Wysłany: 2008-06-06, 00:10 To, co niewinne - Akt II
"Wiecie, jak wyobrażam sobie Raj? Czym jest on dla mnie w moich snach? Och, to niezwykle osobiste pytanie. Każdy z nas traktuje tego typu sprawy na swój własny, specyficzny sposób. Nie ma dwóch takich samych osób, podobnie, jak nie ma dwóch identycznych wyobrażeń o Raju. Raj... wyobraź sobie najszczęśliwszy moment swego życia. Taki, że na samo jego wspomnienie czujesz ciepło w sercu, a na Twych ustach pojawia się uśmiech. Przeżyłeś kiedyś coś takiego, towarzyszu? Taką chwilę pełnej, niczym nie przyćmionej ekstazy? Teraz pomnóż w myślach, o ile tylko jest to możliwe, tę jedną, jedyną chwilę przez tysiąc i rozciągnij czas jej trwania w nieskończoność. To jest właśnie Raj. Są tacy, którzy weń nie wierzą. Są tacy, którzy wolą chłopców od ciepła kobiecego łona.
Nic jeno współczuć i jednym, i drugim" - z myśli wybranych Abrahama Lesselena (ludzkiego profesora katedry nauk o ziemi z uniwersytetu w Dorienbugu)
To, co niewinne - Akt II - Wyspa
Kroniki Anhura
Ostatnimi czasy los nie był łaskawy dla Anhura.
Tego mógł być pewien. Od samego początku go nie rozpieszczano. A wychodzi na to, iż jego piętą Achillesową były magiczne portale. Najpierw jeden w ostatniej chwili zabrał go z rezydencji Herlosa. Potem drugi w ostatniej sekundzie uratował mu życie przed Amokiem. Wreszcie ostatni zafundował mu szaloną jazdę po wszystkich właściwie miejscach w Sorii tylko nie tym, do którego bohater chciał się udać.
Naprawdę, to nie napawało optymizmem.
Tym bardziej, gdy u boku ciążyła sakiewka wypchana pieniędzmi dostanymi właściwie.. za nic. Od osoby poznanej na tyle przypadkowo, iż Anhur nie zapytał jej nawet o imię. Teraz jednak nie miało to już znaczenia. Ssanie w okolicy podbrzusza zakończyło się.
Bohater mógł wytłumaczyć to sobie na dwa sposoby. Albo wszyscy członkowie Bractwa Alair byli martwi i teleportacje się zakończyły, albo... znalazł się na miejscu.
Określenie jednak tego ostatniego było dość trudne. Teleportacja bowiem znów nie była dla łowcy łaskawa.
Leżał na plecach. Czuł wyraźnie wbijający mu się pod łopatki plecak. Czuł coś miękkiego pod głową. Czuł, że jego noga - leżąca w dziwnie nienaturalnej pozycji - zaczyna cierpnąć. Słyszał krzyki mew i szum morza. Pod dłonią czuł... piasek. Ciepłe promienie słońca smagały mu twarz pospołu z delikatnie słonymi podmuchami wiatru. Nie ulegało wątpliwości, że znajdował się na plaży nad morzem. Choć lepiej było się upewnić.
Póki co bowiem bohater leżał, mając po prostu zamknięte oczy i nieprzyjemne odrętwienie przechodzące miejscami w ból w całym ciele.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
I znów teleport i znów był w nieznanym miejscu. Cóż taki już los. Przez krótką chwilę przypominał sobie wcześniejsze teleportacje. Ehh, nic pocieszającego...
"Gdzie ja wylądowałem? Mewy, fale, piasek... morze." Te krótkie rozmyślania przerwało dziwne uczucie dochodzące z nogi. "Czyżby złamana?"
Wziął głębszy oddech, otworzył oczy, by rozejrzeć się po otoczeniu, a następnie rzucić okiem na nogę. Następnie jeśli uznał to za bezpieczne dla kończyny usiadł.
Tak, Anhur nie miał szczęścia do teleportacji. Zupełnie. W każdym calu.
Otworzenie oczu potwierdziło tylko to, co łowca do tej pory zdołał sam wydedukować. Leżał na sypkim, jasnym, nagrzanym słońcem dnia piasku. Piasek ów bynajmniej nie był piaskiem pustyni, jak całkiem niedawno miał okazję tego doświadczyć bohater. Nie był również piaskiem z piaskownicy. Był to typowy, wypłukiwany regularnie przez fale piasek "plażowy".
Szum oceanu tylko fakt ów potwierdzał. Anhur ku swojemu zdumieniu skontaktował, iż nigdy wcześniej nie znajdował się nad brzegiem tak wielkiego zbiornika wodnego. Płaska jak lustro tafla wody, gdzieniegdzie tylko poznaczona białymi grzywami niewielkich fal ciągnęła się jak okiem sięgnąć. Wiatr nie wiał mocno, toteż woda była niezwykle spokojna. Całości obrazu dopełniały krzyki krążących wysoko mew.
Czy na Undusie występują mewy? Czy tak prozaiczne ptaki mają wstęp na wyspę bogów?
Był już wieczór. Słońce podpalało na pomarańczowo niebo. Zachodziło jednak z drugiej strony lądu, nie nad wodą. Tego jednak bohater póki co nie widział. Na razie, zamiast rozglądać się po okolicy, postanowił zająć własną nogą.
Słusznie.
Nienaturalne jej wykrzywienie było znakiem świadczącym o jednym – iż sytuacja była nienaturalna. Właściwie ciężko było określić zwichnięcie jako coś "naturalnego". Anhur mimowolnie syknął przez zęby, gdy przechylił swe ciało do przodu, chcąc ocenić swój stan. Noga bolała przy każdym poruszeniu. Lewa stopa zdecydowania miewała lepsze dni. Nawet przez buty czuł, jak już zaczyna puchnąć.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Widok zaparł dech w piersi człowieka, które z resztą przez prawie całe życie żył w lasach, gdzie drzewa ograniczały widoczność. Takiego ogromu przestrzeni jeszcze nigdy nie odczuł, nawet podróżując po stepach.
"Wieczór, trzeba będzie się zbierać." Syknął z bólu, kiedy usiadł. "Parszywe szczęście, trafiłem do Raju ze zwichniętą nogą, no przynajmniej mam taką nadzieję, że to TO miejsce."
"Trzeba będzie coś zrobić z tą nogą." Rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu drewna wyrzuconego przez może morze, może ocean. Ale kto odróżni jedno od drugiego. W międzyczasie spróbował sobie przypomnieć, czy lecznicza maść pomoże również na zwichnięcia, a nie tylko na rany.
Uważne rozejrzenie się po okolicy plaży nie przyniosło niestety wielkich odkryć. Plaża była idealnie biała od piasku. Ani śladu po drewnie, szkieletach statków, martwych rybach czy nawet ludzkich ciałach pustka.
Anhur odwracając się do tyłu z kolei zauważył, iż teleport wyniósł go u stóp swego rodzaju niewielkiego klifu. Plaża miała może dwieście metrów długości, po czym wpadała na skały. Z kolei do klifu dzieliło brzeg może pięćdziesiąt metrów. Potem nagle piasek urywał się, wznosząc się stromą, białą, wypłukaną od wody i soli ścianą kamieni. Łowca szybko zauważył, iż klif nie był wysoki, miał może trzydzieści metrów. Mimo to stromizna robiła swoje i z pewnością wejście nań bez odpowiedniego ekwipunku byłoby wyjątkowo trudne.
Coś jednak zrobić trzeba było. Obejście bokiem stromizny nie wchodziło w grę. Można zawsze było dotrzeć do krańca plaży i próbować płynąć do bardziej przystępnego brzegu. Ze zwichniętą nogą było to jednak również utrudnione.
Anhur nie miał szczęścia przy teleportach.
Maść lecznicza owszem, na pewno pomoże przy zwichnięciu. Złagodzi ból, przyspieszy leczenie i zmniejszy opuchliznę, o ile nałoży się ją poprawnie i solidnie owinie czymś, by nie wytarła się zbyt szybko. Sama maść jednak nie nastawi nogi ani nie uleczy jej cudownie od zaraz. Nawet mikstura lecznicza tego nie dokona.
Szkoda, że łowca nie miał pojęcia o anatomii i niezbyt znał się na nastawianiu zwichnięć. Mógł próbować, ale musiał się liczyć z tym, że nie będzie to łatwe.
Szum morza uspokajał i kazał z optymizmem patrzyć w przyszłość.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Piasek, piasek, piasek... klif. Jednym słowem nic, ale miało to jeden plus, nie było widać przynajmniej żadnego drapieżnika. Zawsze to jakieś pocieszenie.
"Co robić? Cóż trzeba najpierw zająć się nogą, bo daleko tak nie zajdę." W przenośni i w rzeczywistości. "No to trzeba zdjąć najpierw buta." Przygotował się na to psychicznie, po czym jak pomyślał tak zrobił. "Teraz co? A tak przydałoby się i jakiś opatrunek zrobić." Z plecaka wyjął bandaże i maść leczniczą. "A tak, jeszcze usztywnić." Z kołczanu wyjął jeszcze strzałę.
"No to do dzieła!" Zabrał się do opatrywania nogi. Najpierw posmarował nogę maścią, następnie przygotowaną strzałę połamał na pół i umieszczając je po dwóch stronach nogi zaczął ją bandażować.
But zdejmował się z oporem. Noga, nienaturalnie już spuchnięta i rozrośnięta skutecznie działanie to hamowała. Anhur nie umiał powstrzymać lekkiego skrzywienia twarzy, jakie pojawiło się, gdy but przechodził cholewą przez kostkę. Bolało. Nie dość, by wywołać jęk bólu, ale nie dość słabo, by machnąć nań lekceważąco ręką.
Na szczęście bohater nie tracił trzeźwości umysłu.
Maść lecząca, usztywnienie w postaci strzały i solidne owinięcie całości bandażem. To naprawdę nie był zły pomysł i Anhur szybko poczuł, jak dokuczliwe do tej pory pulsowanie w rejonie stopy słabnie i przechodzi ze stadium "o cholera nie mogę się ruszyć" do "pora się stąd zmywać". Od biedy dałoby się na tej nodze stać, chodzić kusztykając a nawet z trudem biegać, o ile nie przez dłuższy czas. Wyższe czynności fizyczne właściwie również były możliwe, aczkolwiek w oczywisty sposób utrudnione. Anhur na pewno przez jakiś czas mógł zapomnieć o wyczynowym robieniu przysiadów.
Bo fakt faktem, operacja trwała kilkanaście minut, zaś słońce zachodziło z każdą chwilą za klif.
Anhur musiał brać pod uwagę, iż próba wyniesienia się z feralnej plaży po ciemku graniczyła z niemożliwością. Zaś w razie nadejścia ewentualnego przypływu bohater znalazłby się w sytuacji bez wyjścia.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Odsapnął z zadowoleniem, kiedy skończył bandażować nogę. "No, o wiele lepiej."
Spojrzał na zachodzące słońce. "Cóż trzeba stąd zwiewać." Szybko spakował rzeczy po czym ostrożnie, nie nadwyrężając zbytnio nogi wstał. Zerknął w stronę klifu, po czym zaczął iść w jej stronę przypatrując się jej w poszukiwaniu łatwiejszych dróg na górę i jeśli takowe znalazł od razu tam się kieruje kuśtykając.
"Mam nadzieję, że jakoś uda mi się stąd wyjść zanim zajdzie słońce, bo jeśli nie..." W tym miejscu zadrżał na myśl o możliwych konsekwencjach. "Cóż jeśli zaszedłem już tak daleko, to nie będę się poddawać, muszę w końcu spełnić wolę matki. Ciekawe, jaka ona była..." Poczuł lekkie uczucie żalu na myśl o tym, że nigdy nie porozmawiał z nią, a nawet nie pamięta o niej. "Czemu, to mnie to spotyka?"
Co jak co, ale swoje pierwsze spotkanie z Undusem Anhur z pewnością wyobrażał sobie inaczej. Wyspa Bogów, Undusianie, Saihri, może jakaś rodzina... na pewno nie klif, na pewno nie ból w nodze i na pewno nie ryzyko śmierci wiszące nad głową.
Co jednak miał zrobić. Po prostu szedł.
Wychodziło mu to dość sprawnie. Sypki piasek uciekał spod rannej stopy, ale idąc powoli Anhur był w stanie bez specjalnego opóźnienia dotrzeć do stóp klifu. Tutaj zaś sprawa zaczęła również jakoś się klarować.
Klif był idealnie wypłukany i wyżłobiony przez fale. Wznosił się właściwie pionowo bez zbytniej możliwości podejścia w jakiś przystępniejszy sposób na jego szczyt. Sytuacja z pozoru beznadziejna - zważywszy na fakt, iż bohater nie posiadał sprzętu do wspinaczki - miała jeden pozytyw w postaci budulca owego klifu. Wykonany ze skał wapiennych nie był zupełnie "gładki". Nie brakowało w nim półek, wyrw i uchwytów, po których ostatecznie możliwe było wejście. Anhur jednakże nie posiadał zbytnio doświadczenia skałkowego. Był silny i wytrzymały. Również zręczności i percepcji mu nie brakowało. Słowem, miał warunki by dokonać tej sztuki. Jedyne, co go ograniczało, to brak doświadczenia i sprzętu oraz wciąż lekko dokuczająca noga.
Że o ryzyku pewnej śmierci w razie upadku nie wspominając.
Z resztą, próba pływania z pełnym ekwipunkiem i ranną noga blisko skalistego brzegu również nie wydawała się bardziej optymistyczna.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
"Cóż, gdyby nie noga, to ten dzień byłby o niebo lepszy. Tylko zastanawiam się co się stało z tą wampirzycą? Eh.. nie ma na to czasu, a i tak jej tu nie widzę, więc nie muszę się martwić na zapas."
"No to trzeba najpierw coś zaplanować." Stojąc pod klifem przyglądał się rozmieszczeniu dziur i innych możliwych uchwytów szukając jak najłatwiejszej trasy ucieczki z tej jakże rajskiej plaży. Gdy w głowie łowcy ułożył się plan drogi poprawił ekwipunek po czym rozpoczął wspinaczkę.
Stojąc u stóp klifu Anhur nie był w stanie - rzecz jasna - zaplanować sobie dokładnie całej trasy na górę. Mimo to, powoli chodząc wzdłuż ściany, zdołał wybrać miejsce, które jego zdaniem zagwarantowało mu najłatwiejszy start.
No i zaczął.
Początek poszedł szybko. Anhur w miarę sprawnie wykorzystując każdy dostępny uchwyt podciągał się, łapał i posuwał w górę spokojnym tempem. Brak ekwipunku wysokogórskiego doskwierał. Kilka razy znalazł się w sytuacji, gdy nie miał jak zaczepić dłoni i musiał się nieco wycofywać, kombinować, tracić siły na obejścia i inne trasy. Gdyby tylko posiadał haki, znalezienie zaczepu w najmniejszych nawet szczelinach nie stanowiłoby problemu...
Większym problemem było zmęczenie. Anhur posiadał kondycję i wytrzymałość na zmęczenie na poziomie dobrym, ale nie znakomitym. Pokonał jedną trzecią trasy dzielącą go do szczytu, gdy zaczął po raz pierwszy odczuwać ból w ramionach i nadruszonej nodze. Nie było jeszcze tragicznie, ale z pewnością mając niemal 40 kilogramów ekwipunku na plecach łowca musiał brać pod uwagę, iż dotarcie na sam szczyt może go najzwyczajniej w świecie wykończyć.
Tak się jakoś nieszczęśliwie składało, iż po drodze nigdzie nie było karczmy z noclegiem.
Pod nim, jakieś dziesięć metrów w dół, bielił się piasek coraz bardziej podmywany przez wodę. Nad nim czerwieniło się niebo zachodzącego słońca.
Tuż przez nosem zaś lita ściana, pełna bruzd i pęknięć, które mogą go wybawić... lub zabić.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
"Początku są zawsze trudne..." Przyszło łowcy do głowy, kiedy zaczął się wspinać. "Ta jasne..." Pomyślał, kiedy po raz kolejny musiał zawracać i znów szukać drogi.
Ciężko sapiąc wspinał się dalej. Zerknął na dół, następnie na górę. "Niezbyt dobrze, jeśli tak dalej pójdzie, to prędzej mój duch dojdzie na górę, niż ciało..."
Zerknął na słońce. "Hmm.. ładny ten zachód słońce.... Co?! Już tak późno?! Trzeba się pośpieszyć, bo inaczej ten cały wysiłek pójdzie na marne!"
Wziął głębszy oddech. Jeden, drugi i trzeci, tak dla pewności. Po czym znów rozpoczął swą żmudną wspinaczkę. "Teraz mój los jest w rękach bogów. Mam nadzieję, że będą dla mnie dziś litościwi." Wiedział, że teraz ściga się z czasem, ale też wiedział, że forsowna wspinaczka do niczego go nie zaprowadzi, toteż starał się też w miarę odpocząć, przy łatwiejszych chwytach.
Dość ciężko jest mówić o "odpoczynku", gdy ma się na plecach niemal czterdzieści kilo ekwipunku, zaś zamiast "głębokich wdechów" sapie się niczym parowóz przed wyruszeniem w drogę.
Mimo to Anhur postanowił kontynuować swoją wspinaczkę. Tym razem zwolnił nieco tempo, częściej dając sobie chwile wytchnienia.
Taktyka ta może nie pozwoliła mu jakoś szczególnie odpocząć. Z pewnością jednak ułatwiła planowanie kolejnych chwytów. Naprawdę, gdyby ktoś teraz miał okazję zobaczyć łowcę, byłby z niego dumny. Bez ekwipunku i doświadczenia wspinaczkowego, mozolnie wchodził na naprawdę trudny klif. Miał farta.
No i siłę.
Ta, nawiasem mówiąc, ubywała mu szybko niczym krew z rozprutej tętnicy. Przy każdym podciągnięciu mięśnie Anhura wył boleśnie, błagając o możliwość zaprzestania wysiłku. Palce coraz częściej ześlizgiwały się ze skał. Brak kredy lub talku mścił się okrutnie, a mokre od potu i nieludzko zmęczone palce z wielką trudnością znajdowały kolejne szpary w klifie. Również stopy, zakute w buty nie miały właściwie oparcia. Gdyby bohater pomyślał wcześniej, zdjąłby je i wchodził boso. Teraz jednak musiał się męczyć, dodając dodatkowego obciążenia rękom. Te co prawda miał silne, od lat strzelania z łuku, ale... bez przesady. Nigdy nie strzelał z pełnego naciągu przez godzinę bez przerwy i też miał swoje granice wytrzymałości.
Ta zaś zbliżała się bezlitośnie.
Łowca czuł, jak opada z sił, a plecak ciągnie go bezlitośnie ku ziemi. Do końca wędrówki pozostało już niewiele. Może pięć metrów. Kwestia sześciu - siedmiu podciągnięć. Miał już nawet w głowie ułożoną trasę. Wiedział, jak iść...
I w tym momencie podkuty but obsunął mu się z krawędzi.
Anhur momentalnie poczuł, jak traci równowagę. Obie nogi poszły do dołu, zaś lewa dłoń wyślizgnęła się, gwałtownie szarpnięta, ze swojego uścisku.
Nie spadł. Jeszcze.
Wisząc na ostatnim chwycie prawej dłoni, zadyndał rozpaczliwie, dwadzieścia kilka metrów nad ziemią, mając pod stopami tylko powietrze, a nad sobą brakujące metry do wolności. Czuł niemal, jak za sekundę plecak wyrwie mu ramiona ze stawów, a palce z chrzęstem urwą się, by już na zawsze zostać zaklinowane tutaj w skałę.
Musiał działać. I to szybko.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Było coraz trudniej, z każdym krokiem, ruchem mięśni czuł jak siły opuszczają go. "Czyżbym źle ocenił moje siły? Nie, nie mogę tak myśleć, musi mi się udać!" Tak rozmyślając piął się dalej, dorzucając do tego przekleństwa na jakieś portale, plecak, który za dużo waży i na sam klif który jest zbyt uparty, żeby mu jakoś pomóc.
-Już tak niewiele- Wysapał zmęczony, gdy nagle bez ostrzeżenia poczuł, że traci grunt pod stopami. Już myślał, że to już koniec, gdy w akcie desperacji chwycił się jeszcze jakieś skały. Ból w ręce,i uczucie ulgi w ciele i bicie serca w klatce piersiowej towarzyszyło łowcy wiszącemu dość wysoko na klifie, ale na jak długo?
"Jeszcze żyję! Trzeba działać!" Szybko rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś uchwytu. "Sztylet!" Pomyślał i jeszcze raz rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby wbić sztylet, aby zrobić wygodniejszy uchwyt. Jeśli znalazł takie, to bez wahania wyciąga broń i wbija je w wybrane miejsce, jeśli stara się normalnie uchwycić skałę.
Walczył zarówno o swoje życie, jak i ekwipunek. Wystarczyłoby po prostu zrzucić z siebie plecak, stracić dodatkowe kilogramy i piąć się dalej w górę. Łowca jednak takiej ewentualności nawet nie rozpatrywał. Walczył, stawiając wszystko na jedną kartę.
Dobyty ostatnim wysiłkiem ciała sztylet z szczękiem szorowanego metalu o kamień zaklinował się w wąziutką szczelinę w ścianie klifu.
Anhur czuł dosłownie każde włókno swoich mięśni, gdy podciągał się na nim i szukał rozpaczliwie oparcia stopami. Raz. Drugi. Trzeci.
Pół minuty morderczej męczarni później, jedna jego ręka dotknęła płaskiego, porośniętego trawą szczytu klifu. Po chwili druga. Ostatnie podciągnięcie się...
Był cały.
Nie można było tego powiedzieć o sztylecie. Ostrze broni trwale zostało uszkodzone, wyszczerbione i wygięte tak, iż broń nie nadawała się nawet do cięcia pasków mięsa upolowanej zwierzyny. Ale, jakby nie patrzeć uratowała łowcy życie.
Mięśnie pulsowały jak szalone. Nadruszona stopa również prosiła o przerwę. Mimo to ciało rozpierała jakaś trudna do wytłumaczenia duma z samego siebie. Żył.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Z determinacją piął się w górę, walcząc o swoje życie. Po jakimś czasie, które dla łowcy wydawała się wiecznością, dotknął jedną ręką o szczyt klifu. Ten czyn zmobilizował ciało do ostatniego wysiłku.
Teraz leżał na ziemi z głupkowatym uśmiechem na twarzy.
-Udało się!- Wysapał -Naprawdę się udało.
Po tak wielkim wysiłku chciał po prostu tutaj zostać w tej pozycji i odpocząć, lecz lata życia w dziczy nauczyły go, że takie zachowanie może skończyć się śmiercią.
Leniwie wstał do pozycji siedzącej, rozmyślając co teraz zrobić. Z krańca świadomości przypomniał sobie o miksturze, którą dał mu Didrian.
"Tak to właśnie to!" Zdjął plecak, po czym otworzył go w poszukiwaniu puzderka, a w niej zawartego specyfiku. Otworzył miksturę, po czym powąchał jego opary, lecz tym razem postarał się bardziej nad sobą panować. Gdy już skończył w spokoju zbadał pozostałą zawartość puzderka. Następnie rozejrzał się po okolicy.
Każdy ruch sprawiał mu niemal namacalny ból. Oddychał ciężko i z trudem, właściwie sam nie wierząc własnemu szczęściu. Dosłownie, szczęściu. Aż chciałoby się rzec, że czuł je w kościach...
Nie zdjął butów przed wspinaczką. Nie miał sprzętu. Miał ranną nogę. Nie pomagał sobie nawet głupim sztyletem. Gdy sytuacja stała się krytyczna, nie pozbył się obciążającego go plecaka, tylko stawiając wszystko na jedną kartę, użył sztyletu. O tak... to, że nadal żył, zawdzięczał niesamowitemu wręcz szczęściu.
Może to sama wyspa próbowała jakoś ratować swojego mieszkańca? Tego nie wiedział. Wiedział na pewno, iż wypadałoby szczerze pomodlić się do wszystkich bogów, którzy nad nim czuwali... i nieco myśleć na przyszłość. Szczęście ma to do siebie, że kiedyś się kończy.
Otworzenie puzderka zaowocowało kilkoma przyjemnymi dla bohatera odkryciami. Wewnątrz znajdowało się co następuje:
- dwa kryształy światła
- jeden kryształ życia
- jeden kryształ many
- niewielki flakonik z miksturą Didriana
- niewielka strzałka, która musiała być strzałką magicznego tłumienia
Anhur sięgnął po flakonik. Od razu rzuciły mu się w oczy jego rozmiary. O ile zwykle mikstury pakowane były do flakonów o pojemności ok 250 ml, ten nie był większy od kieliszka wódki 50 ml. Był naprawdę niewielki. Najwyraźniej Didrian nadal obawiał się o jego skutki uboczne? Anhur dobrze pamiętał, co mag wspominał o tej miksturze, gdy pierwszy raz miał okazję ją poczuć.
Uczucie znów było niesamowite. Ból w mięśniach zelżał natychmiast, zaś płuca bohatera wypełniły się cudowną energią. To był niemal jak narkotyczny trans. Siła wróciła, i choć Anhur doskonale wiedział, iż efekt nie utrzyma się długo, nabrał nagle pewności, iż bez problemu będzie w stanie nawet maszerować przed dłuższy czas. Nabrał sił i wigoru, a tego teraz potrzebował najbardziej.
Z trudem odstawił od siebie te cudowne sole trzeźwiące i zakorkował fiolkę.
Zaś wokoło...
Wokoło kwitł wrzosy. Tysiące wrzosów, ciągnących się aż po horyzont na idealnie płaskiej równinie. Słońce podpalało na czerwono widnokrąg. Wokoło roznosił się świergot setek ptaków. Ani drzewka. Tylko wrzosy i ptaki.
I szum oceanu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
"Trochę to małe... ale zawsze to lepsze niż nic..." Powąchał specyfik, od razu poczuł się lepiej. Kiedy z trudem oderwał się zbadał szybko puzderko i rozejrzał się po okolicy.
Gdzie nie spojrzał widział tylko horyzont i wrzosy... Wrzosy, ptaki, horyzont, no i oczywiście ocean z tyłu.
"Zapowiada się na długą wędrówkę..." Westchnął, spakował się szybko, po czym wstał. "Ale niech będą dzięki wszystkim bogom, za to, że udało mi się dotrzeć aż tutaj."
Spojrzał na słońce, spróbował ocenić ile jeszcze czasu zostało do nocy. Jak na razie nie wiedział dokąd ma iść, toteż po chwili namysłu postanowić, że pójdzie w stronę zachodnią, z dala od tego oceanu, wgłąb innego morza... morza wrzosów.
Ruszył w wybranym kierunku, postanowił tak iść, aż poczuje, że efekt mikstury zaczyna słabnąć, lub też do zachodu słońca zostanie gdzieś około godziny. W takim wypadku jeśli nic po drodze się nie wydarzy, to wypatruje jakiegoś miejsca na rozbicie namiotu.
Zapach wrzosów oszałamiał nie gorzej, niż zapach specyfiku Didriana. Ciągnęły się w nieskończoność, jak gdyby Anhur dotarł do miejsca, w którym już nic poza nimi się nie znajdowało. Tylko wrzosy, wrzosy, wrzosy...
Wiatr falował nimi, wzbijając w powietrze pyłki i płatki. Ich taniec wyglądał prześlicznie na tle czerwonego nieba. Ptaki świergotały ogłuszająco. Anhur nie widział żadnego, ale nie miał wątpliwości, iż pośród wrzosów muszą być ich tysiące.
Szybkie spakowanie się i marsz. Na zachód. Wiecznie na zachód.
Łowca nie potrafił jednak do końca wyjaśnić sobie, co się działo. Czuł, czuł całym sobą, iż znalazł się w dobrym miejscu. To MUSIAŁ być Undus. Zarówno Didrian jak i tajemniczy mag spotkany podczas teleportacji zapewniali go, iż portal skierowany jest bezbłędnie. Jakaś wewnętrzna cząstka Anhura również podpowiadała mu, iż znalazł się w miejscu mu bliskim i znanym, choć nigdy przezeń nie odwiedzonym. To BYŁ Undus...
Ziarno niepokoju raz zasiane w sercu jednak nie opuszczało. Jeżeli to Undus... to gdzie jego mieszkańcy? Co tu robią wrzosy, klify...? Czy tak to ma wyglądać?
Odpowiadał mu tylko szum wiatru, wrzaski ptaków, krzyki mew i jednostajny krajobraz aż po horyzont.
Anhur maszerował niezmiennie w obranym przez siebie kierunku przez nieco ponad godzinę. Po tym czasie uznał, iż najwyższa pora zabrać się za obozowisko. Okolica niezbyt się zmieniła w ciągu marszu. Nadal otaczały go równina i wrzosy, toteż nie miało większego znaczenia, gdzie spędzi tę noc. Choć może znajdujące się nieopodal lekkie wzniesienie nadawało się nań bardziej, niż zwykła równina.
Szkoda, że Anhur nie miał nigdzie w okolicy drzew. Brak drzew oznaczał spanie na ziemi oraz brak drewna na ognisko. Bo w palenie ogniska wrzosami jakoś nie wierzył.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Anhur szedł przed siebie. Z zachwytem patrzył na tańczące płatki wrzosu. "Jak tu pięknie... Tylko tak trochę pusto..." Rozejrzał się dookoła, widział prawie ten sam widok co wcześniej, wrzosy.
"Tak, to na pewno jest Undus, czuję to! Ale czemu też czuję niepokój? I czemu nie widać nikogo?"
Z takimi i podobnymi myślami szedł przed siebie, aż wreszcie uznał, że czas już na rozbicie obozu. Rozejrzał się dookoła. Zauważył wzniesienie. "Cóż... zawsze to coś." Poszedł w tym kierunku i gdy był już na wzniesieniu zdjął plecak, wyjął namiot i zaczął go rozkładać.
"No to zrezygnuję z ogniska. Cóż, chyba, że te kwiaty inaczej się zachowują i palą się jak drewno w co wątpię..."
Na wzniesienie Anhur wchodził z nieukrywaną nadzieją. A nuż uda się coś zobaczyć? Cokolwiek! Choćby cień szansy na to, iż nie jest jedyną żywą istotą – oprócz ptaków – w całej okolicy? Undus!
Wrzosy.
Zauważalnie głośne westchnięcie rezygnacji wezbrało w piersi bohatera, gdy tylko jego nadzieje okazały się być płonnymi. Wrzosy otaczały go i przytłaczały, niczym nadchodząca fala przypływu. Wrzosy i nic poza nimi. Ani żywej duszy.
Saihri... wspominała o chorobie, jaka toczy Undus. Czy to był jej przejaw? Umieranie wyspy? Gdyby tylko siostra żyła... z pewnością wyglądałoby to inaczej.
Namiot, kupiony całe wieki temu, wreszcie okazał się być przydatny. Niecałe dwadzieścia minut później mocno stał umocowany na twardej ziemi. Przewrócić go byłby w stanie tylko bezpośredni atak jakiejś istoty albo mocny wiatr. Póki co jednak ani na jedno ani na drugie się nie zanosiło.
Brak ogniska nie doskwierał. Noc szykowała się ciepła. Lepiej jednak było nie przesadzać. Solidnie zmęczony i spocony po wspinaczce oraz marszu Anhur musiał nieco się pilnować... nocując pod chmurką łatwo o zapalenie płuc.
A trudno o prawdziwą kolację.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Gdy dotarł na wzniesienie nie ukrył rozczarowania widokiem. "Ciekawe co jest z tą krainą?" Jeszcze raz westchnął, "Gdybyś tu była Saihri, to byłoby łatwiej..."
Rozłożył namiot, jeszcze raz rozejrzał się dookoła. "Ciekawe ile jeszcze czasu będę musiał jeszcze podróżować po tym kwiatowym pustkowiu? Przynajmniej noc zapowiada się ciepła. Zawsze to coś"
Usiadł koło namiotu, wziął jedną z racji żywnościowych i zaczął je jeść. "Undusie, jakie tajemnica cię okrywa? Czemu to się dzieje właśnie mnie? Cóż, grunt to nie tracić nadziei."
"Nic nie trwa wiecznie... Tak powiedziałaś mi kiedyś, siostro. Cóż jutro dzisiejsze troski zamienią się w inne... ale to dopiero jutro."
Gdy już zjadł jeszcze chwilę rozmyślał, po czym poszedł spać.
W takich chwilach łowca cieszył się, że wychowano go tak, a nie inaczej. Inna, delikatniejsza osoba, po przeżyciach całego dnia zapewnie nie miałaby nawet sił się ruszyć. Przerażona wciąż tkwiłaby u stóp klifu czekając na śmierć, jaką przyniósłby ze sobą nadchodzący przypływ. Anhur jednak taki nie był.
Urządziwszy sobie obozowisko, łowca spokojnie zabrał się za spożywanie racji żywnościowych. Nie były one jakoś szalenie obfite, ale w spokoju wystarczały, by napełnić nimi żołądek. Suszone paski mięsa, orzechy i suszone owoce smakowałyby jednak lepiej, gdyby Anhur czymś je popijał. Początkowo apetyczne jedzenie szybko w jego ustach stało się twardą, gęstą i lepiącą do języka oraz podniebienia masą.
Uciążliwy szczegół. Ale dało się przeżyć.
Undus.
Undus zachęcał swym spokojem do snu. Nawet czujny i wyszkolony łowca, czuł się tutaj jak u siebie i gotów był położyć się ufnie spać właściwie od razu po przybyciu w to nowe terytorium. Brak ostrożności... jak najbardziej jednak wytłumaczony. Bez snu i porządnego wypoczynku Anhur byłby tylko cieniem łowcy, którym był normalnie.
Szelest, który go obudził był cichy. Zbyt cichy, by obudzić kogoś śpiącego mocno, lecz dość głośny by wyrwać ze snu kogoś śpiącego ostrożnie i niespokojnie.
Była noc. W każdym razie gęsty materiał namiotu kazał tak sądzić. Anhur nie widział nic właściwie na wyciągnięcie ręki. Pamiętał, gdzie położył broń, oraz gdzie są jego ubrania. Zaś dźwięk szelestu trwa i wrzosów wskazywał na to, iż wokół jego namiotu kręciło się jakieś stworzenie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Spał smacznie zapominając o trudach dnia, zwłaszcza o morderczej wspinaczki. Właśnie z tego stanu świadomości obudził go szelest.
Otworzył oczy i tak leżąc nasłuchiwał. "Ciekawe kogo przynosi?" Chwilę sobie przypominał, gdzie położył swoje rzeczy.
Starając się robić jak najmniej hałasu usiadł, sięgnął po miecz. "Cóż może pójdzie to coś..."
Wstał i jak najciszej podszedł do wyjścia. Z szelestu, jakie robiło stworzenie spróbował wydedukować, co to za stworzenie, przynajmniej chciał określić wielkość przybysza.
"Heh, przynajmniej już wiem, że oprócz ptaków i mnie są też inne istoty."
Ręka bohatera właściwie automatycznie sięgnęła po miecz. Póki co jednak nie dobyła bron z pochwy, nie chcąc robić niepotrzebnego hałasu. Anhur poruszał się tak cicho i tak oszczędnie, jak tylko był w stanie.
Może jednak nawet to minimum ruchu sprawiło, że istota krążąca wokół namiotu zatrzymała się.
Anhur starał się nasłuchiwać, lecz nie udało mu się wychwycić niczego. Nawet oddechu zwierzęcia. Delikatny wiatr szumiał na zewnątrz, po ruszając roślinnością i wprawiając w drgania powłokę namiotu. Noc mimo przewidywań bohatera musiała być - z racji wiatru - dość chłodna oraz pochmurna. W każdym razie w namiocie było ciemno, że oko wykol.
Zapadło pełne napięcia oczekiwanie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum