniało zagrożenie, to dziś nie byłoby nas w drodze na konflikt wewnętrzny, tylko oddawalibyśmy chorągwie do manewrów po wschodniej stronie Hochkaltu.

Hekehard:
Dlatego potrzebne są Naczynia Krwi. Dzięki tym artefaktom można wzmocnić wiele łączy mentalnych i uczynić z różnych względnych podmiotów i przedmiotów jeden organizm, a przynajmniej mamy podejrzenia, że można dokonać takich rzeczy.

Kanut:
Cesarski mag Rubikon umiałby tego dokonać?

Hekehard:
Nie wiem tego, ale z powodów doktrynalnych…

Kanut:
Przynależności do Zakonu Awatarów. Wypaczonego tworu żywego boga, który miast wypełnić jego wolę, pozostał zdewastowaną kpiną z praw najwyższego.

Hekehard:
Przedpola Kleks nie są najlepszym miejscem do prowadzenia dysput eschatologiczno-eudajmonistycznych. Baczcie wielebny na czas i miejsce.

Trudelloch:
Nie zrażajcie się mistrzu. Kontynuujcie.

Hekehard:
Zakon Awatarów ma obowiązek zniszczenia wszelkich prób powrotu hegemonii sidhe. Pierwsze Naczynie Krwi zostało zniszczone przez mistrza Rubikona.

Emeryk:
Skąd jego czarowna ekscelencja je miał?

Hekehard:
Od czwórki śmiałków, którzy odbili je z rąk maszkaronów i wysłani do Malheim wręczyli Rubikonowi. Nazywali się Breg Kramel, Cuthbert Tinuuns Mark Kramel i Olvo „Mętne Sadło”. Mistrz Waldemar był ich opiekunem.

Trudelloch:
Olvo „Mętne Sadło” to lodowy krasnolud?

Hekehard:
Tak. Czy to jeden z tobie znajomych dvergów?

Narrator:
Trudelloch pokiwał znacząco głową.

Kanut:
Widać krasnoludowie znają się tu doskonale.

Trudelloch:
Tak wielebny, nie jest nas tak wielu i plotki szybko się rozchodzą. Za plotkami zaś krąży szczerość. Wszyscy służymy Ojcu, a ten kazał nam pomagać sobie. Gdy więc ziomek z dalekich stron zawita w nasze strony, to jasnym jest, że go poznajemy i pomagamy mu. Reguły te i podobne składają się na prawo gościny.

Emeryk:
Wróćmy do meritum. Masz jakieś uwagi championie?

Johann:
Tak po prawdzie, to nie wiem czy wszystko rozumiem, ale jak diabeł chodzący po naszym świecie, którego zwiemy Strażnikiem, zechce tu przyjść, to jeszcze raz będzie trzeba go rozbić. Rozumiem jednak, że lepiej będzie po prostu uniemożliwić mu przyjście, miast prowadzić z nim wojny, więc może sami na wszelki wypadek spalimy wcześniej wiedźmę? No i może te talerze, o których mówił magik.

Hekehard:
Myślę championie, że one się nie będą paliły na stosie.

Johann:
To zawsze można w nie pierdolnąć kowalskim młotem. No i ten… to je na wszelki wypadek znajdźmy, aby wiedźma nie mogła z nich skorzystać.

Trudelloch:
Chcecie najechać elfickie enklawy championie?

Johann:
Możemy to zrobić?

Emeryk:
Nie.

Johann:
To trochę komplikuje moje plany.

Trudelloch:
Chociaż nie możemy ukrywać, że przy odpowiedniej logistyce połączona armia pod dowództwem jego miłości Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra, przy zapewnieniu odpowiedniej rezerwy mogłaby sobie poradzić z elfami żyjącymi w Urwaldzie.

Kanut:
Czcze marzenia krasnoludzie. Blisko w pięćset dwudziestym roku rheinlandzkie zakony zgromadziły armię piętnastotysięczną w kampanii przeciwko elfom z Unermesslichwaldu. Z tych piętnastu regimentów, które weszły do lasu wyszło ledwo dziewięć. Ilu elfów wówczas straciło życie? Może pięć setek.

Emeryk:
Pragnę się nie zgodzić z wielebnym. Istotnie wojna z pięćset dwudziestego roku może wydawać się kontrowersyjna dla kogoś, kto nie zna się na strategii wojennej, lecz trzeba tu dokonać analizy skutków w ramach konfliktu asymetrycznego. Oczywiście straty zakonów były ponad dziesięciokrotnie większe, niż straty elfów w tej dwuletniej wojnie, lecz trzeba zauważyć, że ostatecznie z Unermesslichwaldu zostały wytępione elfy. Stało się to głównie za sprawą tego, że ówczesny dowódca wojsk zakonnych, generał Ansgar Czwarty Fürst von Salza dobrze skalkulował zjawisko uzupełniania strat w ramach długich kampanii. Mimo konsolidacji ówczesnych elfów z tamtych stron, mogli oni do walki wystawić trochę ponad tysiąc wojska, a po drugiej stronie mieli piętnaście razy tyle.

Johann:
Druzgocząca przewaga liczebna.

Emeryk:
Tak! Von Salza wiedział, że nawet jak straci połowę wojska, a elfowie jedną trzecią, to u niego nastąpi uzupełnienie całkowite w tempie dwudziestu lat z szansą powodzenia ponad dziewięćdziesięciu procent, a przeciwnik będzie potrzebował do tego ponad trzystu lat i jego szansa powodzenia, to mniej jak dwadzieścia procent. Elfowie podjęli walkę i dość szybko zorientowali się, że to oni są ofiarą konfliktu asymetrycznego i mimo ubicia dziesięciu ludzi kosztem jednego straconego elfa, to kontynuowanie konfliktu zakończyłoby się utratą wszystkich wojowników, bez możliwości dokonania ekspansji na terytorium adwersarza. Nie było to bowiem możliwe tak skromnymi siłami, więc pozostała manewrowa wojna obronna. Mimo doskonałej mobilności w obszarach leśnych straty okazały się jednak zbyt poważne i bez szans na uzupełnienie z rezerw, ani interwencję zewnętrzną doszło do kapitulacji. Oczywiście wpływ na to miała również blokada handlowa enklaw przez co zapanował w nich głód, ale więcej elfów ginęło w boju. Jak dobrze wiemy Dzieci lasów porzuciły swoje enklawy w Unermesslichwaldzie i skorzystały z gościny w Urwaldzie. Od tego czasu populacja elfów, zwłaszcza po inwazji Strażnika, nie wróciła do stanu sprzed tej wojny.

Johann:
Książe by tam sobie poradził nie gorzej z tymi elfami niż kiedyś Rheinland. Dobrze poprowadzona bitwa i po sprawie.

Emeryk:
Kampania w Unermesslichwaldzie nie miała żadnej wielkiej bitwy. Cała składała się z wojny podjazdowej elfów wobec nacierającej awangardy przez wypalany las w kierunku enklawy. Elfowie atakowali w dość niehonorowy sposób posyłając najczęściej strzałę w rzyć zbrojnego, gdy ten szedł się wypróżniać. Po pierwszych atakach pancerni przestali oddalać się za potrzebami, a część po prostu defekowała w zbroję, aby uniknąć okaleczającego ostrzału. Dość wskazać, że rychło w armii wybuchła dezynteria, którą podsycała najpewniej elficka magia. Większość ofiar tej wojny po stronie ludzi, to po prostu ofiary chorób wojska. Ta sprawa się ustabilizowała, gdy po prostu von Salza wycofał wszystkie rezerwy poza bezpośredni kontakt walk w lesie. Wówczas dochodziło do liczniejszych potyczek, ale ocalono trzon armii i wygrano kampanię. Podjęto przeto decyzje strategiczne zgodne z nauką.

Kanut:
Nauka mówi, że nie warto wszczynać wojen, których nie umie się zakończyć. Nie widzę istotnego powodu, aby wikłać się w jakąś poboczną wieloletnią kampanię. Takie działanie przeczy logice. Bez oparcia strategicznego celu wojna staje się czymś irracjonalnym. W takiej sytuacji eskalacja przemocy nie prowadzi do żadnej przewidywalnej korzyści, a jedynie zużywa zasoby, ludzi i legitymizację polityczną. Każda wojna powinna mieć punkt rozstrzygnięcia oraz architekturę powojenną, którą da się zaprojektować, zanim padnie pierwszy rozkaz natarcia. Bez tego wojna jest ruchem nie w stronę zwycięstwa, lecz w stronę chaosu, a ten, kto nie zna ścieżki wyjścia, staje się więźniem własnej decyzji o wejściu. To jest zgodne z nauką.
Emeryk: Decyzja o rozpoczęciu wojny często wynika nie z kalkulacji matematycznego końca, lecz z presji politycznej, moralnej, społecznej lub psychologicznej — gdy sytuacja dojrzała do punktu, w którym niedziałanie grozi większą stratą niż działanie. Chyba się co do tego zgodzimy.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2025-06-01, 23:28   

Trudelloch:
Mój dawny mentor, Jovin „Dębowy Topór” Brondssønn z klanu Abadarów, nie uważał za poprawne analizowanie wojny w kategoriach naukowych. Mawiał on, że wojna, choć nasycona technologią, logistyką i kalkulacją, w swej istocie pozostaje domeną nieprzewidywalności, decyzji podejmowanych w chaosie i konieczności reagowania na zmienne, których nie da się ująć w sztywny wzór. Przestrzeń walki nie jest równaniem do rozwiązania, lecz sceną, na której liczy się intuicja, wyczucie rytmu operacyjnego i zdolność odczytania intencji przeciwnika — często jedynie na podstawie niepełnych danych. Dlatego wojna bliższa jest sztuce niż nauce: dowódca przypomina kantora, który z ograniczonego zestawu melodii i słów tworzy dzieło dla zgromadzonych tu i teraz, gdzie każda nuta musi być odpowiedzią na zaśpiew i wezwaniem do kolejnego zaśpiewu. W tym nie wystarczy znać parametry sprzętu ani przeanalizować wykresy — trzeba umieć czuć przestrzeń walki, wyprzedzać przeciwnika nie tylko intelektualnie, lecz również emocjonalnie i moralnie. Równocześnie, choć wojna korzysta z narzędzi nauki i techniki — jak alchemia, inżynieria, materiałoznawstwo, przyrodoznawstwo czy kalkulacja — to sposób, w jaki decyzje są podejmowane, przypomina bardziej akt improwizacji niż wynik formuły. Dowodzenie w warunkach wysokiej niepewności i presji wymaga nie tyle algorytmu, co doświadczenia, wyobraźni i odwagi. Przeciwnik bowiem nie jest biernym obiektem badania, lecz myślącym, adaptującym się aktorem, który sam prowadzi grę. W takim układzie to narracja operacyjna, zdolność kreowania inicjatywy, rytmu i obrazu sytuacyjnego — stanowi klucz do zwycięstwa. Nauka daje podstawy, ale to sztuka czyni z tych podstaw skuteczne narzędzie przetrwania i dominacji.

Emeryk:
To zdaje się, że pochodzi z listu Brondssønna do księcia von Lichke. Podejście imiennika twego brata zdradza długą tradycję prowadzenia wojen waszego ludu i wysokiego namysłu nad ramami konfliktu. Dajmy dowód skuteczności tej myśli w tym, że wspomniany „Dębowy Topór” doskonale poprowadził kampanię przeciw orkom Czarnej Plamy, a siedemnastego dnia uśmiechu kwiatów sześćset trzydziestego szóstego roku ostatecznie starł klan Czarnej Plamy w bitwie nad rzeką Rich. Już ponad sto pięćdziesiąt lat południowe marchie nie muszą mierzyć się z większym zagrożeniem ze strony potomków Orkusa.

Kanut:
Nie mniej nie takie powinno być nasze zajęcie intelektualne. Ostateczną decyzję podejmie jego miłość, lecz nie liczyłbym na to, aby ta armia weszła do lasów, nawet jeśli uzasadniałoby to poszukiwanie tych Naczyń Krwi, o których wspomniał mistrz Hekehard. Pogódź się z tym Cwany krasnoludzie, że wojny z elfami nie będzie, chociaż po tysiąckroć byłaby ona lepszym rozwiązaniem, niż wojna między Malburgią a Rheinlandem.

Trudelloch:
Może wojny z elfami nie będzie, lecz próbować zawsze warto.

Kanut:
Do takiego żeś wniosku doszedł krasnoludzie? Paradne. Bacz na to championie, że bitwę nad rzeką Rich wygrała jazda Prinz-Generała Arnulfa von Zähringena. Niech nasz morus z gór tak nie obrasta w piórka za sprawą waszej mości von Richtenberg.

Johann:
Jużem słyszał o tej bitwie, co to zwiastowaniem nadejścia diabła była. Toteż wiem o tym, że to nasza jazda ścigała i dogoniła orków, a krasnoludy przyszły na gotowe. O tym Dębowym Toporze tudzież żem słyszał. Ale nie ukrywam, że ta alokucja krasnoluda przypadła mi do gustu.

Kanut:
To nie była alokucja. Prędzej perora.

Hekehard:
Wybacz wielebny, lecz wiele wskazuje na to, że wśród tych admonicji przegapiłeś bardzo rzadkie zjawisko jakim jest dowcip krasnoluda.

Narrator:
Kanut ponownie spojrzał na syna Krwawojatka, lecz tym razem próbował zlustrować jego mimikę, a nie tylko słowa. Krasnolud zachował jednak powagę i nie było sposobu dostrzec na jego twarzy uśmiechu, szczególnie, że każdy uśmiech ginąłby gdzieś pod bujną brodą przysłaniającą usta, a oczy krasnoluda wydawały się tak ponure jak zawsze. Johann i Emeryk zdawali się uśmiechać, podobnie jak zgromadzeni dookoła rycerze i inni zbrojni, którzy raczyli odpowiedziawszy raczej na uśmiech herolda pokazać, że oni też zrozumieli krasnoludzki dowcip. W istocie jednak czarodziej nie przewidział tego, że Trudelloch mówił absolutnie poważnie i starcie z elfami jest dla niego priorytetem.

Johann:
Ty się krasnoludzie znasz na prowadzeniu wojny?

Trudelloch:
Raczej nie. Mój brat za to jest biegły w tej sztuce i to on jest svaglarem krasnoludów, co zresztą już doskonale wiecie championie.

Emeryk:
Przypominam mości panowie, że nie zebraliśmy się tu na frywolne dyskursy, lecz w konkretnej sprawie. Pod naszymi stopami legł pokot zwierzoludziów, a niebawem jego miłość będzie potrzebował informacji do tego, aby podejmować decyzje w sprawie.

Kanut:
Racja jest po twej stronie heroldzie. Czas na konkluzje.

Hekehard:
Na pewno trzeba przekazać informacje o nocnej walce i o związku z zabitym tuertaurem nieopodal Virn.

Johann:
Do opowiedzenia jest wiele. Przecież to godzinę trzeba by snuć wyjaśnienia. Zwierzoludzie, elfowie i ich mroczne knowania, fałszywa flaga, spalenie mojego sioła, klan Opiłków z gór daleko na wschodzie, ten prorok szczur, no i oczywiście Ada Braun.

Kanut:
Chwileczkę championie. Zgodnie z regułami konwersacyjnymi, aby nie utopić rzeczy ważnych w tych błahych, należy dokonać zastosować probierz relewantności. Jego miłość musi otrzymać raport, który będzie konspektowany do przystępnej i odpowiednio krótkiej formy. Wśród wyliczeń dostaw jadła dla armii, doboru miejsc obozowania, lokowania rezerw, zużycia koni i inwentarza, danych dotyczących chorób i ryzyka dezynterii oraz informacji wywiadu, nie będzie czasu na długi monolog.

Johann:
No, ale wszystko jest ważne. Przecież ta intryga jest wielowątkowa i nie da się tego w jakiś wybiórczy sposób połączyć.

Emeryk:
Wielebny ma rację. Nie wszystkie rzeczy są pewne, a co za tym idzie, nie wszystko nadaje się do przekazania. Skupiając się na rzeczach ważnych i udowodnionych unikniemy konieczności wycofywania się ze swoich uwag w przyszłości. Źle poprowadzone rozważania mogą okazać się jałowe, jak sakiewka Cohena.

Johann:
Znaczy puste?

Hekehard:
Nie. Pierwsza opowieść o paladynie Cohenie, która okazała się fałszem, skupiła się na jego pościgu za myszą, która skradła mu sakiewkę. Nie było to odpowiednie wprowadzenie dla tej legendarnej postaci, stąd kroniki przewidziały alternatywny opis jego introdukcji do świata podań. Sakiewka Cohena to inaczej źle poprowadzona opowieść, z której trzeba się wycofać. Co do tego paladyna, to wolę jednak sformułowanie „stanąć jak Cohen przed Alleirą”, co oznacza być rozdartym między uczuciem i powinnością. Nie mniej heroldowi chodziło o to, aby nie musieć odwoływać później tego, co się zaraportowało.

Johann:
Dobrze, dobrze… rozumiem. Ale jak pominiemy coś naprawdę ważnego?

Emeryk:
Stąd właśnie trzeba wybrać rzeczy ważne. Jeśli coś jest rzeczą ważką, to możemy sobie pozwolić na pewne przypuszczenia, ale tu trzeba znać możliwe konsekwencje swoich spostrzeżeń. Tak jak wcześniej wspominał mistrz Hekehard, należy uprawdopodabniać swoje twierdzenia względem ich ważkości i ograniczyć się do tego, co jest najbardziej prawdopodobne.

Johann:
U mnie we wsi kiedyś kapłan Hans na kazaniu mówił, że jeśli ktoś czeka na dowody, to może przegapić możliwość poznania prawdy.

Kanut:
Rygor wojny, to nie rygor wiary. Mylicie światy championie. Podejmowanie ryzyka wiary jest istotne, gdy trzeba zdać się na łaskę Mymkrafta, ale tu stoimy przed ryzykiem ośmieszenia się. Nie po to jego miłość wezwał nas na swój dwór, abyśmy fabrykowali mniemania, lecz abyśmy znajdowali fakty. Dlatego też w przekazie skupimy się wyłącznie na faktach, a z tych możemy przekazać dobrą wiadomość, że stado, z którego zbiegł teurtaur, zostało zlokalizowane i zneutralizowane.

Johann:
A co z moim siołem?

Kanut:
To też jest fakt. Bestiaci mieli za zadanie sprowadzić animozje w armii, a w tym celu posłużyć się fałszywą flagą i przebrani za krasnoludów spalili sioło championa. Nieustaleni prowodyrzy bestiatów chcą wmieszać się w politykę.

Johann:
Ten klan z dalekich gór?

Kanut:
Do pominięcia.

Johann:
Jory?

Kanut:
Do pominięcia.

Johann:
Elfy?

Kanut:
Do pominięcia. Nic z tych rzeczy nie ma niczego prócz zarysu problematyki. Będziemy prowadzić dalej śledztwo w każdej z tych spraw, ale na wnioski będzie trzeba poczekać wtedy, gdy zostaną zgromadzone dowody.

Johann:
Te wypatroszone przez wielebnego truchło tertytera, który to okazał się krasnoludem, to słaby dowód?

Kanut:
Wypatroszone truchło to środek dowodowy, a dowodem jest treść, którą można ustalić na podstawie tego wypatroszonego truchła. Wiemy tylko o jednym krasnoludzie transmutowanym do formy bestiata. Może i te tutaj trupy dzielą ten los, co zauważył herold von Richtenberg podczas tej dysputy. Dowodu jednak nie mamy.

Johann:
Nie wiem po co to pomijać.

Emeryk:
Aby nie wprowadzić jego miłości księcia w klatkę Ervina.

Johann:
Co takiego? Jaką klatkę

Hekehard:
Długą opowieść, z której nie da się wyjść. Nazwa wzięła się z kronik Ervina Ichaera, który nie mogąc opuścić klatki musiał skupiać się w narracji na swoich przeżyciach wewnętrznych. Nie były one zbyt bogate. To taki związek frazeologiczny championie. Dotyczy on zbędnej części opowieści, którą można by streścić jednym zdaniem.

Johann:
Dobra. No to na razie pomijamy. A co z Adą Braun?

Kanut:
Nasza wiedza nie wzbogaciła się od czasu naszej ostatniej rozmowy na dziedzińcu Virnburgu. Wiedźma jest zapewne gdzieś aktywna, ale na tym się kończą nasze spekulacje. Pozostałe tropy trzeba sprawdzić.

Johann:
No to pozostaje bardzo niewiele. Moje sioło, fałszywa flaga i bitwa z odmieńcami. Dużo zyskamy na tym, że dowiemy się z czego pochodzą ci zasieczeni odmieńcy? To jest, czy to byli krasnoludowie.

Hekehard:
Zależy od perspektywy. W perspektywie krótkiej to ta wiedza nam się do niczego nie przyda, bo armia zmierza do części Siegvaardu, gdzie jedynymi krasnoludami będą nasi towarzysze broni. W perspektywie długiej sprawa wygląda zgoła inaczej. Po pierwsze nasi sojusznicy z Allenlandu będą musieli się zmierzyć z konsekwencjami ewentualnego zawłaszczenia klanu Opiłków przez mroczne siły. Po drugie te mroczne siły są nam wrogie. Po trzecie nie wiemy jakim materiałem żywym mogą one dysponować.

Johann:
No, ale ten podjazd jednak na razie został rozbity, a prócz tamtego zbiega, co z nimi podróżował lub podróżowała, to nie wydaje mi się, aby jeszcze było co robić. To są już drobnostki. Dobrze myślę heroldzie?

Emeryk:
Nie wiemy kim jest ten zbieg. To nie jest drobnostka, bo to kamrat mrocznych sił.

Johann:
Może w takim razie warto go wyśledzić?

Narrator:
Zapadło milczenie, chociaż zapowiadała się ledwo pauza, gdy zarówno herold Emeryk von Richtenberg, mistrz Hekehard z Zwischenbergu, doktor Kanut z Kröne oraz Trudelloch „Cwany” Grommilssønn z klanu Srogich Pięści popatrzyli trochę po sobie, aby wyśledzić swe reakcje, lecz widząc wzajemne kalkulacje, każdy skupił się na tym, aby zreflektować szanse i koszty jej pozyskania. Zadumę przerwał dopiero czarodziej, w momencie, gdy cisza stała się nieznośna.

Hekehard:
Jak daleko jest ostatni trop zbiega?

Johann:
Kilka świec drogi stąd. O w tamtą stronę. Tam odmieńcy mieli swój ostatni obóz, czy jak to tam zwał. Całość miejsca jeszcze nie została zbadana, bo wszyscy, którzy tam byli, no z wyjątkiem pewnie tego obutego, to zalegają na moim pięknym polu.

Hekehard:
Psy tropiące, nawet magia. Pewnie duży oddział trzeba oddelegować.

Emeryk:
Na razie i tak armia jest w trakcie marszu. Ludzi u nas pod dostatkiem, a w transporcie do blanek Hochburg Riegel nie potrzebujemy wszystkich mieczy. Dopiero wówczas zacznie się trudniejsza cześć wyprawy, bo zakończy się etap rzeczny i będzie trzeba z wolna dzielić rezerwy, aby odciążyć front od zbyt kosztownej logistyki.

Johann:
Nie minęła doba od zajścia, a wczorajsza mżawka trwała góra kilka świec. Psy sobie poradzą, jeśli zbieg popełnił jakieś błędy. Tutaj jest mało ścieżek, którymi można się wydostać poza tereny Kleks. Też niewiele, aby wyjść poza Nass, bo jezioro rozlewa się o tej porze roku na bagna. Dopiero od linii lasu zaczyna się od strony zachodniej suchy teren, a tu od rzeki, to suchych ścieżek jest naprawdę niewiele.

Emeryk:
Jeśli nasz zbieg nie jest niczym Hekke w „Ściganym”, to nie powinien sprawiać kłopotów pościgowi przez bagna.

Hekehard:
Wybaczcie heroldzie, że wejdę ci w słowo, ale zauważam, że korzystacie dziś z wielu nawiązań do Tales and Legends. Niektóre afiliacje wydają się trochę osobliwe. Czym jest to spowodowane?

Emeryk:
Wybaczam i proszę o wybaczenie, jeśli wydało się to pretensjonalne. Po naszej ostatniej rozmowie na dziedzińcu Virnburgu obecny tu champion stwierdził, że nauczy się tych opowieści i do końca kampanii będzie znał każdego bohatera tego zbioru. Oczywiście od tego czasu w oficjalnych rozmowach staram się wymusić na nim solidniejszą naukę przez wykorzystanie tej skarbnicy.

Johann:
No skoro mam rozmawiać z poważnymi ludźmi i krasnoludem, to muszę nauczyć się ich języka. Może jeszcze nie rozpoznaję wszystkich bohaterów, no i tym bardziej nie zapoznałem się ze wszystkimi opowieściami, ale kampania na szczęście jeszcze długa i już poczyniłem starania, aby czegoś się dowiedzieć.

Hekehard:
Jakie to starania poczyniliście championie zu Kleks?

Johann:
Poprosiłem Dimma Dvilfssønna, który prowadzi drużynę w krasnoludzkich regimentach, aby zapoznał mnie z opowieściami. Dowiedziałem się bowiem, że to pedofil i chętnie dzieli się swoją pasją.

Trudelloch:
Chyba bibliofil.

Johann:
No może tak. To chyba nie jest duża różnica, co? Ma on ze sobą „Miasto Ślepców” oraz „Obcy wśród swoich” z kronik Dalina Szalonego Topora oraz „Dom Cichej Pieśni” z kronik Kaerila Maarena. Niestety teksty spisane są w języku głazowym, więc nie mógłbym ich sam przeczytać. Obiecał jednak, że czterdziestego pierwszego dnia lata opracuje te teksty w języku siegvaardzkim, aby mi je przeczytać… znaczy przeczytać ich tłumaczenia na nasz. To jakoś teraz mógłby zacząć. Mam się z nim widzieć wieczorem. Wydaje mi się, że to dzisiaj, bo mówił wtedy o siedmiu dniach. Tak, na pewno chodziło mu o dzisiaj.

Trudelloch:
Według naszego kalendarza to dzisiaj. A kiedy poprosiliście o to championie Dimma?

Johann:
Jakoś dwa dni przed wyruszeniem w drogę, bo jak się dowiedziałem o tym, że kiedyś pożyczył on tobie… znaczy wam… krasnoludzie książki o tym Tales and Legends, to pomyślałem o tym, że i mi je pożyczy.

Narrator:
Trudelloch miał kłopoty, aby ukryć zdziwienie na twarzy, chociaż długa broda była w tym wypadku jego największym sojusznikiem. Nic nie wiedział o spotkaniu Johanna zu Kleksa z Dimmem Dvilfssønnem z klanu Bokobrodych, a to przecież spotkanie dowódcy drużyny z championem księcia z pominięciem sztabu Jovina „Czachotarcza” do którego należał.

Trudelloch:
Jak się natknęliście championie na mego rodaka z gór?

Johann:
Kazałem skrybie napisać wiadomość i zaprosiłem go na spotkanie przy młynach, bo miałem akurat duży objazd do wykonania. Przyszedł w towarzystwie dwóch ziomków, ponoć sztandarowego…

Trudelloch:
Zvina „Poskramiacza Orków” Bremborssønna.

Johann:
… chyba tak. I dowódcy skrzydła drużyny. Tego z dwoma piorunami pod każdym okiem.

Trudelloch:
Pewnie chodzi o runy sigiel. Torbar „Mściwy” Kardarssønn. W jakim towarzystwie byliście championie?

Johann:
O tu obecnych rycerzy: Gumberta, Odo i Siegera.

Trudelloch:
Kto jeszcze wiedział o tym spotkaniu?

Johann:
Co sugerujesz? Znaczy… co sugerujecie krasnoludzie?

Kanut:
Nie ma przypadków, są tylko znaki. Każde zdarzenie, nawet pozornie błahe czy niezrozumiałe, może stanowić formę komunikatu. W tym wypadku komunikat wydaje się dość oczywisty. Spalenie tego sioła nie jest przypadkowym kaprysem wroga, lecz intelektualną konsekwencją, tego co stało się jeszcze w Virn.

Emeryk:
Łuna z pożogi była wypatrzona przez warty. W normalnych okolicznościach zwiad by doniósł o zauważonym ogniu w zasięgu i sprawdził źródło. Dziś przed wieczorem byłoby wiadomo, przy powiedzeniu się fortelu, że to krasnoludowie, a stratny właśnie by ruszał na konfrontację z krasnoludem. Obecni tu rycerze są bez skazy, ich podejrzewać nie można, a przynajmniej nie wypada, bo każdy był honorowany kapitułą Ordo Sancti Ignis.

Kanut:
Widać to po twarzach. U żadnego nie wystąpił nawet grymas zawstydzenia ani strachu powodowanego denuncjacją. Nie nasi rycerze są tu winni.

Johann:
No, ale co to znaczy?

Trudelloch:
Mamy szpiega, który współpracował z odmieńcami. Szpiega, który dowiedział się, że champion umówiony był na dziś z Dimmem. I to, gdzie znajduje się sioło championa, bo bez tej wiedzy nie można by działać.

Emeryk:
Plan musiał być opracowany dość szybko. Bestiaci do drugiego sierpa podróżowali do rzeki, ale jak mogliby się dowiedzieć o tym spotkaniu, skoro byli wtedy daleko od młynów?

Trudelloch:
Zaklęcie telekomunikacji.

Emeryk:
To są te zwierciadła, którymi czarodzieje rozmawiają ze sobą na wielkie odległości? Widziałem kiedyś jedno z takich zwierciadeł. Nie są zbyt powszechne i na pewno ciężkie do transportu.

Hekehard:
Są bardziej subtelne czary, które mogą zapewnić telekomunikację. Więź mentalna, oniryczne przesłanie, szepty przez wiatr, obserwacja i wiele innych. Łatwiej wykorzystać te zaklęcia, gdy dwie strony korzystają z magii, lecz nie jest to warunek sine qua non. Inna rzecz mnie intryguje - wiedziano o martwym teurtaurze?

Kanut:
Jeśli tak, to rozpoczęto od ucieczki i zacierania śladów. Jeśli nie, to postawiono na szybkie przemieszczenie się na miejsce.

Hekehard:
Wedle relacji zacierano ślady do rzeki. Nie dostrzegam przy tym tego, aby tamci wiedzieli już wtedy o tym, że my wiemy to, co wiemy teraz. Zachowanie ich było pierwszo-poziomowe na skali zagnieżdżenia intencjonalnego. Wycofywali się na bezpieczną odległość, dopóki nie spłynęły do nich rozkazy lub po prostu informacje.

Emeryk:
Młyny są nieczynne, bo sezon mielenia ruszy dopiero na jesień wraz z wiatrem. Tam jest góra trzech kmieci, którzy mogli pilnować młynów i to widzieć. Kto widział spotkanie?

Johann:
Kto widział? Znaczy byliśmy w dworku u tej wdowy po zarządcy młynów. Jak jej tam… no Batylda. Podjęła nas naparem, bo sprawdzałem pieczęcie dostaw. Eeee… w sumie pytała mnie, gdzie znajduje się Kleks i jej powiedziałem.

Kanut:
Nie zadaliśmy sobie pytania co żarły te stwory, gdy tu zmierzały. Ktoś je musiał zaopatrzyć w prowiant, bo przez tyle dni by wszystkie padły z głodu albo po prostu zdezerterowały ruszając na ucztę po okolicznych wieśniakach.

Trudelloch:
Ucieczka teurtaura przed otrzymaniem aprowizacji. Jeden poszedł się pożywić.

Emeryk:
Tak, z młynów brano zaopatrzenie dla armii. Tam mogło dojść do kradzieży zapasów. Wdowa Batylda może być za to odpowiedzialna. Kobiety zwykły mieć diabła wplecionego w kołtuny, a wdowa o dziwo przejęła zajęcie starego zarządcy Geralda, nie dając mu wcześniej żadnego dziecka. Może się ona pałać wiedźmiństwem, a szczególnie trucicielstwem. Nikt tego nie sprawdzał.

Hekehard:
Całość tego pierwszego zaopatrzenia była testowana na obecność trucizn. Niczego nie wykryliśmy. Gdyby chcieli nas wykończyć, to by spróbowali zatruć pokarm. Gdyby to był nasz wróg, to by spróbował tym sposobem nas osłabić.

Kanut:
Chyba że wiedzieli o tym, że jedzenie będzie testowane przez obecnych w Virn magów. Wtedy zatrucie byłoby tylko przyznaniem się do spisku.

Emeryk:
Jest lista rzeczy, która była brana z młynów. Jeśli część wykradziono na potrzeby tych bestii, to mogło to zostać niedopatrzone. Wydaje się to sensowniejsze niż zatrucie jadła. Ono jest przecież porcjowane na oddziały, więc nawet przy zatruciu byłoby wiadomo skąd trafiło jadło, bo beneficjent tej aprowizacji byłby martwy.

Johann:
No to wypatroszymy te świniuki i zobaczymy czym były nażarte. Herold porówna z listą młyńską i dowiemy się czy to z młynów wzięto. A to nie jest może spisek tego Dimma? Wydaje mi się teraz podejrzany.

Trudelloch:
Nie ryzykowałby wbiciem umbo champiońskiej tarczy w głowę. Jego przyboczni też nie. To nie ten typ krasnoluda.

Emeryk:
Inkwizycja powinna zbadać młyny i szczególnie Batyldę. Nie mamy jednak na to środków, bo inkwizycja ściga Adę Braun w innych stronach Siegvaardu. Nie będzie szans na przeprowadzenie dogłębnego śledztwa, ale trop prowadzi do młynów.

Johann:
Co zrobić z tamtymi podejrzanymi?

Kanut:
Obserwować.

Johann:
To wiele dni drogi stąd. Tak daleko wzrok nie sięga.

Kanut:
Championie! Nie o wasze oczy tu chodzi.

Johann:
Dobra! Już wiem. To mam plan.

Emeryk:
Chyba już czas. Wydaj dyspozycje championie.

Kanut:
Popieram uwagę herolda.

Hekehard:
Ja również.

Trudelloch:
I ja popieram tę uwagę. Zamieniamy się więc w słuch i czekamy na to, aby champion księcia zdecydował co dalej zrobimy w tej kwestii.

Emeryk:
Śmiało championie. Ostatnio sobie doskonale poradziliście z tym, aby podjąć trafne decyzje.

Narrator:
Dopiero w tym momencie, po burzliwej wymianie uwag i zdań, rycerze Gumbert, Odo i Sieger zrozumieli, że byli przez chwilę podejrzewani o udział w okultystycznym spisku, lecz nie było się czego bać, gdyż szybko zdjęto z nich te podejrzenie. Kapituła Ordo Sancti Ignis nie przyznawała waloru rycerzom z uwagi na ich szczególne właściwości intelektualne, lecz na to, że byli naiwnie wierzący i gotowi w tej naiwności wypełniać rozkazy, które częściej, niż rzadziej, powodowały śmierć lub kalectwo. Sieger nawet zdążył ziewnąć osłaniając swój brązowy wąs ręką, aby oszczędzić widoku wybitych siekaczy w ostatnim turnieju księcia, który wygrał stojący przed nim champion. Johann natomiast chwilę się zamyślił, ruszył ręką w powietrzu jakby chciał przesunąć niewidzialne pionki na szachownicy różnych zdarzeń i w końcu przemówił.

Johann:
Zrobimy pościg za tym obutym kolegą odmieńców. Jeśli jest ślad, to zbieramy ćwierć pełnego regimentu i dajemy dwa dziesięć-dnie na to, aby dorwać skurwiela. Psy, konie, prowiant. Pierwsza grupa pościgu rusza teraz, kolejne dochodzą po zmobilizowaniu. Tym zajmę się ja. Eryk z Ortfeldu zbiera swoich i ruszamy tam, gdzie był ostatni ślad obutego. Do drugiego rzutu dołącza przynajmniej dwóch magików, którzy się znają na tropieniu magii i innych tego typu sprawach. W trzecim rzucie pójdą ci, co będą szukać i wypytywać po wioskach. W każdym rzucie ma być jak najwięcej Straży Szlaków, aby było komu szukać tropu. Do Virn rusza posłaniec z wiadomością o tym, aby pilnować tych od młynów. Co tam! Niech aresztują wdowę Batyldę. Ale nie z tego powodu, że podejrzewamy ją o magiczne konszachty, tylko o z tego, że po tym co dostarczyła cały oddział miał sraczkę, więc oskarżymy ją o trucicielstwo, a później się zmieni najwyżej… jak to się nazywa… podstawy zatrzymania. Osadzenie w wieży jej nie zaszkodzi, ale po tym jak trochę skruszeje, to trzeba ją przesłuchać zgodnie z duchem inkwizycji. Posłać do nich z wieściami. To w końcu ichniejsze zadanie, aby tropić kultystów. Przydałby się nowy zarządca młynów. Wielebny wypatroszy tych tutaj i określi dwie rzeczy: czy to też krasnoludy oraz czym się skarmili w ostatnich dniach podróży. Zrobi się z tego listę i porówna z tym, co pochodzi z młynów. Krasnolud natomiast wypłaci tym co stoczyli wczoraj bitwę żołd jak za bój. Jak wyjaśni się kwestia pościgu, to będę chciał poznać tych bitnych krasnali, a może nawet wziąć ich do zajęć odpowiedniejszych dla ich talentów. Punkt zborny dla drużyn pościgowych, to będzie Hochburg Riegel. No i wygospodarować będzie trzeba cztery tuziny głów do tego, aby ogarnąć mój dobytek. Coś czuję, że matula i żonka pójdą do mej ciotki. Raczej się ona nie ucieszy, ale co tam. Nie będę ich brał na front, bo to przynosi pecha. Heroldzie, wam pozostawiam wybranie grup do pościgu, byleby szybko, bo trop nam wietrzeje. Jak jakiś trop dziś się znajdzie, to od razu po wielebnego Kanuta, aby mógł oszacować czy to ślad Ady Braun. No i niech wielebny idzie zobaczyć co z tym wędzonym kmieciem. Ewald się nazywa, gdyby wdowa… to jest żona… nie umiała wymówić jego imienia z powodu żalu, który ściska gardło. Dobry to był kmieć, ale żył dobrze, więc nie musi obawiać się spotkania z najwyższym panem. Krasnoludy mogą wracać do kolumn marszowych, ale niech dziś podróżują wygodnie. A teraz zbieramy się!

Narrator:
Johann zu Kleks z pewnością w głosie i błyskiem w oczach spowodował szybkie reakcje adresatów jego rozkazów. Poranne słońce, coraz pewniejsze siebie, przebiło się przez resztki wilgotnych oparów, zalewając mokradła miękkim złotem. Krople rosy, jeszcze niedawno ciężkie i leniwe, teraz lśniły jak rozsypane kryształy na pajęczynach i brzegach zbutwiałych liści. Z bagiennych zarośli uniósł się cichy chór owadów, brzęczących na różnych tonach, jakby każdy krzew i kępa mchu miały swój własny głos. Gdzieś w oddali, nad wyniosłą kępą olch, zakołysał się bocian, a echo jego kląskania odbiło się leniwie od tafli ciemnej sadzawki. Powietrze nasyciło się zapachem torfu, ciepłej trzciny i rozgrzanego błota, w którym można było wyczuć słodką nutę gnijących ziół — przyjemną, choć gęstą jak tkanina. Złote promienie przecinały pole pod ostrym kątem, tworząc mozaikę blasków i cieni, które przesuwały się powoli po powierzchni pobojowiska. Johann mógł wziąć dopiero teraz uspokajający głęboki wdech i wpatrując się w ten poranny krajobraz mokradeł, doświadczając nagłej jasności i żywego pulsowania światła, poczuć w sobie ducha bolesnej sprzeczności. Piękno poranka kuło, jak zbyt jaskrawe światło dla zmęczonych oczu, lecz nie wylewał on przecież łez, które teraz mogłyby się mieszać tylko z popiołem. Spojrzał w kierunku swego dawnego domostwa czując, że nie będzie miał po wojnie do czego wracać i wszystko co go czeka w przyszłości musi zostać przez niego osobiście wyrąbane mieczem. Tak jak otrzymał on szansę od księcia, dzięki łasce Mymkrafta, tak teraz zacznie się etap, który zweryfikuje czy statystycznie jedyna możliwa szansa, będzie stopniem do chwały czy utraty stanu. Gdyby nie towarzystwo, to by właśnie teraz - pierwszy raz od puszczenia się matczynej sukienki, po prostu zapłakał. Ale dotarło wnet do niego, że nie mógł płakać, nawet w samotności, bo był championem, a championi nie płaczą. Popatrzył tylko na zgliszcza swego domostwa, na zniszczone zabudowania, na podnoszącą histerycznie głos żonę, która rozkazywała chłopom wykonywać sprzeczne ze sobą rzeczy, czym potęgowała chaos. W chwili zamknięcia oczu, tak potrzebnej do poukładania myśli przemknęła mu jeszcze raz wyliczanka wątków tragedii: zwierzoludzie kierowani przez złe moce realizujące scenariusz fałszywej flagi na jego szkodę i krzywdę, elfowie i ich mroczne knowania kierujące się do rozszerzonego samobójstwa wraz z jego krajem, krasnoludzkie ambicje i utrata klanu Opiłków z gór daleko na wschodzie, jorowie prowadzeni przez proroka, który może zbudować imperium na gruzach świata ludzi no i oczywiście Ada Braun, która w jakiś sposób łączy te wątki. Przez zaciśnięte zęby Johann wziął uspokajający oddech, który pełny był od resztek porannej wilgoci zmieszanej z dymem. Otworzył oczy patrząc raz jeszcze na zbierających się wykonać jego rozkazy i ludzi, i krasnoludów, a korzystając z tego, że wszyscy krzątali się już w pewnej odległości od niego zmarszczył swe czoło w grymasie złości i wycedził przez usta:

Johann:
Znajdę i dojadę tę kurwę.

Ciąg dalszy nastąpi…
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group