Pogoda była piękna. Ciepła, ale nie gorąca. Wietrzna, ale nie porywista. Bezdeszczowa, ale nie sucha. Idealna na spokojny, przyjemny spacer przez bezmiar lasów. Bo dlaczego miałby się spieszyć? Wszyscy, którzy mogliby mu zaszkodzić, już dawno nie żyją. Zamordowani we własnym domu, czy w tajemniczym, zalanym grobowcu. Rozerwani przez metrowe kolce wystające z ziemi, czy przez własne, koleusowe. To nie miało znaczenia. Śmierć przychodzi po każdego. A jej wysłannikiem był sam elf. Samozwańczym, agresywnym, ale jakże skutecznym. Ale nie był zaślepiony własną siłą. Po ostatnich wydarzeniach wiedział, że jeszcze wiele mu brakuje do doskonałości. Problem tarczy został rozwiązany. Przyszedł czas na zajęcie się samym sobą. Na trening, który dałby mu choć cień szansy na wygraną w następnym pojedynku z Krevanem.
Chowając się po rustykalnych wsiach nie miał co liczyć na nagłe spotkanie kogoś innego, niż chłopa, ewentualnie kowala czy łowcę. Walczyć na pięści każdy potrafił, z lepszym bądź gorszym rezultatem. Ale w poszukiwaniu mistrza nad mistrzami, trzeba również udać się tam, gdzie takowa osoba chciałaby przebywać i wykorzystywać swoje zdolności. Miasto. A najszybciej będzie znaleźć to, w którym już kiedyś się było. Zachód. Góry Środka Świata. Tam też wyruszył z nadzieją na osiągnięcie upragnionego celu.
Ale tak jak łatwo wyciągnąć nitkę z ucha od igły, tak też trudno nawlec ją ponownie. Przedostanie się z Gór Świata na tereny erxeńskie nie jest wielkim wyzwaniem, wystarczy przeć na wschód. Gorzej, gdy chce się odnaleźć tunel, często skryty gdzieś w listowiach, albo wyłapać taki, który nie kończy się ślepym zaułkiem, gdzie zamiast krasnoludzkiego miasteczka odnaleźć można rodzinę niekoniecznie przyjaźnie nastawionej niedźwiedziej rodziny.
Tak więc krążył elf dobrych kilka dni. Zatrzymał się po drodze w jakiejś wiosce, jak wszystkie inne. Uzupełnił zapasy, wyspał się, wszystko załatwiając z użyciem jak najmniejszej liczby słów. Doświadczenie nabyte podczas pobytu w Erxen nauczyło go, że mieszkańcy miewali różnorakie wierzenia i obrządki. A z kolejnym rozjuszonym tłumem gawiedzi z widłami mógłby już nie mieć tyle szczęścia.
Czwarty dzień spokoju. Szedł wzdłuż górskiego łańcucha, mając go po swojej lewicy. Ostatnią wieś opuścił dnia poprzedniego, o świcie. Teraz było już popołudnie, ale wciąż daleko do wieczora.
Zgłodniał. Nie odczułby tego, gdyby nie fakt, że stał właśnie przed pierwszą od paru godzin oznaką cywilizacji. Owocowy sad. Pięć rządków drzew, ciągnących się jeszcze daleko, daleko. Między rządkami równo posadzonych wiśni, prezentowała się wysoka, nieprzycięta trawa, która, gdyby ją ściąć, byłaby niewiele gorszym szlakiem niż większość wiejskich dróg, które przebył Koleus. Gałęzie wprost uginały się od dorodnych, ciemnoczerwonych wiśni. Były dojrzałe, a wiele z nich leżało już na ziemi, zniecierpliwione tym, że nikt ich jeszcze nie zerwał. Elf wciąż miał w torbie racje żywnościowe, jednak wizja soczystego posiłku w zasięgu dłoni...
Spokój. Coś czego elf nie odczówał przez większość swojego życia. Można by rzec, że właściwie nigdy go nie doświadczał. Jednak idąc, cofając się w swej podróży, miał wrażenie, iż uczucie które mu towarzyszyło, mogło być tak określone.
Nie zapomniał przeszłości, doskonale wiedział, że może go dopaść. Wiedział, że może zamieszać mu w życiu w chwili, w której najmniej się tego będzie spodziewać. Zbyt wiele śmierci, zbyt wiele krwi i łez zostawił za sobą, by czuł się pewnie i bezpiecznie.
Nie bał się jednak tego. Nie bał się bo miał teraz jasny cel przed swoimi oczami. Nie musiał błądzić bez celu patrząc czy przypadkiem ktoś nie siedzi mu na ogonie. Jego drogą było zdobywanie siły. Musiał stać się silniejszy i potem jeszcze bardziej, by czuć w sobie potęgę. Chciał być wojownikiem którego imię będzie wzbudzać trwogę.
Potrzebował jednak do tego pomocy. Potrzebował mistrza by go przewyższyć. I tego postanowił się trzymać.
Ale wielkie plany nigdy nie są łatwe w realizacji. Koleus mimo, że nigdy nie miał problemów z orientacją to powrót w cale nie zapowiadał się wesoło.
W dodatku głód, jego wieczny towarzysz, który odwiedzał go stanowczo zbyt często, znów dawał się we znaki.
Koleus nie miał w zwyczaju kraść. Ale owoce które go same nawiedziły, były zbyt piękne by ominąć je bez bliższej integracji. Zbyt pociągające by ich nie dotknąć. Zbyt blisko by ich nie skosztować.
Dlatego też, nim się zorientował, zebrał owoce z ziemi i bacząc by nie zjeść zbyt dużo robali, począł napełniać swój żołądek.
Drobny wiatr gładził włosy elfa, nie stroszył ich jednak. Był delikatny, ochładzał ciało zmęczone podróżą i kołysał gałęziami drzew, wzburzając szeleszczące listowia do zagrania leśnej pieśni na powitanie swojego gościa. Wybawcy, który zdejmie brzemię owoców, dając odpocząć spracowanym drzewom.
Nic z tego. Czerwonoskóry jakby na złość, najpierw rozejrzał się, a gdy zobaczył, że w okolicy nie ma nikogo, niczego prócz flory, podszedł do sadu. Nie zerwał jednak owoców, oj nie. Zamiast tego uklęknął, zbierając do jednej dłoni wiśnie, zagłębione gdzieś pośród gęstej, niepielęgnowanej trawy. Szło mu to powoli, ale nie mozolnie. Wyłuskiwał raz i kolejny, cały czas mając się jednak na baczności.
Jadł, ale do nasycenia brakowało mu jeszcze dużo. Dziesięć minut, jakie upłynęły, był wystarczające, by zapełnić żołądek owocami z drzewa, ale definitywnie niewystarczające, by postąpić tak z tymi, które samoistnie spadły.
Nie spieszyło mu się, to prawda. Na nadejście zmierzchu poczekałby dobre kilka godzin, może cztery, pięć. Dlatego nic nie stało na przeszkodzie, by podjeść sobie te, które i tak miałyby zgnić. Koleus nie był może najbardziej praworządną osobą kroczącą po świecie, ale miał w życiu swój kodeks. Honor, uczciwość. No i wyzbycie się kradzieży.
Koleus z pewnością nie był praworządną osobą. Jego dotychczasowe życie wskazywało nawet na to, że był kryminalistą, na pewno osobą ściganą przez ludzi to prawo reprezentujących. Nie lubił kraść, po prostu.
Jednak mozolność z jaką zbierało się owoce z ziemi była przytłaczająca. Miał nadzieję, że pójdzie to szybciej. Właściwie jeśli zerwie kilka owoców nic nikomu się nie stanie. A nawet jeśli, to nic poważnego.
Jeśli ktoś będzie miał problem niech mu to pokaże. Elf z chęcią przetestuje swoje ciało, czy tych kilka wskazówek, które uzyskał, w czymś mu pomogą.
Jego żądza krwi ciągle się w nim gotowała. Była jednak przytłumiona jasno określonym celem. To jednak nie przeszkadzało jej wybuchać przy najmniejszym wstrząsie. Wystarczy słowo, gest, które na prawdę wyprowadzą Koleusa z równowagi, a nie zapomni przetestować również kolce. Czy też nadal są ostre.
Zbieranie owoców to praca dla cierpliwych. Wyłapywanie tych, które spadły na ziemię i zapadły się w trawie, to praca dla anielsko cierpliwych. Koleus wiedział, że tej nocy i tak spadnie tyle owoców, że pożywienia starczyłoby mu przez tydzień. Kilka wiśni w tę czy tamtą nie robiło różnicy, nie w przypadku tak olbrzymiego sadku, którego końca nie było nawet widać.
Powstał, zjadł trzymaną w dłoni zdobycz. Owoce były słodkie, niektóre z nich były już spękane i o wrażliwej skórce, przez co kilka kropel soku pozostało na dłoni elfa. Ta sama dłoń wyprostowała się, sięgając do pierwszych, wiszących już, wiśni. W momencie, kiedy dotknął ich opuszkami palców, nagła łuna światła o sile kilkunastu słońc ugodziła go w oczy, przez ułamek sekundy odbierając wzrok. Gdy zamrugał nimi kilkakrotnie, ujrzał strzelisty, jasnozielony słup światła wbity pionowo w ziemię, kilkadziesiąt metrów przed Koleusem. Słup wybijał się spomiędzy drzew sadu, błyszcząc się to kolorem pistacjowym, to przechodząc zaraz w delikatny błękit, by zaraz znów powrócić do jasnozielonego. Wyglądało to jak ogromny, emitujący światło szklany słup wypełniony wodą, która bez przerwy cyrkulowała i zmieniała barwę. Zjawisko to, początkowo zaskakujące, następnie piękne i harmonijne, zniknęło po kilkunastu sekundach. Po prostu zaczęło zwężać się ku sobie aż do osiągnięcia cienkiej, pionowej kreski, która to wkrótce ścieśniła się jeszcze bardziej, do stanu, w którym dalsze zauważenie jej nie było możliwe. Filar zanikł tak szybko, jak się pojawił. Pozostawiając tylko lekko skaczące mroczki przed oczami. I nasuwające się pytania, co to do cholery mogło być.
Koleus zupełnie nie wiedział co przed chwilą miało miejsce. Nie rozumiał zupełnie tego co się wydarzyło. Z pewnością nie było to nic naturalnego. Jedyne co przyszło mu do głowy to to, że być może jest to jakiś alarm. Zabezpieczenie przed złodziejami. Coś takiego musiało być widoczne z bardzo daleka, a i na pewno drugi raz nikt sięgać po owoce nie będzie.
Na pewno nie Koleus. Takie zjawiska nie były z kategorii lubianych. Szybko wytarł ręce do trawy. Wolał by nie było widać, że są brudne. Podniósł się i ruszył dalej.
Był zirytowany bo owoce mu smakowały. Ale wolał odpuścić i nie igrać z czymś czego nie pojmuje. Chciał iść ciągle w kierunku, w którym wydawało mu się, że znajdzie wejście do Gór. Znów do tunelu. Musiał zatem ominąć sad. Udał się więc okrężną drogą Kierując się na zachód.
Pierwsza myśl: alarm. Zjawisko widoczne z daleka, dające po oczach, w celu wystraszenia złodzieja. I z tą myślą Koleus pozostał. Wytarł ręce, jednak czynność ta nie przeniosła mu oczekiwanych korzyści. Plamy musiałby potraktować wodą. Zwykłe szorowanie trawą nie pomogło.
Podniósł się. Obrócił się przez lewe ramię, by być skierowanym na zachód. Łańcuch górski był dosłownie na wyciągnięcie ręki. Tereny te były uboższe w strzelistą zieleń, ustępując miejsca mniejszym, karłowatym, typowo górskim krzakom. Nadal jednak był to piękny, całkowicie zielony krajobraz, który różnił się od poprzednich tylko tym, że zasięg wzroku był odpowiednio wydłużony, co pozwalało na obserwację stoku górskiego i wyłapywanie ewentualnych dróg i wejść do jaskiń.
Podróż wzdłuż sadu, trzymając do niego dystans parudziesięciu metrów, wydawała się nie odstępować od normy. Elf jednak czuł się inaczej. Wciąż widział przed oczami błysk turkusowego słupa. Jego nogi napotkały na opór małych, dzikich krzewów, które z trzaskiem łamały się pod naciskiem jego chodu. Szedł już tak lekko spowolniony kilka minut, a końca nie było widać. Długi rząd niezliczonej ilości drzew musiał mieć przynajmniej kilometr, jak nie więcej. Każde z drzew uginało się od owoców, wyglądem nie różniąc się od tych z początku sadu. Monotonia, przerwana rozbłyskiem, wciąż pozostała monotonią.
I jak to na monotonie przystało, była okropnie denerwująca. Elf stawiał krok za krokiem, nie bardzo wiedząc o czym ma choćby myśleć. Ostatnie wydarzenia troszkę go wyczuliły na różnego rodzaju pościgi i pułapki.
Krótki przerywnik w tym długim marszu nic do niego nie wniósł, prócz ubrudzonych rąk i tęsknych myśli za powodem tych plam.
Nie do końca wiedział ile jeszcze trwało nim w końcu nie wytrzymał i zrezygnował z obejścia. Postanowił skrócić sobie marsz i przejść przez sad.
Nie należał do tych strachliwych. Niech no tylko ktoś spróbuje mu coś zarzucić. Byłby nawet zadowolony jakby kogoś spotkał. Przynajmniej tak mu się wydawało. Kości świerzbiły go domagając się ofiary. Już tak dawno nie kosztowały krwi. Stanowczo zbyt długo.
Koleus zrezygnował z wymijania sadu. Brodzenie w gęstowiu krzewów spowalniało go i haratało kolcami jego kostki. Nic przyjemnego. A wkroczenie na ścieżkę w sadzie, ozdobioną dziesiątkami, setkami leżących owoców, przyniosło natychmiastową ulgę.
Pytanie tylko, jak długo mógł odczuwać ten komfort. Usłyszał bowiem w pewnym momencie koński tętent. Wielokrotny. Gdzieś za nim. I zbliżający się w jego kierunku. Bardzo szybko się zbliżający. I mimo, że elf nie miał fizycznej możliwości zauważenia ich, wszak ścieżka sadu ograniczała pole widzenia, to był przekonany, że jeśli faktycznie zmierzali akurat w jego stronę, to w przeciągu paru minut powinno im się to udać. A owocowe sady miały to do siebie, że jeśli ktoś wędrował ich ścieżkami, to był bardzo łatwy do zauważenia, jeśli tylko jeden z konnych wybrałby akurat tę, którą wędrował krwawy.
Była to pierwsza myśl, która się mu nasunęła po usłyszeniu hałasu. Cóż miał począć? Gdyby się schował lub zaczął uciekać, każdy by stwierdził, że ma coś na sumieniu. Choć Koleus na pewno nie należał do osób którzy mogli by się chwalić czystym sumieniem, nic w tych stronach jeszcze nie uczynił, co mogłoby skonfliktować go z jakimś nadzorem porządku.
Czyżby znaleźli go przyjaciele sztywnego szlachcica?
Głupota. Zaraz wyrzucił z głowy te absurdalne myśli. Pozbył się już tarczy a jeźdźcy przybyli tutaj z pewnością przez ten cały błysk.
Jego jedynym utrapieniem były brudne ręce, które stanowiły dowód tego, że to właśnie on zerwał owoce. Ale cóż mu właściwie mogą zrobić za taką drobnostkę?
Niech no tylko spróbują.
Nie zmienił swojego tępa. Nadal spokojnym marszem zmniejszał dystans do swojego celu - ku spotkaniu Krevana.
Błąd? Nawet jeśli, to co mogli mu zrobić? Ukarać za zerwanie kilku owoców, które i tak by zgniły, niezbierane przez mieszkających pewnie gdzieś w okolicy chłopów? Z drugiej jednak strony, zdołał się spotkać z różnorakimi interpretacjami prawa. W każdej wiosce te miało inny oddźwięk i rządziło się swoimi indywidualnymi prawami. Skoro już raz wyskoczyli na niego z widłami i kamieniami, dlaczego tym razem miało być inaczej?
Ale szedł dalej, niewzruszony. Na pewno uciekając tym bardziej potwierdziłby przed wszystkimi, że coś jednak zrobił, co ścigane i piętnowane być powinno. A kto mógłby go odszukać w tym miejscu, ktoś, kto ma mu coś do zarzucenia? Elf zatopił się w leśną gęstwinę, pozbył się przedmiotów będącymi kluczowymi, obciążającymi go dowodami... Tempo zachował. Konni swojego tempa tym bardziej nie zmienili. A może nawet przyspieszyli, albo było to serce Koleusa?
Szedł spokojnie, ale nasłuchując. Normalnym marszem, ale z każdą minutą konni zbliżali się na niebezpieczną odległość. W końcu gdy obejrzał się, dało się zauważyć jednego z nich gdzieś daleko za nim, galopującym w jego kierunku. Z rozlegających się bliźniaczych dźwięków dało się wydedukować, iż w pozostałych rzędach również znajdowali się konni.
Elf miał może dwie minuty nim ci dogonią go. Drzewa stały w rzędach gęsto jedno obok drugiego, więc na pewno takie masywne zwierzę jak koń nie przebiłoby się, gdyby krwawy zmienił zdanie i jednak postanowił odbić w lewo, poza sad.
Ale czy była to konieczność? Co mogli mu zrobić, co zarzucić? Przecież sumienie miał czyste... Nieprawdaż?
Elf nadal stawiał krok za krokiem. Nie lubił tych myśli które pchaly go ku ucieczce. Był krwawym Koleusem, nie lubił tchurzostwa.
Mimo wszystko nie miał ochoty być staranowanym przez pędzące zwierzę, dlatego gdy już niewielki dystans będzie go od niego dzielić, zrobi sobie przerwe w marszu robiąc przy tym miejsce jeźdźcy. Po prostu zejdzie na chwilę z dróżki.
Życie lubi ostatnio płatać mu figle, dlatego jego oczy uważnie badały teren szukając zagrożenia, czy to od strony jadącego czy też otoczenia.
Szedł dalej. Tętent koni nasilał się. A Koleus zdołał zaobserwować, kto lub co kierowało tym koniem. I wtedy jego serce stanęło. Jeździec był uzbrojony w kolczugę, która wydawała się być bliźniaczo podobna do tej, którą nosił na sobie elf. Ale to nie kolczuga była głównym powodem zaaferowania jeźdźcem. Nie był to długi, jednoręczny miecz, wyciągnięty, trzymany luźno w dłoni. Źródłem okazała rzecz prozaiczna, a mianowicie materiał przewieszony przez ciało, toga typowa do zasłonięcia błyszczącej zbroi. A na todze, jak to bywa w możnych, szlacheckich kręgach, musiało być coś wymalowane. A malunek ten był prosty i doskonale znany Koleusowi. Szachownica w zielono-złotych barwach. I jakieś zwierzę w samym środku.
Zza drzew w sąsiednim rzędzie wyłaniał się identyczny jeździec, też człowiek. Różnił się tylko kolorem włosów - ten miał włosy blond, a ten, który za chwilę miałby wymijać Koleusa - brunatne. Ale jeździec nie wyminął elfa, nie udał się dalej, zostawiając go samemu sobie. Miast tego zatrzymał się, z wciąż trzymanym mieczem. Długim jak ten od...
- Zatrzymaj się - powiedział we wspólnym, z doskonałym, imperialnym akcentem.
Miecz skierował w jego stronę, ale nie by zaatakować, a raczej by przekazać realną groźbę, co mogłoby się stać, gdyby Krwawy Koleus nie postąpił zgodnie z poleceniem. Drugi, widoczny konny również zatrzymał się, na tej samej wysokości, co pierwszy. Wsłuchując się w dźwięki dalszych kawalerzystów, i następni przystanęli w tej samej, równej linii. I mimo, że nie dało się ich dostrzec, dało się ich obecność odczuć.
Usłyszał w głowie elf. Dlaczego teraz? Dlaczego tutaj? Przecież nie miał już rzucającej się w oczy tarczy. Nie narobił nigdzie kłopotów. Dlaczego ta przeklęta szachownica musiała znów obrzydzić Koleusowi życie.
Zatrzymał się, a jakże. Ucieczka nie wchodziła za bardzo w grę, gdyż Koleus konia nie miał, a szybszy na pewno nie był. Nawet jeśli koń nie przebiłby się przez gęstwinę, z pościgiem by raczej nie wygrał.
Uspokój się.
Emocje nie są sprzymierzeńcem, elf niejednokrotnie się o tym przekonał. Musiał zachować spokój. Nie pozwoli się przecież ot tak wydać jakimś tam szlachciątkom. Musiał zachować pozory. Musiał udawać zaskoczonego. Musiał ich przekonać, że niczemu nie jest winny. Nic nie zrobił. Nic nie wie.
Nie ruszył się. Głęboko oddychając uspokoił swój organizm. Był czujny. Jeśli go zaatakują będzie się bronił. Nie podda się tak łatwo.
Spokojne oddychanie. Kontrola sytuacji. I racjonalne zatrzymanie się, by nie wzbudzić zbytnich podejrzeń.
- Dobrze. A teraz zdejmij plecak, powoli, i rzuć go w moją stronę.
Mężczyzna był w sile wieku, ale postawę i ton głosu wyćwiczone miał do perfekcji. Czuć było, że nie znosił sprzeciwu. Nie, żeby przy jakiejkolwiek próbie nieposłuszeństwa nie usprawiedliwić użycia broni, ale, bo z oczu nie patrzała chęć gniewu, a prędzej chłodne, zdyscyplinowane podporządkowanie się odgórnym regułom.
Elf usłyszał, jak kolejni konni schodzą z wierzchowców i kierują się w ich stronę. W stronę niemego Koleusa, w stronę zbrojnego, trzymającego skierowany w jego kierunku miecz. Póki co nie zaatakowali. Nie rzucili się na niego, nie przestrzelili mu pleców bełtem z kuszy, nie...
Do grona dołączył drugi z rycerzy, z rzędu obok. A potem kolejny, z następnego. I następny. Łącznie cztery osoby. Otoczyli krwawego piersiami ze stali. A tak właściwie z kolczugi. Tylko jeden z nich, wydający się być najstarszym, miał na sobie zbroję płytową. A był to ciemnowłosy, choć siwiejący już jegomość. Jego zamaszyste wąsy były z rodzaju tych, które powodują obawy, iż zakładany hełm nie wejdzie na całą głowę, tylko właśnie zatrzyma się na nich, na tych gęstych, niewzruszonych wąsach wystrzelonych na boki. Poza tym nie różnił się niczym od reszty. No, miał miecz zdobiony przy jelcu, ale tylko to. I to właśnie on przemówił do Koleusa.
- Nareszcie cię mamy, ptaszynko - uniósł palec tak, by móc zawijać nim wąsa. - A teraz odrzuć swój plecak i połóż się brzuchem na ziemi. Tylko bez żadnych gwałtownych ruchów, bo moi chłopcy przedziurawią cię jak sito.
Elf doskonale pamiętał umiejętności Starka. Były na wysokim poziomie, być może nawet większym od Koleusa. Tymczasem miał przed sobą kilku tego typu ludzi.
Co robić?
-Nie zrywałem owoców- zaczął elf -Zbierałem te z ziemi. Czy to tu jest zakazane? I tak by zgniły.-
Podczas tłumaczenia im swojej niewinności, patrzył na nich uważnie i na jakieś szanse ucieczki. Czy jakaś istniała? Na razie nie zrobił gwałtownego ruchu. Nie oddał im też plecaka. Miał przy sobie przecież klejnoty i miecz, oraz sztylet. Tarczy się pozbył by nie przyciągała osoby trzecie. Ale był pewny, że w takiej sytuacji równie dobrze mógłby ją mieć przy sobie.
No i nie spotkał krwawego elfa. Był tu prawdopodobnie jedynym. Nie miał żadnych argumentów by udowodnić swoją niewinność, w końcu był winny.
Krótko mówiąc był w dość nieciekawej sytuacji. Monotonność byłaby lepsza. Walka była jego życiem, ale nie rzucał się często na takie, które praktycznie były z góry skazane na przegraną, ta z pewnością taką była.
- Zbierałeś owoce, co? - spytał retorycznie starszy zbrojny. - Zbierałeś owoce z ziemi?! - niemal krzyknął, rozpościerając ręce na boki i obracając się lekko, w pełni uśmiechnięty. Reszta zawtórowała mu skromnym śmiechem. - Patrzcie no państwo, jeż tylko chodził po ściółce leśnej i podjadał to, co i tak by zgniło! Dlaczego wysyłamy na niego całą gwardię konnych? Przecież on niczym nie zawinił, czysty jak łza!
Tym razem spotkał się z szczerszą wrzawą i śmiechem.
- Dobra, knypie - wskazał go palcem, tym samym, którym przed chwilą zawijał swego misternego wąsa. - Sprawy takie jak te zawsze można rozwiązać na dwa sposoby. Skoro nie masz zamiaru współpracować, to ja już cię do tego nakłonię! - podniósł głos, ale nerwy pozostały na swoim miejscu. Doskonale kontrolował emocje mimo niesubordynacji zatrzymanego. - Naprawdę mamy ciekawsze rzeczy do robienia, niż użeranie się z tobą i twoją wolą przetrwania. A trochę krwi czerwonych ścierw zebrał już mój miecz, więc nie zrobi mu to różnicy, jedna kropla w tę czy tamtą, nieprawdaż?
Podszedł do elfa i zbliżył ku niemu brzytwę miecza tak blisko, że ta niemal zahaczała mu o nos. A że z oczu jegomościa ciężko było wyłapać, czy ma on zamiar go zaraz zabić, czy tylko mu grozi, droczy, się, cała uwaga skupiła się tylko na mieczu, który był ostatecznym zwiastunem tego, do czego dążył przywódca. Ale po chwili cofnął broń, tłumiąc w ustach przekleństwo.
[...]Zbrojny: Test: Władanie: Długi miecz: k20(14) + 42 = 56 // ST = 22/44 (obrona: nieprzygotowany)
Sukces, trafienie w ciało
Obrażenia: 4k10(6 + 5 + 2 +7) + 12 = 32 (rana x4)
Jak bardzo Koleus nie wytężał swych zmysłów, jak bardzo uważał na zachowanie starszego przywódcy, tak wielką czuł gorycz, że człek ten zdołał zadać mu taki oczywisty, zaskakujący cios, przed którym nie udało mu się uciec. Ale nic dziwnego, gdyż ten stalą operował jak szalony. Ta wprost gwizdała w jego dłoni. Ale nie gorycz, ale ból przeszył elfa na skroś. Pulsujący ból prawej nogi i ciepło krwi spływającej po kostce, po stopie, aż do zapadnięcia się w gęstwinę traw, barwiąc ją na karminowo. Noga załamała się pod nim, a on sam upadł wprost na twarz, pod same stopy tego, który wymierzył cios.
- A może teraz, co? Skoro siła argumentów nie wpłynęła zbytnio na twój prosty, jeżowaty zalążek umysłu, to może argument siły przemówi ci do rozsądku?
Elf w pierwszym momencie czuł wstyd, wstyd wymieszany z bólem. Nie pomylił się. Mógłby walczyć gdyby był jeden na jednego. Ale przeciwników było zbyt wielu, elfa ogarnęła złość, wszystkie jego mięśnie napięły się by po chwili zacząć się trząść. Powodem tego był śmiech. Wybuchnął śmiechem i sięgnął po plecak.
Był zmęczony. Cały ten czas uciekał przed tym i bał się tego. Nie znosił tego uczucia. Jednak strach, który dotąd tak głęboko siedział w elfie, wraz z krwią wypływającą z rany, zniknął. Na jego miejsce wspinała się nienawiść.
Podniósł bezczelnie oczy i upuścił swój plecak przed siebie.
-Długo mnie szukaliście, pajacyki.- odparł. Już się nie śmiał, ale jego usta wciąż wykrzywiały się w drwiącym uśmiechu.
Prawdopodobnie nie mieli go zabić, bo już by to zrobili. Może powieszą go publicznie? Ta wizja mu się nie podobała. Z pewnością nie będzie błagać o litość. Dosyć uciekania.
Miał ogromną ochotę kogoś zabić. A przywódca właśnie wylądował na pierwszym miejscu listy.
Musi poczekać, musi choć troszkę odzyskać siły by wypruć mu flaki. Pewnie nie będzie okazji ale ta wizja była kusząca.
Był gotowy zrobić Unik, przynajmniej spróbować, jeśli znów zostanie zaatakowany. -I co teraz?- zapytał.
Wykonanie jakiegokolwiek manewru uniku, odskoku czy nawet ataku były w sytuacji obecnej bardzo utrudnione. Elf wprawdzie podniósł się do pozycji półklęczącej, ale do stanięcia na nogach potrzebował dużo siły. Więc zamiast tego zaczął się śmiać. Śmiał się i zdejmował plecak, który po chwili rzucił nieopodal, przed siebie.
Śmiech szaleńca rozległa się po całym sadzie. A nawet i dalej.
- Diaboł li to? - szepnął jeden z młodszych konnych, niemal przerażony dziwacznym zachowaniem Koleusa. Zachowaniem niepodobnym do zachowania każdego zwykłego człowieka czy elfa, który miał śmierć przed oczami. Śmiech był już oznaką utraty wszelkiej nadziei. Wtedy, gdy błagalne tony ustępowały histerycznym śmiechom, wtedy można było przyjąć, iż los tej postaci został już przypieczętowany.
Torba przekazana była stojącemu obok brunetowi. Temu, który pierwszy ujrzał obiekt pościgu. A ten począł ją pieczołowicie przeglądać.
- Co teraz? - mruknął siwowłosy. - Teraz zadamy ci kilka pytań, a ty na nie odpowiesz. Za dobrą odpowiedź nagrodzę, za złą ukarzę. Rozumiemy się? Podnieście go do pionu! - rozkazał. Od razu jeden i drugi chwycili go pod pachę i podnieśli. Lewy goleń zaprotestował, ale stanął w końcu na nogach. Z mniejszych bądź większym bólem. A ten ból należał do tej drugiej kategorii. Nadal, mimo całkowitego zżycia się z kwintesencją cierpienia. Puścili go. Ustał.
- Pierwsze pytanie: Dla kogo wykonywałeś zlecenie?
Elf westchnął. Oto pytanie na które zawsze udzieli złej odpowiedzi. Gdyby wymyślił kogoś, szybko by się zorientowali, że ich okłamał. Jak powie, że dla nikogo, to również uznają, że ich okłamał. Tak czy siak będzie źle.
Dlatego rzekł:
- Wynajął mnie człowiek o imieniu Hadron. Łaził z takim groźnym pieskiem podobnym do was. Idiota wlazł na pułapkę. Bogatego jegomościa zabiło ścierwo co rzucało zaklęciami jak popierdolone. Wiedziałem, że wszystko będzie na mnie, bo przeżyłem to piekło. Ot cała historia.-
Właściwie to nie kłamał. Pominął może tylko fakt, że bogacz chciał go zabić, przez co sam zginął. No i w wiosce kilka trupów również zostawił.
Nie istniała dobra odpowiedź. Każda opcja, jaką mógł sobie wyobrazić, przynosiła tylko złość, która szybko mogła znaleźć ujście na wiadomym celu.
- I my mamy uwierzyć w te bzdury? - parsknął starszy, zbliżając swoją twarz do twarzy elfa. - Paskudna facjata, jakbym widział moją starą... Tfu! Rzygać mi się chce, jak na was patrzę. Degeneratów. Złodziei. Morderców. Do jednego tylko zdolni. Zapytam jeszcze raz: Dla. Kogo. Pracujesz. Takie narzędzia jak wy nigdy nie potrafią działać samodzielne. Jesteście tylko marionetkami w teatrze cieni...
- Znalazłem! Spójrzcie na to! - krzyknął człowiek przeszukujący dobytek Koleusa.
Starszy, dręczący go mężczyzna oddalił się od elfa i spojrzał na przedmiot trzymany u tamtego w dłoni. Znów zmełł w ustach przekleństwo i odwrócił się ponownie do przesłuchiwanego. Trzymał w wolnej ręce torbę. Torbę, która należała do nikogo innego, jak...
- Więc udało ci się zlokalizować miejsce przebywania Hadrona, zabiłeś naszego druha, Starka, zabiłeś samego Hadrona, a potem uciekłeś z łupem. Wizja prosta doskonale uzupełniająca się. Ale wiadomym jest to, że taka pacynka naszpikowana szpilami, niezdatna do samodzielnego myślenia. Tak więc zapytam po raz ostatni - chwycił elfa za ubrania i szarpnął kilka razy. - Kto zlecił ci zabójstwo Hadrona Złotego Gryfa, obiecującego następcę Teandira Złotego Gryfa na dworze Rady Sześciorga?!
Elfowi zakręciło się w głowie od tych tytułów. Dlaczego musiał trafić na takie gówno? Ten wkurwiający szlachcic był na prawdę kimś wysoko postawionym. Koleus z pewnością już nie żył.
Westchnął.
-Powiedziałem co się wydarzyło. Jeśli zabierzecie mnie nad jezioro, mam w plecaku mapę, pokażę wam truchła tych obrzydliwych stworzeń i waszych ludzi. A rzeczy wziąłem, bo obiecali mi nagrodę, a zdechli. Szczególnie ten wasz kompan zachował się idiotycznie. Prawie wszyscy przez niego zginęliśmy.-
Cóż za głupia sytuacja. Koleus był wściekły. Czuł się jak kundel którego zamknięto w malutkiej klatce i dźgano ostrymi kijami.
- Mapę? Jaką mapę? O jakiej mapie on gada? - parsknął starszy. - Tu nie miało być żadnej mapy! Tu mało...
- Mówi prawdę.
Głos ten, świeży dla uszu Koleusa, wydał odziany w lekkie, wygodne, powłóczyste, ciemnoniebieskie szaty człowiek, zbliżający się konno do zgromadzonych. Gdy tylko zsiadł z konia, stanął przy elfie. Pokręcił głową. Jego twarz była młoda, a na wielkim nosie miał małe okulary o czarnych oprawkach. Jego brunatne, zaczesane do tyłu włosy dawno zdołał rozbić wiatr, z jaki musiał się zmierzyć podczas jazdy konnej. A wzrostem przerastał każdego.
- Ech, co oni z tobą zrobili...
Pokręcił znów głową w dezaprobacie. Może jednak tliła się ta iskierka nadziei, że wyjdzie z tego w jednym kawałku?
- Widzisz, jakbyś tylko chciał zeznawać prawdę, to tyle zła by cię ominęło... A tak... - odwrócił się plecami. - Powiesić go.
Tak więc miało się to stać. W tym miejscu, w odciętym od świata rustykalnym sadzie, gdzie nikt nawet nie chodzi zbierać owoców, dokonać żywota miał on, Krwawy Koleus. Chwycili go za ramiona, w trójkę. Nie szarpał się, nie wypuścił kolców.
- Łańcuch - rzekł niebieski jegomość.
A gdy po sekundzie otrzymał wspomniany łańcuch, który nie był jednostajnym połączeniem ogniw, a ciągiem ogniw i rozdzielenie się tych dwóch na dwa kolejne, odbijające na boki. Niczym rozdroże, tak teraz ten łańcuch. Dwa rozgałęzienia miały zrozumiałe zatrzaski, jak kajdany. Te spoczęły na nadgarstkach Koleusa, wpijając się mocno w skórę. Drugi koniec przerzucili przez jedną z wyższych gałęzi drzew, wystarczająco mocną, by utrzymać trójkę Koleusów. Gdy ogniwa spadły na ziemię, dwójka rycerzy poczęła je ciągnąć w dół, jednocześnie podnosząc w górę Koleusa. Boleśnie. Za nadgarstki. Po chwili nie czuł już gruntu pod stopami. Miał do niego dobry metr.
I tak wisiał. Nie na pętli, ale na łańcuchach, jak w jakimś lochu. Może to właśnie był loch? Loch w otoczeniu cudownie pachnących, dojrzałych owoców wiśni, w całkowitym pustkowiu?
- Nigdzie się stąd nie wybierasz - parsknął starszy zbrojny, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Powiedział coś konkretnego? - spytał cicho człowiek w niebieskiej szacie.
- Nic wartego uwagi. Jego linia obrony jest taka, że królewicz sam go najął, a potem oni zginęli, a on tylko zagarnął ich dobytek w ramach wynagrodzenia.
- Pieprzenie. Tak w ogóle to moglibyście mu zdjąć tę kradzioną kolczugę, nawet nie pasuje na niego.
- Kolczuga zostanie. Niech jej ciężar będzie mu zmorą. Powisi trochę i poczuję brzemię, na jakie złodziej zasługuje.
Był mocno wkurzony. Ogarniała go tak ogromna złość, że nawet nie miał ochoty walczyć. Był wściekły do tego stopnia, że ta złość go paraliżowała.
Gdy dotarło do niego co o nim mówią, znów zachciało mu się chichotać.
-Czyli mi nie uwierzycie? Wybaczcie.- przestał chichotać i spojrzał na człowieka ubranego w niebieski -Jestem za głupi by wymyślić jakąś historyjkę. Z pewnością nie chcecie znaleźć ciała królewicza, by godnie go pochować, wolicie karmić się swoimi chorymi przypuszczeniami. Bo oczywiście wy macie racje.- znów wybuchnął śmiechem. - Wasze paniątko też się tak wywyższało i co? Zostało zabite przez jakieś szkaradne ścierwo. Aż żałuję, że to nie ja pozbawiłem go życia, skoro i tak wszyscy będą winić mnie.- i znów przestał się śmiać a twarz wykrzywiła się przepełniona nienawiścią -Aroganckie, cwane, książątko. Będzie gnić zapomniane w tej nędznej dziurze.- po tych słowach splunął na ziemię - Zachciało się rodzinnych tajemnic. Zachciało się pierdolonej pradawnej mocy. Jedyna pradawna moc to śmierć i teraz o tym wie.-
Chichotanie okazało się być tylko kolejną katorgą dla rozpiętego ciała Koleusa. Każdy większy ruch skutkował wbijaniem się metalowych kajdan w głąb skóry, powodując potworny ból. Dlatego przestał i skupił się na samej obeldze słownej. I mimo, że trafił, jak mu się wydawało, w czuły punkt, to starszy zbrojny najpierw podszedł do niego z zaciśniętą pięścią, by zaraz potem samemu go wyśmiać.
- Myślisz, żeś taki mądry, co? Że wystarczy jedno słowo, a już rzucimy się na ciebie i zagryziemy na śmierć? Nie jesteśmy tacy jak wy. My, cywilizowani ludzie, trzymamy się zasad.
- Bogowie, nawet zdarł zeń biżuterię... - rzekł rycerz przeszukujący dobytek. - Ty bestio. Krew na klejnotach, na srebrach...
Słońce powoli chowało się za pasmami górskimi na zachodzie. Mimo wszystkiego, to powiesili go dobrze. W Erxen były wszak cudowne zachody słońca. Malownicze, spokojne... Pozwalające na zapomnienie o wszystkich utrapieniach, znajdujących się tuż pod jego stopami. Strażnicy, o dziwo, dali mu spokój. Na tyle, że zdołał zasnąć. Nie dlatego, że był śpiący, ale dlatego, że był niezmiernie przemęczony.
- Wykrwawi się.
- A ja nie chcę go martwego.
- Jeszcze nie teraz.
Obudził się w nocy, przez silny wicher, który zawiał konarami i ponownie wbił metal obręczy w jego nadgarstki. (4 punkty obrażeń) Księżyc widniał wysoko na niebie, oświetlając swą pełnią sad. Większość rycerzy spała. Konie stały w jednym miejscu, przywiązane do drzewa. Noga przestała go boleć. Ku jego zdziwieniu miał na niej profesjonalny opatrunek, który zastopował dalsze krwawienie, które doprowadziłoby do jego niechybnej śmierci.
- Ej, elfie.
Ktoś za nim. Człowiek w niebieskich szatach. Koleus nie mógł się jednak rozejrzeć na tyle, by go spostrzec. Ten go wyręczył i stanął zaraz przed nim.
- Słuchaj mnie - zaczął umiarkowanym szeptem. - W rzyci mam dla kogo pracujesz. Ja jestem tu tylko z jednego powodu. By odzyskać ciało mego pana nim zrobią to robaki i muchy. Tak więc proponuję ci... - zrobił przerwę, rozejrzał się, czy nikt nie podsłuchuje - uczciwą ofertę. Ty nam powiesz, gdzie on jest, a ja cię wypuszczę, jakby nigdy cię tu nie było. Zrozumiałeś? Pozyskaliśmy jego mapę i notatki z torby, ale są za mało klarowne. Mogłoby nam to zająć tydzień, a wiesz, jak to jest z ciałem ludzkim, pewnie wiele z nich pozbawiłeś życia. Już na czwarty dzień pojawiają się muchy, składające larwy w oczodołach. Robaki, wyjadające tkankę. Potem pęcznieje brzuch od gazów, aż wybucha... Kuźwa, im szybciej się dowiemy, tym lepiej. Dlatego powiedz mi, tu i teraz, w tajemnicy. Gdzie znajduje się ciało Hadrona?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum