Wysłany: 2015-07-13, 00:11 [Legenda] W księżycową jasną noc
"Człowiek wobec wieczności jest jak drobina pyłu. Rodzimy się. Żyjemy. Umieramy. I stajemy się prochem. Życie ludzkie życie wydaje się nam długie. Są jednak istoty dla, których ludzki żywot stanowi jeno krótkie wspomnienie. Ich żywot i jestestwo wykracza po za granice naszego pojmowania. Boimy się ich. Podziwiamy. Zazdrościmy. Bezmiar wieczności pociąga nas ponad wszystko. Ambicja i pycha pchnęła nas do czynów wielkich jak i strasznych. Ale co z tymi, w których płynie krew nieśmiertelnych. Zbliżyli się do ideału, jednakże wciąż będącego poza ich zasięgiem. Niezrozumiali prze nikogo. Pozostawieni samotni ze swymi lękami i obawami. Dziś opowiem wam historię trzech braci. Ich tęsknoty i podążania sprawiły, że przełamali granice. Ale czy znaleźli to czego szukali? Pierwszy odnalazł nieśmiertelność w śmierci. Drugi miłość w otchłani. Trzeci potęgę w pokorze."
Wstęp do monografii "Pragnienie wieczności"
pióra Albrechta Sonnenberga
Gori wędrowała już od wielu tygodni pozostawiając za sobą przeszłość...ponurą przeszłość. Zdobycie tabletu okupione krwią przyjaciół...bo tak ich należy traktować, prawda? Infernusa vel Gah'Feleta vel Ferfela czy jak tam naprawdę się nazywał zboczony jor, który myślał jeno o zaspokojeniu swojej chuci. Jednak ten obmierzły i zniewieściały osobnik był dla niej kompanem, który koniec końców ocalił jej tyłek. Seela bystrego i całkiem miłego drowa...przynajmniej do czasu, gdy jego alter ego zmieniało go w krwiożercą bestię. Wioska leśnych elfów, które przez kaprys losu stałą się przedsionkiem piekła... Miejscem objawienia straszliwej tajemnicy tabletu. Choć powstrzymała zagrożenie mieszkańcy i tak ją wyklęli. A przecież była całkowicie niewinna... Uwolnienie Zer'Uletha ciemiężonego magicznymi okowami przez srebrne elfy i wykorzystywanego jako źródło mocy potężnej broni. Demon okazał się nad wyraz słowny dotrzymując umowy, a tym samym przecząc kłamliwym stereotypom na temat swojej rasy. A teraz nieskrępowany przemierza otchłań... Mythdenn miasto, w którym została oszukana przez przedstawicieli ras obojga rodziców. Bethrezena demona, który wykorzystał ją w swojej brudnej grze mamiąc opowieściami o ojcu. Farewella wyniosłego i wyrachowanego srebrnego elfa, przez którego nieudolność omal nie zginęła w magicznej eksplozji... któremu postanowiła dać drugą szanse... który bez skrupułów wykorzystał jej łatwowierność i uciekł ze sztyletem jak tylko opuścili świątynie Aesira. Bezskutecznie błąkała się po zaułkach miasta szukając adepta. Ten przepadł jak kamień w wodę. A gdy wróciła do podziemi znalazła jeno rozczłonkowane i rozsmarowane po ścianach i sklepieniach ciała fanatyków. Cokolwiek się stało nie było to nic dobrego... Omamieni przez demona ludzie nie zasługiwali na taki los...
Gori wędrowała i wędrowała przemierzając bosymi stopami wielkie połacie Silvanii. Nie błąkała się jednak bez celu. Miała przed sobą cel, który stanowiło mgliste wspomnienie. Mianowicie w jednej z ksiąg ofiarowanych przez Giliana znalazła wzmiankę o potężnym czarnoksiężniku zamieszkującym dolinę rzeki Lir znajdującą się na pograniczu Silvaterry prowincji Imperium z Księżycowymi Lasami. Nie wiele jednak z samej historii pamiętała, jeno fragment, że ów mag przezwyciężył śmierć. Półdemonica ufna, że czarodziej tak potężny zdoła jej jakoś pomóc. Czy to wskrzeszając jej towarzyszy... Czy też wskazując drogę jak walczyć z jej odwiecznymi wrogami demonami i srebrnymi elfami... Czy też najzwyczajniej ucząc jej czegoś przydatnego...
Wędrówka Gori dobiegała w końcu ku kresowi. Po wielu dniach w końcu na jesieni dotarła nad granice do doliny rzeki Lir. Las się wyraźnie tu przerzedzał... Drzewa na obrzeżach lasu były znacznie mniejsze i młodsze niż te, które pamiętała z rodzinnych stron... Mimo to las wydał się znacznie mroczniejszy niż serce Wielkiej Puszczy, z której przybyła. To miejsce napawało ją irracjonalnym niepokojem... Przyprawiało o gęsią skórkę... Im dalej się zapuszczała tym mniej ptaków spotykała. Ten las był wręcz nienaturalnie cichy... Z drzewami też było coś nie tak. Toczyła je jakaś zaraza. Grzyb lub inne cholerstwo sprawiał, że gałęzie były powyginane pod dziwnym kątami i pojawiały się na nich obrzydliwe pękate naroślą. Nad całą okolicą górowała potężna czarna wieża położona, gdzieś hen hen w sercu doliny. Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi. Najwyższy czas pomyśleć o noclegu. Leśny szlak na którym się znajdowała z tego co wiedziała, miał ją w końcu doprowadzić do imperialnego traktu. Na niebie postrzegła parę stróżek dymu. Najbliższe parę stróżek znajdowało się kawałek dalej, gdzieś na lewo. Kolejna tym razem pojedyncza unosiła prawie na wprost niej w stronę którą zmierzała. I w końcu najwięcej unosiło się na prawo te jednak były w dość sporej odległości.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Ostatnio zmieniony przez DarkLord 2015-07-13, 16:20, w całości zmieniany 1 raz
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-07-13, 10:15
Gori, ostatnie tygodnie spędzając na wędrówce, sporo miała czasu na rozmyślania. Jasnym dla niej było, że musi, tak jak on ją ocalił, wybawić Ferfela z krainy zmarłych. Musi spłacić dług i każda, choćby nikła nadzieja na to była całkiem dobrą motywacją do wyruszenia choćby i w siną dal.
Gori miała szczęście, że matka jej zbytnio nie lubiła. W przeciwnym razie istniała by możliwość, że opowiadała by jej na przykład przed snem różne straszne historie, jak to lubią robić dobrzy rodzice swoim kochanym pociechom. Mimo to wiedziała, że "największą głupotą jest przesadna odwaga", jak to kiedyś gdzieś zasłyszała od jakiegoś pewnie, było nie było, tłumaczącego się tchórza. Kiedy las zaczął jej się wydawać podejrzany zacisnęła mocniej dłonie na toporze i, co by jej nic nie zaskoczyło, rozglądała się uważnie i nasłuchiwała, czy jej ki demon nie zaatakuje. Wzdrygnęła się na samą myśl. Z Zer'Ulethem się dogadała, ale po otwarciu bramy do świata demonów przekonała się, że większość demonów to albo bezmózgie poczwarzyska, albo złośliwce przebrzydłe, co to nad nimi zapanować inaczej jak siłą nie idzie. A i kolejny raz dać się pojmać i w klatce całymi dniami wisieć jej się nie widziało.
W sumie to takie dziwaczne drzewa miały jakiś swój dziwny urok. Przeszło jej coś przez myśl, więc wzięła najdziwniejszy, 3-4calowy kawałek gałęzi, jaki był w zasięgu jej ręki po drodze i wpakowała go do swojego worka. Przerażający był ten las, ale ją ciekawość zżerała, więc musiała to zrobić.
No ale nic to, szła dzielnie dalej. - Kto jak nie ja! - powiedziała sama do siebie i odrobinę żwawszym tempem przeszła kolejnych kilka kroków.
Tylko tyle, bo i niestety dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, że jak się nie zacznie już teraz rozglądać za noclegiem to znów się jej kamienie będą wbijać w plecy i w d... no. Będą jej się wbijać w każdym razie podczas snu... A tak może chociaż się wślizgnie do jakiej stajni i na sianie się prześpi, jak nie będą mieli tanio pokoju dla niej.
Westchnęła. Co jak co, ale do pieniędzy to ona drygu nie miała, o tyle dobrze, że żarcia jej zostało jeszcze i czystej wody to jej mogli skoczyć ktokolwiek, kto by mógł jej chcieć skakać.
Lewo, prawo prosto... Pomyślała, że dotąd tyle miała szczęścia, że najrozsądniej będzie znów mu zawierzyć. Wzięła 3 ździebełka trawy lub patyczki o różnych długościach - lewo najkrótszy, prawo średni, na wprost najdłuższy... Pociągnęła i poszła w stronę, którą wskazali jej jacyś niewidzialni bogowie bądź ich brak
Ten przedziwny las zarówno przestraszył jak i zafascynował goszkę. Nie wiedząc czego się spodziewać w pierwszym odruchu chwyciła swój topór oburącz i przybrała pozycje obroną. W napięciu zastygła bez ruchu i uważnie zaczęła lustrować okolice. Po chwili rozluźniła się nieco. W okolicy nie usłyszała ani nie dostrzegła niczego niepokojącego. Las jak las może jeno ciut mroczniejszy i cichszy. Ale czy na pewno? Tamtego feralnego dnia strażnik tabletu podkradł się przecie niezauważony, a bestią on był parotonową.
Gori uspokoiwszy się trochę zeszła na moment ze szlaku w poszukiwaniu... interesującego patyka. Po krótkiej selekcji wybrała jeden dwu i półcalowy z grupą naroślą na samym środku. Choć patyk zdawał się niedawno odłamany, to kora schodziła z niego nad wyraz łatwo. A samo drewno wydawało się nad wyraz miękkie i kruche, nie było jednak na nim śladów żadnych procesów gnilnych. W każdym razie zdobył wylądowała w worku podróżnym. Następnie półdemonica zerwała jednym ruchem trzy źdźbła trawy, poczym wybrała jeno z nich na chybił trafił. Zdając się na los.
Najkrótszy. A więc lewo...
Nie rozwodząc się na tym ani chwili dłużej ruszyła prosto na przełaj przez las kierując się w stronę najbliższych dymów. Zapadający powoli zmrok nie ułatwiał sprawy. Wędrówka najbardziej dała się we znaki bosym stopą, które cierpiały od wszelkich dziwacznych zagłębień terenów, kamieni, konarów, korzeni, igieł, czy szyszek. Ubity trakt pod względem był uboższy o wszelkie takie pułapki. Cóż taką drogę wskazał jej los. Las choć nie był zbyt gęsty to i tak dawał się we znaki. Gałęzie smagały twarz i darły płaszcz, na szczęście oszczędzając podróżny worek. Tylko tego brakowało by jej do szczęścia, by jej wszystkie klamoty rozwaliły by się gdzieś pośrodku głuszy. Nim się obejrzała cała pokryła się listowiem, gałązkami i pajęczynami.
Mimo drobnych niedogodności w końcu przedarła się przez las. Bohaterka dotarła na skraj dużej polany, której obrzeża poznaczone były pieńkami po ściętych drzewach. Widok aż serce krajał każdemu kto wychowany był w Wielkim Lesie, gdzie ścięcie drzewa było uważane za wielki akt profanacji. Jak na ironie parę naście jardów na prawo znajdowała się porządna droga. W centrum polany znajdowało się kilka domostw znad, których wydobywał się dym. Przy jednym z budynków stały piramidy ściętego drzewa. Bale jak zauważyła Gori były w fatalnej kondycji, kora z nich łuszczyła się i na całej ich powierzchni rozlokowane były nienaturalne garby. Jedna z budowli wykazywała się szczególności gabarytami. Dwukrotnie większa od innych w do datku jedyna piętrowa. Nad jej drzwiami wysiał szyld w kształcie wyrwanego z korzeniami pieńka. Zaś tuż obok ulokowano stajnie. Wszystko to goszka podziwiała w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-07-17, 05:37
-O. To w lewo. - powiedziała sama do siebie. W sumie to chyba najbliższa droga do jakichś domów się zdawała, więc może i dobrze. Po prawdzie w duchu miała nadzieję, że nie wyjdzie jej, że ma iść w prawo, bo nie dość, że drogi by nadłożyła w stosunku do kierunku docelowego, to jeszcze chyba najdalej się te domy znajdowały... No ale nic to. Ruszyła w lewo.
- O cie w dupę... - zaklęła szpetnie, kiedy pierwsze szyszki zaczęły jej się wbijać w stopy. No ale co zrobić? A nuż ją by gorsze rzeczy czekały jakieś, gdyby nie zboczyła ze swojej drogi. Może jednak na miejscu okaże się, że tylko dzięki temu np. uszła z życiem, albo co innego... Kolejne przekleństwa pojawiały się raz po raz. Już po pierwszym zadrapaniu płaszcza zaczęła na poważnie pilnować, by jej worek nie uległ uszkodzeniu.
Wreszcie, gdy wyszła na otwartą przestrzeń, rozejrzała się dookoła. Pierwsze, co przyszło jej na myśl na widok pościnanych pni to to, że dziękuje bogom, że już nic jej niczego nie rozedrze. Zastanowiła się. W sumie gąbczaste drzewa wydały jej się tak nienaturalne, że miała wrażenie, że takiego kurestwa albo nie idzie zabić, jeśli jeszcze sam ten stan ich nie zabił, albo że one i tak nie żyją. No a ludzie, czy inne rasy też jakoś żyć muszą, a w tych chaszczach, przez które się przedzierała, za cholerę się nie da, jeśli się nie jest jakimś masochistycznym skurwysynem.
Okolica wydawała się w porządku, nic jej jeszcze nie zaatakowało, nie widziała też czających się potworów, a największy budynek zdecydowanie wyglądał na karczmę.
Oceniła stan swojej szaty, czy aby jej zszyć nie trzeba, w przypadku, gdyby już nie zakrywała jej szarawej skóry. Jeśli nic takiego nie miało miejsca, przygotowała się do wejścia do karczmy (wyciągnięcie pieniędzy, co by nie musiała ich szukać potem, poprawienie płaszcza i zakrycie twarzy kapturem i ogarnięcie wszystkich innych rzeczy, przez które, np. wcześniej zdarzało się jej mieć problemy) i weszła doń.
Goszka krytycznie przyjrzała się swojemu zdewastowanemu płaszczowi. Zniszczenia okazały się niewielkie. Małe drobne rozdarcia nie były by zdolne nawet w pełnym świetle dnia zdradzić zbyt wiele. Nic co przykuło by czyjąś uwagę, co najwyżej parę szarych łusek. Te części ciała, które mogły by zbudzić zgorszenie pozostały bezpiecznie zakryte. O ile w ogóle w słowniku Gori widniało takie słowo jak zgorszenie? W końcu uważała nagość za stan naturalny. Nie wiedzieć jednak czemu w każdej osadzie uznawana była za niemoralną. Dlatego też teraz wolała dmuchać na zimne. Na jej szczęście płaszcz nie wymagał natychmiastowej naprawy.
Półdemonica wyciągnęła z worka sakiewkę, która była wręcz prawie pusta oraz naciągnęła kaptur na głowę, by chronić się przed wzrokiem ciekawskich. Kobieta ruszyła do przodu. Pierwsze kilka rzędów napotkanych pieńków nie różniła się wcale od spotkanych wcześniej "gumowatych" drzew. Jednak te bliżej osady wydawały się najzwyklejszymi zdrowymi pozostałościami po drzewach. Zbudowane ze ściętych pni domy również nie nosiły śladów choroby. Architektura wyraźnie świadczyła, że mieszkańcami nie są elfy. Rasa ta traktowała drzewa za obiekty wręcz święte i nigdy nie dopuszczała się ich ścięcia dla tak prozaicznych powodów jak budowa schronienia. Budowli w sumie Gori naliczyła dziesięć. Przy budynku z ciętymi palami wojowniczka dostrzegła próby obróbki tego dziwnego drzewa. Popękane, pokruszone oraz nienaturalne powyginane deski świadczyły o tym jak bardzo były to nieudane próby. W osadzie goszka nie dostrzegła ani żywego ducha, najwyraźniej wszyscy pochowali się o zmroku w domach. Na niebie miejsce słońca zajęła prawie kompletna tarcza księżyca. Niedługo pełnia...
Po krótkim marszu Gori dotarła do budynku karczmy. Z bliska stało się jasne, że budek był znacznie starszy i solidniejszy od innych. W jasnym blasku księżyca półdemonica odczytała jakże ambitną nazwę karczmy "Pod wyrwanym pieńkiem" spisaną za pomocą imperialnego alfabetu. Kobieta poprawiwszy jeszcze raz płaszcz wkroczyła do środka. Pierwsze co powitało goszkę była straszliwa mieszanka zapachów potu, piwa i gorzałki. W karczmie panował półmrok. Jedynym źródłem światła było parędziesiąt świec rozlokowanych na kilkunastu stołach. Na przeciw wejścia stała lada a za nią karczmarz. Łysawy jegomość czyszczący cynowy kufel z uporem maniaka. Nad ladą zawieszono srebrny półksiężyc. W arendzie znajdowało się z tuzin mężczyzn. Ludzie... Żaden elf nie nosi przecież zarostu... Jednak z tymi osobnikami było coś nie tak. Podkrążone oczy. Gęby wykrzywione w dziwnym grymasie smutku, zmęczenia, bezsilności i gniewu. Ubrania jakby ciut za duże...
Szczątkowe i ciche rozmowy umilkły zaraz po wkroczeniu goszki do środka. Wszystkie twarze z nie małym zainteresowaniem zwróciły się w stronę niespodziewanego gościa. Widok był nader ciekawy. Tajemniczy wędrowiec bowiem był szczelnie zakryty od stóp do głów płaszczem, który cały zabrudzony był listowiem. Dodatkowo nieznajomy ściskał w dłoni potężny dwuręczny topór. Minęła chwila ciszy przerwana przez barczystego rudawego mężczyznę siedzącego przy stoliku ulokowanym przy jednej ze ścian.
- Niech prowadzi Cię światło Lunny wędrowcze! - Utkwił uważne spojrzenie w broni półdemonicy, po czym dodał. - Towarzyszu u nas roboty nie znajdziesz! Zły to czas...
[...] W celu uproszczenia legendy Gori umie czytać i zna imperialny
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-07-19, 19:59
No, skoro w miarę dało się w tym chodzić, poczuła się znacznie lepiej. Nawet lekko uśmiechnęła się przed wejściem do karczmy, jednak prawdopodobnie spod kapturu nikt nie mógł tego zobaczyć.
Rozejrzała się wpierwej po pomieszczeniu i otrzepała się odrobinę. Nie zrobiła tego na zawnątrz, ale lepiej w progu, niźli w środku czy przy stole.
Po chwili nasłuchiwania ciszy, która nastała, dyskretnego rozglądania się i ogarniania nowego miejsca niemal zdziwiła się tym, że ją powitano. Zwykle, kiedy stawiała stopy w miejscach podobnych temu spotykała się z odrazą, pogardą, ewentualnie lubieżnymi docinkami i przezwiskami. A czase i ją wyganiano niestety.
Płaszcz był zdecydowanie dobrym zakupem... Może warto będzie kiedyś zainwestować w więcej garderoby... Goszka słyszała kiedyś opowieść o starożytnym klanie złodziei, który ubierał się od stóp aż do czubka głowy, a jedynie oczy miały te osobniki odsłonięte. Mówili na nich Nindże czy jakoś tak... Ale to chyba tylko legenda jakaś była...
- Światło światłem. Tutaj to mnie dym przywiódł i ślepy los. Nawet żem ze ścieżki zboczyła, bo mnie coś w tę stronę popchnęło. Z którym tu gadać trzeba, żeby o izbie pogadać?
Zawtórował ktoś rudzielcowi w głębi sali, po czym do uszu goszki dotarł odgłos wychlipywania kufla piwa. To zdarzenie przerwało ciszę niczym magiczne zaklęcie. Wnętrze izby znów wypełniło się odgłosami cichych rozmów, brzęków kufli i wszelkich innych szmerów typowych dla karczm. Kobieta tymczasem otrzepało się nie co z liści. Rudzielec natomiast wybuch serdecznym śmiechem słysząc słowa półdemonicy.
- Światło Lunny rozpościera się nad ścieżkami losu.
Mówiąc to uśmiechnął się serdecznie i wskazał głową karczmarza. Łysawy jegomość stojący za ladą ostawił kufel i wlepił uważne spojrzenie w nowego gościa.
- Pytaj o to Mełka, bo to jego przybytek. Jak masz dość sił to siadaj i opowiadaj co tam na gościńcu słychać.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-07-22, 21:16
Dziewczyna zainteresowana była jak najbardziej tym, cóż takiego złego dręczy mieszkańców, może nawet i zaraz się przysiądzie do Rudego z resztą bandy, skoro ją powitał tak serdecznie i o czymś tam chciał pogadać czy posłuchać. Pierwej jednak chciała też się dowiedzieć czy szykować się na spanie na słomie albo znów na dworze, czy jednak te parę monet jej na nocleg wystarczy. W sumie nie bywała często w takich przybytkach, niespecjalnie wiedziała czy np. warunkiem przebywania w niej jest zamówienie piwa czy coś podobnego... Jak juz gdzieś bywała wcześniej to zwykle pieniądze na piwo czy jedzenie miała, tym razem było inaczej i wiele monet jej nie zostało. Aaaa... Pójdzie tez spytać...
Podeszła do szynkwasu - A, czyli do pana z pytaniami... Ile za nocleg sobie liczycie? I ile za piwo? - Przerwała i pozwoliła mu odpowiedzieć, po czym dodała - no i co za złe czasu tu u Was? Ja tu się dosłownie przynieść losowi pozwoliłam w zasadzie to może to nie przypadek i jakbym swoją ścieżka poszła to by Wam tu nikt nie pomógł.. A tak - jestem to może pomogę, o! - Rzekła z entuzjazmem i uśmiechnęła się pod kapturem
Zachęcona najcieplejszym w jej życiu powitaniem, Gori podeszła raźno do szynkwasu. Przy ladzie jak się okazało zgromadzono mnóstwo świec, aby ułatwić zapewne karczmarzowi wykonywanie wszelkich manualnych czynności. W tym świetle kaptur goszki nie stanowił żadnej ochrony. Zasłona cienia pękła niczym bańka mydlana. Jedna z brwi karczma poszybowała hen wysoko w górę po łysym czole, zaś usta rozwarły się momentalnie i zastygły w tym wyrazie. Gospodarz bowiem doświadczył cudownego widoku. W bladym świetle świec dostrzegł istotę o niebiańskiej wręcz urodzie. Nawet najbrzydsza elfka będzie piękniejsza niż najwspanialsza ze śmiertelniczek, a urodę Gorii odziedziczyła po matce. Przed karczmarzem rozpościerał się widok kobiecej twarzy o delikatnych rysach, choć cerze ciut zbyt szarawej, wielkich srebrno-szarych oczu pełnych nadziej i dobroci oraz burzy srebrzystych włosów.
- Hah Mełko coś ty tam zobaczył? Inspektora podatkowego?
Rzucił ktoś z wnętrza izby i niemal w tym samym momencie ktoś mu zawtórował.
- Wżdy mu powiedz, że tu nie Imperium a Srebrny Las!
Momentalnie cała sala wybuchła gromkim rubasznym śmiechem, niektórzy zaczęli walić pięściami w stoły czy też tupać. Tymczasem karczmarz westchnął głośno i delikatnie pokręcił głową wyrywając się z zaskoczenia i… rozmarzenia.
- Panienka raczy wybaczyć to proste…
Czym owi „oni” byli nigdy nie dane półdemonicy poznać powiem w karczmie wybuchło istne pandemonium. Karczma wypełniła się spazmatycznym i opętańczym rechotem jakby jakiś mag wpuścił do środka chmurę magicznego rozweselającego gazu. Atak był gwałtowny, niektórym brakło tchu, inni pospadali z ław, niektórzy zachłysnęli się piwem. Trwało to chwilę jednak śmiech powoli zaczął zamierać w gardłach mężczyzn, aż ucichł na dobre. Co bystrzejsi zauważyli, że karczmarz się nie zaśmiał tylko jak urzeczony wpatrywał się w oblicze przybysza jakby był jakimś aniołem bądź sukubem…
Gori poczuła się nie swojo, aż jej się włosy na karku stanęły dęba. To uczucie było tak podobne do tego jakie towarzyszyło jej zawsze w obecności Ferfela. Kobieta czuła na sobie spojrzenia tuzina mężczyzn. Mimo, że płaszcz zakrywał ją szczelnie to czuła, że ich wzrok lustrował głównie jej tyłek i piersi.
- Z nocleg to będzie sześć srebrników, za piwo zaś pięć miedziaków. – Odrzekł w końcu karczmarz. – Co się zaś tyczy naszych problemów... To panienka już je pewnie w lesie widziała… Drzewa chorują… Kurwa mać! – Karczmarz momentalnie cały spąsowiał. – Panienka wybaczy, że tak klnę… - Mężczyzna zwiesił głowę. – Jak długo żyje nie widziałem czegoś podobnego. Drzewa gniją za życia. Do niczego się nie nadają! Nawet na opał, bo dym cuchnie niemożebnie. Zaczęło się jakieś pięć lat temu. Początkowo chorowały pojedyncze osobniki, ale rozprzestrzenia się jak szarańcza… Kur… Znaczy psia mać! Tera w całym lesie trudno szukać zdrowego drzewa. Wszelka zaś zwierzyna albo z głodu zdechła albo spieprzyła gdzie pieprz rośnie. Nie wiem czy coś poradzić na to panienka może! Rady nie znalazła ani matka Veresa ani wielebny Evan. A to mądre i szacowne persony. – Zamilkł na moment po czym dodał. – Na do miar złego zbiory w tym roku słabiutkie. A w to co się udało zebrać wdała się pleśń. Karwać twarz!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-07-28, 22:24
Dziewczyna w sumie nie bardzo wiedziała czy powinna się zawstydzić, czy zapytać, czy karczmarzowi co nie dolega jak tak się w nią wlepiał niemożebnie...
Na szczęście z jej problemem poradził sobie żart jakiegoś bywalca, to i się rozproszył karczmarz na szczęście z tego zawieszenia.
Jednak zawstydzenie... Karczmarz może i ją lekko skrępował, ale ta banda dziadów dookoła już typowo sprawiła, że rumieniec musiał zagościć na jej szarej twarzy.
Udała, a w zasadzie spróbowała się totalnie odizolować od wszystkich poza karczmarzem w swojej biednej psychice.
Udała też, że cena za nocleg jakby stała się nieważna. Noż cholera... znów spróbuje na słomie sobie przekimać, no trudno.
- No... tego... Faktycznie problemy macie ciężkie... - zająknęła się, ale gdy tylko złapała temat, mówiła już płynnie i faktycznie jakby ignorując odgłosy karczmy... chociaż rumieniec twardo nie znikał... - No kurde, pewno, że widziałam, poskręcane te drzewa jak trzy diabły. Właśnie też pierwszy raz widziałam coś takiego, może to kie czary, albo coś w ziemi? Bo jakby w powietrzu to przeta by i ludzie pozatruwani byli... tak mi się wydaje...
-Czyli już ktoś coś próbował zrobić... A to może ja do nich pójdę, popytam z rana, nie będę musiała drugi raz szukać tego, co oni już ciekawego na ten temat znaleźli... - zamyśliła się... Jakoś tak wstyd jej było wejść do karczmy i z niej po prostu wyjść... - to póki co piwo poproszę - powiedziała i położyła na stole pięć miedziaków. Spojrzała ukradkiem na krasnoluda, ale raczej wolała szybko wypić to piwo i chyłkiem wymknąć się gdzieś poza karczmę. Ledwie tu weszła, a już miała wrażenie, że nie powinna tu tak stać, nawet ubrana...
Na szarawej twarzy Gori wykwitł ogromny rumieniec. Goszka nie była wstanie wytrzymać obleśnych spojrzeń bywalców karczmy. Kobieta miała wręcz ochotę natychmiast opuścić izbę. Przemogła się jednak i zamówiła piwo. Monety z brzękiem upadły na ladę. Ostatnie oszczędności półdemonicy zniknęły niezwykle szybko gdzieś w odmętach fartucha karczmarza. Mełko chwycił niedawno czyszczony przez siebie cynowy kufel i nalał do niego piwo z beczki spod lady. Mężczyzna czyniąc to ciągle wlepiał rozmarzone spojrzenie w twarz Gori, przez co omal nie wylał piwa. Zaklął szpetnie, ale wypełniony po brzegi złocistym płynem kufel znalazł się w końcu na ladzie.
- Ni cholerę na magii się nie znam... - Zaczął karczmarz. - Matce Veresie udało się to zatrzymać, ale tylko w pobliżu kręgu... Resztka zwierzyny z okolicy tam się skryła. Nam to jednak na nic, bo Świętym Gaju obowiązuje prawo kłów i pazurów. Jeśli chcesz z nią porozmawiać udaj się ścieżką w głąb lasu, w jego sercu znajdziesz Krąg Borsuka. Muszę Cię jednak ostrzec druidzi zazdrośnie strzegą swoich sekretów.... Chyba, że panienka zamierza zostań jej uczennicą? - Karczmarz rzucił goszcze uważne badawcze spojrzenie, tym razem jednak bez śladu tego maślanego zauroczenia co wcześniej. - Wielebny Evan szukał lekarstwa. Warzył wywary, mikstury... Jak dotąd bezskutecznie. - Mełko zwiesił głowę ze smutkiem. - Znajdziesz go Świątyni Lunny. Dojdziesz tam traktem. Rzut beretem stąd.
Gori chwyciła kufel i rozejrzała się po karczmie. Nie mogła nigdzie dostrzec żadnego krasnoluda. Gdzie okiem sięgnąć tam tylko ludzcy mężczyźni, niektórzy z nich gestami zapraszali ją do swych stolików. Tymczasem zainteresowanie o płaszczoną kobietą zaczęło maleć. Nie odsłoniła nawet twarzy. Ludzie zaczęli powracać do swoich kufli i rozmów, racząc goszkę co najwyżej przelotnymi spojrzeniami. Gdyby tylko wiedzieli, że pod płaszczem kryje się nagie ciało półdemonicy atmosfera w karczmie, by się znacznie podgrzała... Zaś rudy mężczyzna siedział tam, gdzie wcześniej. Samotny przy kuflu piwa.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-07-31, 21:46
- No to pójdę wpierw do tej całej świątyni, a potem do tego kręgu może, ale ja za tęęęęępa na uczennicę czegokolwiek w sumie, to ciężko może być - zaśmiała się promiennie, jednak po chwili przypomniała sobie, jak na nią patrzył ten facet jeszcze chwilę wcześniej...
- Także... tego... pójdę usiąść czy coś... Dziękuję za informacje - Szybciutko przemknęła do Rudego - Dobra... to ja się tak tutaj przysiądę na chwilę, jak mogę, bo jakoś tak głupio przy szynkwasie pić w sumie. Bez wyciągania ręki ani żadnych gestów poza usadowieniem się przy stoliku faceta przedstawiła się - Gori jestem, co tam w tych okolicach słychać, może i Pan coś ciekawego powie? - uśmiechnęła się przyjaźnie
Kobieta zbliżyła się do stolika. Na jej widok mężczyzna postał, skłonił się i uchylił czapki. Człowiek wyraźnie górował nad goszką, zdawał się wyższy o głowę. Twarz pokrywał bujny rudy zarost. Nosił na sobie trochę luźne lniane spodnie i koszule farbowaną na czerwono. Mimo, że zdawał się być lekko zabiedzony to wciąż można było dostrzec jego imponującą muskulaturę. Bicepsy miał większe niż uda półdemonicy, a łapska przypominały bochny chleba. Gori miała wrażenie, że olbrzym gdyby chciał bez trudu złamał by ją w pół niczym źdźbło trawy.
Usiedli niemal jednocześnie. Goszka oparła topór o ławę, tak że znajdował się na wyciągnięcie ręki. Świeca przy stoliku znów rozproszyła mrok pod kapturem odsłaniając śliczną buźkę kobiety. Gori kobiecą intuicją wyczuła, że zrobiła wrażenie na rozmówcy. Całe szczęcie ten mężczyzna nie gapił się na nią jak sroka w gnat, uśmiechnął się jedynie serdecznie.
- Powitać! Jestem Daśko tutejszy zawiadowca. Z chęcią udzielę panience odpowiedzi na wszelkie pytania. Mełko zdaje się całkiem dobrze opisał sytuację. Ciekawi mnie jedno co taka urocza elfka zawędrowała w te strony? – Rudzielec rzucił badawcze spojrzenie na broń dziewczyny. – Chyba nie po to by nająć się u nas do wycinki?
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-08-24, 10:06
Dziewczyna znów lekko się zarumienila, tym razem przez to, że raczej nikt przy niej nigdy nie zachowywał się jakkolwiek szarmancko, a teraz pomyślała sobie o tym, jak w swojej dawnej wiosce czasem z kryjówki zdarzyło jej się podejrzeć jak przy stole zachowuje się jeden czy drugi elf względem elfki i chyba nie do końca wiedziała czy nie powinna się czuć przez to głupio, albo czy nie powiedzieć, że nie trzeba było wstawać... Ostatecznie jednak na rumieńcu i zajęciu miejsca się skończyło.
-Miły z Pana człowiek... - Oprzytomniala - ale ja nie jestem elf... Znaczy... - Sciszyla głos - zaraz to Panu wyjaśnię, ot co, ale to by Pan musiał ze mną na chwile przed karczme iść, w każdym razie chce pomóc. Jeśli chce się pan ze mną podzielić wiedzą i ma pan jakiś pomysł co mogła bym zrobić to ja chętnie posłucham i to zrobię. Wędrować i tak wędruje w te strony, a po drodze trzeba było się gdzieś zatrzymać, no i wylosowalam sobie, żeby tu zanocowac. A choćby parę dni mi różnicy nie zrobi raczej, wiec mogę tu się zatrzymać i coś popróbować, bo a nuż przybysz z daleka inaczej spojrzy niż ludzie, co tu od malenkosci sobie siedzą... - Odetchnela, kiedy powiedziała juz wszystko, co planowała powiedzieć i uśmiechnęła się jak najuprzejmiej - no i naprawdę... Miło spotkać kogoś tak uprzejmego jak pan. Nieczęsto mi się to zdarza... - Zafrasowala się odrobinę i spojrzała przelotem na podłogę tuż pod stołem.
- Każdy by tu tak postąpił. Proste z nas chłopy, ale z elfami gadać to umimy. - Na twarzy człowieka wykwitł niewielki rumieniec zakłopotania. - Nie elf?
Człeczynie brwi podniosły się do góry i wlepił uważniejsze spojrzenie w twarz Gorii. Przez chwilę milczał drapiąc się po brodzie.
- Znaczy półkrwi? Niech się panienka nie martwi. My tu do takich spraw wagi nie przywiązujemy. Wielebny naucza, że ważne kto jaki się urodził tylko jaki się stanie. - Mężczyzna mówił z wielką dumą o swym kapłanie. - Prze to nie wildze powodu by ciepłą izbę opuszczać. Co do zarazy nic więcej dodać nie mogę, ale jak się panienka chce po okolicy rozejrzeć to przeszkód nie widzę.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-09-11, 14:35
- Znaczy... w pewnym sensie w sumie półkrwi... - westchnęła w swojej bezradności - Aaaa, może kiedyś wytłumaczę... - spojrzała na mężczyznę i pośpiesznie dodała - mnie nie bardzo ktokolwiek uczył jak być dobrą, ale słowo daję, że mimo to dobra i pomocna ze mnie dziewczyna! - Zamyśliła się. - No nic. Dziś już późno to znikać będę i rano przyjdę, pójdę do świątynii czy coś i rozejrzę się - powedziała niby do mężczyzny, ale w sumie jakby do siebie. - Nooo... chyba, że jeszcze gdzieś warto się udać, albo w okolicy coś ciekawego... Jak pan uważa, panie zwiadowco? - upiła pokaźny łyk piwa, otarła usta i czekała, co jej rozmówca odpowie
Piwo miało wyjątkowo mocny chmielowy smak. Było też nad wyraz gęste. Najwyraźniej miejscowi w takim gustowali. Mężczyzna zmarszczył brwi słysząc dość nieskładną odpowiedź dziewczyny. Nim odrzekł sam ubił łyk swojego piwa.
- Ach do wielebnego się udasz. Wielu już drogę właściwą wskazał. Pamięta mojego ojca, a nawet może i mego dziada. Mądry to chłop ni ma co. Na pewno panience pomoże. Bo on tyż półkrwi jest i wi jako to jest. - Rudzielec lekko się zmieszał, bo najwyraźniej coś sobie przypomniał. - A i niech panienka się nie obawia jego ucznia. Wygląda dosyć straszno, dla tych co pierwszy raz go widzą. Ale to dobry chłopak... Uczynny i pomocny...
Mężczyzna sięgnął bo kufel i opróżnił go jednym haustem.
- Co do okolicy to leśny szlak przechodzi w trakt imperialny, a prowadzi on do samej stolicy Dorienburgu. Na obrzeżach lasu ulokowano wiele pól, w tym roku jednak plony nie dopisały. Znajdziesz tam też dwie wioski i wielki młyn.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-09-13, 15:44
A dziwne piwo. Już miała się skrzywić, ale uznała, że to było by niegrzeczne, albo że zwiadowca może uznać, że coś jej się stało czy coś, więc po prostu przełknęła łyk i jakby nigdy nic kontynuowała - Znaczy... on półkrwi, ale też srebrny elf? Czy jak? - Gori wiedziała już, że jak półkrwi to raczej nie ma się co rozwodzić nad tym, czy zasłużył na śmierć, bo pewnie jest w takiej samej sytuacji jak ona... jednak miała dziwne wrażenie, że elfów powinna obawiać się odrobinę bardziej niż ludzi. Wszak pamiętała jeszcze jak Zielone Elfy na dzień dobry ją wrzuciły do klatki i zawiesiły cholera wie na jakim tam drzewie... Była jednak dobrej myśli, tu raczej nikt jej nie miał za wroga, a skoro i ten pół-cośtam ży wśród ludzi to powinien być równie dobrze nastawiony do niej... Zwłaszcza, że Daśko wspomniał, że jest w porządku. - A ja to do wszystkich raczej się staram być dobrze nastawiona, póki mi krzywdy nie robią, tak że się raczej nie przestraszę, jakby miał nie wyglądać, zanim na mnie ręki nie podniesie... Poza tym... - Wskazała na topór - Ja ogólnie niewielu rzeczy się boję - uśmiechnęła się promiennie, jakby właśnie pochwaliła się czymś, z czego była dumna. - A w jakich okolicach ten las taki chory? Tylko tutaj, czy jeszcze w tych wioskach, czy gdzie?
Rude brwi co rusz podskakiwały po czole mężczyzny. Chaotyczny sposób wypowiedzi kobiety sprawiał, że mężczyzna musiał się chwile zastanowić nad odpowiedzią.
- Ym półsrebrny półczłek. Dziwnie czasami losy naszych ras splatają... - Po twarzy człowieka przeszedł dziwny grymas. - Wielebny od lat dba o podtrzymywanie dobrych stosunków między rasami. Mówi o tej no... tole...tole...tolepancji... Znaczy wzajemnym szacunku i zrozumieniu...
Mężczyzna uśmiechnął się niepewnie, a następnie gestem ręki zamówił u karczmarza kolejny kufel piwa. Człowiek otworzył szerzej oczy, gdy spojrzenie przeskoczyło na broń i usłyszał deklaracje dziewczyny.
- Ym panienka się nie obawia. Wielebny ani jego uczeń nigdy na nikogo ręki nie podniosą. O to można być całkowicie pewnym. Przysięgam na światło Lunny. - Człek złożył prawą rękę na sercu ułożoną na podobieństwo litery C i do tematu już nie powrócił uznając go za wyczerpany. - Zaraza szaleje w całej dolinie. Najgorzej jest w jej sercu lasu tam już całe połacie lasu są martwe... Pozbawione kory nagie spróchniałe drzewa.... Najsmutniejszy widok jaki kiedykolwiek widziałem. Jedyne miejsce nie dotknięte chorobą to Święty Gaj. Matka Veresa twierdzi, że to zasługa mocy kręgu Borsuka. Drzewa po stronie Imperium natomiast wydają się całkowicie zdrowe. Krążą jednak słuchy, że to choróbsko jakoś na zborze wpłynęło... Nikt jednak pewności nie ma...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-09-22, 17:24
- No to chyba was dobrze uczy, jak uczy, że macie być dobrzy - zaśmiała się, jakby właśnie powiedziała jakiś żart. Nie zwróciła jednak większej uwagi na wzmiankę o splataniu się losów różnych ras, bo i niespecjalnie domyśliła się o co też mogło mu chodzić poza tym, że ciężkie czasy czasem nastaja i dla ludzi i dla elfów i nie można przewidzieć tego, co kogo spotka.
- Coś się zaradzi. A nuż jakoś się uda zrobić tak, żeby się poprawiło. I z drzewami, i że zbożem, w końcu nie wiara, że to tak samo z siebie. A skoro była przyczyną jakaś, to i lekarstwo tez się musi znaleźć. Tylko jeszcze nie wiemy jakie... - Wypiła kolejne kilka łyków piwa, jakież by dziwne ono nie było.
Mężczyzna wybuchł radosnym rubasznym śmiechem słysząc komentarz kobiety. Gori w tym czasie przełknęła kolejną porcję nietypowego piwa. Znów poczuła w ustach smak chmielu, a gęsta alkoholowa ciecz mile połechtała i rozgrzała jej gardło.
- A panienka to w jakiej sprawie wiatr przygnał w nasze strony? Czyżby wieści o zarazie zatoczyły co raz szersze kręgi? "Drzewo" - Słowo to rudzielec wymówił z dużą ironią. - W żaden sposób nie nadaje się na sprzedasz. Kurwa nawet na opał. Jednak interesuje magów...
Zawiadowca utkwił badawcze spojrzenie w twarzy półdemonicy. Z wnętrza izby wynurzył się w tym czasie karczmarz i z glinianego antałka uzupełnił kufel mężczyzny. Gospodarz już miał się wycofać, gdy nagle rudzielec chwycił go za rękę, ciągle jednak wpatrując się w Gori.
- Mełko ten dzban jeszcze się przyda.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-10-11, 15:50
- Ano ja właśnie maga jednego szukam... No bo... - Utkwiła wzrok w kuflu i zaczęła okręcać go dookoła osi - Mnie kiedyś przyjaciel, taki zboczony jor uratował i sam zginął i słyszałam, że tutaj gdzieś żyje facet, co umarł, ale do życia powrócił... no i chciałam go spytać jak to jest możliwe i czy ja może mogę tak zrobić, żeby tego zboczonego jora, Ferfela, ożywić. - Znów podniosła oczy na twarz zwiadowcy, a gdy pojawił się karczmarz spojrzała na niego, potem znów na Daśko. Jeśli karczmarz sobie poszedł to podśmiechnęła się promiennie - Oho. Się zanosi wesoła noc, co? Dobrze, że chociaż karczma dalej prosperuje, ale jak tak dalej pójdzie to i piwo podrożeje... A na to przecież pozwoliś nie wolno, nie? - wypiła kolejne kilka łyków. może i półdemonica, ale spust miała jednak jak elfka, więc raczej sączyła piwo niż je chlała.
Mełko po słowach Gori natychmiast puścił dzban i odstąpił krok do tyłu. Z twarz oberżysty błyskawicznie odpłynęły, a w jego spojrzeniu dostrzec dało się przerażenie zmieszane z niedowierzaniem. Mężczyzna na przeciw goszki również zbladł, a jego oczy i usta rozwarły się. Zastygł tak w tej głupiej minie na dłuższy czas. W końcu otrząsnął się i skinieniem głowy odesłał karczmarza. Ten zareagował natychmiast. Oddalił się od stolika nad wyraz szybko całkowicie zapominając o antałku. Daśko westchnął przeciągle i odpowiedział:
- Tak żył tu ten przeklęty osobnik. Parał się najczarniejszą z gałęzi magii - Mężczyzna ściszył głos, że ledwo dało się go usłyszeć. - Nekromancją... Ożywiał ciała umarłych tworząc z nich straszliwe monstra. - Daśko po raz kolejny złożył prawą rękę na sercu układając ją na podobieństwo litery C. - Siał postrach w całej okolicy. Na szczęście matka Veresa zdoła go w porę powstrzymać. Mówią, że to jego nienawistny duch sprowadził na nas zarazę. - Po raz kolejny ręka mężczyzny zatańczyła na piersi tworząc znak litery C. - Nie wiem co nim słyszałaś, ale lepiej zapomnij o nim jak najszybciej. Wszystko co z nim związane jest przeklęte...
Kufel półdemonicy stał opodal antałka do połowy już opróżniony.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2015-10-27, 08:56
Dziewczyna na widok reakcji facetów zaczęła w panice spoglądać to po twarzy jednego, to po twarzy drugiego, jakby nie wiedząc, co powiedziała źle. Gdy Daśko wreszcie powiedział to, co powiedział zdziwiła się niewspółmiernie - Monstra? Znaczy brzydki to ten jor był, ale to jednak tylko jor... aaale w sensie, że jakoś przemieniał te osoby, co je ożywiał??? A to nie! - Cofnęła się na krześle do tyłu, jakby próbując pokazać jak ją to obrzydza, żeby tak paskudnie tych zmarłych oszukiwać i podstępem im coś niedobrego robić... Potem jakby zawiedziona i posmutniała znów przygarbiła się nad kuflem - ja tylko chciałam spytać kogoś mądrzejszego ode mnie, czy mogę znów mieć znów przyjaciela tu, z powrotem... - Podniosła smutne spojrzenie na mężczyznę - No mówię, życie mu zawdzięczam, nie dała bym go komuś złemu ożywić, żeby się nad nim pastwił. Myślałam, że może... A, zresztą... Jak i tak go nie ma to już i tak nieważne. A zarazę i tak powstrzymać jakoś trzeba, to i przy okazji się może czegoś na przyszłość nauczę, kogo unikać i kogo nawet nie prosić o pomoc w takich sprawach jak ta, o której mówiłam... - znów pociągnęła z kufla jakby nieco już weselsza - no nic, jutro się wybiorę do tej waszej Veresy to ona może dokładniej powie co z tą zarazą i w ogóle...
Reakcja kobiety uspokoiła Daśka. Twarz mężczyzny powoli zaczęła odzyskiwać kolory, choć wyraz zmieszania pozostał na jego twarzy. Trudno było wszak uwierzyć, że Gori nie miała bladego pojęcia go tak naprawdę szuka. Jednak wyraz obrzydzenia na jej twarzy wyglądał na prawdziwy...
- Utrata przyjaciela to straszne przeżycie. Przyjmij wyrazy ubolewania.... - Odrzekł mężczyzna ze współczuciem. - Nie wiem czy istnieje magia na tyle potężna, by Ci pomóc. Jeśli poszukujesz rady na pewno udzielą Ci jej ojciec Evan i matka Veresa. W okolicy nie znajdziesz mądrzejszy person. Tylko uważaj jak będziesz.... - Głosie rudzielca zadźwięczała nutka troski. - ...rozmawiać z arcydruitkom. Wiele przeszła.... Może uznać, że twoje pytania nie są niewinne... Stanowią bunt przeciw naturze...
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum