Wysłany: 2014-01-06, 20:43 Preludium do katastrofy
„Człowiek, który liczy na boskie wsparcie, zasługuje na tę nieotrzymywaną przez niego pomoc.” - Glen Cook, Sny o stali
Preludium do katastrofy
Kroniki Farewella
Powiedzieć, że życie Farewella toczyło się ostatnio w szybkim tempie, byłoby niedopowiedzeniem. W parę zaledwie dni odbyło się tyle wydarzeń, że ledwie roku wystarcza, by je całkiem opowiedzieć.
Ale chwila, to nie wszystko!
Powiedzieć, że część historii srebrnego elfa dobiegła końca byłoby całkowitą prawdą. Ważna część, zdecydowanie. Odkrył wiele tajemnic. Odnalazł swojego ojca, choć z pewnością nie w taki sposób, którego się spodziewał. Poznał prawdę o swym rodzicielu. Prawdę o Żelaznym Wilku i o zniszczeniu kręgu druidzkiego. Ale wraz z odpowiedziami pojawiły się tylko nowe pytania. Kim jest Mroczny Wędrowiec? W jaki sposób Elseminon, niegdyś wielki bohater wojenny i patriota, stał się zdrajcą?
Ale najważniejszym z nich było: cóż ma teraz uczynić?
W Eärfallasarze stał przed nim jego ojciec, u boku jednego z najpotężniejszych szamanów zielonych orków. Wrogów jego ojczyzny. Mówili mu o zagrożeniu znacznie poważniejszym, niż orkowie kiedykolwiek stanowili. Mówili o Mieście Tańczących Świateł i mówili o ruinach krasnoludzkiej twierdzy, zaginionej pośród Gór Środka Świata. Czekali przed portalem otwartym do Nart-rull. Czekali – na niego.
Decyzja już nie dotyczyła, czy zaufać ojcu, czy zaufać orczemu szamanowi. Skoro najważniejsi z druidów im zaufali, czemu nie miałby tego zrobić Farewell? No, czemu? Ale na zawołanie straży było już za późno. Na jakąkolwiek współpracę z władzami. Choć dojść do tego mogą późno, będą wiedzieli, kto pomógł uciec zdrajcy z więzienia. Dojdą do prawdy. Do tego, że według prawa...
Farewell też był już zdrajcą.
Jednak kogo by to obchodziło, w obliczu nadchodzącego Mrocznego Wędrowca? Kimkolwiek by nie był, czymkolwiek, był na pewno groźny. Przekonał się o tym Krąg Byka, a kto wie, czy już nie kolejne z nich. Wybór więc pozostawał prosty. Udać się ze swoim ojcem, do siedziby orczych szamanów, czy też rozstać się z nim, a za cel wybrać Imperium ludzi, a w nim Essendię.
Cokolwiek by nie miał wybrać, Farewell czuł całym sobą, że to, co do tej pory się wydarzyło, było jedynie wstępem, preludium, chrztem ognia, przed właściwymi, trudnymi czasami.
Zbyt wiele rzeczy na raz. Nawał informacji, wydarzeń, osób, emocji...
Właściwie to zdołał już do tego przywyknąć. Od momentu opuszczenia Kręgu Byka, ba! Nawet wcześniej, od ponownego ujrzenia Elseminona i Zjaw Wyrsa, od wspólnej wyprawy okraszonej mgiełką tajemnicy, dopiero od tego momentu można było uznać, że życie Farewella nabrało gwałtownego tempa. A w przypadku stoickich elfów, którzy nie są ograniczeni czasem, którzy żyją wieczności i potrafią dozować sobie stosowne dawki informacji, jest to tym bardziej przerastające możliwościom. Każdego.
Dlatego więc adept, mimo swego młodego wieku, zdążył przez te pięć, przez ponad pięć lat dojrzeć bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Zabijał, ratował życia, pertraktował, uwolnił brata, wreszcie - odszukał ojca. To był jednak początek, w rzeczy samej. Istne preludium do... Do czegoś, czego nie potrafił objąć umysłem. Zdarzenia mające miejsce w centrum Lasów, niezrozumiane przez nikogo. Ale to on niósł wiadomość do odszyfrowania. To on był powiernikiem zwoju, to on zrozumiał go na tyle, że dzięki niemu znalazł się w tej sytuacji, w której jest obecnie.
A była to naprawdę niecodzienna sytuacja. Spotkanie, by być bardziej precyzyjnym. Spotkanie, które miało zadecydować o być lub nie być srebrnych elfów, orków, a - kto wie - czy nawet nie całego znanego uniwersum.
Ręce musiały mu się trząść. Zbyt wielka odpowiedzialność spoczywała na jego barkach, przytłaczała go niemalże do ziemi, tak, że ledwo co mógł oddychać. Po tym wszystkim chciał nagle odciąć się od świata. Odszukać Telarila, paść mu w ramiona i wybaczyć te wszystkie słowa, które padły podczas kłótni. Udać się do matki, paść jej do stóp i przepraszać za zaniedbanie domu. Za obowiązki, którym nie podołał. Za tchórzliwą ucieczkę w zgubnym poszukiwaniu ojca. Poszukiwaniu, które nie dało nic, a wręcz odebrały. Pięć lat z jego życia, egzystencję Kręgu Byka wraz z setkami istnień. W tym Lar'raela, wiernego przyjaciela i towarzysza broni.
Wolałby nie podejmować żadnej decyzji. Rzucić to wszystko w diabły i przeklinać dzień, w którym to on, nikt inny, został wybrany tym, który miał odcisnąć tak wielkie piętno w spisanej historii dziejów.
Jednak...
Nie było ucieczki. Ratując ojca sam skazał siebie na śmierć. Nie mógł pozostać w stolicy. Nie mógł pozostać z rodzicielką i odbudować Eärfallasar do dawnego stanu, gdy ktoś się z nim liczył. Farewell stracił w tym momencie zbyt wielki kawał swojej przeszłości, by trzeźwo podejmować decyzje. Ból jarzący się w jego piersi nie pozwalał na wiele.
Nie wróci już do Lar'Dudanwallu, tego mógł być pewien. Nawet jeśli powstrzyma tego "najeźdźcę", to skostniałe prawa władające krajem nie bywały przychylne w kwestii zdrajców. Nie wróci. Po wieczność błąkać się będzie jako anonimowy zbawca świata, znienawidzony przez swój własny naród. Naród, który zdołał pokochać już wieki temu.
Dlatego jedyne, o czym teraz myślał, to nie decyzja, z kim miał się udać i co by przez to osiągnął. Nie. Ojciec czy ork, ta sprawa była bardzo odległa i małostkowa, by się nią przejmować. Jedyne, o czym myślał, to spotkanie się z matką. Ujrzenie jej po raz ostatni, wymienienie pożegnalnych słów. Oczekiwał miłości, słów motywacji, ale nie potrafił nie myśleć o tym, jak on sam zdołał ją rozczarować, jakie piekło stworzył w murach tego domu. Jeśli i ona, doskonała, wybaczająca każdą skazę rodzicielka wybaczy mu, to tak samo wybaczy mu cały świat.
Cóż można by uznać za małostkowe, co zaś za ważne, to ciężko ocenić było na miejscu. Zdecydowanie jednak sprawa poszukiwań w dalekich krainach, sprawy Imperium ludzkiego i orczego kręgu szamanów odległymi były bezsprzecznie. Bliska była mu teraz matka, bliską była potrzeba wsparcia i poparcia. Słowa otuchy, potwierdzenie, że nie zrobił nic złego. Że czyny jego są dobre, a kiedyś okaże się, kto miał rację. I to - to z pewnością było ważne.
Znalazł ją stojącą przy oknie, tyłem do niego. Nie wiedział, czy zauważyła jego wejście, bowiem nie ruszyła się nawet o cal. Głowy jednak nie miała opuszczonej w rozpaczy, a podniesioną wysoko. Tak, jakby spoglądała przez okno prosto w niebo - to, skryte gdzieś tam za gałęziami drzew, gdzieś tam za chmurami, które zdawały się zbierać w koncert z uczuciami młodego adepta.
Czy miało zaraz wyjść zza nich słońce?
Farewell nie zdążył jeszcze podjeść zbyt blisko swej matki, nim ta się do niego nie odezwała. Nie odwróciła się jednak, wciąż wpatrzona w zasłonę chmur. Wypowiedziała tylko pojedyncze pytanie.
Farewell znał tę postawę. Zawsze, jak czuł się winny swoimi przewinieniami w dzieciństwie i zmuszony był do rozmowy z matką, ta stałą dumnie wpatrzona w okno, czasami z rękoma splecionymi na plecach. Dumna i mądra, tak samo, jak jeszcze nim ojciec postanowił ich opuścić i udać się w nieznane, rujnując przyszłość rodu, który od tego momentu słabł coraz bardziej.
Czy to godny cel?
Powtórzył sobie w myślach to pytanie. Nie spieszył się z odpowiedzią.
- Nie.
A w tych słowach rozbrzmiewała prawda. Nie chciał nigdzie wyruszać. Nie zgadzał się, by nagle ktoś inny skreślał jego przeszłość, jego życie doczesne, jego plany, przyjaciół, również i przyszłość. Nie chciał opuszczać domu, do którego wrócił tak stosunkowo niedawno. I do którego zatęsknił okropnie przez te wszystkie lata tułaczki. W imię wyższego celu! Celu, który i tak objawił się w samym mieście. Najciemniej jest pod latarnią, zrzędzenie losu, farsa Jasiphiela, marionetka w walce o uratowanie świata. Tym był on, Farewell, elf wysokiego rodu, który nawet nie mógł sam o sobie decydować. Bo wyboru nie miał. Jedynie to, za kim chciałby się udać. Między młotem a kowadłem. Ojciec młot nie przyniósł mu planowanego szczęścia. Może gdyby nie wiszący katowski topór nad całym Eärfallasarem, gdyby nie prawo ścigające zarówno go, jak i ojca, ale także nie będący w stanie odpuścić samej matce, z której wyrywać będą każdy strzep informacji przez gniew, pot i nienawiść, przez niemożność do samodzielnego odnalezienia dwulicowego, młodego adepta sztuk magicznych, z jednej strony składającym relacje o Kręgu Byka i Elseminonie i będącym przykładem wzorowego obywatela, z drugiej wdającego się w machinacje z wrogiem numer jeden, z własnym ojcem młotem, zdrajcą, z orkowym szamanem, bestią i śmiercią dla całego narodu...
Może wtedy rzuciłby wszystko w diabły i zignorował cały potok wydarzeń, jaki przedzierał się przez jego dom.
- Ale innego wyjścia nie mam. Już nie w tym momencie. Decyzja o moim losie już dawno została podjęta.
- Dlaczego więc? - usłyszał kolejne pytanie, jakby jego matka wcale nie usłyszała jego tłumaczeń. Głos miała spokojny, ale nie karcący, nie twardy. Pytała, jakby zwracała się do ogrodnika, nie wiedząc czemu więdną jej kwiaty.
- Dlaczego więc mu pomogłeś? - odezwała się jeszcze raz, a głos jej dalej był spokojny. - Nie jesteś przecież złym elfem. Nie jesteś zdrajcą. - A to były stwierdzenia, nie pytania. - Czemu więc naraziłeś siebie, by pomóc mu w nikczemnej sprawie?
Tym razem pani Eärfallasaru zadrżał głos, choć dalej nie zmienił tonu ni barwy. Matka wciąż nie odwracała się ku swemu synowi, a Farewell nie mógł dostrzec jej oblicza nawet w odbiciu szyby. Tak, jakby nawet okno było przeciw niemu.
Teraz jednak dotarło przynajmniej do Farewella, że pierwsze pytanie dotyczyło czego innego, niż jego własna odpowiedź. Z jego wyjazdem kobieta mogła się pogodzić. Nie było go w końcu pięć lat. Ale już to, że jej mąż okazał się być zdrajcą było dla niej wielkim ciosem. To, że jej syn mógłby pójść w te ślady... Nie czyniła mu wyrzutów, nie pytała o przyszłość rodziny ani dworu.
Ale kto by nie pragnął, by takie środki zostały przez cel uświęcone?
Milczała. Dała wszelki czas Farewellowi na przemyślenie wszystkich spraw oraz swojej odpowiedzi.
On też milczał. Szukał odpowiednich słów, ale te nie istniały. Nie w rozmowie z własną matką, która wiedziała więcej, niż każdy inny zgromadzony w tym miejscu domownik. Farewell szukał wsparcia, przebaczenia, ale nie otrzymał go. Miast tego miał kolejne, pełne rozpaczy pytania, na które nie było trafnej odpowiedzi.
- Odnalezienie, a następnie uratowanie ojca był zwieńczeniem mojej jałowej, pięcioletniej wędrówki. Nie znałem go, nie zdołałem poznać. Dlaczego miałem go uznać za zdrajcę, gdy tylko go ujrzałem? Mój brat zdrajcą nie był, a i jemu pomogłem opuścić więzienie... - nie dokończył. Mocno wypuścił powietrze, przypominając sobie niedawną awanturę.
...i nawet mimo tego, że i on znienawidził mnie za kolaborację z orkiem, to nie żałuję tej decyzji - dodał w myślach.
Ale sprzeczka z własnym bratem bolała go chyba najbardziej. Osoba, która szła w jego ślady, przychodziła po rady, mająca jego samego za wzór do naśladowania! I wszystko to upadło, rozleciało się na tysiące kawałeczków dosłownie w kilka minut. Przeraźliwie długich minut.
Ale jak miałaby uśmierzyć ból po ponownej stracie nie tylko Farewella, ale i jego brata? I to na dodatek z powodu tego elfa, którego zdołała już znienawidzić? Z powodu ojca, zdrajcę, przez którego katowski miecz zawiśnie również nad samym adeptem? On już wyboru nie miał. Nie mógł pozostać w Lasach, jak bardzo tego by chciał. Ale co powiedzieć, by został zrozumiany? Co rzec własnej matce, tej, która przez lwią część czasu go wychowywała i zmuszona była do utrzymywania domu mimo wszystkich niedogodności, mimo postępującego upadku rodu?
Na to nie było dobrej odpowiedzi. Przeto milczał. Milczał stojąc sztywno, wbijając w nią swoje spojrzenie. Czekał, aż się obróci, aż on ujrzy - prawdopodobnie po raz ostatni - jej twarz.
Matka Farewella wzięła głęboki wdech na uspokojenie, jak czasem osoby które muszą tłumaczyć coś po raz kolejny. Tym razem słowa kobiety były jeszcze bardziej spokojne, wypowiadane jeszcze wolniej.
- Synu, nie chcę wiedzieć gdzie musisz się udać, ani czego musisz dokonać. Choć zdziwiona, nie zaprotestowałam ani ucieczce twego brata, ani pojawieniu się tu... tej bestii. Ani powrotowi twojego ojca. Wiem, że jesteś pochłonięty wydarzeniami i nie miałeś czasu, by pomyśleć o swojej matce, ale zrozum - ja nie wiem co się dzieje. Nie wiem, gdzie zniknąłeś, że dowiedziałeś się jak przywołać tu orka. Nie wiem, czemu mimo pojawienia się tu tej bestii, wyciągnąłeś ojca z lochów. Nie wiem znów czemu Telaril postanowił nas opuścić. Staram się spojrzeć na to obiektywnie, ale musisz zrozumieć, w jakim stawia cię to świetle. Nie chcę znać konkretów, nie chcę wiedzieć za wiele... Chcę tylko wiedzieć, czy przyczyna jest słuszna.
Odwróciła się nagle w jego stronę, a wtedy mógł zobaczyć jej zaczerwienione, błagające oczy. Zmartwioną twarz i wargi pogryzione ze zmartwienia do krwi. Mimo to, gdy zadała ostatnie pytanie, jej głos dalej nie drżał.
Gdy tylko się obróciła, gdy tylko Farewell ujrzał jej styraną twarz, podszedł do matki i objął ją. Silnie, by ta nie miała wyjścia innego, niż odwzajemnienie uścisku. A że była to najsilniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek znał, ba!, najsilniejsza elfka, a mimo tego stała się humanoidalnym wrakiem, z którego rąk wyrwano wszystko i wszystkich, których można było kochać, to Farewell, ten, który przyczyniał się do ostatecznego ciosu sztyletem w plecy, poczuł się fatalnie, słabo, beznadziejnie. Bo to on wziął na siebie winę, ale rezultatów brać już nie mógł. Dzielił się nimi w zbyt sporym stopniu, by to zbagatelizować. A na zmianę biegu historii było już za późno.
- Przez cały ten czas ani raz nie przestałem myśleć o tobie - odpowiedział jej cicho, szepcząc do ucha.
Nie chciał jej mówić o niczym, co miało miejsce. Było to bezcelowe. Czyn ten jedynie pogłębiłby już i tak znaczną wyrwę w jej sercu, a nie przyniósłby absolutnie żadnych rezultatów.
- Pojawienie się orka było właściwe. Gniew Telarila również był na miejscu. Zapłaciłem już zbyt wysoką cenę, by twierdzić teraz, że przyczyna, jaka by ona nie była, miała okazać się niesłuszna.
Kobieta nie odwzajemniła jednak uścisku Farewella. Stała wyprostowana, twardo czekając wyjaśnień. Dopiero gdy bohater skończył wypowiadać ostatnie ze zdań poczuł, jak ramiona matki przyjmują go do siebie. Farewell poczuł także, jak wiele siły kosztowały ją ostatnie wydarzenia; i ta krótka rozmowa z synem - jak musiała powstrzymywać emocje, nie wiedząc, gdzie je skierować. Bardzo, bardzo chciała go przytulić z całej siły. Cóż, że niewiele już z tej siły pozostało? Bohater zdał sobie sprawę, że za chwilę będzie musiał odprowadzić matkę do fotela, jeśli miała zaraz nie upaść bez siły na podłogę.
- Czyli nie wiesz - wyszeptała. - Nie wiesz całkiem, ale wierzysz? Mnie, synu, mnie to wystarczy.
Westchnęła ciężko, po czym wyprostowała się ponownie. Nie puściła jednak Farewella, na wpół wspierając się teraz na nim. Zaczęła mówić teraz szybciej, na wpół wesołym, na wpół błagającym głosem, jakby mocno chciała, by jej słowa były prawdą.
- Telaril... Telaril jest jeszcze młody. Nie zobaczył wszystkiego co ty... albo, albo... albo to jeszcze młodzieńcza werwa. Nie spotkał się z prawdziwym życiem, tutaj, bezpieczny we dworze. Świat go jeszcze nie ułożył. Gdzie uciekł... Gdziekolwiek podążył, na pewno zobaczy... Pogodzicie się jeszcze. Prawda?
Był na to gotowy. Wiedział, że nie otrzyma odwzajemnionego uścisku, ale i też nie zostanie zignorowany. Matka Farewella była silna, jednak i ona miała pewne granice. Gdy jeszcze Telaril opuści dom, to nie wykluczone, że właśnie ten moment będzie tym, który przeleje czarę goryczy. Ale adept szczerze wątpił, by jego brat miał odejść i nie wrócić. Spontaniczne ucieczki nie trwają długo. Zwłaszcza u wyzutego z nieplanowanych akcji srebrnoelfiego społeczeństwa.
- Telaril wróci. On zeźlił się na mnie, nie na ciebie. I wróci, gdy tylko ja odejdę.
Oby tylko wszystko wróciło na dawne tory. I oby ta kłótnia nie trwała długo, dodał w myślach.
Chciał coś jeszcze dopowiedzieć, zakończyć w dobry sposób rozmowę, ale nie potrafił. Nie wiedział, co rzec. Więc milczał, wtuliwszy się w matkę. Milczał tak przez chwilę.
- Nie znoszę rozstań - teraz czy pięć lat temu, zawsze towarzyszył temu okropny ból. - Ale tym razem nie będzie to pięć lat. Nie będzie to rok. Obiecuję.
Chociaż doskonale wiedział, że cała jego przyszłość jest jedną wielką niewiadomą. Przyszłość, ale i teraźniejszość. Ataki orków, zdrada dawnej ikony elfiego heroizmu, kolaborujący ojciec i wreszcie szaman zielonych goszczący w Eärfallasarze.
Odprowadził matkę, by mogła sobie usiąść. Uścisnął ją raz jeszcze i poszedł. Miał jedną rzecz do zrobienia, nim bezpowrotnie zniknie w portalu, zabierającego go daleko stąd. Najpierw jednak poszedł w stronę swojego pokoju. By ujrzeć go ten jeden, ostatni raz.
Matka Farewella usiadłszy w fotelu przymknęła oczy, jakby miała zaraz zasnąć.
- Nie obiecuj mi tego, co nie zależy od ciebie - powiedziała na pożegnanie swemu synowi.
Nie można powiedzieć, że Farewell opuszczał swoją matkę lekkim krokiem. Bynajmniej, ciężko było mu na duchu, i gdyby mógł, odwlekałby chwilę bez końca. Było już jednak zdecydowane, Eärfallasar musiał zostać za nim w tyle. Wiedział o tym dobrze...
Ale to nie przeszkodziło mu w znalezieniu jeszcze chwili zwłoki, by mógł nacieszyć się rodzinnym domem jak najdłużej.
Jego pokój wyglądał dokładnie tak, jak sam zostawił go ostatnio. Łóżko nie zmieniło swojego położenia. Biurko, przy którym przesiadywał niegdyś tak wiele godzin przy nauce, stało tam gdzie zawsze. Książki, stare zabawki, pamiątki, memorabilia... Nie miał pojęcia, jak wiele dni miało minąć, nim znów przekroczy ten próg, poczuje pod sobą znajomy puch łóżka, lub pod swym siedzeniem twarde drewno swojego krzesła.
Rozstanie się nie było łatwe. Dla niego trwało to wieki, dla postronnego widza był to tylko ułamek sekundy. Miał tylko nadzieję, że wizyta w jego własnym pokoju, dotknięcie pościeli, spojrzenie na biurko, z reguły zaśmiecone szpargałami i zniszczone inkaustem, teraz dziwnie puste i obce, wreszcie odetchnięcie tym wiecznie stęchłym, ale bliskim zapachem, przyniosą ze sobą ulgę. Nawet, jeśli ta pojawiła się, to była zbyt nieliczna, by podnieść Farewella na duchu. Usiadł, ale nie usiedział długo. Rozejrzał się raz jeszcze. Na jego oczach cała jego przeszłość miała pozostać w tyle, w drodze ku zapomnieniu.
A potem wstał. Podszedł do biurka z wysuwaną szufladą. Miał tam zawsze coś, co przypominało mu czasy nauki. Mała, szklana fioletowa statuetka w kształcie sześcianu, o boku mierzącym cztery centymetry. Dla każdego byłaby to zwykła kostka wyzuta z oczek, ale nie dla Farewella. Była to nagroda, uznanie za lata pracy i nauki. Kwintesencja jego wkładu w świat magii i czarów na uniwersytecie. Przedmiot szklany, ale zahartowany magią, by rysy czy tłuczenia się go nie imały.
Następnie udał się do szafy z ubraniami. Wyciągnął z niej bieliznę i jakieś ubrania na zmianę. Nie, nie jakieś. Wyszukał swój ulubiony, ciemnozielony, podszywany seledynowy dublet wraz z dopasowanymi do niego nogawicami w czarnym kolorze. Ten ubiór pamiętał jeszcze czasy świetności domu, kiedy Farewell ani trochę nie interesował się swym ojcem, a skupiał się całym sobą na nauce. Jednak zestaw ten był doskonale zadbany i praktycznie nie widać było na nim oznak zużycia.
Zamknął szafę, powstał. Rzucił okiem na pokój. A potem ruszył z powrotem. Do tych, z którymi chciał porozmawiać na samym końcu.
Rzeczy zabrane z pokoju znalazły swoje miejsce w ekwipunku bohatera, a Farewell ruszył z ostatnią rzeczą do zrobienia we dworze na myśli.
Jeżeli jednak miał zamiar porozmawiać ze swym ojcem oraz orkiem zanim opuści Eärfallasar, jego plany zostały pokrzyżowane.
Rana w rzeczywistości, przejście rozerwane w tkaninie Materialnego Planu, wciąż znaczyło swoją obecność błękitnym owalem światła. Bohater nie mógł patrzeć w kierunku portalu bez zmrużenia oczu, jednak nie potrzebował więcej, niż jednego rzutu okiem, by stwierdzić ostatecznie - obu mężczyzn nie było już we dworze. Prawdopodobnie nie było ich już w Księżycowych Lasach. Tak jak rzekł Gornak, zostawili portal otwarty za sobą "jeszcze przez chwilę". Z całej rozmowy Farewellowi pozostały tylko pytania.
Portal nie dawał żadnych oznak, jak długa mogła być jeszcze ta "chwila". Farewell nie widział w jego strukturze żadnych zawahań, żadnych zakłóceń. Ale być może miał zamknąć się nagle, bez uprzedzenia? W końcu ork dał Farewellowi do zrozumienia, że to do niego należy decyzja, czy podążyć za nimi przez portal.
No tak. Portal. Duży, błyskający światłem i magią. Zwłaszcza to drugie, odczuwalne bardziej, niż mrużąca oczy jasność. Farewell nie doświadczał teleportacji, chociaż wiedzę w tej dziedzinie do tej pory posiadał sporą, mimo czasu, jaki minął od opuszczenia uczelni, od zamknięcia ostatnich grubych tomiszczy.
Nie przepadał za tym sposobem podróżowania. Ale czas nie był już po jego stronie. Zapoznał się też z listą wszelakich możliwych skutków ubocznych, jakie można doświadczyć po przejściu. Od bólów głowy i silnych odruchów wymiotnych poczynając, na śmiertelnym "przycięciu" ciała kończąc.
Ale skoro w momencie zagrożenia Gornak zdołał utworzyć stabilne przejście, to dlaczego w tym przypadku miałoby być inaczej?
No i czy w ogóle miał jakieś wyjście?
Obejrzał się przez ramię, by finalnie pożegnać się z domem. Ujrzeć widok ustawionych mebli, wiszących obrazów. I zapamiętać go.
Świetlisty portal przyjął go bez oporu. Farewell przestąpiłby wrota tak samo lekko, jakby przechodził przez próg swojego własnego pokoju - gdyby nie niepewność. Co znajdzie się za świetlistym owalem? Góry? Las? Jezioro? Obóz orków czy szlak ku ludzkiemu miastu? Miastu Tańczących Świateł? Czy poczuje zawroty głowy? Czy portal nie postanowi zamknąć się w ostatniej chwili?
Czy wróci kiedyś do domu?
Świetlisty owal zamknął się za nim. Bohater miał wrażenie spadania, jak we śnie, gdy chwilę przed upadkiem koszmar się urywa a śniący budzi się z krótkim oddechem. Ale Farewell nie obudził się, po prostu postawił krok.
Młody adept musiał zamrugać dwa razy, nim resztki światła portalu opuściły jego wzrok. Już pierwszy rzut oka na jego otoczenie odpowiedział na wiele pytań. Nie znajdował się z pewnością w obozie orków, zresztą w żadnym innym obozie. Stał na leśnej polanie, niezbyt szerokiej, otoczonej liściastymi drzewami. Wiatr przyjemnie szumiał w liściach, delikatnie mierzwił trawę. Trawę - zieloną i pełną życia. Trawę nie pamiętającą śniegu ni zimy.
Owal portalu zamknął się za nim, bez dźwięku ani ostrzeżenia. Bohater nie musiał się nawet odwracać, by o tym wiedzieć. Wyczulony na magię poczuł to po prostu, w końcu był ledwie parę centymetrów od przerwy w tkaninie materialnego planu.
Drugi rzut oka powiedział adeptowi, że nie jest na polanie sam. Nie było ekipy powitalnej, nie było nawet jednego orka. Nie było ogniska, ani wozu, ani namiotu. Był tylko samotny człowiek, siedzący na nierównym, rozpadającym się pniu drzewa.
Przez portal przeszedł lekko, niczym przez zwykłe, domowe drzwi. Nie odczuł niczego szarpiącego jego żołądkiem, a jego ciało zdawało się być kompletne. Srebrne elfy nie lubiły ryzykować. Dlatego więc i zwykła teleportacja, choć szanse były nikłe, to mimo wszystko potrafiła załopotać sercem.
A teraz stał na leśnej polanie. Ciepłej, nieznającej północnych mrozów, mówił sam do siebie. Lasy pewnikiem nie srebrnych, a leśnych elfów. Albo i ludzi. Bo właśnie przedstawiciel tych ostatnich wyszedł mu na spotkanie. Czy raczej "wysiedział". Drzwi zamknęły się samoczynnie. Obawa przed podróżą rozproszyła się, a zastąpiona była typowym strachem przed nieznanym. Wszak nikt ze znanych postaci nie czekał na niego, miejsce, do którego trafił, zdawało mu się obce... Zresztą każde niepokryte puchem, ewentualnie niespalone przez orków tereny zaliczałyby się do tej grupy.
I tylko człowiek, któremu chęć zrobienia pierwszego wrażenia przyćmiło chęci do kooperacji. Ale Farewell nie obruszył się, chociaż mąż musiał znać jego imię. W końcu wyczekiwał go już od dłuższego czasu. Ach, ci niecierpliwi, impertynenccy, krótkowieczni ludzie. Nigdy się nie zmienią.
- Na pewno masz mi wiele do powiedzenia... człowiecze - odparł beznamiętnie, papugując użyty przez niego rasowy tytuł. - Mówże więc.
Człowiek był dobre dziesięć metrów od miejsca, w którym Farewell. Zaczął podnosić się z pieńka, gdy bohater rozpoczynał swą odpowiedź. Nim adept skończył pierwsze zdanie, człowiek był już pół metra przed nim. O ile wcześniej był zbyt daleko, by dobrze mu się przyjrzeć, teraz był zbyt blisko, by objąć go całego wzrokiem. Skórę twarzy miał spaloną słońcem, pokrytą siatką blizn po chorobowych krostach. Włosy czarne, długie i widocznie dawno nie myte. Usta cienkie, nos wielokrotnie złamany. Oczy tak brązowe, że niemal czarne. Oczy te teraz uważnie oglądały każdy szczegół twarzy Farewella.
- Tak... Zdajesz się być właściwym elfem - mruknął pod nosem w Imperialnym, i dopiero teraz Farewell zorientował się, że człowiek zawołał do niego wcześniej po elficku. Teraz znów przerzucił się na mowę Księżycowych Lasów. - Tak, mogę ci powiedzieć, że jeśli mimo wszystko nie jesteś Farewellem Eärfalas, to zginiesz nim zaprowadzę cię do Nart-rull.
Człowiek zrobił dwa kroki do tyłu i teraz dopiero bohater mógł przyjrzeć się, z kim ma do czynienia.
Mężczyzna miał na sobie płaszcz sięgający niemal do ziemi, który skutecznie ukrywał przed wzrokiem posturę noszącego. Farewell nie mógł ocenić, czy ubranie wypełnia człowiek tłusty, szczupły i umięśniony, czy chudy i grubo ubrany. Zdecydowanie natomiast był wyższy od Farewella o głowę. Buty wystające spod płaszcza były znoszone i ubłocone, ale, o ile bohater mógł ocenić, zdecydowanie najwyższej klasy, jeśli chodzi o podróżny ekwipunek. Rękojeść broni nieznajomego nie wystawała spod jego płaszcza, ale gdy ruszał się, to przy jego lewym boku zdecydowanie widać było znaki ukrytej pochwy.
W lewym ręku nieznajomy trzymał malutką fajkę, mieszczącą mu się niemal w całości w dłoni. W prawym trzymał kapelusz z szerokim rondem, który dopiero teraz założył na głowę.
- A teraz mówię ci, żebyś poszedł za mną - powiedział, a po chwili zawahania dodał - ...elfie.
I odwrócił się od Farewella w kierunku, sądząc po słońcu, zachodnim. Ruszył spokojnym marszem, nie oglądając się nawet, czy elf za nim idzie.
Duma człowieka zajęła go tylko na chwilę. Do czasu, gdy zaczął mówić dalej, ujawniając ułamek swych zamiarów i planów wobec elfa. Kim był, skąd pochodził, wreszcie - dlaczego on znał Farewella, a Farewell jego nie? I czemu ojciec znów komplikował mu życie, zamiast normalnie wytłumaczyć, co go czeka po przejściu przez portal?
- Tak więc co do tego masz przewagę - odparł nijako, podobnie jak poprzednio.
A nie jakaś polana nic nie mówiąca adeptowi wraz z przemądrzałym, iście srebrnoelfickim człekiem. Takich Farewell nie lubił, ale zdołał się do takowych osobistości przyzwyczaić. Co nie znaczy, że miałby być miły czy nawet miłego udawać. Nic z tego. Ale póki szerokiego wachlarza opcji nie było widać, a i samodzielna podróż wydawała się niezbyt rozsądnym wyborem, pozostało mu dostosować się. Komuś obcemu, człowiekowi, który na jego ojczystych ziemiach mógłby mieszkać-obok, a nie zadzierać nosa.
Pewnie nawet tytułu szlacheckiego nie posiadał - westchnął sam do siebie, w myślach.
Za to posiadał broń, a tak, jak pod względem intelektualnym Farewell mógł iść w szranki z niejednym tęgim umysłem, tak w kwestiach militarnych nawet ze zwykłym chłopem w sierp uzbrojony miałby mniejsze niż nikłe szanse.
- Preferowałbym jednak, by nasze szanse się wyrównały, skoro mamy wspólnie podróżować...
I co on jeszcze wspominał? Nart-rull? Siedziba orków, elity magicznej, z którymi jeszcze niedawno nawiązywał współpracę przy ratowaniu ojca? Ale gdzie siedziba orków w lasach elfów leśnych czy tym bardziej u ludzi? Za dużo pytań, ale tym razem czas wyjątkowo działał na jego korzyść. I odpowiedź prędzej czy później sama wpadnie mu w dłonie.
- Przewagę? - zapytał, jakby zdziwiony użyciem tego słowa. Farewell nie mógł jednak ocenić, czy wzięło się to z używania obcego mu w końcu elfiego języka, niezrozumienia intencji bohatera, czy też tym, że mógłby mieć nad nim jakąś przewagę. - Jeśli chodzi ci o moje imię, to orkowie mówią na mnie "Nasz", "Swój". Albo po prostu Człowiek. Wśród nich, gdy nie masz zielonej skóry, zostać nazwanym bez użycia obelżywego języka jest wielkim komplementem... elfie. A jeśli martwisz się o swój żywot, to nie z moich rąk czeka śmierć podszywąjacego się pod Farewella Eärfalas. Orkowie są bardzo ostrożni, elfie.
Po tym odwrócił się z powrotem i dalej zaczął iść, znów nie ponaglając bohatera, ani nawet nie patrząc, czy ten za nim podąża.
Farewell przez moment zastanawiał się, czy człowiek zrozumie słowa elfa. Ale tylko przez moment. Za to na pewno zaskakująca była trafność zripostowanego przydomka, jakim obarczył człeka. Niemniej nie była to iście salonowa etykieta, a tę, mimo wszystko, adept zamierzał kultywować, nawet podczas kontaktu z nieelfami.
Ale nie, dosyć tych nieuprzejmych zwrotów, nawet jeśli "Swój" nie uważał ich za coś niekulturalnego.
- Farewell - odrzekł Farewell. - Nie per "elfie", człowiecze, jeśli jest taka sposobność.
Szedł więc dalej, przez nieznane mu tereny, które do orkowych, ba, do srebrnoelfickich pewnikiem nie należały. No ale cóż, chyba trzeba było mu po prostu zaufać.
- Niemniej jednak odczuwałbym niemałą ulgę, gdybyś i ty podał mi swoje prawdziwe imię. Musiałeś mieć takie nadane za młodu...
Aczkolwiek, dodał już sobie w myślach, niewykluczona była też możliwość, że, interpretując jego słowa, był on wychowany przez orków. Ale ktoś musiał go zrodzić. Dzieci nie znajduje się wszak w kapuście.
- Prawdziwe imię? - odparł mężczyzna, nie ukrywając zdumienia. - Nie wiesz, elfie, który podaje się za Farewella, że prawdziwe imiona mają wielką moc? Idziesz by przebywać wśród tkających magię, szamanów, których rzemiosłem jest używanie imion, a nie wiesz nawet jakie mają znaczenie?
Farewell zdawał sobie sprawę ze znaczenia prawdziwych imion rzeczy. Uczył się w końcu o magii (oraz samej magii) większość swojego życia. Ale żeby przejmować się aż tak imionami nadawanymi przez rodziców?..
- Tak czy inaczej, jeśli nie uważasz mnie za "swojego", możesz mówić do mnie człowieku, i wśród orków o człowieka pytać. Drugiego, żywego, nie ma w promieniu wielu mil... Mów zresztą do mnie jak chcesz, póki nie zechcesz mnie obrazić. Straciłbym w oczach zielonoskórych, gdybym pozwolił się obrażać... Farewellu.
Nim jeszcze człowiek skończył mówić dotarli do miejsca, gdzie drzewa ograniczały polanę. Tam człowiek przystanął, przy szarej kupie popiołu która jeszcze poprzedniego dnia musiała być ogniskiem. Pod jednym z drzew leżała pojedyncza torba podróżna, którą też Swój podniósł. Odwrócił się potem do Farewella i oznajmił:
- Szaman i twój ojciec ruszyli ku obozowi konno. Nie mogli ryzykować, że przez portal nie przejdzie mała elfia armia, a gdybyś nie był sam, miałem rozkaz uciekać w przeciwną stronę. Nie przejmuj się jednak, orkowie nie są daleko. Będziemy musieli spać jeden dzień w lesie. Ale to chyba nie przeszkadza twojemu rodzajowi, co, elfie?
Prawdziwe imiona, no, to teraz doczekał się zaskakującej odpowiedzi. A Farewell szczerze powątpiewał, by istoty humanoidalne, nie licząc może demonów, z którymi to swoją drogą nie do końca cokolwiek wiadomo, posiadały jakiekolwiek "prawdziwe imiona". O, może smoki, przeszło mu przez myśl. Może i smoki miały takowe, ale wiedza ta jest już zarezerwowana dla najstarszych z najstarszych srebrnych elfów. Teraz widok smoka w cywilizowanych rejonach zakrawałby o cud. A z kolei wiedza niepiśmienna wypaczana zostaje przez czas, a ta piśmienna bywa populistycznym przekłamaniem ku uciesze czytających.
Zawsze sprawdzaj źródła, głosiła jedna z wielu mądrości jego domu. Bo ślepe zawierzanie jest często gorsze od absolutnej niewiedzy.
- Przeszkadza. Ale nie przejmuj się mną.
Dlatego i w tym przypadku, jak i w każdym, adept musiał wiedzieć, z kim ma do czynienia. Człowiek wychowany wśród orków dzielił się z nimi dalszymi informacjami. Wystarczająco pokaźnymi, by o dalsze wypytywać nie trzeba było. Reszta jest kwestią szybkiej, zimnej kalkulacji.
- Jedna noc to nic w porównaniu z tym, przez co przechodziłem przez ostatnie pięć lat.
- Och, przeszkadza? A, tak, zapomniałem, tyś szlachcic. Nic to, orkowie pogodę przepowiedzieli dobrą, a spać będziemy na miękkim runie leśnym. Może to nie królewskie łoże, ale... - Człowiek urwał i ruszył szybkim krokiem prosto w las.
Swój nie prowadził Farewella żadną drogą ani też ścieżką. Nie wyglądało też na to, żeby gdziekolwiek w pobliżu droga się znajdowała. Wszędzie wokół las wydawał się być tak samo gęsty. Jak jego ojciec i ork mieli poruszać się tu konno w przyzwoitym tempie bohater nie miał pojęcia. Nie znał się też jednak na jeździectwie, głupstwem byłoby wyciągać z tej miernej wiedzy jakieś wnioski.
Przez cały dzień Farewell nie wyciągnął z Człowieka zbyt wiele zdań, mając, czy też nie mając takiego zamiaru. Nastawienie jego przewodnika było takie samo - chłodne, kpiące. Pełne nieufności.
Dwójka mężczyzn wciąż przedzierała się przez las, gdy światło słoneczne zaczęło niknąć. Gdy tylko napotkali większą przestrzeń wolną od drzew, krzewów i twardych korzeni Swój oznajmił, że na ten dzień wędrówki koniec i tu spędzą noc.
- Poszukam teraz drwa na ognisko, a ty... rób co chcesz, tylko nie oddalaj się bardziej jak na zasięg wzroku - powiedział, i ruszył w las.
Farewell przełknął kolejną pigułkę goryczy zaserwowaną mu przez człowieka. Nie dał sobie rozwinąć tej wypowiedzi, że zawsze, nieważne co się wydarzy, spać w dziczy będzie czynnością odrażającą, ale nie zmieniało to faktu, że adept zdołał się już z nimi zaaklimatyzować i był zdolny do spędzenia całych miesięcy na łonie natury, która jest tak bardzo bliska każdemu ze szczepów elfów, nie tylko Leśnym.
Szli więc, a im dalej w las, tym więcej drzew. Drogi wystarczającej dla koni nie dało się zauważyć, więc pewnie takiej nie było w ogóle w najbliższej okolicy. Co przekładałoby się na to, że Farewell i Swój szli w linii prostej, natomiast ork i ojciec - po łuku, który choć dłuższy, zdatny był do szybkiego przemierzania końskim galopem.
Zmęczenie zagościło w ciele elfa, ale nie było to niczym, co nie mógłby zdzierżyć, mimo definitywnie wątłego ciała. Gdy tylko człowiek oznajmił, że pora na odpoczynek nadeszła, cisnął swoją torbę na ziemię i usiadł na najbliższym dostosowanym do siedzenia przedmiocie: zwalonym drzewie, pozostałym przy ziemi pniaku czy ewentualnie bardziej płaskim kamieniu. I zapomniał o całym świecie w jednej, błogiej medytacji.
Nie minęły cztery chwile, nim opodal Farewella usypała się znaczna kupka chrustu, w komplecie z dwoma długimi gałęziami grubości zaciśniętej pięści człowieka.
Swój natychmiast zabrał się do rozpalania ogniska. Farewell musiał przyznać, że choć zszedł już kawał świata i nocował przy niejednym ogniu, nigdy jeszcze nie widział, by ktoś tak sprawnie rozpalał ognisko. Ruchy Człowieka były sprawne, oszczędne, ale ewidentnie też nie sztywno wyuczone. W zasadzie przewodnik bohatera nie przestał zajmować się ogniem ani na chwilę, nim nie zaczęły już palić się najgrubsze drwa, włożone do ogniska każde tylko czubkiem.
- Wstajemy jeszcze przed świtem - oznajmił, gdy uznał swą robotę za gotową. - W ciągu nocy będę pilnował ogniska.
I bez dalszych wstępów wyciągnął ze swojej podróżnej torby koc i ułożył się na ziemi stopami w stronę ogniska. Zdawało się, że przykryty kocem zasnął natychmiast.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum