O dziwo pierwszym co dotarło do Tellara po odzyskaniu przytomności nie był ani ból głowy, ani suchota w ustach. Nim otworzył oczy był pewien że znajduje się na morzu. Nie kołysało mu się w głowie, gdyż fale przechylały całą otaczającą go drewnianą konstrukcję. Nie był już na zabudowanej w wyspę statków Starej Ashce. Po otworzeniu oczu zrozumiał, że nie znajduje się również na Zielonym Kormoranie.
Ork obejrzał powoli swoje położenie i z pewną ulgą odkrył że jest w swoim ubraniu, a obok koi leżą staranie ułożone jego wszystkie rzeczy. Nie był skuty, ani pobity. W kajucie nie znajdował się nikt inny.
Tellar znowu znalazł się pod pokładem i nie wiedział dokładnie jak się tu znalazł. Leżał tak przez dobre kilka minut nim do drzwi kajuty dobiegło się pukanie.
- Dokąd pan sobie życzy, panie Tellarze?
Przyjazny, sztuczny głos rozległ się po pokoju. Nim ork zareagował, do środka wkroczył schludnie ubrany ludzki jegomość. Schludnie, nie licząc zużytych, przetartych spodni i kilkudniowym zaroście na zmęczonej twarzy.
- Widzę, że już się pan ubrał – sztywny, monotonny głos odezwał się po raz drugi. – Zaprowadzić pana do łaźni, może do baru? Inni już wstali, ale proszę się tym nie przejmować.
Tellar powoli zbierał myśli i skupiał się nad tym, co wydarzyło się dnia poprzedniego. Przychodziło mu to z niemałym trudem i najzwyklej w świecie potrzebował czasu, by coś sobie przypomnieć.
Rozejrzał się po pokoju. Była to mała, drewniana kabina, mieszcząca jedno szerokie łóżko, stolik i krzesło, na których leżała większość dobytku. Reszta prawdopodobnie uplasowana była w kufrze między nogami tego też stołu. Dodatkowo, wszystkie ściany pomalowane były na jasnoróżowy kolor, czy jakby powiedział ktoś parający się rybactwem: łososiowy. Dziwaczny efekt dopełniał obraz wiszący przy drzwiach, ukazujący zachód słońca nad morzem.
- Em... wszystko w porządku?
Wyczerpanie i totalne nieuporządkowanie się orka nie mogło pozostać niezauważone.
Coś tu wyraźnie się nie zgadzało. Z tego co ork pamiętał, a bodźmy szczerzy, pamiętał niewiele, jasno wynikało, iż znajdował się na lądzie. No, powiedzmy że na lądzie, bo niektóre "budynki" Hola Avara znajdowały się jednak na wodzie. Brał udział w jakiś bójkach, a potem poszli się napić. Tu po paru kuflach piwa przemieszanych z kilkoma szklanicami grogu wspomnienie delikatnie zaczęły się mu mieszać. Możliwa była trzydniowa popijawa, po której przyjaciele zanieśli by go na Zielonego Kormorana. Tłumaczyło by szum fal i kołysanie statku. Tyle, że Kormoran to nie był. Tam ork na pewno nie dostał by własnej kajuty. No, i raczej żadna nie była różowa.
Dopiero po chwili Tellar uświadomił sobie obecność człowieka. Człowieka, który najwyraźniej coś do niego mówił. Łaźnia? Bar? Gdzie kurwa, na statku? Tak absurdalna sytuacja nie mogła mieć miejsca. Na myśl przychodziła tylko jedna, rozsądna odpowiedź - delirium. To ewidentnie było to. Bo niby skąd ork wziąłby się na statku, w jakiejś łososiowej kajucie, na statku z łaźnią i barem, gdzie do tego zwracano by się do niego "czego sobie pan życzy", zamiast "giń, ty zapluty orku"? To ewidentnie nie mogło być prawdziwe.
Ale kac był. I smutno przypominał, że to jednak nie sen. Ból jaki towarzyszył każdemu ruchowi głowy był zbyt realny. To, że ork nie wiedział gdzie jest, było wielokrotnie mniejszym problemem niż ten ból. A Jak dobrze wiadomo, klin klinem.
- To gdzie ten bar? - zapytał cicho ork, ciężko podnosząc się z łóżka.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Przy wstawaniu z łóżka jednocześnie zaprotestowały wszystkie mięśnie ciała tak, że ork musiał odczekać kilka drobnych chwil, nim te zezwolą mu na dalsze działanie. Drobna narzuta pokrywająca jego ciało delikatnie spełzła, ukazując, że ork nie był jednak w pełni ubrany.
Człowiek delikatnie odwrócił wzrok, przyzwyczajony do takich incydentów.
- Proszę się nie spieszyć, poczekam - mówił cicho, w silnym skupieniu wypatrując jakiegoś punktu w różowawej ścianie, nie odrywając od niego wzroku.
Tellar kątem oka zauważył resztę swojego przyodzienia na krześle, przerzucone przez oparcie. Do całego kompletu brakowało mu tylko butów, chaotycznie rozrzuconych po dwóch różnych kątach pokoju.
- Bar jest na... stabilniejszej części okrętu, piętro niżej - dwoje ślepi dalej przelatywało po ścianach pokoju z takim zaciekawieniem, jakby każdy zaciek na drewnie stał się nagle stroną z zakazanej księgi, za której posiadanie paliło się na stosie, bez żadnych sądów czy możliwości obrony.
Orkowi coś świtała ta postać. Wiedział, że dnia poprzedniego coś z nim załatwiał przy głośnym brzdęku monet, śmiechu i pisku kobiet.
Wyjście do baru musiało trochę poczekać ze względów technicznych. Tym razem delikatnie, uważając na protesty swojego ciała, Tellar wstał i zaczął wkładać na siebie brakujące części garderoby. Notabene dziwiło go trochę zachowanie człowieka. Bez przesady, obaj byli dorośli, a na statkach pojęcie prywatności było dla prostych marynarzy dostępne w takim samym stopniu co własna kajuta - nierealne. No ale cóż, niektórzy ludzie byli dziwni. Można było wziąć też poprawkę na to, że ork, z której strony by nie patrzeć był orkiem. Był to fakt, któremu nie sposób było zaprzeczyć. A ludzie mieli raczej dość dziwne podejście do innych ras.
Jednakże ów człowiek zaczynał się z czymś Tellarowi kojarzyć... Jakaś transakcja, głosy kobiet... Burdel? Nie było to wykluczone, w sumie tłumaczyło by także kolor ścian. Co prawda pływające burdele nie były popularnym zjawiskiem, ale czego się nie robi by przyciągnąć klientów...
Wszystko jednak ma swoje miejsce i swój czas, a teraz, był czas na leczenie. Dlatego też gdy tylko włożył na siebie ostatnią niezbędną część garderoby, puknął lekko w ramie brodacza.
- To prowadź do tego baru.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Tellar wstał powoli, bez pośpiechu. Mięśnie dały mu w końcu za wygraną, jedynie poprzestając na drobnych falach tępego bólu rozchodzących się po całym ciele raz na jakiś czas. Wciągnął na siebie swoje znoszone, szare spodnie, rzucił okiem na dobytek: wydawało się, że miał wszystko, co mieć powinien. W skrzyni błyszczał się świeżo zakupiony dwuręczny topór, wciąż w "dziewiczym" stanie, paskowa zbroja, nagolenniki i rękawice z sympatycznymi ćwiekami na knykciach. Reszta drobniejszego ekwipunku tkwiła w plecaku, w tym też zaskakująco lekka kiesa.
- Em... bierze pan swój dobytek teraz, czy zechce pan po niego wrócić? - młody człowiek podniósł jedną brew, a jego wzrok z powrotem powędrował na twarz orka.
Tellar słyszał szum morza. Przez jedno, malutkie okrągłe okienko wpadał wąski snop mocnego, porannego światła wraz z odgłosami wody uderzającej o drewno statku i cienkim pisku mew w oddali. Ku zdziwieniu orka, samego kołysania nie dało się jednak wyczuć. Pokład był stabilny, nie chwiał się i nie był przekrzywiony w żadną ze stron.
Ciało dało jednak za wygraną, pozwalając orkowi wykonać te jakże proste, a jednocześnie wymagające czynności jak podniesienie się z łóżka i założenie ubrania. Szybki przegląd rzeczy należących do orka pozwolił stwierdzić, że nic nie zginęło. No, poza paroma monetami z sakiewki, ale po takiej nocy nie było to nic niezwykłego. Opowieść o tym jak zostały te pieniądze wydane i w jaki sposób mogło stanowić całą książkę. Tellar widział zresztą przedstawienie uliczne o podobnej tematyce, nazwane chyba z krasnoludziego "hangover".
- Em... bierze pan swój dobytek teraz, czy zechce pan po niego wrócić? - pytanie ze strony człowieka przywróciło Tellara do rzeczywistości.
- Wrócę. - stwierdził lakonicznie, przytraczając sakiewkę do pasa. Aczkolwiek przed wyjściem postanowił załatwić jeszcze jedną niecierpiącą zwłoki sprawę. Podszedł do okienka, otworzył je, rozpiął rozporek i zrobił to, co zwykle w takich sytuacjach się robi.
- No dobra to teraz możemy chyba ruszać do tego baru.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Namron przypomniał sobie o istnieniu rzeczy, które kupił, a o których zapomniał. Wnętrze plecaka gościło mrowie drobnych, przydatnych przedmiotów, jak zestaw do jedzenia, świece do rozświetlania drogi tudzież sam plecak, nowy, spod igły doświadczonego kuśnierza. Sakiewka, po otwarciu, prezentowała nędzną jedną srebrną monetę i trzy brązowe. Ork wydał niemałą fortunkę na ekwipunek i rozrywkę podczas postoju na Hola Avara.
- Dobrze, w takim razie... - młodzieniec zatrzymał się wpół słowa, obserwując dalsze poczynania Tellara, kiedy ten niezgrabnym ruchem podszedł pod małe, okrągłe okienko, stanął na palcach, bezceremonialnie obciągnął spodnie i w takiej, lekko chwiejnej pozie ulżył swojemu pęcherzowi, słysząc gdzieś na dole ciche "kap, kap".
- Skończył już pan? - człowiek z pokerową miną otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Ork bezzwłocznie udał się za nim.
Szli przez wąski, drewniany korytarz, typowy dla statków średnich rozmiarów.
Bezruch, w jakim znajdował się statek oraz wszędobylska pustka w miejscach, gdzie teoretycznie powinny znajdować się skrzynie z towarami, buchty lin tudzież inny, drobny osprzęt walający się po każdym statku dosadnie wskazywały na to, że coś z tym statkiem było nie tak. Nawet laik morski, nigdy nie będący na pokładzie zauważyłby, że statek najnormalniej w świecie nie jest przystosowany do bycia na pełnym morzu. Dla Tellara była to jeszcze większa oczywistość. Na dodatek łajba nie chybotała się ani na cal. Zupełnie, jakby wciąż była na suchym lądzie...
Drewniany, ciasny korytarz poprzecinany co jakiś czas kolejnymi drzwiami i lekko błękitna, stara farba na ścianach ciągnęły się jeszcze przez chwilę, by potem ustąpić miejsca stromym schodom prowadzących w dół, do nieco obszerniejszego pomieszczenia. Ten, w porównaniu do poprzedniego, był o wiele bardziej zadbany, z odświeżonymi ścianami, paroma czerwonymi fotelami i kanapami oraz z kontuarem, pięcioma zydelkami i barkiem z tyłu.
Na kanapie siedziały dwie ludzkie, średnio ładne kobiety z ubiorem jednoznacznie podkreślającym pracę, jaką wykonują. Obecnie zajęte były rozmową i puszczaniem oczek do trójki osób, siedzących przed ladą i sączących piwo, jak jeden mąż.
Ork, gog, elf.
Eerd, Ajihn, Fufek.
- Niech pan sobie usiądzie, rozliczy się pan przy wyjściu - skwitował człowiek i poszedł.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2012-01-02, 19:46, w całości zmieniany 1 raz
Kasa... no cóż, było z nią krucho, a bez niej człowiek, czy też ork, jak w tym wypadku, był jak bez ręki. Typowe, marynarskie życie - tygodniami człowiek męczy się na okręcie, haruje jak wół, z nadzieją na niezbyt wygórowany zarobek, a potem co? przepija wszystko w porcie. I tak w kółko, do usranej śmieci. Nie żeby komuś to specjalnie przeszkadzało, sam przecież wybrali tę drogę. Morze uzależniało jak narkotyk.
Podróż korytarzem okrętu bez trudu powiedziała Tellarowi, że coś było nie tak. To nie był statek przystosowany do podróży morskiej. Był też nadzwyczaj stabilny, choć ork przysiągłby, że kiedy się obudził czuł kołysanie. Najwyraźniej kac mu nie służył.
Widok panienek potwierdził wcześniejsze przypuszczenia o naturze okrętu. Zdziwił tymczasem widok za barem. Nie żeby Tellar nie spodziewał się ujrzeć tutaj kompanów, ale brak było Geroga. Chociaż może gdzieś jaszcze kimał.
- Piwa - Zwrócił się do barmana ork, sadowiąc się obok towarzyszy.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Feafeurial pierwszy zauważył brakującego towarzysza, wyszczerzając w uśmiechu swą szkaradną twarz. Zaraz po nim zareagowała cała reszta, nie mniej radośnie ciesząc się z obecności Tellara. Ork zasiadł na najbliższym, ostatnim na lewo zydlu, wzywając oberżystę. Był to postawny, około trzydziestoletni człowiek, który zdecydowanie mógłby konkurować z Fufkiem, jeśli chodzi o charyzmę osobistą. Miał na sobie prostą, czarną koszulę z podwiniętymi rękawami oraz skórzane spodnie. Przepasany był szarawym fartuchem. Ogółem rzecz biorąc sprawował wrażenie bycia jednocześnie karczmarzem, sprzątaczem i burdelowym ochroniarzem.
- Piwa? - niski, znudzony głos zadudnił w głowie orka. - Już podaję.
Ajihn, przy którym pirat się usadowił, złapał go za ramię.
- A masz jeszcze w ogóle na to kasę? Sam przed wejściem prosiłeś mnie, bym zapłacił za panienkę, którą tu sobie wybrałeś.
- Swoją drogą nieźle się z nią... obyłeś - Eerd uśmiechnął się pod nosem.
- No kurwa, ruchałeś ją tak żem i ja słyszał jej jęki - zawtórował elf, znany ze swej bezpośredniość.
Pienisty kufel złocistego stanął przed orkiem, ciesząc oczy i uszy. Na chwilę obecną, gdy suchość w ustach była nader uporczywa, trunek ten, godny królów, był najlepszym możliwym panaceum na kaca.
- Mamy jeszcze trochę czasu, a potem musimy wracać na Kormorana - gog przerwał nieprzyjemną, nagłą ciszę.
- Cholera, już? - drugi z orków wyraźnie posmutniał na twarzy.
- Pij piwo i idziemy, Tellar. I tak zbyt długo zasiedzieliśmy się w tym kurwidołku.
- Na piwo jeszcze mam, o ile cena mieści się w portowych standardach. I tylko na piwo. - odparł Tellar, pociągając łyk złocistego trunku. O tak, tego właśnie było mu trzeba. Lecz się czym się strułeś, mówiło popularne przysłowie. Chłodne, pieniste, z tą nutą goryczki... Najlepszy Wynalazek krasnoludów, jaki kiedykolwiek powstał. - A nawet jeśli, to chyba wspomożecie kumpla na kacu, nie? A skoro już mowa o kuplach to gdzie jest Gerog?
Dziwka... Może nawet jakaś była, ale wstyd się przyznać, żadnej Ork nie pamiętał. Pałętał mu się po głowie jakiś kobiecy głos, to wszystko. I szczerze powiedziawszy, nie żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało - dziwka to dziwka, czy to takie ważne, która to była?
Powrót na kormorana - czyli czas było opuścić hola Avarę, miasto-legendę wśród żeglarzy. Takie życie. Tellar jednym pociągnięciem dopił kufel.
- Dobra, skocze tylko po swoje rzeczy i lecim.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- Gerog? - Fufek złapał się za brodę w wyraźnym geście zamyślenia. - Nie mamy pojęcia, co z nim. Wczoraj przyszliśmy tu całą piątką, a rano już go nie było.
- Nic nie mówił, że będzie gdzieś szedł - wtrącił się gog, odstawiając pusty kufel na bok. - Trudno, złapiemy go gdzieś po drodze na statek. Bierz swoje toboły i idziemy.
Tellar wypił duszkiem swoje piwo, ze stukiem odkładając puste naczynie. Wstał i udał się z powrotem do pokoju, w którym dany mu było powitać nowy dzień. Spakował wszystkie swoje rzeczy do plecaka łącznie z nowym, sprezentowanym sobie ostrzem, założył plecak i wyszedł. Pancerza nie wdziewał, ciesząc się wolnością ruchów.
Gdy powrócił do głównej sali, trójka towarzyszy już na niego czekała, również gotowi i przygotowani do wyjścia. Każdy z nich, podobnie jak sam Tellar, miał na sobie sporych rozmiarów plecak podróżny, nie licząc Ajihna, który gustował w jednoramiennych torbach podróżnych. Wszyscy stali przy wyjściu, a znajomy, brodaty człowiek, który obudził orka, zajęty był pisaniem czegoś na małym skrawku papieru.
- Dobrze, to wychodzi... - mężczyzna postukał rysikiem kilka razy po materiale, wymawiając coś po cichu. - Cztery wczoraj i jedno dzisiaj to pięć, plus naturalnie usługa dziewczyn... Piętnaście srebrnych monet od łebka - uśmiechnął się sztucznie w stronę klientów.
Jak się zbierać, to się zbierać. Tellar nie zamierzał marnować zbyt wiele czasu, przynajmniej nie teraz, gdy kormoran szykował się do podniesienia żagli. Szybko pobiegł na górę, zgarnął swoje rzeczy i jeszcze szybciej zbiegł na dół. Niestety, jak to w pośpiechu bywa, popełnił przy tym kilka błędów natury technicznej, o których istnieniu zdał sobie sprawę dopiero na dole. A dokładniej, po usłyszeniu ceny "usług" podanej przez człowieka. Ork w zbroi i toporem dwuręcznym w ręku miał by na pewno większy wpływ na koszty burdelu niż widok orka z plecakiem na plecach. A przynajmniej na poczucie bezpieczeństwa Tallara. Bo coś tu wyraźnie śmierdziało. Ork wyraźnie pamiętał, że komuś coś płacił. Ba, Ajihn to potwierdził - w końcu pożyczył przyjacielowi kasę na dziwki, a raczej nie było to tych kilka monet, które ten odnalazł w sakiewce. Ktoś najwyraźniej postanowił naciągnąć pijanych frajerów.
- Pierwsze primo, wczoraj ci płaciliśmy, więc tego nie licz. Drugie primo, nie lubię, jak mnie się oszukuje, to dwa. I trzecie primo, Bądź łaskawy przeliczyć jeszcze raz rachunek, bo może się gdzie pomyliłeś, to trzy. - Z uśmiechem powiedział ork, jednocześnie zbliżając się do brodacza delikatnym łukiem. Chciał by człowiek stanął między nim i barem, by móc obserwować też reakcję silnorękiego. Nie chciał dostać bełtu w plecy, a kusza pod ladą należała do standardowego wyposażenia większości tawern.
Musisz mi kiedyś pokazać, jak można schować dwuręczny topór do plecaka...
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Ork był przekonany, że dnia poprzedniego odbyła się przy nim jakaś transakcja, zapieczętowana donośnym brzdękiem monet i śmiechem. Nie był pewny, czy to akurat on płacić, czy może inny członek załogi, jednak mimo to coś mu śmierdziało. Był też pewien, że właśnie w taki sposób przehulał ostatnie pieniądze, poniekąd pożyczone od goga.
- Pierwsze primo, wczoraj ci płaciliśmy - zaczął, na co cała reszta, bez wyjątku, zrobiła zdziwiony wyraz twarzy.
- Em... nie, nie wydaje mi się, panie Tellar. Wczorajszego wieczora, jeżeli już zaistniała jakaś płatność, to jedynie od pana człowieczego znajomego, niejakiego Geroga. Mówił, że rano będzie się spieszył i że woli zapłacić z góry.
Brodacz ponownie spojrzał na kartkę. Przejrzał ją dokładnie, robiąc do tego dość komiczną minę, która prawdopodobnie sugerowała, iż był on w głębokim zamyśleniu. Ork w tym czasie obszedł go nieco sztywnym ruchem, głównie z powodu niewygodnie leżącego topora, wystającego mu całym ostrzem z plecaka, stając dokładnie od strony wyjścia. Przed sobą miał gościa od rachunków, trójkę kompanów, a kilka metrów dalej kontuar z wielozadaniowym oberżystą, odwróconym, zajętym sprzątaniem naczyń zostawionych przez porannych gości.
- Rachunek? Wszystko powinno się zgadzać. Każdy z panów zamówił sobie panienkę, to jest jedna złota moneta, no i łącznie pięć kufli piwa, każdy po dwa srebrniaki. Jeśli się nie mylę, wychodzi dokładnie po półtorej złotej monety od każdej osoby.
- I wszystko pasuje - wtrącił się Ajihn, grzebiąc w drobnej sakiewce, wyciągając trzy złote monety. - Ja za niego płacę, tak jak się umawialiśmy.
Życie. Żeby porządny, zdrowy ork musiał płacić za dziwki i piwo. Przodkowie Tellara w grobie się obracali. Za strych, dobrych czasów razem z kolegami najechał by po prostu jakąś wioskę, zgwałcił co nieco, zebrał łupy, piwo załadował by na wóz i odjechał zostawiając za sobą czerwonego kura. A tak musiał żyć uczciwie i płacić za rachunki. I nawet nie dostał zniżki za orkowatość - człowieczek nie dał się jakoś specjalnie zastraszyć. Ciężko bywało, oj ciężko. pozostawało mieć nadzieję, że już wkrótce trafi im się jakaś dobra partia towaru, A kapitan nagrodzi załogę za dzielną walkę z żywiołem, albo i nie tylko z żywiołem. Tymczasem poczekał, aż reszta ureguluje rachunek, po czym ruszył za nimi do wyjścia. Mógłby teoretycznie iść przodem, ale dziwnym trafem ni chuja nie pamiętał, jak dość stąd do "kormorana"...
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Brodacz przyjął pieniądze od każdego po kolei, wrzucając je do solidnej, okutej sakiewki przy pasie. Uśmiechnął się sztucznie, przepuszczając gości w drodze do wyjścia.
- Do widzenia w takim razie i zapraszamy ponownie!
Drzwi skrzypnęły, wpuszczając do ciemnego pomieszczenia jaskrawe snopy światła, boleśnie bijąc w oczy. Cała czwórka, prowadzona przez goga, wyszła na zewnątrz, na starą, brukowaną dróżkę, schodzącą w dół. Budynek z którego wyszli prezentował się z zewnątrz na tani, pośledni burdel, co zgadzało się z faktycznym jego stanem. Był to stary, przegniły, wiekowy wręcz statek, który - gdy przyjrzeć się dokładniej - w znacznej części wystawał poza "ląd". Otoczony był innymi, podobnymi budynkami, co utwierdzało wszystkich w przekonaniu, iż znajdowali się właśnie w tej gorszej części Hola Avary. Stali na placyku, który był jednocześnie zakończeniem drogi. Tellar nie pamiętał dokładnie, jak dojść do Zielonego Kormorana. Pamiętał ulokowanie główniejszych skrzyżowań i dróg, więc istniała szansa, że w końcu sam by trafił na statek. Póki co miał i tak tylko jedną drogę, którą mógł się udać.
- Dobra, mamy jeszcze trochę czasu, może z dwie godziny. Idziemy gdzieś jeszcze, czy od razu do portu?
Ajihn założył kaptur, zakrywając swe charakterystyczne, demoniczne cechy wyglądu.
No cóż, może i ork sam trafił by na swój okręt. A może i nie. W każdym razie Jakoś nie spieszyło mu się, by to sprawdzić. Na razie Tellar zrzucił plecak z ramion, po czym wyciągnął z niego swoją broń. Włożenie jej tam na pewno nie było dobrym pomysłem - nie dość że uwierała, to jeszcze czół się jak debil z wystającym zza głowy prawie metrowym kawałkiem drewna. No, i przed orkiem z dwuręcznym toporem na ramieniu każdy schodził z drogi.
Tellar Mocno się zdziwił słysząc pytanie Ajichna. I troszeczkę zdenerwował.
- Hmm, zastanówmy się. Nie mamy kasy, przynajmniej ja nie mam, ale mam za to kaca. Burdel już zaliczony, w sklepie byliśmy wczoraj, a z knajpy właśnie nas wywaliłeś, bo podobnież musieliśmy wracać na statek, przy czym nie zdążyłem nawet dobrze dopić piwa. Więc o ile to miasto nie ma czegoś super-hiper do zaoferowania, na ten przykład akwarium z syenami, to ja proponuje wracać jednak na statek.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Topór wesoło zabrzęczał, jakby tylko czekał na to, aż odnajdzie się w miejscu swojego przeznaczenia: w dłoni doświadczonego w bitkach orka. Tellar poczuł lekką ulgę, wyjmując nieprzyjemnie sterczący przedmiot z plecaka. Zaraz potem skomentował wypowiedź goga. Ten tylko uśmiechnął się lekko, odpowiadając.
- Dobrze, że zdążyłem się już przyzwyczaić do twojego ględzenia. Pewnie i coś jest jeszcze w mieście, ale wątpię, by ktokolwiek coś wiedział. Ja sam jestem tu pierwszy raz, a nim cokolwiek odnajdziemy, to minie dobrych parę godzin.
- No chyba że, nie wiem, ty, Eerd, znasz jakieś godne uwagi miejsce, to byśmy sie szybko wybrali - mruknął Fufek.
Ork przeciągnął się, wykrzywiając głowę to na lewo, to na prawo, w wyraźnym akompaniamencie strzelających kręgów.
- Dupa, sam tu jestem od dwóch dni, większość w Starej Ashce przesiedziałem. Chodźmy po prostu do portu.
- Dobra, to idziemy. Możemy zawsze dokończyć grę w kości, pamiętam nawet ostatnie wyniki - rozmowę zakończył Ajihn, prowadząc grupę w dół dróżki.
* * *
Droga do najbliższego miejsca, które mogło być jakimś punktem odniesienia, przedłużała się. Nim wyszli z brzydkich, ciemnych zaułków, w których spędzili ostatnią noc, minęło dobre pięć minut. Po tym czasie budynki przyjmowały przyjaźniejszy wygląd, chodzenie nie powodowało zapadania się butami w przegniłe deski, przechodniów było jakby więcej, a i ich mordy rzadziej wydawały się ukazywać chęci mordu na każdej spotkanej personie. Słowem: wyszli z gorszej części wyspy. Mijali po drodze sklepy i kramy, a co poniektóre Tellar nawet kojarzył. W jednym kupił miedziane sztućce i naczynia, w innym natomiast latarnię, świece i ciężki, wełniany koc.
W końcu trafili do miejsca, które bez kontrowersji można było nazwać "orientacyjnym". Stali na skrzyżowaniu dwóch dróg wzajemnie się przecinających, a każda odnoga prowadziła w inną stronę świata. Z tego punktu dało się już widzieć port, wliczając w to samego Kormorana. Zeszli w dół dróżki, wymijając po drodze dwójkę jorów, niosących ciężkie skrzynie śmierdzące rybami. Gdy dotarli do granicy z morzem, gdzie, aby dojść na statek, należało skierować się w prawe rozwidlenie drogi, Eerd zatrzymał się.
- Dobra, mordeczki. Na mojego Sukkuba mam w drugą stronę, toteż chyba się tu pożegnamy.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2012-02-20, 19:14, w całości zmieniany 1 raz
Wyglądało na to, że nikt z nich nie znał żadnych innych atrakcji oprócz baru, burdelu oraz hazardu. Tyle jednak wystarczało do szczęścia. A ponieważ nie było żadnych pomysłów, co zrobić z wolnym czasem, Ruszyli w stronę portu.
Zgodnie z przewidywaniami zaułki tej dzielnicy nie wydawały się Tellarowi znajome. A błądzenie tutaj może i było by zabawne, ale także dość niebezpieczne. Fajnie było by komuś przyłożyć z nowego topora, ale przy okazji znaleźć bełt w nerkach już nie było by miło. Dopiero po kilku minutach marszu znaleźli się w dzielnicy, którą ork jako tako rozpoznawał. W końcu dało już się zobaczyć port. Z jednej strony oznaczało to powrót na morze, z drugiej - Koniec przygód na Hola Avara, ciężką harówkę i brak nowej twarzy przez najbliższe kilka tygodni - czyli codzienność.
Tellar skrzywił się, słysząc słowa Ereda. Niby świnia, ale w sumie dobry kompan z niego był.
- Wypada więc się nam pożegnać - Powiedział, wyciągając rękę w stronę orka. - pomyślnych wiatrów i bogatych pryzów.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Eerd przyjął prawicę. Ścisnął mocno, porządnie, jak na orka przystało. Zaraz potem wystawił dłoń pozostałym członkom załogi. Każdy z nich odwzajemnił uścisk. Przez te dwa dni pobytu na Hola Avarze udało im się nawiązać niejaką nić porozumienia, może nawet i przyjaźni, co głównie spowodowane było samym pojedynkiem i jego alkoholowymi następstwami.
- Tak, oby te łupy, co nam od wieków obiecali, wreszcie się ziściły. No nic, niech wam morze uległe będzie - uśmiechnął się ork, po czym odwrócił się i odszedł.
Stali tak jeszcze chwilę, wpatrując się w plecy Eerda. Potem sami odwrócili się i poszli wzdłuż portu, aż nie natknęli się na znajomy statek. Zielony Kormoran. Stał dokładnie tak, jak w momencie, gdy go opuścili. Wiatr wiał z tej samej strony, łagodnie gwiżdżąc w żagle i hałasując tuzinem niezawiązanych fałów, rytmicznie stukających w maszty co poniektórych statków. Zaraz przed wejściem na pokład rozstawione były rzędy dużych, drewnianych skrzyń, a pośród nich stał jakiś człowiek, którego Tellar nie widywał zbyt często na pokładzie. Z tego co pamiętał, zajmował się on "zapleczem towarowym", co pasowałoby do faktu, że łaził energicznie wśród pakunków, każdemu przyglądając się z bliska. Gdy tylko zauważył trójkę, wyciągnął ręgę ku górze i zawołał:
- Hej, chodźcie no tu, pomóżcie mi załadować te skrzynki na pokład!
Może i udało się nawązać przyjaźń z Eredem. Lecz przyjaźnie na morzu były tak zmienne jak ono samo. Szanse na to, iż kiedykolwiek jeszcze się spotkają, były nikłe. A nawet gdyby, To i "Sukkub", i "Kormoran" były okrętami o dość mętnej reputacji. Równie dobrze co w porcie, mogli spotkać się na morzu. I o ile w pierwszym przypadku skończyło by się na piwie, o tyle w drugim bez wahania skoczyli by sobie do gardeł.
Kormoran, jak się okazało, był tam gdzie go zostawili. I chyba nikogo to nie dziwiło. Nie dziwił też widok ochmistrza wśród ładunków. Przy każdej wizycie w porcie należało uzupełnić zapasy i wodę, a często także kupić nowe płótno, deski, gwoździe, smołę, liny i inne tego typu badziewia, niezbędne do funkcjonowania statku. Jak również zabrać ładunek. Niestety, oszczędni kapitanowie zamiast płacić tragarzom, woleli zatrudniać załogę. A tym razem padło na Tellara. Jednakże ten nie miał zamiaru tak łatwo dać się wkręcić w robotę.
- Hola hola, spokojnie - powiedział ork, siadając na najbliższej skrzynce. - Z tego co pamiętam, to mamy jeszcze z godzinę wolnego, prawda? Czyli przez tę godzinę możemy robić co nam się podoba. Na ten przykład patrzeć, jak sam wnosisz te paki na górę. - Miał nadzieję, że ta wizja zrobi jakieś wrażenie na człowieczku. - Mogli byśmy jednak rozważyć twoją prośbę, i chwilowo zatrudnić się w roli tragarzy. Za odpowiednią opłatą, oczywiście.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Większość skrzyń była zbyt wysoka, by dało radę na nich komfortowo usiąść, jednak Tellar zdołał wyłapać trzy, może cztery mniejsze, idealne do posadzenia swoich czterech zmęczonych liter. i Do prowadzenia zażartej dyskusji na temat jego udziale w transporcie towaru na Kormorana.
- Macie, to prawda - odparł człowiek, nieco zbity z tropu. - Jednak od tego jesteście, cholera, w załodze, by właśnie zajmować się takimi pierdołami, jak wnoszenie waszego pieprzonego żarcia na pokład. I jak nie chcecie, to tego nie róbcie, ale jako starszy rangą mogę wam obiecać, że przez najbliższe kilka godzin pod pokład sobie nie zejdziecie. Chociażby była spokojna wietrzna dwójka, to i tak znajdzie się dla was jakiś fach. Chociażby szorowanie całego pokładu, od dziobu po rufę!
Ostatnie słowo zaakcentował mocnym wybuchem, machając wątłymi rękoma na wszystkie strony i łypiąc nieprzyjemnym, żabim wzrokiem na każdego po kolei.
- A zapłatę to dostaliście już przy schodzeniu na ląd, więc albo weźmiecie się do roboty, albo możecie spierdalać bezpośrednio do swoich koi. Jak nie wy, to inni. Łaski bez.
Skoro znalazła się już odpowiednia skrzynka, ork zasiadł na niej wygodnie, obok stawiając swój plecak. Skamlanina człowieka wydała mu się całkiem zabawna. Wyglądał na wytrąconego z równowagi. Tellar postanowił więc pociągnąć tę farsę jeszcze trochę.
- Mój drogi człowieczku, wydaje mi się że coś ci się pokręciło. Po pierwsze, ja tu jestem od robienia żaglami i dbaniu o to, żebyśmy nie wpadli na skały. Opcjonalnie od machania toporem, jeżeli stary tak rozkaże, a nie od wnoszenia żarcia. Po drugie, możesz sobie być oficerem, ale nie jesteś nawet marynarzem. Rozkazywać, to ty sobie możesz szczurom w ładowni. Ja podlegam jedynie bosmanowi i kapitanowi. I pierwszemu, gdybyśmy go mieli. Po trzecie, zapłatę owszem, dostaliśmy, ale za poprzedni rejs. A po czwarte, to nie mogę iść do koi, bo chcę popatrzeć, jak sam tachasz te ładunki. I mogę ci obiecać, że będę ci głośno przy tym kibicował.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Mężczyzna coraz szybciej zataczał niesymetryczne kręgi dłońmi, które wyglądały bardziej na inkantację czaru, niźli na przejaw frustracji. Twarz z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej czerwona, przechodząc z delikatnego koralowego w nieco intensywniejszy karmazynowy.
- Zapłatę to możecie dostać po zakończeniu następnego rejsu. A tych skrzynek to ja sam nie przeniosę, na to trzeba z dwóch chłopa przynajmniej. I nie siedź mi na nich, bo jeszcze ser, który tam jest, przesiąknie odorem twojego brudnego, orkowego dupska!
Tu tupnął nogą, co wyglądało bardziej komicznie, niż przekonująco.
- Ale dobra, zrobię to bez waszej pomocy! Łaski bez!
Wykrzyknął, po czym złapał niepewnie pierwszą, najmniejszą skrzynkę wielkości młodego prosiaka, by zaraz potem chwiejnym, powolnym krokiem pójść w stronę statku.
No cóż, jak nie, to nie. Ork nie zamierzał ruszać się z miejsca, przynajmniej nie za darmo. Nie ma głupich. Albo może i są, a jeden z ich przedstawicieli właśnie znajdował się przed Tellarem. Bo kto sam będzie właził po trapie, jaki by on nie był, z ciężką beczką, podczas gdy mógłby wydać te kilka srebrniaków i mieć to z głowy. Bez przesady, stawki nie były specjalnie wysokie. Pozostawało mieć nadzieję, że nie spadnie z nabrzeża, zabijając się lub co gorsza, rozbijając beczkę. Bo mogło by zacząć być nieprzyjemnie. No, ale co będzie, to będzie. jak na razie, pozostawało się tylko przyglądać.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- Haha, bo jeszcze coś sobie zrobi! - zaśmiał się Fufek, wskazując na sapiącego ze zmęczenia człowieka, ledwo będącego w stanie wnieść małą skrzyneczkę na pokład.
Po dłuższym czasie uporał się z wejściem po trapie, a następnie zniknął na kilka długich chwil pod pokładem, gdzie znajdował się magazyn. Minęło dobre pięć minut, nim ponownie wyłonił się Tellarowi, z jeszcze bardziej zaczerwienioną twarzą i mokrymi od potu włosami. Zszedł na ląd, jeśli tak można było w ogóle nazwać przegniłe deski statków, z których był on zbudowany. Magazynier oparł się o inną, większą od niego samego skrzynkę, ledwo zipiąc.
- Dobra... Pieprzę to, macie jednego srebrniaka od głowy... Tylko szybko mi to zrobić.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum