Koleus poczuł coś, z czym nie miał na co dzień do czynienia. Racjonalna kalkulacja, która przeważała na jego własną niekorzyść i respekt wobec innego wojownika. Ale i nadzieja, że nadciągający pojedynek da elfowi nowe spojrzenie na styl swojej walki i możliwość poprawienia go.
- Wybornie! - wielkolud zaklaskał w dłonie, a na jego twarzy wykwitł uśmiech. - A co do reszty mięsiwa, to oczywiście, częstuj się! To w końcu twoja porcja, nieprawdaż?
Mężczyzna podziękował uprzejmie, a następnie wstał od stołu. Trudno było zrozumieć, z jakiego powodu Krevan uczynił to pierwsze - dziękował za posiłek, który sam sporządził. Cóż, etykieta rządziła się swoimi prawami, których sam Koleus nie mógł na chwilę obecną pojąć. Wielkolud w tym czasie odwrócił się za siebie, schylając się do jednej z szafek przy samej ziemi, co wyglądało dość komicznie. Wyciągnął z niej czystą, szarą szmatkę, którą wręczył elfowi.
- Jest świeżo wyprana, możesz w nią zawinąć kurczaka. Jeśli nie masz nic przeciwko, to poczekam na ciebie na dworze, za budynkiem. Przygotuję już zaplecze na nasz pojedynek.
Koleus z lekkim zdziwieniem oglądał zachowanie gospodarza. Jadał już ze szlachtą ale takiego czegoś jeszcze nie zauważył. Cóż, była to rzecz nieistotna. Przynajmniej dla niego.
Dostał szmatkę więc szybko zawinął w nią to, co pozostało z kurczaka i wpakował zawiniątko do torby.
-Pójdę już z Tobą- rzekł i ruszył w ślad za wielkoludem.
Jego rozmiary były najbardziej niepokojące. Musiał nadrobić to szybkością. Elf nie był kościstej postury, ale do ogromnych mięśniaków również nie należał. Choć siły mu nie brakowało. Obserwował go analizując jego ruchy.
Pojedynek istotnie zapowiadał się bardzo interesujący.
Kurczak powędrował do wnętrzności torby podróżnej, którą to Koleus miał pod ręką, tak jak i cały dobytek, łącznie z tarczą i mieczem, łupem po martwym Starku. Zaraz potem elf stał już na nogach i podążał za Krevanem, który zdecydował się poczekać na Krwawego. Ruszyli.
Za dnia wioska wydawała się znacznie przyjaźniejsza, aniżeli w nocy. Ludność wyglądała na przyjazną i tolerancyjną, wyzutą z odruchów sięgania po broń ilekroć zobaczą przedstawiciela nieznanej im, "dziwnej" rasy. Zmysły Koleusa podpowiadały mu jednak, że niewiele się zmieniło od wieczora. Że nadal musi mieć się na baczności i obserwować zachowanie wieśniaków, ich wrogie spojrzenia i konspiracyjne szepty.
Obeszli dom, idąc wzdłuż ścian budynku. Na zapleczu nie było nic, prócz czarnego koła, który wyglądał, jakby pozostał po wielokrotnym rozpalaniu ogniska w tamtym właśnie miejscu. Nigdzie jednak nie było widać jakichkolwiek pozostałości po ognisku, kamieni, które ułożone w pierścień kontrolowałyby ogień, czy innych narzędzi. Pozostała czarna ziemia, z której wystawały nieśmiałe, pojedyncze kłosy trawy.
Wielkolud stanął w czarnym kole. Było ono sporych rozmiarów, o promieniu może trzech metrów. Wystarczająco, by odbyć w tym miejscu godny pojedynek. A nadciągająca walka z człowiekiem mogła być bardzo wielkim wyzwaniem dla szczupłego i niższego Koleusa. Krevan był masywny, jednak wyglądał na mniej zwinnego od elfa, za to znacznie silniejszego. Obrócił się do niego plecami, schylił się. Zdjął ciemne skóry, pozostając z nagim torsem i dopiero wtedy spojrzał na Koleusa.
- Żadnych kolców, wyłupywania oczu czy ciosów w jaja.
Przechylił głowę raz na jedną stronę, raz na drugą. Za każdym razem słychać było głośne chrupanie kości. Złączył ręce, jedną dłoń zaciskając w pięść, a drugą tę pięść obejmując.
Koło było czarne, a elf dopiero co wyczyścił swoje ubranie. Dlatego, idąc za przykładem przeciwnika, położył wszystkie swoje rzeczy na ziemi i zdjął górną część stroju. Kolczuga byłą przydatna ale nie miał zamiaru w niej walczyć. Nie był osobą szlachetną, ale w pojedynkach szanował przeciwnika. Nie miał zamiaru korzystać z czegoś, co dałoby mu przewagę.
Właściwie rozgrzewkę miał już za sobą, dlatego nic nie stało na przeszkodzie do rozpoczęcia pojedynku. Czuł jak serce zaczyna delikatnie przyspieszać, jak powoli adrenalina pobudza jego organizm. Czuł fale radości z nadchodzącej walki.
Czuł, że to będzie wspaniały pojedynek.
-Dobre zasady. Zaczynajmy- rzekł i wszedł do kręgu podnosząc ręce do gardy i stając na zgiętych nogach w lekkim rozkroku.
-Zaczynamy?- zapytał patrząc w oczy przeciwnika. Gdy tylko uzyska potwierdzenie ruszy do ataku. Nie było sensu zwlekać.
Od początku miał zamiar zaatakować od razu. Ciosy pięściami, bez użycia kolców, skierowane głównie na głowę Krevana. Nie atakował jednak z pełną agresją. Nie chciał otworzyć się na riposty wielkoluda.
Krevan: Deklaracja uniku (7 PI)
Koleus: Walka wręcz Poziom 5 - Test = k20(11) + Zr:19 + Poz.5 + 5 + 5 = 45 // ST = 49 (unik)
Porażka
Krevan: Walka wręcz - Test = k20(11) + 30 = 41 // ST = 30
Sukces
Obrażenia: 15 - 4 = 11
Koleus: Walka wręcz Poziom 5 - Test = k20(18) + Zr:19 + Poz.5 + 5 + 5 = 52 // ST = 35
Sukces
Obrażenia: 7 - 5 = 2
Krevan: Deklaracja uniku (7 PI)
Koleus: Walka wręcz Poziom 5 - Test = k20(12) + Zr:19 + Poz.5 + 5 + 5 = 46 // ST = 48 (unik)
Porażka
Krevan: Potężny atak - Test = k20(7) + 30 = 37 // ST = 30
Sukces
Obrażenia: 25 - 4 = 21 (Rana x1)
Koleus: Odporność na ból Poziom 2 - Test = k20(2) + Wo:12 + Poz.2 = 16 // ST = 32
Porażka
Koleus: Walka wręcz Poziom 5 - Test = k20(10) + Zr:19 + Poz.5 + 5 + 5 - 2 (zmęczenie) = 42 // ST = 35
Sukces
Obrażenia: 7 - 5 = 2
Koleus: Walka wręcz Poziom 5 - Test = k20(2) + Zr:19 + Poz.5 + 5 + 5 - 2 (zmęczenie) = 34 // ST = 35
Porażka
- Zaczynamy - odparł niskim głosem mężczyzna.
Ułamek sekundy później Koleus szarżował już na przeciwnika. Był szybszy? Sprawniejszy? Zaatakował pierwszy, to było pewne. A może przeciwnik chciał, by to elf rozpoczął walkę?
Pierwszy atak chybił. Koleus miał celną pięść, która zawsze natrafiała opór na swej drodze. Tym razem było inaczej. Wielkolud zrobił nagły, zadziwiająco szybki zwód, unikając błyskawicznej pięści przeciwnika. Zaraz potem sam wyprowadził kontratak, celnie trafiając Koleusa w podbródek. Siła ciosu była olbrzymia. Następny atak elfa wprawdzie trafił celu, lecz moc obrażeń pozostawiała wiele do życzenia. Wiedział, że bez kolców walka była całkowicie odmienna. Nie mógł już na nich polegać, a to właśnie one wygrywały dla niego pojedynki. Krevan wychylił swoje prawe ramię do tyłu, przygotowując się do kolejnego, jeszcze mocniejszego ataku. Koleus przygotował się na unik, jednak w ostatnim momencie nadciągająca pięść oponenta skręciła, uderzając Krwawego prosto w policzek, pod lewe oko. Siła tego ciosu była wręcz trudna do opisania, jednak elf już wiedział, że przez kilka dni towarzyszyć mu będzie solidny, purpurowy siniak. Koleus zakończył serię wymiany razów, a jego ostatni trafiony cios był identycznie mierny, co pierwszy, nie licząc końcowego ataku, który minął swój cel dosłownie o milimetry.
Przegrał. Był całkowicie tego świadomy. Nie miał szans w uczciwej walce ze swoim przeciwnikiem.
Ileż to już dni, nawet wydawałoby się, że lat, kiedy ostatnio przegrał. Nie pamiętał już dokładnie. Przez ostatnie lata nikt nie był w stanie pokonać Koleusa.
Kolce. Być może kolce mogłyby mu pomóc. Były stałą częścią elfa. Ta myśl pałętała się po jego obitej głowie.
Przeciwnik był o wiele silniejszy, okazało się również, że przy swoich nieprzeciętnych rozmiarach jest zadziwiająco szybki. Aż nie chciało się wierzyć.
Nie miał szans. To jednak nie było najgorsze. Najgorsze było to, że nie rozzłościło go to. Poczuł tylko wielki respekt w stosunku do Krevana. To było całkiem nowe doświadczenie.
-Zabijanie idzie mi lepiej od takich pojedynków.-rzekł z uśmiechem i ruszył desperacko na przeciwnika. Zaatakował go agresywnie. Miał małe szanse uniknąć jego ciosów więc mniej się skupiał na obronie. Chciał spróbować chociaż go trafić. Choć zapewne, nawet jeżeli mu się uda, miał przeczucie, że nie zrobi to wrażenia na człowieku.
[...]Koleus: Walka agresywna
Krevan: Deklaracja uniku (7 PI)
Koleus: Odporność na ból Poziom 2 - Test = k20(19) + Wo:12 + Poz.2 = 33 // ST = 32
Sukces
Koleus: Walka wręcz Poziom 5 - Test = k20(2) + Zr:19 + Poz.5 + 5 + 5 + 5 = 41 // ST = 43 (unik)
Porażka
Krevan: Walka wręcz - Test = k20(12) + 30 = 42 // ST = 20
Trafienie krytyczne
Obrażenia: 13 x 2 - 4 = 22 (Rana x1)
Koleus: Odporność na ból Poziom 2 - Test = k20(5) + Wo:12 + Poz.2 = 19 // ST = 54
Porażka
Koleus: Walka wręcz Poziom 5 - Test = k20(11) + Zr:19 + Poz.5 + 5 + 5 + 5 - 4 (zmęczenie) = 46 // ST = 35
Sukces
Obrażenia: 7 - 5 = 2
- By być wojownikiem nie wystarczy tylko umieć zabijać, trzeba być sprawnym w każdej możliwej dziedzinie walki.
Koleus wiedział, że nie zdoła wygrać z silnym, wytrzymałym i po prostu diabelnie wyszkolonym przeciwnikiem. Skoro sam elf od dawien dawna szkolił się praktycznie tylko i wyłącznie w walce wręcz, a Krevan również i w tej dziedzinie położył go na łopatki, to aż strach pomyśleć, co by było, gdyby musiał stawić mu czoła w normalnej walce, gdyby ten walczył swoją buławą, którą zawsze nosił przy sobie. No, na szczęście Koleus rzadko, jeśli w ogóle, odczuwał strach. Uczucie, które towarzyszy słabszym, bojącym się rzeczywistości i świata, który ich okala.
Zaatakował. Agresywniej, mocniej, dając z siebie wszystko, co tylko można wycisnąć z siły własnych mięśni. Kolce aż błagały o wydostanie się na zewnątrz, o rozharatanie paru twarzy i poprzebijanie kilku aort. Nic z tego. Honorowy pojedynek pozostał honorowy. A Krevan znów zezwolił Koleusowi na rozpoczęcie drugiej wymiany ciosów. I znowu Koleus chybił celu. Wielkolud, wydawałoby się, wraz z tężyzną góry powinien być również łatwy do trafienia, powolny. Nic bardziej błędnego. Ten poruszał się równie szybko, jak właśnie nie szybciej od elfa, co musiało zaskakiwać nie tylko przeciwnika, ale i wszystkich ewentualnych obserwatorów pojedynku. Takich, na szczęście, nie było w pobliżu.
Koleus postawił tylko i wyłącznie na ofensywę. Wiedział, że i tak zostanie uderzony, więc musiał dać jak najwięcej z siebie. Gdy skończył wyprowadzać nietrafiony cios, nie zdążył zareagować na nagłą, szybką kontrę oponenta. Krwawy elf nagle poczuł mocarny cios w brzuch, tuż pod żebra. Przez ułamek sekundy widział mroczki przed oczami, a jego ciało poleciało na metr do tyłu. On sam zgiął się w pół i potrzebował chwili, by móc kontynuować walkę. Wielkolud poczekał. Koleus czuł, że opuszczają go siły. Jego kolejny cios był jeszcze słabszy i mimo, że trafił wprost w podbródek przeciwnika, nie zrobił żadnych znaczących szkód. Co więcej, szczęka wielkoluda była tak twarda, że właściwie więcej szkody zrobił sobie sam elf, co odczuła jego pięść.
- Dobrze walczysz, Koleusie.
Człowiek odstąpił o krok, splatając palce na wysokości mostka.
- Dziękuję ci za walkę. Masz celniejszą pięść ode mnie i widzę, że w tej kategorii nie mogę się z tobą równać. Jedynie nadrobiłem siłą, ale gdybyśmy walczyli na trafione razy, a nie na zadane obrażenia, to jestem pewny, że odniósłbyś przytłaczające zwycięstwo.
Koleus splunął w bok. Nie zdziwiłby się jakby zobaczył, że zamiast zwykłego braku koloru, ślina zabarwiona by była na czerwono.
-Ja natomiast mam wrażenie, że wolałbym na razie z Tobą nie walczyć w normalnej walce.- uśmiechnął się szeroko i wyciągnął rękę w geście podziękowania - Gdyby to była walka, jak wszystkie, które stoczyłem, już bym był martwy. To była cenna lekcja, dziękuję- podszedł by uścisnąć rękę rywala. Kiedyś coś takiego gdzieś widział, wydało mu się to na miejscu.
"Dziękuję"?! co to za słowo?. Elf przegrał, a mimo to nie czuł złości. Walczył by zabijać, zawsze. Pierwszy raz w życiu spotkał osobę z którą skrzyżował pięści i nie miał ochoty jej zabić.
Nie czuł tak dobrze mu znanej żądzy. zamiast tego był podziw, uczucie, które było całkowicie nowe. Obce.
Ślina była tego samego koloru, co zawsze. Mimo dotkliwego urazu twarzy i brzucha, krew nie podskoczyła i nie uciekła przez usta. Koleus nie raz był w tragiczniejszej sytuacji, przez co zdołał się przyzwyczaić do smaku swojej własnej posoki. Tym razem nie musiał do tego wracać, a smak świetnego drobiu wciąż pozostał w ustach, mimo wyczerpującej walki. Krótkiej, ale jakże satysfakcjonującej. Elf przegrał, ale wyciągnął z tej porażki wiedzę. Poczuł respekt wobec przeciwnika, co nie zdarzało mu się często. Prawdę mówiąc, chyba nigdy do tej pory. I było to przedziwne uczucie.
- Miałem dobrych nauczycieli po prostu - odparł wielkolud, wykrzywiając kącik ust w uśmiechu.
Podał prawicę Koleusowi. Elf nie miał wyćwiczonego tego jakże teatralnego gestu, jednak odwzajemnił siłę uścisku. Następnie Krevan obrócił się i sięgnął po swój dobytek. Powoli zaczął się ubierać, nakładać ciemne skóry. Elf zrobił podobnie. Gdy oboje skończyli, wielkolud kontynuował rozmowę.
- Miło mi było mieć cię za gościa. Jednak wolałbym, żebyś już opuścił tę wioskę. W Erxen mieszka rzesza ludzi i półelfów, którzy mają własne, często odmienne przekonania. Tutejsi uważają, że w nocy zjawia się diabeł i porywa dzieci, szcza do mleka i nadyma brzuchy wieśniaczkom. Do wieczora nic ci nie grozi, jednak powinieneś mieć się na uwadze.
Rady te, powiedziane przez olbrzyma z niskim głosem, kompletnie nie pasowały do jego aparycji, a raczej do poczciwego, starego wuja, który na bujanym krześle udziela rad strudzonym podróżnikom w przydrożnej karczmie.
Trener. Elf oprócz kilku lekcji posługiwania się bronią, nigdy nie miał okazji uczyć się od kogoś. Jego umiejętności wynikają z wielu lat obserwacji i doświadczenia nabytego na walkach. Jednak miał świadomość, że nie jest to poziom który chciałby osiągnąć.
Chciał być najlepszy.
Dziś okazało się, że doświadczony wojownik był nieosiągalny. W dodatku jego specjalizacją na pewno nie była walka wręcz. Co by było, jakby spotkał kogoś równie doświadczonego, bijącego się głównie pięściami? Totalna katastrofa.
Musiał się stać lepszym.
-Nigdy nikt mnie nie uczył walki- rzekł z lekkim westchnieniem. Słuchając słów wielkoluda uśmiechnął się lekko słysząc o diable, który czynił tak wiele szkód w wiosce. Gdy tamten skończył odparł.
-Szkoda. Miałem nadzieję, że na prawdę w czymś Ci pomogę.- i tak nic godnego uwagi go dalej nie czekało. Tutaj stał przed nim ktoś, kto mógłby go wiele nauczyć.
Koleus był samoukiem. Nigdy nie zagrzał miejsca na tyle długo, by zyskać nauczyciela, który pomógłby mu pracować nad własnymi umiejętnościami. A nawet jeśli, to prędzej czy później straciłby cierpliwość do teoretyzującego, nudnego "mistrza". A brak cierpliwości, zwłaszcza w przypadku agresywnego, żądnego krwi elfa, może skończyć się tylko w jeden możliwy sposób.
Krevan był jednak wyjątkiem. Samemu Koleusowi trudno było zrozumieć fenomen tej postaci i jej zdolność wpływania na elfa. Krwawy poczuł wobec niego szacunek. Arcyrzadkie uczucie.
- Pod tym względem nie mogę cię nauczyć niczego. W walce na pięści jedyne, co mam do dyspozycji, to siła.
Wielkolud pokiwał głową z uśmiechem po ostatniej wypowiedzi Koleusa, niczym wciąż ten sam dobry wuj na bujanym krześle, wysłuchujący swojego młodego siostrzeńca.
- Naprawdę nie chcę od ciebie pomocy za coś, co zrobiłem bezinteresownie. A nawet jeśli, to nic, kompletnie nic nie przychodzi mi do głowy. Jakbyś wracał kiedyś z Erxen przez Góry Środka Świata, albo kierował się doń, zahacz o miasto Gwynn. Bywam tam bardzo często. I może wtedy będę w potrzebie - zakończył, wykrzywiając usta w uśmiechu i kiwając ponownie głową.
Elfa ogarnęło dziwne uczucie. Kompletnie nie rozumiał obecnej sytuacji. Sposób w jaki zwracał się do niego Krevan można było opisać jako przyjacielski. Coś czego Koleus nigdy nie doświadczył. Nigdy nie miał rodziny, nawet przyjaciela, nigdy nikt nie był dla niego miły. Każdy patrzył na niego spod łba nawet jeśli go nie znał. Koleus miał wrażenie, że po prostu każdy wie czym się zajmuje i każdy go nienawidzi.
I dobrze mu było z tym. Lubił strach lub złość w oczach innych. Karmił się tym.
Ale coś takiego? Nie miał bladego pojęcia jak się ma zachować. Najlepiej wziąłby wszystko i ruszył przed siebie zapominając o tym, z drugiej zaś strony nie chciał tego. Nie chciał tak szybko opuszczać tego miejsca.
Zebrał wszystkie swoje rzeczy. Założył kolczugę, plecak, broń. Chwycił tarczę i wysunął przed siebie przyglądając się jej.
-Na pewno tak zrobię- rzekł. Po krótkiej przerwie dodał - na początku muszę się jej pozbyć- uśmiechnął się do siebie.
Nie chciał odchodzić. Ale nie mógł przecież poprosić go o dłuższą gościnę. To byłoby zbyt dziwne jak na Koleusa.
-Następnym razem wymyśl jak mam Ci spłacić Twoją gościnność.- uśmiechnął się szeroko do wielkoluda. -Do zobaczenia-
Odwrócił się i wolnym krokiem ruszył z zamiarem opuszczenia wioski. Ale gdzie tak na prawdę zmierzał? Jaki miał cel podróży? W którą stronę teraz się uda? Nie miał pomysłu.
Miał przeczucie, że rany będą mu dokuczać w najbliższym czasie, więc z pewnością nie zabije pierwszej napotkanej osoby. Musiał trochę odpocząć po przegranej.
Przegrał. Świadomość ta dotarła do niego z dwojoną siłą. Co jeśli znów napotka kogoś tak dobrego? Nie przeżyje tego. Musiał jakoś popracować nad swoimi umiejętnościami. Podszkolić się. Nim zahaczy o miasto Gwynn musi być o wiele lepszy. Następnym razem nie może w taki sposób przegrać. Musi sobie zasłużyć na szacunek. Może w tedy Krevan pozwoli mu pomóc w... czym on się tam zajmował? Nie pamiętał, ważne, że chodziło o zabijanie. A to było bliskie elfowi.
Czyli znalazł sobie cel. Stać się silniejszym. Szybko.
Koleus przeżywał wszystko na nowo. Spotkał osobę, która nie była tylko mięsem, które należało rozbić na miazgę. Pierwszy raz od dawna poczuł wobec Krevana brak instrumentalizacji, empatię. W innych okolicznościach doskwierałoby mu pewnie dziwne, wręcz nienaturalne uczucie, jednak nie w tym przypadku. Co więcej, czuł szacunek. I niezłomną chęć pozostania dłużej przy wielkoludzie, mimo swojego wędrowniczego charakteru. Wszak sam z siebie, bez niczyjej inicjatywy, chciał odwdzięczyć się gospodarzowi za gościnę i za uratowanie życia, gdzie w innych okolicznościach, jak w pewnej wsi, w której przebywał po wizycie w ukrytych w wodzie ruinach, jedyne, co pozostawił po sobie, to kolejne ofiary.
A teraz? A teraz musiał, mimo wszystko, odejść. Nie chciał tego zrobić, ale nie mógł też pozostać dłużej w wiosce. Doskonale zdawał sobie sprawę, jakie mogły być tego konsekwencje. Kolczuga, plecak, broń, tarcza. Założył wszystko, a ciężar ekwipunku dał o sobie znać.
- Pozbądź się jej. Przyniesie ci więcej szkód niż pożytku.
Koleus odwrócił się i ruszył powolnym krokiem.
- Trzymaj się, Koleusie! - krzyknął Krevan. Elf nawet nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że ten macha właśnie ręką na pożegnanie. Mocarny wachlarz powietrza uderzył w szyję Koleusa wystarczająco mocno.
A krwawy pięściarz szedł, zgorzkniały zaskakującą porażką w walce. W jego własnej dziedzinie. Był przekonany, że nie miał sobie równych. To spotkanie nauczyło go wiele. Musiał się podszkolić. Stać się silniejszy, mocniejszy. W błyskawicznym czasie, by na rewanż z Krevanem stawić się już jako wymagający, niebezpieczny woj.
Rozmyślał tak długo, aż stanął pod bramą prowadzącą na zewnątrz wsi. Była otwarta. Nikt nie blokował mu przejścia, nikt go nie ścigał, nie wytykał widłami. Mógł iść dalej. Tylko gdzie? Gdzie mógłby znaleźć rozwiązanie na swoją rozterkę? Gdzie ma skierować swe kroki, gdy minie już podniesioną, drewnianą bramę, gdy przejdzie obok wychodka i wejdzie w głąb dziczy?
Na te pytania, jak i na tysiące innych, nie mógł niestety znać odpowiedzi.
Patrzył na bramę. Była w istocie bramą, bramą otwierającą drogę do nowej motywacji, nowych rzeczy. Zaczęło tak jak zwykle, chciano go po prostu zabić. Zakończenie jednak odwiedzin miejsca za bramą było co najmniej nietypowe. Można by rzec, że przekroczył bramę, prowadzącą do nowych rzeczy.
Na razie jednak czas iść dalej. Popatrzył za siebie żegnając wioskę oraz bramę i ruszył. Przed siebie. Najpierw musiał pozbyć się tarczy. Zakopać gdzieś, ukryć. Coś prostego i skutecznego. Nie wymagała jakiegoś ambitnego planu, jedynie co chciał, to by była w odpowiedniej odległości od wioski. Jakąś godzinę marszu, może mniej.
Odszedł zostawiając za sobą wioskę. Skierował się w przeciwną stronę do tej, z której tu przybył. Jak zwykle, bez jasnego kierunku, ale już z widocznym celem. Choć realizacja będzie trudna.
Brama za dnia nie wyglądała już na wielką i groźną. Sami mieszkańcy wyglądali na przyjaźniejszych i chętniejszych do współpracy, aniżeli poprzedniej, feralnej nocy. Wieśniacy, jeśli już spoglądali na elfa, robili to kątem oka, bez zauważalnych, typowych marszczeń brwi i silniejszych zaciskań dłoni na trzymanym w nich sprzęcie rolniczym. Dodatkowo, było ich znacznie mniej. Nawet nie połowa tylu, ilu powitało Koleusa po wejściu do wioski. Przez bramę, która odcisnęła solidne piętno na psychice elfa. Jedna, malutka wioska na krańcu świata zdziałała więcej, niż dziesiątki wielkich miast, do których zawitał w swoim życiu.
Popatrzył za siebie. Nie zobaczył Krevana, co właściwie nie było niczym dziwnym - miejsce walki schowane było za budynkiem, którego nawet spod samej bramy nie było widać. Jego myśli ogarnęła żądza pozbycia się tarczy. Przedmiotu, którego nie udało mu się sprzedać miejscowym kupcom, a wręcz przeciwnie, zwracał uwagę swym herbem, który dziwnym trafem nie pasował do krawego elfa. Nie, jeśli chodzi o Erxen, gdzie rasa ta została zepchnięta na bok, a posiadanie tytułu szlacheckiego leżało poza najśmielszymi marzeniami przedstawicieli tejże nacji.
Koleus, po wyjściu z wioski, udał się w lewo. Plecami skierowany był do wzgórza, z którego wypatrzył tę miejscowość. Przez jakiś czas szedł wydeptaną, leśną drogą. Nie minęła chwila, aż zniknął otoczony gęstym listowiem lasu, uniemożliwiającym mu dalsze spoglądanie na wieś, z której wyszedł. Minęło może pięć minut, nie więcej. Za krótko, by pozwolić sobie na ukrycie tarczy, ale wystarczająco, by ostatnie istoty zniknęły z zasięgu widzenia, pozostając samemu na łasce puszczy. W dzień wszystko wydawało się bezpieczniejsze. Nawet Koleus, który sam zwiastował niebezpieczeństwo, wiedział to doskonale. Zasięg widzenia był większy, mimo to, że niemal przez cały czas nad jego głowami piętrzyły się wyniosłe drzewa, blokując bezpośrednio silne promienie słońca, które nie wzniosło się jeszcze na maksymalną wysokość.
Zauważył go dopiero, gdy jego sylwetka wyłoniła się zza gęstego krzaku bzu. Ubrany na czarno, nie wydający z siebie żadnego odgłosu mężczyzna, z głową skrytą pod kapturem. Siedział na pokrytym mchem pniaku, dwadzieścia metrów od Koleusa. Jego sylwetka pochylona była do przodu, a ręce oparte na kolanach. Jego głowa, nieruchoma, wpatrzona dokładnie w miejsce, w którym stał Koleus.
- Nareszcie - rzekł suchym, charczącym głosem. Zdawało się, że osobnik ów nie pił od paru dni, a słowo było wypowiedziane ostatkami sił.
Nie ruszał się. Jedynie jego usta, uciekające przed cieniem kaptura potwierdzały, że postać ta wciąż żyła i przemawiała właśnie do elfa.
Tym razem jego reakcja była w stu procentach podobna do tych, których doświadczał przez całe życie. Pojawił się ktoś, a elf od razu poczuł znajome uczucie. Chęć walki. Chęć pozbawienia kogoś życia. Opanowało go to w jednym momencie a nawet przecież nie miał pojęcia kto przed nim stoi.
-Czego chcesz!?- warknął krótko. Ogarnęła go fala żądzy tak dobrze mu znanej, że aż się mimowolnie uśmiechnął.
Coś w jego głowie sprawiało, że w granicach podświadomości rodziło się pytanie, kto to może być. Wyglądał co najmniej podejrzanie. Jego głos, fakt, że nie słyszał go wcześniej, strój, mogły zasiać niepokój. Mogło być ich więcej.
Lecz po ostatnich wydarzeniach, chęć oddania się rytuałowi, jakim było morderstwo, tłumiła rozsądek. Nie całkowicie ale ze znaczną przewagą. Co było niebezpieczne, Koleus jednak nie panował nad tym.
Nagła postać ożywiła w Koleusie dawne, wyuczone nawyki. Stanęła na jego drodze, na drodze elfa, którego mottem życiowym było odbieranie życia w brutalnej, krwawej walce. Lekcja, którą dał mu Krevan, pozostała jednak w umyśle elfa. Mężczyzna siedział nieruchomo. Nie miał przy sobie żadnej broni, przynajmniej nie na wierzchu. Jego długi, czarny płaszcz skrywać mógł wiele nieprzyjemnych narzędzi, jednak jego dłonie wciąż przytwierdzone były do kolan. Głupcem było nie sądzić, że osobnik ów czekał na Koleusa.
- Przepraszam za to nagłe najście - jego szorstki głos nie zmienił się ani trochę. - I chyba wypadałoby mi, żebym się przedstawił.
Rzekł, a następnie wstał. Powoli, bardzo powoli unosił swoje ciało w górę, aż do samego pionu. Cień rzucany przez kaptur cofnął się, odsłaniając dolną połowę bardzo bladej twarzy. Jegomość skłonił się, również bez pośpiechu. Prawa ręka powędrowała za plecy, a druga, lewa, wzdłuż ciała. Gdy wykonał już rytualny gest, który dla Koleusa nie miał żadnego sensownego znaczenia, mężczyzna kontynuował swoją lapidarną wypowiedź.
Zachowanie osoby obudziło w elfie niepokój. cała ta sytuacja sprawiła, że Koleus poczuł się zagrożony, pomimo uprzejmości osobnika. Nie należał do mądrych ale jego przeczucie często się sprawdzało. Dziwak w dodatku wyglądał jak osoby, które mają problemy z różnymi ziołami. Koleus dorastając wśród morderców i ciemnej stronie miasta, często widział ludzi, którzy niszczyli swój organizm różnymi substancjami.
Czyżby głos i ta bladość były dowodem na to, że ma przed sobą jakiegoś ćpuna. A może jest chory?
-Koleus- odparł. - Czegoś ode mnie chcesz? Spieszę się. Nie mam pieniędzy ni prowiantu.- to nie była do końca prawda. Ale chciał go spławić nim trzyma swoją żądze w ryzach.
Kolejny, suchy głos wydostał się z ust mężczyzny. Poczekał chwilę, jakby chciał dobrać odpowiednie słowa, nim rzekł po raz kolejny.
- Nie szukam zwady, a raczej pomocy.
Pomoc w kontekście osoby chorej bądź uzależnionej od różnorakich substancji mogła kojarzyć się z tylko jednym. Jednak pieniędzy, jak to sam zaznaczył, nie chciał. Kaeth odczekał kolejną chwilę, a jego prawa ręka powędrowała za połę płaszcza. Nim Koleus zdążył zareagować, ten wyciągnął zza niego mały, skórzany mieszek, typowy do przechowywania kosztowności. Spuścił rękę do poprzedniej pozycji.
- W tej wiosce przebywa pewien... niepasujący do otoczenia człowiek. Niechybnie spotkałeś go na swojej drodze. Powiedz mi - wyciągnął rękę, a następnie cisnął woreczkiem przed siebie, pod nogi Koleusa - opowiadał ci coś o... wampirach?
Koleus sięgnął pamięcią do Krevana, bo co do niego nie miał wątpliwości, że osoba przed nim miała jego na myśli.
Wampiry? Co elf wiedział o wampirach? Słyszał, że były trupami żywiącymi się ludźmi. Więcej nie pamiętał. Choć z drugiej strony, wielkolud coś o nich wspominał. Tak, mówił, że jest łowcą i na nie poluje.
Spuścił wzrok na mieszek a następnie znów skupił go na Keathowi. -Być może. Czegoś ode mnie chcesz?- zapytał ponownie.
Nie ruszył się z miejsca i chyba wiedział jaka będzie propozycja zakapturzonego.
Mężczyzna nie ruszał się. Nie było nawet słychać jego oddechu, gdy wsłuchiwał się w wypowiedź elfa, równie lakoniczną, co samego pytającego. Głos Koleusa był jednak bardziej naturalny, mniej zniszczony i mimo tego, że ton głosu wciąż reprezentował wojowniczy charakter Krwawego, to brzmiał dziesiątki razy przyjemniej od mowy mężczyzny.
- Wiem, że ty też nie jesteś stąd. I nie należysz do tego zacofanego, otumanionego przesądami wiejskiego społeczeństwa. Ten człowiek zabił miejscowego... wampira.
Znów zrobił krótką przerwę, nim zaczął mówić dalej.
- Wampir ten nic nie zawinił wsiowym ludziom. Żył na uboczu, żywił się krwią dzikich zwierząt. Nawet wampirem nie był z wyboru. Wiem to, bo byłem jego przyjacielem.
Kolejna przerwa.
- Potrzebuję twojej pomocy. W mieszku pod twoimi nogami znajduje się zaliczka. Połowa teraz, połowa po wykonanej pracy.
Elf zmrużył oczy. Potrzebował pieniędzy, ale nie był nigdy nimi zachwycony, wręcz ich nie lubił. Coś w jego głowie wciąż kazało mu się nie ruszać i być czujnym. Takie istoty były podobno bardzo niebezpieczne, a elf nie był pewny czy chodziło o ich siłę, czy może o przekręty. Nie miał podstaw mu nie wierzyć, tak samo jak wierzyć.
Jeśli wierzyć teorii, że wampir to chodzący trup, jak wytłumaczyć przyjaźń pomiędzy nieumarłymi? To wykraczało poza pojmowanie wojownika. Coś tu było nie prawdą, według Koleusa.
-Zapytam ostatni raz.- rzekł a jego głos nasiąknął już irytacją -Czego ode mnie chcesz? Co to za przysługa.-
Nie ufał mu. Był jakiś dziwny. Nie podniósł mieszka, być może przez tą nieufność, a może dlatego, że widok pieniędzy by go uspokoił. Oddalił żarzącą się żądze. A na razie tego nie chciał.
Koleus doskonale wiedział, że z takimi zakapturzonymi, nieprzyjemnymi osobnikami należało uważać. Wszak sam był jednym z nich. I to na niego samego ludzie, elfy i krasnoludy musieli uważać. A ci, którzy byli na tyle nierozsądni by z nim zadrzeć, zazwyczaj nie dożywali dnia następnego. A teraz? A teraz to Koleus był tym, który trzymał dystans. Nie rzucił się jeszcze z pięściami na rozmówcę. Nie wiedział, do czego ten był zdolny. I nie zamierzał spuszczać go z oka. Nie podniósł woreczka, który rzekomo zawierał w sobie pieniądze. Na nie przyjdzie pora, ale póki co zajęty był Kaethem.
- Chcę, żebyś pomógł mu odżyć - odparł nie od razu. - Wampiry są nieśmiertelne, a jeśli ktoś je "zabije", te mogą zawsze... odżyć, gdy napoi się je krwią.
Kolejna, standardowa przerwa. Ta była znacząco dłuższa od pozostałych.
- Ten wampir miał trzy flakoniki z krwią, zwierzęcą, które musiał zabrać ten cały... łowca. Wystarczy, że zdobędziesz jeden z nich. O to cię właśnie... proszę.
Ostatnie słowo było wyjątkowo ciche, wypowiadane ostatkami sił, jakby postać ta przez wiele dni cierpiała na odwodnienie organizmu.
Typ był wyjątkowo podejrzany. Na pewno musiał być obecny w wiosce by powiązać go z wielkoludem. Ale zapewne Krevan zauważyłby go. Było to dziwne, był tak bardzo charakterystyczny.
Buteleczki? Koleus wysilił się, by przypomnieć sobie wczorajszą rozmowę. Jego źrenice rozszerzyły się niezauważalnie, kiedy przypomniał sobie słowa człowieka. Przypomniał sobie buteleczkę którą mu pokazał i słowa jakie w tedy wypowiedział "Był w zaawansowanym stadium wampiryzmu i całkiem wymagającym przeciwnikiem, okolicę nawiedzał już od jakiegoś roku".
Zimny dreszcz przeszedł po plecach elfa. Strach. Znów go doświadczył. Ale dlaczego? Zmrużył oczy i zaczął się przyglądać postaci. Jeśli Krevan miał z nim problem to czy ten jest równie wymagający.
Oczy wojownika rozbłysły. Zdjął swój ekwipunek szybko a kolce wyłoniły się z jego dłoni, przy czym nie skrzywił nawet ust. Czternaście kolców z zewnętrznej strony pochylone pod ostrym kątem do dłoni. Te z tyłu dłuższe od tych które rozcięły skórę na kłykciach aby uderzać wszystkimi kolcami naraz. Na drugiej ręce wyłoniła się taka sama liczba tworząc z rąk ulubioną broń elfa.
Bez słowa ruszył na osobę która widniała już w jego oczach jako wróg. Szybkimi ruchami miał zamiar dotrzeć do niego i zaatakować.
Jeżeli wygra i tak stłucze tego osobnika, że mało z niego zostanie, to na pewno zaimponuje Krevanowi. Może nawet pozwoli mu z sobą pójść.
Jego twarz wykrzywił fanatyczny uśmiech. Pragnął krwi.
Koleus szybko powiązał fakty. Typ spod ciemnej gwiazdy, tajemniczy, trudny do zidentyfikowania. Definitywnie szpiegował elfa od jakiegoś czasu, a dopiero teraz pokazał mu się na oczy. Z drugiej jednak strony trudno było nie zauważyć tak bardzo odmiennego osobnika w wiosce, którą nie tylko zamieszkiwał tłum chłopów, ale i sam Krevan, człowiek spostrzegawczy i inteligentny.
Nie inaczej było z Koleusem. Szybko przypomniał sobie rozmowę odbytą z wielkoludem dnia poprzedniego. Po raz kolejny zaznał dziwnego, niecodziennego ukłucia strachu. Uczucia, które powinno być jak najdalej od niego, które powinno nawiedzać jego przeciwników, nie jego samego.
Mężczyzna, z którym rozmawiał elf, był podobnego wzrostu. Trudno było wychwycić, czy zachodziła jakaś różnica paru centymetrów na jego korzyść bądź niekorzyść. Wyglądał na wątłego, zmarnowanego, o bladej twarzy i przygarbionej posturze. Nie miał zarostu, a resztę twarzy skryta była w cieniu kaptura.
Elf zrzucił nagle z siebie cały ekwipunek, a jego dłonie szarpnęły, niczym kopnięte prądem. Z każdej z nich zaczęły wyrastać kolce. Ostre, śmiertelne. Ku jego rozczarowaniu z każdej dłoni wysunęło się tylko dziesięć kolców, co musiało być efektem zmęczenia po niedawnej walce. Dziesiątka wciąż była jednak groźną liczbą. A następnie rzucił się na przeciwnika.
Ten obserwował całą przemianę elfa. Trwała ona tylko chwilę, jednak była ona wystarczająca, by mężczyzna zrozumiał, co się zaraz wydarzy. Rzekł coś cicho, do siebie, a następnie obrócił się i zaczął biec dokładnie w tym samym momencie, co Koleus. W dzicz, w głuszę.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum