Wszystko wydarzyło się za szybko, by dało się usiąść z boku, z dala od otaczających go wydarzeń, a następnie przekalkulować całość i wyciągnąć z tego wnioski. Kaeril stanął przed Matroną, odebrał wynagrodzenie, które – jak na niewolnika – było w ogóle, a co więcej: było dość spore. Pieniądz oraz zaklęty artefakt. Już drugi w jego kolekcji. A potem wrócił do siebie i momentalnie zasnął. Tak dobrze nie spał od wieków. Ale nie dane mu było wyspanie się. Ledwo co zmrużył powieki, a sen owiał go przyjemną, przenikającą przez całe ciało mgłą spokoju, a zaraz miało to wszystko obrócić się w popiół i zostać rozdmuchane przez wiatr wchodzący przez otwarte okno. Otóż to usłyszał znany dobrze, a noszący ambiwalentne emocje dźwięk. Dźwięk stukania w drzwi, zapowiadający rychłe odwiedziny.
Była jeszcze noc. Albo dopiero. Jego przyćmiony umysł wyrwany z głębokiej fazy snu nie potrafił ustalić, ile owego snu w ogóle zaznał. Definitywnie za mało. A ponowne, silniejsze i noszące zniecierpliwienie stukanie rozbrzmiało raz jeszcze. A następnie stukot ustał, a zastąpiony został skrzypieniem otwieranych drzwi. Przez próg wychyliła się jedna ze służek. Wojownik widział ją raz czy dwa, ale nie więcej. Szczupła, ciemnowłosa, młoda kobieta. Zawsze starała się trzymać z boku, wzbraniała się od kontaktu wzrokowego. Wiecznie speszona i bojaźliwa, ale trudno jej się było dziwić. Zwłaszcza, gdy słyszało się plotki na jej temat, u kogo służyła nim jeszcze przygarnął ją Dom. Jej służebny, biały kaptur zakrywał większość czoła, ale nadal widać było szramy na policzkach, wielką bliznę na uchu czy lekko krzywą przegrodę nosową. Mimo tego, była to dobra pracownica, odwdzięczająca się Matronie kiedy tylko może. Na przykład sama idąc i przekazując wiadomości w środku nocy. A werwa, z jaką to wszystko chciała robić, wprawiała w zdumienie.
- Ubieraj się, spakuj najpotrzebniejsze przedmioty i zabierz broń. Pani Phoe oczekuje cię na dole, przed Domem - rzekła umiarkowanie cicho, wbijając przy tym wzrok gdzieś w ścianę nad elfem.
Przed sobą miał, czy raczej nad sobą miał sufit, ten sam, co zawsze, gdy budził się i kładł spać. W tym jednak przypadku sufit pokryty był grubą warstwą cieni i mroku, podobnie jak cały pokój. Elf nie miał najmniejszej ochoty wstawać. Gruby koc i ciepło bijące zza ściany przykuły go do siennika na dobre. Nie zdążył nawet trochę wypocząć po morderczym starciu z ludźmi Konsorcjum, z Berionem, Busajną. Nie chciał wstawać. Ale musiał.
Nie zdążył zaznać nawet dobrego, całonocnego, snu, a mimo to wydawało się Kaerilowi, że wydarzenia poprzedniego dnia odległe są o miesiące. Zabawne, jak działa pamięć śmiertelników.
Na słowa służki bohater skinął tylko głową. Zaraz po tym całkiem o niej zapomniał, czy to stała dalej w drzwiach, czy powróciła już, gdziekolwiek miała powrócić po przekazaniu wiadomości. Wiedział, że pasuje to i służce. To, co miało zostać mu w głowie, to wiadomość.
Zrzucił z siebie pościel i wstał, jak najszybciej, jak najenergiczniej, jakby chciał dać znać ciału, że sen nie jest już opcją. Bo nie był. Przeciągnął się ostrożnie, naciągając jak największą ilość mięśni tym jednym ruchem. Zrobił jeden skłon, skręty tułowia w jedną i drugą.
Ubierając się przeleciało mu przez myśl pytanie czy ubierać się w pancerz, zaraz jednak zbeształ się sam za idiotyzm tego pytania. Jeśli Phoe coś od niego chciała, było oczywistym, że ochrona będzie mu potrzebna. Prawie tak samo bardzo jak miecz. Pochwę tego, jak zwykle, przypasał sztywno do boku, niemal w poziomie. Zaraz wyżej znalazł się i sztylet, na osobnym pasie. Sprawdził jeszcze, czy w czasie snu pierścień nie zsunął mu się z palca, bowiem z nim nie miał zamiaru rozstawać się nawet w łóżku. Kontemplował jeszcze, czy zabrać plecak i pieniądze. W końcu jednak wziął i plecak i sakiewkę - w razie czego zawsze mógł kazać odnieść je służbie z powrotem do jego pokoju.
Z tym wszystkim nie ociągał się, ale i nie śpieszył się szczególnie. Cóż z tego, że Phoe nienawidziła spóźnień? Była rozpuszczoną małą suką, i Kaeril cieszył się ze wszystkich małych złośliwości, które mógł jej uczynić w ramach swoich możliwości. W ramach swojego bezpieczeństwa. Bohater wiedział, że jest dla córki Matrony na tyle cenny, że może pozwolić sobie na drobne spóźnienia.
Jednak, już gotowy, nie omieszkał skierować się ku wyjściu nieco szybszym krokiem.
Wstał, górując nad chęcią zapomnienia o całym świecie i powróceniu do słodkiego, dobrego snu. Szybka rozgrzewka zintensyfikowała krążenie krwi i całkowicie ocuciła. Ubrał się, wyekwipował, miecz zwiesił u pasa, chociaż termin "zwieszanie" mógł nie do końca być na miejscu ze względu na położenie ostrza względem ziemi. Ale któż by na to zwracał uwagę o tej porze dnia?
Pierścień był na swoim miejscu. Nic mu się nie przyśniło. Nikt mu go też w nocy nie zabrał, mimo otwartego pokoju. Plecak, sakiewka - te przedmioty również zabrał, kierując się doskonale znaną zasadą, że lepiej jest mieć i nie potrzebować, niż nie mieć a potrzebować. A służba od czegoś była, chociaż Kaeril nie znajdował się jakoś znacznie wyżej w hierarchii.
Elfa, gdy tylko widziała powstającego Kaerila, odeszła. Bo i nie było powodu, by miała stać nad nim i przypatrywać się, jak odbywa poranne czynności.
Drogę na zewnątrz przebył szybciej niż zazwyczaj. A na zewnątrz, gdy tylko przekroczył futrynę drzwi głównych, ujrzał kilka, kilkanaście osób. Ze znanych twarzy wyłapał twarz "małej suki" Phoe, zaraz potem twarz Teona, a następnie samej Matrony. Dalej stało pół tuzina zbrojnych, którzy prawdopodobnie należeli do elitarnej gwardii domu. Tak, Kaeril nawet rozpoznał twarze dwójki z nich, twarze przelotne, ale zakotwiczone w pamięci. Elfy te brały udział w niedawnej walce z jednostkami Konsorcjum. Straty po obu stronach były liczne, ale jak widać, nadal pozostało wystarczająco dużo zdrowych, gotowych do służenia już dnia następnego mieczy. Każdy ze zgromadzonych, prócz samej Myrany i paru służących uwijających się ze sprowadzonymi, okulbaczonymi końmi, ubrany był w luźny, czarny płaszcz z kapturem, który nie zdradzał żadnych cech i znaków typowych dla Cichej Pieśni.
- Mam nadzieję, że potrafisz utrzymać się w siodle - powitała go chłodno Matrona.
Kaeril zmarszczył brwi, gdy dotarło do niego co zastał przed Domem. Phoe, zbrojnych, nawet Teona, mógł się spodziewać. Czemu niby Pieśń miałaby nie mieć dwóch akcji zaplanowanych na kolejne dni? W końcu afera z Konsorcjum, choć dobrze zaplanowana i ważna, była rzeczą nieuwzględnioną zapewne w żadnych długotrwałych planach. To, że okazja miała się nadarzyć dzień przed inną ważną... Ale ta sprawa nie okupowała teraz myśli Kaerila. To Matrona.
Matrona tu nie pasowała.
Nie pasowały do obrazka także i konie, raczej rzadko stosowane jako środek transportu w Puszczy. To można było jeszcze wyjaśnić choć chęcią wyróżnienia się Pieśni. Ale to, że Matrona czekała przed wejściem nie wróżyło nic dobrego. Tak jak i płaszcze mające zapewnić małemu oddziałowi stosunkową anonimowość. Co prawda Matrona nie miała takiego płaszcza na sobie, co sugerowało, że ona sama jednak nigdzie się nie wybiera. Cóż z tego? To, że osobiście wyszła dopilnować wyjazdu swoich ludzi już świadczyło o...
Właśnie, o czym?
O wadze zadania? Nowych okolicznościach? Czymś niespodziewanym?
Nic dobrego, z pewnością.
Pytanie Matrony tym bardziej zmartwiło bohatera. Siodło... to to, co zakłada się koniu na pysk, tak?
Zawiłości wewnątrz jednego z najważniejszych domów Luriel'a'henna pozostawały poza pojmowaniem Kaerila. Ale wystarczyło, by przynajmniej pobieżnie zdał sobie sprawę z zaistniałej sytuacji. Coś ważnego, by miało to miejsce w środku nocy. By wplątani byli w to nie tylko Phoe oraz mistrz miecza, Teon, ale także sama Matrona. A jej sama już obecność zwiastowała, że nie będzie to zwykła pogaduszka przed śniadaniem.
Na odpowiedź elfa Myrana wypuściła z ust powietrze, co równie dobrze mogło oznaczać dezaprobatę, jak i moment namysłu. Albo i żadne z powyższych. Czytanie emocji z jej twarzy było jak zastanawianie się nad sensem życia. Im dłużej się to robiło, tym do dziwaczniejszych wniosków się dochodziło.
- Nauczysz się po drodze.
Podniosła rękę, odwracając oblicze do trzech zbrojnych. Ci bez słowa wsiedli na konie, poprawili wiszącą broń i sakwę z ekwipunkiem, a następnie ruszyli w nieznane. Drugą dłonią rozkazała służącemu, by podprowadził konia. Był to koń kary, z małą, ciemnoszarą plamką na pysku. Kaeril z wierzchowcami miał doświadczenie gorsze niż żadne, ale czuł, że zwierzę jest nad wyraz spokojne i że może uda mu się je dosiąść bez zbędnego, publicznego upokorzenia. Na grzbiecie miał już zamontowaną skórzaną konstrukcję, wliczając w to strzemiona i zawiniątko na boku, podobne do tych, które były w posiadaniu każdego innego konia.
Wszystkie były o czarnym umaszczeniu. I wszystkie były równie piękne, z błyszczącą mimo absolutnej ciemności sierścią.
Społeczne upokorzenie? Ależ jakiego upokorzenia może doznać niewolnik? Ale niech któraś z tych świń spróbuje się zaśmiać, to nadejdzie godzina zapłaty...
Kaeril starał się podejść do zwierzęcia krokiem pełnym pewności siebie. Zmierzył konia wzrokiem i zatrzymał swoje spojrzenie na ślepiach bestii jeszcze przez dłuższy czas. W jego spojrzeniu był mord. "Wywiniesz mi numer, a więcej owsa sobie nie pojesz" pomyślał drow i zabrał się za wsiadanie.
Widział nie raz, jak inni wsiadali na te zwierzęta. Nie wyglądało to na nic trudnego. Noga w strzemię... zaraz, lewa? prawa? Nie no, tak, żeby wylądować przodem do głowy... Złapać się za siodło, odbić nogą od ziemi, wskoczyć z pomocą rąk na górę... Przecież to nie jest wysoko.
Koń nie wydawał się speszony dominującą postawą Kaerila. Wręcz przeciwnie, stał sobie tak samo swobodnie, jak stał chwilę wcześniej, wpatrując czarnymi jak noc ślepiami w twarz przyszłego jeźdźca. Oczy zwierzęcia zawierały w sobie element czujności, może bystrości, czego nie posiadały zwykłe konie o rozlazłym, rozleniwionym spojrzeniu widywane na ulicach.
Koń Cichej Pieśni nie był jednak "zwykły". To elf poczuł, gdy tylko się doń zbliżył. Ale to nie tym przejął się najbardziej, a tym, by godnie wskoczyć na siodło. Dla zręcznego woja była to zwykła błahostka. Ale niepewność pozostała.
Strzemię, skok, przerzut nogi, poszło mu to nad wyraz sprawnie. Aczkolwiek gdyby koń nie stał w miejscu, z lejcami trzymanymi przez parobka, sytuacja nie byłaby już tak oczywista. A gdy już usiadł pewnie w siodle, podparł się rękami, torbę z dobytkiem przewiązał u boku, dostrzegł, jak dwójka znanych mu elfów, Teon oraz Phoe nie tylko zdążyła wsiąść na swoje wierzchowce, ale nawet zdołała podejść bliżej, na odległość kilku metrów. Twarz mistrza była poharatana smutkiem, może zmęczeniem. Twarz elfki wyrażała gorliwość poprzeplataną z narastającą niecierpliwością.
- Dowiodłeś już swojej wartości - rzekła matrona, wpatrzona jednak w nadciągający duet, nie w elfa, do którego kierowała słowa. - Dowiedź i teraz, a zostanie ci zwrócona wolność.
- Wszystko mu wytłumaczę po drodze - wtrąciła Phoe. - I tak straciliśmy już zbyt dużo czasu...
Matrona nie odpowiedziała. Ale wyglądała, jakby nie chciała poprzestać na milczeniu. Jakby w dalszym ciągu, na płaszczyźnie umysłowej, magicznej, wymieniała słowa, całe zdania z córką. Trwało to zaledwie kilka uderzeń serca, ale po obu stronach widać było, że doszły do konsensusu.
Jeśli w ogóle jakakolwiek dalsza wymiana zdań miała miejsce. Wiedza o magii była dla wojownika prawdziwą abstrakcją.
- Za mną - rozkazała Phoe, kierując się ku wyjściu.
Oglądała się jednak za siebie. Trudno nie było zobaczyć jej ochoczego spojrzenia na kogoś, kto pierwszy raz będzie miał okazję okiełznywać konia.
"Zostanie ci zwrócona wolność... A Nocne Piechury przerzucą się, kurwa, na sałatkę."
Jeżeli jakaś magiczna rozmowa pomiędzy dwoma kobietami miała miejsce, Kaeril nie musiał jej słyszeć, by wiedzieć o co chodzi. "Spróbuj tylko coś spierdolić, albo odpierdolić, to..." powiedziała Matrona. "Dobrze, mamo" odpowiedziała córeczka, wyobrażając sobie głowę Aluviel na kijku. Być może jeszcze Matrona dodała coś w stylu "On zrobi coś z twojego rozkazu, wypatroszę cię pierwszą", albo "Pilnuj gnoja, bo stąd go nie usmażę jego kłakami". To w optymistycznym scenariuszu.
Zakładając jednak pesymistyczny Kaeril musiałby już zacząć szczać po spodniach, a miał tylko jedne.
Kaeril Maaren nie byłby jednak sobą (i nie byłby w tym całym syfie w takim też przypadku), gdyby nie pozwolił sobie choć na symboliczny gest. "Wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że nigdzie mnie wolnego nie puścisz" chciał przekazać Matronie. Wpierw jednak upewnił się, że nie zrobi z siebie kretyna, a więc czy w ogóle jest w stanie ruszyć konia z miejsca. Jeśli mu się to udało, pozostało jeszcze skierowanie go ku wyjściu. Dopiero, gdy jego pojazd zachowywał się jak należy, złożył rękę w luźnym salucie, odwracając się do Matrony na tyle, by widać było, że nie jest to odpowiedź na rozkaz Phoe, ale nie na tyle, by Matrona zobaczyła jego twarz. Ta bowiem była śmiertelnie poważna - w oczekiwaniu na choć śladową odpowiedź ze strony Myriany. Ot, wywrócenie kiszek na drugą stronę, czy też lekki zawał.
Na spojrzenia Phoe zareagował zaś tylko pojedynczym puszczeniem oka. Pozwolił sobie i na to. Miał zamiar zacząć pozwalać sobie na więcej, choć na razie tylko w kwestii głupich, poufałych gestów. Kary? Kary wytrzyma, czemu nie. Dość już zresztą wytrzymał w służbie Cichej Pieśni. A później? Później może reakcja się opóźni, pomyślą, że błaznuje. Gdy przyjdzie czas. Czas...
Teraz, cóż, teraz przyszedł czas na opanowanie innej bestii, kto wie, czy nie bardziej zawziętej niż Cicha Pieśń. W końcu co za stworzenie może dobrowolnie dać na sobie jeździć, przyjmować tak wiele na kark? Z pewnością stworzenie, które już planuje zemstę. Czyż to nie naturalne?
Cokolwiek rozbrzmiewało w głowach matrony i jej córy, było to niczym w porównaniu z tym, co w tym samym czasie działo się pod czaszką Kaerila. Wymysły, domysły, wyobrażenia, dialogi, wszystko to w paru ułamkach sekund między rozsiadaniem się w siodle, a przystąpieniem do opanowania zwierzęcia. Koń zdawał się być spokojny, może nawet chętny do współpracy.
Poszło gładko. Przynajmniej na początku, przy obecności znanych zwierzęciu twarzy, innych wierzchowców i w akompaniamencie spokojnej, wręcz sielskiej, rodzinnej atmosfery. Phoe parsknęła, rozczarowana z braku widowiska. I wróciła do poprzedniej konfiguracji, kierując się ku wyjściu z rezydencji.
Kaeril Maaren nie byłby jednak sobą, gdyby nie pozwolił sobie choć na symboliczny gest. Zwłaszcza kiedy czuł się... potrzebny? Tak czy inaczej, odwrócił się sprawnie przez lewe ramię i zasalutował, jak zamierzał. Ale kobieta nie zareagowała w żaden wyczuwalny przez elfa sposób. Miast tego bacznie obserwowała, jak trójka jeźdźców opuszcza tereny Pieśni.
A gdy jego i Phoe spojrzenia spotkały się, puścił jej oczko. W tym przypadku nie spotkał się z rozczarowaniem. Wręcz przeciwnie, każdy, kto choć trochę zdołał ją poznać, a świeżo upieczony wojownik bezapelacyjnie do takich osób należał, wiedział, że dziewczyna temperamentu po Myranie nie odziedziczyła.
- Póki w mieście, koń będzie dawał ci taryfę ulgową. - odparła ze zgryźliwym uśmieszkiem. - Zabawa zacznie się później.
A zwierzę prowadziło się nie tak źle, jak można było oczekiwać. Pytanie, czy to Kaeril nim sterował, czy może stadnie kierował się za dwoma innymi, wysuniętymi do przodu, a w osamotnieniu byłoby w stanie bez przeszkód zrzucić swojego jeźdźca, zadeptać go, a z uzyskanej mięsnej ciapy wyprawić sobie wieczerzę?
W Puszczy Wiecznej Nocy nie można było być pewnym niczego.
Od Matrony Kaeril nie spodziewał się reakcji słownej ani jakiegokolwiek śladu emocji na twarzy. Raczej od razu tortur i nieprzyjemności, ale przecież nie zrobił nic złego, prawda? Natomiast Phoe... Nad odpowiedzią na słowa drowki Kaeril zastanawiał się krótko, przepuszczając przez myśli wszelkie najgorsze żarty i odzywki. Postanowił jednak nie przeciągać struny i wybrał jedną z najlżejszych.
- Och, obiecuje pani - odparł więc z uśmiechem.
Nie miał jednak zamiaru przepuścić jeszcze okazji, więc schylił się lekko nad szyją konia i szepnął mu cicho do ucha:
- Słyszałem, że konina smakuje wybornie...
Kaeril przypuszczał, że jego koń kieruje się potulnie za resztą. Zdecydowanie jego torem ruchu bohater nie kierował świadomie, ale już samo zmuszenie go do chodu było sukcesem. Metoda małych kroczków, powoli do przodu. Najwyżej spadnie z konia, trudno. Przecież to nie tak wysoko.
Myranę Aluviel cechował jej osobliwy stoicyzm. Może tak samo bywało w kwestiach reprymend, które miast natychmiastowo, następowały po czasie, w stosownym, doskonale dobranym momencie, a nie wtedy, kiedy czas naglił i Kaeril nadal miał sporo do zrobienia? By zdążył zapomnieć, a Matrona własnoręcznie przypomni mu zaistniałą sytuację na tysiąc możliwych sposobów?
Na przykład wtedy, gdy nie będzie już potrzebny Pieśni. A to, jak wierzyć, miało mieć miejsce już niedługo.
"Zostanie ci zwrócona wolność" - kotłowało jeszcze chwilę w jego głowie, by nagle uleciało przez ucho i nie wróciło przez drugie.
Koń nie zareagował jakoś znacząco na podszepty Kaerila. Może ich nie rozumiały, może wiedziały doskonale, że nie mają w sobie pokrycia. Natomiast sam wojownik pochylając się uzyskał niestabilną pozycję, która przy nagłym szarpnięciu zwierza spowodowało, że całkowicie utracił równowagę, lewą stopą wyskoczył ze strzemiona, poleciał na bok i mógł się tylko ratować uprzężą, którą zdołał jeszcze pochwycić. Elfka wyszczerzyła swe bielutkie zęby w parszywym uśmieszku. Mistrz cały czas milczał. Wzajemne zaczepki współtowarzyszy absolutnie go nie interesowały.
Gdy minęli ostatnie miejskie budynki, a ich oczom ukazała się głębia puszczy i szeroka, równa droga, powolny chód koni na przedzie przeobraził się w kłus, z każdą sekundą oddalając się coraz bardziej od wojownika. Jego koń ani myślał przyspieszyć, dalej idąc tym samym, powolnym stępem.
Kaeril nie miał wątpliwości co do tego, że nie ujdzie z życiem z niewoli w Domu Cichej Pieśni. Był jednak całkiem pewien, że jeśli zaoferowałby kontynuację swych usług nie spotkałby się z protestem. To, co Teon powiedział o planach Phoe wobec niego wciąż było w jego pamięci. Chciała zrobić z niego swojego własnego mistrza broni. Kaeril mógł jeszcze wiele zyskać z takiego układu. Mógł jeszcze wiele nauczyć się od Mrocznej Stali. Mógł jeszcze wiele otrzymać z bogatej zbrojowni Cichej Pieśni. Mógł wykorzystać zasoby domu by poznać resztę możliwości Zguby Drowa. Mógł urosnąć w siłę i czekać na właściwy moment, by zemścić się na całej rodzinie Myrany Aluviel. Och, oczywiście ona liczyłaby na to... ale kto wie, co mogłoby jeszcze się wydarzyć?
Incydent z koniem nie zatrząsł jakoś szczególnie Kaerilem. W końcu utrzymał się w siodle, a to było najważniejsze. Nie mógł się jednak powstrzymać przed kolejną uwagą:
- Uśmiech dodaje ci uroku, mehri.
W głowie zaś powtórzył słowa, które wcześniej przekazał koniu.
Gdy konie idące z przodu przyśpieszyły, Kaeril spróbował popędzić nieco konia, dokładnie w ten sam sposób, w jaki zmusił go do ruchu, i ani myślał zrobić cokolwiek więcej. Wszyscy dobrze wiedzieli, że nie ma bladego pojęcia o jeździe konnej. Wszystkim też widocznie się śpieszyło. Jeżeli więc chcieli by wszyscy, włącznie z Kaerilem dotarli na czas, ktoś będzie musiał powiedzieć mu co zrobić.
Mroczny elf mógł się pocieszać tym, że Dom wciąż miał w planach dalsze eksploatowanie talentu Kaerila, a nawet jeszcze znaczniejsze poprawienie jego zdolności bitewnych. Phoe na pewno zależało, by drow jeszcze pożył, ale nawet Phoe nie miałaby cienia szansy na podkopanie autorytetu Matrony Domu Cichej Pieśni.
Dopóki robi swoje, jest, wydawać by się mogło, optymalnie. A jazda konna, chociaż nigdy nie praktykowana, dzięki wrodzonej i rozwiniętej zręczności, nie stawała się katorgą ni przeszkodą nie do przeskoczenia. Trzepnął lejcami, pchnął piętą w bok, coś wykombinował. Udało się.
Koń porwał się szybciej, ale zrobił to wyjątkowo niechętnie, jakby za nic miał interesy jeźdźca. Parsknął raz i drugi, ale ruszył się do szybszego niż kłus lekkiego galopu, doganiając dwójkę poprzedzających go. Wtedy też był odpowiedni moment na komentarz ze strony Kaerila.
- Uśmiech dodaje ci uroku, mehri.
A ta wbiła w niego zimne spojrzenie.
- Milcz. Chyba zapomniałeś, do kogo się zwracasz - odparła zimno, stanowczo, ale nadal brzmiało to zbyt słabo, jak na surową, słowną reprymendę, po której należało jegomościa rozczłonkować, przypalić nad wolnym ogniem, a resztki rzucić psom.
A konie znowu przyśpieszały. Tym razem do kolejnego progu prędkościowego, zwanego galopem.
Kaeril uśmiechnął się tylko, słysząc odpowiedź córki matrony. Tym razem jednak postanowił nie przeciągać struny i nie odezwał się już.
Skupił się za to na samym wierzchowcu, na tym by utrzymać się na jego grzbiecie i żeby dotrzymywać tempa innym jeźdźcom. W momentach, gdy to nie stanowiło żadnego problemu, Kaeril zastanawiał się nad innymi praktycznymi elementami jazdy konnej. Jak w czasie jazdy dobywać miecza? Jak ciąć? Czy konie są przysmakiem Piechurów, czy może nie będą na nich polować? Czy konina faktycznie dobrze smakuje? Czy jeśli będzie smakować Kaerilowi, to znaczy, że Piechurom też? Czy istnieje cel egzystencji?
Tyle pytań, znikąd odpowiedzi. Co za życie!
Kiedy jednak postanowił skończyć wymianę zdań z Phoe, zamknął się na dobre, o ile ktoś się do niego nie odezwał, czy też nie miał ważnego powodu, by coś powiedzieć. "Uwaga, Nocny Piechur skacze z drzewa!", czy coś w tym rodzaju.
Zastanawiał się też oczywiście gdzie tak pędzą. Ale tylko pobieżnie, nie przykładając do tego zbyt wiele uwagi. Dojadą, to dojadą. Mnogie interesy Cichej Pieśni musiały sięgać wielu miejsc. Z całą pewnością też można było stwierdzić, że jest to ważna sprawa - stąd Teon, Phoe i Kaeril. Ale czy bohater mógł wymyślić coś więcej? Owszem, mógłby, ale prawie na pewno jego pomysł byłby błędny, a to mogłoby okazać się bardziej katastrofalne, niż poznawanie sprawy na bieżąco, ze świeżym umysłem, bez głupich pomysłów.
Zamilkł i skupił się na jeździe. A że jeździć nie potrafił w ogóle, to robił to samo, co poprzednio. Improwizował w najgorszy możliwy sposób: robiąc wszystko po kolei, by wreszcie konisko przyspieszyło. Nie pomogło wzorowanie się na bardziej obeznanych w tej kwestii jeźdźcach, ale i nie było tak, że całkowicie wyzutym się było z tempa.
Ale obserwowali go kątem oka. Robili to jeszcze nim na dobre rozsiadł się w siodle. I patrzyli, jak sobie radził, co nie oznaczało jednak, że planowali cokolwiek w tej sprawie zrobić. Ot, przyglądali się, oddalając się od świeżego jeźdźca, by następnie odrobinę zwolnić i dać się dogonić.
Jechali nawet szybko, a Kaeril mógł tylko cieszyć się z tego, że jego dziewicza jazda szła mu nad wyraz pomyślnie. Niemniej tylko jazda, gdyby miał zamiar rozpędzenia się czy wyciągnięcia miecza i wykonania precyzyjnego cięcia na nadciągającego piechura... Cóż, prawdopodobnie wtedy z jednego piechura zrobiłyby się dwa.
Jechali więc dalej. A że nie wydarzyło się nic po drodze, po długiej, żmudnej, niemal godzinnej jeździe, wojownik milczał. Gęsty las pochłaniał ich bez reszty, odcinając światło, dźwięki, tylko dziwnym trafem zezwalając na egzystencję szerokiej, pewnikiem jakiejś główniejszej drogi. I tą drogą jechali, by zaraz skręcić w jakąś odnogę, węższą, gdzie góra dwóch konnych zmieściłoby się przy sobie. I tutaj nie wydarzyło się absolutnie nic.
Aż Phoe nie uniosła w ciszy dłoni, by cała trójka spowolniła do stępu. A potem kompletnie się zatrzymała.
- To tutaj - wyszeptała, schodząc przy tym równie cicho z konia. - Tak, to tutaj - dodała, wciągając w nozdrza powietrze puszczy i przymykając oczy. - Teon, pozostań tutaj. A ty - kierowała te słowa oczywiście w stronę Kaerila - za mną.
Kaeril miał już nawet opracowaną taktykę walki konnej także przeciw kawalerii. Była całkiem prosta. Miał zamiar podjechać do przeciwnika bardzo blisko, nie dając się po drodze zabić. Potem wystarczyło złapać wroga w pół i spaść razem z nim na ziemię. Potem? Potem to jak pół litra na trzech.
Koniec jazdy bohater powitał z ulgą. Nie to, żeby utrzymanie się na koniu było jakimś wyzwaniem. Gdzie tam.
Pomiędzy tym, jak został wskazany przez Phoe, a tym, jak zsiadł z konia nie minęło pół sekundy. Bez słowa oczekiwał dalszych rozkazów, rozumiejąc dobrze, że czas na dowcipkowanie dawno się skończył.
Każda walka, która polegała na pozbawieniu siebie i przeciwnika wierzchowców, wydawała się dobrym rozwiązaniem. Elf wiedział, że walczyć to on potrafił, więc gdyby tylko zrezygnować z tego, w czym ekspertem nie był... Póki co rozstał się z rumakiem, a ten tylko wpatrywał się w niego oczami, nie poruszając ni powiekami, ni całą głową. Miał za to wyjątkowo przenikające ślepia, prawie jak sama Matrona.
Mimo tak względnie krótkiej jeździe czuł, że boli go tyłek. Ale na tyle słabo, by zachować to dla siebie. Phoe i tak zajęta była czymś innym, udała się poza ścieżkę, w głąb puszczy. Nie mogły to być jakieś wyjątkowo niebezpieczne tereny, bo blisko głównego traktu, tak czy inaczej kobieta zajęta była tylko ostentacyjnym wychylaniem głowy oraz głośnym wciąganiem i wypuszczaniem powietrza. Jej dłonie, ze skulonymi w pięści palcami, zwisały prosto, nieco oddalone od smukłej talii. Wyglądało to na pierwszy rzut, oka tak, jakby wracała z jakichś długich zakupów i stękała nad ciężkimi torbami, które nosiła w obu dłoniach.
Ale zakupy to nie były, a ona całkowicie oddana była swojej dziwacznej czynności. Nawet nie zauważyła, że gdy ona wchodziła coraz to głębiej między drzewa i powoli znikała wśród gęstego listowia, Kaeril stał dalej przy koniu.
- No idź za nią - ponaglił Teon. Sam siedział jeszcze na koniu i póki co nie przymierzał się do zstąpienia na ziemię.
Kaeril przyglądał się dziwnym działaniom Phoe ze wzniesioną brwią, przekrzywioną głową i rosnącym niedowierzaniem. Jeżeli miała to być magia, ktokolwiek ją wymyślał całkiem nie przejmował się postronnymi obserwatorami. Drow musiał tylko przypomnieć sobie żeby się nie śmiać. O tym, że powinien ruszyć za córką matrony przypomniał mu w końcu Teon. Bez słowa ukłonił się karykaturalnie w stronę mistrza ostrzy, jakby oddając mu w pełni rację, po czym ruszył w kierunku oddalającej się Phoe.
Będąc już na ziemi skupił się na sprawdzeniu swego oporządzenia. Czy jazda konna przypadkiem nie przekrzywiła mu pochwy na pasie. Czy jakiś szew skórzni nie będzie przeszkadzał mu w walce. Skupił się na tym również po to, by nie zastanawiać się nad dziwną posturą Phoe. Czas żartów, śmieszków i pośmiechujków minął.
Gdy już upewnił się, że cały rynsztunek jest na swoim miejscu, skupił się na uważnym obserwowaniu otoczenia. Główny trakt, czy nie, paru jeźdźców wraz z końmi byłoby świetną przekąską dla każdego Nocnego Piechura.
Magia rządziła się swoimi prawami. Ale póki pozostawała wielce przydatna do każdego rodzaju przedsięwzięć, od przesłuchań, do spopielania kulami ognia, można jej chyba było to wybaczyć. Tym bardziej, że jakikolwiek wybuch śmiechu przez Kaerila mógłby okazać się fatalny w skutkach.
Sprawdził, czy wszystko ma. Miecz przekrzywił się nawet znacząco, co sprawnie skorygował. Skórznia nie wydawała się krępować ruchów. Nic nie powinno przeszkadzać mu w walce. Udał się zaraz potem za elfką, nim całkowicie stracił ją z pola widzenia.
Nauczyciel Teon nie skomentował w żaden sposób karykaturalnego zachowania wojownika. Jedynie jego wzrok wyrażał jakąś myśl w stylu: "jakim cudem on jeszcze żyje".
Przebił się przez gęstwinę drzew i wysoko sięgających traw, czasami kłujących krzewów, brutalnie chwytających za nogi. Phoe stąpała z gracją, cały czas w tym niecodziennym transie. Mimo niego flora nei spowalniała jej chodu.
Przez następne kilkanaście minut nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Żaden pająk nie spadł z drzewa, żadna zgraja bandytów nie wyskoczyła zza krzaków. Dźwięki dochodzące z najbliższej drogi nie dochodziły już do nich, zagubione w gęstych listowiach Puszczy. Zdani byli tylko na siebie, a konkretniej, patrząc na niezmienioną, uśpioną Phoe - na samego Kaerila.
Nagle zatrzymała się. Opuściła swobodnie ręce i głowę. Odetchnęła głęboko.
- Jesteśmy na miejscu.
A stali w miejscu jak każde inne, między krzakami, wysokimi drzewami, gęstą trawą i pajęczyną drobnych stawonogów.
- To tutaj wywalił ich portal - kontynuowała, rozglądając się teatralnie. - Szukaj śladów.
"Śladów?" pomyślał z niedowierzaniem. Na głos powiedział:
- Pani, ja chętnie służę, ale tropiciel ze mnie żaden.
Tym razem w jego głosie nie było już drwin ani wesołości. Był całkiem poważny. Na znajdowaniu śladów znał się tyle, ile na jeździe konnej. Wsiadł na konia? Wsiadł. Koń pojechał za resztą grupy? Pojechał. No, to by było na tyle.
Mimo to, jeśli Phoe nie skomentowała uwagi Kaerila, ten zabrał się do roboty, jak najlepiej potrafił. Nie miał pojęcia czego szukać, nie miał pojęcia kogo. Ale szukał śladów, bo w końcu tego od niego chciano.
Phoe parsknęła, uśmiechnięta, jakby spodziewała się podobnej odpowiedzi.
- Jakoś, gdy chodziło o pracownię Kryriona i miecz w jego posiadaniu, to nogi aż cię rwały do poszukiwań - machnęła lekceważąco dłonią, zbliżając się frywolnym krokiem do elfa.
A ten mógł mieć tylko nadzieję, że jego liche umiejętności tropienia wystarczą, by odnaleźć... Właśnie, co takiego? Ślady, ale czyje, czego? Z taką wiedzą równie dobrze mógł rozglądać się po koronach drzew, jak i wlepiać nos w glebę i wyszukiwać odcisków butów. A że gleba była na dodatek pokryta przynajmniej kilkoma warstwami zieleni, to sprawa nie rysowała się w klarownych barwach.
- Jasne - kontynuowała tym uszczypliwym tonem swego głosu. - Ty jesteś od tego, by zabijać, a nie główkować - zbliżyła się jeszcze bardziej, że ich głowy prawie się spotkały. Była niższa od niego, ale w tym momencie wydawała się nad nim zdecydowanie górować, jej usta wykrzywiały się w drobnym, kpiącym uśmieszku, a jej oczy, pełne satysfakcji, wwiercały się w niego spojrzeniem. - Jesteś tu tylko fizycznością - jej ręka przejechała po torsie elfa od szyi w dół. - Kupą mięśni... - zjechała poniżej paska i chwyciła go mocno za krocze. Nie boleśnie, po prostu mocno i stanowczo. - Naprężonych i gotowych do działania mięśni.
Po chwili puściła go, a jej głowa odwróciła się wraz z resztą ciała. Poszła przed siebie, stanęła kilka kroków dalej i mruknęła dźwięcznie:
- Jakbym chciała tropiciela, to kazałabym Teonowi tu przyjść.
Poprzez całą tę inscenizację która odstawiła Phoe, po głowie drowa chodziło jedno słowo. "Pojebało". Ewentualnie z małym dodatkiem "ją" albo i też "całkiem". Nie miał pojęcia co mogła mieć kobieta na myśli... i nawet nie chciał się przekonać. Kształtny tyłek, czy nie, Phoe była kłopotem na dwóch nogach.
Kaeril zaczął więc rozglądać się za... no, za czym? Śladami stóp zapewne. Albo kopyt? A może łap wielkich jaszczurów? Ponoć i takie wierzchowce istniały. A może lepiej po prostu...
Elfka westchnęła, jakby spodziewała się podobnego pytania. Znów machnęła dłonią, tak samo, jak chwilę temu. Przez cały ten czas pozostawała odwrócona do Kaerila plecami, a spoglądała na niego jedynie kącikiem prawego oka.
- No to pozostaniemy chyba przy tym, że główką ruszasz nieco wolniej, niż resztą ciała.
Założyła dłonie na plecy, na wysokości paska. Tuż nad faktycznie kształtnym i okazałym tyłkiem. W żyłach Phoe, podobnie jak w żyłach Matrony, płynęła ta sama krew, obie kobiety były więc nad wyraz piękne. Z tą różnicą, że patrząc na Aluviel ani przez chwilę nie pomyśli się o nieparlamentarnych rzeczach, w całości będąc pochłoniętym aurą strachu i niepewności, jaki byłby jej następny ruch i kogo tym razem pozbawić żywotu. Phoe przy niej była rezolutną maskotką, takim pieskiem, który, chociaż zadziorny, w niczym nie przypomina emanującego niemożliwym chłodem potwora w elfiej skórze.
Mimo to potrafiła zaprowadzić porządek w swych szeregach. Z mniejszym lub większym skutkiem, ale Kaeril wiedział, że "czas pośmiechujków minął".
- Szukamy śladów - podjęła po chwili, tym razem wybierając ton głosu o nazwie "słodki aż do bólu" lub, bardziej kolokwialnie, "do porzygu" - jakie zostawił nasz drogi, pierdolony Berion i jego wesoła kompania. Portal został zbyt szybko i nerwowo utworzony, by miał być stabilny. Szukaj więc śladów w trawie od impetu, strzępów ubrań na gałęziach, krwi, cokolwiek. Chyba nie mogę oczekiwać zbyt wiele.
Na pierwszy rzut oka okolica prezentowała się najnormalniej, jak tylko mogła. Nic nie wyróżniało się swoim wyglądem, chociaż i gęstwina nachodzących na siebie drzew przeszkadzała w dokładnych oględzinach z jednego tylko punktu widzenia, zmuszając do odrobiny ruchu. Phoe natomiast stała statycznie, wciąż odwrócona od wojownika, jakby całkowicie zapominając o jego egzystencji. Ułożenie jej ciała wskazywało na to, że nad czymś się silnie zastanawia, albo znowu wyprowadza jakieś całkowicie dziwaczne zaklęcie, które jeszcze bardziej wykrzywi jej sylwetkę i stanie się kolejnym wyzwaniem dla Kaerila, by nie wybuchnął głośnym śmiechem.
Kaeril dokonał wszelkich starań, by zignorować docinki Phoe, a potem ton jej głosu. Drowy takie są, wredne, wykorzystujące swoją pozycję. Skurwysyny w czystej postaci. Nie należy się przejmować, sam by przecież wykorzystał każdy moment na poniżenie kogoś, kogo uważa za słabszego.
Ale to najbardziej bolało. Kaeril, gdyby chciał, pozbawiłby Phoe niepotrzebnego ciężaru głowy w ciągu sekund. Zdążyłby ją jeszcze przedtem zgwałcić i naszczać na nią, a pewnie nie byłaby w stanie nic na to poradzić. I co z tego, skoro miała za sobą Matronę i cały dom?
Ale kiedyś, kiedyś... kiedyś odegra się na nich wszystkich. Wszystkich... oszczędzi może Teona, gdyby ten okazał na tyle rozsądku, by nie mieszać się do jego zemsty. Tak, kiedyś... Elfy są długowieczne, a żeby zapewnić sobie możliwość zemsty, musiał przeżyć tu i teraz. Zresztą był cel ważniejszy, od tej całej śmiesznej zgrai Cichej Pieśni.
Berion.
Cóż, szukał więc połamanych gałązek, nienaturalnych wgłębień w ściółce, poza oczywistymi, a więc owymi strzępami ubrań i innymi ewidentnymi śladami obecności humanoidów. Bezczynność Phoe zignorował. Może i była rozpuszczoną córeczką matrony, ale skoro Aluviel wyznaczyła ją jako dowódcę tej wyprawy, to drowka musiała wiedzieć, co robi.
Wiele można było powiedzieć o Kaerilu, ale na pewno nie to, że był tchórzliwy. Co prawda, póki co wszelkie nieprzyjemności wobec Phoe i Aluviel pozostawały w jego głowie, nie opuszczając jej i nie przekuwając się w odpowiedni czyn, ale nie był głupi i wiedział, co by się stało wtedy, gdyby w tym właśnie momencie, w głuszy, bez świadków, po prostu zaszlachtowałby stojącą przed nim kobietę, przedtem gwałcąc, szczając nań, czyli dokonując rzeczy, które u mrocznych elfów są normalnością.
A potem pewnie jego mózg by eksplodował albo przydarzyłaby się mu inna, nie mniej radosna śmierć, ograniczona w swej kreatywności tylko przez umysł Matrony. Umysł, który zdawał się wykraczać poza wszelkie granice.
Tak czy inaczej, póki dysponowała tymi strzępami włosów, wiele zdziałać nie mógł. A co, jeśli był to tylko blef, a, zaparta w przekonaniu, że wszystkich będzie strachem trzymać za jaja, naprawdę guzik by zdziałała, gdyby ktoś wykazał niesubordynację?
Elfy były długowieczne. I chyba nie opłacało im się ryzykować.
A więc szukał, nie odzywając się więcej. Phoe również zamilkła, ale ona cała sobą pozostała statyczna, z rękami na plecach i w lekkim rozkroku. A mężczyzna tropił, nie mając bladego pojęcia, jak się do tego zabrać. Ale nie było to też coś, czego bez żadnej nauki by nie mógł przeprowadzić. To nie jest jakieś otwieranie zamków wytrychem czy strzelanie z łuku. Tropienie jest proste. Coś wszak znalazł. Nic wielkiego, może nawet błędnie zinterpretował, ale trochę na lewo od miejsca, w którym stanęli, znajdowały się trawy przybite nienaturalnie do ziemi, jakby ktoś lub coś przez dłuższy czas przygniatał je swoim ciężarem. Nie był to jednak spory obszar, mniejszy, niż powinien zajmować tradycyjny humanoid. Może więc zwierzę? Na to nie potrafił znaleźć odpowiedzi, bo, po prostu, nie znał się na tym, wybierając zupełnie odmienny kierunek rozwoju swojej osoby.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum