TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Odkupienie
Autor Wiadomość
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-08-18, 18:04   Odkupienie



Odkupienie
Kroniki Finroda Felagunda – wprowadzenie





Byal Provlak, 10. dzień Sellis, rok 283. Wieczór.

Miasto płonęło.

Krzyk. Ból. Czerwień.

Drewniane budynki zapadały się pod sobą. Jęzory płomieni tańczyły po ich dachach. Popiół padał z nieba. Niebo przykryte gęstymi, czarnymi chmurami. I migoczącymi sylwetkami istot, których nie dało się zrozumieć.

Nikt nie wiedział, co się dzieje. Zaatakowano ich nagle, bez ostrzeżenia. Całe miasto zostało poddane próbie, której nie sprostało. A w centrum tego wszystkie stał on, Finrod. Strażnik miejski, który znalazł się w złym miejscu, w złym czasie.

Szedł przed siebie. Brukiem spływającym krwią i błotem. Mijał znajome twarze. Lokalnych piekarzy, u których kupowali chleb. Kupców z innych krajów, o dzikich rysach i w orientalnych strojach. Kowalskiego czeladnika, który podkuwał mu konia.

Mijał możnych. Żebraków. Towarzyszów broni. Nikogo nie oszczędzili. Wszyscy zabici z równą pasją, bez znaczenia czy stawiali opór, prosili o litość, uciekali. Niektórzy ze spokojem na twarzy, inni z panicznym, zastygłym przerażeniem. Wszyscy martwi.

Oprócz niego. On jeszcze ocalał. On i garstka niedobitków broniących się w górnej części miasta. Widział ich przed sobą. Sto metrów, nie więcej. Zabarykadowani w bramie, stojący za prowizoryczną barykadą zlepioną z gruzu i poprzewracanych wozów. Wyglądało na to, że dzieląca ich ulica była w tym momencie spokojna. Bez ani żywej duszy, wrażej czy niewrażej. Jeśli tam pójdzie, będzie bezpieczny.

- Pomocy! Pomocy…

Wtem wychwycił coś. Słabe nawoływanie, które przebiło się do niego pomimo chaosu panującego w mieście. Krzyk błagający o pomoc. Kobiecy. Z budynku parę metrów obok, którego górna kondygnacja stała w płomieniach, a strop zaczynał się walić.

Cokolwiek miał zamiar zrobić, musiał zadecydować już teraz.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2019-08-25, 13:19, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-08-25, 13:16   

Młody elf szedł przed siebie ciężko dysząc i ściskając kurczowo rękojeść miecza. Blask płomieni oświetlał jego wykręconą ze strachu twarz. Do jego nozdrzy docierał smród palonego ciała oraz meliczny zapach krwii. Zewsząd docierały do niego krzyki, potęgując tylko przerażenie. Na ulicach mijał ciała przyjaciół, znajomych i zupełnie obcych. Od Melvara kupował pieczywo, a młody Lauriel podkuwał jego konia. Nie rozumiał co się dzieje. Dlaczego rozpętało się to piekło… Skąd wzięły się te przerażające stwory… Czego chciały… Jednego był pewien nie chciał umierać. Miał tylko pilnować porządku na ulicy… W tym mieście niewiele się działo… Ale to… Nadzieja odżyła widział wciąż broniących się na barykadzie… Tam będzie miał szansę… Byle nie musieć walczyć z tymi stworami… Wtem usłyszał krzyk kobiety… Nogi mu drżały jak trawa na wietrze. Powinien coś zrobić… Dostrzegł płonąca kamienicę… To jego obowiązek... Może zdoła coś zrobić… Podbiegł bliżej, rozejrzał się i zaczął nawoływać:

- Gdzie jesteś?! Halo! Gdzie jesteś?!


To jego obowiązek.

Pomimo stresu duszącego serce, pomimo strachu paraliżującego członki, zatrzymał się i ruszył w stronę płonącego budynku. Kątem oka wychwycił jeszcze, jak jakaś humanoidalna istota wychyliła się zza odległej barykady i wyszła przed nią. Błysnęła zbroją, pomachała ręką i coś nawoływała.

Spostrzegawczość: K20(5) + 24 = 29 // ST = 37

Finrod wychwycił tylko jedno słowo: „tutaj”. Reszta słów gubiła się w chaosie miasta. Usłyszał za to kobietę.

- Jest tam ktoś? – zawołała znów, coraz bardziej zdesperowanym głosem. – Pomóżcie nam!

Spostrzegawczość: K20(6) + 24 = 30 // ST = 15

Finrod nie miał problemów z wychwyceniem, skąd dochodziły krzyki. Minął zatrzaśnięte za okiennicami okno, doszedł pod na wpół otwarte drzwi i zajrzał do środka.

Zawalone pół dachu, drugie pół zaś stojące w płomieniach. Dym drapiący w gardło i ograniczający widoczność. Poprzewracane meble, złamana belka stropowa przecinająca środek pomieszczenia. To pierwsze, co przykuło jego uwagę. A pod tą belką, ledwo widoczna, leżała kobieta. Przywalona ciężarem, obsypana popiołem. Ale żywa. Wyciągnęła do niego rękę.

- Moje dziecko… Ratuj…

Elf przyjrzał się jej twarzy. Pełnej cierpienia, ledwo przytomnej. I rozpoznał ją. Była to żona jednego z lokalnych handlarzy zboża, ale nie pamiętał jej imienia. Wiedział za to, że miała półroczne dziecko. Dziecko, którego nie było przy niej.

Samo mieszkanie nie stało jeszcze w płomieniach, ale była to kwestia minut jak nie sekund, nim ogień przeniesie się z dachu na parter. Albo nim reszta dachu po prostu runie, zasypując całe mieszkanie. Pod rumowiskiem pogrzebana była tylna ściana domu oraz przejście do jednego z pomieszczeń. Po całej reszcie, uwzględniając dwie inne odnogi – lewą i prawą do kolejnych pomieszczeń, przemieszczać można było się jeszcze swobodnie. Dopóki dało się jeszcze oddychać. Połowa wciąż zachowanego sufitu wisiała dość wysoko, jak na jednopiętrowy dom. Mimo to czuć było przeraźliwy gorąc, jaki bił z latających po nim płomieni.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-08-27, 20:33   

Finrod na razie zignorował postać na barykadzie i całkowicie skupił swoją uwagę na płonącym domu. Nie miał czasu się zastanawiać, owinął twarz chustą i wbiegł do środka. Rzucił okiem na nieszczęsną kobietę. Znał ją z widzenia. nawet nie pamiętał jej imienia. Pamiętał za jak nosiła dziecko na rękach. Dziecko, którego nigdzie nie widział. Podbiegł do niej oceniając czy zdoła uczynić coś z belką. Musiał działać szybko nim płomienie go otoczą...

- Gdzie? - krzyknął do kobiety, w nadziei że da mu wskazówkę.


Finrod oszacował swoje możliwości. Belka nie wyglądała na najlżejszą, ale przy odrobinie wysiłku uda mu się ją podnieść i przesunąć, by wyswobodzić kobietę. Ta jednak nie wyglądała, jakby mogła sama się podnieść czy nawet wypełznąć spod podniesionej belki. Jej oczy gasły, a dech stawał się coraz płytszy. Traciła przytomność.

Prowokowanie: k20(18) + 27 = 45 // ST = 20

Mimo to elfowi skutecznie udało się zmotywować kobietę do ostatniego wysiłku. Ta resztkami sił podniosła swą rękę i otwartą dłonią wskazała bezdrzwiową framugę prowadzącą do kolejnego pokoju. Patrząc od wejścia – po lewej stronie. Pokój ten skąpany był w szarości dymu i na pierwszy rzut oka wolny od ognia.

- W małym pokoju – odpowiedziała cicho. – W łóżeczku…
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-09-01, 14:14   

Elf miał wrażenie, że dla kobiety już jest za późno. Nawet, gdyby udało mu się odciągnąć belkę wątpił, by zdołał wyciągnąć kobietę w pojedynkę. Postanowił najpierw wypełnić jej ostatnią wolę. Jeśli starczy mu czasu może zdoła tu powrócić. Pobiegł w stronę wskazanego pokoju, poprawiając chustę na twarzy i rozpaczliwie rozglądając się za łóżeczkiem i dzieckiem.

Zadecydował szybko. Przebił się przez kłęby drapiącego w oczy dymu i wkroczył do wskazanego przez kobietę pokoju. Był on faktycznie mały, w formie kwadratu, tak że elf od razu widział wszystko, co znajduje się wewnątrz. Podłoga upstrzona była jakimiś drobnymi elementami drewnianymi, wyglądające na rozrzucone zabawki. Dwie najbliższe elfowi ściany wyłożone były wysokimi, drewnianymi meblami. W trzecią ścianę, tę naprzeciw wejścia, wkomponowane zostały dwa okna, które odgrodzone od świata zewnętrznego były jedynie przez szczelnie zatrzaśnięte okiennice. Ściana zaś po prawej od elfa…

Stało tam małe, zakratowane łóżeczko. Zakratowane w ten sposób, by wydostać się z niego nie dało, ale by jednocześnie dało się przesiadującego tam bywalca wyciągnąć z góry przez opiekuna. A w środku tego łóżeczka, skryte pod skaczącymi kłębami duszącego dymu, leżało drobne, różowe dziecko. O niewinnej, spokojnej twarzy, całe owinięte szczelnie ubrankami, jakby gotowe do snu. I tak samo, jakby we śnie głębokim, dziecko nie ruszało się wcale. Finrodowi trudno było samym wzrokiem ocenić, czy dziecko spało, było nieprzytomne od dymu, czy może zmarło. Musiałby zaangażować do tego więcej swych zmysłów.

Coś za jego plecami trzasnęło. Głośno i niebezpiecznie. Elf odwrócił się. To kolejna część dachu, zżarta przez płomienie, osunęła się na parter. Metr dalej i pogrzebałaby leżącą w centrum pomieszczenia kobietę. Była to kwestia chwil, nim płonący dach ponownie przypuści atak na domowników. Tym razem z większą skutecznością.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-09-11, 13:35   

Krew dudniła w żyłach elfa. Dym, ogień, walący się strop powodowały szaleńcze bicie serca. Czemu w ogóle tu wszedł? Czemu się narażał? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na te pytania… Rozejrzał się nerwowo po pokoju. Meble i zabawki nie interesowały go. Po prawo… Tam stało łóżeczko. Bez zastanawiania się podbiegł do niego. Nie wiedział czy dziecko jeszcze żyje. Miał nadzieję, że tak inaczej całe to szaleństwo nie będzie miało sensu. Potrząsnął głową, by odgonić myśli. Nie na nie czas… Wyciągnął dziecko, otoczył ramieniem tuląc do piersi.

Elf pochwycił dziecko. Przytulił je. Czuł ciepło bijące z jego drobnego ciała. Czuł też malutkie, bijące serce. Nie, to było jego serce, bijące szybko, szalenie, jak dzwony katedry obwieszczające nadchodzącą mszę.

Nadzieja odżyła w sercu elfa… Może choć jedno życie zdoła uratować.
Zaczął biec do wyjścia ile miał sił w nogach. Nim to nieszczęsne miejsce zwali mu się na nogę. Popatrzył w stronę kobiety. nie pomoże jej. Co on sobie myślał, że tu przyszedł. Musiał biec… Uciec od ognia i dymu jak najszybciej. Biegł…


Wybiegł z pokoju. Wyminął szalejące płomienie skaczące po podłodze, przeskoczył ułamaną belkę mocującą strop. Przystanął na ułamek sekundy przed samym wyjściem i obejrzał się ostatni raz na kobietę. Była nieruchoma, śniąca. Ręka, która wskazała mu pokój, leżała teraz na ziemi, wyłożona do przodu. Nie pomoże jej już. Musiał biec, nim reszta budynku zawali mu się na kark.

Wybiegł. Lekki powiew wiatru smagnął jego spocone, rozpalone czoło. Był na zewnątrz. Z bezwładnym dzieckiem przytulonym do piersi. Chciał odetchnąć z ulgą, lecz nie był to jeszcze koniec.

Stała przed nim grupa trzech wysokich, masywnych, humanoidalnych istot. Jednak na tym kończyło się jakiekolwiek podobieństwo do wszelkich istot, które zamieszkiwały Byal Provlak. To nie byli ludzie. To nie były elfy. To było… coś innego. Coś strasznego. Coś niezrozumiałego.

Opanowanie: k20(7) + 19 = 26 // ST = 30

Nie wiedział, co dokładnie stało przed nim. Ale przeraził się ich. Przeraził się wszystkiego, z czego składały się te istoty. Przeraził się okopconych, powykręcanych, demonicznych rogów wychodzących z czaszki. Przeraził się ich zniekształconych, wyzutych z emocji i pokrytych sierścią zwierzęcych twarzy. Zwierząt, których nie rozpoznawał. Zwierząt, których nigdy nie widział i które nie mogły istnieć w naturze. Ich łypiące, jasnoniebieskie oczy kontrastowały z płonącym za nimi miastem. Ich stroje, będące porwaną, szaloną mieszanką skóry zwierzęcej i własnej, jakby wkomponowanej w ubranie, tak, że trudno było ocenić, gdzie kończy się strój, a gdzie zaczyna włochate ciało. Wielkie dłonie spoczywały na rękojeściach długich, ciężkich i prymitywnych włóczni. Włóczni skierowanych prosto w stronę Finroda, wijących szpikulcami zaledwie metr od jego torsu.

Przeraził się. Poczuł, jak serce podchodzi mu pod gardło, pragnąc tylko uciec z jego ciała i schować się w jakieś bezpieczne miejsce. Trójka demonicznych istot stała przed nim, jakby wyczekiwała, aż elf wyjdzie w końcu z płonącego domu. Odgradzali mu drogę, którą miał przed sobą, a także tę, którą pokonał, nim wkroczył do budynku. Tylko droga po lewej, ta w stronę barykady, była wolna.

Nie chciał z nimi walczyć. Nie mógł. Bał się. Bał się przeraźliwie.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-09-11, 19:25   

“Cholera jak do tego doszło? Z deszczu pod rynnę… Czemu tak ryzykuje?” - Pomyślał młody elf i przycisnął odruchowo dziecko do piersci. Wtedy zrozumiał, bo tak trzeba. Patrzył przerażony na te nieelfie bestie... Na ich dziwne powykręcane ciała stanowiące krzyżówkę zwierza i humanoida... Na blask ognia odbijający się w grotach kamiennych włóczni. “Skąd wzięły się w stolicy prowincji? Bogowie...” Może z jednym miałby jakąś szansę, choć wątpił by mógł zdziałać coś przeciw takiej bestii. Ale z trzema… Nie miał szans nadzieją go na włócznie. Instynktownie przytulił dziecko. Z nim już na pewno nie da rady walczyć. Musiał uciekać tylko gdzie? Za plecami miał pożogę, bestię zagrodziły dwie ścieżki, tylko na lewo w stronę barykady była możliwość. Musiał spróbować, nie może tak zginąć... Przycisnął dziecko do siebie, zebrał resztki odwagi i zerwał się do sprintu na lewo. Kątem oka obserwował włócznie by wrazie co próbować uników.

Biegł.

Biegł szybko, przeraźliwie szybko. Strach, który do tej pory dusił go i paraliżował, teraz dodał mu skrzydeł, byle tylko oddalić się od niebezpieczeństwa, od tych strasznych istot, kreatur, demonów. Coś świsnęło mu nad uchem, niebezpiecznie blisko. To jedna z włóczni, ciśnięta jak pocisk z balisty, minęła go i wbiła się w błoto parę metrów dalej.

Biegł.

Ryczały za nim. Niski, agresywny, zwierzęcy jazgot, przeraźliwie głośny. A po chwili ciężkie kroki. Nie podobało im się to, że elf od nich uciekł. Ruszyły w pogoń.

Barykada z sekundy na sekundę stawała się coraz większa, a ludzie skryci za nią – coraz wyraziści. Ktoś go nawoływał, ktoś inny zwoływał wsparcie, a trzecia osoba oparła o barykadę swą kuszę, wyczekując odpowiedniego momentu, by oddać celny strzał. Znał ich. Kojarzył ich twarze, ich imiona. Trójka strażników miejskich broniła ostatniej ocalałej dzielnicy.

- Szybciej! Biegnij do nas!

Elf mógł tylko wpaść między wyrwę w prowizorycznej palisadzie, wyminąć strażników i biec dalej, jak najdalej od tego, co go ścigało. Biegł, a po chwili usłyszał za plecami brzęk spuszczanej cięciwy i pełny bólu ryk trafionego potwora. Nie potrafił się obejrzeć. Biegł i biegł. Ostrze rozcinające ciało. Krzyk bestii, krzyk strażnika. Skomlenie, przekleństwa, śmierć.

Przerażony młody elf jedyne co był w stanie robić to biec. Biec, by ratować swoje życie i dziecka z którym przez przypadek związał swoje losy. Wszystko wydawało się przytłumione:ryki bestii, nawoływania towarzyszy ze straży, odgłosy walki, krzyki mordowanych… Coś świsnęło mu koło ucha. Włócznia widział jak wbija się w barykadę. Spokojnie mogła przebić go na wylot i przyszpilić do prowizorycznych umocnień. Przyśpieszył… Minął barykadę… Powinien się zatrzymać i pomóc im. Walczyć… Nie był wstanie nawet się odwrócić. Słyszał odgłosy walki i krzyki. Nie był wstanie się przemóc mógł tylko biec...

Biegł przez dzielnicę. Rozejrzał się. Widział mieszkańców miasta skulonych po kątach, wbiegających do ocalałych, kamiennych budynków i do piwnic. Gros wszystkich starał się jednak schować w kościele Nieskalanego Serca, gdzie wiara i kamienna konstrukcja zapewnią schowanym bezpieczeństwo. Zwłaszcza przed łapczywie rozprzestrzeniającym się ogniem, który skakał z dachu na dach, czerwoną łuną rozświetlający całą dzielnicę.

Kto nie zdołał się schować, leżał już na ziemi w mieszaninie błota i własnej posoki. Trupy. Wszędzie trupy. Zarówno mieszkańców… jak i bestii.

Bestia, która leżała nieruchomo przed nim, była podobna do tych, przed którymi uciekł. Różniła się tylko tym, że nie żyła… oraz tym, że z gołych pleców wystawały jej masywne skrzydła, jak u gargulca. Skrzydła przedziurawione strzałami niczym sito. Potwór ewidentnie spadł z powietrza, a rozkwaszona plama mięsa i krwi wokół niego tylko potwierdzała, że upadek ten musiał nastąpić z dużej wysokości. Ten był martwy. Za to reszta…

Niebo poczerniało od parudziesięciu skrzydlatych sylwetek lecących od północy. Potwory osiadły na wysokich dachach okolicznych domów, na kopule kościoła, a niektóre spróbowały zlecieć prosto na ulicę. Część z nich została zestrzelona, części udało się niezgrabnie wylądować w oddali na bruku, by zaraz po chwili rzucić się pazurami na tego nieszczęśnika, który akurat stał najbliżej. Było ich za dużo, po prostu za dużo. Miasto umierało.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-09-15, 16:24   

Trupy. Gdzie nie spojrzał walały się trupy. Elfów i bestii. To było istne szaleństwo. Nawet niebiosa nie były wolne o tych potworów. Nie mógł zostać na ulicy było zbyt niebezpiecznie, walki toczyły się wszędzie. Wątpił by zdołał przebić się przez tłum, by dostać się do kościoła. Podjął decyzję biegł w stronę domów, by tam tymczasowo się skryć. Szukał kamienicy z dala od pożogi. Już nigdy więcej nie chce znaleźć się w budynku trawionym przez płomienie…

Kamienic w okolicy stało sporo. Problemem było odnalezienie takiej, która zarówno nie płonie, jak i nie wyglądała na taką, która miałaby zaraz zacząć. Trzecim problemem było to, że ludzie jak dzicy wciskali się do wszystkich możliwych budynków, prócz tych, które były już zamknięte od środka na cztery spusty.

Finrod wychwycił jedną wolno stojącą kamienicę, wciąż otwartą, do której dzieliło go zaledwie paręnaście metrów. Miał już ruszyć w jej kierunku, lecz nie zdołał. Jakiś jeździec na gniadym koniu stanął mu na drodze. Dowódca straży, elf Octavian Ponosański. Szorstki i surowy, ale za to uczciwy i honorowy – a przynajmniej takie robił wrażenie na Finrodzie przez ostatnie lata, gdy służył pod nim. Octavian zeskoczył szybko i spojrzał na przerażonego elfa oraz dziecko, które trzymał w ramionach.

- Nie stój tak, zrób coś do cholery! Ci ludzie się pozabijają w tym kościele, trzeba zamknąć wrota! – rzekł, po czym pobiegł w stronę kościoła, zostawiając konia.

Finrod nie ruszył za nim. Jedyne co potrafił, to odprowadzić go spojrzeniem.

Kościół pękał w szwach. Kolejni ludzie, mieszkańcy, mężczyźni, starcy, kobiety i dzieci, wszyscy wbiegali, wpychali się, niemal tratując jeden drugiego. Nikt nie przejmował się ściskiem, każdy chciał się dostać do środka. Kościół nie płonął, w przeciwieństwie do budynków wokół. Octavian chwycił za jedno skrzydło i bezsilnie próbował je przymknąć, pomimo wylewającej się ludzkiej masy. A ta z każdą sekundą się powiększała.

Wijący się po sąsiednich dachach ogień odbijał się swą czerwienią po kolorowych kościelnych witrażach z wizerunkami świętych, którzy ze standardowego, na co dzień rozświetlanego słońce bladego i niebiańskiego wizerunku skąpały się teraz w krwawym odcieniu, jakby sami ci święci do czeluści piekielnych zeszli.

Krótka jednak trwało to porównanie w umyśle Finroda, gdyż chwilę później potwory, które wylądowały na kościelnej kopule, ześlizgnęły z niej, wzbiły w powietrze na paręnaście metrów i – gdy tylko nabrały odpowiedniej wysokości – gwałtownie opadły pod mocnym kątem, wykorzystując swój pęd, by przebić się przez witraże prosto do środka kościoła. Szkło rozprysło się na wszystkie strony, błyszcząc czerwonymi refleksami. Krzyk i panika wezbrały, a ci, którzy jeszcze przed chwilą chcieli schować się za kościelną bramą, teraz co sił w nogach uciekali w odmiennym kierunku. Nie wszystkim się udało, a wszystkie drobniejsze dzieci oraz dorośli, którzy mieli nieszczęście przewrócić się, zostali stratowani przez rozszalały tłum, który nie przykuwał najmniejszej uwagi do tego, że ktoś pod ich stopami dycha i walczy o życie. Życie, które nie zostanie im odebrane przez najeźdźców, a przez ich własnych sąsiadów i przyjaciół.

Wtem wnętrze kościoła rozświetliło się niczym pojawiające się nad horyzontem słońce, tak białe i jasne, aż trzeba było zmrużyć oczy. Słońce to zawibrowało przez sekundę, jakby rosnąc i kurcząc się raz po raz, a następnie gwałtownie powiększyło się w białej, oślepiającej eksplozji, która posłała Finroda na ścianę za nim, pozbawiając go tchu. Po ułamku sekundy doszedł do tego przeraźliwy huk, który niemal strzaskał mu bębenki. To samo stało się z koniem, który posłany na ścianę utrzymał się co prawda stojąco na nogach, lecz głowa, ogłuszona przez eksplozję, wyłączyła się najwidoczniej z użycia, przez co zwierzę to stało tylko nieruchomo, kręcąc szaleńczo pyskiem w tę i tamtą stronę.

Od kościoła dzieliło Finroda sto metrów. Gdyby stał bliżej…

Kamienne bloki i ludzkie członki wyleciały wysoko powietrze, a kościelna kopuła wraz z resztą dachu zawaliły się z łoskotem, grzebiąc wszystkich nieszczęśników, którzy pozostali w środku. Kawałki kamieni niczym najsilniejszy grad zasypywały miasto, trzaskając kostkę brukową, przebijając się przez dachy domów i miażdżąc głowy ludzi. Jakimś cudem żaden z nich nie trafił bezpośrednio w skulonego Finroda, acz kilka pocisków przeleciało niebezpiecznie blisko, nim z łoskotem roztrzaskało się o budynek za nim.

Krzyk był okrutny, tragiczny, przerażający. Biel eksplozji przeobraziła się w dziki, czerwonozielony ogień, który momentalnie pokrył kościelne gruzy, tańcząc na nich zwycięsko. Płonący ludzie wili się szaleńczo, walcząc z pochłaniających ich ciała ogniem, którego ugasić się nie dało. Niektórzy pełzli po ziemi w kierunku bezpiecznego schronienia, które nie istniało. Inni umierali w ciszy, wykrwawiając się z urwanych członków. Octavian, oparty o jeden z kamiennych bloków, leżał na ziemi, spojrzał w niebo i zaśmiał się szaleńczo. Krew sączyła się z jego urwanych nóg.

Finrod zamrugał oczami, poruszał głową. Podniósł się. Pomimo eksplozji nie upuścił dziecka, które wciąż, nieruchomo, ale w jednym kawałku, spoczywało w jego rękach. To była jedyna dobra wiadomość.

Opanowanie: k20(10) + 19 - 5 (strach) = 24 // ST = 50

Głowa elfa szumiała, nogi zaczęły dygotać, a usta po chwili również drżały w narastającym strachu. Znalazł się na granicy swoich możliwości psychicznych. Ale żył. Zachował władzę w kończynach. Oślepiająca eksplozja nie odebrała mu wzroku, potworny huk nie zabrał słuchu. Przytulił dziecko do piersi i spojrzał przed siebie. Eksplozja kościoła była na tyle potężna, że nie oszczędziła również pobliskich, południowych murów miasta. Nowo powstała wyrwa na szerokość parunastu metrów, sięgając niemal do poziomu ziemi, wykrzesała nową iskierkę nadziei w umyśle Finroda. Jeśli ją przekroczy, mógłby uciec z miasta. Musiał się tylko pospieszyć.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2019-09-21, 21:39   

Patrzył przez chwilę nie dowierzając się na zgliszcza kościoła. To się nie mogło dziać… Zaczął ciężko oddychać bliski ataku paniki. Jeśli te stwory były wstanie zrobić coś takiego, to nikt nie był bezpieczny nigdzie. Wzrokiem omiótł niemożebne zniszczenia, gruzy, nienaturalne zielone płomienie, rannych i zabitych. Jego spojrzenie padło na dowódcę. Przyglądał mu się pustym spojrzeniem nie wyrażającym nic. W końcu pokręcił głowa. Musiał stąd uciekać jeśli ma przeżyć. Mimowolnie przycisnął dziecko do piersi. Może chociaż jej zdoła uratować. Ignorując pełne bólu krzyki rannych, rozejrzał się za droga ucieczki. Mury również nie przetrwały eksplozji jeśli będzie tylko dość szybki. Jego wzrok padł na konia. Był oszołomiony… Jeśli zdoła go uspokoić to wyjedzie na nim z miasta. Podbiegł do stworzenia i starał się je uspokoić, a następnie dosiąść.

Koń sam w sobie był wyjątkowo spokojny. Spokój ten wynikał bowiem z ogłuszenia, jakie ten doznał po uderzeniu o ścianę. Jedynie głowa szastała na lewo i prawo, jakby należała do zupełnie innego ciała i pragnęła się w końcu uwolnić od nader statycznego korpusu, co z pewnością przełożyłoby się niekorzystnie na prostotę prowadzenia konia. Finrod zbliżył się i chwycił za ogłowie zwierzęcia, by te nie zarzucało pyskiem.

Jeździectwo (uspokojenie): k20(8) + 23 - 10 (strach) - 5 (brak biegłości) - 10 (jedna ręka) = 6 // ST = 14

Nie było to tak łatwe, jak można się było spodziewać. Trzęsąca się dłoń Finroda tańczyła jakby trzaśnięta piorunem, a i nie pomagało to, że druga z dłoni zajęta była trzymaniem dziecka. Musiałby coś z nim zrobić albo liczyć na łut szczęścia, że zwierzę będzie chciało współpracować przy minimalnym wysiłku.

Opcji, która na pierwszy rzut oka się nasuwały, było kilka. Koń prócz siodła i całego wymaganego do komfortowej podróży ekwipażu posiadał także małe juki po bokach, obecnie puste albo niemal puste. Finrod mógłby wsunąć tam dziecko i okiełznać konia przy użyciu obu rąk. Mógłby też położyć dziecko na ziemi i mieć nadzieję, że nie zostanie w międzyczasie stratowane przez nikogo. Trzecie rozwiązanie to wskoczenie już w tym momencie na konia, co nie byłoby wcale takie trudne, zważając na to, że tylko głowa jego wiła się jak psi ogon, a cała reszta stała relatywnie spokojnie. Skórzane wodze wisiały luźno i nawet dałoby się nimi posługiwać przy użyciu tylko jednej ręki. Tylko znów – byłoby to proste w normalnych warunkach. A obecne warunki daleko odstawały od normalności.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-02-10, 21:41   

Zdenerwowany elf kiepsko sobie radził z uspokojeniem konia jedną ręka. Czas naglił… Rozejrzał się i dostrzegł juki przy bokach. Niewiele myśląc wsunął do nich dziecko. Szybko upewnił się, że nie udusi się. Po czym raz jeszcze podjął próbę uspokojenia konia. Mając wolne obie ręce powinien dać radę.

Dziecko wpadło do juku. Coś metalicznego brzęknęło, amortyzując jego upadek. Finrod nie zastanawiał się, co to był za przedmiot. Obiema dłońmi spróbował znów pochwycić skórzane ogłowie.

Jeździectwo (uspokojenie): k20(7) + 23 - 10 (strach) - 5 (brak biegłości) = 15 // ST = 14

Tym razem mu się udało. Koń uspokoił się w swym machaniu pyskiem, a elf bez większych problemów trafił stopą w strzemię i z gracją wskoczył w siodło. Spojrzał przed siebie.
Ogień szalał po kościelnych ruinach. Ludzie krzyczeli i umierali. Demony spadały z nieba. Jednak trasa między Finrodem a wyrwą w murze wciąż pozostawała wolna. Z odrobiną szczęścia uda mu się wydostać z miasta w ciągu kilkudziesięciu sekund.
Wodze spoczywały w dłoni. Mógł ruszać. Mógł uciekać.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-02-22, 14:15   

Elf odetchnął z ulgą, gdy znalazł się w siodle. Był coraz bliżej od wydostania się z tego koszmaru. Obrócił się za siebie, szaleństwo wciąż trwało.Śmierć, pożoga i bestie… Musiał się stąd uciekać czym prędzej. spojrzał przed siebie, droga była wolna i nic już ich nie zatrzyma. Chwycił wodze i spiął konia do galopu.

Chwycił wodze. Ruszył. Strach, który do tej pory dusił go i paraliżował członki, teraz dodał mu siły, wyostrzył zmysły i przyspieszył reakcję.

Jeździectwo: k20(11) + 23 - 5 (brak biegłości) = 29 // ST = 23

Nie był wielce doświadczony w jeździe konnej, ale w tym momencie poczuł, że doskonale wie, co robić. Koń ruszył szalonym tempem, jakby sam chciał jak najprędzej wydostać się z tego piekła i trudno było mu się dziwić. Wyrwa w murze zbliżała się tak szybko, że Finrod zapomniał nawet mrugnąć.

Koń wyminął rumowisko, przeskoczył nad ciałami, wkroczył w dziurę w murze. I dalej. Zsunął się z gracją po rozsypanym gruzie i wbił się kopytami w trawę. Trawa. Znalazł się poza miastem.

Noc była ciemna, ale pożar szalejący za jego plecami rozświetlał mu drogę. Finrod bał się spojrzeć za siebie. Słyszał krzyki. Słyszał, jak coś blisko niego przebiegło, jak coś świsnęło mu nad głową. Jak ktoś albo coś wpadło prosto na konia i przeleciało pod jego kopytami, a odgłos trzaskających kości jeszcze długo odbijał się echem w umyśle Finroda.

Zamknął oczy, nachylił się i wbił czoło w zwierzęcą grzywę. Świat wirował wokół niego, ale on nie potrafił otworzyć oczu. Dyszał lekko, niemal wstrzymał oddech. I trwał tak, trwał tak długo, aż w końcu skończy się to wszystko. Trwał sekundy, minuty, godziny, lata…
Ocknął się. Zamrugał oczami. Wciągnął głęboko powietrze.



Rzeka Trŭnica, 9. dzień Arros, rok 291. Popołudnie.

Rzadkie, kłębiaste chmury, rozświetlone zachodzącym słońcem wiły się leniwie po niebie. Ciemnoniebieska woda szumiała spokojnie, trzaskając o drewniany kadłub. Żagle, ewidentnie niewystarczająco mocno zaciągnięte przez jakiegoś marynarza-bumelanta, trzepały teraz na wietrze.

Dlaczego te wspomnienia tak łatwo do niego wracały?

Spojrzał przed siebie. Stał na dziobie statku, oparty o balustradę. Dzień powoli kończył się, a słońce za nim przyjemnie grzało w kark i plecy. Ciepły, pogodny, wiosenny dzień. Dlaczego więc wrócił myślami do tamtego momentu?

- Finrod?

Nie odpowiadał wciąż przygnieciony wspomnieniami z tamtego strasznego okresu. W głowie wciąż odbijał mu się dźwięk łamanych pod końskimi kopytami kości. To dziś nie wiedział co stratował podczas tej hańbiącej ucieczki. Nie chciał wiedzieć… Choć minęło tyle lat ta noc wciąż go prześladowała... Wciąż powracała w koszmarach… Niczym szantaż sumienia… Czyż w ten sposób Airde’n’gaoithe każe go za tchórzostwo… Elf zdenerwowany zaciskając dłoń na rękojeści szpady i nerwowo wodząc oczami prawo i w lewo. Wypatrując nie istniejącego zagrożenia.

Ktoś stał przy nim. Był to Folant, brat w wierze. Tak samo jak Finrod piastował tytuł akolity, czyli najskromniejszy z możliwych. Byli już jednak członkami Ordo Æternus Bellum i wiedzieli, że każdy z wystarczającą determinacją i pracą może uzyskać pełnoprawny tytuł rycerza zakonnego.

Folant był niskim, ale przystojnym elfem. Jego rozpuszczone blond włosy sięgały mu do łopatek, a błękitne oczy zawsze miały w sobie taką swoistą iskierkę. Był życzliwy, chętny do pomocy, ale też niedoświadczony w boju. Pochodził z dobrej rodziny i często ciepło opowiadał o niej, a zwłaszcza o swej matce.

Znali się rok, czyli niewiele więcej, niż trwała służba Finroda w Zakonie. Finrod wiedział o Folancie wiele, jako że ten chętnie o sobie opowiadał. O wstąpieniu do Zakonu z najbardziej nobliwych powodów, jakimi była chęć walki ze złem i plugastwem (które wielu początkowo wzięło za kłam, bo jak długo można być pogodnym, serdecznym, skorym do pomocy elfem, który chciałby nadstawiać karku dla obcych?), o swojej familii z południa Erxen, o ich rodzinnym interesie dekarskim (najlepsze dachy w całym Trideyevie!), o miłości do gry na lutni, chociaż jak sam ze śmiechem twierdził, talentu do tego absolutnie nie miał, o preferencjach kulinarnych… Z Folantem można było porozmawiać niemal o wszystkim. Stronił jedynie od tematów ciężkich i nieprzyjemnych, od pieniędzy, polityki, chorób, i wojen… Takie tematy momentalnie psuły mu nastrój. Nic więc dziwnego, że dopiero teraz pojawił się temat rozmowy, który na sprawił, że Finrod na moment wrócił myślami parę lat wstecz.

- Finrod, przyjacielu! – Folant uśmiechnął się. – Wszystko w porządku? Pytałem tylko, bo słyszałem, że widziałeś na własne oczy potwory, które zesłał na nasze ziemie Strażnik…

- Folant… to ty! - Mężczyzna wypuścił z siebie powietrze z ulgą, a jego napięte mięśnie rozluźniły się. Zdjął rękę z rękojeści. - Ja… tak… chyba tak… Byłem tam... w stolicy… - Wzdrygnął się na samo wspomnienie tamtych chwil, nienawidzi do nich wracać jak i opowiadać. - Bestię z samych trzewi piekieł… Ni ludzie ni zwierzęta…Powykręcane zdeformowane prymitywne stwory... Pragnące jeno krwi!

Potwory. Demony. Czarcie pomioty. Przeklęte istoty. Stwory Strażnika. Przez ostatnie lata zdołały one zdobyć wiele nazw, wszystkie zaś odnosiły się do tego samego. Humanoidalnych, zezwierzęconych istot, które pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, zaatakowały Erxen. Wciąż niewiele o nich było wiadomo. Pewnie dlatego Finrod został tak szybko dokooptowany do eskapady na północny wschód, mimo że dopiero co rozpoczął swój żywot akolity. Jako jeden z nielicznych posiadał jakąś namiastkę doświadczenia… Nawet jeśli tylko przed nimi uciekał.

Finrod wiedział, po co płynie. Albo, by być bardziej precyzyjnym: posiadał pewne szczątkowe informacje. Płynął do miasta Pobedin, leżącego w katepanacie o tej samej nazwie. Jego misją było wytropienie i zabicie potwora, który uchował się po zwycięskiej wojnie ze Strażnikiem. I właściwie tyle. Była to jego pierwsza wyprawa odkąd opuścił zakonne mury, pierwszy test jego sił i umiejętności. Nie był w tej misji sam – Zakon wybrał pięciu wysłanników. Prócz niego i Folanta, na statku przebywały jeszcze trzy inne osoby: piastujący tytuł komtura, czyli zakonnego zarządcy katepanatu pobedińskiego – ojciec Jeremias, piastujący również rolę przywódcy; jego zastępca brat Slobodan z tytułem rycerza; oraz akolita Valentin, którego Finrod znał tylko z widzenia i może paru treningów. Nie wiedział o nim zbyt wiele, ale walczyć zdecydowanie potrafił.

Tak właśnie wyglądała ich drużyna. Piątka wybrańców, a w samym centrum on. Finrod. Młody akolita, który pierwszy raz opuścił Ostrovyatŭr od momentu wstąpienia do zakonu. Wysłany na misję, która miała odmienić jego życie.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-03-01, 19:12   

Oto nadchodziła chwila, której młody akolita tak bardzo pragnął. Wstąpił przecież do zakonu by zmyć z siebie hańbę tamtej nocy. Poświęcił się całkowicie Airde’n’gaoithe, by odpokutować swe grzechy. Wkrótce zmierzy się ze swym największym strachem. Nadchodzi czas największej próby… Ducha i ciała! Czy okaże się godny być członkiem Ordo Æternus Bellum… Finrod pragnął i wielce obawiał się tego momentu. Ta misja była przeznaczona dla niego, musiał się przekonać czy jest czymś więcej niż tylko tchórzem.

Finrod poczuł dłoń na swoim ramieniu.

- Spokojnie, przyjacielu. Wiem, że sporo musiałeś przejść tamtego dnia. Teraz jednak jest inaczej. Strażnik został pokonany, a teraz dysponujemy wiedzą i doświadczeniem, którego zabrakło nam wtedy, w dwieście osiemdziesiątym trzecim…

Zrobił długą przerwę. Przez moment słychać było jedynie bałwany rozbijające się o burty.

- To proste zadanie. Mamy dobre przywództwo, wsparcie miasta… nim się obejrzymy, będziemy już na statku płynącym z powrotem do zakonu. A ta poczwara zostanie tylko wspomnieniem…
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-04-14, 19:47   

- Nic nas na to nie przygotuje… - Wzdrygnął się przypominając sobie płomienie trawiące katedrę. - Tropimy bestię w piątkę. Rozumiesz w pięciu naprzeciw jednego…. Nie traktuj tego jak wycieczkę na targ… Folan, ten stwory są w stanie przebić elfa na wylot włócznią… Zachowaj czujność… Jeden błąd…

Nie dokończył, wpatrywał się w tafle wody starając się uspokoić.


Słońce powolnym półkolem przetoczyło się na niebie, zmieniając swoje położenie z rufy na lewą burtę. Rzeka skręcała, a statek wraz z nią. Krajobraz również nie pozostał bez zmian – prócz nieregularnie rozrzuconych, niczym ziarno dla kur wiosek, w oddali wyłonił się też jakiś większy twór. Miasto. Byli blisko.

- O, spójrz! – zawołał Folant. – Nareszcie jesteśmy!

Pobedin, porównywany z Ostrovyatŭrem, gdzie Finrod spędził swoje ostatnie lata, czy nawet do Byal Provlak przed atakiem, wyglądał wręcz blado i mizernie. Mimo to na tytuł miasta zasługiwał, choć było to miasto niewielkie. Gruby, kamienny mur obronny wił się wszędzie, gdzie tylko sięgał wzrok elfa, a jedyna przerwa w murze wychodziła na port, do którego właśnie się kierowali.

Elf podniósł wzrok znad tafli wody i przyjrzał się miastu. Wydawało się takie małe i nic nie znaczące w porównaniu z Byal Provlak za czasów świetności, nawet Pobedin wydawał się metropolią przy nim. Chyba jedynym co zdecydowało o nazywaniu tej osady miastem były mury.

Płynęli sporym statkiem. Znacznie większym niż potrzeba, by przetransportować pięć osób ze stolicy na brzeg jeziora Erx. Prócz rycerzy i akolitów zakonnych statkiem płynęło też paru kupców, tragarzy oraz zwykłych, jednowachtowych marynarzy kierujących statkiem. Z tego też powodu bandery wywieszone były dwie – jedna kupiecka i jedna zakonna.

Pomimo różnych komentarzy, że dzielenie statku z laicką załogą może urągać prestiżowi zakonu, ojciec Jeremias pozostał niewzruszony i pragmatyczny. Zamiast czekać na dedykowany statek zakonny, nakazał zabranie się z kupcami, którzy płynęli akurat na wschód. Nie musiał długo przekonywać załogi do ugoszczenia dodatkowych pięciu osób. Obecność zakonników oznaczała obecność Boga i błogosławieństwo w podróży.

- Pamiętaj. Nie jesteśmy pospolitym ruszeniem, dla którego śmierć jest codzienna, wręcz oczekiwana. Nie jesteśmy najemnikami, którym płaci się, by ginęli. Jesteśmy boskimi wojownikami, a ojciec Jeremias znany jest z mądrości i roztropności. Nie puści nas na większe ryzyko, niż będzie to konieczne. Swoje przeszedłeś, jednak… Teraz to my mamy przewagę. A sam Asterion Mistrz wspiera nas w tej misji.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-04-17, 17:46   

- Z bożą pomocą nie zawiedziemy. A poświęcenie jest naszą powinnością. Ojciec Jeremiasz odpowiednio nami pokieruje.

Na tych pokrzepiających słowach zakończona została rozmowa. Owe zakończenie było lekko wymuszone, jako że statek wpłynął właśnie do portu, a przekrzyczający się marynarze zaburzyli spokój, jaki do tej pory panował.

Im miasto stawało się bliższe, tym mniej majestatycznie wyglądało. Mury, choć może i grube, wysokie na pewno nie były, a i z pewnością dawno remontowane nie były i biada mieszkańcom, gdyby nagle jakaś obca armia zawitała do bram.

Finrod: Znajomość Erxen: k20(5) + 12 = 17 // ST = 20

Tylko czy w okolicy istniało coś, co mogło zagrozić lokalnej społeczności? Finrod nie miał pojęcia, ale dobrze wiedział, że od czasu ataku Strażnika północne ziemie zostały doszczętnie spustoszone. Możliwe więc, że mury te, choć liche, wytrzymały jednak najazd demonicznych bestii i do tej pory nie zostały naprawione.

Wieczorem port życiem nie tętni, chyba że uwzględnić należy pijaków i szumowiny, gotowe pozbawić życia za garść miedziaków. Tak było i w przypadku Pobedina. Nie było widać nikogo, prócz trójki osób stojących i czekających na kei, choć osoby te na pijaków czy szumowiny nie wyglądały, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Pierwszy z nich był chudym elfem odzianym w długie, brązowe szaty. Skromne, przepasane sznurem. Był stary, czy może raczej – niemłody. Wszak trudno ocenić, ile elf może mieć lat, acz widać było, że jego twarz przeorana zmarszczkami, a słabe, siwe włosy tym bardziej sugerowały, że radość życia z niego ulatuje.

Drugi z nich wyglądał na mieszańca człowieka z elfem. Odziany w gustowne, ciemnozielone szaty, opinające jego wystający brzuch. Brązowa broda rozlewała mu się od ucha do ucha, zakrywając większość szczęki. Natomiast powoli postępująca łysina odsłaniała niemal tyle, ile broda zdołała zakryć.

Trzeci z nich również na półelfa wyglądał, jednak zdecydowanie młodszego. Z ciemnymi włosami, gładko ogolony, odziany w ciemny, skórzany kaftan i równie skórzane nogawice, trzymał się lekko z tyłu. Pod ręką trzymał jakieś zawiniątko.

- Witajcie w Pobedinie! – wykrzyknął drugi z nich, ten łysawy. – Mam nadzieję, że podróż odbyła się pomyślnie? Żadnych dyskomfortów?

- Dobrze cię widzieć, Vitomirze! – odpowiedział mu ojciec Jeremiasz, który jako pierwszy zszedł ze statku.

Po następnych parunastu sekundach wymieniania się życzliwościami przyszła kolej na przedstawienie się. Finrod swoich kompanów znał. Nie znał zaś Vetomira, który przedstawiony był jako zastępca burmistrza. Starszy elf, Ilarion, był kapłanem lokalnego kościoła, natomiast półelf stojący z tyłu zwał się Cedomir i był celnikiem.

- A wy, kompania? – zapytał Jeremias. – Powiedzcie coś o sobie!
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-04-21, 16:08   

Z bliska miasto przedstawiało się jeszcze mniej imponująco, ale młody elf nie przybył tu podziwiać widoki. Zszedł z tyłu za ojcem Jeremiaszem. Wyuczony w zakonie powitał świeckich dygnitarzy odpowiednim skinieniem głowy, a następnie ustawisz się na baczność za dowódcą, czekając na dalsze instrukcje.

Finrod znał surowe podstawy zakonnej etykiety. Wiedział, jak wykonać delikatne, lecz widoczne skinienie głową, i jaką postawę przybrać, stając na baczność. Nic za to nie powiedział, inicjatywę w całości przekazując ojcu Jeremiaszowi.

Akolita obserwował wszystko na połowy poważną miną,której surowość rozjaśniał lekki ledwo widoczny uśmiech.


Dwóch pozostałych zakonników-akolitów stanęła obok niego. Po lewej Folant, godny, wyprostowany, z pełnym entuzjazmu uśmiechem, a po prawej Valentin, tak wypięty na baczność, że prezentował się lekko karykaturalnie. Mina jego jednak mówiła coś zupełnie innego. Pełna powaga, spojrzenie wbite w jeden punkt przed sobą. Przez całą podróż mało się spoufalał, trzymał się z boku. Odzywał się tylko wtedy, gdy ktoś go o coś zapytał, tak jakby sam z siebie nigdy nie miał nic do powiedzenia. Jak na człowieka z domieszką krwi elfa twarz miał mało atrakcyjną, za to z pewnością zapadającą w pamięć. Szorstką jak wiatr i matową niczym górski grzbiet.

Jeremias i Slobodan stali zaś z przodu, dalej wymieniając uprzejmości.

- No, to może ja ich przedstawię – zaśmiał się Jeremias. – Folant, Finrod i Valentin, nasi trzej akolici. Dwóch z nich dopiero pierwszy raz opuściło świątynne mury, więc ta wyprawa będzie dla nich wyprawą dziewiczą.

- Ach, z takim przewodnictwem to żaden wróg niegroźny! – uśmiechnął się Vitomir. – Chodźcie, nie wypada ugaszczać tak na chłodzie i w ciemnościach. Przygotowaliśmy wam komnaty w koszarach miejskiej straży, a na wieczerzę zapraszamy was do naszej najlepszej miejskiej gospody!

- Prowadźcie więc! – odparł Jeremias, a tamci go wysłuchali.

Wkroczyli do miasta. Dzień przechodził w wieczór, lecz gwar jakby wciąż panował. Dziewiąty dzień tygodnia zawsze tożsamy był z intensywniejszą niż zwykle wymianą handlową – wszak dziesiąty dzień to dzień boski, dzień stronienia od pracy, dzień spokoju i pokory. Jednak miasto to, jak zauważył Finrod, było miastem lichym, marnym, małym i mało estetycznym. Kupców z wystawionym kramem liczyć można było na palcach jednej ręki, a jedyny faktyczny hałas, jaki docierał do uszu, zdawał się mieć źródło w mijanym przez nich szynku, do którego trzeba było być bardzo biednym albo bardzo upitym, by chcieć się zbliżyć. Albo bardzo chutliwym, patrząc po tym, co dzieje się w środku… a nawet pod ścianą, zaraz na zewnątrz.

Finrod zerknął obojętnym wzrokiem na burdel, gdyż żadne inne określenie nie pasowało do tego ośrodka przyjemności. Nawet nie próbowali maskować wątpliwej moralnie działalności. Nierząd za pieniądze budził odrazę elfa. W stolicy w zamtuzach starano się chociaż ukryć pod płaszczykiem luksusu, że nie chodzi tylko i wyłącznie o potrzeby chuci. Tu nawet pieprzyli się na zewnątrz niczym zwierzęta. Przed atakiem Felagund wykazywał zainteresowanie płcią piękną, jednak stosunek uważał za akt miłości nie tylko prymitywną potrzebę kutasa. Teraz wydawało się to tak odległe. Myśli elfa skupione były na służbie i powinności zakonowi oraz Airde’n’gaoithe. Potrzeba by było naprawdę silnych emocji, by przebić się do jego serca. Pomijając już fakt, że złożył śluby czystości.

Na samym placu targowym również życie nie tętniło. Pora była zdecydowanie zbyt wczesna, by przypuszczać, że wszyscy po prostu śpią. Miasto to trudno było porównać do jakiegokolwiek miasta znanego Finrodowi. Prędzej do jakiejś większej wsi, którą stać było na kamienną zabudowę. I nic więcej. W oddali po ich lewej wybijał się skromny kościół oraz stojące za nim wyższe, ładniejsze domy układające się w bogatszą od reszty dzielnicę mieszkalną.
Natomiast koszary, przed którymi stali, był zwykłym, drewnianym budynkiem z kamienną podbudówką. Za to dość sporym, z własnym wewnętrznym placem. Tutaj ktoś już na nich czekał. Był to wysoki ludzki mężczyzna liczący może czterdzieści wiosen, o poczciwym wyrazie twarzy i w znoszonej żelaznej zbroi, która nosiła pamiątki po niezliczonych walkach. Mężczyzna zwał się Nikola i piastował tytuł kapitana straży.

Nikola zaprowadził następnie do środka i pokazał pokoje: dwa osobne dla Jeremiasa i Slobodana, oraz jeden wspólny dla Finroda, Valentina i Folanta. Ich pokój był mały i skromny, ale posiadał trzy łóżka oraz wystarczająco miejsca, by komfortowo złożyć swoje rzeczy.
- Wypakujcie się i za pół świecy widzimy się na placu – zarządził ojciec Jeremias, po czym zniknął w swoim pokoju.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-04-26, 19:41   

Zajął jedno z łóżek i posłusznie zaczął wypakowywać swoje rzeczy. Starał się z tym uwinąć jak najszybciej, by nie narażać na próbę cierpliwości ojca. Jak rozłożył swoje rzeczy, poprawił swoją szatę i zbroję, a także mocowanie szabli przy pasie.

- I jak znajdujecie to miasto? – spytał słabym głosem Folant. Był zdecydowanie mniej entuzjastyczny odkąd zeszli ze statku, a teraz, gdy otoczeni byli ciszą, surowymi ścianami i paroma prymitywnymi meblami, jego twarz znacząco zbladła. – Ostrovyatŭr to to nie jest… Ale może za dnia wygląda korzystniej? Prawda?

- Ot prowincjonalne miasteczko… Nie uświadczymy tu niczego interesującego… - Odparł zagadnięty Finrod. - Z resztą nie po to tu jesteśmy. Mury wydają się w kiepskim stanie. To niepokojące...

Valentin milczał, kończąc układać swoje rzeczy z chirurgiczną precyzją, jakby od dawna wiedział, gdzie co powinno się znaleźć, by poranne przygotowania pochłonęły najmniej czasu. Nie było tu miejsca na inwencję twórczą. Została ona wyparta przez zimną, pragmatyczną kalkulację.

- Zaraz udamy się do gospody – pocieszał się dalej Folant. – Gospody to wszak serce miasta, zwłaszcza wieczorem! Jak myślicie, będą tu mieć jakieś lokalne przysmaki? Może coś sprowadzane ze wschodnich gór, od krasnoludów? Słyszałem, że krasnoludzka kuchnia jest wręcz fenomenalna, a ich sposób przygotowania mięsiwa na setki sposobów zostawia w tyle naszą erxeńską sztukę kulinarną. Ach, nie mogę się już doczekać!
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-05-07, 13:26   

- Najzwyklejsza strawa powinna wystarczyć. Nie jesteśmy tu, po to by cieszyć podniebienie. A krasnoludzka kuchnia… Słyszałem, że jest ciężko strawna.

Elf stanął przy drzwiach patrząc czy reszta jest gotowa do wyjścia.


Reszta była gotowa. Głównie trzeba było czekać na Folanta, który zawsze miał wysokie standardy co do higieny własnego ciała. Obmył twarz, przeczesał włosy wilgotnym grzebykiem, wyczyścił zbroję i stanął wreszcie gotowy do wyjścia.

Pół świecy jeszcze nie minęło, jak stanęli znów na placu ćwiczebnym. Otoczeni budynkami mieszkalnymi, lichą zbrojownią, zamkniętą stajnią i paroma strażnikami i sługami, ciekawymi tego, że coś się dzieje, że pojawiły się jakieś nowe twarze.

Na placu stał już Jeremias wraz ze Slobodanem. Wciąż odziani w zbroję, rozmawiali właśnie z Nikolą o sprawach, których dosłyszeć się nie dało. Na widok trójki akolitów rozmowa urwała się, a ojciec Jeremias rozkazał stanął w rzędzie. Złożył ręce na plecach i przechadzał się równolegle, co parę metrów odwracając kierunek chodu.

Finrod posłusznie stanął w szeregu na baczność.

- Pamiętajcie: przyszliśmy tu z misją, lecz jesteśmy tu gośćmi. Wiem, że dawno poza zakonem nie byliście, lecz tutaj mamy jeden cel i każde zboczenie z wyznaczonej przez nas ścieżki, a zwłaszcza ucieczka do realizacji własnych pobudek będą srogo karane. Czy to jasne?

- Tak ojcze! - Zabrzmiał gromko akolita.

- Teraz udamy się na wieczerzę, a jutro obchodzimy dzień pański, podczas którego zalecam modlić się gorliwie o zwycięstwo nad czarcim pomiotem zwanym Strażnikiem. Z miasta wyruszymy pojutrze o świcie. Jakieś pytania?
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-05-29, 16:34   

- Za pozwoleniem ojcze. - Odczekał chwilę na pozwolenie. - Dokąd się udamy? Jak zalecasz się przygotować? Czy to… - Głos mu się lekko załamał, nie mógł pohamować drżenia ciała. - ...ruszamy już na łowy… przeciw bestii?

Ojciec Jeremias zatrzymał się i spojrzał spokojnie na młodego akolitę. Wydawać się można było, że podniósł nawet kącik ust w delikatnym uśmiechu.

- Udamy się na północ, na podgórskie tereny należące do rodu Žutevskich. Doniesiono nam, że to właśnie tam, na zachodnich rubieżach zauważono bestię. Nie macie się jednak czego bać – póki co nie będziemy wyruszać bezpośrednio na „łowy”. Zbierzemy potrzebne informacje i gdy będziemy pewni, że wiemy, przed czym stoimy, ruszymy z działaniem. Nic pochopnego, nic brawurowego. Może ich być wszak więcej niż jedna sztuka. Takie przygotowanie będzie najlepsze… A z waszej strony wymagam tylko spostrzegawczego oka, silnego ramienia i czystej duszy.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-06-10, 14:16   

- Tak nam dopomóż Airde’n’gaoithe.

Odparł pewnie młody elf, w myślach uspokajając się. Tym razem będzie przygotowany na walkę. To będzie zorganizowana akcja. Tym razem to zakon uderzy pierwszy. Nie zawiedzie… Zmyje z siebie hańbę…


- Jeszcze jakieś pytania? – spytał ojciec Jeremias. – Nie? No, to w drogę!

I ruszyli. Prowadzeni przez Nikolę wyszli z koszar przez bramę prosto na pusty i cichy już plac targowy. Przecięli go w połowie, trafiając pod wcale huczny lokal stojący dokładnie po drugiej stronie placu. Ciemny jak noc szyld sugerował, że ów lokal zwał się Gospodą Onyksową.

Był to spory, piętrowy budynek, ulokowany w idealnym wręcz miejscu. Blisko bramy wjazdowej, którą można było zaobserwować nieco dalej, Z oknami wychodzącymi na plac, a nawet z jakimś wykidajłą, który stał przed wejściem i pilnował, by byle jaka szumowina nie dostała się do środka. Na widok Nikoli i zakonników wykonał głęboki ukłon.

- Dobry wieczór, zapraszam do gospody! – rzekł, po czy otworzył i przytrzymał drzwi. – Pan Antonij już was oczekuje.

Finrod skinął tylko głową wykidajle i wszedł do środka.

Była to średnich rozmiarów karczma, prezentująca się wewnątrz zaskakująco korzystnie. W środku panowało miłe ciepło, a powietrze wypełniały rozmaite zapachy ryb, mięsa i gotowanych warzyw. Liczne grupy osób siedziały zebrane przy stolikach wypełniających całą salę, a wygląd tych osób sugerował, że faktycznie, wykidajło skrupulatnie wykonuje swoją pracę. Można było zliczyć tuzin ludzi i elfów, a także pół tuzina krasnoludów. Ci skupieni byli w jednym miejscu, w kącie i na widok zakonników momentalnie podnieśli głowy znad swych kufli i misek z posiłkiem.

Stoliki dla gości stały wzdłuż obu bocznych ścian w ten sposób, że tylko jeden wąski korytarz ciągnął się od drzwi do kontuaru, zapewniając relatywną swobodę przemieszczania się i „odbicia” do swojego stolika, gdy było się już na odpowiedniej wysokości. Dalej po lewej stronie znajdowało się drewniane podwyższenie na nie więcej niż metr, na którym uplasowany został podłużny stół nakryty miłym dla oka białym obrusem, przy którym siedziało parę obcych osób, oraz parę osób, które Finrod zdołał już poznać.

Siedziało tam czterech mężczyzn, wszyscy wzdłuż jednego boku stołu. Prócz urzędnika Vitomira i kapłana Ilariona zajmujących miejsca boczne, w miejscach środkowych siedział mężczyzna w szatach zbliżonych do szat Ilariona, a więc prostych, brązowych i pokutnych, jednak jego szaty ozdobione były purpurą, a szyja przyozdobiona była złotym naszyjnikiem. Mężczyzna ten był chudy, miał podłużną twarz i szkliste oczy i wyglądał jakby był już po czterdziestce.

Drugi z nich, który siedział przy stole, a właściwie z siedzenia się wręcz wylewał, był liczący może pięćdziesiąt lat otyły człowiek z czerwoną twarzą. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak spocony prosiak, acz gustowne, barwne ubrania, które nosił, musiały świadczyć o tym, że była to osoba ważna, a jak nie ważna, to przynajmniej majętna. Nie licząc już zawartości stołu, który wręcz uginał się od ilości jedzenia.

- Witajcie! – zawołał głośno ten otyły, wstając niezdarnie i przewracając swój kielich z winem. – Jestem Antonij Žutevski, burmistrz tego miasta. A tu, przy moim boku, siedzi nasz główny kapłan, Teodor z Vatrovićów. Ilariona i Vitomira już poznaliście, jak mniemam?

Ojciec Jeremias wymienił uprzejmości, przedstawił wszystkich zakonników, po czym sam zasiadł naprzeciwko burmistrza i zarządził, by każdy z akolitów również usiadł.

Akolita nim usiadł skinął uprzejmie zebranym głową i nie zabierając głosu nie pytany.

Slobodan usadowił się po jego prawicy, a kapitan straży miejskiej Nikola przy krótszym boku stołu, obok Vitomira.

- Podziękujmy Asterionowi Mistrzowi za te dary – rzekł Jeremias, odmawiając modlitwę.

Młody elf odpowiedział doskonale wyuczoną formułką.

Po kolejnej minucie wydał zaś ostatnie, najbardziej przyziemne polecenie: „jedzmy więc”.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-06-17, 17:39   

Finrod zabrał się powoli i kulturalnie do jedzenia. Nie odzywał się nie zagadnięty, lecz przysłuchiwał się ewentualnej rozmowie.

Rozmowa kleiła się, mimo że suto zastawiony stół znacząco przeszkadzał w regularnym prowadzeniu konwersacji. Niektórzy łączyli jednak jedno z drugim, prowadząc konwersację z ustami na wpół wypełnionymi lekko przeżutym jedzeniem. Pożywienie było przepyszne, z czego Finrod korzystał. W sposób kulturalny.

Rozmawiało tylko parę osób: ojciec Jeremias, Antonij Žutevski, kapłan Teodor. Reszta albo przysłuchiwała się, albo ewentualnie dorzucała zdanie czy dwa. Akolici przynależeli do tej pierwszej grupy, w ciszy chłonąc strawę i rozmowę.

Finrod: Znajomość: Polityka: k20(4) + 12 - 30 (brak znajomości regionu, brak wyższej znajomości) = -14 // ST = 18

Po prostych, koniecznych przy początkowych etapach dyplomacji tematach, przyszła pora na trudniejsze, mniej powszechne, zawoalowane tematyki. Tok rozmowy przeszedł na lokalną politykę… i tutaj już ciężko było nadążyć. Pojawiały się imiona, nazwiska, tytuły i sprawowane funkcje. Finrod zrozumiał z tego tyle, że katepanatem rządzi ród Vatrovićów, a ich oddanymi lennikami jest ród Žutevskich. Kapłan pochodzi z pierwszego rodu, natomiast Antonij – z drugiego. Poza tym w katepanacie pobedińskim, w którym się znajdowali, jest jeszcze kilka innych rodów szlacheckich z nadaną ziemią, lecz rody te są „miałkie, niczym pierd motylka”, jak to skwitował Antonij, plując przy okazji kawałkami pieczeni zmieszanymi z winem.

Następnie odeszli od polityki ludzi i elfów i przenieśli się na politykę zewnętrzną. I tutaj wiele informacji umknęło elfowi (a także i zapewne pozostałym akolitom, a i Slobodan nie wyglądał, jakby miał zaraz dołączyć do dysputy), lecz w pewnym momencie pojawiła się pewna nazwa, która rozpaliła emocje gospodarzy.

- No i wszystko byłoby tutaj cudnie – rzekł Antonij, wznosząc udko kurczaka niby pałkę na swych wrogów – ale te kurwy krasnoludy z Klanu Górskich Smoków, jak ja ich nienawidzę. Mówią, rozumiecie to, i tu cytuję: że jesteśmy wrzodem na dupie Erxen. Słyszeliście to? – ostatnie dwa zdanie rzekł głośno, wręcz wykrzyczał. Wystarczająco, by nie tylko zakonnicy go usłyszeli, ale i cały lokal. – I podnieśli przy tym ceny na kruszec, jaki od nich sprowadzamy. Ale na tym się nie skończy. Już teraz dochodzą do nas informacje, że zbierają oddziały i ostrzą topory, że tylko jak wiosenna odwilż dotrze w góry, napaść na nasze wioski, kraść zboże, gwałcić nasze kobiety i mordować dzieci! Tak to wygląda, gdy próbuje się pertraktować z poganami!

Elf przysłuchiwał się potokowi słów, z którego niewiele był w stanie wynieść. Gubił się w plątaninie nazwisk i miejsc. Na wzmiankę o krasnoludach lekko się skrzywił, to nie był najlepszy czas na takie dysputy. Sam nic nie miał do krasnoludów pamiętając jakie wsparcie stanowili przy ataku strażnika. Choć Finroda niepokoił ich brak wiary, nie uznawały one Airde’n’gaoithe, który łączył elfów i ludzi. Młody akolita nie znał za dobrze zwyczajów i tradycji krasnoludów, a te które znał wydawały mu się bardzo obce. Zerknął z niepokojem w stronę krasnoludów, czy te odpowiedzą na tak oczywistą prowokację.

Krasnoludy przysłuchiwały się rozmowie, a miny ich były nietęgie. Nie wyglądali jednak na prostaczków, a raczej na godnie odzianych kupców, więc może dlatego postanowili jeszcze siedzieć na swoich miejscach i zagryźć zęby w niemym gniewie. Finrod nie znał kultury krasnoludzkiej od poszewki, lecz pamiętał jeszcze z czasów swojej służby w straży miejskiej, że istoty te łatwo wpadają w złość i wystarczył byle pretekst, zwłaszcza uderzający w honor, by spowodować burdę, zamieszki i okładanie się po gębach.

Tylko parę słów dotarło do uszu elfa. Słowa wypowiedziane w języku krasnoludzkim, więc dla niego niezrozumiałe. Były to za to z pewnością słowa twarde, szorstkie, nieprzyjemne dla ucha. Ale czy jakieś słowo w ich języku tak nie brzmi?

Na sam koniec Antonij walnął pięścią w stół, po czym zapadła grobowa cisza. Przerwał ją kapłan Ilarion, osuwając się powoli na swym oparciu. Wyglądał niemrawo.

- Moi drodzy – rzekł kruchym głosem… - Wybaczcie, ale powinienem udać się już na spoczynek. Pora robi się późna, a z moim wiekiem… Rozumiecie. A wraz z jutrzenką wszak posługę sprawuję…

- Ależ oczywiście – rzekł Antonij. – Bywaj zdrów, przyjacielu!

Tutaj wtrącił się Jeremias.

- Nie pozwolę jednak, byście sami po nocy chodzili! Finrodzie, może odprowadzisz szanownego kapłana Ilariona?

- To będzie dla mnie zaszczyt. - Elf wstał i skłonił się z gromadzonym. - Dobrej nocy mości panowie. Czy następnie mam wracać czy mogę udać się na spoczynek?

- Możesz do nas jeszcze powrócić, Finrodzie – odparł mu Jeremias. – Jeśli jednak jesteś zmęczony podróżą, możesz oddać się na spoczynek. Decyzja należy do ciebie.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-06-30, 10:03   

Młodzieniec przyodział się i czekał aż kapłan był gotów do drogi.

Finrod ruszył pierwszy, torując drogę do wyjścia. A jako że nie znajdował się w byle jakim szynku, tylko w godnej austerii, to droga do wyjścia była wystarczająco szeroka, by wysiłek przy torowaniu ograniczył się do paru przeproszeń i przytrzymaniu drzwi. Lecz i z tym ostatnim było problematycznie, jako że stojący przy drzwiach wykidajło skutecznie, z dzikim refleksem, doskoczył do drzwi, rozwarł je i z uśmiechem dziękował za wizytę i zapraszał ponownie.
Noc była chłodna. A wyjście z gorącej gospody tylko spotęgowało to doznanie. Nie było widać żywej duszy, nie licząc samego Finroda i Ilariona.

Elf zaczerpnął z przyjemnością chłodnego powietrza. Atmosfera w karczmie robiła się zdecydowanie zbyt gęsta. W głębi ducha cieszył się, że nie będzie musiał brać udziału w sporze z krasnoludami. Mimo dzielących ich różnic pamiętał jak podczas walk o stolicę, że krasnoludy walczyły równie zajadle jak inni.

Było cicho. Całe miasto spało.

- Jak ci się podoba nasze miasteczko, Finrodzie? – zagaił kapłan, wyraźnie odżywiony. Chyba świeże powietrze tak na niego podziałało.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-07-06, 11:18   

- Jest takie...małe i spokojne. - Odparł uprzejmie akolita. - Zupełnie inne niż miasto, w którym się wychowałem. Ta nocna cisza jest taka kojąca.

- Z pewnością nie może się mierzyć z potęgą Ostrovyatŭru, czyż nie? Ale ma też swoje uroki, swoje zalety. Słusznie prawisz, Finrodzie. To kojące i ciche miasteczko, czasami nawet na tyle ciche, że aż chce się, by coś się działo.

- Niewiele miast może próbować dorównać sercu Erxen. Przed inwazją Byal Provlak nazywaną perłą północy -Powiedział to nieskrywaną z dumą zmieszaną z goryczą. - Teraz jest jednak ledwie cieniem dawnej chwały.

Zatrzymał się. Spojrzał prosto na akolitę. Jego intensywne, głębokie oczy spotkały oczy Finroda, a elf poczuł, jakby spojrzenie to dostawało się głębiej, jakby badało samą duszę.

- Ha! – zaśmiał się swym podrapanym, starym głosem - Wbrew pozorom miasteczko to ma wiele aspektów, ale cisza to ostatni z nich. O tak, może cicho jest teraz w nocy, może cicho i spokojnie jest za dnia, ale serca i dusze mieszkańców krzyczą, skowyczą i zawodzą tak, że widzi to ślepy, słyszy to głuchy, a poczuć może sparaliżowany. To miasto grzechu, brnące ku własnemu upadkowi. To prowincja zapomniana przez świat. Ale nie zapomniana przez Boga, jak niektórzy śmią profanować. Bóg jest naszym jedynym zbawicielem, jedynym gorejącym ogniem, który rozgarnia mrok. – Wyciągnął skostniały, krzywy palec, zawieszając go tuż przed nosem Finroda. - A ty, drogi elfie, nieść będziesz jego pochodnię… chociaż jeszcze o tym nie wiesz.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-07-10, 09:56   

Elf cofnął się zszokowany słysząc słowa kapłana, nie potrafiąc przez chwilę znaleźć dla nich odpowiedzi.

-Nie wiem co prawicie… Przybyliśmy tu ze sztandarem wiary, nieść słowa Airde’n’gaoithe, walczyć ze złem i chronić tych, którzy sami nie mogą się bronić.

Finrod mocno zacisnął dłoń na rękojeści miecza przypominając sobie słowa przysięgi zakonnej.


Kapłan nie wyglądał na przestraszonego. Wręcz przeciwnie, nawet wykrzywił usta w czymś, co można było nazwać uśmiechem, ale uśmiechem pełnym bólu.

- I dokładnie tak się stanie… chociaż niezupełnie w taki sposób, jaki nasuwa ci wyobraźnia.

Uniósł dłonie i ramiona, jakby inkantował do samego nieba.

- Ogień jednak musi płonąć. Znicz winien zostać przekazany dalej. Przeznaczenie zostanie wypełnione… Jeszcze tego nie rozumiesz? Jestem tylko narzędziem w jego dłoniach. Prochem niesionym przez wiatr, który doświadczył jego zwiastowania! Sam święty Ivan objawił mi się w jego imieniu i rzekł mi to, co teraz przekazuję tobie: cokolwiek by się nie stało, jak wielkie przeszkody nie pojawią się na twojej drodze, musisz kontynuować swoją misję, Finrodzie. Bo od tego zależy życie setek istot… w tym twoje własne, wieczne.

-Ja… Złożyłem przysięgę…. - Zacisnął kłykcie tak mocno, że aż uwypukliły się żyły na jego kłykciach. - Nie zawiodę. - Ciszej do siebie pod nosem. - Nigdy więcej… - Głośniej i pewniej już. - Jestem tchnieniem wiatru, nadzieją bogobojnych. Zwiastunem burzy, przekleństwem grzeszników.

Kapłan opuścił ręce. Obejrzał się przed siebie, w kierunku, w którym przed chwilą się kierowali.

- Więc jak, odprowadzisz mnie na plebanię?
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-07-28, 13:59   

Elf uspokoił się, uświadomił sobie, że trzyma dłoń na rękojeści. Szybko się zreflektował i ją puścił.

- Tak ruszajmy.


Ruszyli. Następne kilka minut przeszli w zupełnej ciszy. Obeszli kościół, zaszli na jego tył i dotarli pod drzwi szerokiego budynku – skromnego, lecz godnego (jak na warunki panujące w mieście). Starzec zapukał i otworzył mu młody, chudy jak szkapa elf.

- Dobry wieczór, Maldwynie – odezwał się kapłan.

Chudy elf odpowiedział mu skinieniem głowy i cichym, jakby niepewnym głosikiem.

-Dobry wieczór. - Odparł akolita również skinając głową.

- Dziękuję ci, Finrodzie – kontynuował Ilarion. – Miłej reszty wieczoru. I powodzenia na szlaku. Nasze drogi jeszcze się skrzyżują… I nie mówię tutaj o porannej mszy.

- Dobrej nocy.

Po tym wszedł do środka, a Maldwyn zamknął za nim drzwi. Finrod pozostał sam w cichym, ciemnym mieście.

Uliczka, przy której stał, podobnie zresztą jak całe miasto, nie było rozświetlane przez żadną latarnię, w przeciwieństwie do większych miast, które mogły sobie na taką inwestycję pozwolić. Był jednak elfem. Widział wszystko, co widzieć powinien. I mógł udać się wszędzie, gdzie tylko sobie zażyczył.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-08-03, 12:48   

Finrod jeszcze przez chwilę stał wpatrując się w tempo wrota świątyni. W głowie wciąż rozbrzmiewały mu słowa kapłana. Czyżby była to najprawdziwsza wizja… Implikacje tego faktu przerażały elfa. Na pewno nie tego się spodziewał, bo swym pierwszym zadaniu. Czyżby Airde’n’gaoithe wystawiał na próbę jego wiarę i hart ducha? Tej nocy miał zbyt wiele wrażeń. Postanowił udać się na spoczynek i ochłonąć. Ruszył w kierunku przydzielonej im izby.

Finrod doskonale znał drogę powrotną, a i rozmiar miasta nie pozwalał na zgubienie się… acz i nie pozwalał na zbytnią kreatywność w obieraniu tras. Dlatego też Finrod wrócił na plac targowy, by z niego ruszyć dalej, z powrotem do koszar. Na placu, ciemnym choć oko wykol, zauważył nagle delikatne źródło światła parędziesiąt metrów dalej, z prawej strony. Była to Gospoda Onyksowa, a grupa trzech głośnych osób właśnie z niej wyszła. I należałoby w tym miejscu dodać, że były to okrzyki nie pijackiej radości, a szczerego gniewu.

- Skurwysynu, obyś zdechł i by psy twe szczątki szarpały! Za tę zniewagę przy moich ziomkach, za ten kłam w żywe oczy! – wydarł się pierwszy z nich, krasnolud w średnim wieku. Ubrany był w błyszczący czarny kabat, który zlewał się kolorem z jego długą brodą.

Drugi z mężczyzn, człowiek noszący oliwkowy dublet i dopasowane do nich ciemne nogawice, nie był gorszy w wymianie obelg.

- Z oczu to ci dobrze patrzy, ale kłamcą to jesteś beznadziejnym! A ja kłamcę to z mili zwęszę! Twój kłam i kłam twoich brodatych popleczników!

Elf skrzywił się słysząc przekleństwa. Początkowo uznał, że to ni tylko wynik pijackiego wiktu. Jednak…

Tylko trzecia osoba milczała. Był to młody chłopiec z pochodnią, który rozpraszał mroki i torował drogę. Z pewnością dla człowieka, jako że krasnoludy, podobnie jak elfy, w ciemności widzą świetnie.

- No ciekawe! – odparł krasnolud. – To jak to wszystko wyjaśnisz, co? Przypływam do miasta, statek gotowy do załadunku, klienci czekają, a tu chuja! Jak wyjaśnisz to, że cały magazyn pusty? Cały, calusieńki! Jak strzeżony miał być!

- No i był! Dopóki te krasnoludy z twojego przeklętego klanu…

- Och ty chuju, jeszcze słowo o moim klanie! – wydarł się krasnolud, po czym sięgnął do pasa po sztylet. - Wydłubię ci chuja i wsadzę w…

Nie dokończył. Zastygł i spojrzał przed siebie. Na Finroda. Jedynego świadka tej sceny.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2020-08-13, 10:43   

Akolita momentalnie przystanął i położył rękę na rękojeści miecza. Tego było zdecydowanie za wiele. Nie pozwolili na taką niegodziwość w swojej obecność. Miasto grzechu, czyż nie tak opisał je wielebny. Twarz elfa wykrzywiła się w marsowej minnie. Jego oczy uważnie śledziły ruchy krasnoluda. Ciało naprężyło się gotowe do skoku. Interwencji. Pokiwał przecząco głową widząc, że krasnolud zdał sobie sprawę z jego obecności.

Finrod: Zastraszanie: k20(11) + 16 + 10 (czynnik sytuacyjny) = 37 // ST = 18


Sztylet zawisł w powietrzu. Krasnolud, podobnie jak człowiek, spoglądali nieruchomo na Finroda. Elf nie musiał nic mówić. Nie musiał fizycznie interweniować. Jego prezencja wystarczyła, by krasnolud skulił się, opuścił broń i zniżył wzrok.

- Ach, kurwa, żal na was dobrego żelaza… Do niczego tu nie doszło! – wykrzyknął w kierunku Finroda.

- Najpierw na mój majątek, a teraz na moje życie się targasz? – parsknął człowiek. – Panie straży, pan zaaresztuje tego parszywego krasnoluda! Za kradzież i próbę mordu!
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group