Bohater: S'arn
Giermek - Oficer oddziału
Typ: Humanoid // Rodzaj: Człowiek // Rasa: Soryjski
Opis: [...]Wraz z ostatnią wolą swojego umierającego ojca obiecała służyć Ludwigowi Maurowi VI. Pomimo tego, że jest kobietą, wybrała wypełnienie obietnicy poprzez miecz i tarczę. Złożyła przysięgę pieczętując krwią służenie rodzinie szlacheckiej w ich armii. W krótkim czasie dzięki zapałowi i odkrytym zdolnością została przeniesiona z armii prywatnej do gwardii przybocznej. Tam zdobyła sympatię wielu. Miała uczyć się od najlepszych. Okazało się jednak, że pomimo małego doświadczenia ludzie są bardziej skłonni jej słuchać.
~S'arn. Choć jej imię wymawia się [sarn] woli, aby mówiono do niej [Szarn], bo jak sama mówi, lepiej brzmi.
Młoda i piękna kobieta średniego jak na swoją płeć wzrostu. Siłą i kondycją swojego ciała o dziwo nie odstaje na krok od gwardzistów między którymi się znajduje. Ma brązowe oczy, jasne od słońca włosy.
Jej charakter całkowicie odmienia atmosferę, która utrzymuje się między jej podwładnymi. Optymistyczna, koleżeńska, rozmowna i otwarta, gdy przesiaduje przy stołach z najbliższymi jej osobami trzymając w dłoni lampkę jedynego alkoholu, który uznaje: wina. Podczas służby jest nieznośnie pedantyczna, surowa, dokładna, potrafiąca mobilizować, fanatyczna na punkcie pani, której służy. Kolejną drażniącą w niej rzeczą może być fakt, że bez przerwy ma na sobie założoną zbroję. Jeśli w przydzielonym jej pokoju pancerz można zobaczyć odwieszony z pewnością oznacza to, że S'arn również tam jest.
Wyposażenie:
Pas na mikstury 3x Ziołowa Nalewka Lecznicza
Plecak podróżny (10/25kg) - 12 kg (Plecak znajduje się na wozie)
- Różnoraka zawartość - 10kg
Opis: [...]Wyglądem nie różni się zbytnio od swoich pobratymców. Jego tusza, jak to przystało na krasnoluda - spora. Oczywiście pod powierzchnią częścią tłuszczu znajduje się dobrze rozbudowana tkanka mięśniowa.
Włosy stosunkowo długie, jednak co rzadko się zdarza - rzadko związane w warkocz. Jego atutem jest zadbana broda i gustowny wąs. Brwi krzaczaste, oczy brązowe. Brodę stara się systematycznie skracać, by nie sięgała poniżej jego klatki piersiowej.
Urodzony w majętnej rodzinie - znanego właściciela kopalni rud żelaza. To właśnie ojciec nauczył go szacunku do krasnoludzkich wyrobów, które bez wątpienia są wytworem nieskazitelnym. Prowadził spokojne, beztroskie życie. Od najmłodszych lat, jak to przystało na prawdziwego krasnoluda, uczył się walczyć. Chociaż z drugiej strony... czy można to nazwać walką? Z reguły łapał się każdej ogromnej broni i niszczył swoje przeszkody. Trening polegał tylko na jak najsilniejszym uderzeniu. Właśnie na tym polegała taktyka jego "nauczyciela". Można by nawet rzec, iż ten trening zaowocował... tylko nie w umiejętności posługiwania się bronią, a w nabytą siłę. Między treningami walki, rozrabianiem z rówieśnikami, przeróżnymi naukami znajdował czas na chodzenie do karczm. Mimo, iż był jeszcze dzieckiem, wlewał w siebie ogromne ilości alkoholu. Po niedługim czasie, pomimo wczesnego wieku popadł w alkoholizm. W sumie on nie był tego świadomy, zaś jego rodzina nie widziała w tym żadnego problemu. Im krasnolud wlewał w siebie więcej trunków, tym bardziej był poważaną osobą.
Poza tym prowadził dość beztroskie życie i właściwie byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie to, że zaczęło mu się po prostu nudzić. Nie, nie wymordowano mu rodziny, nie spalono domu i nie zaczął szukać zemsty. Po prostu, taki kaprys. Postanowił choć raz zdać się na siebie i za przyzwoleniem ojca przystąpił do niewielkiego klanu, który zwał się "oburęczny sztylet". Rodzina nawet cieszyła się, że postanowił zostawić majątek i udać się na bijaczkę. Walczący krasnolud to duma dla wysoko postawionego ojca.
I tym sposobem, jeszcze młody krasnolud, wywodzący się z gór porzucił majątek, nie wyrzekając się przy tym rodziny. Postanowił zdać się tylko na siebie.
Najpierw, wraz z swoimi nowymi braćmi wyruszyli w najmroczniejsze odmęty gór, by młody jeszcze Gorut nauczył się przetrwania w tych ciężkich warunkach. Na miejscu spotkał swojego pobratymca, lodowego krasnoluda, który zwał się Herad, to właśnie on pokazał mu zalety tarczy. Gorutowi, ten wielki kawał metalu przypadł do gustu wręcz nadzwyczajnie. Spędzał wiele godzin na nauce bronienia się tą najcięższą spośród tarcz. Natomiast w wolnych chwilach uczył się języka imperialnego, który miał pomóc w przyszłości młodemu bohaterowi. Ponoć interesy z ludźmi to czysty zysk. Tymczasem i tam Gorut prowadził dość beztroskie życie, dopóki nie zaczęły się "wypady w góry". Niedługo później, podczas licznych wędrówek młody zbrojny natrafiał na wiele przeszkód, z którymi sobie radził znakomicie, jak na prawdziwego krasnoluda przystało. Po około trzech latach, Gorut był gotowy na podróż do wielkiego świata. Wraz z klanem wyruszyli do krain zamieszkanych w większości przez ludzi. Jednak nie to było najtrudniejszym aspektem ich podróży, bowiem, by trafić do krainy, do której zmierzali musieli najpierw przedrzeć się przez tereny niezależne, na których nie trudno spotkać watahy orków, plądrujące okoliczne ziemie. Za dnia dwoili marsz, by skrócić jak tylko się dało, czas ich podróży. Podróż trwała kilkanaście dni, nie wiadomo ile dokładnie, gdyż młody bohater zdążył już kilkakrotnie zgubić rachubę. Cała przeprawa była bardzo spokojna, nie licząc kilku wilków i orków. Wedle map, po kilku następnych dobach znajdowali się już na terenie należącym do ludzi, z czego wszyscy byli nad wymiar szczęśliwi, z racji łatwej podróży. Z tej okazji, gdy zapadł zmrok, postanowili urządzić ucztę, upamiętniającą ten wielki sukces. Błoga zabawa trwała, każdy, bez wyjątku, chodził pijany. Czternastu krasnoludów, bo tylu ich było, zataczało się, głośno śpiewając, przeklinając, co rusz kłócąc się z byle powodu. Gorut już na samym początku zabawy wypił za dużo, a zaowocowało to tym, że zanim wszystko się rozkręciło, on leżał pijany pod wozem z ładunkiem. Zabawa była na tyle udana, że nikt nie spostrzegł się, że są otoczeni przez kilkudziesięciu, wyćwiczonych w boju orków. Usłyszeli tylko krzyk, nawet Gorut przebudził się na chwilę, lecz nim minęły trzy sekundy, spał ponownie.
Młody krasnolud obudził się nazajutrz z potwornym bólem głowy. Przez pierwsze chwile zastanawiał się, ile wypił. Nie był pewien, gdyż po czwartym, krasnoludzkim samogonie stracił kontakt ze światem żywych. Powolnym, mozolnym ruchem wytoczył się spod wozu. To co zobaczył, przeraziło go na tyle, że wstał na sekundę, by po chwili opaść na cztery litery.
Był w szoku, nie spodziewał się takiego widoku.
Okolica wyglądała strasznie, wszędzie leżały ciała martwych krasnoludów. Jego przyjaciele, jego bracia. Jednego Gorut był pewien, to była sprawka orków. W końcu kto inny miałby siłę poćwiartować krasnoluda w kwiecie wieku? Młody bohater chodził jak dziecko we mgle, nie wiedział co robić, przyklękiwał od czasu do czasu przy truchle swoich towarzyszy, by uronić łzę smutku i goryczy.
Nie pamiętał ile czasu błądził w takim stanie. Dopiero później nadszedł czas na działania. Nie zwlekając długo, pozbierał to, co było w okolicy, a co mogło mu się przydać. Nie było tego wiele, bowiem niemalże wszystko zostało zrabowane. Na koniec podbiegł do przywódcy klanu, do osobnika, który niewątpliwie był jego niedoścignionym wzorem, i zerwał mu amulet z szyi. Nie był to żaden magiczny przedmiot, była to rzecz raczej symboliczna. Mały łańcuch, na którym zawieszony był malutki sztylet z długą rękojeścią.
To zdarzenie zmieniło jego życie diametralnie, poczuł, że nie jest już gówniarzem, a prawdziwym krasnoludem.
Wyruszył przed siebie, w stronę ludzkich miast. Pełen goryczy, żalu, a nawet złości. Musiał się czymś zająć, by nie zwariować.
Udźwig:
Lekki / Średni / Duży / Maks.: 36 / 72 / 108 / 180
CECHY
Cztery żołądki
Krasnoludzki sprint
Naturalnie wytrzymały (+5)
Odporność na magię (+10)
Odporność na trucizny (+10)
Podziemny zmysł
Stabilność (+5)
Szybkość (-2)
Urodzony w zbroi
Widzenie w ciemności
Wydajne płuca
Żywotność
Biegłość w zbroi lekkiej
Biegłość w zbroi średniej
Biegłość w zbroi ciężkiej
Żywotny
Styl walki: (Zdolność: Półtora ręki (Topór półtoraręczny))
Osłanianie się
10x Bełty przebijające // Tra: -2 // Obr: 4k12 // Waga: 1 kg
Cechy: Przebicie pancerza: podczas trafienia w pancerz, bełty te ignorują jego 10 punktów zadając obrażenia tak, jakby pancerz był o 10 mniejszy.
10x Bełty z kruchym grotem // Tra: -2 // Obr: 4k12 // Waga: 1 kg
Cechy: Kruchy grot
Wisior Klanu Oburęcznego Sztyletu
Miniaturowy sztylet o nietypowo długej rękojeści zawieszony na solidnym metalowym łańcuszku
Pas na mikstury 3x Ziołowa Nalewka Lecznicza
Plecak podróżny (10/25kg) - 12 kg (Plecak znajduje się na wozie)
- Różnoraka zawartość - 10kg
Udźwig:
Lekki / Średni / Duży / Maks.: 44/ 88 / 132 / 176
Aktualny: 23,5kg
CECHY
Cztery żołądki
Krasnoludzki sprint
Naturalnie wytrzymały (+5)
Odporność na magię (+10)
Odporność na trucizny (+10)
Podziemny zmysł
Stabilność (+5)
Szybkość (-2)
Urodzony w zbroi
Widzenie w ciemności
Wydajne płuca
Żywotność
Biegłość w zbroi lekkiej
Biegłość w zbroi średniej
Biegłość w zbroi ciężkiej
Umiejętność walki (Topory jednoręczne, Topory dwuręczne, Młoty dwuręczne)
Twardo na nogach
Wybrana broń biała (Topory oburęczne, Młoty dwuręczne)
Wyposażenie:
(12kg)
Pas na mikstury 3x Ziołowa Nalewka Lecznicza
Plecak podróżny (10/25kg) - 12 kg (Plecak znajduje się na wozie)
- Różnoraka zawartość - 10kg
Sakiewka
- 9SM
- 5M
SESJE:
Pani Bernette Griedgett auf der Maur III, córka Ludwiga Maura VI oraz Odessy Anshin była bardzo specyficzna. Literalnie mała, bo mierzyła sobie raptem 150 centymetrów wzrostu, płaska jak kościelny ołtarz, blada jak kostucha, jasnowłosa jak pisklę i chuda jak pieczeń z marchewki. Na oko miała nie więcej jak piętnaście wiosen, ale nikt nie był tego pewien, bo zaraz jak się tylko o to zapytał, strasznie krzyczała i tłukła w mordę, czasem też groziła, że wychłosta, albo coś podobnego, ale nigdy tak naprawdę nikogo nie kazała tak torturować. W zasadzie nie trudno było jej pomylić z jakimś upiorzyskiem bo i spała mało, piła na potęgę, zawstydzając ‘karczemne muchy’ i też za dużo nie jadła, bo z przyzwyczajenia wolała pić na pusty żołądek. Jak to mówią – kufel piwa jest jak kolacja, dwa jak obiad, trzy jak śniadanie, ale cztery na taką posturę, to zupełnie jakby nic przez cały dzień nie jeść. Do rzeczy – mocno rozwydrzona, odrobinę wrzaskliwa, wszędzie było jej pełno. Bardzo żywotna dziewczynka, o zdecydowanych zapędach w stronę chłopięcych zajęć i takowego stylu życia. Od pijatyki nie stroniła, bójki prowokowała, a jak nieraz cos ją napadło i zaczęła bluzgać, to tak, jak nawet stary doker nie umie. Na co dzień nosiła się po męsku, w wygodne, skromne ciuchy – luźne spodnie, tunika, pikowana kamizelka, a wszystko w szaro-burych kolorach. Gdyby ktoś nie został wcześnie poinformowany o jej szlacheckim pochodzeniu, nie miałby prawa tego stwierdzić, bo i sama siebie nie traktowała jak wielkiej damy dwornej, nie stosowała swoich tytułów i zachowywała się jak typowa mieszczanka. Z jednym tylko małym mankamentem – była całkowicie dziwna.
Najważniejsze w jej życiu były marzenia, a marzenia jej były zupełnie jak ona – nietuzinkowe, zaskakujące i kuriozalne. Młoda auf der Maur pałała niezwykłą miłością do wszelakich mitów, opowiadających przeważnie o artefaktach, zaginionych miejscach, niestworzonych rzeczach i sama ona jedna tylko wie, czym jeszcze. Kochała także przygody, tajemnice i ‘karczemne historie’.
Pewnego dnia najzwyczajniej oświadczyła swojemu ojcu, że wyjeżdża, i to na długo i sama nie jest do końca pewna gdzie i kiedy, o ile w ogóle, wróci.
Najogólniej rzecz ujmując, zamierzonymi celami jej podróży były właśnie takie miejsca, o których przeczytała w starych, zakurzonych księgach znalezionych w bibliotece swojego możnego tatusia. Pewnie żadne z nich nie było nawet prawdziwe, ale obiecywane przez autorów „Przewodnika po skarbach” czy „Stu przygód” zdobycze były wyjątkowo kuszące. Auf der Maur nie rozstawała się nigdy z tymi pozycjami, a tomy były wielce opasłe i powypychane do granic możliwości notatkami i mapkami.
Jej ojciec, pan Ludwig Maur VI był dobrym człowiekiem, a przynajmniej tak się wydawało jej córeczce, bo gdyby spojrzał na niego przeciętny rzemieślnik, powiedziałby, że ‘mężcznyzna’ to ostatnie co można o nim powiedzieć. Spolegliwy, niepewny siebie, żona jego określałą go mianem ‘ciepłych kluch’. Najistotniejsze jednak dla naszej historii, jest to, że spełniał wszystkie zachcianki małej Bernette, więc spełnił również i tę. Może to już ze zmęczenia dzieckiem, może miał jej dość i chciał się jej pozbyć na dłużej, może chciał ją przed kimś ukryć, ale pozwolił jej opuścić włości. Ostatnim gestem pomyślunku, było zorganizowanie jej specjalnej gwardii przybocznej, mającej ją chronić podczas swoich groteskowych przygód.
Gwardia składała się z sześciu nieszczęśników, którzy trafili do niej z naprawdę różnych powodów, a składała się z dwóch krasnoludów, trojga ludzi – dwóch mężczyzn i kobiety i wielce podejrzanego jora o zakazanej gębie i milionie blizn. Taka czarna owca nobliwego oddziału.
Gwardia przyboczna zazwyczaj ma za zadanie chronić ważna osobę przed niebezpieczeństwami, ale ta była bardziej grupą zbrojnych towarzyszy bezcelowych wypraw. Tyle samo czasu, co spędzali na trakcie, prezsiadywali w różnych przybytkach alkoholowej rozpusty, oddając się przyjemnościom i biorąc udział we wszczętych przez zadziorną Bernette bójkach. Zawód gwardzisty zbyt niebezpiecznym zajęciem nie był, ledwie tylko czasem można było oberwać po mordzie w jednej czy drugiej spelunie, bo do tej pory drużyna nie zdołała potwierdzić żadnej z setki znanych Bernette mitów.
Kompanijka była małą, lecz bardzo wesoła. Teoretycznie dowodziła w niej Pani Szlachetna, ale była jeszcze zbyt młoda, głupia i lekkomyślna, wobec czego, wszystkim zajmowała się szara eminencja – S'arn (wymawiane Szarn bo tak ponoć brzmiało lepiej), czasem przez towarzyszy zgryźliwie nazywana Sarną. Młoda, nigdy nie rozstająca się z pancerzem pani kapitan oddziału była, rzez można, mózgiem operacji i odpowiadała za wszystko. Jeśli wziąć pod uwagę aspekty czysto militarne, była sztandarowym i dowódcą naraz. W gwardii znalazła się z ostatniej woli swojego umierającego ojca. Chciał on, aby oddała się pod rozkazy Maura, lecz ten skierował ją do ochrony swojej specyficznej córeczki. Wola ojca wolą najwyższą, a w szczególności, kiedy jest ostateczna.
Zaraz pod nią w hierarchii stały dwa potężne krasnoludy, Byli tutaj mięśniami i barierą nie do przebycia, bo cokolwiek zbliżyło się do nich, kiedy byli wściekli (a czasem się zdarzało, jak ktoś im wypił ich piwo), błyskawicznie zamieniało się w papkę do popasu świń. Pierwszym z nich był Gorutheim Friann Gronmar Amdrigar, znany jako Gorut. Trafił tu w wyniku bardzo korzystnego interesu – posłuży rok, a na własność dostanie ‘letnią posiadłość’ Maurów, mieszczącą się w Górach Środka Świata, o powierzchni, jakiej jeszcze na oczy swoje nie widział, prywatnym browarze i czterech wsiach folwarcznych. Maurowie byli niesamowicie bogaci, toteż, kiedy przypadkiem ujrzeli w mieście Goruta, od razu mu to zaproponowali. Traubor trafił do drużyny na dość podobnych warunkach.
Dwóch pozostałych ludzi to bracia panny Maur – Gregor i Bern, którzy z dość oczywistych powodów znaleźli się u jej boku. Bliźniacy, wysocy, zdrowi, o kamiennych rysach twarzy i jasnych włosach. Porządni mężczyźni, którym nie można było zbyt wiele zarzucić. Wyglądali jak swoje odbicia lustrzane i ani trochę nie przypominali swojej siostry. Niektórzy nawet wysnuli na ten temat skomplikowane historie i teorie spiskowe. Ostatnim był Jor, nazywał się Kifta i dość mało było wiadomo o nim samym. Ważne tylko, że mało, a w zasadzie to wcale gębą nie mielił, nie spijał cudzego piwa i robił co mu Bernette kazała. Ktoś kiedyś słyszał, że to niewolnik, ktoś powiedział, że też dostanie wieś, ale on sam tego nie potwierdził, bo chyba nawet nie mówił Imperialnym, ale tego to też nikt nie wie. Podejrzany element, zwłaszcza, że cały czas pojawia się i znika… albo znika i pojawia się, aby znowu gdzieś zniknąć.
Drużyna podróżowała wozem, sypiała a to w domach, a to w lasach, jadała czasem gorzej, a czasem lepiej. Podróż przebiegała bardzo monotonnie, bo był to ruch z punktu A, gdzie miał znajdować się skarbiec/ krypta/ leże smoka, lecz było to totalną bzdurą, do miejsca B, gdzie ‘absolutnie na pewno’ i ‘bez wątpienia’ znajdował się upragniony element wieńczący podróż stosem skarbów. Tylko wieczory były warte uwagi, bo wtedy mogli się rozerwać.
Całość była, naturalnie, zuniformizowana. Nosili się w barwach szlachetnej czerwieni, wszyscy, poza tym podejrzanym jorem, byli wyekwipowani w wybrane przez siebie pancerze, których tworzywo było barwione na delikatną czerwień, posiadali też wybraną przez siebie broń – najwyższej jakości miecze, topory, łuki. Do wyboru, do koloru, pan Maur był szczodry, więc jedynie na tym się nie skończyło. Każda z osób miała poza główna bronią, kosztowną tarczę wybranego typu i rozmiaru, hełm pasujący wzorem do pancerza (oraz całej reszty ekwipunku – istne arcydzieło sztuki kowalskiej), zapasowy nóż, pasek na mikstury załadowany trzema ciekawymi fiolkami zawierającymi barwne ciecze, wyjątkowo lekkie, ale nader wytrzymałe plecaki pełne mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów.
Wszystkie przedmioty, które nie były im niezbędne w ewentualnej walce (o ile jakąkolwiek poza karczmą kiedyś jeszcze odbędą) jechały na wozie, ciągniętym przez cztery wielkie konie. Wóz był wygodny, zadaszany, załadowany wszelakimi sprzętami – linami, namiotami, sieciami, słowem – wszystkim. Dzięki niemu mogli się odnaleźć w każdej sytuacji.
Obecnie znajdowali się w karczmie „Ranny Kogut”, nad której wejściem wisiał szyld ze zdekapitowanym kurem. Zajmowali długi stół, na którego szczycie siedziała, rzecz jasna, Pani, wertująca swoje ulubione lektury, mapki i notatki w towarzystwie kufla wielkości krasnoludzkiego łba. Piła z niego bardzo zabawnie, trzymając go oburącz. Na drugim końcu stołu siedział Kifta, lecz niewiele swoim szczurzym pyszczkiem wystawał nad blat. Po prawicy, ma się rozumieć, była S’arn, doradzając panience co rusz i nie dopuszczając żadnego amatora młodocianych dziewcząt bliżej niż na dziesięć kroków. Raz już się zdarzyło, aby ktoś uprawiał natrętne gody w stronę Bernette, ale kilka minut później wylądował w śmietniku za karczma z gigantycznym guzem na czole. Tak więc i teraz strzegła jej w typowy dla siebie, fanatyczny sposób, spoglądając co rusz w stronę wielkiego, opartego w rogu, pięknego, haftowanego sztandaru, który był wart mniej-więcej tyle, co dobrej klasy koń. Po lewej siedział Bern z Gregorem robią- jakieś głupoty i śmiejąc się w niebogłosy. Kawałek dalej, niedaleko Kifty, naprzeciwko siebie siedziały krasnoludy oddając się rozkosznemu aktowi wlewania w siebie piwa na cudzy koszt. Tak, panienka miała ze sobą wystarczająco dużo pieniędzy, aby móc sponsorować wyprawę… przez rok.
-Dobra, nieroby jedne! Jest robota!
Bernette wstała najpierw na krzesło, a potem na stół. To oznaczało tylko jedno – miała kolejny ‘błyskotliwy’ pomysł na ‘skuteczną’ wyprawę i pewnie cośtam jeszcze, ale malo kto jej słuchał, i tak nic z tego nie wychodziło… zazwyczaj. Chyba raz trafili na jakieś cmentarzysko, ale było cztery razy mniejsze niż w księgach i nie miało podziemi, więc i skarbów, które się tam miały mieścić, nie posiadało.
-Słuchać, do jasnej cholery!
W tym momencie Bern i Gregor dostali po łbach, tak profilaktycznie i sygnalizacyjnie, aby się wreszcie pozamykali i chociaż stwarzali pozory, iż słuchają siostry.
-Wyczytałam, że… – tak, jak zawsze, skąd my to znamy? – w lesie pół dnia drogi stąd znajduje się pewne magiczne drzewo, ruszamy o świcie! -Ruszyć, to ja mogę na ciebie, maleńka!
O nie… Zaraz się zacznie. Bernette łatwo daje się prowokować, szczególnie napalonym facetom. Bardzo mała, ale jaja to ma do samej ziemi. Nawet troszkę większe, bo co najmniej cztery dodatkowe pary, z jorem to niewiadomo, różne informacje o nich krążą.
-Spierdalaj, pierdku!
O właśnie. Szybki wybór –czy ściągnąć małą na krzesło i zatkać tę jazgotliwą gębę kuflem, czy może potańcować z miejscowymi i pokazać im kto tu rządzi?
-Siadaj na dupie, mała, bo znowu będzie burda!
Jej bracia, bo w sumie byli jedna osobą o dwóch postaciach, byli już z nią obyci, wiedzieli jak na to reagować. Ojciec wysłał ich przecież, żeby jej upilnowali, ale mimo tego, pozwalali jej czasem na wybryki lub inne szaleństwa.
// ---
Oficer oddziału Krótki opis: Funkcja wojskowa pozwalająca sprawniej wydawać rozkazy podkomendnym.
Specjalne: Wszystkie umiejętności Oficera oddziału działają maksymalnie na 45 podkomendnych.
Korzyści: Siła przebicia: Oficer został nauczony aby wydawać rozkazy tak, aby rozkaz był znakomicie słyszany nawet w samym środku bitwy. Każdy podkomendny otrzymuję w ten sposób modyfikator: okolicznościowy w formie premii +10 do testów nasłuchiwania swojego dowódcy, gdy ten wydaje mu rozkaz w różnorakiej formie.
Siła charakteru: Nie ma żadnego ale! W przypadku, gdy podkomendny świadomie sprzeciwia się wykonaniu rozkazu swojego Oficera nie będącym skazaniem na pewną śmierć, przeprowadza się test sporny charyzmy obu postaci. Dodatkowo opierający otrzymuje karę (modyfikator: morale) -5 do tego testu. Test może być przeprowadzany wielokrotnie.
Morale: Dobrze jest wiedzieć co należy robić. Każdy podkomendny otrzymuję modyfikator: morale w formie premii +2 do wszystkich testów, które prowadzą do wypełnienia, bądź wypełniania rozkazu Oficera.
// ---
/Ekwipunek postaci ulega zmianie!
/-Dowolny pancerz, tarcza, broń ciężka/średnia, broń lekka, broń dystansowa - wszystko jakości dobrej.
/-Pas na mikstury z: 3x Ziołowa Nalewka Lecznicza(przyspiesza regenerację punktów życia o połowę na określony czas)
/-Średni plecak
/-Zawartość średniego plecaka - tzw. 'podręczny zestaw podręcznych rzeczy', zawierajacy różne przedmioty. Szansa na 'znalezienie' w nim porządanego prezdmiotu zalezy od rzadkości występowania.
//Zgłoście się do mnie ze spisem nowego eq
_________________
Ostatnio zmieniony przez Idrin 2010-04-11, 14:35, w całości zmieniany 11 razy
Jeśli to miały być wakacje jubileuszowe z okazji dobicia drugiego roku służby - gwardziści S'arn nie mylili się w żadnym obiecanym słowie.
Grubiej być nie mogło.
Salwy śmiechu i radości, ogólna gorzelnia. Wycieczki krajoznawcze jak wynikało z pozytywne naprocentowanej atmosfery najbliższych przyjaciół w oddziale, gdy zapowiadano jej taki wypad. Kilku, kilkunastodniwy wyjazd poza garnizon. Długość zależna od burzliwego kaprysu pani Bernette. Epickie przygody, skarby, potwory, smoki. Historia świata miała zapisać się od nowa.
I tak też było. Nic mylnego. Wszystkie atrakcje zapewniała pani minister do spraw melanżu Bernette Griedgett. Mały wrzeszczący chochlik, który pchał się wszędzie. Jej mała postura i głosik od początku wyprawy stawały się coraz bardziej zabawne i komiczne. Wyzwoliciel świata właśnie stanął na stole. S'arn zawsze patrzyła się na nią ze szczerym uśmiechem. Cóż... Kto by się nie uśmiechnął na widok walecznego dziecka wymachującego szpadelkom w powietrzu i rzucającego co rusz jakiś przekleństwem. Choć w swoim oddziale przekleństwo było nie do przyjęcia w jej ustach brzmiały dość zabawnie i pozytywnie. S'arn była w nieco innej sytuacji, bowiem większość srogich obelg i pretensji nie było skierowanych bezpośrednio do niej, więc również podśmiewała się ze wszystkimi 'niewinnymi' z czarnego kozła na którego pani Bernette natrafiła. Obecnie większość nich była skierowana do dr...
O losie! Toż to drużyna marzeń! Aktualna obstawa była najwidoczniej kolejnym dowcipem któregoś z oddziału.
Patrząc po kolei na każdego z fantastycznej piątki pani oficer zapijała łyczkiem wina.
Krasnoludy, Jorowie. Litości! Ułamek odmienności rasowej całej armii właśnie znajdował się przy tych stolikach. Ktoś albo ich nie lubił, że skazał ich na udrękę z panią Bernette, albo ich wrobiono w dość paskudny sposób. I jeszcze na dokładkę człowiek od dwóch ciałach. Apokalipsa!
Bądź, co bądź z taką śmietanką jeszcze nie było ani chwili nudy. Bo właśnie teraz zapadła decyzja o planie na kolejny dzień, kolejne atrakcje, kolejne legendy o czymś, co się nigdy nie wydarzyło.
Pani oficer siedziała głęboko w krzesełku będąc podpierana przez płyty pancerza. Była jak zawsze pozytywnie nastawiona i wchłaniała komiczne sceny kolejnego już dnia podróży, którą owieje wiele legend, gdy ta się zakończy. Lecz niestety, niesforna i niezdyscyplinowana drużynka zaczęła gubić się w tym, co mówi. Oficer musiał zareagować na czyn tak haniebny, jak zniewagę swojego szefa.
- ZAMKNĄĆ SIĘ! - wypaliła ostro, by jej słowa doszły do każdego - To, że nie wiecie do kogo się zwracanie nie zwalnia was z dyscypliny! - dopowiedziała wysokim tonem. Licząc na skupionej na sobie uwadze słuchaczy kontynuowała już bez unoszenia głosu aż tak bardzo - Co to ma znaczyć? - wyczekała chwilę, aby pytanie nie oczekujące na odpowiedź wybrzmiało odpowiedni długo - WY! - zwróciła się do braci pani Bernette - Was się to tyczy tak samo jak do reszty!
I cały misterny plan poszedł w pierdut. Zadowolenie i uśmiech z twarzy pani oficer znikło nagle. Pojawiła się mina dowódcy, który karci niesfornych podkomendnych. Podarowała już mowę dyscyplinarną. To nie jest jej oddział. Zaprzestała mowy mając nadzieje, że tyle wystarczy, aby uciszyć pokręcony język wesołej grupki.
Wiek: 33 Dołączył: 30 Mar 2008 Posty: 74 Skąd: Zewsząt
Wysłany: 2010-04-10, 15:04
Siedział wraz z pobratymcem pijąc piwo i dyskretnie rozglądając się wokół.
- Ta mała picza znowu coś odjebie...
Mruknął i pociągnął łyk z kufla.
Uwielbiał pakować się w awantury. To było jego całe życie. Wieczne potyczki, rzucanie kuflami, rozbijanie krzeseł na łbach... kochał to. Uważał, że dzień bez bijatyki jest dniem straconym. Miał nadzieję, że dzisiaj również będzie mógł pobawić się z kilkoma pijanymi w trupa śmieciami.
Położył dłoń na toporze aby w razie czego szybko móc stanąć do walki. Uwielbiał swój topór... chyba będzie musiał w wolnej chwili nadać mu jakąś nazwę... to jego jedyny prawdziwy przyjaciel. Tyle istnień razem zakończyli, tyle pieniędzy razem wyłudzili... to były piękne czasy.
- Ta suka... czy tam sarna... nieważne jak jej tam było. W każdym razie całkiem niezła dupcia... I ma cięty język...
Mruknął nie wiedzieć czy do siebie czy też do Goruta. Gdy jego spojrzenie padło na krasnoluda uśmiechnął się pod wąsem. Całe szczęście, że miał choć jednego normalnego kamrata... Jeden normalny krasnolud, oprócz tego dwie suki, dwóch pedałów i szczur...
Jego spojrzenie spadło na jora siedzącego na końcu stołu, naprzeciw Pani Bernette- Pokurcz- Griedgett.
- Wkurwia mnie ten zapchlony szczur... Jak on mnie wkurwia...
Traubor nienawidził jorów prawie tak samo jak elfów, ortodoksyjnych paladynów, jorów, ciepłego piwa, wampirów, jorów, dworów, mokrego fajkowego ziela, jorów, tępych toporów, i tej piczki Bernette Briedgett. Doszedł do tej posranej kompanii tylko dlatego, że obiecano mu pokaźną sumkę. Poza tym lubi patroszyć wszystko co mu się nawinie.
Spojrzał na dwóch blondynów siedzących obok Bernette. "Ci to na pewno pedały" Pomyślał po czym dodał nieco głośniej.
- Ej fujary, siedzimy czy może wykopiemy tego śmiecia? Wypadałoby kości trochę rozruszać.
-A niech się dojebuje kamracie, niech się dojebuje. Najwyżej, kurważ jego mać, pójdziemy tam, zobaczymy, że to kolejna bujda i wrócimy. A jak wrócimy, znowu będzie uczta, alkohol i zabawa!-
Nie dołączyłby do tej kampanii, gdyby nie krasnolud, który właśnie siedział przed nim. Bratnia dusza, z którą miło się pije, walczy, i wszystkie inne słowa, które mają jakikolwiek związek z muzyką, alkoholem i żarciem.
-Niezła dupcia? Niezła dupcia to by była, gdyby była okrąglejsza tu i tam!-
Fanatycznie oddany temu, co wyszło spod krasnoludzkich rąk, bądź z krasnoludzkiego łona. Co prawda wszystkie kobiety, które były ponętne, mu się podobały. Ale te krasnoludzkie były najpiękniejsze. Nie zważał na opinię innych.
Tak samo w tym wypadku. Oficerka krzyczała. Ale ona była tylko kobietą... poza tym oni sobie tylko siedzieli i sączyli trunek, toteż nie zamierzał się z tego spowiadać, bądź poprawiać swoje zachowanie. Przecież był bardzo grzeczny...
Kufel znalazł się w ręce, po czym opróżnił się w znacznym stopniu. Wszystko przelało się do gardła Goruta. Nawet, jeżeli uronił kropelkę, to szybko zlizał ją ze swojej brody, policzka.
-A ja już się zdążyłem przyzwyczaić. W dupie to mam, kurważ jego mać, czy to zapchlony kundel czy elf jakiś. Po prostu na ręce trzeba mu patrzeć i tyle. Póki się nie dosiada i nie udaje przyjaciela - wszystko jest w najlepszym porządku.-
Na bieżąco komentował to, co mówił jego towarzysz.
-Siedzimy i chlejemy! W końcu mamy jeszcze na to czas. Jutro zajmiemy się obowiązkami. Takie jest moje zdanie!-
W końcu zabawa jeszcze trwała. Nie miał zamiaru jej marnować na jakieś zamartwianie się dniem jutrzejszym. Dzisiaj alkohol krąży w jego żyłach, zaś ciepło i przytulność otacza go zewsząd. Było miło... jutro na pewno tak nie będzie. Ale to będzie dopiero w przyszłości, to i nie ma co się zamartwiać na próżno. Bawił się i nie zamierzał tego przerywać.
-Bawmy się, póki czas! Wszystko na koszt zacnej Bernety Griedgett! Kobiety o złotym sercu i jeszcze bardziej złoty mieszku! Jej zdrowie!-
To wszystko było na pokaz. Coby obietnicy dotrzymała i dała mu to, o czym mówiła. Mimo wszystko podniósł kufel, dając sobie tym samym kolejną okazję, do wypicia tego trunku.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Mała wyglądała trochę jak zwariowana mysz-muszkieter. Stała na stole, gadała, wymachiwała książką, pokazywała swoim gwardzistom mapę, z której nikt absolutnie nie rozumiał więcej niż to, że przedstawia, cokolwiek. Do tego była energiczna jak mała mysz i co rusz podnosiła głos. Bardzo sympatycznie, gdyby nie jej skłonność do zaczepek. Rzuciła w chamskiego osobnika kawałkiem kości ze swojego talerza trafiając go prosto w twarz, rozbawiając wszystkich tam zgromadzonych, poza celem, oczywiście. Aakurat wtedy S'arn kazała się wszystkim zamknąć. Z początku było to trudne, ale jej donośny, nie-do-końca kobiecy głos przebił się przez rechot i suma summarum, zamknęli się wszyscy, pobudzeni goście również. Tylko Traubor mamrotał coś pod nosem i gładził swoje toporzysko, taka jego natura. Bracia rzucili okiem na rozwrzeszczaną siostrę oraz panią oficer. Przez chwilę milczeli, po czym spojrzeli po sobie i wybuchli śmiechem. Oni jedni rozumieli swoje żarty, a były bardzo głupie. Bo czy ktoś wie, co jest zabawnego przy drewnianych kołkach w serce? To, że działają nie tylko na wampiry. Zaiste, wielce zabawne, a takich niezrozumiałych krotochwil znali tuziny. Chwile późnie dostali znowu po łbach opasłym „Przewodnikiem…” i już uciszyli się na dobre. Jor łypał posępnie spode łba na wszystkich przy stole i tych poza nim. Gębę miało to-to zakazaną, aż patrzyć było szkoda, bo i oczy może swoim wyglądem urazic. Cały czas się wiercił i w pewnym momencie dopił zawartość swojego kubka i bezceremonialnie wyszedł na zewnątrz. Całkiem to typowe dla niego, a na złe nikomu to nie wyjdzie, bo brzydki on jak pierwsza kupa kruczoczarnego źrebaka i w ogóle nie mówi. Tak czy inaczej wróci, jak będzie go potrzeba, i zrobi to tym swoim śmiesznym szczurzym krokiem.
Obrzucony mięsną kostką warchoł zdecydował się na wyegzekwowanie znanego tylko sobie prawa, odzyskanie honoru i godności, a sposób dokonania tego wybrał bezpośredni, przy pomocy dwóch rosłych kolegów. Dryblasy były kanonowymi przedstawicielami wieśniactwa. Nieogoleni, śmierdzący tygodniową gorzałą, brudni i nie umyci. Wszyscy trzej wzrostu nieco ponad przeciętnego, o lekko śniadym odcieniu i swojskich, szerokich szczękach. Poubierani w bure, poplamione szmaty i rozklapane łapcie. Z jednego pośród sześciu wystawał delikatnie kawałek słomy.
-Eee…
Z początku nisko, później wysoko, intonacja zawołania jak w wykonaniu zawodowego mówcy. Wbrew pozorom w tym dźwięku kryło się więcej treści niż w niejednym carskim dekrecie. Arcydzieło wioskowej sztuki zaczepki, dopieszczane latami przez praktykę i lekcje u mistrzów, wreszcie miało okazje urodzić okazałe dziecko. Pod maską skromnej wypowiedzi krył się wybuchający lawą treści, wulkan emocji. W tłumaczeniu na język standardowy, jakim posługiwali się adresaci wiejskiej zaczepki brzmiało to nie inaczej jak „Pozabijam, kurwa!”. Wszyscy w gwardii oczywiście znali już ten numer na wylot, nie raz spotkali się z takim czy innym zawadiaką.
-No EEE!
Tym razem było to prostsze w interpretacji. Delikwent najzwyczajniej w świecie chciał zwrócić na siebie uwagę wszystkich, prócz Bernette, która gotowała się do kolejnego rzutu mięsem, oraz Traubora, któremu tylko tle wystarczyło, żeby zacząć burde. Maurównie, szczerze powiedziawszy, wystarczyło jeszcze mniej, ale nie była blisko półtora kwintalowym krasnoludem, a wątłym dzieckiem. Zabierała się do bitki tylko i wyłącznie wtedy, kiedy gwardziści byli w najbliższej okolicy lub gotowi na zawołanie. Mniej więcej za to im płaciła.
Panom się udało, dziewczyna zwróciła na nich uwagę, lecz chyba nie tak, jakby tego pragnęli. Podeszła na skraj stołu i nachyliła się przez swoich braci do stojącego na przedzie. Jej twarz znajdowała się na odległość długości palca od twarzy adresata jej kolejnych słów. Była bardziej niż bardzo bezczelna i naprawdę lubiła w ten sposób prowokować.
-Co, fiutki? Zachciało się, ta? Za wysokie progi, na wasze wieśniackie nogi!
Burda gwarantowana, na litość bogów! Czy ona kiedyś przestanie? Albo ktoś zaraz ją uspokoi i przeprosi wszystkich za skandaliczny wyczyn panienki, albo znowu trzeba będzie obić kilka gęb, poprzewracać stoły, połamać krzesła i potłuc kufle. Gdyby o szalonej gwardii przybocznej Bernette słyszał jakikolwiek karczmarz, szynkarz, oberżysta czy gospodarz, to kazałby sporządzić najlepszemu portreciście w okolicy podobizny jej członków, wywiesiłby je przy drzwiach wejściowych do swojego lokalu z dopiskiem „Tych klientów nie obsługujemy”. Byli postrachem każdego właściciela, prawie zawsze, gdy tylko zdarzyła się okazja, bili się po mordach. Z tego właśnie powodu, S’arn czasem umyślnie planowała podróż tak, aby nocowali w lesie. Tylko to było gwarantem spokoju, bo między sobą się nie kłócili, jedzenia i alkoholu było pod dostatkiem, a jak szczura się wypchnęło do pilnowania okolicy, to wszyscy mogli smacznie i spokojnie spać. Niestety nie tym razem. Musili napełnić bukłaki i dokupić zapasów, więc siłą rzeczy zatrzymali się na noc w gospodzie. Błąd. Wielki. Kolejne miejsce, gdzie nie będą mile widziani. Za jakiś czas trzeba będzie wyjechać poza Civitas, bo nie będzie już gdzie odpocząć. Plotki i tak już pewnie o nich krążą.
-Trzymaj mnie, Urka, bo mała zaraz dostanie w ryło za te pyskówki! Gdzie ta gówniara ma swoje maniery? Kto tu za nią odpowiada? Gdzie jej matka?
Tak, mało kto byłby w stanie na poważnie przyjąć to, iż to dziecko jest tutaj najważniejszym elementem oraz to, iż S’arn to nie jej matka. W absencję ojca wierzyli trochę łatwiej, bo ani młodzieńcy, ani krasnoludy a tym bardziej szczurołak nie nadawali się na to stanowisko, bo albo za młodzi, albo za grubi albo mocno za brzydcy,
Patrząc na scenkę bracie uczynili rutynowy gest załamania.
Rzucił spojrzeniem w stronę Traubor'a.
-Nawet, kurważ jego mać, spokojnie napić się nie można... przeklęta Bernett...-
Pochwycił kufel i szybkim ruchem ręki przystawił go sobie do ust. Pił "na hejnał", byleby skończyć jego zawartość. Gdy tak się już stało, energicznym ruchem ręki uderzył nim o stół. Ot tak, żeby zwrócić na siebie uwagę wszystkich obecnych.
Sekundę po tym stał już na nogach, skierowany ciałem do tych, co się awanturują. Co prawda nie sądził, aby to było z ich winy. Po prostu ta mała smarkula ich sprowokowała. No, ale jak to mówią: sprawiedliwość leży po stronie tych, co mają plecy.
-Zamknąć te jebane ryje!-
Krzyknął co sił. Kransoludzki głos był donośny - nie można temu zaprzeczyć. Chciał ich zastraszyć, bądź słownie sponiewierać. Skutek miał być jeden - uspokoić sytuacje, a jak nie, to przystąpić do rękoczynu. Bowiem nie zamierzał siedzieć i kłócić się tutaj z nimi "do usranej śmierci". Uderzy jednego, drugiego, skończy się. Przywykł już do takiego rozwiązywania trudnych sporów.
-Jeżeli któryś piśnie choć słowo, obiecuję, jakom tu stoję, że wpierdolę mu tak, że do rodzonej matki wracać nie będzie musiał, bo i tak syna w nim nie rozpozna!-
Dość złożone zdanie, ale dość często używane w jego rodzimych stronach. To i z łatwością przyszło mu wypowiedzenie tej formułki nawet w języku imperialnym.
Co prawda zaciągał niektóre słowa i nadawał przeponowego brzmienia niektórym sylabom, ale w gruncie rzeczy większość go rozumiała. Niezmiennie był to dość dziwny akcent.
Jednak teraz patrzył się na nich swoją, lekko udawaną, twardą twarzą. W istocie jednak nie był jakoś szczególnie poirytowany. On już wpadał w rutynę. Bić tych, co to tej małej poczwarze się sprzeciwiają. Po to go zatrudniono i zamierzał się z tego obowiązku wywiązywać. W imię wyższych celów, jakimi niewątpliwie były dobra obiecane przez Ludwiga Maura VI.
Ciekaw jestem, czy ta gówniara kiedyś wydorośleję... bo nie wiem w jakim będę stanie po tym roku służby. A nuż otrzymam weksle na posiadłość i zabiję tą smarkulę.. to się jeszcze przemyśli.
Nie wiedział, czy dowódca, płci pięknej, będzie miał jakieś zastrzeżenia do jego postępowania. A nuż dostanie reprymendę... jakby to powiedział Gorut - jebać.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Wiek: 33 Dołączył: 30 Mar 2008 Posty: 74 Skąd: Zewsząt
Wysłany: 2010-04-11, 14:17
Uradował się na reakcję pobratymca. Gdy ten szybko wychylił swój trunek, Traubor również to zrobił.
-Będzie burda!
Powiedział uradowany śmiejąc się od ucha do ucha. Postawił kielich i podszedł do Goruta nie trudząc się obchodzeniem stołu. Wszedł na niego i zszedł tuż obok towarzysza.
W dłoni dzierżył swój topór, patrzył na wieśniaków świecącymi oczyma. Co prawda wypił już trochę tego wieczora ale jeszcze trzymał się pewnie na nogach. To nie było krasnoludzkie piwo i jego głowa była odporna na tak słabe trunki. Stanął pewnie obok druha i schował za pas topór po czym wziął do ręki opróżniony przez Gorut'a kufel.
-No chodźcie leszcze... czas obić kilka ryjów!
Powiedział śmiejąc się. Czekał tylko na taką sytuację... miał tylko nadzieję, że ta piczka w zbroi im nie zabroni się zabawić. Jak znowu będzie coś pierdolić o tym, że mają się uspokoić, odejść czy cokolwiek nie wiążącego się z bijatyką to chyba ten kufel wyląduje na jej malutkim łbie...
"Dzień jak co dzień" Pomyślała rutynowo zażenowana.
W czasie, gdy potulniejszy krasnolud zwracał uwagę na siebie S'arn wsunęła sprawnie płytowe rękawice na ręce. Ze zmieszaniem przechyliła się i wstała jakby z trudem zmęczenia.
Czemuż ci wszyscy burdziarze tyle żrą?! A może by tak... Wypędzić ich w las. Daleko, daleko. Niech wpieprzają korzonki! Byłby spokój! Jeno tylko pani Bernette by mogła otrzymywać to, co chce.
Co za ludzie... Co za drużyna... Co za burdel...
- Jeszcze jakiś problem? - Rzuciła po chwili, gdy pierwszy krasnolud skończył mówić.
Przed tym zajęła pozycje flanki wieśniaków w odległości kroku. Wolała przyjąć strategię okrążenia i rozbicia ich chłopskiej formacji oby tylko nie burali się więcej.
"Będzie burda" Powtarzała w głowie przepowiednię najbardziej napinającego krasnoluda tej wyprawy.
Napuszyła się nieznacznie, aby wyeksponować pancerz: "Ja mam zbroję, a wy brudne szmaty". Dodatkowo też ułożyła nadgarstek na głownicy swojego półtoraka przypiętego w pasie.
Chciała próbować wszystkiego, aby tylko zmusić wieśniaków do odwrotu.
"Będzie burda" Powtarzała zrezygnowana. "Będzie burda" i nici ze spokojnego uzupełnienia zapasów.
Co z tego, że S’arn, Traubor i Gorut byli odziani w wielkie, ciężkie zbroje? Co że to ozbacza, kiedy stali się niemobilni ? Nie byliby w stanie ani biegać, ani szybko się ruszać. Byli całkowicie skazani na siłę perswazji, bo po całym dniu na trakcie, bitka miast odpoczynku jest naprawdę złym rozwiązaniem. Ale kimże by byli, gdyby nie potrafili rozpędzić warcholstwa groźnym widokiem? Nikim! A wszakże należeli do najpierwiejszej gwardii przybocznej samej Bernette auf der Maur! Szlacheckiej krwi białogłowy, której przygody niestraszne! Dzielna kompanija dzielnie się sprawuje! Trzy naprawdę poważne argumenty sprawiły, że panowie odrobinę się zniechęcili. Surowe słowa krytyki wycelowane w napastników odniosły godziwy sukces. Niestety złudną i na bardzo krótki moment. Jeden z mężczyzn nawet zechciał powrócić okryty hańbą do swojego stołu i w milczeniu oraz zadumie skonsumować resztę kolacji, lecz stojący na czele peletonu mąciwoda chwycił go za kołnierz gestem stricte niedwuznacznym. Scena była przepiękna. Głosy, które jeszcze przed mrugnięciem oka wypełniały salę, zamarły. Wszyscy stali bywalcy tej tawerny doskonale wiedzieli co teraz się wydarzy. Znali ten scenariusz na wylot i jego brutalności doświadczyli już wiele razy. Największy paliwoda i rozrabiaka w całej wsi. Taki, o którym słyszało nawet sąsiednie miasto, a pociotek doniósł wieści o nim na drugi koniec hrabstwa. To nie był byle kto i trzeba było się z nim liczyć jak z rozwścieczonym smokiem. Atmosfera była napięta niczym cięciwa łuku myśliwego, a fale pomykające między Bernette a wieśniakiem były wręcz fizycznie wyczuwalne. Ciężki całun milczenia okrywał pomieszczenie. Tchórzliwy owad pobrzękiwał głośno swoimi skrzydełkami ratując się ucieczką przed tym, co zaraz się stanie. Ktoś wyjątkowo odważny i jednakowoż nieuchwytny powiedział w zadumie:
-Tylko nie to…
Ktoś inny uciszył go lekkim gestem i nawet roześmiani na ogół bracia milczeli odsunąwszy się od swojej siostry. Osobnik stojący twarzą w twarz z Bernette otworzył usta i wciągnął odrobinę powietrza sprzed jej oblicza wdychając mimowolnie woń jej mazideł i chmurek zapachowcyh. Powiedział:
-Pies ci mordę lizał.
Stało się! Wystraszyli się! Półgłówki wiejskie! Impertynenci jedni! Lenie! Nikt z Gwardii nie musiał zrobić niczego więcej niż wstać, żeby zdusić w nich rządzę zemsty, tacy byli źli i trwożni! Poza legendą pogromców tawern i karczm zapamięta się ich jako niezłomnych mistrzów perswazji słownej i zastraszania. Wieśniak się odwrócił dają im za wygraną, a gdy tylko to zrobił wszyscy z zebranych wokół Bernette odetchnęli z wielką ulgą i satysfakcją. Nic tak nie poprawia dnia, jak zrobienie psychicznej miazgi z jakiegoś chojraka. Wygrali! Pięknie! Wcale nie!
Wieśniak odwrócił się z zamachem i przyłożył tryumfującej dziewczynce prosto w brzuch zrzucając ją ze stołu w stronę ściany! Dwaj jego pozostali towarzysze zaczęli dusić siedzących na podorędziu braci i systematycznie uderzali ich głowami o blat stołu, przy którym siedzieli. W karczmie zawrzało z radości! Bujki nie widzieli długo! Stoły poszły w ruch, a przyjaciel przyjacielowi rozbił kufel piwa na głowie. Poszkodowany nie pozostał mu dłużny i przyrżnął mu talerzem zajęczej potrawki w pustą łepetynę! Talerze zaczęły wirować w powietrzu! Wszędzie było słychać brzdęk rozbijanych naczyń, chrzęst rozkwaszanych nosów! Pijanice poszli w pięściowo-kopniakowe tango z niemałym użyciem rekwizytów pomocniczych!
Gwardia była ugotowana. Walka w pełnych pancerza może i nie należała do takich, w których grożą im jakiekolwiek rany, ale i z pewnością sami nie obiją zbyt wielu parszywych gęb.
_________________
Ostatnio zmieniony przez J 2010-04-12, 23:00, w całości zmieniany 1 raz
Wyczekiwała w takim samym napięciu jak wszyscy zgromadzeni w karczmie. Przebierając delikatnie płytowymi palcami miała nadzieję, że napięcie ujdzie mimowolnie. Że wszyscy rozejdą się, usiądą. Że wycieczka wypocznie odrobinę, uzupełni zapasy, przenocuje w przybytku a o świcie wyruszy na długi bez-karczmowy spacer.
Naciągała groźnie mięśnie. Ale cóż to? Nikt nie zwraca na nią uwagi... Nosz! Z tego powodu pani oficer położyła metalową dłoń do rękojeści miecza. Powoli wysuwała go uważnie obserwując awanturnika.
W momencie, gdy jego kolega rezygnował odwróciła kierunek poruszania się miecza w pochwie. O jak dobrze... Odpuszczają.
Nosz! Co z nimi jest?!
S'arn ponownie zaczęła wysuwać miecz, do tego również położyła drugą rękę, aby przytrzymywać miejsce wyłaniania się miecza.
"Co za parszywe świnie!" Obiło się w jej głowie, gdy największy kozak wyraził się w sposób karygodny do pani Bernette.
- Zła odpowiedź - Odburknęła stanowczo i groźnie.
I zaczęło się! Pani oficer wysunęła miecz do połowy mając zamiar ukarać niehańbienie Griedgett.
DO CHOLERY JASNEJ! Znowu się zawrócili... S'arn odpuściła. Schowała miecz. Rozluźniła się. Emocje opadły. Wygrali. W końcu będzie można usiąść i dopić resztkę wina bez zbędnego wysiłku. Pani Bernette czując wygraną przestanie być powodem dla zamieszek. Wszyscy będą szczęśliwi i będzie można położyć się spać.
Nic mylnego. Przez następne sekundy Griedgett przefrunęła spory kawałek zatrzymując się gdzieś, jakoś, o coś. Spowodowało to przerażanie w oczach jej protektorki. Stała jak wryta w połowie tego, co chciała zrobić. Zastygła i z niedowierzaniem gapiła się na to, co sporządzili panience. Ocknęła się dopiero gdy jej bracia dostali parę razy blatem w głowę.
S'arn była wstrząśnięta tym, co się stało. W ilu karczmach byli tak w żadnej nikt nie zdołał dosięgnąć pani Bernette. Zawsze przynajmniej ona sama wchodziła w drogę awanturnikowi. Teraz nie zdołała. Zamarła z tego, co zobaczyła i również z konsekwencji jakie może za to ponieść. Sama nie wiedziała co było gorsze. Miała tylko nadzieję, że pani Bernette nie złamano w pół, czy przypadkiem nie zraniono śmiertelnie. Była bardzo wątłą osóbką.
W chwili odzyskania kontroli nad myślami dobyła jak najszybciej miecza. A jak! Nie będzie się z tymi łachudrami cackać! Przecież nikt nie powie jej "Ej maleńka... Ale nie mieeeczem..." poprzedzając to hasłem "BBBUUURRRDDDAAA STOOOP!". Miała miecz. Miała przewagę. Wiedziała tylko, że nie może zabić - przynajmniej pierwszym uderzeniem. Podrzuciła półtoraka w powietrzu na tyle, aby złapać go gotowego do uderzenia płaską stroną ostrza. Złapała go dwoma rękoma mając nadzieję, że pomoże jej to w celowaniu w górne części ciała dryblasa, który z pewnością będzie powodem jej problemów. Przyjęła odpowiednią pozycję podchodząc go od tyłu. Teraz się nie oprze.
"Żryyjjj!" Wypaliła w myślach zaznaczając to krzykiem agresji ataku.
[Atak ogłuszający]
[Nawet w pomyślnych lotach hit ogłuszający z półtoraka nie zabije średniego wieśniaka ;p]
[Jak nie ogarnie, że S'arn go atakuje następuje Atak z zaskoczenia i jest nieprzygotowany do obrony co za tym idzie trafienie ;p]
Wiek: 33 Dołączył: 30 Mar 2008 Posty: 74 Skąd: Zewsząt
Wysłany: 2010-04-12, 23:22
Krasnolud uśmiechnął się delikatnie „Ogarnęły się psy śmierdzące”, pomyślał. Ucieszył go niezmiernie widok oddalającego się wieśniaka.
-Kurwa jego mać...
Mruknął, odłożył kufel który najprawdopodobniej mu się i tak nie przyda i złapał za topór gdy brzydal odzywający się do gówniary która ich zatrudniła złapał swojego goryla za kołnierz po czym przyciągnął do siebie.
-Będzie bijatyka...
Mruczał do siebie po cichu. Palcem przetarł pot ze skroni i spiął wszystkie mięśnie. Musiał być przygotowany na atak. Całe szczęście, że miał na sobie swoją ulubioną, elastyczną kolczugę. Nie ograniczała jego ruchów. Hełm leżał na stole. „Kurwa mać, czemu go nie założyłem. Będę musiał zdać się na mój mocny łeb”, pomyślał i przyglądał się uważnie prostakom. W razie nagłego ataku mógł szybko wyszarpnąć topór z rzemienia na plecach i ruszyć do ataku z pełną szybkością i siłą.
-Pierdolona smarkula. Powinna dostać taki łomot, że przez tydzień nie usiadłaby na tej swojej cherlawej rzyci.
Miał wrażenie, że napięcie między smarkulą, a śmierdzielem przytłacza go.
-Właśnie tak, oby to było to co myślę.
Mruknął słysząc komentarz jednego z gości karczmy. Rozejrzał się dyskretnie. Chciał poznać rozstawienie krzeseł, stołów, odległość od lady. Wszystko co może mu pomóc lub też przeszkodzić w walce. Wiedział, że bójka jest nieunikniona. Zastanawiał się tylko czy zadawać mordercze ciosy czy tylko poturbować tych baranów którzy ośmielili się zakłócić kompanii kolację.
-Wy tchórzliwe śmiecie...
Mruknął widząc reakcję bliźniaków. Ci dwaj odsunęli się od własnej siostry... co za tchórzliwe szumowiny. Zrobił krok w stronę wieśniaka który stał blisko, za blisko Pani Bernette.
-Tknij ją byczy zwisie, a ukrócę Cię o głowę...
Warknął. Gdy kafar wziął wdech, krasnolud już chciał wyrwać topór i zamachnąć z całej siły.
-Dobrze, wymięka...
Stwierdził słysząc co powiedział człowiek. Nawet jego usta wykrzywiły się w grymasie który z pewnością miał być uśmiechem. Czyżby wieśniak wystraszył się uzbrojonych gwardzistów? Czyli nie będzie bitki? Czy jednak kompania będzie znana z czegoś oprócz robienia burdelu wszędzie gdzie się tylko znalazła? Czyżby siła perswazji podziałała? „Chwila... siła perswazji? Perswazja... to jest to” pomyślał... Ale cóż to? Jak to się stało?
-Sam tego chciałeś, kurwa Twoja mać i wszyscy przodkowie!
Wrzasnął gdy śmierdzący człowiek uderzył dziewczynę w brzuch tak, że aż spadła ze stołu i uderzyła o ścianę. Wyrwał topór z rzemienia trzymającego go na plecach krasnala. „No, Perswazjo... pokaż co potrafisz”. Spojrzał, na chaos który nagle zapanował w tawernie. Dwaj goryle zaczęły uderzać braćmi o stół. Bernette leżała pod ścianą. Chyba czas wejść do akcji. Czas pokazać wszystkim kto jest postrachem tawern. Czas zwyczajnie zgarbować kilka skór. Zamachnął się toporem najmocniej jak umiał Stał pewnie na szeroko rozstawionych nogach więc nie powinien mieć problemów z trafieniem. Właściwie nie celował zbytnio. Chciał rozpłatać agresora. Chciał otworzyć jego klatkę piersiową aż po genitalia i wypruć mu wszystkie wnętrzności. Ciekawe gdzie był w tym czasie ten zawszony szczur? To było nieważne... liczyło się tylko to, że jest bójka!
Zadziałało. Wieś spokorniała... hah, ale to miłe uczucie, gdy takie tęgie, wiejskie paszczury całe, aż drżą, na twój widok. Niezmiennie nie było to jeszcze zakończeniem całej tej sprawy. Teraz musiał pokazać swoim zachowaniem, że naprawdę lepiej sobie odpuścić. Przysiadł znowu na krześle, zdjął z pleców kuszę. Ta była niezłym straszakiem, bowiem mówiła, a nawet krzyczała "Ha! Nie muszę nawet wstawać, żeby ustrzelić Twoją żałosną dupę". Ciekawostką jest też to, iż Gorut, na pamiętnej imprezie, za pomocą swojego przyjaciela(który umiał pisać), wyrył na boku tej kuszy napis "Taki ze mnie jebaka, że ustrzelę nawet pędraka". Z pewnością było to wyryte pod wpływem głębokiej alkoholowej ekstazy. Niezmiennie zawsze bawiło to młodego kransoluda, to i nie usunął tego napisu.
Co prawda Gorut znał jedynie podstawy posługiwania się tą bronią, niezmiennie wystarczały mu one do takich sytuacji. Trzeba być głupim, żeby nie umieć włożyć bełtu oraz naciągnąć go, oraz trzeba być ślepym, żeby nie trafić z tak małej odległości. Hełm już od jakiegoś czasu leżał na stole, teraz tylko zdjął rękawice, coby poprawić swoje zdolności manualne. Gdy tylko miał już swobodne dłonie - w jego ręce znalazł się bełt o tak zwanym "Kruchym Grocie". Po wbiciu w ciało grot rozpadał się na wiele małych kawałeczków. Bardzo przykra sprawa... ale, aż się chciało popatrzeć, co odczuwa ktoś z takim czymś w brzuchu. Zawsze go to ciekawiło... a nuż dzisiaj uda mu się przekonać?
Był nieco zajęty ładowaniem tej diabelnej broni. Nakładał, naciągał, zagapił się - przestał obserwować to, co się dzieje w okół niego.
Mimo wszystko grzmot usłyszał. Obrócił szybko głowę i to co ujrzał przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Mała smarkula leciała uderzona przez jednego z nich. To go zmotywowało do bardzo szybkiego załadowania kuszy. Właściwie teraz to są już etapy kończące załadunek, niebawem będzie mógł... wypalić?
Ha! Zaiste śmieszny to widok. Krasnolud miast chwycić się szybko swojego topora i rozrąbać ich łeb, kończył ładować broń dystansową.
Wielu by się dziwiło... ale on tylko chciał pobawić się tym, czym rzadko ma okazje. Siedział w skupieniu nie bacząc przez następne sekundy, czy ktoś komuś wbił już miecz, czy też nie. Musiał skończyć to co zaczął, by móc później wystrzelić.
Ba! Żeby tego było mało. Po wystrzale musi się jeszcze zabawić, i potargać jakimś wieśniakiem po pokoju. A może nawet otworzyć drzwi jego głową.
[ładowanie]
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
//Krótki kurs mechaniki dla opornych:
Pierwszą walkę opatruje pełnym komentarzem mechanicznym, co ułatwi przyswojenie dość bardzo skomplikowanej mechaniki TaL'a. To jedyna walka w tej sesji, która zostaje opatrzona komentarzem.
Retrospekcja:
Bernette, (nosząca zbroję łuskową o Pokryciu:20) została zaatakowana przez wieśniaka z zaskoczenia, (wobec czego obrona Bernette przyjmuje wartość dla stanu: nieprzygotowany oraz nie może się bronić, parować ataków ani używać tarczy). Zgodnie z zasadami, obrona Bernette przyjmuje w tym przypadku wartość 39 [10 + Modyfikator + Szybkość + Zbroja (pokrycie)]. Uznajemy również, iż nie deklarowała ona manewru uniku. Test walki wręcz [Test umiejętności: Walka Wręcz k20+ 13(wartość odpowiedniego atrybutu, w tym przypadku zręczności) + 4(poziom umiejętności Walka Wręcz atakującego) +5(modyfikator do trafienia pięścią)] atakującego wieśniaka, musi mieć wynik wyższy lub równy niż wartość obrony Bernette, czyli od 39. Wynik testu to 36 i jest niższy od wartości obrony celu, w związku z czym, obrażenia redukowane są przez pancerz. Wieśniak uderzył Bernette w miejsce pokryte pancerzem, zadając jej 9 punktów obrażeń. (Obrażenia zadawane pięścią maja wartość k4 +1/2 stopnia siły atakującego, czyli k4+5[siła wieśniaka: 17]). Pancerz, jaki nosi, redukuje 20 pkt obrażeń od każdego ataku, wobec czego, wieśniak nie zadał jej żadnych obrażeń. Atak został wykonany także z zamiarem przewrócenia ofiary. Wykonuje się test sporny Siły ofiary i Władania (w tym przypadku walki wręcz) atakującego (należy pamiętać, iż nie każda broń ma możliwość przewrócenia atakowanego!). Siła Bernette wynosi 7, wobec czego test ma wartość k20+7. Wynik testu=22. Test walki wręcz wieśniaka został już wykonany i miał wynik 36, czyli wyższy od testu siły Bernette. Bernette została przewrócona i zrzucona brutalnie ze stołu, uderzając o ścianę (modyfikator okolicznościowo-fabularny), co zadało jej dodatkowe 5 pktów obrażeń, które nie mogą zostać zredukowane przez pancerz. Próg ran Bernette to 3(z racji na jej śmiesznie wątłą postawę i współczynnik: Budowa równy 7). Bernette otrzymuje w sumie 1 ranę, co daje jej 2 pkty zmęczenie (-2 do wszystkich testów), również krwawi (dostaje kolejne 1 pkt obrażeń co 10 minut, jeżeli jej rany nie zostaną opatrzone).
Tak kończą chucherka//
Gospodarz tego przybytku dostanie zaraz szału. Jakaś banda pozasuwanych w pancerze idiotów przyszła i pierwsze co, to zaczęła awanturę i to w dodatku z użyciem wszystkich możliwych środków! Jak karczmarz tylko dojdzie do siebie to z pewnościa wyciągnie coś niemiłego spod kontuaru. Kwestia tylko, czy będę to zwykły topór, kusza, czy może mały, zionący ogniem smok? A może zaskoczy wszystkich jakimś innym rozwiązaniem? Tacy to bywali naprawdę pomysłowi, ale póki co całą uwaga każdego gościa tego miejsca, skupiała się na obiciu komuś mordy. W przypadku Traubora było to nieco zbyt daleko posunięte... Gorut też, prawdzie mówiąc, pacyfistą nie był... Będą mieli z tego powodu niemałe problemy, bo w całości tego wyglądają na prawdziwych psychopatów.
Walka rozgorzała na dobre.
//Zazwyczaj, walkę rozpoczyna postać z najwyższym współczynnikiem inicjatywy(I), lecz tym razem została ona rozpoczęta w inny sposób. Wieśniacy zaatakowali pierwsi, ale dalsza kolejność jest uzależniona od wartości inicjatywy, która poza kolejnością, determinuje również ilość akcji, jakie postać może wykonać podczas swojej tury.
Wartości inicjatywy BG znajdują się na kartach postaci. Wartości inicjatywy BN nie są zazwyczaj ujawniane. Na potrzeby lekcji napiszę, że każdy z wieśniaków ma I:23, więc tak czy inaczej, jest szybszy od każdego z członków drużyny(Poza Bernette, która została zaatakowana podstępem)//
Traubor i S'arn byli najżybsi z gwardii, ruszyli jako pierwsi. S'arn (inicjatywa:20) wyciągnęła bardzo paradnie miecz (Akcja: zwykła, koszt: 10 Punktów Inicjatywy) i jeszcze zanim ten lezał jej dobrze w rękach, zrobiła szybki krok(akcja: premiowa, koszt: 1 PI) za plecy człowieka, który uderzył Bernette. Zamachnęła się wyprowadzając atak płazem zza pleców, w stronę potylicy mężczyzny (koszt PI: 14 [wartość opisana na broni]) (wartość jego obrony: nieprzygotowany=17, mężczyzna nie ma zbroi), płaska część miecza niebawem wyląduje z potężnym brzdękiem odciskając siny ślad wzdłuż i tak już zapewne poznaczonej innymi znamionami głowy zawadiaki. (W obecnej turze S'arn nie zaatakuje, brakuje jej 5 PI, które zostaną odpisane z puli w następnej turze).
Z moblinościa Traubora(I:20) sprawa przedstawiała się niewiele lepiej, a w zasadzie to naprawdę źle. Ciężki, krępy krasnolud, nim zdołał wyszarpać zza pasa topór (PI:10) i postąpić w międzyczasie te kilka kroków (PI:10) w stronę oprawcy jednego z braci, minęła całkiem długa chwila. Kiedy miecz S'arn był już moment przed kontaktem z głową stojącego paliwody, Traubor nie zdążył się nawet zamachnąć.
Plan Goruta (I:15) należał do całkowicie innych! Bardziej niż efekt w postaci bezpośredniego, wielkiego, sinego krwiaka czy żywej krwi na wszystkim, co było wokół, wybrał metodę, co dla niego naprawdę nietypowe, subtelnego zastraszenia. Zwyczajem, przyrżnąłby wszytkim ze swojej owłosionej gęby, i na tym by się skończyło, ale życie byłoby nudne, gdyby nie obfitowało w takie właśnie drobne, codzienne zaskoczenia. Zdjął rękawice (PI:5), podniósł zatem opartą o nogę stołu kuszę (PI:1), wyciągnął odpowiedni bełt z leżącego zaraz obokkuszy kołczanu i położył go na kuszy i rozpoczął dość problematyczny, nawet jak na kogoś cechującego się jego krzepą, proces naciągania stalowej liny urządzenia siejącego postrach (PI:20). (Gorut nie zdąży w tej turze załadować tarczy, wobec czego, z puli PI następnej tury, zostanie mu odpisane 11 PI, a czynność zostanie dokończona).
Gdyby ktokolwiek zwrócił tylko uwagę, na leżącą pod ścianą Bernette, a nie skupiał się zamiast tego na wyzwalaniu pokładów swojej agresji na trzech, należy rzecz już teraz, naprawdę biednych wieśniakach, zauważyłby coś, co jednocześnie należałby uznać za dobre i złe zrządzenie losu. Jej nieosłonięte przez pancerz ramię dzieliła od wielkiego, wystającego gwoździa odległość nie większa niż długość jej drobnego wskazującego palca. Dość pechowo, a zarazem można widzieć w tym odrobinę dobrej fortuny.
Na całe szczeście, tło głównych, najbrutalniejszych wydarzeń, było zwyczajnie sielskie. Typowa karczemna bijatyka, których świat widział setki tysięcy. Serdeczni przyjaciele obijali się po mordach, doskonale wiedząc, że zaraz i tak usadzą się z powrotem na krzesłach, o ile naturalnie jakiekolwiek zostaną w całości, i znów napiją się piwa trwając w przyjaźni do następnej bójki. Takie wydarzenia były jedyną, poza ubijaniem masła, formą oderwania się od szarej rzeczywistości (bo i masło nie ma szarej barwy), toteż bardzo je lubiano.
Innego zdania był gospodarz. Był przeciwieństwem przeciętnego wieśniaka, gnijącego na tym padole wieśniaka. Nienawidził ubijania masła i bójek w jego domu, a uwielbiał to 'szare życie', od którego cała reszta tak usilnie uciekała. Za każdym razem, kiedy usłyszał dochodzące z sali okrzyki, nie będące jednak pozdrowieniami, ani kolejnymi
zamówieniami, rozważał kupno prywatnego trolla do pilnowania przybytku. Jeśli tylko będzie mu będzie mu dane ujrzeć dantejskie sceny, jakie właśnie się tam odgrywają, zrobi to bez wątpliwości. Tymczasem może liczyć tylko na sprytnie schowaną pod szynkiem, zmodyfikowaną arbaletę.
Największy chojrak z wieśniaków usłyszał brzdęk pancerza S'arn i zdołał się tylko odwrócić, wyłącznie aby ujrzeć kawał żelastwa pędzący w jego kierunku (Test Władania: k20+37=43[znów atak z zaskoczenia]) . Miecz S'arn rąbnął płazem (atak ogłuszający) dokładnie w środek czoła zdziwionego wioska (zadaje 40 pkt obrażeń) , a ten momentalnie ujrzał przed oczyma gwiazdy (ogłuszenie na [ilość pkt obrażeń - wytrwałość = 40-26=14] tur) , osuwając się na ławę z miną, jakby zaraz chciał puścić solidnego pawia. (Pozostałe PI:15)
I w tym samym momencie, w którym dryblas usłyszał śpiew kurczaczków krążących wokół jego głowy, cel Traubora zorientował się, iż ten chce go zaatakować. Trzymając zaszyję blond chłopaka, zasłonił się nim, a gdy ten ujrzał podniesiony topór, usilnie zaczął się uchylać (Unik: k20+17+5-5=k20+17=23) . Dla topora było za późno, zaczął ciąć powietrze (wynik testu: 19) , lecz wynikiem szczęśliwym dla obu gwardzistów, topór wbił się między nogi Gregora(albo Berna, ale w ogóle nie wykluczone jest, że Gregora, aczkolwiek też nikt nie stwierdził jednoznacznie, że nie był to Bern... chociaż mógł być to Gregor, albo obaj na raz, którzy wymieniali się miejscami) roztrzaskując dokumentnie w tym miejscu ławę. Obaj z nich upadli na ziemie tkwiąc w uściskach. Bern (a może Gregor? Kto ich tam wie...) zaczął szarpać się na podłodze z jego oprawcą. Topór został wbity poprzez grubą dechę ławy tak, że część jego ostrze wystawała po drugiej stronie. (Pozostałe PI:4)
Gorut dokończył dzieła ładowania kuszy, był z tego naprawdę zadowolony, wyszło mu całkiem dobrze (pozostałe PI:4)
_________________
Ostatnio zmieniony przez Idrin 2010-04-18, 13:55, w całości zmieniany 3 razy
Naładowana kusza spoczywała w jego dłoniach. Popieścił przez chwilkę swoje małe, śmiertelne urządzenie, po czym przystąpił do bardziej radykalnych działań.
-Macie, psie syny, tego, czego chcieliście!-
Nie obchodziła go Bernett. Niech sobie tam zdycha... nie on jest odpowiedzialny za to, by okazać jej pierwszą pomoc. Może będą źli, że nie wywiązał się z umowy nietykalności małej smarkuli, ale co mu tam.
Zaczął wybierać cel. Jakiś mały, odsłonięty wieśniak, należący do bandy tych... rzezimieszków. Wiedział, że nim wystrzeli minie jeszcze trochę czasu, toteż szukał swojego wymarzonego celu. Gdy tylko będzie wiedział do kogo strzela - zrobi to.
-Nikt nie będzie bezkarnie ignorował moich zaleceń, kurważ jego mać!-
Takie okrzyki same pchały mu się na usta. Co prawda sytuacja teraz wyglądała trochę inaczej, a i z działań swoich towarzyszy mógł zrozumieć, że nie zależy im na jakimś większym rozlaniu krwi, a raczej na poturbowaniu - i tak nie zamierzał robić tego, co oni. Chciał pobawić się kuszą i tymi bardzo opłakanymi dla ofiary w skutkach bełtami. Nie posłuchali go, sami sobie byli winni. Oni rozpoczęli bijatykę, to i prawnie może im to zrobić... a bynajmniej tak mu się zdawało. A jak nie - to będzie bronił się tytułem. Bowiem pewnym jest, że wójt takiej małej wsi będzie bał się zadrzeć z kimś, o tytule szlacheckim.
Ale powołanie się na rodzinę to ostateczność... której nie chciał używać. Z założenia chce radzić sobie sam, i tak będzie. Żaden wieśniak nie stanie mu na drodze.
_________________
Więcej szczęścia mają nie Ci, co się rodzą, lecz Ci, co umierają
Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie
Człowiek który nic nie posiada, może zachować wiarę.
Wiek: 33 Dołączył: 30 Mar 2008 Posty: 74 Skąd: Zewsząt
Wysłany: 2010-04-18, 13:13
Traubor spojrzał na S'arn która bardzo paradnie wyciągnęła miecz z pochwy. Widać lubiła się popisywać... on zdecydowanie wolał pokazywać jak bardzo śmiercionośny jest.
-Głupia suka... ale jednak ładna...
Mruknął i zamachnął się swoim toporem. Gdy jednak trafił jedynie w ławę, rozwalając ją na sztuki zaklął tak, że niejeden wilk morski spaliłby się ze wstydu. Czas zmienić taktykę. Puścił topór i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś kufla, talerza, kubka, butelki czy czegokolwiek mogącego służyć za broń obuchową. W ostateczności może być krzesło, choć nieporęczne, można nim ładnie poturbować wieśniaka. Jeśli znalazłby coś w stylu kufla do piwa natychmiast rzuciłby się z nim na pomoc Bernowi... czy tam Gregorowi. Chuj ich tam wie który j est który. Gdyby jednak nie znalazł nic przydatnego musiałby poradzić sobie butami i pięściami. Po raz kolejny żałował, że nie wziął jakichś lepszych rękawic... na przykład z ćwiekami na kostkach... Spojrzał na Goruta.
-A ten co, kurwa odpierdala?
Spytał sam siebie widząc krasnoluda z kuszą w ręku. Wiedział, że to połączenie jest naprawdę bardzo, ale to bardzo złe. Czas się schować...
Trafiła... I była z siebie dumna. Przynajmniej małe zwycięstwo na tle wielkiej przegranej.
Czas biegł dalej a S'arn nie przejmowała się już niczym innym. W końcu nie przez to zostanie zdegradowana. Nie przez to odbiorą jej oddział. Nie przez to ukarzą za dopuszczenie do tknięcia pani Bernette. Naładowana wszystkimi emocjami z mocno rozwartymi oczyma zrobiła krok do nie przytomnego wieśniaka. Ciężar całej broni spoczął na prawej ręce, a drugą złapała chojraka za czuprynę. Zaciskając ją na metalowych płytkach rękawicy uniosła jego łeb i siłą ściągnęła w kierunku podłogi. Zamiar był taki, by się osunął, bądź plackiem padł na podłogę. Nie miało to większego znaczenia. Celem było dojście, jak najszybsze do pani Bernette. Między bijącymi się i przez blat stołu.
- Pani Bernette! - krzyknęła, gdy droga utorowała się.
Zacisnęła palce wokół rękojeści i postawiła cięższego buciora na jeszcze zipiącej ławie. Przechyliła swój ciężar i wstrzymując powietrze wskoczyła na blat. Przeszłą go paroma krokami i zeskoczyła na drugą stronę.
Jakakolwiek broń, pancerz, czy rzecz nie miały znaczenia, gdy Griedgett była ranna. Scenariusz najgorszy a zarazem tak prawdziwy. Wizje które mówiły, co mogło się stać były koszmarne. Pani oficer z przerażeniem w oczach dobiegła do swojej obecnej przełożonej. Im mniej kroków ją dzieliło to niej, tym wizje były coraz gorsze. Bała się tego a zarazem musiała. Upuściła miecz gdzieś na boku będąc krok od swojej wyroczni. Upadła ciężko na kolana i wyszarpała obie rękawice z dłoni.
- Pani Bernette... - wycisnęła błagalnym głosem wpatrując się rozszerzonymi oczyma.
Chciała objąć masakrę znajdującą się przed nią, ogarnąć to. Nie miała w zamiarach dotykać Griedgett, więc jedynie bezradnie nachylając się nad nią zawiesiła rozpostarte ręce.
- ...Pani Bernette... - wyszeptała do siebie mając nadzieję na jakikolwiek sygnał życia poszkodowanej.
Jeden z głowy. W głowę i z głowy, ironiczne, nieprawdaż? Zostało jeszcze dwóch - jeden właśnie był punktowany~
-Dziadku, a co znaczy punktowany?
-W morde dostawał, no...
-Ahaaa...
Obrywał po mordzie od siedzącego na nim... no właśnie... Berna, albo Gregora... Ktoś ich będzie musiał kiedyś podpisać, bo tak się nie da. Drugi wieśniak dalej dusił tego... no... no wiadomo.
Gorut zaczął mierzyć ze swojej kuszy. Wyboru zbytniego nie miał, bo tylko jeden wsiur nie leżał jeszcze na podłodze. Mierzy, mierzy łęb Traubora, nieco w lewo- wieśniak, wieeśniak, blondas, wieeeśniak, cześć S'arn, wieeeśniak [celowanie]. Ma go na muszce, teraz tylko wystarczy nacisnąć spust a będzie czerwoniutko i bardzo głośno! Zastanawiające w tym wszystkim jeszcze było to, że Traubor, który przed chwilą chciał rozwalić jednego z topora, właśnie się zastanawiał, dlaczego Gorut mierzy z kuszy i stał bezradnie, jak skończona sierota, a karczmarz się zbliżał...
S'arn właśnie zeskoczyła z powrotem ze stołu i podeszła to obtłuczonej Bernette. Źle z nią nie było, a przynajmniej nie krwawiła widocznie, co w jej przypadku było dość zaskakujące. Ledwo zdążyła się podnieść, a nie szło jej to zbyt dobrze. Niektóre dzieciaki mówiły, że
-Zniszczą mi nowiutkie ławy, to pozabijam jak psy! Jak psy!
Gospodarz usłyszał przed kilkoma chwilami bardzo dla niego znajomy i znienawidzony dźwięk Mordobicie, no jasne. Miastowi przyjechali i zaczęli… Wbiegł właśnie za kontuar w momencie, kiedy Gorut podniósł kusze do oczu i od razu się schował. Wystarczająco długo tutaj gospodarzył, żeby wiedzieć co robić. Razu pewnego jakiś inny obwieś „przypadkiem” puścił strzałę tuż koło jego głowy. Gospodarz uskoczył na posadzkę i z półki wyciągnął swoje cudo. Z pozoru wyglądało jak kusze, ale ładowana na kuleczki. Wiele kuleczek, a w tym przypadku dość szorstkich i ostrych. Urządzenie spoczywało tam naciągnięte. Widocznie takie jego przyzwyczajenie – przed wyjściem uzbrajał broń, żeby w razie burdy na powrót, mieć czym bronić przybytku. Wyciągnął tę maszynkę spod lady i wstał, akurat w momencie, kiedy S’arn wylądowała przy Bernette. Był tak cichy, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Prawa była taka, ze nikt nawet nie chciał go widzieć, bo wszyscy się prali po ryjach, że aż miło.
Najpierw wymierzył w miejsce najgorszej bijatyki – z jego lewej ręki. Kilkunastu chłopa tłukło się i… RUJNOWAŁO JEGO NOWIUTKĄ ŁAWĘ! Nie ma litości! Zwolnił spust. W stronę tłukącej się zgrai powędrowało sześć, może siedem malutkich, ostrych, ołowianych kuleczek i z wrzaskiem wbiły się najpierw w dupę jednego z wieśniaków, a moment później w czoło drugiego. Piękny będzie siniak! Karczmarz schował się z powrotem pod ladę i zaczął szybki proces przeładowania swojej broni. Najpierw naciągnął linkę, a potem nasypał z małego kapciucha odrobinę kulek. Znów był gotowy do zasiania wrzasku i siniaków.
Tymczasem Be.. Jednego z braci dalej dusili, a Gorut mierzył w ich stronę. Jeden fałszywy ruch, a trafi nie w tego, co trzeba i nie dość, że osłabi drużynę to jeszcze będzie musiał się tłumaczyć, szorować wóz i niewiadomo co jeszcze. Wcześniej będzie trzeba jeszcze przecież zatłuc tamtego siura, chyba że ktoś inny zrobi to za niego.
Wiek: 33 Dołączył: 30 Mar 2008 Posty: 74 Skąd: Zewsząt
Wysłany: 2010-06-09, 15:58
-Nosz jebany...
Mruknął pod nosem i schował się pod ławę chcąc uniknąć bezpośredniego, z pewnością bolesnego kontaktu z kulkami wystrzeliwanymi przez broń karczmarza. Musiał szybko coś wymyślić... Jeden z wieśniaków dusił kilka kroków dalej jednego z bliźniaków.
-Kurwa co tu zrobić...
Nie ukrywając miał głęboko w dupie smarkulę i resztę tej bandy pojebów do której dołączył. Przeklinał dzień w którym spotkał małą Bernette, tą dziwkę S'arn i resztę pedałów. Interesował się tylko sobą. Miał nadzieję, że nie odniesie obrażeń w tej bójce. Co prawda miał swoją kolczugę ale nie wiadomo jakie szkody mogą wyrządzić te niepozorne kuleczki.
-Gdzie do chuja jest ten pierdolony, zawszony szczur...
Traubor rozejrzał się za kuflem czy inną butelką aby móc rzucić w jednego z wieśniaków który dusił blondyna. W tym momencie przypomniało mu się, że Gorut mierzył w jego stronę z kuszy. Pewnie chciał strzelić w tegoż obwiesia... nie warto więc zawracać sobie nim głowy. Rozejrzał się więc za kimś kto stwarzał większe zagrożenie jemu lub kto po prostu był najbliżej i prosił się o guza...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum