TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Preludium do katastrofy
Autor Wiadomość
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2015-10-07, 21:43   

- Obyśmy spotkali się na podobnej stopie - odparł Swój. Kiwnął głową w stronę obu łuczników, po czym odbiegł szybko w kierunku, z którego przybył wraz z Farewellem. Orkowie ruszyli za nim. Został tylko ten, stojący na drodze elfa.

Cała trójka zdawała się nie robić nic z głębokiej ściółki, korzeni i krzaków. Odbiegli lekko, płynnie i z gracją. Po chwili bohater nie był w stanie dostrzec ich na tle lasu, choć wciąż jeszcze słyszał głośniejsze kroki biegu.

Ork który pozostał z Farewellem chrząknął znacząco, co dla uszu Farewella przypominało warknięcie dzikiego zwierza, wilka na przykład. Tym zwrócił na siebie uwagę, a gdy bohater na niego spojrzał, ork odsunął się nieco na bok i ruchem głowy pokazał, by elf szedł pierwszy. Nic zresztą dziwnego. To, że bohater miał zostać wpuszczony do prawdopodobnie jednego z najbardziej tajemnych obozów orczej nacji, nie znaczyło wszak, że ktokolwiek mu ufał. Tak, jak i po przybyciu przez portal, tak i teraz Farewell nie był dla nich pewny.

Aż dziw, że nie był wiedziony w kajdanach. Ale chyba nie było co narzekać, nieprawdaż?
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2015-10-24, 19:18   

Nie ufali Farewellowi. I dobrze. Czy raczej - słusznie. Bo skoro jemu nie ufają, to nikomu innemu też nie będą chcieli zaufać. A przez to na pewno nie wydarzy się w ich obozie nic, czego adept będzie mógł potem żałować, przez całą długość jego sprawnie ulatującego życia.

Cóż, teraz wiele do wyboru nie miał. Cokolwiek by nie uczynił, orkowie i tak zadecydują, że uda się z nimi. Albo ewentualnie umrze, w co powątpiewał. Był im wszak potrzebny, nie wiedział, do czego konkretnie, ale oni pewnie też nie. Tylko grono szamanów będzie świadoma przyszłości młodego elfa, tak pospolitego, że aż dziwne, że miałoby się wydarzyć coś, do czego to właśnie on, nie nikt inny, byłby potrzebny.

Ruszył więc przed siebie z godną srebrnego elfa pokorą. Nie odzywał się, bo chociaż zdawało mu się, że zrozumiał nagle ich szorstki język, to nie miał zamiaru z tej zdolności korzystać. Oni i tak niewiele by mu powiedzieli, a sam, wiedziony odwieczną cierpliwością, wszystkiego dowie się już wkrótce. Taką przynajmniej miał nadzieję.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2015-11-02, 19:21   

Borg, który miał towarzyszyć elfowi przez resztę drogi do obozu, ruszył zaraz za elfem. Szedł tak blisko bohatera, że ten miał czasem wrażenie oddechu orka na swoim karku. Od czasu do czasu zielonoskóry wskazywał Farewellowi nowy kierunek, czy to kładąc mu rękę na ramieniu i skręcając we właściwą stronę, czy to zatrzymując, i wskazując ścieżkę palcem.

Borg prowadził tak Farewella aż słońce nie zaczęło stać już nad zachodem. Podróżowali wciąż przez nierówny, zalesiony teren, więc zanikające światło utrudniało bohaterowi marsz. Zaczynał potykać się o ukryte w gęstwinie korzenie, wpadał stopami w dziury. Gdy jednak bohater stanął w końcu na skraju lasu całkowita noc jeszcze nie nastała. Słońce jeszcze nie schowało całej swej twarzy, więc polana, opadająca paręnaście metrów niżej, była całkiem dobrze widoczna.

Polana i rozległy warowny obóz na niej stojący.

Obóz otoczony był wysokim ostrokołem, z grubych, solidnych bel, ułożonych w paru rzędach. Wejście do obozu stanowiła solidna brama z czterema stanowiskami łuczniczymi i z solidnymi, okutymi, drewnianymi wrotami. Na każdym załamaniu muru widoczne były swoiste basteje, pozwalające łucznikom na prowadzenie ostrzału z wysokości muru, nie chroniąc ich jednak w żaden sposób. Ogólnie nie była to twierdza nie do zdobycia, gdyby ktoś już dostarczył tak wysoko w góry tarany czy inne machiny oblężnicze. Z góry Farewell mógł dostrzec zarówno proste szałasy, jak i drewniane chaty. W obozie paliło się parę ognisk, w tym jedno widocznie większe od reszty, w miejscu, gdzie gęstość drewnianych budynków była największa. Więcej szczegółów umykało w narastającej ciemności oczom bohatera.

Borg zatrzymał Farewella jakieś dwadzieścia metrów przed bramą, łapiąc go za prawy bark.

- Kto idzie? - dało się wkrótce usłyszeć gardłowy okrzyk w języku zielonoskórych.

- Borg z synem dobrego elfa! - odkrzyknął jego przewodnik, po czym jedno skrzydło bramy otworzyło się na tyle, że jedna osoba mogłaby się przecisnąć. Borg popchnął bohatera do przodu. Sam stał z założonymi rękami i patrzył się ze zniecierpliwieniem na elfa, nie mówiąc do niego ani słowa.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2015-11-14, 14:20   

Syn dobrego elfa... - zaśmiał się w myślach. - Cóż to za komiczna sytuacja, gdzie jedyne osoby, które uważały jego ojca za kogoś "dobrego", były zielonymi orkami. Toż to czysta farsa, że naturalni wrogowie mają cię za wartościową osobę, a elfi pobratymcy: za wroga stanu.

Nie komentował jednak niczego, nie odzywał się. Wydawało mu się, że utajnienie swej wiedzy na temat orkowego języka okaże się jeszcze przydatne. A że teraz i tak nie miał szerokiego pola manewru, że pozostało mu tylko wkroczenie przez bramę, do obozu... Wiele uczynić nie mógł. Ruszył więc, chłonąc wszystko, co tylko ujrzy, usłyszy lub poczuje.

Już z daleka obóz robił wrażenie, a Farewell z każdym przebytym metrem czuł się coraz bardziej niepewnie. Już sama wędrówka z człowiekiem nadszarpnęła jego wiarę, nie mówiąc już o podróży z zielonoskórymi. A teraz już całkowicie zdany był na ich łaskę bądź niełaskę. Wiedział, że z orkami nie ma żartów. Ta masa zabezpieczeń, kluczenie przez dzicz, najpierw w asyście Swojego, potem orkowego komando, musiała czemuś służyć. Coś wielkiego musiało się dziać w sercu tych masywnych fortyfikacji, skrytych tak wysoko, w otoczeniu czystej nicości, głuszy i świergotu ptaków. A to dopiero był początek. Gdzie Farewell, syn dobrego elfa, miał dowiedzieć się więcej o swojej misji. Może i on kiedyś otrzyma ten jakże chwalebny w orkowych ustach tytuł. Skoro ma współpracować z orkowym szamanem, to ich cele będą się pokrywać. Jakby to głupio nie brzmiało, srebrny elf i ork mogli mieć jakiś wspólny cel, przez który zacierały się wszystkie historyczne bariery nienawiści i łaknienia krwi.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2015-11-29, 22:21   

Zaraz za bramą stało dwóch orków, odzianych w kolczugi, ciężkie hełmy. Dzierżyli długie halabardy, za pasami zatknięte mieli topory. Uważnie obserwowali bohatera, gdy przekraczał bramę, ale w ich postawie nie było żadnego napięcia, broń trzymali pewnie. Wrota zostały zamknięte zaraz za elfem, ciężka bela ryglująca powróciła na swe miejsce.

Obóz był pełen aktywności. Różni zielonoskórzy chodzili we wszystkie strony, każdy ze swoim zadaniem. Jeden ciągnął wielki wóz pełen drewna. Drugi szedł z półtuszą wołu, przerzuconą przez plecy. Jeszcze inny wybiegł z pobliskiego namiotu, z małym zwojem w ręce, i pomknął gdzieś w kierunku centrum obozu. Takich mężczyzn i kobiet w zasięgu wzroku elfa były dziesiątki, a plac przed bramą był bardzo niewielki.

Każdy z orków miał też przy sobie jakiś rodzaj broni. Większość toporki, albo długie noże, których nikt nie pomyliłby z takim używanym przy posiłkach. Nie brakowało jednak posiadaczy krótkich mieczy czy pałek.

Na owym placu była tylko trójka orków, która nie zmierzała do żadnego celu. Dwójka strażników bramy, i jeden , który zauważywszy przybycie elfa, ruszył teraz w jego kierunku.

- Ty, idz, ja. - Te słowa wypowiedział w topornym elfickim. Piękna mowa braci Farewella w ustach orka raniła uszy Farewella. Ork nie czekał na żadne potwierdzenie zrozumienia jego słów, tylko ruszył w głębię obozu, oczekując, że elf za nim nadąży.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2015-11-29, 23:50   

Farewell z namaszczeniem obserwował zabieganych orków. Przyglądał się, cóż to takiego mają do roboty, w miejscu takim jak to, na krańcu świata. Okazało się, że zajęć było aż nadto. Szczególną uwagę przykuł jednak ork ze zwojem, wszak znajomość pisma wśród zielonych dalej nie uchodziła za umiejętność godną pojęcia. Może za kilkaset lat i oni zmądrzeją i w końcu przynajmniej trochę dogonią technologicznie Lasy tudzież Imperium? Może porzucą życie koczownicze na rzecz rozbudowanych infrastruktur, obszernych pól uprawnych i zaawansowanego, międzypaństwowego handlu? Nadzieja była nikła, ale wciąż pozostawała. Orkowi szamani zdawali się być jedynymi osobami, które sięgały myślą dalej, niż jeden dzień naprzód.

Tak czy inaczej, posłaniec ze zwojem musiał pewnikiem iść od kogoś, kto potrafił pisać, do kogoś, kto potrafił czytać. Farewell postanowił zapamiętać lokalizację namiotu, z którego ork wyszedł. Wiedza ta może prędzej czy później mu się przydać, a wiedział, że jedyny racjonalny kontakt z przedstawicielami zielonoskórych mógł nawiązać jedynie z istotami na zbliżonym poziomie intelektualnym. Sitko w postaci znajomości pisma mogłoby się okazać wystarczająco skutecznym narzędziem.

A potem porzucił bujne rozmyślania i powrócił do świata rzeczywistego. Kolejna zmiana eskorty - rzekł sobie w myślach. Trochę był już zirytowany tym ciągłym chodzeniem w ciszy i bez wyjaśnień. Ale tylko trochę, co dla spokojnego, srebrnego elfa znaczyło tyle co nic. Farewell doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i nawet odrobinę był pełen podziwu co do skuteczności i niezmordowania w zapewnieniu jak największego bezpieczeństwa obozowi. Musiały się tu dziać rzeczy ponad rozumowanie przeciętnego orka, ba, może nawet i przeciętnego srebrnego elfa. Adept z chęcią dowiedziałby się, o co chodzi. Może nawet by zapytał, ale co mogliby mu powiedzieć podrzędni siepacze, których jedyną rolą jest jego eskorta? Wolał już wszystkiego dowiedzieć się u źródła. A by tego dokonać, należało udać się za orkiem-krasomówcą. Cóż, przynajmniej się starał.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2015-12-09, 22:17   

Ork prowadził Farewella przez dobrą godzinę. Większość namiotów, które mijali, zdawały się sprawiać wrażenie całkiem solidnych konstrukcji. Bardziej niż namiot należałoby nazwać je jurtami, płóciennymi domami na drewnianym szkielecie. Prymitywne, owszem, aczkolwiek znamienne dla bardziej długotrwałych wojskowych obozów, nawet w Imperium. Obóz ten jednak był znacznie większy.

Bohater prowadzony był różnymi ścieżkami, zarówno szerszymi "ulicami", jak i węższymi przejściami, idąc w zasadzie cały czas po jednej prostej. Widocznie miał zamiar doprowadzić Farewella do celu jak najszybciej. Dzięki temu elf miał okazję przypatrzeć się nie tylko mieszaninie śpieszących się wszędzie, zagonionych orków. Przechodził przez osiedle mieszkalne, gdzie w błocie i piasku bawiły się młode zielonoskórych, głównie bijąc się ze sobą, okładając się wzajem gałęziami czy kamieniami, wszystko to z wesołością typową dla dzieci. Widział też matki, przyglądające się swym pociechom i nie przejmujące się w ogóle panującą przemocą. Każda za to coś robiła, nie marnując wcale czasu, a przeznaczając go na rozsądne rzemiosło. Przechodził Farewell też obok kuźni. Widział grupki wojowników, trenujących walkę.

W pewnym momencie jednak wkroczyli jakby do innego miasta. Było to już niemal pod sam koniec. Przejścia między namiotami były puste, nie licząc dosłownie trzech orków, widocznie posłańców, śpieszących gdzieś ze zwojami. Natomiast przed wejściem do każdego namiotu był co najmniej jeden strażnik. Każdy uważnie obserwujący otoczenie, każdy z bronią w dłoni.

Wkrótce ork doprowadził Farewella na plac, na którym paliło się duże ognisko. Miejsce to okrążały największe jurty, które do tej pory bohater widział w tym obozie. Było ich pięć, z czego jedna była niemal dwukrotnie większa od pozostałych. Przed nią stało czterech strażników, odzianych w kunsztowne pancerze i dzierżących naznaczone licznymi runami topory. Podobnie uzbrojeni byli orkowie przed pozostałą czwórką. Przewodnik Farewella poprowadził go pod mniejszy z namiotów, stojący bezpośrednio obok największego.

- Ty, stój - powiedział, po czym zwrócił się do jednego ze strażników. - Powiadom czcigodnego Starszego, że elf przybył.

Strażnik skinął głową i wszedł do jurty. Przewodnik za to skinął bohaterowi głową i odszedł, w sobie tylko znanym kierunku. Po paru krokach obejrzał się tylko, jakby sprawdzając, czy Farewell na pewno za nim nie poszedł.

Drugi ze strażników z nieprzyjemnym grymasem wpatrywał się w elfa. Ten, który wszedł do namiotu przez dłuższą chwilę nie wracał.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2015-12-31, 17:44   

Obóz mógł nosić miano prawdziwie funkcjonującego miasta. Zwłaszcza jak na zwykły, tymczasowy obóz, który zwinięty miał zostać szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał, i uplasowany w innym miejscu z równie zaskakującą szybkością. Było tu wszystko, co typowe miasteczko powinno zawierać, a każdy zdawał się wiedzieć, jakie jest jego miejsce i jakie ma obowiązki do wykonania.

A w końcu dotarli, zdawać by się mogło, do celu. Uzbrojeni strażnicy budzili trwogę, ale Farewell doskonale wiedział, że obecnie jest równie bezpieczny co zwykły ork, a może nawet i bardziej. W końcu miał być pod protekcją samego szamana, a to już znaczył bardzo wiele. Nie oznaczało to jednakowoż, że miał prawo do czynienia rzeczy nieodpowiedzialnych lub po prostu głupich. Farewell trzymał się etyki na tyle, na ile mógł, aczkolwiek przecież ideologia ta mogła być dla orków absolutną abstrakcją. Tak więc pozostała zwykła, niepisana zasada "nie wsadzania nosa w nie swoje sprawy".

Dlatego więc nawet nie odpowiadał nic orkowi. Ani w swoim dźwięcznym języku, ani w poszarpanym jęku zielonoskórych. Szedł tyle czasu, więc i dodatkowe pięć minut może poczekać. Elfy są wieczne. Elfy są cierpliwe. A cecha ta chyba nie była zbyt popularna w orkowych kręgach.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2016-02-02, 15:54   

W końcu drugi ze strażników wyszedł z jurty. Przytrzymał jedną ręką kotarę, zasłaniającą wejście, odsuwając się do boku i ruchem głowy nakazał Farewellowi wejść. Bohater wiedział, że nie ma w tym żadnego wyboru.

Wnętrze namiotu bardziej przypominało sztab polowy, niż jakiekolwiek wyobrażenia na temat siedziby szamana. Pod ścianą naprzeciwko wejścia stało biurko, zawalone zwojami, z pojedynczym inkaustem i piórem wystającym spośród nieładu. Pod ścianą po lewej był duży stół, na którym leżała rozwinięta mapa. Bohater z tej odległości nie był w stanie rozpoznać rejonu, który opisywała. Widział za to wiele małych paciorków porozmieszczanych i powbijanych w mapę, igły, okrągłe kamyki, kości małych zwierząt. Nic to jednak nie miało w sobie aury magii. Pod przeciwległą ścianą znajdowało się skromne posłanie, parę koców na gołej ziemi. Na samym środku zaś leżał piękny, zdobiony srebrnymi i złotymi nićmi dywan. Na dywanie zaś klęczał ork.

W pierwszej chwili Farewell pomyślał, że to Gornak czeka na niego w tym namiocie. W końcu wszyscy orkowie są do siebie tak podobni, a ten miał nawet odpowiedni odcień swej zielonej skóry. Wystarczyła jednak dłuższa chwila, by bohater spostrzegł swoją pomyłkę. Starszy, jak nazwał go jeden ze strażników, klęczał z zamkniętymi oczami, nagi od pasa w górę. Na głowie nie miał jednego włosa. Ani na czubku, ani na brwiach. Gdyby bohater był bardziej przyzwyczajony do fizjonomii zielonoskórych, i tak powiedziałby, że ten ork wygląda nienaturalnie.

Po chwili otworzył oczy, zmierzył Farewella wzrokiem i odezwał się do niego w orczej mowie.

- Witaj, elfie.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2016-04-06, 20:20   

Zwoje, mapy, paciorki... i dywan. Z klęczącym nań orkiem. Farewell oczekiwał nikogo innego, jak właśnie Gornaka. Ork ten byłby jedynym punktem zaczepnym, jakim mógłby się uczepić w tej obcej, dzikiej krainie pełnej orków, którzy najchętniej, gdyby nie szamani, rozerwaliby adepta na kawałeczki. W końcu elf to elf, co za różnica, w jakim celu przyszedł?

Nie, żeby inaczej był w elfim obozie. Tam może najsampierw wydobyliby informacje z pojmanego zielonoskórego, a dopiero potem zadaliby mu szybką śmierć. Pod tym względem i jedni, i drudzy są siebie warci.

Ale to nie był Gornak. Nie był to też jego ojciec, nie był to Swój, nie był to nikt, kogo mógłby znać i komu mógłby zaufać. Ork zwany... Starszym? Odpowiedni, choć nieco mało ambitny tytuł kogoś, kto zgłębił arkana magiczne. Wszakże szufladkowanie kogoś, kto para się magią jako osobę "starszą" było zwyczajnie trywialne, i to nie przez to, że faktycznie na naukę magii trzeba poświęcić całe dekady, jak nie wieki. Swoją drogą aż dziwne było to, że orkowie potrafili tak szybko się uczyć, i że w magii niekiedy dorównywali doświadczonym, srebrnoelfickim mędrcom.

Nie, żeby ich jakkolwiek przewyższali w wiedzy. Co to to nie.

- Witaj... Starszy - rzekł w orkowej mowie, chyba pierwszy raz, odkąd pojął tajniki tego chrapliwego języka. Nie dodał jednak nic więcej. Nie wiedział co miałby powiedzieć, albo o co zapytać, skoro i tak zaraz wszystkiego się dowie. Właśnie ten punk zaczepny, katalizator odwagi mógłby dać mu większy wachlarz możliwości, większy arsenał odpowiedzi, ale w tym momencie, gdy jego misja jest jedną wielką niewiadomą, podobnie jak ork spoglądający na niego, musiał wycofać się do jedynej racjonalnej w tym momencie, rozpaczliwej defensywy.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2016-04-25, 23:10   

Ork nie wydał się ani krztę zaskoczony, że elf zna jego mowę. Widocznie odezwał się do Farewella w języku zielonoskórych wiedząc, że bohater się nim posługuje, a nie, by postawić go w złej sytuacji. Szaman nie miał bynajmniej zamiaru porzucać bardziej znajomej mu mowy, kontynuował więc, jak zaczął.

- Jak znajdujesz nasz obóz? - zapytał, nie oczekując odpowiedzi. - To najlepsza namiastka fortecy, którą mogliśmy postawić tu w tak krótkim czasie... To niebezpieczne rejony. Zdarzają się bandy dzikich goblinów, grupy trolli, a nawet siedziby gigantów. W którymś zboczu ukryte jest wejście do nory tych przebrzydłych jaskiniowych krasnoludów... któryś z naszych pierwszych patroli starł się z nimi, od tamtej pory dość o nich cicho. Ale przede wszystkim boimy się tych, którzy otwarcie zaatakowali was, w waszym świętym miejscu.

Tutaj Farewell zrozumiał, ze ork miał na myśli właśnie to - strach. Nie obawę, nie szczególną ostrożność. Strach. Usłyszeć to od orka było nie lada wyznaniem. Czy to, że słowa te wypowiadał szaman, Starszy, według słów zwykłych siepaczy, nadawało temu inne znaczenie? Mniejsze, większe, kto wie.

- Musisz więc zrozumieć, że każdy obcy, czy to elf, czy ork, wprowadzany do obozu pierwszy raz, spotyka się z... podejrzliwością. Nie pomoże słowo Gornaka, nie pomogą wyjaśnienia. Naruszysz jakoś cienką nić zaufania, twoja głowa potoczy się szybciej, niż ja, czy inny szaman, zdążymy cię obronić. Nie grożę ci, ostrzegam cię. Nastroje są napięte. Czy rozumiesz to?
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2016-06-06, 21:51   

- Chciałbym to rozumieć - odrzekł zgodnie z prawdą Farewell. - Niemniej obawiam się, że za mało wiem o was samych i o zagrożeniu, przed którym stoimy, by w pełni pojąć waszą obecną sytuację. Niemniej dziękuję za słowa ostrzeżenia. W drodze tutaj zdążyłem zliczyć wystarczająco wiele nieprzychylnych twarzy, by wziąć twe słowa na poważnie... Starszy.

Adept cieszył się, że wstępna pogadanka o niczym została ograniczona do zaledwie paru zdań. Nawet kosztem wkroczenia w jakże poważny temat, który póki co nie prognozował, jakoby miał się wkrótce zmienić na coś bardziej przestępnego.

W jego głowie kłębił się milion pytań, każde istotniejsze od poprzedniego, ale zgodnie ustępujące miejsca innym, kompletnie drobnostkowym zagadnieniom. Farewell chciał wypytać o swojego ojca, o tajemnicze kreatury atakujące Kręgi, o dokładne miejsce przebywania... Ale wiedział też doskonale, że otrzyma odpowiedzi na te wszystkie pytania. W stosownym czasie. Wybrał więc jedno jedyne pytanie, które pomogłoby też kierować rozmową. Pytanie, na które odpowiedź otrzymałby w przeciągu paru najbliższych minut. No, ale wypadało powiedzieć cokolwiek.

- Jaki jest więc mój cel? Dlaczego to właśnie ja zostałem wyróżniony spośród innych, po wielokroć zdolniejszych użytkowników magii?
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-08-22, 21:05   

Na słowa bohatera ork pokręcił powoli głową, a na jego twarzy odbił się cień smutku.

- To nie tak - zaprzeczył. - Wszystko widzisz nie tak. Ale po to cię tu zaprosiłem, byś jak najprędzej mógł skierować swe myśli we właściwy sposób jak najprędzej, jeszcze przed tak trywialnymi rzeczami jak ciepła strawa i spokojny sen.

Zielonoskóry wstał, wyciągając się dobre dwie głowy ponad Farewella. Teraz, gdy się wyprostował, można było zaobserwować u szamana oznaki bardzo podeszłego wieku, którego zupełnie nie widać było po jego ruchach i posturze. Na szerokiej klatce piersiowej jego zielona skóra była mocno zmarszczona i wisząca. Ręce, choć wciąż potężne, zakończone były poskręcanymi przez wiek dłońmi. Uruk podszedł do stołu na którym leżała mapa.

- Główne zagrożenia, które na nas mogą czychać, to inteligentni mieszkańcy tych gór - zaczął ork, gestem omiatając mapę. - Jesteśmy tutaj obcy, można powiedzieć w gościnie u naszych szarych krewnych, i najbliższe plemiona uznają naszą obecność. Te cholerne brodate karły z pewnością widzą to inaczej... i górskie, i podziemne, aczkolwiek żadnym z górskich klanów nie będziemy musieli się prawdopodobnie przejmować. Tak więc jeśli chodzi o zorganizowaną walkę, przede wszystkim należy liczyć się z siłami tego klanu podziemnych krasnoludów, z którym już się starliśmy. Inne stworzenia które zamieszkują te góry... tutaj nic nie da się przewidzieć. Obecność krasnali i naszych krewniaków pozwala stwierdzić, że z większych bestii można spodziewać się najwyżej samotników. Gobliny, koboldy, gnolle... zawsze mogą przybyć na ten płaskowyż, przegnane ze swej siedziby przez inne plemię.

Ork odwrócił się od mapy, spoglądając z powrotem na bohatera i szczerząc kły w drapieżnym uśmiechu.

- A mówię ci to wszystko, ponieważ czeka cię przygoda w tym niełatwym terenie. Co zaś się dotyczy tego, czemu to akurat ciebie czeka ta podróż... Cóż, przykro mi. Nie jest tak, że zostałeś do tego wybrany. Nie jesteś specjalny, lepszy niż z pewnością potężniejsi od ciebie twoi krewniacy, czy szamani. Tak, jak to się mówi, samo wyszło. Zrządzeniem losu znalazłeś się blisko wydarzeń. Miałeś już styczność z wrogiem, a przede wszystkim z samym Wędrowcem, więc znasz zagrożenie przed którym stoimy lepiej niż niejeden ze zgromadzonych tu szamanów. Jesteś też synem naszego przyjaciela. Znalazłoby się zapewne jeszcze parę powodów i wydarzeń, które skierowały cię tutaj. Ostateczny cel jest zaś prosty, i znasz go już dobrze. Powstrzymać tę kreaturę przed zniszczeniem obu naszych ras, a kto wie, może i całego znanego nam świata. Dzięki temu, że uwolniłeś swojego ojca, a wraz z nim nieco wiedzy o wrogu, teraz potrafimy też wyznaczyć pierwsze pewne kroki na drodze do tego celu.

Tu ork wyciągnął wysuszoną i zgrabiałą starczą dłoń ku mapie, długim paznokciem wbijając się tuż pod jednym ze znaczników.

- Oto jeden z nich. Dawna krasnoludzka twierdza, która pewnego dnia wymarła niespodziewanie. Nie zdołałem jeszcze poznać wszelkich szczegółów, ale wszystko wskazuje na to, że to tutaj, przed paroma laty, pierwszy raz pojawił się nasz wróg, smakując odzyskanej wolności. Udasz się tam, wraz z Gornakiem i grupą doborowych wojowników, którzy strzec was będą na szlaku. Być może uda się wam rozwikłać choć część tajemnicy Wędrowca.

Po tych słowach ork powrócił na swój dywan i ułożył dłonie pomiędzy swymi kolanami.

- Jeśli masz jakieś pytania, zadaj je w tej chwili. Później mogę nie mieć dla ciebie więcej czasu.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2017-08-31, 10:00   

Samo wyszło...

Elf nie był zdumiony. Wiedział, że nigdy nie był wyjątkowy, lepszy, mądrzejszy. Nie był doskonałym magiem - naukę skończył wcześniej niż mógł, nie wyszkolił się na mędrca, a został zwykłym, buntowniczym podlotkiem. Samo wyszło.

i to, że miał styczność z wrogiem? A co to była za styczność? Parę minut wśród chaosu, a potem znów pustka, niepewność, niewiedza. Całkowita bezradność. Jeśli to on miał "styczność z wrogiem", to w jakim świetle przedstawia to całą resztę elfów i orków świadomych zagrożenia? Dlaczego mieliby w ogóle tę walkę wygrać? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. I tym razem są to odpowiedzi, na które nawet i Starszy nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

Elf podszedł do mapy. Rzucił nań okiem, na teren jaki obejmuje, na położenie krasnoludzkiej twierdzy. Może wyczyta z niej coś więcej, może będzie mógł oszacować swoją (i tak obecnie wcale kiepską?) sytuację. Na pewną śmierć na pewno by go nie posyłał... A może jednak? Gdy stawka jest wysoka, a Farewell ma się bawić w bohatera i zbawiciela całego świata, to parę trupów w tę czy tamtą stanowi małą cenę zwycięstwa nad Wielkim Złem.

Dlaczego on? Samo wyszło. Oby orkowie nie pożałowali tej decyzji. Wysyłają chuchro, które nie potrafi się nawet samo obronić, o braku wytrzymałości związanej z podróżą nie wspominając.

A on nie chciał byc bohaterem. Nie, nie, nie! To nie zabawa dla niego, to nie jego wymarzona rola życiowa. Ale znów, kiedy ostatnio kierował się marzeniami? Marzenie odnalezienia ojca się spełniły, ale jakim kosztem? I kto w ogóle przypuszczał, że mu się powiedzie? Czy było warto? Czy nie lepiej było żyć w niewiedzy, w wygodnym i bezpiecznym kokonie nieświadomości? Być prostaczkiem, który jedyny problem, jaki ma, to co robił wczoraj sąsiad albo jaka paskudna była pogoda? Miast tego mamy tu ciekawskiego adepta, który musiał, po prostu musiał wszędzie wciskać swój nos.

No ale cóż, to było kiedyś. A teraz wielkiego wyboru nie miał. Szedł jak po nitce, a każdy opór wobec orków mógłby być jego ostatnim. Czy się bał? Chyba tak. Jak najbardziej. Nie znał ich, nie poczuł ich, może kilka razy w walce, ale to tyle. Orkowie byli mu obcy. Dzicy. Niebezpieczni. Nawet najbardziej spokojni, nawet Starszy, nawet starzy nie tylko tytułem, ale i wiekiem, stanowią zagrożenie, którego nie potrafił oszacować. I tego właśnie, niewiedzy, niepewności się bał. Tego, czym pragnął się kierować jeszcze przed chwilą, teraz było jego zgubą, ciążyło na nim olbrzymim brzemieniem.

Miał tyle pytań, ale nie wiedział, czy chciał znać odpowiedź. Gdzie jest jego ojciec? Czy w ogóle chciałby się z nim teraz spotkać, czy miałby tyle sił?

- Czego mam więc szukać? Na co zwracać uwagę? Nie znam dobrze tego... Wędrowca. Czym mam się kierować?

Samo wyszło.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-09-20, 11:25   

Słysząc pytania bohatera, ork zmarszczył brwi zdziwieniu, po czym uśmiechnął się szeroko i wyszczerzył kły, gdy doszedł już do swego wniosku.

- Ha! Rozumiem już twe zdumienie - rzekł, widocznie powstrzymując się od śmiechu. - Wybacz, ale to fascynujące elfie. Przeżyłeś być może więcej zim ode mnie, pewnie magię studiowałeś na uniwersytecie, a nie w lepiance, a muszę ci tłumaczyć tak proste rzeczy.

Ork podniósł się z dywanu i podszedł do mniejszego z biurek i począł szukać czegoś wśród nieładu.

- Właśnie dlatego ważne jest, żeś spotkał się już z nieprzyjacielem. Nie dlatego, że nic o nim nie wiemy, ale dlatego że nikt z nas, z Nart-rull, nie był tak blisko niego. - Ork odwrócił się do Farewella, trzymając w dłoni dziesięciocentymetrowej długości kieł, mogący równie dobrze pochodzić od dzika, jak i od orka. - Nawet jako mag, nie szaman czy druid, powinieneś wiedzieć, że magia jest wszędzie. Nie wiem, jaka jest panująca teoria na elfich uniwersytetach, ale fakt jest taki, że tak jak zaklęciami można wpłynąć na materię i ducha, tak duch i materia wpływają na tę energię magiczną, z której możemy czerpać, i kształtują ją wokół siebie. Ziemia jest mało zmienna, ogień zbyt prymitywny, powietrze ulotne... ale natura wywiera swój wpływ tak, jak my żyjemy swe życie. I to jej wpływy można najłatwiej odczytać. A czyż orkowie, elfy i demony nie są częścią natury? To wszystko są tylko formy materii, zważ. Zmiany, które można wyczuć są bardzo subtelne i zauważyć je, a co dopiero poprawnie rozpoznać... szybciej myśliwy znajdzie ślady zwierza w ściółce, niż największy mistrz biernie odczytując odcisk w tkaninie magii... od tego wszak są zaklęcia, nieprawdaż? Gatunki myślące jednak zostawiają po sobie więcej, istnieją przecież w magii formy ducha. Tutaj... tutaj wykład stałby się znacznie mniej prosty. Być może w księgach wielkich bibliotek znajdują się rozległe badania na ten temat. Być może nikt tego nie zbadał. My, szamani, wiemy, że w miejscach doniosłych zdarzeń, wielkich katastrof i potężnych emocji pozostają ślady. Niekiedy te ślady są nikłe. Czasem na tyle potężne, że umysł wyczulonego adepta potrafi przeżyć zdarzenia dawne. Jeżeli zaś ślad zostawił ktoś, kogo wpływ na otaczającą go energię poznałeś, jesteś w stanie to rozpoznać.

Starszy wyciągnął do elfa dłoń z kłem.

- W tej krasnoludzkiej twierdzy zdarzył się jakiś kataklizm. Niemal z dnia na dzień cały klan przestał istnieć. To musiało zostawić po sobie wyraźny ślad. W tej chwili tylko ty jesteś w stanie ocenić, czy był tam Nieprzyjaciel. Ale widzę, że by to uczynić musisz wpierw nauczyć się czytać te ślady. Ten kieł wiąże się z pewnymi silnymi emocjami. Gdy rozpoznasz te emocje i do kogo mógłby należeć, powinieneś być gotów. Zimny Dech w drodze do twierdzy będzie cię uczył.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2017-09-30, 20:57   

Tylko on jest to w stanie ocenić...

Mgliste poznanie, mgliste predyspozycje, mgliste nadzieje. Ale to i tak ON ma to uczynić, nie nikt inny. Miał czuć dumę? Odpowiedzialność? Strach przed nieznanym? Nie miał już pojęcia. Wykład orka był na tyle... informacyjny, budujący, świadomy, że nawet pomimo tego, że efy przerastają orków cywilizacyjnie i intelektualnie o całe wieki, to jednak słowa orka nie były czymś oczywistym, trywialnym, antynaukowym i heretyckim, traktującym o rzeczach bez pokrycia w faktycznej nauce, tylko po to, by coś powiedzieć, by zabrzmieć mądrze, by zyskać posłuch wśród współbraci.

A może wyszedł na kolejny poziom, może paplał farmazony na tyle wysublimowane, by i młodego, naiwnego Farewella owinąć wokół palca? Z drugiej strony... Wiara w cztery żywioły to humbug w czystej postaci. I te dowody anegdotyczne...

Lecz znów, po raz kolejny: jaki miał wybór? Chciał (chyba) przecież uratować Księżycowe Lasy, w końcu nie bez powodu pomagał ludności poszkodowanemu przez wojnę. Chciał pomóc ojcu, chciał się przysłużyć.

Więc... tak? Chciał tego? Chyba chciał. Nic już nie wiedział. Był zmęczony. Potrzebował odpoczynku.

Adept doszedł do wniosku, że ork, w tej niemej ofercie, chciał przekazać mu kieł trzymany w dłoni. Przyjął go więc równie bez słowa. Czyżby chodziło mu o historię tego przedmiotu, niedawnego właściciela i powodu jego straty? Farewell przynajmniej w tej dziedzinie mógł się wykazać, chociaż wątpliwe było, by Starszy nie potrafiłby sam tego procesu przeprowadzić.

- Zrobię co w mojej mocy... Jeśli tylko nie będziecie pokładać całej nadziei we mnie. Nie jestem bohaterem i nim nie zostanę. A Zimny Dech? Czego ma mnie uczyć?

A może chciał go wypróbować. By wiadomym było, czy w owej twierdzy też się sprawdzi. Cóż. Nie pozostało mu nic innego, jak zbadać ten przedmiot zaklęciem Empatii. Postanowił, coby nie wyjść niekorzystnie w oczach orka, przedłużyć czas rzucania zaklęcia oraz dodać do niego komponenty inkantacji i ruchu. Porażka nie wchodziła w grę.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-09-30, 21:47   

Starszy ze spokojem przyglądał się Farewellowi, który rozpoczął rzucanie zaklęcia. Uniósł otwartą dłoń, jakby rozkaz do zatrzymania się, ale wtedy patrzył gdzieś za plecy Farewella, więc elf nie przejmował się tym. Widocznie ktoś przyszedł prosić o audiencję, unosząc zasłonę wejścia bardzo cicho, aby nie przeszkadzać szamanowi. Bohater kształtował więc magię dalej, nieśpiesznie, wspomagając się tak, jak tylko potrafił.

Zaklęcie zadziałało z łatwością. Farewell mógł wręcz z zażenowaniem stwierdzić, że całe starania były niepotrzebne. Kieł odpowiedział, jakby jakaś zaklęta w nim inteligencja dawno nie miała się do kogo odezwać. A była bardzo gadatliwa. Z tym, że kieł nie miał Farewellowi zbyt dużo do powiedzenia. Farewell zobaczył z góry, jak jakiś anioł stróż rzeczy nieożywionych, jak kieł leży na biurku, raz przysypany, raz odkryty. Wtem cały jego świat zatrząsł się, zawirował i... Przez bardzo krótką chwilę zobaczył, jak on sam trzyma go w ręce.

Gdy bohater doszedł do siebie, co nie trwało zbytnio długo, zobaczył, że Starszy spogląda na niego z drapieżnym uśmiechem. Szybko jednak zreflektował się, że z takimi kłami każdy uśmiech musiał wyglądać drapieżnie, zaś ork był wręcz nieco... smutny.

- Widzisz, będziesz musiał nauczyć się czegoś innego, niż typowe podejście czarownika. Zaklęcia są wspaniałe, choć groźne, ale nawet najpotężniejszy mag nie opracuje zaklęć na każdą okazję. Czar, którego użyłeś, sięga wstecz zaledwie półtora dnia, być może dwa. Wydarzenia, które musisz odczytać, sięgają lat. Twierdza, którą przyjdzie ci odwiedzić stoi pusta od prawie dekady. Tego, przede wszystkim, uczyć cię będzie Zimny Dech. Oczywiście, w jakim innej dziedzinie zechce cię, instruować, zależy od niego. Idź teraz, Farewellu Eärfallas. Jeden z moich strażników zaprowadzi cię do twego namiotu. Tam możesz zostawić swe rzeczy i przygotować się na ucztę. Ostatnią w Nart-rull, dopóki zagrożenie nie zostanie zniszczone. A jeśli nie chcesz być bohaterem, życzę ci, byś w zdrowiu i spokoju zakończył swą misję.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2017-09-30, 22:34   

Ktoś prosił o audiencję... albo chwycił na broń w obawie, że Farewell inkantuje jakieś niebezpieczne zaklęcie. To tylko przypominało raz jeszcze, że życie jest kruche, a życie wśród impulsywnych orków - jeszcze kruchsze.

A potem cisnął zaklęcie. Nie, nie cisnął - ciska się na szybko, a on poświęcił tyle czasu i opieszałości, jak bardzo tylko mógł sobie pozwolić. Ucieszył się, że czar, którego od dłuższego czasu nie miał okazji przećwiczyć, wyszedł mu pomyślnie. Tylko że rezultat był uwłaczający...

Niedobrze. Znów wszystko na opak, znów nadgorliwość prześcignęła rozum. Far, Far, kiedy ty się wreszcie nauczysz?

- Słusznie. Dziękuję, Starszy - skłonił się lekko. - I niech gwiazdy oświetlają twą drogę.

Po czym wyszedł z namiotu.

Wizja uczty napawała go optymizmem. Wyprawa nieco już mniej. Kolejna wędrówka, kolejna podróż, kolejny trud i obcość wszędzie wokół. Jakoś to zniesie.

Rzeczy do pozostawienia przed samą nie miał zbyt wiele. Już w momencie wybycia przez portal zabrał tylko najpotrzebniejsze pakunki, wyzbywając się potrzeby zachowania elfiego estetyzmu najróżniejszymi drobiazgami. No, może nie do końca, miał wszak swój pierścień, miał wszak swoją sentymentalną statuetkę. One ważą tyle, co nic. Papiery trzymane w tubie na zwoje mogą się przydać do spisywania notatek. Mikstury, bandaże i sztylet do konfrontacji z Wrogiem. Ubrania też, z pewnością, absolutnie. Co miał zostawić, sakiewkę? To już lepiej nie zostawiać niczego, by nie kłopotać się z powrotem. Nie zawsze można wrócić tam, skąd się przybyło.

Farewell coś o tym już wiedział.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-09-30, 22:57   

Gdy Farewell wyszedł z namiotu, czekał na niego ork, którego wcześniej nie było przed wejściem. Wyglądał jednak podobnie do tych pozostałych, szczególnie co do ubioru i ekwipunku. Członek więc tej samej straży szamanów.

Ork zaprowadził go do jego namiotu. Szli około połowy godziny. Mijali przy okazji mały plac otoczony niewielkiej wielkości kuźniami, oraz parę innych rzemieślniczych bud: garbarzy, kaletników, wytwórców strzał i łuków. Cały obóz szykował się jakby do długotrwałej wojny, wytwarzając zapasy broni, skórzni i innego ekwipunku.

W końcu strażnik wskazał mu jeden z namiotów, skinął głową, i zawrócił skąd przyszedł. Namiot składał się ze skór rozpiętych na czterech kijach wbitych w ziemię. Był kwadratowy, niewielki, sięgał Farewellowi do ramion, aczkolwiek wyglądało na to, że elf mógłby się w nim położyć z wyprostowanymi nogami. Wewnątrz znajdowało się legowisko wyłożone słomą i pojedyncza pochodnia. Miejsca obok legowiska było wystarczająco, by położyć obok niego plecak bohatera i móc wyjść na zewnątrz bez potykania się o niego.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2017-09-30, 23:37   

Pokaźny... gród? Mieścina? Miasto wręcz, gdyby tylko orkowie byli zdolni do wznoszenia, a nie burzenia takowych? Odpowiednio pasujące słowo na tak prymitywny, jednak potężny i samowystarczalny twór nadejdzie może z czasem. Jest tyle ciekawszych i - co najważniejsze - bardziej przyziemnie pragmatycznych rzeczy, jakimi można się zaaferować.

Niewielki namiot, jaki zastał, nie sprawił mu przykrości i rozczarowania. Wręcz odwrotnie - minimalizm i miejsce, by skupić myśli, to było coś, czego oczekiwał od dawna. Wszedł więc bez dłuższego gdybania do środka, zrzucił ciężki plecak, opiął niepotrzebne elementy stroju jak pas z miksturami czy sztylet. Następnie uklęknął i skupił myśli w medytacji. Nie był pewny, gdzie owa uczta zostanie wydana, więc czekał, aż ktoś ko poinstruuje, tak jak działo się to do tej pory przez ostatnie dni. Zawsze ciągnięcie za rączkę, brak osobistej autonomii i spokoju. Aż dotąd, choćby miała to być krótka chwila.

A następnie wstał, otrzepał się z kurzu i odświeżył po podróży, jak bardzo pozwalały mu lokalne warunki bez dostępu do bieżącej wody. O godne na ucztę ubrania pewnie nie będzie musiał się jakoś specjalnie starać, w końcu każdy prosty ork weźmie go za patykowatą elfią gnidę, a każdy mądrzejszy zwróci uwagę nie na szykowny strój, a na erudycję i obycie.

Ech, kogo on chce oszukać?

Sięgnął po sztylet i ponownie przytoczył go do pasa.
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-10-03, 19:40   

Farewell, medytując, nie był całkiem świadom upływu czasu. Długo nie miał chwili, by po prostu się zatrzymać i przysiąść. Jasne, podróżując ze Swoim spał przecież, odpoczywał. Ale było to pod gołym niebem, na krótkie chwile i zawsze pod okiem tego człowieka. Teraz elf miał w końcu kawałek swego kąta, jakkolwiek krótko był jego.

Nikt nie przeszkadzał mu w medytacji. Gdy uznał, iż jego zdrowie psychiczne wróciło do normy, wypełniony ponownie energią, wstał (na tyle, na ile wstać mógł w niskim namiocie) i przywrócił się do jako-takiego porządku. Ze sztyletem ponownie przy pasie czekał, aż ktoś przyjdzie znów poprowadzić go za rączkę. Czy też raczej, zapędzić na jego miejsce, jak farmer bydło?

Ale nikt nie przychodził. Chwile mijały, światło dzienne powoli przestawało przebijać się przez cienkie ściany namiotu. Odgłosy z zewnątrz, wszystkich tych orków, zajmujących się bogowie wiedzą czym, zaczęły ustawać. Wciąż od czasu do czasu bohater słyszał gniewne warknięcia, głośne rozmowy, czy głuche tupnięcia biegnącego orka.

- Rzuć to Fangr! Uczta już się zaczyna! Zaraz zapłoną ogniska! - usłyszał w pewnym momencie Farewell.

- Wódz urwie mi łeb jak tego nie doniosę - warknął drugi głos.

- Urwie ci więcej, jak duchy przodków obrażą się na wasz klan za twoją nieobecność - odwarknął ten pierwszy. - Szamani kazali wszystkim być. Już!

- Kurww... - usłyszał tylko elf, gdyż drugi z orków odbiegł z zasięgu słuchu bohatera, nim skończył zdanie.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2017-10-04, 10:26   

Farewell może nie tyle się nudził, co... ta nagła bezczynność, tak zapomniana od wielu dni, już wręcz obca, nagle wróciła, przypomniała o sobie, pokazała, że istnieje i istniała kiedyś. Błoga, spokojna nuda. Nuda, którą każdy większy umysł potrafił przemienić w czas na rozmyślania, na zamknięciu się w sobie, na pokorę i retrospekcję.

Wtem jacyś orkowie wyrwali go ze skupienia. Farewell wyjrzał ciekawsko z namiotu. Ha, duchy przodków, te ich prymitywne wierzenia są naprawdę urocze. Wyjrzał jednak nie na tyle z ciekawości jak z chęci do działania. Tamci wiedzieli, gdzie znajduje się uczta. Farewell, sugerując się tym, że może wcale jednak nikt nie przyjdzie do niego, mógł zawsze zapytać, ryzykując spotkanie z losowym, może nawet nieświadomym obecności elfa, dzikim i uzbrojonym orkiem. Co może pójść nie tak?

- Witaj - rzekł w lokalnej mowie. - Którędy trafię na ucztę?

Mógł też rzecz jasna rozejrzeć się za ogólnym ruchem wewnątrz obozu. Lwia część z pewnością będzie teraz szła w tym samym kierunku. Niemniej jednak, czemu nie skorzystać z eleganckiej i godnej istoty rozumnej rozmowy?
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-10-04, 22:26   

Po wyjściu z namiotu Farewell ujrzał pojedynczego orka, stojącego z założonymi rękami i widocznie trzęsącego się w niemym śmiechu. Ubrany był jedynie w przepaskę na biodra i skórzane mokasyny, a przy jego pasie wisiał poszczerbiony topór. Na ramionach i jednej łopatce miał jakieś tatuaże, jednak nie przedstawiały niczego, co Farewell by rozpoznał. Spoglądał gdzieś w przeciwną elfowi stronę. Gdy bohater wyjrzał za niego, zobaczył tylko kolejną zielonoskórą bestię, pędzącą na złamanie karku.

Gdy usłyszał Farewella, ork przestał się śmiać i rozejrzał się ostrożnie dookoła, z ręką na trzonku jego broni. Gdy zauważył elfa widocznie się rozluźnił.

- A cóż to za zwyczaj, śpiewem pytać o drogę? - zdziwił się. Faktycznie, znajomość języka elf posiadł, ale z pewnością nie mógł chwalić się posiadaniem orczej krtani, ani nawet nie zastanawiał się nad pozbyciem akcentu. - Pewnie wasz ped... tfu! elfi zwyczaj, co? Jestem Rak-duh z klanu Płonąca Pięść. Będę przewodził wyprawie do krasnoludzkiej twierdzy - ostatnie słowa wypowiedział ork z dumą. Po chwili jednak mina mu zrzedła. - Jestem tu, żeby zaprowadzić cię na ucztę.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2017-10-12, 22:13   

Farewell chyba się ucieszył. Znów odnalazł punkt zaczepienia, kogoś, kto wskaże mu drogę. Pal licho, że musiał przebywać wśród prostaczków, dla których śpiewem była zwykła, artykułowana mowa. Ciekawe, co by powiedzieli, jakby faktycznie zaczął im śpiewać, ha! Byłby to z pewnością wysiłek na marne, jako że prymitywny umysł orków nie pojął i długo nie pojmie tak wyniosłej sztuki, jak czysta i estetyczna pieśń. Mogą sobie co najwyżej w bębny załomotać albo w rogi zadąć, topornie, byle głośno! Jak to z orkami. Alkohol, kaliber broni, wojna - im na większą skalę, tym lepiej! Taki obraz wasz.

Niemniej czy musiał oceniać konkretnego osobnika przez pryzmat tego, że urodził się orkiem? Czy pies zasługuje na potępienie, że jest psem? Po owocach ich poznacie. A jako że mieli podróżować razem z Rak-dukem, to relacje powinny być zachowane na jak najbardziej przyzwoitym poziomie.

Farewell skłonił się lekko.

- Farewell Eärfalas. Niezmiernie mi miło. Proszę, prowadź.

Płonąca Pięść, cóż za absurd!
 
 
     
Khazarid 
Mistrz Gry
Fechmistrz



Wiek: 31
Dołączył: 13 Paź 2008
Posty: 900
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-10-29, 18:25   

Na uprzejmości elfa ork jedynie skinął głową, z nieco zakłopotaną miną, o ile Farewell był w stanie to ocenić. Potem Rak-duh odwrócił się do bohatera plecami i zaczął iść. Nie oglądał się za siebie, ale kiedy Farewell zaczął za nim podążać, widocznie przyśpieszył kroku, jakby wiedział, że elf jest tuż za nim i nie musi już na niego czekać.

Podczas gdy Rak-duh prowadził Farewella wgłąb obozu, czerwień zachodu zaczynała gasnąć już na horyzoncie. Dzięki temu bohater zauważył przed sobą wyraźną łunę. Zanim jeszcze dostrzegł źródło światła, do jego uszu doszedł gwar. Elf nie mógł co prawda usłyszeć poszczególnych słów, rozpoznawał jednak wśród hałasu dziki śmiech, prosty rytm śpiewanych-ryczanych pieśni i ogólne okrzyki. Wtem, gdy bohater skręcił za orkiem na główniejszą alejkę obozu, ujrzał na jej końcu ognisko ogromnych rozmiarów, strzelające płomieniami w niebo na dobre cztery metry. Gdy podszedł jeszcze bliżej zobaczył plac, na którym znajdowała się uczta, na którą został zaproszony.

Ognisko było na środku okręgu o promieniu dobrych dwustu metrów. W odległości od ognia, pozwalającej na swobodne oddychanie, porozmieszczane były mniejsze paleniska, nad którymi rozstawione były ruszty. Dookoła porozstawiane były stoły, a w zasadzie długie drewniane ławy, w układzie który zdawał się nie mieć żadnego porządku. Jeden stół, widocznie postawiony na reprezentatywnym miejscu, w znacznym oddaleniu od pozostałych, obsadzony był przez charakterystycznie odzianych szamanów, oraz jedną, nie pasującą do pozostałych drobną postać.

Gdyby ktoś o to zapytał Farewella, oceniłby ilość zebranych wokół rusztów, stołów i głównego ognia orków na parę tysięcy. Jedli, śpiewali, żartowali, siłowali się, a gdzieniegdzie prali się po mordach, w rytualnych pojedynkach.

Rak-duh, gdy udało mu się zwrócić na siebie uwagę elfa, wskazał mu dłonią stół, przy którym zasiadali szamani, po czym oddalił się w kierunku jednego ze stołów, krzycząc ile sił w płucach "Łachudry, zaczęliście się prać beze mnie!"
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group