Gdzieś w najbardziej spokojnym zakątku centralnej części imperium, w pobliżu najbardziej spokojnego miasta stał najbardziej spokojny szlachecki dwór. Jego mieszkańcy byli jaknajbardziej normalni. Wieli spokojny żywot, jak przystało na spokojnych ludzi. Trzymali się z dala od polityki, choć i tak do realnej władzy sięgnąć by im nie było dane. Spokojna wieś na ich ziemiach wystarczała, by utrzymać niewielki dwór. Wszystko spokojnie zarządzane było przez zatrudnionych ludzi. Handel z miastem szedł spokojnie, żaden ze szlacheckich dziedziców nie miał szaleńczych planów co do swojej przyszłości. Nikt nawet nie myślał o rycerstwie czy twierdzach paladynów, najważniejszym w ich życiu było dobrze się ożenić i wieść dalej spokojne, może trochę bardziej bogate i wpływowe życie.
Ha, szkoda, że nasz bohater nie zaznał nigdy takiego spokoju.
Kalart również jednak żył w średnio okazałym dworku. Jedna niewielka wieś, którą każdy szanujący się zarządca bał objąć w prowadzenie, z trudem wystarczała na utrzymanie posesji. Mieszkańcy niewielkiego Dantus choć na co dzień wiedli spokojne życia, zdrowie psychiczne zdołali zachować tylko dlatego, że przyzwyczaili się zamykać bardzo dokładnie wszelkie drzwi i zasłaniać okna, by przemykające ulicami włochate kształty nie zakłócały ich snu. Co najdziwniejsze nikt jeszcze nic konkretnego nie widział. Ciekawą właściwością jednak Dantus było, że bezdomnych żebraków ciężko było tu szukać. Przynajmniej takich prawdziwie śpiących na ulicach. Tak samo i wieśniacy zdołali już dawno się nauczyć, że okolica pełna była dzikich zwierząt, które ciągle podkradały im drób, a czasem nawet i trzodę chlewną.
Przede wszystkim jednak, nikt spokojnym nie nazwał by dworu pełnego wilkołaków.
Kalart Dormund przebijał się przez ciężką mgłę. Nie był w stanie ruszyć żadnym członkiem. Nie to, żeby zasadniczo mu się chciało. Otworzenie oczu zdecydowanie było jednoznaczne z ciężką torturą, czego pierwszym etapem byłoby zalanie oczu świetlistym bólem. Ktoś nawoływał do niego. Ktoś nie chciał, żeby pozostał w tym stanie, w którym czuł się najlepiej. W stanie błogości.
Nagle cała jego świadomość skupiła się i zdał sobie w pełni sprawę ze swojego położenia. Miał zamknięte oczy, był zasadniczo nagi, przykryty tylko pościelą. Leżał w swoim łóżku. Wszystkie mięśnie w jego ciele korzystały jeszcze z błogiego przywileju snu. I ktoś próbował go dobudzić.
- Wstawaj paniczu, jutro ważny dzień, trzeba się przygotować! - Kalart rozpoznał ten wysoki głos. Dwór rodu Dormund nie posiadał wiele służek. To była Daria, najstarsza z nich. Na prawdę stara. Była na dworze odkąd bohater tylko pamiętał a i tak nie miał najmniejszego pojęcia ile lat mogła mieć. Ale wykonywała swoją pracę dobrze i była miła. Wszyscy ją lubili.
Kalart dalej leżał, nie otwierając oczu. To był taki piękny sen... piękna dziewczyna ze śmiechem umykała, by w końcu delikatnie przewrócić się i dać się złapać. Szczęśliwy trzymał ją w ramionach, wdychając słodki zapach jej skóry i włosów, kiedy nadeszło zderzenie w rzeczywistością.
Cóż jest tak ważnego, że powinienem wstać? - zapytał, podnosząc jednocześnie prawą rękę na wysokość oczu, by ochronić je przed promieniami słońca. Pragnął przede wszystkim móc wrócić do snu. Wątpił by mógł znów go przywołać, lecz czuł wszechogarniającą niechęć na myśl o wstaniu z ciepłego łoża.
- No ślub pańskiej siostry! - zakrzyknęła z niedowierzaniem w głosie. - Młodzież - mruknęła jeszcze. Usłyszał kroki na podłodze i poczuł krótkie szarpnięcie, które zmusiło go do rozewrzenia powiek.
Widząc, że Kalart otworzył oczy służąca wycofała się z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Bohater z ulgą zauważył, że ktoś przezornie zasłonił wcześniej okno pokoju, by nie raziło teraz jego wyczulonych oczu. Kroki na korytarzu zapulsowały w jego głowie lekkim dyskomfortem, zanim jeszcze Daria oddaliła się od jego drzwi. Dopiero po chwili dotarła do niego świadomość bólu, który rodził się w skroniach. Uświadomił sobie co tak mocno trzymało go przykutego do łóżka. Tak kończy się picie z krewnymi.
Pokój nie był wielki jak na szlacheckie standardy. Łóżko stało po środku zachodniej ściany - spore, wygodne i całkiem ładnie wykonane, choć brakowało mu modnych wielkopańskich elementów jak chociażby baldachim. Obok łóżka stała szafka nocna, na której ktoś, jak miło z jego strony, obok świecznika ustawił szklankę pełną wody. Pod przeciwległą ścianą stało biurko, po obu jego stronach przytulone do kolorowanego piaskowca pokrywającego kamienny mur różnego rodzaju szafki i półki. Nieszczęsne okno znajdowało się od wschodu. Na ciemnych, grubych zasłonach nawet po wewnętrznej stronie było widać jasną plamę. Było jeszcze przed południem.
Przecież ślub jest jutro, po co już dziś się męczyć? - mruknął Kalart w stronę zamkniętych drzwi. Nadal leżał, jakby zbierając siły na cały dzień. Długo trwało, zanim postanowił choć trochę się ruszyć. W końcu przemógł się i sięgnął po szklankę wody.
Zamyślił się, planując dzisiejszy dzień. Wątpił by Daria potrzebowała jego pomocy przy sprzątaniu czy dekorowaniu sal. Nawet za szczenięcych lat zazwyczaj tylko buczała, że tylko kręci się pod nogami i przeszkadza, a wszystko trzeba poprawiać. Cóż powiedzieć, sprzątanie nigdy nie było jego ulubionym zajęciem.
Może urządzić polowanie? Wątpił by w pobliżu zabłądził jakiś niedźwiedź czy chociaż dzik, ale zajęcy zawsze było pełno. Może zapytać wieśniaków, czy jakiś zwierz nie wchodzi w szkodę?
Nawet nie zauważył, że usiadł na skraju łóżka i przestał zauważać ból głowy.
Tak jak codziennie rano, rozpoczął swoje ćwiczenia; Wysiłek ostatecznie powinien przegonić resztki snu. Następnie zaczął przeszukiwać szafki by znaleźć ubranie oraz swoją broń.
Może powinien udać się do Darii? Warto zapytać, czy nie trzeba przywieźć czegoś ze wsi.
Służąca oczywiście nie odpowiedziała na słowa Kalarta, bo już dawno zdążyła odejść od drzwi jego pokoju. Cóż, widocznie bohater będzie musiał wyjść z pokoju, by zadać komukolwiek to samo pytanie. W sumie to pytanie nie było głupim. Po co on komu? Nie umiał sprzątać, nie miał pojęcia jak przygotować salę na wesele. Gotowanie to nie była jego działka! Być może każdy pretekst, by obudzić go przed południem był dobry?
Niestety, bólu głowy nie było zbyt łatwo nie zauważyć. Wysiłek fizyczny znany jest z tego, że potrafi spotęgować działanie kaca. Jednak... na szczęście bohatera znany był również z drugiego miejsca na liście rzeczy, które mogą go przegonić. Miał na ćwiczenia całkiem sporo miejsca, bowiem pomimo tego, że duże łóżko ustawione było prostopadle do ściany i całej reszty umeblowania miejsca do poruszania się miał wciąż sporo.
Nieco czując się już lepiej, i już zdecydowanie nie aż tak śpiąco śmiałek podążył do szafki ze swymi ubraniami i co niesamowite, znalazł je. Nieszczególnie wymyślne, choć godne szlachcica. Dobrej jakości biała koszula i schludne spodnie, przepasane szerokim pasem. Takie ubranie znalazł pierwsze z góry. Oczywiście jeśli chciał, mógł poszukać i szlacheckiej sukni i płaszcza oficjalnego, choć teraz nie była chyba na to odpowiednia chwila. Odpowiednim miejscem nie był też zdecydowanie jego pokój na szukanie swej broni. Mały, bo mały, ale dworek miał swoją oddzielną zbrojownię, by szlachcice nie musieli spać z bronią w pokoju. Oczywiście jeśli ktoś chciał nikomu nie zabroniono by trzymać sztyletu pod poduszką, ale sam bohater przecież wiedział, że w zasadzie nie mieli po co. Jeśli o to chodziło, ten dworek był spokojny.
Po ubraniu się bohater mógł oczywiście udać się gdzie by chciał. Może i do Darii, choć ta pewnie miała swoje zadania do wykonania. Mógł poszukać którejkolwiek z młodszych służących i liczyć na chwilę milszą niż przy wykonywaniu jakiejś roboty... Tak, mógł liczyć, choć czy matematyka była jego mocną stroną? Jego żołądek podpowiadał mu jednak, że pora udać się do sali jadalnej. Nie, on się domagał jedzenia. Cóż, było jeszcze przed południem, a Kalart nie był najsłabszym z rodzinnych zawodników. Powinien liczyć jeszcze na jakieś śniadanie.
Jako że jednak Kalart zadecydował, że należałoby wpierw pomóc Darii poszedł w stronę, w którą zdawało mu się, że słyszy jej kroki. I nie musiał szukać jej daleko. Budziła własnie wuja bohatera, Bartha.
- To wcale nie jest zabawne! - zakrzyknęła, jednak mimo jej słów można było zasłyszeć cień śmiechu w jej tonie. - Ach, paniczu, co tu robicie? Idźcie coś zjeść najpierw, śniadanie wciąż czeka.
Teraz szlachcic mógł być pewien, że nie był ostatnim z powstałych z łoża mieszkańców rezydencji. Pokrzepiające.
Czy jednak było mu dane dotrzeć kiedykolwiek do kuchni? Niestety, młody szlachcic miał paść ofiarą śmierci niewyjaśnionej.
Przez całą historię, która była spisywana, przewijają się doniesienia, pogłoski, a czasem i całkiem wiarygodne sprawozdania o śmierciach tajemniczych, nagłych. Z jednej strony wszyscy widzący takie ciała byli pewni jednego - rany były cięte. Z drugiej jednak strony każdy koroner, o ile zwołany był taki, bądź ci nieliczni magowie, którzy zainteresowali się losami biedaków, pewni byli, że rany nie mogły być zadane żadnym znanym narzędziem, nawet wspomaganym magicznie ostrzem. Po pierwsze bowiem musiałoby to być wykonane jakimś przedziwnym podwójnym narzędziem czy... cóż pomysłów na to nie było żadnych - zwyczajnie brakowało, co widoczne było choć po braku części kręgu szyjnego, generalnie po nie do końca pasujących do siebie odciętych fragmentów. Czasem wręcz przerwa w ciele była widoczna, gdy rana rozległa była na pół tułowia. Zdecydowanie jednak nie spowodowało ran żadne typowe zaczarowane ostrze. Musiałaby to być broń "wyżerająca" ciało, nie pozostawiając magicznych śladów. Ale wtedy ile mogło być takich ostrzy? Lub czemu działanie tego jednego objawiało się tak rzadko, w tak odległych od siebie miejscach.
I tak każdy pozostawiał takiego trupa, twierdząc "nie do wyjaśnienia". Ale też... nie było wielu mędrców znających się na innych planach egzystencji, wiedzących o istnieniu cieniopłaszczek. Jeszcze mniej na prawdę wiedziało czym one są.
Jeszcze mniej wiedziało, że potrafiły chaotycznie objawiać się w Sorii.
Kalart padł na ziemię bez siły. Osobno od niego upadła jego głowa, odseparowana od szyi gładką, czystą przerwą. Krew już przed upadkiem zaczęła zalewać całą podłogę. Służąca, która odwróciła się, by zobaczyć źródło dźwięku, pewna, że Kalart upadł na podłogę wciąż pijany, poczęła krzyczeć wniebogłosy. Wkrótce przybiegło paru mieszkańców, sprawdzić co się stało. Na dworze zapanowała panika.
Ale Kalartowi nie przeszkadzało już zamieszanie. Kalart już dawno był martwy.
Sesja zakończona śmiercią bohatera! Kalart otrzymuje 1 punkt doświadczenia, bo tak jest zabawniej
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum