TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Cena wiedzy
Autor Wiadomość
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-08-26, 21:09   Cena wiedzy

Wieczne Piaski - Także Wielki Erg Zachodni lub Martwe Ziemie, teren w całości pustynny lub półpustynny w okolicach rzeki płynącej od Erxen do Wszechmorza (patrz: Naenis); błędnie zwany Morterrą, gdyż pod panowaniem Imperium znajduje się tylko zachodnia jej połowa i przyległa do rzeki Naenis wschodnia. (...) Obszary pustynne po obu stronach rzeki zamieszkane są przez mało liczne, prymitywne plemiona koczownicze jaszczuroludzi (patrz: Fas'Rah) a także orków zielonych i czarnych od strony wschodniej. Rasy te jako jedyne potrafią znieść wysokie temperatury dochodzące nawet do 50 stopni AR, nie tworzą jednakowoż swych własnych cywilizacji ze względu na technologiczne zacofanie i intelektualny obskurantyzm.

Z encyklopedii historycznej uniwersytetu w Dorienburgu




Cena wiedzy
Kroniki Bredrill-iona - Wprowadzenie





Dzień był chłodny.

Chłodny jak na realia Morterry. Jak na średnią temperaturę całych Wiecznych Piasków, w centrum których znajdowała się wioska Bredrill-iona, Zhiokko. Nie była to wielka, albo licząca się w szerszej skali mieścina, ale to nie miało znaczenia. Wystarczyło, że dla można tam było odszukać ciepło domowego ogniska, spokój i harmonię. Nie było tam konfliktów ani rozbojów. Każdy przykładał się do swojej pracy i wspólnie kreował godne warunki do życia dla całej społeczności.

Dlatego też takim zaskoczeniem było zniknięcie Veilla, starszego o rok brata. Miało to związek z prowadzoną przez trzech ludzi karawaną, taką jak setki innych, wyróżniającą się jedynie symbolem siedmioramiennej gwiazdy. I tyle. Jak każda z nich, jechała ona starym szlakiem handlowym wzdłuż północnych granic Morterry, aż za góry serpensów, rozdzielające Wieczne Piaski od Ergu Wschodniego.

Kuglarz wiele nauczył młodego, ale głodnego wiedzy człowieka. Że za górami egzystuje inna, także ludzka cywilizacja. Że Erg, który obejmują, nie różni się wielce od Martwych Ziem, ale mimo braku rzeki przecinającej pustynię życie jest tam bujne, a plony urodzajne.

Przynajmniej tak mówią. Karawany ze Wschodu wszak wypełnione są po brzegi różnorakimi towarami. Płótnem, jedwabiem, ceramiką, ziołami, daktylami, oliwkami czy nawet minerałami, jak złotem i fosforem. Przy większości z nich czuwa przez to solidna ochrona, niekiedy nawet mała armia. Towary z Zachodu są natomiast inne, bardziej powszechne. Zboże, miedź, ale też perfumy i inne dobra luksusowe, do których produkcji potrzeba technologii i wiedzy.

Dlatego karawana z siedmioramienną gwiazdą, strzeżona tylko przez trzech ludzi, nie wyglądała na taką, która miałaby mieć pod płachtami tonę dóbr na sprzedaż. Wóz po prostu nie dotarłby do celu w jednym kawałku. Ale dlaczego w takim razie mieliby mówić nieprawdę?

Rodzina nie zwlekała z wysłaniem drugiego z synów. Już dzień po zajściu Bredrill-ion, z kosturem w dłoni i torbą podróżną przerzuconą przez plecy opuścił wioskę.



Dzień był chłodny. Na tyle, że nawet w południe można było iść dalej ubitym traktem, a nie rozpaczliwie szukać schronienia w cieniu aż do pory wieczornej. Chmury wyjątkowo przysłaniały słońce, co było rzadkością. Młody podróżnik szedł od świtu, robiąc parę przerw na odpoczynek. Tempo miał nad wyraz dobre i karawana nie mogła uciec mu na tyle, by nie dało się o nią wypytać innych uczestników drogi. Klimat półpustynny był łagodniejszy od swego pełnowartościowego odpowiednika, ale nie zmieniało to faktu, że upał i tak dawał mu się we znaki. Okoliczne wodopoje, które Bredrill-ion zna od dziecka, pozwoliły mu na uzupełnienie wysuszonego bukłaka, który z wody wyzuwał się w iście szaleńczym tempie.

Pod wieczór, gdy słońce chowało się już za plecami bohatera, ten dotarł do ostatniego znanego mu punktu i także do granic Imperium. Kamienna karczma stojąca na skrzyżowaniu dwóch dróg idących we wszystkie strony świata. W otoczeniu paru lichych palm i kępek trawy, a także studni i drewnianego daszku, pod którym stały przewiązane trzy konie i pusty wóz, który pewnikiem został rozładowany z towarów na noc. Również płachta trzymająca towary, jeśli jakaś była, została zdjęta, przez co niemożliwe było do oszacowania, czy powóz ten był tym, którego poszukiwał Bredrill-ion.

Tak czy inaczej, żołądek domagał się jedzenia innego niż pół suchej i wypranej ze smaku racji żywnościowej, a i zmęczenie dawało się we znaki. Człowiek nie dysponował wyjątkową siłą fizyczną ani wytrzymałością na czynniki zewnętrzne, więc na chwilę obecną jedyne, o czym mógł marzyć, to zjeść coś i wypocząć, by następnego ranka, może nawet jeszcze w chłodzie nocy, wznowić podróż. Bo w obecnym stanie dalsze parcie naprzód nie wydawało się być mądrym posunięciem.

[...]Bredrill-ion traci pół racji żywnościowej
Bredrill-ion otrzymuje 8 punktów zmęczenia: wyczerpania
 
 
     
inv 
Nowicjusz


Wiek: 38
Dołączył: 29 Lip 2014
Posty: 7
Wysłany: 2014-08-27, 13:02   

Kuglarz uczył Bredrill-iona, że każdy człowiek ma swoje miejsce tu, na tym świecie, jednak prawdą jest, że miejsce ludzi Zhiokko jest w Zhiokko. To są zasady. Tylko w miejscu, gdzie niepożądani trzymają się z daleka, a każdy sobie pomaga, możliwe jest osiągnięcie tego, czego brakuje na całym świecie - jak słyszał z opowieści Kuglarza. Tym jest właśnie "harmonia", tym jest zrozumienie się w społeczeństwie, gdzie własna rola jest jasna. W tym jest chętne uczestnictwo, wyrzeknięcie się słabości i scalenie się z własną naturą.

W drodze, czy idąc, czy zatrzymując sie przy wodopojach Bredrill-ion lustrował w myślach całą historię swojego brata. Tym bardziej narastał niepokój o jego dobro. W tym labiryncie myśli, przez który właśnie przechodził nie widział żadnego ciemnego zakamarka. Bredrill-ion nie mógł uwierzyć, a już na samą myśl przeszedł przez niego nieprzyjemny, karcący go dreszcz, że Veill mógłby poważyć się na opuszczenie wioski z własnej, nieprzymuszonej woli. "Przecież jest z nami szczęśliwy", myślał "przez tyle lat nauczył się o uprawie tyle, ile mało kto wie. Potrafi wspaniałe rzeczy i przejmie gospodarstwo po ojcu. Będzie źródłem wdzięczności wszystkich z nas. Ponadto jest moim bratem, a moja rodzina jest poważana w osadzie".

Okoliczności pogodowe były dla Bredrill-iona zrządzeniem losu, tak jakby cały świat pomagał mu w jego misji, tak jakby cały świat wiedział, że jest ona ważna. Dziękował w duchu siłom, których nie pojmuje i nie zna z imienia, ale one mimo to mu pomagają.

Po przejściu, jak myślał, szmatu drogi, przystanął na chwilę. Dokładnie w tej samej chwili poczuł swoje ciało, które bolało jak jeszcze nigdy dotąd, wyczerpane. Nie poznał jeszcze tego uczucia tak dobitnie. Zmęczenie połączone ze stresem podróży było dziewiczym odczuciem dla młodego zhiokkanina. Bredrill-ion musiał na chwilę przestać myśleć i się posilić. Myśli, co prawda dawały mu siły ducha i wręcz fanatycznego uporu w drodze do celu. Na końcu drogi, którą szedł, dostrzegł światełko jakiegoś budynku, prawdopodobnie to było to, o czym kiedyś słyszał w powieściach. To mogła być "karczma".

Wchodząc do środka doszedł do wniosku, że jest to absolutnie pewne - Veill został uprowadzony wbrew własnej woli. Już więcej nie będzie o tym myśleć. "Jeżeli prowadzący karawanę byli źli, to na miejscu zobaczę co z nimi zrobić" - pomyślał. Teraz szukał wzrokiem kogoś, kto to miejsce prowadzi.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-08-28, 23:02   

Veill po prostu nie mógł z własnej woli opuścić wioski. Nie miał ku temu powodu i nic nie skłoniłoby go do postąpienia inaczej. Chociaż, może jednak? Może miał do spełnienia jakąś misję, tak jak teraz jego młodszy o rok brat, który również nie powróci do domu o zmierzchu i nie zaśnie tam, gdzie zasypiał codziennie, i nie obudzi się w tym samym miejscu, w którym budził się dotychczas. Zmiany omijały Zhiokko szerokim łukiem i nikt na tym źle nie wychodził.

A jedną z pierwszych zmian, nie licząc całkowicie odwróconego trybu życia, było właśnie znalezienie miejsca na sen. Miejsca, które przez całe życie Bredrill-iona było to same, nie licząc drobnych, odosobnionych, ale wpisanych w konieczność życia w wiosce przypadków.

A karczma, którą widział teraz, widział także i drzewiej, raczej w formie bardzo mglistego i niewyraźnego obrazu, aniżeli doskonale postrzeganego, ze wszystkimi szczególikami obiektu. Było to dawno i sam nawet nie pamiętał, kiedy dokładnie. Wiedział natomiast, do czego ten przybytek służy. Osoby bez domu, jak nazywa się jeżdżącymi karawanami handlowymi, wybierają to miejsce jako jedno z wielu, oddalonych dzień drogi od następnej "karczmy". I następnej, i następnej, aż do miejsca docelowego.

W środku paliło się światło, ale póki co nie było takiej potrzeby, bo słońce dalej przeciskało się przez wyryte w kamieniu okna zasłonięte materiałem i rozgaszczało się w środku. Bredrill-ion natomiast poszedł w kierunku drzwi, drzwi te popchnął i wkroczył do środka. Drewno było lekkie i nawet zmęczone ciało podróżnika nie wychwyciło momentu, kiedy jego dłoń poczuła opór otwieranych drzwi.

Karczma była mała. Miała trzy równo ułożone stoliki po cztery zydle i krótki szynkwas na samym końcu, ale na wprost wejścia. Po prawej znajdowały się schody na górę, a za kontuarem, po prawej stronie, zaraz obok stopni, kolejne drzwi, a konkretniej framuga, przysłonięta wiszącą od góry płachtą, cieńszą niż taka, jaka była w oknach. Kontuar także zawierał na sobie świecę wetkniętą w ciemnozieloną butlę, krople wosku i jakąś szmatę zaraz obok.

Ale karczma nie była pusta. Bowiem na owej szmacie spoczywała dłoń rosłego, korpulentnego człowieka o krótkich, przylepionych do czoła włosach i ogólnie niepochlebnej twarzyczce, jakby ktoś w dzieciństwie orał nią pole. Wystający, dolny ząb w barwach piasku tylko podkreślił aparycję właściciela gospody.

A jeszcze bliżej, przy pierwszym, lewym stoliku, siedział wyjątkowo kolorowo odziany jegomość, ściskający w dłoniach długi flet poprzeczny. Jego fioletowy beret, tak jak i dominujące kolorem bufiaste, kompletnie niepraktyczne i nieznające specjalistycznej nazwy odzienie licowały ze sobą i tak właściwie to może nawet wyglądały ładnie, ale była to jedyna zaleta tego stroju, który jednakowoż wyróżniał się znacząco w przeciwieństwie do zwykłego, szarego "czegoś", co miał na sobie skryty za szynkwasem karczmarz. Twarz grającego na flecie była jakby dziecinna mimo tego, że człowiek definitywnie lat miał więcej, niż dwadzieścia. I co najważniejsze, twarz pozostawała wyjątkowo nieopalona, co z blond włosami i błękitem oczu mówiło dosadnie, że jegomość na terenach pustynnych raczej swego dzieciństwa nie przeżył.

Dalej, przy środkowym stole, siedział osobnik, który już wyglądał na bywalca pustyń, ale rysy jego twarzy zmuszały do zastanowienia się, skąd, bo raczej nie z okolic Rzeki, pochodził ten człek. Miał na sobie zadbaną, pustynną togę i turban chroniący przed słońcem. Jego twarz zdobyły długie, poziome wąsy i wesolutki uśmieszek.

Obok niego siedział bliźniaczo podobny, tak samo ubrany, z tymi samymi wąsami i tak samo uradowany człowiek. Tak właściwie to poróżniała ich tylko broń, którą trzymali przy pasie. Jeden miał finezyjnie wykrzywiony miecz, drugi zaś wielki, także przekrzywiony sztylet. Więc tak właściwie to nawet bronie mogły okazać się mylące, bo wielkiej różnicy między nimi nie było.

Zarówno przy wystrojonym, jak i wąsaczach, stały puste już talerze i kufle po części opróżnione. Jednakowoż i przy ostatnim stole znajdowały się jakieś naczynia, jednak bez widocznego bywalca, który by się przyznał do spałaszowania ich zawartości. Obecni w pomieszczeniu skupieni byli jednak nie na dojadaniu, lecz na flecie grającego. Na flecie, który właśnie miał wydać z siebie pierwsze dźwięki, ale ceremonia ta została brutalnie przerwana przez wejście nowego gościa.
 
 
     
inv 
Nowicjusz


Wiek: 38
Dołączył: 29 Lip 2014
Posty: 7
Wysłany: 2014-08-29, 20:58   

Pomimo trudu spowodowanego bolącym ciałem, a szczególnie nogami, Bredrill-ion z łatwością otworzył drzwi. Rozejrzał się dookoła.

Ujrzał tam trzech jegomościów - gości, takich jak on, oraz osobę odpowiedzialną za swój dobytek - "karczmarza". Dwoje z nich prawdopodobnie są z okolic, bo na to wskazywało odzienie, a trzeci pochodził z zupełnie nieznanych stron. Każdy z nich, nawet nieprzyjemnie na ich tle wyróżniający się karczmarz, wydawał się mieć w sobie coś godnego uwagi, swoją historię.

Tym bardziej na wejściu zawstydziło Bredrill-iona to, ze swoim niedbałym wejściem wzbudził w goszczących tu konsternację.

- Panowie, przepraszam, mam nadzieję, że nie przeszkodziłem - powiedział naprędce, jednak grzecznie. Uczono go, że prywatne sprawy innych - tych, których nie zna - nie powinny być mu bliskie. Po czym dodał dla wzbudzenia dobrej atmosfery, zwracając się do grajka
- z radością wsłuchałbym się przez chwilę w to... - spojrzał na flet - ...co chciałbyś nam opowiedzieć. - położył głosem nacisk na słowo "opowiedzieć", ponieważ w wiosce, w trakcie świętowania, tworzona przez grajków muzyka zawsze opowiadała jakąś historię, bądź to sam Kuglarz tworzył historię do dźwięku przygrywających mu instrumentów. Muzyka kojarzyła mu się z historią. Po czym skinął głową wykonując zhiokkański gest szacunku, ułożył opuszki palców na dolnej części czoła, zasłaniając tym samym nos i usta, co oznaczało, że mogą mówić o czym chcą, a Bredrill-ion nie uważa ich spotkania za swoją sprawę.

Nie chciał konsternacji, nie chciał zwracania na siebie uwagi. Udał się w kierunku karczmarza. Potrzebował noclegu i odnowienia zapasów wody... może też i zwykłej strawy? I informacji, może karczmarz widział członków karawany odzianych w symbol tej gwiazdy o siedmiu ramionach?
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-09-01, 13:48   

W przybytku zapanowała cisza. Nie była to jedna z tych nieprzyjemnych, wprawiających w zakłopotanie, ale taka, która była efektem zwykłego zaskoczenia i samoczynnie rozproszyłaby się tak szybko, jak się pojawiła. Grajek pewnie wznowiłby grę, a przyglądający się mu widzowie zignorowaliby nowego gościa, może najwyżej odwzajemniając słowa powitania. Ale były to czyste spekulacje, a Bredrill-ion wyrzucił z siebie więcej, niż tylko suche "dobry wieczór".

- A no powitać wędrowca! - odparł jedne z wąsaczy, ten siedzący bliżej wejścia. Drugi skinął natomiast głową, a grajek, odstawiwszy lekko flet, pomachał dłonią w geście powitania.

Nie czuć było od nich wrogości. Życie na pustyni jest na tyle ciężkie, że rzadziej przychodzi zawiść, a częściej - współpraca. Kuglarz mówił, że ludzie na dalekim Zachodzie, w sercu Imperium, potrafią zaleźć sobie za skórę z byle błahego powodu. Morterra, a przynajmniej okolica Zhiokko, takich problemów nie ma i nie zapowiada się, by kiedykolwiek miało jeszcze mieć.

- Trafiłeś w doskonałym momencie, chłopcze - znów pierwszy z wąsaczy odpowiedział na ostatnie słowa Bredrill-iona.

Gest szacunku spowodował delikatne zmieszanie wymalowane na twarzy wszystkich trzech gości karczmy. Jedynie tkwiący za szynkwasem właściciel uśmiechnął się, jeszcze bardziej eksponując ten pojedynczy, wystający ząb. Sam uśmiech natomiast wydawał się być całkiem sympatyczny.

- Gość, widzę, z terenów przyrzecznych, mam rację? - Głos twardy, ale podobnie jak uśmiech, wydawał się by godny zaufania, jakby pod twardą skorupą fizycznej brzydoty skrywał naprawdę silnie bijące serce. - Coś podać, strawę jakąś, napitek może? Wyglądacie, jakbyście z wielbłąda spadli.

Grajek w tym momencie znacząco odchrząknął. Zadarł nos do góry i rzekł, gładkim jak jedwab głosem:

- Sztuka wymaga poświęcenia! Proszę o absolutną ciszę!
 
 
     
inv 
Nowicjusz


Wiek: 38
Dołączył: 29 Lip 2014
Posty: 7
Wysłany: 2014-09-01, 17:54   

Bredrill-ion w duchu ucieszył się, że jego nagłe wejście nie spowodowało większej konsternacji oprócz chwilowej przerwy w raczeniu się muzyką przez pozostałych gości. Na słowa grajka skierowane w jego stronę zareagował skinieniem głowy. Dobrze rozumiał jego słowa. Skarcił się w myślach z powodu niepotrzebnie skierowanych do grajka słów.

Co prawda nie czuł się do końca bezpiecznie z daleka od domu, zaczął jakby odczuwać, że jednak towarzystwo, które tu przelotnie pozna nie przeszkodzi w jego misji. Zdecydował, że po chwili posilenia się, dołączy do towarzystwa na chwilę, by posłuchać ich opowieści. Bądź też samemu coś o sobie opowiedzieć.

Usłyszawszy zapraszające do pogawędki słowa karczmarza, który wydał mu się emanować ciepłem i sympatią, ruszył w dość obolały sposób w jego kierunku i zwrócił się do niego tymi słowy:

- Tak, szanowny panie. Dokładnie stamtąd. Jednakże nie z wielbłąda spadłem. - zaśmiał się - Po prostu z nóg padam. Rozejrzał się w poszukiwaniu "niepodróżnej" strawy wzrokiem. - Powiedz mi, drogi gospodarzu, czym posilić się mogę? Nie wiem jak długa przede mną droga, dlatego sytej strawy łaknę. - Mówiąc, zrzucił swój plecak na podłogę i odkrył swoją twarz z brzemienia podróżnej chusty.

Czekając na odpowiedź gospodarza karczmy, nasłuchiwał, czy przypadkiem grajek już nie rozpoczął swojego koncertu.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-09-05, 03:58   

Zwracanie się do karczmarza musiało być wykonane niezwykle cicho, gdyż wnętrze gospody nie bez kozery dysponowało jeno trzema stolikami. Reszta miejsca, okupowana przez powietrze, mogłaby co prawdę, jakby dosunąć te istniejące w jedną stronę, wypełniona zostać przez bliźniaczy rząd kolejnych trzech, ale można było się domyślać, przedsięwzięcie to nie wydawało się być konieczne. Tak czy inaczej szynkwas nie znajdował się jakoś daleko od grajka czy kogokolwiek. I Bredrill-ion zmuszony był do posiłkowania się szeptem, by pozwolić siedzącemu za nim, po lewej stronie, na względny spokój.

Strawy jako takiej, wystawionej i gotowej dla niespodziewanego przybysza nie było. Ale mężczyzna z wystającym zębem uśmiechnął się ponownie, może bardziej z gościnności, niż szczerze, a może i jedno, i drugie. Plecak opadł na podłogę, chusta zleciała z twarzy. Zza lewego ramienia rozległy się pojedyncze świsty, jakie kreuje się przy strojeniu instrumentu. Tylko czy flet dało się stroić, czy coś w nim mogło się rozregulować? To kawał drewna albo innego, stałego materiału. Nie jakiś bęben czy lira...

- Oczywiście - odpowiedział na pytanie, odrzucając szmatę i opierając się masywnymi łokciami o blat z jednoczesnym złączeniem dłoni. - Wody, naparu, wina? Z jadła coś konkretnego? Mięsa nie mamy, ale podpłomyki ze zsiadłym mlekiem albo Aish Merahrah z zupą fasolową zaproponować mogę. No i chyba jeszcze znajdzie się trochę mulukhiyah z ryżem. Do wyboru, do koloru!

Bredrill-ion dobrze znał dwie wymienione nazwy potraw, jakie dla każdego spoza Piasków byłyby tylko onomatopeją pijackiego bełkotu, nie strawą. Aish Merahrah, co prawda nie będące jako takim daniem, tylko zwykłym, lokalnym, ciemnym chlebem oraz mulukhiyah, roślina pochodząca ze wschodu, uprawiana przy Rzece, będąca też synonimem warzonej z niej odżywnej paćki.

A w tym czasie grajek dalej wygwizdywał pojedyncze i liche dźwięki, które mimo swego nikłego przekazu, same z siebie potrafiły cieszyć niezwykłą klarownością dźwięku, tak przyjemną dla uszu.
 
 
     
inv 
Nowicjusz


Wiek: 38
Dołączył: 29 Lip 2014
Posty: 7
Wysłany: 2014-09-06, 18:33   

W karczmie powoli zaczęła się pojawiać muzyka. Brzmienie flecika poprzecznego brzmiało bardzo błacho. "Nie tak jak na festynie ognia", pomyślał Bredrill-ion, gdzie dźwięki były zawsze o wiele żywsze i pomagały obudzić się prawdziwej fantazji. Przyszło mu jednak na myśl, że może nie tyle są to słabe zdolności grajka, co po prostu stresuje się czymś? Może tak, może nie. "Przecież instrument brzmi bardzo czysto" W tej chwili nie będzie rzucał jednak w jego stronę spojrzeń, żeby ocenić jego nastawienie do siebie. Być może zostawi to na potem. Jeżeli ma do czynienia z tymi oznaczonymi siedmioramienną gwiazdą, to będzie miał z nim do czynienia.

Z zamyślenia zbudziło go gadanie karczmarza, gdzie usłyszał słowa-klucze "Aish Merarah". Właśnie na to miał ochotę. Zwrócił się do karczmarza tymi słowy:

- Przygotuj mi dobry panie Aish Merahrah z fasolą. Wody do tego. - rzekł uśmiechając się przyjaźnie, nieco już zmęczonym głosem. Skoro mięsa nie było, to właśnie tego teraz potrzebował.

Zanim jeszcze gospodarz rozpoczął swoją rutynową krzątaninę by obsłużyć gościa rzucił do niego nie zmieniając tonu głosu. - Czy wiesz panie, z jakiej okazji świętują tu obecni jegomoście? Nie chciałbym im przeszkadzać, a z samego rana wyruszam w dalszą podróż. A, właśnie! - przypomniał sobie nagle - Jak cenisz sobie posiłki i nocleg u siebie?

Czekał na pieczywo z fasolą i domówioną do tego wodę, oraz na odpowiedź.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-09-07, 22:20   

Karczmarz skinął zrozumiale głową i odwrócił się. Wtedy też Bredrill-ion zagadał go ponownie. Chyba nader głośno, gdyż grajek ponownie odchrząknął w jednej z wielu przerw między wygrywaniem pojedynczych dźwięków.

- A nie wiem - skwitował wzruszając potężnymi ramionami. - Zapytaj się ich, ale - tu ściszył ton głosu do niemożliwego do wychwycenia dla pozostałych gości - daj mu wreszcie zagrać, bo wybuchnie.

Faktycznie, twarz grającego przybrała barwę lekko purpurową, a usta, mimo tego, że przysłonięte były fletem, wyjątkowo klarownie ukazywały zgryźliwe ich ściśnięcie, wraz z naburmuszonymi w ich kształcie brwiami.

- Całość, z noclegiem, dwie srebrne i osiem miedzianych monet - rzucił na odchodne, znikając na zapleczu. Nie czekał, aż rozmówca wyciągnie oczekiwaną należność. Pewnie dłoń wyciągnie dopiero, jak powróci z posiłkiem.

I potem nastała cisza. Flecista żachnął się znów, ostentacyjnie odchylając na bok głowę. Ale potem, gdy Bredrill-ion nie miał już nic do powiedzenia, pozostając oparty o kontuar, ten rozpoczął grę. Czy może opowieść, pozbawioną słów.

A mówił pięknym, nieznanym głosem, który jednak był wyjątkowo przejrzysty i prosty do zinterpretowania. Grał spokojnie, dźwiękami schodząc coraz to niżej aż do rytmicznej przerwy, by znów zacząć wyżej i schodzić powoli w dół. Dźwięki grane były powoli, spokojnie, gdy nie było już sensu się do niczego spieszyć. Grajek mówił o ostatnich promieniach zachodzącego słońca na pustkowiu, o spokoju wieczora po wykonanej pracy i w trakcie zwykłego wypoczywania i delektowania się resztą dnia. Była to prosta, ale piękna muzyka. Zagrana bez pośpiechu, ale hipnotyzująca każdego, kto przebywał w gospodzie. Nawet karczmarz, do de pory hałasujący utensyliami kuchennymi, przerwał pracę i pewnikiem też wsłuchiwał się w doskonale zagraną historię, która doskonale obrazowała to, w jakim stanie znajdował się każdy z gości. Spokój, odpoczynek i dobry sen zwieńczający trudy dnia.

Cisza jeszcze długo panowała po ostatnim zagranym dźwięku. Bliźniaczo podobni mężczyźni rozmarzyli się, z głowami zatkniętymi w dłoniach i z łokciami na stole. Arendarz nie hałasował, a grajek uśmiechnął się, wstał i ukłonił.
 
 
     
inv 
Nowicjusz


Wiek: 38
Dołączył: 29 Lip 2014
Posty: 7
Wysłany: 2014-09-12, 11:51   

Bredrill-ion zawstydził się z powodu swojego nieokrzesania reagując na słowa karczmarza. Nie spodziewał się, że słowa skierowane w jego stronę tak zaburzą harmonię panującą tu wewnątrz.

Słowa "opowieści" uspokoiły młodego człowieka. Po tak długiej wędrówce w towarzystwie zdenerwowania wywołanego konsternacją w rodzinnej wiosce, na chwilę zapomniał o troskach. Uznał, że jego obecność tutaj jest zrządzeniem losu; to było tak jakby świat chciał pomóc mu odtworzyć ten stan harmonii ducha sprzed opuszczenia Zhiokko. Zapragnął się wsłuchać całkowicie w słowa grajka.

Przymknął na chwilę oczy i wykonał głęboki wdech w myślach dziękując prowadzącym co mocom. Brata na pewno odnajdzie. Już niedługo.

Po zakończeniu opowieści grajka, uległ całkowicie atmosferze panującej wewnątrz. Uśmiechnął się szczerze i ukłonił się z wdzięcznością, po czym otworzył oczy i obserwował. Czekał na reakcję pozostałej części publiczności, by zachować się odpowiednio, tak jak nakazują zwyczaje z zewnątrz.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-09-12, 21:09   

Jako pierwsi zareagowali goście siedzący przy środkowym stoliku. Oparli się o krzesła, przerzucili nogę na nogę pod kątem bliskim prostego, odchyli głowy i zaklaskali, mówiąc przy tym głośno i radośnie:

- Brawo, brawo!

Wszystko czynili w tym samym momencie i wyglądało to tak, jakby przy stole siedział jeden człowiek, a zaraz za nim znajdowało się lustro, powielające jego czynności. Tak czy inaczej, bliźni wykazali wyraźne ukontentowanie z występu grajka, chociaż trwał on tak krótko. Bredrill-ion ukłonił się, co flecista zaobserwował i uśmiechnął się nawet. Ogólnie uśmiechał się, chłonąc owacje sprawiane mu przez trzyosobową publiczność. Odwrócił flet końcem do ust, wydmuchał go do czysta i wsadził instrument do ładnego, skórzanego futerału trzymanego do tej pory gdzieś za sobą. Całość schował do schludnej i przyozdobionej torby podróżnej, drobnej, przerzucanej przez ramię, takiej na najbardziej elementarne przedmioty.

Dwójka wąsaczy przestała już w tym momencie zwracać uwagę tylko na grajka. Zajrzeli do wnętrza swych kufli, a że był jeszcze po części pełne, wysuszyli ich zawartość z głośnym oblizaniem ust. Trubadur, którego spojrzenie również padło na pozostawione naczynia, zawtórował poprzednikom i też wypił, choć z większą gracją, pozostawione przez siebie resztki zgromadzonego na spodzie płynu.

A oberżysta wznowił pracę, hałasując kuchennymi utensyliami. Zapach fasoli powoli zaczął wydostawać się z zaplecza, a że Bredrill-ion stał zaraz obok, to szybko wychwycił ulatującą woń, mile droczącą się z pustawym żołądkiem.
 
 
     
inv 
Nowicjusz


Wiek: 38
Dołączył: 29 Lip 2014
Posty: 7
Wysłany: 2014-09-15, 00:52   

Po wspaniałym finiszu atmosfera ucichła. Bredrill-ion miał poczucie duchowej satysfakcji. Jednak nie tylko pokarm dla duszy był mu potrzebny tego wieczoru. Przypominając sobie o swoim ciele i stanie usiłował czekać spokojnie na posiłek. Jego oczy wędrowały po karczmie.

W końcu natrafił wzrokiem na dwóch identycznie poruszających się, prawdopodobnie braci, mężczyzn o solidnych posturach. Wyobraził sobie dwóch nierozłącznych, zawsze dążących w tym samym celu ludzi. Obdarzających się zaufaniem, idących ramię w ramię. Być może zrozumieją jego dramat, gdy się do nich odezwie. Być może widzieli tę cholerną karawanę?

Tymczasem szykował się do posiłku i ukradkowo, niby od niechcenia obserwował towarzystwo. Czekał na dogodny moment, by rozpocząć z nimi rozmowę.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-09-18, 21:24   

Wszyscy pili. Nikt nie odezwał się ponownie, póki nie stuknęły wszystkie trzy drewniane kufle stawiane na poharatanych blatach. Najpierw zrobił to minstrel, odstawiając delikatnie, jakby z obawy, że stół stworzony został z kruchego szkła, a naczynie z kamienia. Drugą, wolną ręką zasłonił usta, by stłumić rychłą reakcję żołądka na wlany weń płyn. Patrząc po zarumienionej twarzy człowieka nie mogła to być zwykła woda.

Chwilę potem zastukali różniący się tylko bronią bliźniacy. Dalej uśmiechnięci, wygodnie oparci i zrelaksowani. Oni również nie odezwali się, aczkolwiek wpatrywali się w Bredrill-iona kątem oczu. Głowami zwróceni byli na lewą od wejścia ścianę, czyli tam, gdzie przesiadywał grajek, a w którą stronę mieli oni zwrócone krzesła. W końcu jeden z nich się odezwał.

- Och, drogi gościu - mówił tu do stojącego przy szynkwasie Bredrill-iona, a w jego głosie dało się wychwycić obcy, wschodni akcent. - Czemu nie usiądziesz przy którymś ze stołów?

- Może krępuje cię nasza obecność? - wtrącił drugi, a powiedział te słowa dokładnie wtedy, gdy siedzący obok, ten ze sztyletem, skończył mówić. Z taką samą intonacją i barwą głosu, jak poprzednik. Gdyby zamknąć oczy, z pewnością można by było przypuszczać, że wypowiada się tylko jedna osoba, a druga siedzi cicho. Ale tak nie było, a ich wypowiedzi przeplatały się wzajemnie, tworząc jedną, nierozerwaną całość.

- Może to broń przy naszym pasie...

- Może broń, a może coś innego...

Ich luźne, spojone wypowiedzi, typowe dla każdego człowieka pustyni, przerwały zostały dość brutalnie. Wpierw słychać było szybki pęd końskich kopyt po piachu i rytmiczne szczękanie metalu o metal, a następnie, zza zachodniego okna, rżenie wierzchowca i jakiś dziwaczny, jaszczurowy syk. Ale wydawać się mogło, że nikt, poza Bredrill-ionem, nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Ot, typowe, jakby codzienne dźwięki, takie jak szum noszonego wiatrem piachu lub nieprzerwany nurt rzeki, którego pluskania po jakimś czasie w ogóle już się nie słyszy, gdyż staje się integralną częścią tego terytorium.

Brutalnością było jednak zbyt nerwowe i ostentacyjne wkroczenie do karczmy nowej persony. Tym razem nie człowieka, tylko... Jaszczura. Wielkiego, wyższego od Bredrill-iona o głowę mimo zgarbionej, przechylonej do przodu sylwetki. Jego gruby ogon wił się za nim, prawie taki sam długi, jak reszta ciała. Twarz jaszczura nie wyrażała uczuć, które mogłyby być zrozumiane przez stojącego przy kontuarze człowieka, a jedyne ruchliwe jej elementy to wyłupiaste, czarne jak noc oczy i długi czerwonawy jęzor, ruchliwie wysuwany i chowany do długiej paszczy. Cały pokryty był łuską koloru zielonego, wpadającego w turkus. Odziany był jednak "po ludzku", przynajmniej po części. Nosił prosty skórzany półpancerz i nogawice, a w ręku dzierżył długą, zadbaną i prostą włócznię. Całość wystawała spod białego, brudnego od noszenia cienkiego tabardu. Tabard ten miał na sobie jakiś symbol, który Bredrill-ionowi coś mówił, ale na chwilę obecną nie mógł skojarzyć. Tak czy inaczej, na pewno nie była to siedmioramienna gwiazda, której szukał.

Grzebień schowany pod pancerzem wzniósł się, wystając w miejscach nieosłoniętych przez zbroję, od szyi na ogonie skończywszy. Zawachlował tak kilka razy, patrząc się na jedynego stojącego gościa, po czym jaszczuroczłek rzekł, wyjątkowo akcentując literę "s":

- Dobry wieczór... państwu.
 
 
     
inv 
Nowicjusz


Wiek: 38
Dołączył: 29 Lip 2014
Posty: 7
Wysłany: 2014-10-05, 21:52   

Bredrill-ion nie przerywał ciszy, był obcy dla świata poza Zhiokko, tak samo jak dla trzech barwnych i na pewno dobrze znanych sobie podróżnych.

Zwrócili jednak na niego uwagę.

Na pytanie braci odpowiedział szczerze:

- Tak, panowie - odpowiedział przeciągając samogłoski, typowe dla akcentu zachodniego przyrzecza. Kontynuując postanowił jednak pozostać przy kontuarze, żeby nie nadwyrężyć obolałych nóg. Zdecydował, że powie o sobie - Jednak nie wasza obecność tu mnie krępuje, poszukuję informacji i rady. Nazywam się Bredrill-ion. Szukam swojego... - Urwał i przekrzywił głowę, żeby się lepiej przysłuchać.

Coś się zbliżało. W wielkim pędzie. Nagle.

Nagłość zmian nie wróży nic dobrego. Zaburza równowagę. Szczególnie dlatego, że to miejsce po występie wydawało się być ostoją równowagi, Bredrill-ion czuł się w nim bezpiecznie. Aż do tej chwili. Co teraz?

- Ktoś tu zbliża się w wielkim pośpiechu... - rzucił, jakby do siebie, wybity ze swojego toku opowieści.

Zbliżanie się nowego gościa trwało jeszcze tylko chwilę.

Brutalne otwarcie drzwi sprawiło, że młody Zhiokkanin zupełnie się rozkojarzył. Nie przywykł do tak nagłych zmian atmosfery, ponieważ żył do tej pory w miejscu, gdzie wszystko było praktycznie z góry wiadome, a jeżeli nie było, to oznaczało, że nie jest to jego sprawą. Potężnie zbudowany jaszczur wniósł oprócz swojego cielska i zapachu wiele niewiadomych. Bredrill-ion przyjrzał mu się „Sca-rah odziany po ludzku?” pomyślał. Był to dla niego rzadki widok, jego fantazja uciekła na chwilę by porozmyślać trochę o nowoprzybyłym gościu i dojść do wniosku, że na pewno nie jest przeciętnym, jeżeli tak w ogóle można nazwać Sca’ów, przedstawicielem swojej rasy. Na pewno był kimś, kto miał znaczenie nie tylko dla swoich, ale też i dla zewnętrznego świata.

Gość się przywitał ze wszystkimi. Bredrill-ion po krótkiej chwili zamyślenia pozbierał swoje myśli do kupy i w ciszy skinął delikatnie głową wraz z ruchem dłoni charakteryzującym powitanie w swoich stronach.

Po tym, czekając na posiłek, chciał kontynuować swoją historię przy stole wesołej kompanii
- …porwali mojego brata z naszej wioski. Jako drugi syn wyruszyłem w podróż, by go odnaleźć i sprowadzić z powrotem w nasze strony. Musi przejąć po ojcu gospodarstwo. Jedyne co wiem, to to, że karawana, która go porwała nosiła znak gwiazdy o siedmiu ramionach. Może coś o tym wiecie?

Tu przerwał swoją opowieść. Czekał na odzew pozostałych gości. I na posiłek.
 
 
     
Farewell 
Mistrz Gry
Król Słońce



Wiek: 32
Dołączył: 04 Gru 2008
Posty: 1876
Skąd: Zabrze
Wysłany: 2014-10-12, 01:04   

Tak jak wejście jaszczura do karczmy okazało się wybić z rytmu każdego, który tam przesiadał, tak atmosfera nie stała się przez to gęsta, by dało się, jak to mawiają, ciąć ją nożem. Bliźniaczo podobni ludzie uśmiechnęli się, patrząc na przybysza, ale po sekundzie znów zwrócili się ku Bredrill-ionowi z nieniknącym półksiężycem ust na pełnych, jowialnych twarzach.

- Och, musisz wybaczyć - zaczął pierwszy, a dokończył drugi - naszemu przyjacielowi. Na pewno - znów doskonała, jakby wyćwiczona zmiana - nie chciał zrobić tego z premedytacją.

Jaszczur zrobił kilka kroków naprzód. Gdy przystanął, wykonał ludzki gest pocierania tyłu głowy otwartą dłonią... łapą?

-Proszę o wybaczenie - skłonił się głęboko i z respektem przed Bredrill-ionem. - Seth'hor, Szósty Samodzielny Pustynny Oddział Imperium, do usług - grzebień wzbił się i opadł, wzburzając lekki, przyjemny powiew wiatru w zamkniętej przestrzeni.

Jaszczuroludź będący członkiem straży imperialnej? Nie była to rzecz częsta, a na pewno wszyscy żołnierze państwa ludzi, którzy przechodzili przez wioskę, byli właśnie ludźmi. Nieliczna to garstka była, lecz statystyka pozostawała bezlitosna. Aż do tego momentu. Drugie rzucenie okiem na odzienie Seth'ora odświeżyło pamięć całkowicie. Znak na nim zawarty był symbolem niczego innego, jak właśnie Imperium. Takie same oznaczenia wybite są na każdej monecie, jaka kiedykolwiek przeszła człowiekowi przez ręce. I znów nie była to zatrważająca ich liczba, bo w wiosce pieniądz miał znaczenie głównie zewnętrzne, między handlem z osobami spoza, czyli wszelkiej maści podróżnikami ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód.

- Ale właśnie... Bredrill-ionie - rzekł bliższy mu siedzący przy stoliku na środku pomieszczenia. - Zadałeś nam pytanie.

- A my czujemy się zobligowani na nie odpowiedzieć - dokończył drugi.

- Porwanie? Och, los bywa okrutny...

- Gdyby tak mego brata ktoś porwał...

- Albo mego... Cóż bym wtedy uczynił?

- Siedmioramienna gwiazda? - grajek wstrzelił się gładko w spokojną, dywagującą wymianę zdań między braćmi. Przerzucił nogę przez nogę, położył łokieć na nodze wyższej i zaparł się brodą o ustawioną pionowo rękę zakończoną pięścią. Zamruczał, chełpiąc się uwagą Bredrill-iona i głodem informacji, jaki lada chwila miał rozbrzmieć fanfarami w jego brzuchu. - Wydaje mi się, że widziałem ją niedawno...

Jaszczur przeszedł w głąb gospody, zasiadając przy wschodnim murze, tam, gdzie znajdował się stolik wypełniony pustymi, brudnymi naczyniami. Grot pieczołowicie przetarł wyjętym kawałkiem materiału, a broń następnie oparł o ścianę za sobą, z wyjątkowym kunsztem i delikatnością, jakby włócznia wykonana była ze szkła.

- Gwiazda? - spytał retorycznie jeden z bliźniaków.

- Gwiazda - dodał drugi - nic nam nie mówi...

- ...lecz jeśli karawana, to z pewnością zmierza...

- ...ze wschodu na zachód albo z zachodu na wschód.

- Są oczywiście jeszcze dwie inne drogi...

- ...ale one karawanom nie służą, oj nie!

Grajek parsknął, machając z politowaniem głową. Ręką machnął, a ustami roześmiały się perliście.

- Ci dwaj towarzyszami do rozmowy są przednimi, lecz prędzej zamęczą cię wymianami spostrzeżeń, niż zaszczycą jedną, przydatną informacją! Powiem ci, mój drogi, z chęcią podzielę się wszystkim, co me oczy widziały, usta słyszały, skóra czuła a nos wychwycił. Jednakże... - przekrzywił głowę, zamknął oczy i uśmiechnął się. - Muszę dbać o gardło, a dla minstrela, zwłaszcza światowej sławy, nie ma nic gorszego, niż nadwyrężenie strun... Sam rozumiesz. Ociupinka wina mogłoby zakonserwować mój głos, a ja, bez obaw wszelkich, zrelacjonowałbym ci wszystko a wszystko.

Gdy tylko skończył mówić, nos Bredrill-iona sam coś wychwycił. Odwrócił się, a za nim całe ciało, i ujrzał wychodzącego z zaplecza oberżystę noszącego dwa głębokie półmiski: jeden wypełniony ciemnym chlebem, druga apetycznie wyglądającą, gęstą i zielono-brązową cieczą ze sporą ilością zatopionych i unoszących się na powierzchni zupy ziaren fasoli. Oba pojemniki postawił na szynkwasie, dokładnie przed człowiekiem. Zza pasa wyciągnął niemałą drewnianą łyżkę i położył ją między półmiskami, z jednym końcem, zwykłym, do łapania, wewnątrz, a drugim, szerokim, do nabierania, na zewnątrz. Karczmarz spojrzał na ułożenie sztućca i naczyń, zaśmiał się przez chwilę z tylko sobie znanego powodu, rzekł suche "smacznego", a następnie spojrzał na Seth'hora, który już dawno zdążył się rozgościć, do tej pory nie włączając się do konwersacji między Bredrill-ionem, grajkiem a bliźniakami.
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group