Z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność.
- Anonim
Zarówno w magii jak i w mocy nie istnieją pojęcia dobra oraz zła. Zaklęcie, jako i miecz stalowy – nie reprezentują sobą żadnych wartości. To postać, która zaklęcie tka, lub miecz dzierży może zostać oceniana przez pryzmat swoich zachowań oraz podejmowanych akcji. Miecz, narzędzie bezmyślne, zależne całkowicie od cudzej woli, nie odbiera życia dlatego, iż jest zły i nie broni niewinnych dlatego, że jest dobry.
- Dywagacje., Anonim
Za Garść Denarów
- kroniki Ervina - specjalizacja
13 Jullis, 1515 – gdzieś, na ziemiach dawnego Pogranicza
Minęły dwa dni od chwili, w której Ervin powrócił do życia. Przez pojęcie to, rzecz jasna, rozumiał nie sam fakt cudownego objawienia się w Sorii po pięciu latach niebytu. Ervin powrócił do życia uciekając z niewoli cudacznej sekty magów, umykając ich pogoni oraz trafiając ostatecznie do nie mniej tajemniczej karczmy u skraju drogi. Ervinowi nadano nowy cel w życiu, a w każdym razie tak twierdzono – półelf sam bowiem nigdy jeszcze nie czuł się równie zagubiony i celu egzystencji pozbawiony jak właśnie teraz.
Po tym, jak Żałobne Ostrze wypiło do cna duszę drowa, mrocznego rycerza, Ervin po raz pierwszy od lat został postawiony w obliczu nowych okoliczności. Oto nikt na niego nie polował. Oto nikt niczego od niego nie chciał. Na nowo stał się całkowitym panem własnego losu i własnego przeznaczenia. A może tak przynajmniej mu się wydawało. Gdy tylko wydostał się z ruin świątyni, w której drow przeprowadzał swój rytuał okazało się, iż los zadrwił z bohatera po raz kolejny, rzucając nim w co i rusz inne zakątki Sorii.
Ervin trafił do Imperium. A w każdym razie tak odpowiadał mu każdy zagadnięty po drodze człek.
Ervin znalazł się w świecie którego nie do końca rozumiał. Ostatnimi czasy gdy wędrował tymi gościńcami, ziemie te wciąż były królestwem. Nie panował tu Imperator, tylko Król. Ziemie te były mniejsze, bardziej gęsto zaludnione, mniej też było tu nieludzi. Mniej było wojska. Mniej było wszędobylskich praw i obowiązków. Mniej było zmęczenia w oczach mijanych chłopów. Rozrost terytorium ludzi pociągnął za sobą rozrost aparatu wojskowego i biurokracji, jak również wzrost obciążeń spoczywających na najbiedniejszych. Podczas gdy armia maszerowała równym krokiem, depcząc dawne ziemie orczych klanów, bagna jorów i jaszuroludzi, przynosząc dumę i chwałę Imperium, prawdziwe koszty tych operacji ponosili chłopi – od niedawna na stałe, do końca życia związani z ziemią przez nich uprawianą, a należącą de facto do odpowiedniej rodziny szlacheckiej.
Były to inne, trudniejsze czasy.
Niewielu ludzi chciało rozmawiać z półelfem. Nawet ci nieliczni najczęściej nabierali wody w usta i zmywali się w swoją stronę po zauważeniu broni, jaką ów mieszaniec przy sobie nosił. Nikt z tutejszego gminu nie miał pojęcia, rzecz jasna, czym było Żałobne Ostrze. Podświadomie jednak każda rozsądna istota czuła trudny do wytłumaczenia lęk, na widok owego miecza. Ervinowi jednak to nie przeszkadzało. Od dwóch dni otaczała go niespotykana wręcz cisza. Głosy zamieszkujące jego jaźń umilkły bowiem, jak się zdawało, już na zawsze.
Zbliżał się już wieczór trzeciego dnia wędrówki. Ervin już od dnia ubiegłego zgubił gdzieś szlak, nie mając całkowicie pewności dokąd prowadzi polna dróżka na której się znajdował. Słońce, na czerwono podpalając jasną łuną widnokrąg gdzieś na zachodzie było zaledwie godzinę lub dwie od zajścia poza jego linię. Powietrze było suche, parne, nieruchome. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Okolicę wypełniały jedynie zapach dojrzałego zboża, porastającego całą okolicę jak tylko okiem sięgnąć oraz świergot polnego ptactwa i świerszczy. Bohater miał jednak pewność co do jednego – tam, gdzie były uprawne pola, tam też i musieli być ludzie. Od południa nie widział już żywej duszy, więc mógł spodziewać się, iż kroki niosły go w kierunku jakiejś wioski lub zajazdu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2012-07-11, 10:50, w całości zmieniany 2 razy
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-10, 21:42
Odzyskał swoje życie. To chyba lepsze słowo. Odzyskał je, nie rozpoczął. Odzyskał prawo do prowadzenia go w taki sposób, w jaki chciał. Od momentu, w którym żałobne ostrze wyssało z niego pozostałe dusze, zamieszkujące, pasożytujące na jego umyśle, kiedy żałobne ostrze pożywiło się także duszą mrocznego rycerza, od momentu w którym wyszedł z tajemniczego, porzuconego miejsca, zastanawiał się, jak doprowadził się do takiej ruiny. Ruiny psychicznej. Jak mógł dopuścić do tego, żeby jakieś obce dusze panowały nad jego własną. Jak mógł przeoczyć fakt, że nie panuje sam nad sobą? Chorzy psychicznie często nie zdają sobie sprawy z własnej choroby. Tak było w jego przypadku. A gdy nienaturalnie wyleczono go, dotarło do niego, w jak zaawansowanym stadium był. Ciężko mu było dojść do siebie, ciężko było nie rozmawiać ze sobą, co weszło mu już w nawyk. Jednak nikt nie odpowiadał mu, nikt nie doradzał, nie przestrzegał, nie rozmawiał.
Cisza.
Pustka
Ostrze. Podświadomie wiedział o jego właściwościach, magicznych mocach. Wiedział, że ono żyje własnym życiem. Czuł to, podświadomie, tak samo jak zauważył, że od kiedy zabił mrocznego rycerza, jego koordynacja ruchowa i kondycja poprawiła się. Zauważył, jak miecz daje mu siłę. Ale przede wszystkim daje mu motywacje. Był nowością w jego życiu. Nie wiedział, skąd miecz się u niego znalazł, czemu ktoś mu go podarował, i przede wszystkim, KTO to był. Czym była dziwna karczma, do której trafił? Kto się tam znajdował? Był ciekawy, czy zdoła tam powrócić. Nie wiedział, czy chce. Nie zastanawiał się nad tym.
Odzyskał nowe życie. Odzyskał prawo do rozpoczęcia go.
Ubrany był w wąskie czarne skórzane spodnie. Zielonobrązowa koszula miała rozpięte guziki i podwinięte rękawy, zwinięty płaszcz schował do plecaka. Było gorąco. Plecak wyglądał na dosyć zapełniony. Efekt zakupów, jakie zrobił niedawno. Rękojeść miecza wystaje znad prawego ramienia, tak, że sięgając po nią, można zacząć walkę od ładnego cięcia z góry. Nie miał na sobie zbroi. Wydawała mu się nieporęczna i krępowała ruchy.
Tak szedł.
Imperium, nadchodzę
Imperium. Wiele się zmieniło w sorii pod jego nieobecność. Ustrój polityczny. Dwa słowa, które nic mu nie mówiły. Nie miał żadnej wiedzy na ten temat, zresztą mało go to interesowało to, kto i w jaki sposób rządził. Był wolnym człowiekiem. Dopóki nie zabije nikogo ważnego, jak na przykład królewskiego alchemika. Wtedy jego wolność jest bardzo względna. Był ciekaw, w jaki sposób jego wolność może być ograniczana w obecnym imperium.
Szedł przez pola i pastwiska, jakich wiele na ogromnej, nie do pojęcia powierzchni państwa ludzi. Czuł zapach zboża, przyjemne ciepło słońca na twarzy, lekki ból w nogach spowodowany całodzienną wędrówką. Przyjemny ból. Przypominał mu o tym, że żyje.
Możnaby prawie powiedzieć, że ma dobry humor.
O zgrozo.
Ciepło było znośne, ale jeszcze parę godzin wcześniej dałby sobie rękę uciąć za kawałek cienia, albo lodowatą kąpiel. Słońce w zenicie na bezchmurnym niebie potrafi zniszczyć niejednego woja.
A nazwać go wojem, to powiedzieć na smoka, że jest jaszczurką.
Żuł w ustach jakąś trawkę zerwaną parę minut temu. Rozgląda się wypatrując na horyzoncie chociaż zarysu jakiejś wioski, osady. Szary dym, płynący po niebie, albo odległe szczekanie psów. Nie spieszyło mu się, już niedaleko powinien coś znaleźć, dawno nie mijał żadnej wioski. Przyspieszył trochę kroku, ale po chwili zrezygnował. Do zmierzchu zostało mu jeszcze trochę czasu, a zanim zapadnie zmrok, będzie mieć jeszcze ze dwie godziny spokojnego marszu w szarówce. Do tamtej pory na pewno coś znajdzie. Jak nie, to rozbije namiot gdzieś w polu. Nie może być tu niebezpiecznie. Przynajmniej miał taką nadzieję, nie będzie palił ognia, nie zwróci niczyjej uwagi.
Wioska do której dotarł po godzinie marszu nie była nawet otoczona ostrokołem. Ot, mniejsze lub większe zbiorowisko drewnianych chat o strzechach ze słomy skupionych wokół udeptanego, twardego placu położonego w centrum. Ervin wcześniej zdołał ją wyczuć niż zobaczyć. Na dobrą sprawę przykry zapach parującej gnojówki używanej do nawożenia pól otaczał ową miejscowość już z kilku kilometrów. Bohatera nie dziwiło to specjalnie. Wiedział doskonale, iż wsie w Imperium częściej są zbiorowiskiem nieludzkiej biedy i głodu niż czegokolwiek innego, cudownie kontrastując z otaczającą je idyllą złocistych pól i głębokiego błękitu nieba.
Pierwsze zauważyły go psy. Psy i dzieciarnia. Te pierwsze ujadając na jego widok tak, jakby szła zanim cała armia kotów zaś te drugie – drąc się, jakby stanowił same kohorty piekielne, gotowe w każdej chwili porwać i pożreć żywcem wszystkie stojące mu na drodze nieletnie istoty. Już na długo zanim wyszedł z polnej dróżki na murowany trakt prowadzący do wioski wszyscy jej mieszkańcy doskonale wiedzieli, że nadchodzi.
Mieszkańcy imperialnych miejscowości nigdy nie należeli do szczególnie gościnnych. W czasach, gdy każdy nieznajomy mógł być zbirem, zbójem, złoczyńcą i złodziejem, nie budziło to szczególnych wątpliwości. Bohater mógł jednak poczuć się nieswojo, gdy jego skromną, samotną osobę w wejściu do wioski powitało czworo masywnych chłopów o skórach ogorzałych od słońca z widłami w sękatych łapskach.
- A czego tu chce? – rzucił wreszcie jeden z nich.
Gestem wideł dał wyraźnie do zrozumienia, iż odległość dwudziestu metrów w jakiej Ervin znalazł się od najbliższej „cywilizacji” była odległością wystarczającą.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-11, 00:40
No i masz.
Tak jak przewidywał, dotarł do osady jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Dobrze by było, jakby zdołał się też do niej dostać.
Przywitała go czwórka mężczyzn, rosłych, zapewne przygłupich. I co, sądzili, że tymi widłami coś mu zrobią? może chcieli osiągnąć efekt psychologiczny? Nie chciał się kłócić. Chciał wejść do karczmy, rzucić na kontuar srebrniaka i krzyknąć "gospodarzu! Piwa!" i usiąść w kącie, słuchając wieści i plotek ze świata. O księżniczkach wieżach i jaszczurkach. Czy smokach. Jemu wszystko jedno. Jest nietutejszy. Nigdy nie mieszkał na wsi. Nie wierzył w smoki. A księżniczki to zostawi księciu. On woli normalnie pochędożyć, a nie się za jakimś babskiem po wieżach uganiać.
Stanął tak, w pewnym momencie, gdy tamci zastawili mu drogę. Zaczął zapinać koszule, spokojnymi powolnymi ruchami. Nie spieszyło mu się. Nie chciał walczyć. Miał nadzieję, że miecz też się do tego nie wyrywa.
Ten dzień za bardzo mu się podobał, żeby teraz zabijać głupich rolników. Nie, żeby był nadto pewny siebie, ale jakoś wizja wieśniaków z widłami w dłoniach nie stanowiła dla niego jakiegoś specjalnego wyzwania. Przynajmniej miał taką nadzieję. Brak ostrzegających go głosów trochę zaburzyła jego pewność siebie. Musiał dostroić instynkt samozachowawczy.
Po koszuli przyszedł czas na rękawy, odwinął je i związał troczki, opinając je wokół nadgarstków.
-Nie chcę zwady. - powiedział - tylko miejsca na nocleg, by nazajutrz ruszyć w dalszą podróż. Nie mam wrogich zamiarów
spokojnym ruchem ramion zrzucił plecak na ziemię, a następnie odpiął pasek przytrzymujący pochwę. Z uniesioną lewą ręką, trzymając drugą za pasek, kładąc pochwę z mieczem na plecaku, patrzył się na mężczyzn.
Naprawdę nie chciało mu się walczyć. Nie chce karmić ostrza takimi duszami. To conajmniej niesmaczne. Trochę spokojnego głosu i może uwierzą, dadzą mu miejsce na rozstawienie namiotu.
Na karczmę nawet nie liczył.
Nie będzie "Gospodarzu! Piwa!"
Nie tym razem.
I ciągle ten wkurwiający zapach obornika.
Ervin nie był w nastroju do walki. Czwórka chłopów i dwa towarzyszące im chude, wyliniałe wilczury nie byli jego wrogami. Ich śmierć niczego w jego życiu by nie zmieniła. Ich wrogość zaś – nie stanowiła dla niego przeszkody lub problemu. Zastanawiające, czy jeszcze przed pięcioma laty podszedłby do pary wycelowanych w swoją pierś wideł z równym spokojem jak teraz? Żałobne Ostrze mruczało delikatnie w pochwie na jego plecach, niczym zaspany kot wystawiwszy futerko na słońce. Ervin czuł podświadomie, iż dla jego broń obecna sytuacja była jak zapowiedź zbliżającej się uczty. Miecz nie prowadził gradacji posiłków. Dla niego dusza chłopa była równie wartościowa jak dusza samego imperatora.
-Nie chcę zwady. Tylko miejsca na nocleg, by nazajutrz ruszyć w dalszą podróż. Nie mam wrogich zamiarów.
- Dobra, dobra... wiecie, panie, jakie czasy niespokojne. My tu tylko dobytku bronim.
Słowa jakie wypowiedział nieznacznie uspokoiły jego komitet powitalny. Widły w spoconych, spracowanych dłoniach chłopów opuszczone zostały tak, iż ich brudne od ziemi i gnoju, żelazne ostrza nie były utkwione bezpośrednio w stronę jego torsu. Ostrze zaśpiewało smutno, jakby z rozczarowaniem. Ervin zdał sobie sprawę z tego, iż tylko on, jego właściciel, jest w stanie odczytywać humory swojej broni. Czwórka mężczyzn bowiem w żaden sposób nie wyrażała zainteresowania spoczywającym na plecach półelfa żelastwem.
- My tu, panie, nie mamy tego... noo... karczmów! – odezwał się wreszcie jeden z nich.
- Noclegu u nas ni ma, my tu lud prosty! – rzucił mu przez ramię drugi.
Ervin nie miał możliwości sprawdzenia, na ile mówili prawdę a na ile nie. Z miejsca w którym stał wszystkie chaty w wiosce wyglądały podobnie. Żadna z nich nie była na tyle dużą na tle reszty by móc choćby w przybliżeniu udawać karczmę.
Spojrzenia chłopów wyraźnie zaś dawały mu do zrozumienia, że go tu nie chcą.
Półelfa. Mieszańca. Włóczęgę ze Szlaku czy bogowie raczą wiedzieć skąd.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-12, 20:43
No to nie będzie papu.
Biedne ostrze nie posili się dzisiaj. Chociaż... Kto wie? Nie chwal dnia przed zachodem, czy jakoś tak. Tak czy inaczej, osiągnął część swojego celu. Prawie dostał się do wsi, a było mu to umozliwione. Smiercionośna broń wieśniaków została połowicznie opuszczona.
- No, właśnie nie wiecie - skwitował - od dawna nie miałem z kim porozmawiać na temat tego, co się dzieje w naszym kochanym imperium.
Spojrzał się na mężczyzn. Z widłami w rękach zdecydowali się wyjść na przeciw uzbrojonemu w straszną broń nieznajomemu. Przecież musieli wyczuwac aurę roztaczającą się wokół ostrza żniw.
Głupota? Albo wysoka wartość, jaką miała dla nich ich wioska.
Przez chwilę, w wyczekiwaniu, na ustach ervina pojawił się krzywy uśmieszek.
- Co zatem spowodowało, że ze strachem spogląda się na byle wędrowca, poszukiwacza przygód, nie pozwalając mu nawet odpocząć po trudach wędrówki, a przy trakcie nie buduje się karczm? - był głodny wiedzy, plotek, wiadomości ze świata. Wiesniacy mieli na wszystko swoje własne poglądy, najczesciej najbardziej szczere.
Wziął do ręki swój plecak, pochwe mając na plecach. Powolnym krokiem sprawdził na ile może się zbliżyć. Czekał na reakcje wieśniaków na jego słowa, na jego kroki. Czuł niezadowolenie ostrza, ze dziś nie będzie mieć okazji, żeby się pozywic. Ervin musiał pokazać, że to on tutaj rządzi. Mógł przynajmniej próbować.
Traf jakiś parszywy sprawił, że pierwszymi istotami z którymi przyszło bohaterowi rozmawiać na ziemiach Imperium była czwórka spalonych słońcem chłopów. Ciężko było raczej się spodziewać, iż osoby te będą posiadały jakąś większą wiedzę na temat okolicy czy historii państwa w którym żyli. Dla nich cały świat ograniczał się do czterech ścian własnych chat i do pola, które należało uprawiać. Polityka, wojny, zamiana królestw w imperia nie obchodziły ich całkowicie. Trzeba było siać, zasiane trzeba było zebrać, zebrane trzeba było wysuszyć, obłupić i zmielić. Ot, cała filozofia.
- Stoi tam gdzie był!
Gdy tylko bohater wykonał pierwsze kroki w stronę wioski, atmosfera znacząco zagęściła się. To, że chłopi nie ruszali do walki od razu wynikało jedynie ze zdrowego rozsądku – Ervin był uzbrojony i wyglądał na takiego, który umie posłużyć się Ostrzem. Żaden z wieśniaków nie był chętny do zarobienia guza. Nie oznaczało to jednak, że będą tolerowali u „siebie” takiego „przybłędę”.
- Tu się buduje karczm. Tu się pracuje. – rzucił ponuro jeden z nich – Nie ma tu noclegu. Gdzie indziej szukajta.
Drugi z chłopów, stojący nieco z tyłu splunął na ziemię. Zza jego zaciśniętych zębów Ervina doszło słowo „mieszaniec”.
- Albo do Korneliusa niech idzie. Tam niech szuka izby. – zasugerował trzeci chłop – On tam lubi z przybłędami o świecie pogadać, psia jego mać.
„Przywódca” czwórki strażników kupy gnoju podrapał się sękatym łapskiem po potylicy.
- O. – podsumował inteligentnie – To jest myśl.
Skinięcie kwadratowego łba w stronę Ervina.
- Te, mieszańcze! – rzucił – Tam idźcie, ścieżką przez pola ku jezioru.
Chłop wyrzucił łapsko w kierunku bliżej nie zidentyfikowanego południowego – wschodu.
- Może godzinę drogi stąd znajdzieta chatkę. Tam o nocleg pytajta.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-13, 19:38
Mieszaniec...
Krew elfia i ludzka. Jego rodzice skazali go na wyzwiska i uprzedzenia. Zacisnął mocniej szczęki, zastanawiając się czy rozpoczynanie masakry to głupi pomysł. Wypuścił plecak z ręki i złapał za rękojeść miecza i wysunął ostrze na tyle by widać było część pokrytej runami klingi.
- jeszcze raz - powiedział - nazwij mnie mieszańcem.
Oddychał spokojnie. Po paru sekundach pozwolił ostrzu wsunąć się spowrotem do pochwy. Założył plecak na plecy i popatrzył w oczy "przywódcy".
Kornelius. Tajemnicza postać, która, najwyraźniej będzie jego towarzyszem rozmów dzisiejszej nocy. Samotnik, mieszkający nad jeziorem, w odosobnieniu od wszystkich otaczających go wsi. Kim był?
"lubi z przybłędami o świecie pogadać, psia jego mać"
na podstawie tego krótkiego opisu tajemniczy Kornelius zyskał u Ervina kilka rang zainteresowania. Informacje, wieści, plotki.
Coś, co aktualnie miało dla niego najwyższą wartość.
Splunął w stronę wieśniaków i odwrócił się na pięcie w stronę wskazaną przez przywódcę.
Nic nie znaczącą wieś przestała dla niego być interesującą.
Teraz liczył się tylko jeden kierunek. Forsownym marszem kierował swoje kroki ścieżką przez pola w kierunku jeziora.
Miał nadzieję, że nie będzie musiał rozpalać pochodni, wolał pozostać niezauważony aż do czasu gdy zapuka do drzwi chatki Korneliusa.
Mieszaniec. Przybłęda. Nie chciany przez nikogo bękart plugawej, pośledniej krwi. Ervin poczuł, jak wbrew jego woli na policzki występuje mu czerwień krwi. Rumienił się. Obrażony przez brudnego od gnojówki, ogorzałego od słońca chłopa. Taka powsinoga, wsiur zasrany będzie go obrażał! Wyzywał od mieszańców! Jego, Żniwiarza, właściciela Czarnego Ostrza! Czy on w ogóle miał świadomość tego, do kogo się zwracał?
Ervin położył dłoń na rękojeści miecza. Niemal natychmiast poczuł rozchodzącą się po jego ciele falę sił i emocji. Miecz śpiewał. Czuł zbliżający się posiłek. Jego pan wpadł w gniew. Rozlew krwi był nieuchronny.
Widły weśniaków jak na komendę podskoczyły ku górze.
- Paaanie! – warknął jeden z nich, z wyraźną obawą w głosie.
Najwyraźniej dotarło do niego dopiero teraz, iż Ervin nie obawia się stanięcia w szranki z całą ich czwórką jednocześnie.
Ułamek Czarnego Ostrza wydostał się z pięknej, wykonanej ręcznie na prywatne zamówienie pochwy. Ervin natychmiast poczuł, jak jego rękojeść drży. Żałobne Ostrze spije dusze tych wsiurów jak gdyby było to nic. Miecz radował się nadchodzącą walką, która...
Nie.
Walki nie będzie.
Ervin chciał jedynie nastraszyć swoich niedoszłych przeciwników. Sztuka ta udała mu się iście koncertowo. Cała czwórka wieśniaków nie celowała już w niego widłami. Ich twarze poszarzały, a ich miny stały się nietęgie. Dwaj co bardziej bojaźliwi zaczęli nawet powoli cofać się przed Ervinem, oglądając nerwowo za siebie w stronę wioski. Bohater poczuł, jak Żałobne Ostrze zawodzi z gniewem i smutkiem nad takim obrotem zdarzeń. Miecz był zły. Raz dobyty z pochwy chciał się pożywić. Ani mu się uśmiechało być tylko straszakiem dla takiej chałtury.
Miecz. Chciał. Dusz.
[...]Test: Wola (k20)15 + 16 = 31 / ST = trudne (+20) = 36 / porażka
Ervin ku swojemu zaskoczeniu poczuł, jak miecz stawia mu opór. Ostrze nie tylko nie chciało zniknąć w czeluściach swojej pochwy, jakkolwiek mocno by go tam nie wpychał. Zamiast tego, nieznaną herosowi siłą, zaczęło się ono przemieszczać w drugą stronę. Pomimo wkładania w tą czynność całej swojej siły, Ervin nie zdołał go opanować. Broń wysunęła się już z pochwy niemal do połowy.
- Panie, nie szukamy z panem zwady! – wydukał pierwszy wieśniak.
- Nie ma powodu do złości! – rzucił drugi.
- Przepraszamy, panie, za obrazę. Nie chowajta urazy! – dodał trzeci.
Nie wiedzieli, że to nie Ervina należy przepraszać.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-17, 21:08
Ku jego zdziwieniu, sprawy nie potoczyły się tak, jak to sobie wyobrażał. Nie schował miecza do pochwy i nie powędrował dalej, zostawiając w tyle przestraszonych wieśniaków. Musiał chwilę się zastanowić, co robi, zanim zdał sobie sprawę, że to nie on wyciągnął miecz. Żałobne ostrze zawładnęło jego wolą, by samemu doprowadzić do masakry i uczty. Jednocześnie. Przelewanie krwi było dla ostrza niczym nalewanie czerwonego wina i delektowanie się nim. Co zatem się stało? Miecz miał w dłoniach, a jego krew aż kipiała od adrenaliny i chęci do walki.
Ale on tego nie chciał.
Kim był? Czy miano żniwiarza, cokolwiek ono oznaczało, pasowało mu? Sianie strachu i zabijanie wieśniaków, czy kogokolwiek, na kogo padnie jego wątpliwy gniew? Musiał odnaleźć siebie, po tym, jak odzyskał swoją duszę. Musiał znaleźć swoją osobowość, swoje zachowanie, do tej pory mylone z zachowaniami wszystkich goszczących w nim dusz. Jak zachowałby się Ervin? Przeszedłby koło sytuacji obojętnie, ignorując obraźliwe słowa , czy wybiłby wszystkich mieszkańców wioski co do jednego?
Tak czy inaczej, nie chciał z nimi walczyć. Chyba, że znów by go obrazili, to co innego. Ale w tej sytuacji, zabijanie nie było najlepszym wyjściem. Schował miecz do pochwy. SCHOWAŁ. Całą swoją wolą skupił się, by go schować.
Odwrócił się w stronę wskazaną przez wieśniaka. Nie chciał na nich patrzeć. Nie chciał się denerwować, co mogłoby jeszcze bardziej sprowokować miecz. Może jutro znów przejdzie przez to miasto? Może jutro będzie mieć okazję, żeby ich zabić?
tak jak poprzednio, jego planem był forsowny marsz w stronę wskazaną przez wieśniaków. W stronę jeziora, chatki i tajemniczego samotnika.
Ervin miał poważne powody by wątpić w to, że miecz pożąda dusz niczym „czerwonego wina”. Wątpił też, by miało ono zamiar się nimi „delektować”. Żałobne Ostrze pragnęło się pożywić. Pragnęło jedynie zaspokoić najbardziej pierwotny, najbardziej okrutny głód jaki może istnieć na świecie, gorszy nawet niż wampirze pragnienie krwi. Nie było w tym nic wyrafinowanego i godnego degustacji. To było bardziej jak emocje targające najgorszym żulem ze slumsów Dorienburga na widok butelczyny najgorszych alkoholowych szczyn po tej stronie Sorii.
Ostrze było GŁODNE. I tylko jeden rodzaj pożywienia mogło je zaspokoić.
Ervinowi zaś przyszło się przekonać, że potrafi ono, niczym niesforne niemowlę czepiające się kurczowo matczynej kiecy, dopomnieć o swoje.
Miny wieśniaków już dawno zbladły niczym kredy. Jeden z nich nie oglądając się na resztę kompanii biegiem ruszył ku wiosce. Aż bose stopy z klaskaniem obijały mu się o pośladki, wzbudzając za sobą kłęby pyłu. Pozostali dwaj opuścili już bronie, dygocąc ze strachu.
Ervin z kolei całą siłę swojej woli skupił na tym, by miecz znalazł się z powrotem w pochwie. Ostrze stawiało opór. Wyraźnie dawało mu do zrozumienia, iż nie jest ono jarmarczną ozdobą. Nie jest jakimś mieczykiem z drewna, służącym dzieciom do straszenia rówieśników zaostrzonym sztychem. To było Żałobne Ostrze, Miecz Końca Dni. I nikt, ale to absolutnie nikt nie powinien go dobywać bez przyczyny, nie będąc absolutnie pewnym zbliżającego się rozlewu krwi. Broń ostatecznie z wyraźnym pomrukiem niezadowolenia i szczękiem metalu skryło się w pochwie. Ervin poczuł toczącą mu się po skroni zimną nitkę potu. Nawet jeżeli nie miał ochoty zabijać chłopów wiedział, że był bardzo blisko od swojego pierwszego poważnego konfliktu z siłą, z którą konflikty nie należały do najmądrzejszych pomysłów. Tę bitwę wygrał on.
- D-dziękujemy dobry p-panie... – wydukał jeden z chłopów.
I tyle ich widzieli. Obaj pozostali mężczyźni nie potrzebowali większej zachęty. Rychło dołączyli do swojego mało odważnego kompana w rozpaczliwej ucieczce. Ervin nabrał nagle pewności iż jego osoba – mrocznego mściciela z potężnym mieczem, będzie tematem do plotek i rozmów w pobliskim siole jeszcze przez wiele długich, zimowych wieczorów.
Bohater obrócił się z kierunku wskazanym uprzednio mu przez mężczyznę i ruszył przed siebie wąską ścieżką pomiędzy polami. Gdzie miała go doprowadzić? To miało się dopiero okazać...
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-23, 18:37
Dreszcz, który pojawił się wraz z kroplą zimnego potu między łopatkami nie był spowodowany tylko wysiłkiem fizycznym. Walka jego woli przeciw woli miecza, strach spowodowany poznaniem siły miecza. Wszystko nałożyło się na siebie, powodując nieprzyjemne uczucie w żołądku.
Bał się.
Przyjemny dzień zmienił się w nieprzyjemny wieczór.
Nie chwal dnia przed zachodem?
Bał się utraty kontroli.
Potęga autonomii miecza wzbudzała strach przed podburzeniem się i zbuntowaniem przeciw właścicielowi.
Walka z zamieszkującymi go duszami została zastąpiona walką z obcą siłą zaklętą w miecz.
Co dalej?
Widział już tylko plecy uciekających wieśniaków.
Dziesięciosekundowa walka z mieczem wykończyła go. Poczuł na barkach ciężar plecaka.
Droga przez pola. Szybkie przebieranie nogami. Prawie bieg. Liczył się cel, jak najszybsze oddalenie się od miejsca walki z ostrzem żniw.
Nie chciał już podkraść się pod drzwi chatki, chciał stanąć pod drzwiami, zapukać, zasnąć, wyjść, uciec.
Czuł zmęczenie, choć jego mięśnie były jeszcze młode, sprężyste i silne. Czuł chłód, choć plecy grzały mu gorące promienie zachodzącego słońca. Czuł niepokój, choć otaczające go złociste łany zbóż mogły jedynie koić i nieść ze sobą spokój.
Ervin żył od niedawna. Kobieta w karczmie miała rację, iż była trudna sztuka. Uczenie się nowego celu nie było zadaniem łatwym. Wymagało wiele czasu praktyki i nieustannej walki z samym sobą.
Błękitną taflę jeziora zobaczył kilka minut po tym, gdy powietrze w jego okolicy ochłodziło się zauważalnie i nabrało wilgotności. Charakterystyczny zapach wody czuć było już z daleka. Chatka, wykonana z grubych drewnianych bali o spadzistym łupkowym dachu sprawiała wrażenie integralnej części krajobrazu. To nie ręka ludzka ją wzniosła, tylko sama natura, która chciała, by ktoś tu zamieszkał i codziennie rozkoszował się krajobrazem wody zatopionej wśród pól i strzelistych topól. Obok chatki piaszczysty plac był porządnie wydeptany. Widać było, iż tutejszy mieszkaniec, lub mieszkańcy nie należeli do próżniaków. Suszyła się rozciągnięta na stelażu sarnia skóra. Na drugim stelażu wisiały wypatroszone ryby. Ognisko, starannie obłożone kamiennym kręgiem tliło się jeszcze, dogasając powoli po niedawnym pieczeniu. Panował tu ład i porządek. Wszystko miało swoje starannie wybrane miejsce oraz jasne przeznaczenie. Nawet dach sprawiał wrażenie pokrytego mchem w sposób zaplanowany i odpowiednio stonowany tak, by pasować idealnie do całości.
Ervin nie musiał pukać do drzwi. Te były bowiem otwarte. Gospodarz tutejszej chałupy musiał być przyjaźnie nastawionym do obcych człekiem.
- Witaj, przyjacielu!
Półelf drgnął. Nie słyszał nadejścia mężczyzny, który wyszedł zza rosnących nieopodal chatki krzewów. Przez ramię przerzuconą miał wędkę. W drugiej dłoni trzymał naręcze świeżo złowionych ryb.
Na pierwszy widok bohatera uśmiechnął się jak gdyby z przekorą.
- Wysłali cię do mnie, hę, półelfie? Nie mogli ścierpieć mieszańca w wiosce spędzającego noc?
Najwyraźniej gospodarz był osobą tyleż przyjazną i spostrzegawczą, co bezpośrednią.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-23, 19:06
Chatka nad jeziorem mogłaby koić nerwy zmęczonego wędrowca, uspokajać i dawać uczucie spokoju i domowe ciepło. Mogłaby, gdyby na plecach wędrowcy nie spoczywał straszny artefakt. Wyolbrzymiając uczucie grozy możnaby stwierdzić, że chatka w oczach bohatera przybrała strasznych, wręcz groteskowych kształtów, a tafla jeziora stała się czarna i nieprzenikniona, jakby z jej głębi miał zaraz wyjść straszny potwór morski. Ervin po wędrówce nieco doszedł do siebie. Czuł, że robi coś, do czego został stworzony. Jego nowe ciało dobrze czuło się wędrując. Jakby wraz z ponownym przyjściem na świat czekało go zupełnie nowe przeznaczenie. Miał nadzieję, że tak było. Skoro ostatnio jego przeznaczeniem była śmierć na torturach, to chciał jak najdalej uciekać od tamtych czasów.
Uspokojony nieco, ucieszył się na widok chatki i otwartych w niej drzwi. Tak jak wcześniej postanowił, raczej nie zabawi tu długo.
Mężczyzna zaskoczył go, mimo, że otwarte na oścież drzwi świadczyły, że kręci się gdzieś nieopodal, ale zupełnie nie spodziewał się, że ten zauważy go od razu.
Na samo słowo "mieszaniec" nieco skrzywił się, ale nie popełnił znów tego błędu, by sięgnąć dłonią do miecza. Od tej pory bardziej rozważnie będzie sięgał po ostrze.
- Znajdę tu spokój, kawałek podłogi do spania i rozmówcę na dzisiejszy wieczór? - odpowiedział pytaniem - Dawno nie miałem do kogo gęby otworzyć.
Miał nadzieję, że gospodarz był tak samo gościnny, jak wyglądał oraz jak wyglądała jego chatka.
- Ha! – ucieszył się wyraźnie człek – To tak jak i ja!
Był starszym mężczyzną rasy ludzkiej. Ogorzała od słońca, popękana cera poorana już w wielu miejscach zmarszczkami czyniła wrażenie skóry osoby, która niejedną milę w swoim życiu już pokonała. Mężczyzna mimo swojego dojrzałego wieku i włosów naznaczonych już wyraźnie siwizną był nadal sprawny, silny i energiczny. Jak dojrzałe drewno, które zachowuje swoją twardość materiału i sprężystość mimo upływu lat. Mężczyzna nie był wysoki, niewiele niższy od Ervina. Mimo to sprawiał wrażenie kogoś, kto w miarę potrzeby mógłby spokojnie przyłożyć mu w zęby tak, że aż w uszach by zadzwoniło. Przez tkaninę lnianej koszuli okrywającej mu grzbiet dało się ujrzeć zarys mięśni. Kiedyś, jeszcze dziesięć lat temu, ta sama koszula musiała z ledwością opinać ten szeroki tors.
Delikatnie odłożył na bok wędkę, opierając ją o ścianę chatki. Przez stelaż przewiesił żyłkę na której były zawieszone świeże ryby. Nitkę zawiązał tak, by cała konstrukcja nie rozleciała się we wszystkie diabły. Sękatą, szeroką dłoń wytarł niedbałym gestem o grube spodnie, zostawiając na nich jasną smugę. Wyciągnął ją w stronę Ervina.
- Mówią mi Kornelius – rzekł.
- Spokoju ci u mnie dostatek. Co do rozmówcy zaś, możesz mieć ich nawet dwóch, gdyż spodziewam się gościa. Wszystko zależy od tego, czy i z tobą pogadać się da, nieznajomy.
Wykrzywił się w uśmiechu. Każda zmarszczka na jego twarzy sprawiała wrażenie wyrzeźbionej na stałe w jego czaszce. Te mimiczne były szczególnie wyraźne. Chłop za młodu musiał śmiać się i uśmiechać często.
- Kiep by ze mnie był, gdybym gościowi kazał spać na podłodze. Zostań, pomóż mi z robotą a wyśpisz się dziś w puchowej pierzynie.
kornelius.jpg
Plik ściągnięto 14633 raz(y) 11,91 KB
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-23, 19:34
Starszy mężczyzna poruszał się, jakby każdy skurcz mięśnia miał opracowany do perfekcji, a wszystkie czynności powtarzał już miliony razy. Miał wrażenie, że już nieraz wieszał ryby na tym stelażu i wiązał żyłkę szybkimi ruchami jakimś nieskomplikowanym węzłem. Spojrzał na dłoń gospodarza, jakby nie wiedząc co zrobić. Po chwili, nie zastanawiając się, uścisnął dłoń mężczyzny, uśmiechając się lekko. Najwidoczniej dzisiejszy dzień skończy się lepiej, niż oczekiwał.
- Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem okazję spać na normalnym łóżku, a nie na ziemi gdzieś pod drzewem.
O klatce na wozie już nie wspomniał. Mniej wiesz - dłużej żyjesz. Nie chciał, by zadawał niepotrzebne, kłopotliwe pytania. Rozmowa mogła zejść na nieodpowiedni tor.
Uśmiechając się dalej szybko przedstawił się.
- Zwą mnie Ervin - Budowanie sobie nowej osobowości nie miało o tyle sensu, że nie było możliwości by go tutaj znano. Do tego nienajlepiej kłamał
- Gdzie mogę położyć swoje rzeczy? - Spytał szybko - I proszę mi mówić, w czym mam pomóc
Praca odpręża, pozwala nie myśleć nad tym co wydarzyło się wcześniej. Do tego, przy pracy szybciej mijał czas, dzięki czemu, pomagając Korneliusowi zbliżał się do poznania wieści ze świata
Mężczyzna wyraźnym, zadowolonym kiwnięciem głowy powitał wyznanie Ervina o spaniu gdzie popadnie. Uśmiech, którym obdarzył półelfa był następnie znacznie bardziej sympatyczny i szczery niż jeszcze chwilę temu.
- Poszukiwacz przygód i włóczęga, hę? – rzucił – Kurwa, odejmij mi z piętnaście lat i pogadamy!
W jego ustach słowa te nie brzmiały jak obraza. Jeszcze chwilę temu te same wyrazy w ustach chłopów byłyby z kolei następną prowokacją walki. Dziwnym jest ten świat, jak to mawiają.
Uścisk dłoni Korneliusa był, co było do przewidzenia, solidny i mocny. Stanowił coś pomiędzy ściskaniem starego pniaka a siłowaniem się na rękę z chorowitym trollem.
- Rzuć swoje graty w sieni, Ervinie – rzekł.
Bohater tak też uczynił. Czuł na sobie badawcze spojrzenie mężczyzny w momencie w którym opierał o ścianę chaty pochwę z wielkim, czarnym mieczem. Kornelius jednak nie zadawał pytań nawet, jeśli te nasuwały mu się w oczywisty sposób na koniec języka. Zamiast tego dobył zza paska u spodni krótki nóż. Broń zatańczyła mu w dłoni nad podziw sprawnie i nad zwyczaj zręcznie tak, że w jednej sekundzie dzierżył ją normalnie, a w drugiej zaś – znalazła się ona w jego uścisku drewnianą rękojeścią skierowaną w stronę Ervina.
- Oprawiać rybę umiesz? Jako rzekłem, szykuję się na przyjęcie gościa i coś muszę przygotować do pożarcia. Tym bardziej że jeść będziem we trójkę.
[...](brak wiedzy związanej ze sztuką przetrwania)
Test: Inteligencja: Utajniony
Ervin z grubsza wiedział o co chodzi w oprawianiu ryb. Z grubsza. Co może być bowiem w tym trudnego? Rybsko należało wyczyścić, urżnąć mu łeb, oskrobać z łusek, wypatroszyć i tyle, po robocie. Ervin jadł w swoim życiu rybę nie raz. Przecież jej oprawienie nie mogło być zbyt trudne, prawda?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2012-07-23, 19:58, w całości zmieniany 1 raz
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-23, 19:58
Ervin odwzajemnił szczery uśmiech, ściskając dłoń Korneliusa. Jednak podejście do rozmówcy wiele zmieniały, mimo, że słowa podobne.
- Dobra rozmowa potrafi sprawić, że czujemy się te parenaście lat młodziej - powiedział - Jednak nie wiem, czy można mnie nazwać poszukiwaczem przygód. Włóczęga ze mnie bardziej, idę tam, gdzie mnie nogi poniosą, nie za bardzo widząc przed sobą cel podróży. Ostatnio powiedziano mi, że powinienem odnaleźć swój cel, ale nie za bardzo mi idzie.
Traktując wypowiedź bardziej jako stwierdzenie, odpowiedź na słowa Korneliusa, nie oczekiwał pociągnięcia tematu dalej. Postępując zgodnie ze słowami mężczyzny, położył swoje rzeczy w sieni, rozglądając się krótko wokół. Zdejmując miecz z pleców starał się nie dotykać jego rękojeści. Mogło to go jeszcze sprowokować.
Zapytany o oprawianie ryby, nadął lekko usta i wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu.
- Powierzanie mi takiego zadania jest pewnym ryzykiem - uśmiechnął się jeszcze szerzej - w wojsku nie uczyli nas takich rzeczy, a było to naprawdę dawno temu. Chociaż, nigdy nie jest za późno by się nauczyć.
O ile Gospodarz nie oponował, wziął do ręki nóż i spróbował jak najlepiej oprawić powierzone mu ryby.
Ervin przyjął do ręki nóż. Broń była już mocno wysłużona. Jej drewniana rękojeść poluzowała się już w wyniku intensywnego użytkowania, lecz żelazne ostrze sprawiało wrażenie zadbanego i regularnie konserwowanego. Kornelius musiał być przywiązany do tego przedmiotu, skoro zadawał sobie tyle trudu z jego naprawą, czyszczeniem i ostrzeniem. Każdy inny chłop wolałby już wiele razy zwyczajnie kupić nowy nóż.
Chata składała się z kilku pomieszczeń, lecz szybkie zerknięcie do jej wnętrza ukazało bohaterowi wgląd tylko do głównego salonu. Jego centralne miejsce zajmował okrągły stół, otoczony trójką krzeseł. Znajdowały się tam również dwie wielkie skrzynie, szafa, jakiś kredens oraz liczne półki upchane drobiazgami i podobnymi klamotami. Na ścianie nad kominkiem wisiał obosieczny, ślicznie wykonany topór. Ewidentnie nie była to broń służąca do rąbania ułożonych w stos obok chatki pniaków. Kornelius powiesił ją w miejscu sugerującym raczej spore przywiązanie do tego kawałka stali. Topór mógł należeć do jego przodka, lub też być wspomnieniem po dniach młodości. Bez bezpośredniego zapytania gospodarza jednak ta wiedza pozostawała dla Ervina tajemnicą.
- Włóczęga gdzie nogi poniosą spełnia jak dla mnie wymogi bycia poszukiwaczem przygód – prychnął z rozbawieniem Kornelius – naprawdę dobra przygoda, jak to mawiają, sama znajduje poszukiwacza. Nigdy na odwrót. Cel zaś zostaje zwykle znaleziony jak zwykle, w najmniej oczekiwanym momencie. Ty na przykład patrzysz właśnie na mój.
Szerokim, teatralnym gestem omiótł cały teren wokół chatki.
- Niech mnie chuj, jeśli swego czasu też niejednego traktu nie schodziłem. Miło spotkać bratnią duszę, Ervinie, w tych parszywych czasach.
Ervin zdjął przyniesiony pęczek rub, usiadł na pobliskim pniaku tak, iż pniak obok miał posłużyć mu jako stół do oprawiania. Kornelius w tym czasie przyniósł i postawił obok kociołek napełniony zimną wodą. Póki co wszystko wyglądało porządnie.
- W wojsku? – zapytał – Czyli jednak mimo wszystko stoi za tobą kilka ciekawych historii, czuję nosem!
Kornelius nie zadawał jednak żadnych dodatkowych pytań wychodząc zapewne z założenia, że dobra historia nie może być wymuszana.
- Czekam na dobrego przyjaciela z dawnych lat. Łazęga jakich mało. Ja osiadłem w miejscu, ożeniłem się, zmęczony dawną kompanią. Jego zaś wciąż wiatr nosi z miejsca w miejsce. Mamy dawny układ, że raz do roku zawsze wpada w te strony niosąc wieści ze Szlaku staremu Korneliusowi. Póki co szumowina nigdy mnie nie zawiodła. Nie inaczej będzie tym razem.
Człowiek zabrał się za skrobanie i czyszczenie warzyw przyniesionych z wnętrza chaty. Musiał mieć je już zerwane wcześniej. Ervin jednak nigdzie w pobliżu nie widział ogródka. Być może znajdował się on za chatą, albo Kornelius dostawał warzywa od mieszkańców wioski w zamian za swoje ryby. Ryby, na które póki co Ervin patrzył się jak sroka w gnat. Od czego on miał, u licha, zacząć? Wciął pierwszą z brzegu. Nie umiał nawet, psia jucha, zidentyfikować, co dokładnie trzyma w dłoni. Jak się to kurestwo zwie? Wpakował ją do wody w kociołku, opłukując. Czuł się jak ostatni idiota, myjąc rybę ledwo co wyjętą z jeziora. Może musi najpierw...
- Natnij skrzela. Delikatnie, po obu stronach, od spodu. Później rozetnij jej brzuch od dupy aż po łeb i wybierz wnętrze. Ręką, chyba, że się brzydzisz? Nie wbijaj noża zbyt głęboko, bo rozpieprzysz jej woreczek żółciowy i zepsujesz całą rybę. Potem wytnij skrzela w całości i pozbaw łba. Nie bój się, mocno, ość tuż przy łbie jest najbardziej twarda. Jak umyjesz je jeszcze raz, te ryby będziemy piec.
Kornelius najwyraźniej nie miał mu za złe jego niewiedzy.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-23, 20:40
Wielki topór zrobił niemałe wrażenie na półelfie. Osoba dzierżąca taki oręż musiała wzbudzać wielki strach na polu bitwy, ale też musiała być bardzo silna, by wywijać nim i mieć dodatkową swobodę ruchów, nie padając pod ciosami wrogów. O ile to była broń Korneliusa, a nie przodka, który po wojennych przygodach osadził się nad jeziorem i zostawił go w pamiątce swoim wnukom.
Gdy Ervin wrócił na dwór, czuł ulgę, że nie ma na sobie ciężaru wszystkich swoich rzeczy.
- Mam nadzieję, że szybko mnie znajdzie, bo powoli kończy się moja cierpliwość. - odparł - i pieniądze - dodał z przekąsem, po czym zaśmiał się lekko. W towarzystwie mężczyzny czuł się jak za młodu w elfickiej wiosce. Powolne, zgodne z naturą życie.
- Nie zabawiłem tam długo - powiedział, gdy rozmowa przeszła na temat wojska - Z całego mojego oddziału stacjonującego na granicy wielkiego lasu z puszczą wiecznej nocy przeżyłem tylko ja. Szybko los skierował mnie do imperium. Od tamtej pory szwędam się, to tu, to tam. Dużo już czasu minęło, i dużo rzeczy się wydarzyło... - zamyślił się chwilę -o których wolałbym nie rozmawiać teraz, żeby nie psuć miłej atmosfery
Czuł jak gardło pali go. Nie rozmawiał z nikim od tak dawna, że jego struny głosowe odzwyczaiło się od wydobywania z siebie takiej ilości dźwięków. Cieszył się jednak, że ma do kogo się odezwać, przez co stracił wszelkie opory w tym co mówi. Może nie było to zbytnio zachowawcze, by z wszystkiego zwierzać się nieznajomemu, ale jutro rano wyruszy w swoją drogę dalej i już raczej nigdy Korneliusa nie spotka.
Gdy gospodarz wspomniał o swoim ożenku, Ervin rozejrzał się jeszcze raz po okolicy, by dostrzec chociaż ślad obecności kobiecego mieszkańca. Nie zadawał jednak pytań, by nie urazić rozmówcy
- Miło to słyszeć, bo sam z chęcią dowiedziałbym się, co się dzieje w imperium. - przerwał na chwilę, by usiąść przy pieńku. - Jeśli można tak powiedzieć, chwilę wypadłem z obiegu informacji - zaśmiał się krótko i chrapliwie, skupiając się nad oprawianiem ryb.
Kornelius kiwnął głową ze zrozumieniem. Nie powiedział ani słowa na rewelacje dotyczące losu Ervinowego oddziału, lecz bohater nabrał nagle całkowitej pewności iż uczucie to nie było jego gospodarzowi obce. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby doskonale wiedział jak to jest stracić zaufanego towarzysza broni. Jak to jest trzymać bliską mu osobą w ramionach podczas jej ostatnich chwil. Cisza, jaka zapadła pomiędzy dwoma mężczyznami tylko wrażenie to zdawała się pogłębiać. Ervin nie widział nigdzie w okolicy śladów bytności kobiety. Ba, nie widział śladów bytności kogokolwiek, by być dokładniejszym. Chata była czysta i zadbana, lecz była to typowa „męska” czystość. Czystość, która jest w stanie zaakceptować odrobinę kurzu tu i tam oraz wiszącą u powały pajęczynę. Ervin był absolutnie pewien, że żadna kobieta na taki stan rzeczy by nie pozwoliła. Tym samym, żadnej kobiet w pobliżu nie było. Jako się jednak postanowiło, żadne dodatkowe pytania nie padły.
- Co się dzieje w Imperium? Zbyt duża dupa na zbyt małym stołku, to się dzieje w Imperium. Zbyt wielkie ambicje w zbyt pustym łbie imperatora.
Słowo „Imperium” w ustach Korneliusa brzmiało podejrzliwie obraźliwie.
- W ciągu ostatnich lat armia dawnego Królestwa urosła blisko pięciokrotnie. Granice państwa rozrosły się blisko trzykrotnie. Liczba wrogów zaś u obcych ras, u rahów, u orków i u drowów urosła zaś nam dziesięciokrotnie. Szlachta panoszy się jak nigdy, możnowładcy puchną z dumy opowiadając na przyjęciach o heroicznych czynach dokonanych podczas podoboju wielkich, pustych, przez nikogo nie bronionych połaci ziemi czy podczas masakr niewinnych jaszczuroludzi na przez bogów opuszczonych bagnach... a koszt wszystkich związanych z tym wypadków i tak ponoszą rodziny najbiedniejszych chłopów.
Kornelius splunął soczyście na ziemię, nie przerywając skrobania warzyw.
- Królestwo się rozrosło, to prawda. Zyskało dostęp do morza od zachodu, dostęp do szlaków handlowych od wschodu i dostęp do bogatych lasów na północy. Zrobiło to jednak zbyt dużym kosztem, powiadam ci...
Mężczyzna zająknął się.
- Ale przecież oczywiście to wszystko wiesz. Od lat nie mówi się tu o niczym innym, prawda?
W tym pytaniu tkwiła ukryta drwina ale i ukryty podtekst. Ervin chcąc nie chcąc sam nieco się wkopał przed swoim rozmówcą. W końcu znajdowali się niemal idealnie w centrum potężnego tworu jakim stały się ludzkie ziemie. Brak informacji na ich temat u Ervina był przecież co najmniej zastanawiający.
Postępując za radami gospodarza bohater zaczął radzić sobie z rybami znacznie lepiej. Kroił je, patroszył, wyrzucał ich wnętrzności oraz czyścił bardzo sprawnie. Braki w wiedzy nadrabiał elfią zręcznością. Już po chwili nabrał pewności, że Kornelius mógłby go niejednego jeszcze nauczyć.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-23, 21:37
A zatem Królestwo powiększyło swój obszar, armię, wpływy i zmieniło się zupełnie. Ervin nie wiedział co o tym myśleć, ponieważ nigdy nie miał wyrobionego zdania na ten temat. Przyjmował wieści ze świata jako suche fakty, oceniał po swojemu, ale zdania nigdy sobie nie wyrobił. Brakowało mu wiedzy, by tak zrobić.
Samo rozpoczęcie tego tematu wprowadziło rozmowę dwóch mężczyzn na inny tor, nieco nie pasujący Ervinowi. Nie mógł dalej pociągnąć rozmowy na tematy imperium, ponieważ pokazałby jeszcze bardziej swoją niewiedzę, a dodatkowo nie wiedziałby o co się zapytać. Tak czy inaczej, należało cokolwiek zrobić, by Kornelius nie brnął w temat jego niewiedzy.
- Nie za bardzo lubią tu obcych, co? - zaczął niezgrabnie, jakby nie wiedząc co powiedzieć. - Z widłami na mnie, kurwa, poszli. - parsknął śmiechem - jak na jaką poczware
chwilę pogrążył się w myślach, wspominając zaistniałą sytuację. Teraz, z uśmiechem na ustach, mając z kim rozmawiać, odniósł się do tego zupełnie inaczej. Ciągle bał się potęgi żałobnego ostrza, ale nie przejmował się teraz tym.
Rozmowa o samym ostrzu też byłaby ciekawa, gdyby jego rozmówca cokolwiek na jego temat wiedział. Nie chciał się jednak za bardzo chwalić. Taka broń pozostawiała za sobą ślad plotek, który mógłby w jakiś sposób zaszkodzić Ervinowi. Dopóki sam Kornelius nie rozpocznie rozmowy, na razie nie miał zamiaru się dzielić informacjami na temat swojego oręża.
- A czegoś się spodziewał? Kwiatów, chleba i soli? – wzruszył ramionami – Wsi takie jak Freberg to małe społeczności. Lud tu ciemny i zacofany, boi się obcych bardziej niż kolejnych podatków nakładanych przez kolejnych możnowładców. A jeżeli obcy jest zbrojnym to wiedz, że uczynić może więcej zamieszania niż gdyby na rynku pośrodku wsi usiadł gryf.
- Poza tym... – gestem scyzoryka którym obierał ziemniaki wskazał uszy bohatera – dla tutejszych półelf jest atrakcją daleko ciekawszą niż gryf.
Mężczyzna wstał. Z chatki wyniósł kolejny kociołek, tym razem dużo większy, wypełniony już zawczasu wodą aż po brzegi. Pomimo tego, że naczynie musiało być cholernie ciężkie, Kornelius radził sobie z nim samodzielnie. Wyraźnie jednak sapnął z wysiłku, gdy zaczepiał je na haku paleniska umieszczonym nad dogasającym ogniskiem.
- Chrust i kilka pniaków znajdziesz po drugiej stronie chatki. Porąb kilka szczap i zajmij się ogniem – krytycznym spojrzeniem ocenił całą konstrukcję – masz tu jeszcze trochę żaru, więc powinno się łatwo zająć.
Samemu zaś opłukał dokładnie obrane warzywa i zabrał się do ich krojenia. Wszystko z tych przygotowań wskazywało na zupę warzywną oraz pieczone nad ogniem ryby. Możliwe jednak, że plany gospodarza były inne. Ervin poczuł, jak w jego żołądku coś nerwowo zaczyna jeździć we wszystkie strony. Dawno nie brał udziału w przygotowaniach równie sytego posiłku. Organizm nerwowo dopominał się o to, by dosiąść już do własnej porcji.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-24, 20:10
Skwitował słowa gospodarze cichym skinięciem głowy. To prawda, że wypadł z obiegu. Nie pamiętał zachowań ludzi. A może po prostu ich nie znał? Tak czy inaczej, codziennie mógł nauczyć się nowych rzeczy.
Gdy oprawił ostatnią rybę, wytarł dłonie o ziemie by prowizorycznie je oczyścić. Skierował się w stronę wskazaną przez Korneliusa. Nie był pewny, czy kiedykolwiek rąbał drewno. Nie mogło to być takie trudne. Stawiasz pieniek na innym, większym i napierdalasz siekierą tak, by przeciąć na pól. Dalej to już tylko dostosowanie ilości drew do potrzeb. Potrzebą Ervina było rozpalenie ognia. Jeśli słowa mężczyzny były prawdziwe, z tylu znajdowało się trochę suchych gałązek, które mogłyby posłużyć jako podstawa do ogniska, wokół której rozstawi drewniany komin z drobno porąbanych drew, pozostawiając miejsce do rozpalenia. Wokół komina rzuci parę większych, przerąbanych na pól pieńków.
I jest ognisko.
Ale najpierw trzeba porąbać drewno tak, żeby nie ujebać sobie nogi.
Ujebanie sobie nogi siekierą z całą pewnością nie mogło należeć do największych bohaterskich osiągnięć w życiu Ervina. Mimo to ryzyko takiego zjawiska było stosunkowo niewielkie. Nie to, że „niemożliwe”. Po prostu, „niewielkie”.
Rzeczywiście, zgodnie z zapowiedzią, za domem Korneliusa znajdował się pokaźnych rozmiarów stos drewnianych bali i pieńków. Tu również oczom Ervina ukazał się mieniący zielenią domowy ogródek. To stąd jego gospodarz posiadał marchew, nać pietruszki, sałatę oraz ziemniaki którymi zajmował się od frontu. Ot, kolejna niewielka tajemnica tego świata rozwiązana. Ervin przystąpił do działania.
Oparta o istny katowski pień siekiera nie pozostawiała wątpliwości co do swojego przeznaczenia. Na jej błyszczącym, noszącym ślady wielokrotnego użytkowania wciąż znajdowały się zaschnięte smugi po żywicy. Ervin po krótkiej kontemplacji wybrał ze stosu jeden z pieńków. Ani duży, ani mały, ani szczególnie sękaty. Ot, taki w sam raz. Postawił go na pniaczku, wykonał próbny zamach siekierą, po czym... trach! Pniak rozpadł się na dwoje w gładkim uderzeniu. Co jak co, ale uderzanie stalą w cel zawsze bohaterowi wychodziło dobrze. Nawet, jeżeli siekiera byłą zbyt ciężką i zbyt nieporęczną bronią jak na jego upodobania. Może w ciągu kwadransa zdołał on utworzyć wokół pniaka całą stertę rozniesionych na ćwierci obałków. Systematycznie począł więc znosić drewno od frontu. Trwało to tak długo aż zobaczył, że Kornelius gestem ręki nakazuje mu stop. Ervin zabrał się wobec tego do układania konstrukcji. Ognisko na którym miały się piec ryby i grzać woda na zupę nie musiało być aż tak wielkie jak planował. Nie było potrzeby budowania drewnianego komina zasysającego powietrze. Wystarczyło dołożyć nieco chrustu do wciąż lekko dymiących się resztek istniejącego ogniska, tu położyć większy kawałek drewna, tam położyć mniejszy...
- Dmuchaj – rzucił mu przez ramię Kornelius – ogień potrzebuje powietrza. Dmuchaj w żar, jeżeli jeszcze jest i karm płomienie mniejszym chrustem. Dopiero gdy się rozbucha dokładaj większe kawałki.
Fakt, iż facet wiedział, jak się zdawało, wszystko o wszystkim mógł działać na nerwy.
Ervin widział jednak, że na dnie drewnianej konstrukcji którą stworzył wciąż jarzy się odrobina czerwieni. W resztkach ogniska żar wciąż czaił się, stanowiąc wspomnienie swojej dawnej świetności.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum