Zbyt długa tułaczka potrafi znużyć każdego człowieka. Nawet najbardziej wytrawny poszukiwacz przygód, gdy zbyt długo pozostanie bez celu, zwyczajnie zatraca w sobie serce do dalszej drogi, tak znamienne dla tych ludzi. Oni jednak zawsze do kogoś pasują, mogą znaleźć podobnych sobie, a jeśli tylko znudzą im się wędrówki, mogą osiąść w jakimś mieście lub bezimiennej wiosce, zasymilować się ze społeczeństwem. Tak działo się przynajmniej w Imperium, jednym z dwóch państw ludzkich.
Niestety, w Siegvaardzie było inaczej. W Siegvaardzie nie było czegoś takiego, jak poszukiwacze przygód. Byli chłopi, byli mieszczanie, była szlachta, byli arystokraci i był cały zastęp duchowieństwa. Każdy miał swoje miejsce, swoje zadania. Dlatego Dorogan był sam.
O, według prawa był wiele lepszy od chłopów czy mieszczan. Miał swój herb. Miał kiedyś zostać Ritterem, rycerzem w pełnej krasie. Ba! Może nawet jakimś grafem! Ale teraz był bez ziemi, bez posiadłości. Był najniższym z klasy szlacheckiej. Nawet jeżeli traktowano go lepiej od wieśniactwa czy hołoty miejskiej, to i co z tego? Nigdzie nie pasował.
Nic więc dziwnego, że swe kroki skierował ku najbliższemu większemu miastu, do Hochfaust lub inaczej Kharad Ara, największej krasnoludzkiej twierdzy w Siegvaardzie, wydrążonej w zboczu Rdzawej Góry, w landzie Bergmark, na granicy dwóch prowincji – Marchii Crom oraz Middenberglandu, gdzie znajdowała się stolica landu. Twierdza regularnie była oblegana przez hordy zielonych bestii, wychodzące z okolicznych jaskiń ciągnących się do głębi ziemi. I choć krasnoludowie zawsze radziły sobie, a twierdza nigdy jeszcze nie została zdobyta, to było to idealne miejsce, do szukania najemniczej pracy. Cały land zresztą od zawsze borykał się z orkami i goblinami.
Ale nim podróżnik może dotrzeć do celu, musi przejść pierw drogę. Idąc do Hochfaust bohater wciąż miał do przemierzenia dużą część doliny Marchii Crom, gęściej zaludnionej niż góry. Nie raz więc trafiał na wsie, rozsypane po tak rzadkiej w tym landzie ziemi uprawnej. I tak Dorogan napotkał na swej drodze wieś Arschloch. Mieścina to jak każda inna. Drewniane domy kryte strzechą, parę stodół, pańskie owce i krowy na łąkach, pola zasiane zbożem. Zwyczajna wieś.
Lecz nie tego dnia. Ścieżka ku miastu poprowadziła Dorogana prosto przez środek wsi, jak to zwykle bywa. Tam jednak nie zastał tylko rozdeptanego pola błota i jednej wspólnej studni. Nie, na małym placyku tego dnia zebrał się spory tłum. Wytężając swój umysł, giermek doszedł do wniosku, że tego dnia nie odbywało się żadne z wielu świąt Siegvaardu. Nie był to dzień żadnego świętego. A mimo to zebrał się na tyle wielki tłum wieśniaków, że bohater nie potrafił dostrzec z zewnątrz cóż takiego znajdowało się w jego środku. Patrząc po twarzach chłopów pewnym było jedno – wieśniacy byli podnieceni i nie mniej przerażeni.
Życie potrafiło dać w kość. Kilka lat temu Dorogan miał wszystko: Tytuł, rodzinę, ziemię, nawet jakieś plany na przyszłość. Kilka tygodni temu, wyjeżdżając do Hexestaadt był dziedzicem, i miał właśnie objąć całkiem spory majątek. Teraz? Pozostał mu tytuł i herb. W Sieegvardzie było to bardzo dużo - oznaczało możliwość swobodnego poruszania się, noszenia broni. Większość mieszkańców oddałoa by całą swoją rodzinę i pół życia za coś takiego. Jednakże wśród szlachty nie znaczyło to nic. Bez ziemi i z piętnem herezji nawet najznamienitszy tytuł tracił na wartości. Owszem, ludze kłaniali się Doroganowi w pas, niemniej większość drzwi pozostawał dla niego zamknięta. Dlatego też musiał dostać się do jakiegoś większego miasta, zyskać trochę sławy i kontaktów, przysłużyć się jakiemuś potężnemu rodowi, i spróbować odzyskać dziedzictwo. Lub też osiąść w innym majątku. W krasnoludzkim mieście nikt nie będzie pytał o poczet, konia czy o wiarę. Dlatego też stanowiło dobrą bazę, przynajmniej na początek.
Początki jednakże rzadko bywają łatwe. Najpierw do miasta trzeba było dotrzeć. Bez konia i zapasów nie należało to do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych zadań, aczkolwiek tytuł szlachecki, głupota lokalnych chłopów i kilka oron w kieszeni pomagało jakoś przetrwać.
I tak pewnego dnia na drodze Doragana stanęła kolejna wieś, zwana Arschloch. Kolejne zadupie podobne do tysiąca innych. Niemniej ta prezentowała się Troszeczkę inaczej. Zazwyczaj w środku dnia chłopi zajmowali się swoją gospodarką, doglądając inwentarza, plewiąc i tym podobnym i rzeczami. Nie mieli w zwyczaju gromadzić się na drodze. Coś albo ktoś musiało ich tu zgromadzić. Coś niezwykłego i, sądząc po ich minach, przerażającego. Czyli coś ciekawego. I właśnie ciekawością kierowany, giermek ruszył w stronę środka kręgu wieśniaków, torując sobie drogę łokciami.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Wieśniacy rozstępowali się przed widocznie lepiej ubranym bohaterem bez słowa. Wystarczyło, że zobaczyli, że chce przejść.
W środku zaś Dorogan zobaczył popularny w Siegvaardzie obraz. Na środku placu stał bogato ubrany, uzbrojony w półpłytowy pancerz, długi miecz przy boku i ciężką tarczę na plecach - przedstawiciel inkwizycji. Mimo bogatego ubioru, miał mało zdobień, hełm, trzymany pod pachą nie posiadał grzebienia z pawich piór. Był to pełnoprawny inkwizytor, lecz raczej jakiś niższej rangi. Taki właśnie, który samotnie mógłby przemierzać kraj w poszukiwaniu czarownic.
A i czarownica była, przywiązana pięknie i podręcznikowo do słupa, stojąca na pięknym stosiku dobrej jakości drewna opałowego. Drewno było jeszcze suche, widocznie nie polane oliwą, znaczy się - stos nie był gotów. Sama czarownica nie wyglądała jakoś szczególnie. Ani piękna, ani brzydka, miała głębokie wory pod oczami, zresztą jedno z nich również jej podbito. Brakowało jej jednego zęba, jednak struga krwi zaschnięta na jej brodzie raczej sugerowała wybicie go ostatnio. Żadnych brodawek, żadnego zakrzywionego nosa, żadnego spiczastego kapelusza. Suknię miała koszmarną, ale była w końcu chłopką. Zasadniczo, tak jak każda szanująca się heretyczka powinna wyglądać w Siegvaardzie - zupełnie nie podejrzanie.
Ale i inkwizytor widocznie nie był gotów do wykonania wyroku. Zamiast wygłaszać kwiecistą przemowę, o złu, herezji, magii, czarownicach i o tym jak trzeba to wszystko wypalać ogniem, to... stał i patrzył się na czarownicę. Jako, że Dorogan widział inkwizytora dokładnie od boku, dostrzegł zakłopotany wyraz twarzy zakonnika. Inkwizytor spojrzał się krótko w stronę przeciskającego się przez tłum bohatera i jego brwi uniosły się w zdumieniu. W końcu widać zdecydował się na coś i zaczął przemawiać.
- Bardzo szlachetnym jest, że wieś ta sama wzięła się za oczyszczanie zła wśród siebie! - zaczął, jego głos był donośny i niski. Natychmiast wszyscy ucichli. - To, że udało wam się pojmać czarownicę jest szczęśliwe, zaś kunszt wykonania stosu chwalebny. Jednakże! Nie jestem pewien co do właściwej winy. Jak sami mówicie, nigdy nikt nie widział, żeby rzeczona czarownica herezję uprawiała. "Jeno sie tak wydawało", mówicie. Mnie też się wydaje, acz grzechem byłoby niewinną wydać na stos.
To była nieprawda. Często paliło się niewinnych ludzi. Tylko gmin o tym nie wiedział. Poza tym wątpić można było, czy wieśniacy rozumieli połowę ze słów inkwizytora.
- Dlatego widząc tego młodzieńca, uznałem, że najlepszym będzie zasięgnąć zewnętrznej decyzji. Chłopcze! Podejdź no tu.
Przejście przez tłum nie stanowił żadnego problemu. Jednak widok który ujrzał Dorogan sprawił, iż przeklnął w myślach swoją ciekawość. Stosy i inkwizycja nigdy nie budziły w nim ciepłych uczuć, a szczególnie od kilku lat, gdy spłonęła jego rodzina. Nie zamierzał mieszać się w sprawy inkwizycji, Mymkravt także niezbyt go interesował. Byle by nie wtrącali się w jego sprawy.
Scenę jaka miała miejsce na drodze można był określić jako rodzajową - czarownica, inkwizytor i tłum wieśniaków - widok nadzwyczaj częsty w Sieegvardzie. Jednakże zachowanie inkwizytora nie wpisywało się w schemat. Powinien był oskarżać, nie bronić dziewczyny. Większość członków inkweizycji po prostu podpaliła by stos, nie pytając o szczegóły.
- Chłopcze! Podejdź no tu.
I definitywnie, nigdy nie powinien wciągać w to Dorogana. Kurwa jego mać.
- Dziękuję, ale chyba nie skorzystam. Jestem pobożnym wyznawcą Mymkravta, i nie chcę mieć do czynienia z herezją. Zresztą, skoro jest czarownicą, to spalić ją, niech zakosztuje ognia piekielnego. - giermek wzruszył ramionami, po czym obrócił się i ruszył na zewnątrz tłumu. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Słowa Dorogana miały jednak odwrotny skutek do oczekiwanego. Zamiast odpuścić, inkwizytor zmarszczył brwi i odezwał się już nieco mniej życzliwym tonem. Był to rozkaz, w brzmieniu człowieka nie znającego odmowy.
- Powiedziałem - podejdź.
Dziwnym trafem, mimo, że inkwizytor nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, nie krzyczał na Dorogana, ani nie powiedział nawet, że mogą go czekać jakieś konsekwencje... brzmiało to niczym groźba.
Tym razem ciżba chłopów nie rozstąpiła się tak chętnie. Ba, tym razem ludzie nie chcieli go przepuścić. Co jak co, ale Inkwizycji boją się i słuchają wszyscy. A chłopi chcieli, by ich wioska jutro także widniała na mapie, a chaty miały stać, a nie spłonąć.
I tylko domniemana czarownica spoglądała na Dorogana błagalnym wzrokiem. Jakby chciała, żeby wszedł do środka i powiedział, że nie jest czarownicą. Albo lepiej, zabił inkwizytora i uwolnił ją. Pewnie chciała jeszcze bardzo wiele rzeczy, jak to każdy czekający na wykonanie wyroku. Winny czy nie.
Reakcja chłopów zaskoczyła giermka. Owszem, bali się inkwizycji, ale powinni bać się też człowieka o wyższym statusie, jak również człowieka z bronią. Widocznie jednak strach przed inkwizycją był zakorzeniony dużo głębiej.
Jednakże to słowa inkwizytora zatrzymały bohatera. Być może dla zwykłego chłopa słowo inkwizycji było święte i niepodważalne. Ale von Drohenberg To nie jakiś zwykły chłop, do cholery! To Dorogan wydawał rozkazy, a nie przyjmował je od jakiegoś podrzędnego księżulka. Jebana inkwizycja. Nie umiemy poradzić sobie z problemem? Zwalmy to na kogoś innego!
- Powiedziałem - nie. - odpowiedział giermek. - To twoje zadanie znajdować herezję, nie moje. Jeżeli nie potrafisz sobie z tym poradzić, twoi przełożeni na pewno znajdą ci miłą posadkę w jakimś klasztorze. Ja jednak sędzią nie jestem, nie będę i nie chcę nim być.
Groźbą Dorogan niezbyt się przejmował. Co Inkwizytor mógł mu zrobić? Skoro nie chciał spalić dziewczyny oskarżonej o czary, tym bardziej nie zabije zwykłego przechodnia.
A dziewczyna? Ona już była martwa, niezależnie od tego jak potoczy się proces. Nawet gdyby inkwizytor ją uniewinnił, wieśniacy w kilka godzin postawili by nowy stosik, tak dla pewności. W najgorszym przypadku zmusili by ją do opuszczenia wioski, co dla prostej chłopki również równe było śmierci. Strach przed inkwizycją mógł być głęboko zakorzeniony, jednakże na pewno nie głębiej niż strach przed czarami.
Tak, dziewczyna już była martwa, nawet jeśli o tym nie wiedziała.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
- Sprzeciwiasz się majestatowi Inkwizycji?! - głos zakonnika zabrzmiał jak grom, tak, że Dorogan mimo woli skulił się nieco. - Ach, już rozumiem... Kmioty! Brać go!
Nagle z tłumu wypłynęły dwie pary rąk, które chwyciły bohatera za ramiona z obu stron, całkiem z zaskoczenia. Dorogan mógł się wprawdzie wyrywać, ale chłopów było tak wielu... Zaczęli prowadzić go do środka.
- Teraz jestem już pewien, że herezja jest głęboka w tej kobiecie - preorował inkwizytor, zwracając się do tłumu. - Dotknęła tego młodzieńca czarami, by opóźnić swe męczarnie! Podpalić stos!
Tłum wrzasnął, ku zdumieniu bohatera, z radością. Kubły smoły i oliwy zostały wylane na stos zanim Dorogan został doprowadzony do inkwizytora.
- Niestety! - kontynuował zakonnik, nie spoglądając ani razu na stos, ani na bohatera. - Chłopiec został dotknięty magią... i również musi spłonąć.
Tym razem tłum nie okazał swej radości, za to przycichł znacząco. Nie spowolniło to jednak procesu rozpalania stosu. Ktoś już rozpalił pochodnię, i zbliżał się już do miejsca kaźni.
I chuj. Inkwizytor nie był łagodny, nie zależało mu na prawdzie. Był idiotą. Ponieważ nie mieściło mu się w głowie, by ktoś sprzeciwiał się majestatowi inkwizycji, uznał całą sprawę za czary.
Problem w tym, że Dorogan także inteligencją się nie popisał. Istniało co najmniej kilkanaście możliwych rozwiązań tej sytuacji, nie obejmujących wkurzania inkwizytora i perspektywy stosu. Mądry człowiek po szkodzie.
Radość wieśniaków nie zdziwiła bohatera. Skoro już znaleźli ofiarę i przygotowali stos, to chcieli dokończyć dzieła. A skoro inkwizytor, zamiast przeszkadzać, kazał pomagać, to impreza mogła się tylko rozkręcać.
Sytuacja giermka nie przedstawiała się zbyt interesująco. Teoretycznie miał możliwość oswobodzenia się, jednakże w panującym ścisku opcja ucieczki czy też wyrąbania sobie drogi nie miała zbyt dużych szans powodzenia - zanim Dorogan zdążył by cokolwiek zrobić, został by wcześniej unieszkodliwiony. Czekać na dogodniejszą okazję? Przy podpaleniu stosu uwaga trzymających go wieśniaków powinna zelżeć, ale na ile?
Największe szanse powodzenia dawała w chwili obecnej opcja dyplomatyczna.
- Inkwizycja? Wybaczcie, wasza świątobliwość, wziąłem waz za zwykłego zakonnika. - Opcja udawania głupka pozwalała kupić trochę czasu, nawet jeśli zakonnik mu nie uwierzy. - Nigdy nie śmiał bym się sprzeciwić waszemu majestatowi, niech bóg broni. Jestem na wasze rozkazy. - tu skłonił się. Nie wyszło to najlepiej ze względu na trzymających go chłopów. - Pozwólcie, że się przedstawię. Jestem Ronald z Zeugungsglied, herbu Kraahenhan, do waszych usług.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
- A nie wydaje ci się może, że nie stoi przed tobą sam Cesarz? - zapytał kpiąco inkwizytor. Cóż, sam Dorogan wcześniej stwierdził, że zadaniem człowieka przed nim jest wyszukiwanie herezji. A to, niestety, jest praca Inkwizycji. - Rzucić ogień!
Spętani i zakneblowani czarownicy z zasady płoną jak zwykli ludzie. O mistrzach, rzucających zaklęcia samą myślą, świat słyszał zaledwie w legendach. Wiedźmy i czarownice więc zwykły więc szarpać się i usiłować przebić knebel wrzaskiem, gdy tylko pierwsze oczyszczające płomienie lizały ich ciało. Czuli bowiem jak zwykli ludzie.
Wyraz zdziwienia na twarzy inkwizytora był więc całkiem uzasadniony, gdy wiedźma zaczęła śmiać się. Nie, nie tylko dostawać drgawek, uśmiechać się, nie wydając żadnego głosu. Wręcz przeciwnie. Czerniejące ciało kobiety było całkiem nieruchome, tylko w jej oczach zastygło przerażenie. Śmiech zaś dźwięczał po całym placu, donośny, dźwięczny... i zdecydowanie nie kobiecy.
Wieśniacy zaczęli cofać się od stosu z przerażeniem. Ci dwaj, którzy trzymali do tej pory Dorogana, rozluźnili uściski, jakby zapomnieli o jeńcu. Ale nie cofali się. Inkwizytor zresztą szybko zauważył to rozprężenie i kazał im ponownie mocniej przytrzymać bohatera.
Cały czas stos płonął, razem z nim czarownica. A śmiech dalej trwał, wwiercając się w uszy wszystkich obecnych, odbijając się echem po całej okolicy.
No i plan udawania idioty wziął w łeb. Inkwizytor nie dał sie nabrać, czego można było się spodziewać. No cóż, pomysł był wart wypróbowania i prawdopodobnie zadziałałby na kimś innym, lub gdyby użyć go wcześniej. Zanim Dorogan zrobił z siebie wroga inkwizycji
Reakcja wiedźmy na płomienie zaszokowała chyba wszystkich wokoło. Giermek widział już inne stosy, stawiane słusznie lub nie, tego nie wiedział. Nigdy jednak nie spotkał się z czymś takim. To nie było ludzkie. To było coś innego, zupełnie innego. Demon? Być może. Nie niej nie dziwił się wieśniakom. Po raz pierwszy w życiu cieszył się, że w pobliżu jest inkwizytor. Sam z chęcią uciekł by jak najdalej. Mógł stawiać czoła ludziom - rycerzom, zbujcom, inkwizycji. Ale to... Poruszało jakąś atawistyczną stronę świadomości, i wołało głośno i wyraźnie - spierdalaj. Niestety, bohater nie miał takiej możliwości. I chociaż trzymający go wieśniacy rozróżnili uścisk, Dorogan zaskoczony tak jaki i oni tym przerażającym śmiechem, nie wykorzystał dogodnej okazji by się uwolnić.
Co teraz? Czekać. Nie rzucili go na stos razem z czarownicą, pozostało mu więc trochę życie. Nawet jeśli nie będą go procesować, zebranie drewna i ułożenie nowego stosu potrwa, a być może los da mu może jeszcze jakąś okazję. Choćby w postaci demona wyskakującego z tej biednej dziewczyny.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Ciało zdążyło zmienić się już w piękny, czarny węgielek, powietrze wokół wypełnić smrodem palonego tłuszczu, zaś ogień przygasnąć, gdy śmiech ucichł, bynajmniej nie urywając się. Ten sam głos, Dorogan był tego pewien, odezwał się w chwilę potem, nie dając czasu inkwizytorowi na podjęcie dalszych działań.
- Człowiecze - przetoczył się grom głosu, który zdawał się nie dobiegać znikąd konkretnie. Głos ten był bardzo głęboki, niski, gruby. Przypominał dźwięk kamiennego bloku ciągniętego po żwirze. - Czy chcesz przeżyć?
W tłumie nastąpiła konsternacja. Żaden z chłopów oczywiście nie pomyślał, jakoby miało być to o nim. Wszelkie oczy zwróciły się na inkwizytora.
- Pokaż się, demonie! - zakrzyknął zakonnik, acz słychać było, że nie jest pewien swego.
- Milcz, wszo - grzmotnął głos, jeszcze głośniej niż wcześniej. Inkwizytor zatoczył się do tyłu, jakby popchnięty niewidzialną siłą. Ale nie mocno, jedynie z zaskoczenia. - Ty, trzymany przez te dwa robaki człowieczku. Czy chcesz żyć?
Ostatnio zmieniony przez Khazarid 2013-07-26, 22:07, w całości zmieniany 1 raz
Śmiech trwał dalej, mimo iż ciało kobiety powoli zmieniało się w węgiel. I choć bohater nie miał pojęcia kim jest Dioskur, sam także był pewien, iż to ten sam głos odezwał się ponownie. Od początku Giermek odniósł wrażenie, iż pytanie skierowane jest do niego. Kolejne słowa "czegoś" potwierdziły tylko tą wersję.
Czy chcesz żyć? Odpowiedź nasuwała się sama. Każdy, no prawie każdy chciał żyć. Długo, szczęśliwie, bez trosk i chorób. Dorogan także. Jednakże wszystko na świecie miało swoją cenę, A pomoc od demona wydawała się szczególnie podejrzana.
Z jednej strony śmierć za spiskowanie z demonem. Po tak bezpośrednio skierowanym pytaniu nie było mowy o procesie czy uniewinnieniu. Tylko stos.
Z drugiej pomoc demona, za nieznaną cenę, I to pomoc niepewna. Skoro nie potrafił pomóc tamtej dziewczynie, to czy będzie potrafił pomóc bohaterowi? Czy skoro zostawił ją na pewną śmierć, to czy nie zostawi jego?
W tej sytuacji żaden wybór nie prowadził do niczego dobrego.
Chłopi powinni być zdezorientowani i przerażeni. Najpierw diaboliczny śmiech, potem pytanie skierowane do giermka... Dorogan nie zdziwił by się, gdyby część z nich zaczęła już uciekać. Również ci którzy go trzymali powinni być zaskoczeni...
Bohater szarpnął się, starając się wyrwać z rąk wieśniaków. Jeśli by mu się to udało, natychmiast odskoczył by w stronę dogasającego stosu, wyciągając miecz. I ciesząc się, że ci głupcy mu go nie odebrali. był gotów ciąć po rękach każdego, kto starał by się go znów obezwładnić.
- Cenie sobie swoje życie, ale wolę sam się o nie zatroszczyć, Demonie.
Jeżeli zaś próba uwolnienia się nie przyniosła by rezultatu... Dorogan nie miał by w tym przypadku niczego do stracenia. Padły by więc słowa:
- Co proponujesz, Demonie?
//Ci dam mnie tak poprawiać ;p
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Ostatnio zmieniony przez Khazarid 2013-07-26, 22:07, w całości zmieniany 1 raz
Dorogan szarpnął się jak mógł, wytężając swoje siły - w końcu to szło o jego życie. Niestety, obaj chłopi byli silni jak orkowie, a może tylko udało im się lepiej go przytrzymać. Dorogan musiał więc paktować z demonem
- Co proponujesz, Demonie?
- Życie twoje, głupcze, nieszczęsne wynaturzenie! - huknął głos, a giermek nie miał pojęcia cóż demon miał na myśli przez ostatnie z wyzwisk. - Zrezygnuję z rozkoszy ogromnego cierpienia, które ogarnąć miało tę ludną wioskę, na rzecz twego nic nie znaczącego życia! Czyż to nie wystarczająco dużo?
- W imieniu Mymkrafta i wszystkiego co święte, nie rozmawiaj z tym demonem! - wrzasnął nagle inkwizytor. W jego głosie jasno słychać było strach. Nie dawał jednak poznać tego po sobie żadnym innym gestem czy znakiem. Stał wyprostowany, dumny, jego twarz jak kamień. Ktoś mógłby wręcz powiedzieć, że po szkoleniu inkwizycyjnym po prostu nie wiedział, nie znał innej pozy i innego wyrazu twarzy, że taki był mu naturalny. Pewnie miałby rację. Ale przecież też... czyż inkwizytorzy nie powinni nie znać strachu przed demonami?
Chłopi trzymali całkiem porządnie. Trzeba było więc działać, i to szybko. Póki ktoś nie wpadnie na to, że negocjacje nie będą możliwe kiedy Dorogan będzie miał odciętą głowę...
Wynaturzenie niezbyt go zainteresowało. Jeżeli znaczyło cokolwiek więcej niż wyzwisko, wyjdzie to później. Jeżeli nie, nie było sesu zawracać tym sobie głowy. Zresztą, to chyba nie było miejsce ani czas na takie rozmowy.
- Tyle to sam się domyśliłem, Demonie. - powiedział giermek - Ale na tym świecie wszystko ma swoją cenę. Pomożesz zachować mi życie, ale czego będziesz chciał w zamian?
Stanowiło to fundamentalne pytanie. Życie stanowiło sporą wartość, ale jeżeli bohater miał stać się potem opętanym, pustym zbiornikiem dla demona, bez żadnej woli... To śmierć wydawała się lepszym wyborem.
Strach inkwizytora nie dziwił Dorogana. On sam także się bał, choć starał się maskować to cynizmem. A to nie jemu groziła walka z Demonem... Tymczasem postanowił zignorować ostrzeżenie. W końcu to demon oferował mu życie, inkwizycja zaś śmierć... Giermek uśmiechną się, uświadomiwszy sobie ironię tej sytuacji.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Demon znów roześmiał się grzmiącym głosem. Zapach palonego mięsa wciąż grubo wisiał w powietrzu, zaś poczerniały kształt niewinnej niewolnicy demona wciąż płonął. Coraz więcej chłopów oddalało się od stosu, wciąż jednak żaden nie ośmielił się uciec przed czarną siłą w pobliżu inkwizytora. Głęboki był w gminie strach przed oficjum.
Inkwizytor zaś zaczął wywrzaskiwać słowa błagania do Mymkrafta, wołał świętych, rozkazywał demonowi powrót do Otchłani. Wszystko mocnym, donośnym głosem, tak, że Dorogan zaczynał martwić się, czy usłyszy następne słowa demona. Jednak pomiotowi piekieł widocznie nie przeszkadzały żadne działania zakonnika.
- Myślisz, żeś mądry - huknął grom, a trawa w okół przygięła się do ziemi, jakby pod silnym podmuchem wiatru - ale zastanów się! Gdybym chciał pojąć twe ciało za swoje, czy potrzebowałbym twej zgody? Ciebie?! Tak słabej istoty?! Ha ha ha! Zostaniesz jedynie moim skromnym sługą. Ale czy to tak wysoka cena za to, co dzięki temu osiągniesz? Potęga, bogactwa, władza! Wszystko, czego tylko będziesz potrzebował! A to tylko za drobny, krótki czas oddania się mi, wykonywania moich rozkazów! Cóż to ci szkodzi? Zostaniesz panem nad nieskończonymi rzeszami ludzi, panując z mojego imienia i dla mojej chwały! Wszystko bez żadnych sztuczek, niecnych planów i podstępów! Będzie na ciebie czekać zbrojna armia, którą podbijesz ten ciemny, zabobonny kraj!
Inkwizytor słuchając tego zamilkł. Gdy demon skończył swe przemówienie, wzmógł zaś swe okrzyki jeszcze mocniej. Wciąż jednak nie podejmował żadnych akcji w stronę szkody Dorogana, jakby nie uważał go w tej chwili za jakiekolwiek zagrożenie. Nie wyglądał jednak w żadnym wypadku jak zabobonny krzykacz, jak głośny idiota. W jego głosie była siła, a im dłużej krzyczał, tym więcej sensu giermek czerpał z tych słów. I chłopi jakby ponownie sprzeciwili się przerażającej mocy demona.
Do czasu, aż głos demona nie huknął ponownie.
- Ach, zamilknij, wszo!
Jak inkwizytor w jednej chwili huczał donoście, tak w drugiej jego głos ucichł, usta tylko wciąż ruszały się, jakby ruchem warg chciały kontynuować walkę z demonem. Nic z tego, jakikolwiek efekt słowa zakonnika wywierały na kimkolwiek, straciły nagle swą moc.
I po raz kolejny Dorogan nie otrzymał odpowiedzi na swoje pytania. Czy demon faktycznie nie potrzebował zgody na opętanie? Na czym polegać miała służba u demona, w zamian za którą otrzymać miał bogactwa? Jak długo i na jakich warunkach? Jak dużą wartość będzie miało dane tu demonowi słowo? Tego giermek nie wiedział. I szczerze powiedziawszy, coraz mniej uśmiechała mu się taka współpraca. Jedyne doświadczenie z demonami jakie posiadał pochodziło z opowiadań bajarzy i starych kobiet, tam jednak wyglądało to zupełnie inaczej. Podpisywało się własną krwią cyrograf, spisany na byczej lub ludzkiej skórze. W dodatku bohaterom legend na ogół udawało się oszukać demona. Lub ginęli, a ich dusza lądowała gdzieś w otchłani. Sytuacji takiej jak tutaj, gdzie bohater zmuszony jest do zawarcia kontraktu nie było.
Bo przecież był zmuszony go zawrzeć. Jeśli by odmówił czekał by go stos za czary i paktowanie z demonem. O ile ktokolwiek przeżył by gniew rozzłoszczonego odmową demona. Słowa inkwizytora zdawały się działać tylko na ludzi, być może za sprawą kryjącej się w nich mocy, być może ze względu na powtarzanie od dzieciństwa tych samych formułek. Nie robiły jednak wrażenia na demonie. Jakie więc były szanse na bezpieczne odejście z wioski?
I właśnie gdy giermek chciał zgodzić się na warunki demona, usłyszał własny głos,, wypowiadający dość niepokojące słowa...
- Jam jest panem własnego losu. Ja decyduje o moich poczynaniach, a to co czynię, czynię ku własnej chwale. - Tu jego mięśnie napięły się, sylwetka wyprostowała a głowa dumnie uniosła. - Jam jest Dorogan von Drohenberg herbu Biała Róża i nie będę ci służył, Demonie - Dodał, postępując krok naprzód. Niewielki kroczek, bo wszak wciąż trzymali go chłopi.
Pomimo strachu przed demonem, stosem czy śmiercią, w głębi bohatera wciąż żyła cząstka która przekładała honor ponad wszystko, która wierzyła w prawość rycerzy i w nieśmiertelną chwałę.
Gdzieś w głębi giermka żyła cząstka karmiona rycerskimi ideałami.
Była to bardzo głupia cząstka.
Bez najmniejszych śladów instynktu zachowawczego.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Głos, który odpowiedział na słowa Dorogana był spokojny, mimo jego ogromnej mocy. Gdyby giermek się skupił, usłyszałby w nim nawet nutkę... rozbawienia.
- Niech więc tak będzie.
W jednej chwili stało się bardzo wiele. Po pierwsze, stos, który miał przed chwilą paliwa na dobre godziny, spłonął w jednej chwili, wybuchnął niemal, pozostawiając po sobie tylko czarny krąg sadzy i powidoki w oczach wszystkich ludzi dookoła. Inkwizytor odzyskał głos, ale jak jego krzyk zaczął się nagle, tak i nagle urwał, w połowie słowa. Cała ciżba chłopów, widząc tak oczywiste czary, zerwała się do biegu, pozostawiając inkwizytora, Dorogana oraz dwójkę trzymających go mężczyzn na placyku. Ta dwójka zresztą też nie stała już tak pewnie. Przez ich ręce, trzymające giermka w uchwycie, bohater czuł, jak ludzie drżą. Ale czy strach odebrał im już nawet możliwość biegu, czy też we wcześniejszych rozkazach zakonnika była jakaś moc, nie sposób było ocenić.
Sam inkwizytor w końcu odwrócił się do Dorogana. Był wyprostowany, na jego twarzy gościł uśmiech. Zdjął ciężką tarczę z pleców, przymocował do ręki, hełm założył na głowę, miecz wyciągnął. Dopiero tak przygotowany, odezwał się, a jego głos był o dwie oktawy niższy, a i jakby zachrypnięty.
- Puśćcie go.
Chłopi nie wahali się długo. Chwilę później dobrze słychać było dwie pary nóg mocno uderzające o glebę, gdy niosły swych właścicieli jak szybko tylko potrafiły.
- A teraz, robaku, poznasz... gniew inkwizycji - wychrypiał zakonnik, i ruszył powoli do przodu, z tarczą przed sobą, a mieczem uniesionym do góry.
Wybuch wstrząsnął przysiółkiem. Dopiero to uświadomiło chłopstwu, co tu się naprawdę wyrabia. Gdyby którykolwiek z nich został zagadnięty przez demona, prawdopodobnie uciekł by gdzie pieprz rośnie. Jednakże w obecności inkwizytora i swych ziomków czuli się bezpieczni. Dopiero mały pokaz możliwości demona przypominał im o swojej śmiertelności. Pokaz, który mimo swojej efektowności nie spowodował żadnych większych zniszczeń, ani też nikogo nie zabił. Trochę zdziwiło to Dorogana, jednak co innego zaprzątnęło jego uwagę. Dwójka trzymających go chłopów mimo przerażenia nie zaczęła uciekać, a inkwizytor zaczął zachowywać się... Dość niespotykanie. Giermek nie znał się może na walce z demonami, ale inkwizytor raczej nie powinien uśmiechać się w takiej sytuacji, choć logicznym było uzbrojenie się w wypadku demona. Nie powinien też mieć tak zmienionego głosu, nawet pomimo ostatnich krzyków. I nie powinien zaczynać walki ze swoim przeciwnikiem, nazywając go robakiem...
- Szczerze mówiąc, liczyłem że to się tak skończy, inkwizytorze - odpowiedział Dorogan, wyciągając miecz - Czy też może powinienem powiedzieć: demonie? Zresztą, obojętne, tak długo jak mam okazję pozbyć się któregoś z was.
Inkwizytor jednakże był dobrze wyszkolonym i opancerzonym przeciwnikiem, którego nie należało lekceważyć. Przez chwilę w umyśle giermka zagościła myśl o ucieczce - nie powinien mieć przecież problemów z prześcignięciem ciężko opancerzonego przeciwnika, a w wiosce nic go nie trzymało. Niech sobie demon urządza miłą masakrę. Uciec jednak można będzie później, tymczasem można wykorzystać okazję na walkę.
Znajomy dreszczyk podniecenia przeszył ciało Dorogana. Nie znając umiejętności przeciwnika, postanowił skupić się na walce defensywnej i wybadać możliwości ataku. Lekki miecz inkwizytora powinien być orężem szybszym, giermek postanowił więc cofnąć się przed spodziewaną szarżą przeciwnika i sparować jego uderzenie. A potem się zobaczy...
[...]
Wyciągnięcie broni - 10 PI
Deklaracja: Parowanie - 14 PI
Deklaracja: Oddawanie pola - 5 PI
Deklaracja: Walka defensywna
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Demon, czy też inkwizytor, zaśmiał się tylko ze słów giermka. Dorogan zdążył ledwie wyciągnął swój miecz, nim jego ciężkozbrojny przeciwnik rozpoczął swoją szarżę.
Bohater miał więc rację co do dwóch rzeczy. Przewidział szarżę przeciwnika, co nie było zresztą zbyt długie. I faktycznie oręż inkwizytora okazał się szybszy. Dla Dorogana za szybki. Zbyt późno giermek wzniósł rękę do parady, zbyt wolno się ona podnosiła. Obciążenie pancerzem nie pozwoliło mu też zdążyć z oddawaniem pola nim opętany przez demona inkwizytor do niego nie dopadł. Dlatego też długi miecz z łatwością ominął spóźnioną zastawę Dorogana i rąbnął prosto w odsłonięty bok bohatera.
Rana, pozostawiona przez ostrze nie była szczególnie głęboka, nie śmiertelna jeszcze, aczkolwiek ostrzegawcze sygnały bólu natychmiast poraziły człowieka. Inkwizytor wykorzystał ten moment, by oddalić się nieco od przeciwnika i przygotować się na ewentualną ripostę jeszcze w danej sekundzie. Bowiem tylko Dorogan wiedział, że nie mogła ona już nastąpić. To pozostawiło walczących o metr poza zasięgiem swoich oręży.
Kurwa.
Kurwa.
Kurwa, kurwa, kurwa kurwa i huj na dodatek. Dorogan pobłogosławił w duchu swoją decyzję zainwestowania w porządniejszą zbroję. I przeklął swoją głupotę. Mógł zgodzić się na propozycje inkwizytora i pomóc w osądzeniu dziewki. Mógł zgodzić się na propozycje demona i dysponować jego pomocą. Mów w końcu uciekać, zostawić za sobą wioskę i przeciwnika i po prostu kontynuować podróż. Wolał jednak zachować swój honor i niezależność, jak na szlachcica przystało. I wyglądało na to, iż przyjdzie mu za to zginąć.
Jeżeli jednak ginąć, to nie bez walki. Dorogan uśmiechnął się. Szanse na wygraną nie prezentowały się zbyt dobrze. Miał stanąć ranny na przeciw przeciwnika szybszego, dobrze uzbrojonego i jeszcze lepiej opancerzonego. Gdyby mógł obstawiać, postawił by na swojego przeciwnika. Niemniej życie potrafiło zaskakiwać, i właśnie na jakiś łut szczęścia liczył giermek.
Chwycił miecz prawą ręką, lewą chowając za plecy. Pozycja szermiercza, przewidziana dla lżejszych broni niż półtorak. Dorogan mógł sobie jednak na to pozwolić, a druga ręka miała się przydać do czegoś innego... Z tyłu, przy pasku, kołysał się malutki woreczek z wyrównywaczem szans. Jeden szybki ruch i proporcje tej walki w jednej chwili mogły zostać odwrócone dzięki magicznej mocy sherkshenu. Parada, sypnięcie proszkiem - plan z pozoru prosty. Co mogło pójść źle? Parada mogła się nie udać, proszek mógł nie dostać się do celu, a inkwizytor mógł zdecydować się na wyprowadzenie drugiego ataku.
Pozostawało tylko się modlić.
Otrzymane rany nie spowolniły w żadnym wypadku rozumu Dorogana.
Gdy demon-inkwizytor wzniósł wysoko miecz do cięcia, i sprowadził ostrze do połowy drogi, szlachcic zaczął już wznosić i swój oręż do bloku. Na to właśnie czekał jego ciężko opancerzony przeciwnik, podrywając swoją broń ponownie, do dużo krótszego tym razem zamachu i kierując ostrze prosto na przedramię Dorogana, na którego to odsłonięcie liczył po tej prostej fincie. Bohater jednak właśnie tego się spodziewał, i z lekko uniesionej ręki tym łatwiej zbił nadciągające ostrze długiego miecza.
Demon został całkiem zaskoczony, i gdyby tylko Dorogan był wprawnym szermierzem natychmiast mógłby skończyć ten pojedynek, jednym szybkim pchnięciem. Ale bohater w obliczu braku umiejętności wcale nie zmarnował tej szansy. Pomógł mu w tym i demon, który pewny siebie, choć założył na głowę inkwizytora hełm, to nie pomyślał nawet o zamknięciu przyłbicy, która to mogłaby ochronić oczy człowieka choć w małym stopniu. Teraz jednak chmura drobinek gryzącego proszku trafiła prosto do celu.
Demon-inkwizytor zaryczał z bólu i wściekłości, odchodząc na trzy kroki do tyłu i trzęsąc głową. W tej chwili mógł tylko się cieszyć, że obie ręce miał zajęte i okute w pancerne rękawice, bowiem nie miał nawet jak przetrzeć nimi oczu. Sherkshenu w oczy bowiem nie należy dalej wcierać.
Atak Inkwizytora nie należał do najlepszych. Tak prosty zwód nie mógł zaskoczyć Dorogana. może i był młody, niedoświadczony i głupi, może nazbyt poważnie traktował swą dumę i honor. Niemniej przez kilkanaście lat swojego krótkiego życia trenował walkę, i nie był to bynajmniej czas stracony.
Szybki ruch ręką dokończył dzieła, a oślepiony przeciwnik cofnął się kilka kroków. Wszystko poszło zaskakująco dobrze i według planu. Z piersi giermka dobył się cichy śmiech, a uśmiech na twarzy stał się jeszcze szerszy. Wyglądało na to, że przyjdzie mu jeszcze pożyć na tym świecie.
Walkę jednakże należało dokończyć, by później dopiero świętować zwycięstwo. Inkwizytor wciąż jeszcze żył, i wciąż był w stanie zadać jeszcze jakieś ciosy. Należało to zmienić.
Lewa ręka znów zacisnęła się na rękojeści, wzmacniając siłę uderzenia. Trzy szybkie kroki, by znaleźć się przy inkwizytorze i szerokie, silne cięcie z góry, najlepiej w głowę. A później trzy kroki w bok, za plecy inkwizytora, aby pozostać poza zasięgiem jego miecza, i aby kolejny atak Dorogana, jeżeli zajdzie takowa potrzeba, mógł być ostatnim. Nie było sensu zawracać sobie głowy parowaniem potencjalnych ataków - szerokich, wyprowadzanych na ślepo cięć raczej nie trudno było uniknąć. A pojedynek należało zakończyć.
_________________ "I thought killing people would make them like you... But it doesn't. It just makes them dead..."
Demon, kierujący ruchami inkwizytora prawie natychmiast odzyskał panowanie nad sobą, ignorując po chwili swoją ślepotę i rzucając się ponownie do walki. Dorogan jednak był dość spokojny, bowiem sposób prowadzenia walki przez jego opancerzonego przeciwnika zmienił się diametralnie. Atak długim mieczem został wyprowadzony całkiem na oślep, miecz pofrunął szerokim łukiem w poziomie przed inkwizytorem, tak, że wystarczyło by bohater dał pół kroku do tyłu.
Wkrótce jednak człowiek pojął swój błąd, gdy sam postanowił zaatakować. Tarcza, wzniesiona do obrony, oczywiście minęła się z ostrzem miecza Dorogana całkowicie, jednak giermek zapomniał wziąć jeden, całkiem oczywisty, gdyby się nad tym zastanowić, element pod uwagę.
Półpłytowa zbroja stanowiła kawał cholernej przeszkody.
Półtorak rąbnął z całą siłą, którą tylko Dorogan potrafił włożyć w to cięcie. To się bohaterowi udało. Nie udało mu się jednak trafić ani w głowę, ani w żadną bardziej odsłoniętą część półpłytowego pancerza. Płyta naramiennika inkwizytora wygięła się co prawda pod ciosem, Dorogan zaś mógł być pewien, że inkwizytorowi za chwilę wyrośnie tam siniak. Cóż z tego, skoro w tej chwili nie spowolniło to jego przeciwnika ani na chwilę?
Ale bohater był niezrażony. Pokonał trzy kroki, które zaplanował zrobić, i gotów był już do dalszych działań.
Walka zapowiadała się na naprawdę długą. Dorogan spodziewał się, że zbroja inkwizytora spowolni cios miecza, jednak nie aż w takim stopniu. Cios zamiast przebić się przez zbroję zostawił jedynie wgłębienie. Owszem, być może i bolesne, jednak nie na tyle by zmieniało cokolwiek w balansie sił.
A sytuacja wydawała się patowa. Z jednej strony ciężko opancerzony i oślepiony demon, z drugiej ranny giermek. Z jednej strony szanse na skuteczny atak w wykonaniu demona były drastycznie niskie, z drugiej - drastycznie niskie były szanse Dorogana na zadanie demonowi jakichkolwiek obrażeń. Zapowiadał się więc pojedynek na szczęście - kto pierwszy zrani swojego przeciwnika, do kogo uśmiechnie się fortuna...
Giermek postanowił kontynuować atak. Zresztą - czy miał jakieś wyjście? Czas działał na jego niekorzyść - zadana przez inkwizytor rana krwawiła i choć nie było to jeszcze odczuwalne, nie wróżyło dobrze na zapowiadającą się długą walkę. Z tą raną nie był by w stanie uciec zbyt daleko, nie miał także zamiaru się poddawać. Pozostawało tylko walczyć dalej. Jeśli walka będzie się przedłużać, bez przewagi żadnej ze stron, być może konieczne będzie zaproponowanie remisu, niemniej na razie trwała zabawa w kotka i myszkę.
Dorogan cofnął się krok, wychodząc pozaz zasięg ostrza demona, po czym wyprowadził kolejny cios, tym razem w korpus. Liczył na jakieś słabsze miejsce w zbroi przeciwnika, na odrobinę szczęścia. Rozejrzał się także po okolicy, szukając czegoś, co umożliwiło by mu uzyskanie przewagi. Co miał by to być - nie miał pojęcia. Starał się przy tym nie tracić z oczu oponenta - gdyby ten chciał przemyć czymś oczy, cios giermka wycelowany był by w ręce, by przeszkodzić mu w tej czynności.
Nastąpiła kolejna wymiana ciosów, która i tym razem nie przyniosła żadnych zmian w walce. Dorogan obejściem przeciwnika zdołał zmylić go, na tyle, że wzniesiona do bloku tarcza obrała całkiem zły kierunek. Cóż z tego, gdy kolejne trafienie, choć widocznie już mocniejsze, dalej nie zrobiło na inkwizytorze żadnego wrażenia?
Dzięki niemu zresztą mógł ocenić, gdzie na prawdę stał Dorogan. Ponownie jednak oślepienie przeciwnika okazało się dla giermka błogosławieństwem - ostrze minęło bohatera w bardzo bezpiecznej odległości.
Wyglądało na to, że walka miała potrwać jeszcze bardzo długo. Przynajmniej w obecnym stanie, jeśli Dorogan nie dobrałby się szczęściem gdzieś pod płyty jego wroga, albo na odwrót, demonowi nareszcie się poszczęściło.
Ale pat widocznie przeszkadzał nie tylko Doroganowi.
- Głupia człeczyna, czemuż to ciało musi być tak słabe i ograniczone?! - ryknął demon, a głos tym razem nie dobywał się zupełnie z gardła inkwizytora. - Ha, głupcze, chciałem pobawić się tylko z tobą. Widzę jednak... widzę jednak, że ta kukła będzie potrzebować krztynę pomocy.
Śmiech przetaczał się znów po wsi i lesie, gdy ciało inkwizytora zatrzymało się na chwilę. Błędne spojrzenie ślepych oczu zniknęło, tak jak i zresztą same oczy, gdy z oczodołów człowieka zaczęło wyciekać... światło? Tak, zdawałoby się, że jest to najlepsze słowo. Czemuż tylko było czarne?
Wkrótce na Dorogana spoglądały, tak, spoglądały całkiem wypełnione czarnym połyskiem oczy, rozciągające się od brwi aż do polików. Usta inkwizytora ułożyły się w dziwny, nienaturalny uśmiech, a reszta jego ciała skręciła się odpowiednio, w stronę Dorogana.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum