zło, "filoz. to, co niepożądane, co nie powinno istnieć; przeciwieństwo dobra; natura i pochodzenie z. stanowi jedną z największych zagadek filoz.; wg niektórych (utożsamiających istnienie z dobrem) z. nie istnieje (Plotyn), jest „brakiem dobra” (św. Augustyn); wg innych z. istnieje realnie i jest związane albo z bytem świata (z. metafizyczne — A. Schopenhauer), albo stanowi skutek ludzkiego działania lub negatywnych sądów o wartościach (I. Kant)."
- za: encyclopediae poloniae
Gdzie kryje się Zły
- kroniki Anhura i Bartza Krausera
Wstawał nowy dzień.
Powietrze było świeże i rześkie. Każdym kolejnym oddechem wypełniały mu całe płuca uczuciem tak przyjemnym, jak gdyby oddychał po raz pierwszy w życiu. Pachniało deszczem. Pewnie w nocy musiało nieco kropić. Wyczuwalna wilgoć we wdychanym powietrzu tylko dodawała całości niemal nieziemskiego posmaku. Każdy oddech pachniał deszczem, trawą, oraz lasem. Pachniał życiem. Pachniał tak, jakby ostatnie wieki człowiek wdychał jedynie skaliste, pełne brudu i pyłów powietrze innego świata.
Leżał na ziemi, w trawie. Tego był pewien. Leżał zwrócony twarzą ku niebu, a na zamkniętych oczach czuł delikatne liźnięcia pierwszych ciepłych promieni słońca. Podświadomie, całym sobą czuł, iż będzie ładny dzień. Jasny. Wiosenny.
Szum drzew. Odległy świergot ptaków. Mógł tak leżeć i leżeć, bez końca. Sam nie wiedział, dlaczego. Po prostu czuł się... cudownie. Przecież nie tak dawno temu... nie tak dawno temu...
Mężczyzna zamarł. Co się z nim działo "nie tak dawno temu"? Co robił wczoraj? Co robił, zanim obudził się tutaj, otoczony ciepłem, światłem, dźwiękami i zapachami? Wciąż leżąc, przez głowę Anhura przebiegł mroczny korowód myśli. Nie wiedział. Nie umiał znaleźć odpowiedzi. Jakby ktoś w głowie założył mu potężną barierę. Jakby... ostatnią chwilą, którą przytomnie rejestrował było wejście w portal mający zaprowadzić go na Undus. Tak, to pamiętał. Potem... potem plaża? Klif? Wspinał się? Rozmawiał z kimś? Bohater nie wiedział. Nie pamiętał. W miarę, jak jego myśli nasilały się, rósł również potężny, bolący klin w jego głowie.
Coś w obecnej sytuacji było nie w porządku.
Zaś narastający szelest traw, oraz dziwaczny, zbliżający się ku niemu bulgoczący odgłos krzyczały razem jedno słowo: "niebezpieczeństwo!".
Anhur otrzymuje 2 pkt karmy
Bartz Krauser w tym czasie obudził się w całkowicie innych realiach. Gdy po raz pierwszy tego dnia otworzył oczy, ujrzał znane sobie wnętrze swojego karczemnego pokoju. Leżał na puchowej, acz obecnie nieludzko zmiętej pościeli na jednoosobowym łożu, tuż pod malutkim oknem w drewnianym, mikroskopijnym pokoiku. Samotna szafka w kącie ziała pustką, będąc, nie wiedzieć czemu, otwartą. Na komodzie tuż przy łóżku leżały porozrzucane w nieładzie ubrania. Gdzieś pośrodku podłogi - jeden but. Drugiego, psiamać, nigdzie nie było widać. Bartz z trudem zbierał myśli. Czy wczoraj rozbierał się tak gwałtownie, że zgubił obuwie? Dlaczego?
Ach, no tak.
Bartz zaczął powoli sobie przypominać. Wszak umówił się wczoraj z karczmarzem... Aldon? Byron? Jak on miał na imię? Nieważne. Tak czy inaczej, umówił się z tym przemiłym człowiekiem, iż nocleg i wyżywienie otrzyma za darmo, pod warunkiem, iż urządzi wieczorem potańcówkę, przygrywając dla lokalnej, bosej, obdartej klienteli. Potańcówka chyba się udała. Chyba. Lokalni w pewnym momencie przestali pić karczemne, śmiesznie rozwodnione piwo i zaczęli polewać specjał z okolicznych pól - tajemniczego składu siwuchę. Później padło na śliwowicę. Później zaś... no cóż, później zaś Bartz obudził się w swoim pokoju. W nieładzie.
Gdzieś za oknem rozmawiali ludzie. Gdzieś na parterze ktoś miarowo tłukł chyba kotlety. Kurważ mać, tłukł jak nawiedzony! Każdy dźwięk odzywał się eksplozją w głowie Bartza. Nie wspominając już o...
*bach* ! *bach* !
- Panie Krauser!?
Dźwięku walenia pięścią o drzwi do jego pokoiku, oraz męskim, głębokim głosie wołającym go po nazwisku.
Wszystkie te dźwięki układały się w głowie barda w jeden, rozpaczliwy okrzyk: "mam cholernego kaca!".
Świeże powietrze, w którym aż roiło się od zapachów, które każdego, by ożywiło. "Jakże powietrze może być tak wspaniałe." Pomyślał wdychając ten dar natury pełną piersią. Leżał tak i czuł, że mógłby tak leżeć przez całe lata i nie mieć dość tego.
"Kiedy to ja tak ostatnio się czułem? Pomyślmy..." Przez chwilę miał pustkę w głowie. Pustkę w którą zaczynało wlewać się inne uczucie, od tego co przed chwilą czuł. Chciał sobie przypomnieć ostatnie chwile, ale coś blokowało tego, coś mu mówiło nie rób tego.
Głowa zaczęło go boleć, skrzywił się wyraźnie. Jak przez mgłę usłyszał dziwny bulgoczący dźwięk. I jak na zawołanie otworzył szybko oczy, podniósł się do pozycji siedzącej i zaczął panicznie się rozglądać.
Najbardziej obolałą część ciała wsadził pod poduszkę i przycisnął ją do uszu, chcąc stłumić wszystkie piekielne odgłosy, jakie wydobywały się z niepożądanego świata.
-Umarłem! Zabił mnie bimber.
Wygrzebywanie się z łóżka w tak niekomfortowych warunkach. nie należało do jego ulubionych zajęć, szkoda tylko, że ostatnio budził się w ten sposób coraz częściej. Zbyt lubił wino i śpiew. Tańce i kobiety tylko odrobinkę mniej, ale niezauważalną odrobinkę mniej.
Rozejrzał siępo pokoju ogarniając zatrważającą panoramę końca imprezy i utkwił też język w dziurę po nieobecnym zębie, wspomnieniu innej karczmy.
-Dobra. wyłaże! Ale dajcie, na litość boską, odrobinę wody!
Wygramolił się z łóżka tylko i wyłącznie zastanawiając się, dlaczego rozbierał sie w takim pośpiechu. Może było tam też jakieś ciało obce? Płci żeńskiej? Miłe to, szkoda tylko, że niczego nie pamięta.
Rozmasował twarz. spojrzał na siebie i zaczął mozolnie szukać ubrań, zważając także na osobę, która taką wczesną porą zdecydowała się do niego zawitać w bliżej nieokreślonym celu, który i tak pewnie nie będzie żadną przyjemna rzeczą.
Niebezpieczeństwo! Zmysł łowcy nie zawodził. Nigdy. Powstał w wyniku wielu, wielu lat samotnego wędrowania, polowań i walki o przeżycie. Niezależnie od pory dnia, roku, stanu zdrowia, można było na nim polegać. Ba, należało wręcz. Ach, gdyby tylko miał swój łuk. Swój piękny, piękny, magiczny...
Anhur poderwał się z ziemi, otwierając oczy. Teraz dopiero mógł w pełni ocenić, iż jego pozostałe zmysły funkcjonowały ze wszech miar poprawnie. Faktycznie, znajdował się w czymś na kształt lasu, tudzież zagajnika. Jeszcze przed chwilą leżał na soczyście zielonej, pokrytej drobnymi, błyszczącymi kropelkami wody, będącymi bądź to rosą, lub pozostałością po niedawnym deszczu. Wciąż czuł na swoich plecach i przyjemną wilgoć. Wciąż czuł jej zapach. Niewielka, mająca może pięć metrów średnicy polanka, na której się obudził, otoczona była przez korowód stosunkowo gęsto rosnących przy sobie drzew, głównie wiotkich brzózek, oraz wszelkiej maści krzaczorów.
Bulgoczący odgłos jakby umilkł. Z kolei w stronę Anhura zdecydowanie zaczął zbliżać się inny, szeleszczący, dochodzący ponad wszelką wątpliwość spomiędzy krzaków...
- O, Eleyno! - odezwał się kobiecy, podstarzały i odrobinkę skrzeczący głos, wywołujący imię bogini roślinności i natury.
Anhur zobaczył, jak na skraj polany, spomiędzy drzew wyłania się postać zgarbionej, pomarszczonej wiekiem na twarzy kobieciny, trzymającej w ręku wiklinowy koszyk pełen ziół, oraz ubranej w przepastne, bardzo grube warstwy starych, połatanych ubrań.
- A cóż to, mój drogi, za diabły cię tutaj przyniosły? - zaskrzeczała, na widok Anhura, wyraźnie zaskoczona, wpatrując się weń badawczo - Golutkim biegać tak blisko uroczyska? Naprawdę, kochaniutki, są lepsze sposoby na spędzanie poranka...
Anhur dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę z faktu, iż był nagi. Całkowicie.
Bartz tymczasem próbował w ciągu kilku sekund ogarnąć całokształt burdelu, który zastał go w pokoju, oraz przypomnieć sobie, co też kryło się za jego powstaniem. Dziura w zębie, była? Była. Ona jednak zdawała się powstać wcześniej. Na chwilę obecną nie miał nawet siły by zastanawiać się głębiej, kiedy i w jakich okolicznościach. Kto by tam wspominał tego wulgarnego, obleśnego krasnoluda akurat teraz. Bartz miał ważniejsze problemy na głowie.
Szybkie spojrzenie na łóżko obok, nerwowy gest odgarniający połacie zmiętej pościeli. Nikogo. Żadnej kobiety. Żadnego faceta. Żadnej krasnoludzicy. Uff... Raczej spędził tę noc sam. Chociaż, cholera wie. Spał tak mocno, że wokoło mogła przejść nawet coroczna kawalkada nimfomanek, a on by ich nie usłyszał.
- Panie Krauser?! Jest pan tam?? Spicie jeszcze??
*bach* ! *bach* ! *bach* !
Z głową pełną wybuchów i kosmicznych supernowych Bartz kontynuował podziwianie pobojowiska w swoim pokoju. Wciąż nie dostrzegał drugiego buta, ale na swoje szczęście dostrzegł Marlene. Oparta była starannie o ścianę, tuż za komodą. Bard miał ochotę się roześmiać. Nawet nachlany jak szpak, jak dzika świnia, nawet gdy nie pamiętał połowy wczorajszego wieczoru, coś mu nakazało z czułością odstawić lutnię na bok tak, by nie stała jej się krzywda.
Ot, profesjonalizm.
Koniec końców, Bartz, zbierając ciężkim gestem większość ubrań w podłogi, podszedł do drzwi, otwierając je leniwym, ociężałym gestem
Za drzwiami stał pankrac. I dwóch goryli, o gabarytach Dorienburdzkich, podwójnych szaf, w półpancerzach i z dłońmi na rękojeściach groźnie wyglądających krótkich mieczy. Pankrac z kolei wyglądał na kogoś, kto dopiero wyszedł od fryzjera i spod igły krawca. Krzykliwe, ewidentnie drogie ubranie, dziwaczny fryz na głowie, staranie przycięty, krótki wąsik, oraz śmiesznie ozdobny długi sztylet u pasa. Dodać do tego szpiczasty nos, wysokie czoło, oraz wyraźne zakola tworzącej dopiero się łysiny, oraz lekki brzuszek i oto pankrac jak malowany.
- Bartz Krauser, brad, jak mniemam? - rzekł pankrac.
A głos miał, ów, jak fuknięcie nastroszonego spaniela.
Całość spotkania byłaby dość zabawna, gdyby nie ewidentnie serio i ewidentnie poważne miny goryli. Oni nie przyszli tu na poprawkę wczorajszego wieczoru - tego Bartz mógł być pewien.
Zorientował się, że jest na jakieś polance, trochę się uspokoił widząc, że nigdzie nie widać żadnego niebezpieczeństwa. Co nie znaczy, że nie ma go w pobliżu. I z tą myślą zorientował się, że nie ma łuku. "Mój łuk!" Krzyknął w myślach. "Jeszcze go nie wypróbowałem porządnie."
Usłyszał nienaturalny szelest trawy. Zamarł, serce podskoczyło i odruchowo spojrzał w tamtą stronę gotowy na wszystko. Gdy ujrzał, że zza krzaków wychodzi staruszka uspokoił się i odetchnął z ulgą.
"Też chciałbym wiedzieć skąd tutaj się pojawiłem" Już otwierał usta by to powiedzieć, gdy dotarło do niego sens drugiego pytania. "Jak to..." Spojrzał na siebie. "...goły?!"
-Czemu...- zakaszlnął silnie -Gdzie ja jestem? -zapytał ponownie i rozejrzał się wokół, by znów spojrzeć na staruszkę wzrokiem w którym czaił się strach i bezradność- Skąd ja tutaj się znalazłem, nie wiem...- złapał się za głowę i spojrzał w dół. Spróbował coś sobie przypomnieć, coś co by mu pomogło choć trochę zapanować nad chaosem, który teraz panował w umyśle.
Ale co tak naprawdę zdarzyło się poprzedniej nocy? Czego ten fircyk od niego chce? O matko! Po co mu obstawa? A może puknął żonę tego fircyka, dlatego nikogo nie było w łóżku? A może puknął samego fircyka? Tego by nie życzył żadnemu, nawet swojemu najgorszemu wrogowi... No, może z jednym malutkim wyjątkiem… Złośliwość nie opuszczała go nawet w takich patowych sytuacjach.
-Bartz Krauser? Znam, wyszedł niedawno. W gruncie rzeczy to właśnie przed chwilą.
Dobry blef nie jest zły, a w szczególności, gdy jest poparty faktycznie damską aparycja i wstydliwym ruchem zakrywającym twarz. Dołożyć należy jeszcze odrobinę wdzięku, całkiem pokaźne zdolności aktorskie, to i może z tak przekichanej sytuacji udałoby się wyjść.
-Przez okno, zdaje się. Gentleman z niego taki, że nawet je za sobą zamknął.
Ruchem głowy wskazał na zamknięte szczelnie okno...
-Przekazać coś..? Może..? Kiedyś..?
Może by się udało, gdyby ta trójka była totalnie naiwna. Byli głupi, ale chyba zbyt długo zajmowali się takimi sprawami, żeby uwierzyć w takie proste kłamstwo.
Staruszka dłuższą chwilę wpatrywała się w postać nagiego mężczyzny, którego spotkała całkowitym przypadkiem gdzieś, pośrodku niczego, a który w ewidentny sposób nie wiedział, gdzie, dlaczego, ani nawet *kiedy* się znajduje. Anhur widział, jak na jej twarzy maluje się wyraz skrajnego zakłopotania, które ostatecznie znalazło swój wyraz w tym, iż kobiecina odwróciła wzrok w drugą stronę.
- Kochaniutki, nie wiem, skąd się tutaj wziąłeś.. - zaczęła - ..ale coś mi się widzi, iż, zaiste, jesteś kimś naprawdę niezwykłym. Pozwól, pójdź za mną, dam Ci coś do włożenia na siebie i opowiem coś więcej o miejscu, w którym się znalazłeś...
Rzuciła jedno, ukradkowe spojrzenie na mężczyznę, w oczekiwaniu jego reakcji. Po czym, zgarbiona i powolna, zanurzyła się ponownie w gęstwinę, wytyczając kolejną z dróg, którą w życiu łowcy przyszło Anhurowi podążać.
Bulgoczący, dziwaczny, mlaskający odgłos rozległ się jakby na nowo. Łowca jednak, co niezwykłe, tym razem nie był w stanie określić żadnego, nawet przybliżonego kierunku, z którego dochodził. Zupełnie, jakby rozbrzmiewał wszędzie i nigdzie, jednocześnie. Blisko i daleko zarazem.
-Bartz Krauser? Znam, wyszedł niedawno. W gruncie rzeczy to właśnie przed chwilą.
Bartz wyszczerzył się w durnowatym odrobinkę uśmiechu, wskazując okno i próbując przekonać zarówno obu goryli, jak i fircyka, iż przed chwilą zniknął przez nie rzeczony bard. Blef sam w sobie ocenić, rzecz jasna, należało na dość mało wiarygodny. Tym bardziej, iż głosił go ubrany w starą, karczemną koszulę nocną mężczyzna, o mocno podkrążonych oczach i włosach, które wyglądały, jakby uwiło na nich gniazdo malutkie stado ptaków.
Gawronów, dajmy na to.
Jeden z goryli podrapał się po potylicy, bezrozumnym gestem.
- Musielim go minąć, panie Freienhaus... ruszę z Armanem jeszcze teraz i go dorwiem, jak pan chciał... - rzekł wyraźnie zafrapowany.
Fircyk słysząc te słowa zapłonął na twarzy żywym płomieniem. Nie wiedzieć, czy ze wstydu, iż głupota jego strażników go przytłaczała, czy ze złości, iż bard robił go w przysłowiowego, chuja.
- Kretynie, rozejrzyj się! - warknął, ponownie niczym nastroszony spaniel - Lutnia! Lutnia jest w pokoju! Bard nigdy by jej nie zostawił, wyłażąc oknem w uciecze przed nami. Przecież to on jest bardem, matole!
Pankrac, bezceremonialnie wlazł do pokoju, mijając w progu Bartza.
- Włazić i zamknąć drzwi! - zakomenderował.
Posłuszne dwa goryle wlazły do środka, przepychając bohatera, który przy nich wyglądał na trzy razy mniejszego, a czuł się cztery razy...
- Siadaj! - kolejna, szczeknięta komenda pankraca - Mamy sobie do pogadania, panie *Bartz*...
Ostatnie słowo padło z tak okropnym akcentem, iż czułe uch barda, nawet mimo kaca, nabrało ochoty zwinąć się w trąbkę i odpaść na podłogę. W słowach pankraca imię bohatera brzmiało jak "parć". I gdzieś całkowicie traciło swoją dźwięczność i charakterystyczną wymowę.
Może coś od kogoś pożyczył? Może zbałamucił burmistrzową? BURMISTRZA?. Wepchnięty do środka pomieszczenia wskoczył obronnym ruchem na łóżko i stojąc na nim zaczął poszukiwać rapiera. Musiał gdzieś przecież tutaj być, traktował go równie dobrze, co Marlene, mimo że używał znacznie rzadziej, a będąc precyzyjniejszym, to w ciągu ostatniego, niepamiętnie długiego okresu, nie użył go ani razu, wszystko załatwiał lutnią albo 'na gębę'. Metoda 'na gębę' nie przejdzie z tym urzędaskiem.
-Sam jesteś parć. Bartz wyszedł, przecież powiedziałem. Ja jestem Kurtz. I nie jestem żadnym bardem, tylko aktorem.
Dlaczego... Dlaczego właściwie miał na sobie jakąś ohydną karczemną koszulę nocną? Przecież zawsze sypiał 'po swojemu', byle tylko nie w jakichś przechodzonych, brudnych łachach, które widziały już chyba wszystko i krasnoludzki stosunek.
Rzucił okiem na okno. A może faktycznie powinien się przez nie ewakuować? Można rozważyć taki scenariusz, ale bardziej w ramach ostatecznego sposobu uratowania siebie niż delikatnego odejścia od powodu porannej wizyty.
-Ale mogę wysłuchać, jak spotkam Bartza, to przekaże. Obiecuje! (Niech uwierzą, niech uwierzą, niech uwierzą!)
Ucieczka przez drzwi była całkiem niemożliwa. To wyglądało jak rutynowa kontrola dokumentów, tylko jeszcze nie wiedział gdzie w taki sposób będą kontrolować... Trzeba będzie o tym napisać, ale to dopiero jak wyjdzie żywy z tego bagna...
-To może jednak? Ręczę dobrym słowem i przyzwoitością, że przekażę! Ja fuszerek nie odstawiam!
Fuszerek... Dobre sobie. Jego drugie imie to fuszerka, a trzecie to przekręt. Tonący brzytwy się chwyta. Dobrze przynajmniej, ze nie wiedzieli co on już w swoim życiu najlepszego nabroił i jakimi sposobami z tego wychodził...
-Będę wdzięczny za to- odpowiedział, po czym wstał i ruszył za staruszką. Czuł się trochę nieswojo idąc nago, ale na chwilę obecną nic nie mógł z tym zrobić. Znów usłyszał dziwny bulgoczący dźwięk, rozejrzał się dookoła chcąc znaleźć twórcę tego zjawiska. "Co to jest? Czyżby to te uroczysko? Cóż, jeśli babunia nie boi się tych odgłosów, to powinno być bezpiecznie." Pomyślał, lecz nadal zachowując czujność. "Gdzie ja właściwie jestem? Czyżbym był w Undus? Wiem, że przeszedłem przez portal, co dalej...? Nie ma co się głowić, przecież mogę się spytać." Jak też pomyślał, tak też zrobił:
-Przepraszam bardzo pani, ale gdzie właściwie to ja jestem?
Musiał wiele rzeczy jeszcze uporządkować. Po chwili namysłu jeszcze dodał i z lekkim wahaniem dodał:
-a w ogóle to który dziś mamy?- Nie wiedział dokładnie czemu, ale coś mu mówiło, że te pytanie będzie ważne.
Ściółka szeleściła pod bosymi stopami człowieka w miarę, jak przedzierając się przez gęstwinę, podążał za staruszką w nieznanym mu kierunku. Sugerując się położeniem dopiero wstającego, rannego słońca, szli na południe. Promienie słoneczne padały bowiem na twarz bohatera z lewej strony, przebijając się przez liście i gałęzie, grzejąc mu policzek i ciało. Drzewa tutaj rosły dość gęsto, a ścieżka była stara i zakrzewiona, toteż Anhur odczuwał wyraźny dyskomfort wędrówki. Najbardziej odczuwał brak butów. Bardziej może nawet, niż bielizny. Suche kawałki gałązek wgryzały mu się nieprzyjemnie w podeszwy stóp, a było tylko kwestią czasu, aż wreszcie wdepnie na coś na tyle mocno, iż skaleczy się na dobre.
- W Imperium! – odparła staruszka, nie kryjąc zaskoczenia, na pytanie Anhura – Nawet tego nie wiesz? Bogowie, cóż ci się stało, kochaniutki? Ładne diabły bawią się twoimi losami, wędrowcze… nie przejmuj się, odpowiem na więcej pytań, gdy dotrzemy na miejsce.
Zagadnięta o datę, staruszka przystanęła, odwracając się w stronę Anhura.
- Jest pierwszy Jullis, roku 1515 – rzekła nie od razu, teraz zdziwiona już nie na żarty – wczoraj było Flumelia…
Flumelia, czyli dzień przesilenia letniego. We Flumelia, Anhur wszedł w portal wiodący na Undus. Pierwszego Jullis… ale roku 1510. Serce łowcy nagle, jakby bez powodu, zaczęło wybijać rytm porównywalny jedynie z orczymi bębnami wojennymi, które słyszał kiedyś, w innym życiu, podczas walki o Mythdenn. Pięć lat. Minęło pięć lat. A on po prostu obudził się goły, gdzieś pośrodku niczego, na drugim końcu Sorii, z pustką w głowie. Łowca wmawiał sobie, że słabość, jaka nagle przycisnęła mu żebra, oraz ciemne mroczki przed oczami, to efekt zmęczenia, a nie… czegoś innego.
Koszula nocna przykrywająca obecnie wątłe ciało barda musiała być w tym pokoju jako element „zestawu” dla tych z gości, którym przyszłoby do głowy spać we własnym, zakurzonym, znoszonym ubraniu, tudzież dla tych, którzy nie podobnie luksusowego kawałka materiału nie posiadali. Prosta, lniana, bez żadnych ozdób, udziwnień, czy przebarwień, w sposób oczywisty nie należała do wyjątkowo często, tudzież intensywnie używanych. I cokolwiek Bartz w obecnej chwili by o niej nie myślał, nie mógł zaprzeczyć faktu, iż na nim była. Zaś okoliczności towarzyszące jej zakładaniu owiały byłe w jego umyśle mroczną mgłą tajemnicy. Rzut okiem na okno. Malutkie, dzielone na czworo, ze zwierzęcymi pęcherzami wetkniętymi w drewniane framugi, jak to często spotykano w biednych rejonach Imperium, gdzie szkło było rzadko spotykanym luksusem. Zaryglowane było jedynie na malutki, metalowy skobelek. Wystarczyło dobiec, jednym, błyskawicznym ruchem go usunąć z drogi i już – dało się skoczyć na zewnątrz. Jak na złość, wciąż walczący z dudniącym bólem głowy umysł Bartza nie umiał odpowiedzieć na pytanie, co znajdowało się dokładnie pod owym oknem. Skok z pierwszego piętra na ziemię bowiem niespecjalnie widział się bardowi jako perspektywa ucieczki. No i plan ów, nawet, gdyby się powiódł, co było względnie możliwe, oznaczałby pozostawienie całego swojego dobytku w pokoju. Bo raczej o dobiegnięciu do Marlene i do okna jednocześnie Bartz mógł jedynie marzyć.
Pozostała opcja druga. Ucieczka „Na szklarza”. Czyli mówiąc kolokwialnie: wciskać ludziom którzy mieli obecnie niezaprzeczalną przewagę kit.
-To może jednak? Ręczę dobrym słowem i przyzwoitością, że przekażę! Ja fuszerek nie odstawiam!
Fircyk skinął głową na jednego z goryli. Ów zrozumiał rozkaz bez potrzeby wypowiadania go na głos. Ciężka łapa ochroniarza spoczęła na lewym barku barda, zaś druga, w tej samej chwili, pięścią wielką jak bochenek chleba znalazła się gdzieś poniżej splotu słonecznego bohatera, wgniatając się w brzuch z impetem przypominającym wierzgnięcie wściekłego muła. Aż cały wczorajszy wieczór podszedł, z głuchym stęknięciem, bardowi do gardła. Do zwrotu jednak, szczęściem, nie doszło. Bartz jednak odczuł zauważalnie ów cios, łapiąc się kurczowo za brzuch, oraz z trudem łapiąc każdy oddech. Coś podpowiadało bohaterowi jednak, iż nie został nawet w połowie uderzony tak mocno, jak być mógł. Ten cios to była tylko lekcja.
- Fuszerkę, to ty już odstawiłeś, Parć! – prychnął, czerwony wściekle na twarzy pan *och wielce ważny* - wczoraj! Mówi ci coś imię Mirrana?
Mirrana, Mirrana… walcząc ze skurczami żołądka Bartz szybko po raz kolejny od momentu przebudzenia starał się odtworzyć wydarzenia ostatniego wieczoru. Mirrana brzmiało jak imię kobiece, bez wątpienia. Ale kobiet, cholera, było wczoraj wiele! Niejedna wyrażała wyjątkowe zainteresowanie samym bardem, jego grą, oraz pieśniami. Wieśniaczki, jak to wieśniaczki, poczuły tylko zapach miastowego i bardziej bywałego w świecie chłopa, to dostały niemal szału. Przystawiłby wiecheć słomy między nogi, a zajęłaby się żywym ogniem. Zwłaszcza córka młynarza pchała cycki mu wręcz pod nos, jakby podawała na talerzu stek do zjedzenia. A Mirrana? Może to była ta cicha brunetka, co to go ciągle o poezję wypytywała? Kurważ, Bartz, z poczuciem niesmaku musiał sam sobie przyznać, iż nie ma pojęcia o kogo go wypytywano.
Skrzywił się, gdy raz po raz gałązki i inne rzeczy wbijały się w stopę. "Arg, czemu to przynajmniej butów nie mam?" Zapytał się w myślach i zaczął uważniej stawiać nogi.
"A więc jednak nie trafiłem do Undusu, czyżby teleport był zepsuty?" Zmarszczył brwi w zamyśleniu. "Co też poszło nie tak? Mam nadzieję, że szybko odnajdę Bractwo i tym razem wszystko się uda.
Gdy staruszka się zatrzymała Anhur też przystanął. Jest pierwszy Jullis, roku 1515. Gdy to usłyszał zrobił szybką analizę. "Wczoraj była Flumelia, czyli od wczoraj tutaj je..." Coś się nie zgadzało w tej dacie. "Przecież jest rok 1510!! Czyżby ta kobieta oszalałą?!" Już otwierał usta by to powiedzieć, gdy w porę się zatrzymał. "Kto tu bardziej wyda się wariatem?! Czy kobieta, która przechadza się przez las, czy też jakiś golas, który leżał w lesie?!"
-To niemożliwe- wyszeptał- to nie może być prawda!- dodał nieco głośniej. Złapał się za głowę, w której jedynie co teraz czuł to pustka. Zamknął oczy. Czuł się źle, a nawet gorzej niż źle. W tym stanie pewnie by nawet nie zwrócił uwagę na wielkie stado orków grających na największych bębnach.
Po paru sekundach, choć dla niego mogło się wydawać godzinami otrząsnął się z tego. "Pięć lat to przecież szmat czasu!" Choć może dla elfów, to krótki czas, ale akurat teraz Anhura mało obchodziły elfy i ich posrane poczucie czasu. Dla niego 5 lat to można by powiedzieć całe życie. Zwłaszcza, że w tym czasie miał ważne zadanie do wykonania. Zadanie przez które zginęła Saihri. Czy jej poświęcenie jednak poszło na marne? Łzy pojawiły się w oczach, ale póki co nie chciały ich opuścić. Opuścił ramię, a zęby i pięść mocno zacisnął.
"Weź się w garść! Jeszcze nie wszystko stracone" Spróbował się zmotywować, ale jak na razie nie szło mu zbyt dobrze. "Przecież jeszcze żyjesz! Póki jest życie póty jest nadzieja!. Nie jesteś bezradny, możesz jeszcze to naprawić." Spojrzał na niebo. Było takie spokojne. Wziął głębszy oddech i jeszcze jeden. Już trochę lepiej czuł się, lecz jeszcze emocje buzowały w nim, niestety te negatywne. Na szczęście powoli ulatniają się, choć w strasznie wolnym czasie i coś czuł, że niedawny stan może zbyt łatwo powrócić. Spojrzał na staruszkę. Po czym przełknął ślinę
-Wybacz, ale najwyraźniej ktoś mi wyjął pięć lat życia- powiedział starając się, by głos brzmiał jak najspokojniej, choć sam nie był w stanie ocenić, czy ta sztuka się udała.
To było naprawdę zbędne! Już wystarczająco dużo razy go obito, sam nawet nie wie za co. Czasem lekko mijał się z prawdą, czasem tylko jej część dopowiadał, ale w przypadku, kiedy naprawdę nie pamiętał nocy, mogli mu wmówić wszystko i go za to jeszcze mieli czelność oskarżać!
Z całej siły wyrywał się kafarowi, lepiej być z dala od niego, niż tuż w zasięgu pieści, szczególnie tak wielkiej.
-Fuszerkę, to twój ojciec odstawił, fircyku jeden!
Mirrana... Mirrana... Jaka Mirrana? Jego żonka? Może faktycznie ją puknął? Uwiódł wieczorem, poświntuszył nocą, a wczesnym rankiem dziewucha dała dyla, zeby uniknać swojego zapchlonego mężusia. Każda by przecież to zrobiła!
-Żadnej Mirrany nie znam! Chędożony bucu jeden, albo mnie zostawisz, albo straże zawołam! Nie wmówisz mi niczego, nawet o tym nie myśl!
Spojrzał się po dwóch kolosach. A może to właśnie były straże? Dzień zapowiadał sie źle... Bardzo źle. Przecież ich tu nie pozabija! Jeszcze by co zapaćkali, fleje jedne.
Jakby tak... do okna, wyskoczyć, a po rzeczy wrócić odrobinę później? No ale jakby wyglądał, taki nieuszykowany i w mieście? Jego wizerunek by runął... Bardzo niedobrze...
-Panie, mówże pan o co się rozchodzi, byle spokojnie, to się dogadamy.
Szybka zmiana tonu i języka na znacznie bardziej odpowiadający poziomowi zarówno szpiclowi jak i jego obstawie. To powinni zrozumieć...
Myśli krążyły w głowie łowcy jak oszalałe. Pięć lat. Z perspektywy długowiecznej rasy, jak srebrne elfy z Bractwa Alair to było tyle, co nic. Mignięcie chwili. Minutka ledwie. Z perspektywy rasy krótkowiecznej, jak jorowie, była to niemal ćwierć żywota. Zaś dla człowieka? Anhur nie czuł się *starszy* o te pięć lat. Zupełnie, jakby spędził je w ogromnej lodówce, z której dopiero przed chwilą go wyjęto. Fizycznie czuł się znakomicie, jak gdyby to portal wiodący na Undus przeniósł go nie tyle w przestrzeni, co w czasie. Póki co nie miał pewności co do swojego stanu, ale fakt, iż jak do tej pory nie odczuwał żadnej większej różnicy w swoim stanie mógł napawać optymizmem.
Staruszka milczała dłuższą chwilę, pozwalając człowiekowi samemu pozbierać się ze swoimi myślami.
- Biedactwo... - szepnęła - ...chodź za mną. Jestem pewna, że wszystko wkrótce się wyjaśni. Chodź, chodź! - ponagliła.
I znowu, skierowała swoje powolne, starcze kroki gdzieś, pomiędzy gęstwinę, zostawiając Anhura samemu.
Pięć lat... co się z nim przez ten czas działo? Czy to wina portalu, błędu w sztuce magicznej? Czy ktokolwiek go szukał? Głowa bohatera na te wszystkie pytania nie miała żadnej, najmniejszej nawet odpowiedzi.
-Fuszerkę, to twój ojciec odstawił, fircyku jeden!
Bartz najwyraźniej miał kłopoty z poprawną oceną swojej obecnej sytuacji. Choć może wręcz odwrotnie? Wiedział doskonale, iż wpadł w niebanalne kłopoty aż po same uszy, ale wrodzona duma, oraz poczucie własnej wartości nie pozwalało mu po prostu ich zaakceptować i siedzieć, jak ta sierota, czekając na werdykt ze strony bogato ubranego lalusia? Dość jednak rzec, iż zniewaga ze strony bohatera należała z pewnością do gatunku tych poważnych, oraz, co tu ukrywać - celnych. Fircyk bowiem momentalnie zapłonął na całej twarzy, policzkach, a nawet nosie, karminową czerwienią.
Jak to czasem bawią się dzieci? "Pomidor!"
Goryl, ten sam, co przed chwilą, podniósł prawicę do kolejnego ciosu. Fircyk jednak gestem powstrzymał go przed ponownym przestawieniem Bartzowych wnętrzności.
- Taaak? - warknął szlachcic wstrętnie przeciągając ów wyraz - To pozwól, iż odświeżę ci pamięć, grajku zapowietrzony! Mirrana Freienhaus, jest moją córką! Szlachcianką z dobrego rodu, blisko spokrewnionego z miłościwie nam panującym! W przyszłym tygodniu, Mirrana ma w planu wyjść za mąż za innego szlachcica. Wszystko od dawna jest już przygotowane. Zaplanowane! Ustawione!
Wydawało się to niemożliwym, ale rumieńce na twarzy fircyka stały się jeszcze bardziej karminowe, niż przed chwilą.
- Ale co? Wczoraj, w święto Flumieliów, musiałeś pojawić się *ty*... a Mirranę, która akurat świętowała swój ostatni tydzień panieństwa, musiałeś uwieść i rozdziewiczyć, tak?
Fircyk wydał z siebie odgłos pośredni między prychaniem nastroszonego spaniela, a syczeniem spasionego, siedmiokilowego kocura.
- Rozdziewiczyłeś moją córkę, Parć - warknął - jeżeli to wyjdzie na jaw, cała moja rodzina zostanie skompromitowana. Zaręczyny anulowane. A projekt wspaniałego mariażu legnie w gruzach. Marrianę już *przekonałem*, iż nigdy, ale to nigdy nie zobaczy ciebie na oczy, zaś małżeństwo jednak będzie dla niej znakomitym pomysłem na życie. Ale podaj mi choć jeden powód, kogucie napowietrzony, dla którego nie miałbym kazać moim chłopcom, by urwali ci jaja i nie wpakowali ci ich we własną dupę?
Pytanie retoryczne.
Zaś w takiej chwili Bartz naprawdę poczuł siłę wyrażenia "mieć mieszane uczucia". Faktycznie, w głowie świtały mu jakieś przebłyski z ostatniej nocy. Kobiece jęki. Szalone zapasy na malutkim łóżku w klaustrofobicznym pokoiku. Chyba faktycznie... faktycznie z kimś kochał się w nocy. Ale kto to, zaraza, był? Przeklęty alkohol...
Aha! Czyli faktycznie! Noc zdecydowanie należy uznać za wielce owocną bo i z kobietą, i młoda. Dość wątpliwym było, czy przypadkiem dziewczyna nie odziedziczyła aparycji po ojcu, bo to byłoby fatalne. Jakby miała twarz choć odrobinę podobną do gęby tego urzędaska, wysokie czoło i taka gadkę, to Bartz się chyba powiesi rytualnie ze wstydu. Wszystko, tylko nie wysokie czoło. Ale byłby wstyd, jakby ktoś się o tym dowiedział.
-Szanowny panie -
Znów zmiana tonu, sytuacja była gorsza niż początkowo wyglądała. Bartz spojrzał się pod nogi, na prześcieradło pokrywające łóżko na jakim stał, aby zdeterminować obecność krwi. Już kilka razy go chcieli wrobić, to i wiedział jak sobie z takimi sytuacjami należy poradzić. Tak więc skierował wzrok na prześcieradło, odgarniając w miarę potrzeby kołdrę nogą, i w zależności od obecności krwi na nim, potwierdził, albo zaprzeczył zaproponowanemu przez fircyka przebiegowi zdarzeń poprzedniej nocy.
Jeśli prześcieradło było faktycznie poznaczone czerwonymi śladami, to poprowadził rozmowę w sposób następujący:
-Najmocniej ubolewam nad ową stratą, acz jednocześnie biję się w pierś ze smutku, bowiem i mnie ubodła ona niezwykle.
Jasne... Musiała być grzechu warta.
-Zatem rozwiazanie jest dość proste - do ołtarza pójdzie córka, ale na noc poślubną, w ciemnościach, podmieni się ją z inną równie piękną białogłową na czas krótki, a potem wszystko wróci do normy i nikt o niczym się nie dowie. I wilk syty i owca cała, a w ramach zadośćuczynienia zorganizuje najlepsze wesele, jakie kiedykolwiek Imperium widziało i na mą lutnie się klnę, żadnej z pańskich córek nie tknę nawet opuszkiem palca, a jeśli sobie szanowny pan zażyczy, to nawet nie spojrzę!
Natomiast jeśli stwierdził, iż urzędniczek próbuje go oszukać, wyrolować, zrzucić na niego winę, albo po prostu go nie lubił i z animozji właśnie owych, zechciał życie mu zatruć odrzekł:
-Mnie? Starego misia na sztuczny miód? Panie, nie ze mną te numery, tutaj żadnej krwi nie ma, nie wkopiesz mnie pan w jakieś bagno. Nie myśl sobie człowieku, że ci się uda. STRAŻE!!
Patrzył się tępo przed siebie starając się uspokoić. Gdy staruszka się odezwała ocknął się z tego stanu, po czym ruszył za nią.
"Cóż, najwyraźniej nic mi nie jest, więc jest dobrze. Tylko czy jeśli mi się nie udało dostać do Undusu, to czy dla Herlosa i innym się udało. Raczej wątpię w to, ale jeśli..." westchnął. "Niedobrze, lepiej nie myśleć o tym, bo i po co mam różne rzeczy sobie roić. Przecież i tak to nie poprawi sytuację." Spojrzał na niebo odzyskując spokój.
"Jak na razie jeszcze nic złego się nie zdarzyło." Skrzywił się. "No cóż, jeśli nie liczyć tej sytuacji, to nic, ale jak to mawiała matka, 'co Cię nie zabije, to Cię wzmocni.' Choć nie wiem, czemu miałoby mnie to wzmocnić."
"Tak, czy siak nie mogę się poddać,a pierwszą rzecz, jaką muszę zrobić jest odnalezienie Bractwa." Poczuł mocniejsze ukłucie w stopę, dzięki czemu wrócił do rzeczywistości. "Eh, no dobra, pierwszą rzeczą jaką muszę zrobić, to się porządnie ubrać, no i może też dowiedzieć się nieco o sytuacji. Tak czy owak, jedną z pierwszych rzeczy jaką muszę zrobić, to kontakt z Bractwem." Potaknął głową do swoich myśli. Już spokojny skupił się, by iść za kobietą jak najmniej przy tym się kalecząc nóg.
"Co cię nie zabije, to ciebie wzmocni". Anhur musiał stanąć oko w oko z tą prostą, prymitywną, oraz zarazem okrutną prawdą. Stracił ponad pięć lat życia. Pojawił się pośrodku niczego, nie posiadając przy sobie nic, nawet podstawowego odzienia. Z dala od domu. Z dala od bliskich sobie osób. Równie z dala od Undusu. W jego głowie ziała gigantyczna dziura, której nijak nie potrafił wypełnić. Jakby ktoś wyciął mu wprost ze łba kawałeczek mózgu, by pożreć go na śniadanie, razem z jego wspomnieniami.
Otaczający go las, jeszcze nie tak dawno radośnie zielony, pachnący i swojski, teraz stał się po prostu "lasem". Obcym, nieprzyjemnym, z dala od wszystkiego, co było Anhurowi bliskie i znajome.
Chatka, jaką ujrzał po kilku minutach marszu, zdawała się być integralną i nieodłączną częścią zagajniczka, jak gdyby nikt nigdy jej nie wybudował. Jak gdyby po prostu wyrosła wprost ze ściółki i mchu, zasiana przez jakąś wyjątkowo biegłą w swojej sztuce wiedźmę. Chatka była malutka i potwornie zaniedbana. Stare bele, służące jej za ściany były dość niedokładnie ze sobą połączone, zaś ciemne plamy wilgoci i potężne płaty mchu pokrywały każdy ich centymetr kwadratowy powierzchni. Podobnież stary, rozpadający się, łupkowy dach. Na nim również niepodzielnie rządził mech, niczym gargantuiczna bestia, która przysadziła się na szczycie domostwa, by pożreć jego mieszkańców. Drzwi zaryglowane były jedynie metalowym skobelkiem, toteż ich otworzenie nie nastręczyłoby trudności nawet ślepemu i upośledzonemu manualnie złodziejowi. Najwyraźniej staruszce tu żyjącej niespecjalnie zależało na bezpieczeństwie, tudzież nie miała nic wartego uwagi. Gdyby dodać do obrazu całości totalnie zdewastowany płotek, który niegdyś zapewne dumnie otaczał całą polankę z domostwem, a który obecnie pionowo otrzymywał się tylko na kilkumetrowym odcinku tuż przed frontem chatki, zaś całą resztę całkowicie zarosły zielska i krzewy, Anhur miał przed sobą dość biedne wyobrażenie całości.
- Zaczekaj, kochanieńki, za chwilę przyniosę ci tu jakieś odzienie... - staruszka zniknęła w ciemnościach chatki.
Przez chwilę Anhur stał na polance sam. Słyszał jedynie szum drzew, oraz szuranie dobiegające z domostwa. Gdzieś za chatką dobiegało go ciche, powtarzające się beczenie. Jakby owcy, lub, co bardziej prawdopodobne, w lesie - kozła.
Po kilku kolejnych minutach staruszka wyszła z chaty, kładąc przed progiem, na ziemi, naręcze ubrań.
- Załóż to na siebie. Mam nadzieję, iż będą pasować - powiedziała, ponownie znikając w domostwie.
Szybki rzut okiem na prześcieradło. Trzeba było przyznać Bartzowi, iż mimo stresującej sytuacji, miał łeb chłopak na karku i wiedział, w jakie klocki się tutaj grywa. Bard słusznie założył, iż jeżeli do radosnej defloracji doszło właśnie na tym łożu - a na to wskazywały jego mgliste wspomnienia - to nic innego, jak prześcieradło, stanowić będzie dowód koronny popełnionej zbrodni. Ba, może nawet wyśle je kiedyś Marrianie na pamiątkę? Albo lepiej - jej mężowi. Niech wie, że nie pakuje się w niezbadany przez człeka teren!
Niemniej jednak, rozumowanie Bartza było ze wszech miar słuszne.
Widok niewielkiej, mającej średnicę może dwóch centymetrów plamki koloru brązowego, oraz podobnej jej wielkości parę centymetrów obok, identycznego koloru, bard powitał jedynie myślą, znajdującą się gdzieś pomiędzy "o kurwa" a "cholera, jednak". Brązowe plamki nie mogły być niczym innym, jak tylko zaschnięta krwią. I to, sugerując się faktem, iż znajdowały się blisko środka prześcieradła a nie gdzieś na brzegu, raczej nie pochodziły ze skaleczenia, dajmy na to, palca. Bartz nie pamiętał, czy mogły one znajdować się tutaj *przed* jego przybyciem do pokoju. Mówiąc dokładniej, nie pamiętał bowiem przybycia do pokoju wcale. Wszelako, założyć należało, że nawet w takiej dziurze jak ta, raczej w karczmie zmienia się prześcieradła na czyste dla nowego gościa... a już na pewno, dla gościa, kurważ mać, honorowego. Muzyka!
Fircyk nawet nie raczył skomentować odkrycia dokonanego przez Bartza. Choć może to i lepiej.
- Chyba ze mnie kpisz... - wysyczał, słysząc propozycję Bartza - ...jakim kretynem trzeba byłoby być, żeby nie poznać, że wkłada się kuśkę w kogoś innego, niż własna małżonka? Nigdy nie słyszałem nic bardziej kretyńskiego!
Fircyk najwyraźniej nie był zbytnio wykształcony. Albo nie miał styczności z klasycznymi balladami miłosnymi, które były Bartzowi tak bliskie.
- Zamiast tego, chcę od ciebie, byś przywrócił mojej córce dziewictwo - rzekł fircyk.
Zaś Bartz przez chwilę nabrał stuprocentowej pewności, iż cała ta sytuacja jest jedynie wytworem jego podświadomości, oraz że w rzeczywistości impreza wciąż trwa, a siwucha, którą pił z wieśniakami była, kurwa mać, zatruta..
- Słyszałem plotki, iż niedaleko wsi, gdzieś w lasach, mieszka wiedźma. Stara kobieta, która pomaga lokalnym w ich problemach zdrowotnych. Nie wiem dokładnie gdzie. Sam będziesz musiał jej poszukać. I dowiedzieć, czy i za ile podobna operacja będzie możliwa. Wszystko, rzecz jasna, na twój koszt, Parć. Daję ci na to czas do wieczora. Znajdziesz mnie tutaj, w karczmie. Jeżeli zaś spróbujesz spieprzyć mi z oczu, bądź pewien, że w tej samej chwili pójdą twoim tropem ludzie ze wszystkich okolicznych wsi, oraz ludzie moich znajomych władyków w promieniu wielu staj. Dorwą cię, wykastrują i wypieprzą analnie tak, iż do następnego Julle na rzyci nie usiędziesz, rozumiesz, grajku?
Zaś Bartz z żalem musiał przyznać, że chyba jednak nie - chyba jednak była to rzeczywistość. Wielka, bohaterska przygoda! Odbudować pękniętą błonę jakiejś... eh... zaraza.
Szedł w milczeniu, nie chcąc zbytnio skupiać się na myślach. W końcu na to jeszcze przyjdzie czas.
Gdy ujrzał chatkę zatrzymał się i patrzył się na to dzieło. "Cóż trochę zaniedbany, ale za to w jakiś sposób tutaj pasuje.Chociaż, trochę wygląda na magiczne dzieło." Spojrzał jeszcze raz na staruszkę. "Choć bym się zbytnio nie zdziwił, żeby była jakąś wiedźmą. W końcu mało osób decyduje się na samotne życie." Przez chwilę zastanowił się nad swoją matką. Nie prawdziwą, bo i tak nigdy jej nie znał, lecz o kobiecie, która go wychowała. Teraz dopiero zorientował się, jak mało o niej wiedział. Choć lubiła snuć różne opowieści, to jakoś nigdy nie wspominała o sobie. "Cóż, w końcu wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak naprawdę zaopiekowała się mną. Mną znajdą, przy obcej kobiecie, która umierając przekazała mnie, wierząc, że dzięki temu uratuje mnie."
Zrobiło się ciężko na sercu Anhura na te wspomnienia. Ciężar, który wynikał ze swej niewiedzy i ignorancji na temat matki, oraz z powodu osamotnienia, jaką poczuł.
Westchnął lekko, odgonił od siebie łzę, która już szukała wyjścia, po czym znów skupił się na teraźniejszości. Czyli na stosie ubrań, którą kładła teraz staruszka.
-Dziękuję- odpowiedział, po czym wziął się za odzienie. Gdy już się z tym uporał, z nową energią zabrał się do działania, czyli jak na razie do wejścia do chatki.
To tak się da? Niesłychane! Wprost niesamowite! Wyjdzie z tego cało… No, ale fuszerką tego nazwać nie można było. Zrobił co miał zrobić i zrobił to jak na mężczyznę przystało, a nie jakiegoś mięczaka.
Ciemny tłuk jeden - pomyślał sobie - przeciez jak Króla Marka udało się oszukać w ten sposób, to co, niby jakiś podrzędny baronik czy kto tam, miałby się zorientować? Pewnie po wszystkim jeszcze by o własną matkę się założył, że to była jego żonka! No nie ma mowy... Tak to jest, jak ludzie świata poza kwitami, dekretami i ukazami nie widzą. Przeklęty kogucik... Ja go jeszcze
-Po pierwsze, to nie jestem żaden Parć, tylko Bartz i póki łaskawy pan nie raczy nauczyć się wymowy tego słowa należytej, to i ja nie pojmę niczego, bo odzywam się tylko na słowa skierowana w MOJĄ stronę, a nie nazywam się Parć.
Są pewne rzeczy, które po prostu irytują go do granic możliwości. Nie po to matka dała mu takie piękne imię, żeby teraz jakiś wypierdek, co to myśli, że każdy rozum zjadł, bezczelnie wymawiał jest jak nazwę jakiegoś kapcia! Właśnie w takich momentach puszczają w nim nerwy i jest w stanie się porwać na osławioną głupotę heroiczną, jak takie właśnie docinki. Nawet jeśli cel tych docinków był uzbrojony w dwóch wielkich młokosów.
-Ale do rzeczy łaskawco mój! Kajam się za łotrostwo jakiego się dokonałem skradając nieskazitelne serce i cnotę córki pańskiej! Uwielbieniem i miłością największą darzył będę jaśnie pana, jaką ojca swego jedynego nie darzę, jeśli ulituje się miłościwy nade moją nędzną osobą i pozwoli tylko odkupić swoje grzechy i winy mi odpuści moje jako i ja odpuszczam moim winowajcom.
Bardzo, ale to bardzo do takich negocjacji przydawało się jego zajęcie. Odrobina kolorytu dodana do esencji poznanego tu i ówdzie aktorstwa oraz wyczucie tego, co chciałby obecnie rozmówca usłyszeć mogły mu pozwolić ujść z tego miejsca z życiem i w niezmienionym stanie ciała. Z sakiewką będzie znacznie gorzej, bo jeżeli brać za prawdę to, co ten człowiek wygadywał, to byłoby z nim naprawdę źle.
-Panowie łaskawcy, jeśli raczycie dać mi dosłownie moment na wyszykowanie się oraz uregulowanie wszystkich malutkich spraw, jakie mam jeszcze do uregulowania z tutejszymi, pragnąłbym jak najszybciej wyruszyć w drogę celem odzyskania tej porwanej ‘koszuli nocnej’.
Wspaniale! Do wieczora musi zrobić coś, co jest chyba niemożliwe, a przynajmniej nigdy jeszcze o tym nie słyszał. Do tego grożą mu bardzo dotkliwą karą i pozbawieniem części męstwa. Tak się nie godzi.
Jeżeli wizytatorzy dali się wyprosić, to Bartz bardzo szybko się umył, przebrał, spakował, zabrał Marlene i wyszedł z izby zamykając za sobą drzwi. Zszedł jeszcze na dół, na parter karczmy aby zasięgnąć od karczmarza informacji. O ile tylko tam nie spotka go coś niesamowicie zaskakującego.
Natomiast jeśli nie pozostawili Bartza samemu, to nie pozostało mu nic więcej niż tylko czekać na reakcję fircyka i liczyć na to, że nie zostanie obity po raz kolejny.
Ubrania, szczęściem, były męskie i wykonane solidnie, acz nie ulegało wątpliwości, iż nikt już od bardzo dawna ich nie nosił. Prosta bielizna, równie proste, spodnie, oraz lniana, biała koszulka wiązana pod szyją sznureczkiem. Spodnie nogawki miały zbyt długie, ale w pasie, jakimś miłym zrządzeniem losu, pasowały znakomicie. Koszula z kolei była przeznaczona dla kogoś znacznie gorzej od Anhura zbudowanego i nieco niekomfortowo opinała go w klatce piersiowej, ale to również nie była niedogodność jakoś wyjątkowo przeszkadzająca w egzystencji. Tym, co najbardziej łowcę interesowało, były buty. Wykonane ze skóry, o grubej podeszwie i wysokiej cholewce, zdawały się całkowicie nie pasować do ubioru wieśniaka, który mu ofiarowano. Buty były zdecydowanie wysokiej jakości i zdecydowanie należały pierwotnie do kogoś innego niż właściciel ubrań.
Gdy tylko zakończył ubieranie się, Anhur momentalnie poczuł się raźniej. Nie musiał już świecić tyłkiem przed bogom ducha winną kobieciną. Miał coś na grzbiecie, co od biedy mógł uznać za swoją własność. Miał jakiś początek. Coś na start.
Wnętrze chatki przytłaczało skromnością. Cała chatka składała się w jednej, rozległej izby. Jeden kafelkowy piecyk i sterta niedokładnie porąbanego drewna przy nim. Jedno, malutkie i znajdujące się o krok o całkowitej rozsypki łóżko z niedbale rzuconą nań pościelą. Jakaś stara szafa. Jakaś stara komoda na różnego rodzaju rupiecie... Tym, co przykuwało uwagę bohatera był fakt, iż u powały chatki znajdowały się niezliczone wręcz pęki suszonych, lub też dopiero ususzanych ziół i roślin, z których wielu łowca nawet nie poznawał. Pod malutki, dzielonym na czworo okienkiem Anhur dostrzegł stół, na którym staruszka trzymała szereg kolejnej roślinności, noży do ich szatkowania, a nawet moździerz i tłuczek do ich miażdżenia.
- I jak ubrania, złociutki? - zaskrzeczała odrobiną starowinka, stojąc przy owym stole i starczymi, pomarszczonymi dłońmi głaszcząc zgromadzone na nim zioła.
Bartz z kolei w tym samym czasie z sobie tylko znaną grają i bezczelnością dawał popis jednego ze swoich sztandarowych numerów, czyli wciskania ludziom kitu w taki sposób, by jeszcze cieszyli się, że się do nich odezwano.
[blef]
- Panie Bartz... - po raz pierwszy od początku rozmowy nazwisko bohatera zostało wypowiedziane poprawnie.
Bohater jednak nie dawał fircykowi dojść do słowa.
- Panie Bartz...
Monolog bohatera trwał.
- Panie Bartz!
Bard zakończył akurat słowa "koszuli nocnej", gdy pan Feirenhaus, kręcąc z niedowierzaniem głową, machnął w jego stronę lekceważąco dłonią, iście wielkopańskim gestem.
- Dobrze. Dobrze! Rozumiem. Załatwiliśmy wobec tego tutaj wszystko. Mając na uwadze wszystko to, co zostało powiedziane, liczę, iż spotkamy się tutaj wkrótce. W drogę! - zakomenderował do swoich goryli.
I nie minęło kilka sekund, jak bard pozostał w swoim pokoiku sam.
Bartz zgodnie z planem, bez najmniejszych przeszkód wynikających ze zdarzeń niespodziewanych tudzież niesamowitych bardzo szybko się umył, przebrał, spakował, zabrał Marlene i wyszedł z izby zamykając za sobą drzwi. Doprawdy, imponująca wyobraźnia nie była tutaj potrzebna, zaś kości losu, wyznaczające sukces czy też porażkę wszystkich czynności, które w życiu człowieka są podejmowane, tym razem nie potoczyły się po stole bogów.
Bartz mógł najzwyczajniej w świecie doprowadzić się do porządku, oraz zejść na parter karczmy, który gdzieś, mgliście w zakamarkach jego pamięci jawił mu się jako miejsce sodomii i gomorii wszelakiej.
- Ach, panie Bartz! Dzień dobry, dzień dobry, co podać słynnemu śpiewgrajkowi?
Karczmarz. Tak, to był karczmarz. Jak on miał, zaraza na imię? I jakim cudem wyglądał tak obrzydliwie świeżo i radośnie, podczas gdy Bartza od samego rana spotykały wszystkie możliwe przeciwności i koleje losu? Ani chybi, cwaniaczek, wczoraj nie pił, jeno liczył zyski. W każdym razie wczorajszy występ barda musiał wyjątkowo przypaść mu do gustu, bo skurczybyk, naskakiwał wręcz, jak wokół samych mistrzów Sztuki z Esendii.
Karczma ziała pustką o tej porze. Oprócz bohatera i karczmarza, nie było w niej nikogo. Wszystkie stoły był wolne. Zaś szereg butelek ustawionych na półkach tuż za kontuarem przyprawiał o mdłości i ból głowy samą swoją obecnością tym samym pomieszczeniu, co wybitnie pokrzywdzony dziś przez życie bard...
"Cóż, trochę nie pasują, ale przecież nie będę narzekać. W końcu to co mam jest o niebo lepsze od tego co miałem... no, raczej od tego czego nie miałem."
Rozejrzał się po izbie. "Skromnie, ale najważniejsze rzeczy są." Spojrzał na zioła, które wisiały niemal wszędzie. Był pod wrażeniem tego zbioru, spróbował rozpoznać je, ale po chwili zrezygnował. Było tego zbyt dużo, zwłaszcza, że większość i tak widział pierwszy raz.
"Niesamowite, ile tu tego. Więc moje przypuszczenia są prawdziwe, jest ona wiedźmą..." Zauważył jak głaszcze zioła. "...a przynajmniej zielarką."
-A tak, są dobre, a zwłaszcza buty- odpowiedział z uśmiechem -jestem naprawdę wdzięczny i niech Eleyna pobłogosławi panią, za dobroć jaką otrzymałem od pani...
To przypomniało mu, że jeszcze się nie przedstawił i że nie zna imienia wybawczyni. Podszedł bliżej staruszki, po czym powiedział:
-Wybacz, pani, ale nie zdążyłem jeszcze się przedstawić. Nazywam się Anhur i jestem łowcą, dlatego, jeśli pani potrzebuje bym coś upolował, to z chęcią pomogę w podzięce za pomoc- Po czym ukłonił się lekko. Wyszło to mu nie zgrabnie, ale liczą się przecież chęci.
-I byłbym dozgonnie wdzięczny, za parę informacji o okolicę i to o czym powinienem wiedzieć, po pięciu latach nieobecności.
No właśnie... Jak on miał na imię? To przecież nieistotne, są sposoby, żeby się dogadać imienia w ogóle nie znając. Ścinać powinni takich, co to mają imiona, których się zapomina. Takich, co skacowanych irytują swoją chęcią do życia, psia krew, na pal powinni. Ciekawe tylko co ten wywinie.
-Witam najwspanialszego gospodarza, jakiego kiedykolwiek ta ziemia nosiła! Wdzieczny jestem i pokłony bije za możliwość mi daną wczorajszego wieczoru i nocy błogiej!
Wystarczy użyć superlatywu, a rozmówca i tak będzie ukontentowany, niezależnie czy zapomniało się jego imienia, zawodu, czy może tym, że jesy twoim małżonkiem. Wystarczyło jedno 'wspaniały' i drugie 'naj' a każdy, absolutnie każdy stawał sie przyjazny.
-Gospodarzu kochany, jeśli łaska, prosiłbym o wodę i jakąś strawę lekką, bowiem muszę wyruszać.
Kiedy on się, kurwa mać, przestanie wreszcie upokarzać i grać pajaca przed tą całą bandą naiwniaków? Trzeba raz na zawsze uczynić coś, co sprawi, że to inni do niego się będą płaszczyć jak do króla, o jego względy będą zabiegać, o jego wstawiennictwo i szacunek. Póki co, to on wiecznie grywał na straconej, proszącej pozycji.
-I, panie dobry, potrzebuje zasięgnąć się rasy, ale na tyle dyskretnej materii, że wolałbym to zrobić na ucho, cicho. Jeśli to tylko nie godzi w jaśnie pana, a jest obyczajowością lokalną dopuszczalne, byłbym zobowiązany wielce!
Jeśli gospodarz, rzecz jasna, przystanął na ten drobny warunek, Bartz kontynuował.
-Wiedzieć mi potrzeba, łaskawco, co tu gdzie wiedźma żyje. Pogłoski dosięgły mnie, że tu, w tych lasach niedaleko, jest jedna, a bardzo potrzebuje się jej naradzić w pewnej dyskretnej i nie cierpiącej zwłoki sprawie, tak więc panie, słyszeliście może coś na ten temat? Albo może żona pańska wiedzieć coś o tym będzie? Zależy mi na tym bardziej niż na wszystkim innym.
A w innym przypadku, zaczął bardzo powoli spożywać posiłek, który mu podano (o ile to zrobiono), chcąc zwrócić na siebie uwagę co bardziej oblatanych w sprawach okolicy, ludzi. A nuż ktoś wie więcej niż tutejszy karczmarz? Jakaś stara przekupa, plotkara wioskowa?
(-Moooja głowaa... Żeby ta wiedźma jeszcze umiałą ból glowy usuwać, oświadcze się jej chyba jak ją spotkam!)
W chwili, gdy Anhur dziękował staruszce, ta, zauważalnie, rozpromieniła się radośnie w jego stronę. Delikatnie skłoniła przyprószoną siwizną głowę, machając jednocześnie dłonią w geście proszącym, by łowca się nie wygłupiał i dał sobie święty spokój z dziękowaniem za cokolwiek.
- Proszę, proszę… - rzekła - …nie dziękuj za cokolwiek. Jedynie dałam ci ubrania. To naprawdę niewiele, kochaniutki. Czym są ubrania w porównaniu z pięcioma latami?
Anhur zdawał sobie sprawę z tego, iż staruszka miała rację. Jednocześnie jednak, ktoś obiektywny mógłby rzec, że pięć lat czy nie pięć lat – teraz miał przynajmniej na sobie buty i spodnie. A nawet największy spośród bohaterów pieśni zaczynał od podobnie niskiego pułapu. Dobro okazane bezinteresownie zawsze winno być doceniane i nagradzane. Właśnie z faktu bycia bezinteresownym dobrem.
- Mów mi Dhalia – przedstawiła się.
W chwili, gdy wypowiedziała to imię, Anhur poczuł, jak w tyle jego czaszki pulsować zaczyna delikatne, odrobinę irytujące mrowienie. Bulgoczący, dziwaczny odgłos, jakby gotującego się błota znowu rozległ się w uszach bohatera. Dhalia jednak nie zdawała się zauważać czegokolwiek. Wciąż wpatrywała się w bohatera, jakby zaniepokojona tym, co widziała w jego reakcji. Tymczasem odgłos rósł w siłę. Anhur gotów byłby przysiąc, iż wśród dźwięków wyłapuje nawet jakby… słowo. Może nie słowo nawet. Wyłapuje „coś”. Pojedynczy wyraz.
Bartz…
Jak na złość, nic mu ono nie mówiło. Ani nie mógł rzecz, czy to słowo coś oznacza, czy to nazwa miejsca, czy to czyjeś imię.
- Dobrze się czujesz? – zapytała zaniepokojona staruszka – Wiem, że to musi być dla ciebie ciężkie, obudzić się tak znikąd po pięciu latach w obcym ci terenie. Nie przejmuj się, wszystko wróci w swoim czasie. Niestety, nie będę mogła długo ciebie tutaj gościć. Mogę dać ci kilka drobnostek na drogę i pokierować do najbliższej miejscowości. Po tym jednak, będziesz musiał mnie opuścić. Nie mogę tutaj nikogo podejmować zbyt długo, kochaniutki…
blef
Karczmarz, starszawy facet w poplamionym fartuchu, początkującej łysinie i z wąsikiem, skakał wokół barda niczym mefit wypuszczony z diabelskiego pudełka. Obrzydliwy, służalczy uśmiech nie schodził mu w twarzy nawet przez moment. Kilka pochwał ze strony Bartza zadziałało na nim daleko bardziej, niż na fircyku jakiś czas temu. Gospodarz wręcz rozpływał się, taka jego mać, w oczach, słysząc sam miód z ust barda. Zupełnie, jakby sam awatar Aesira zstąpił z niebios i udzielił jego żałosnemu, rozpadającemu się przybytkowi szeregu błogosławieństw.
- Oczywista, mosterdzieju! Oczywista! Śniadanie w koszta już wliczone, spieszę, spieszę!
Nie dłużej jak po paru minutach, przed bohaterem spoczął dzbanuszek świeżego mleka, kilka pajdek chleba, osełka masła i wędlina już skrojona w plastry, wraz z zestawem podstawowych sztućców. Biorąc pod uwagę specyficzny stan, w którym się znajdował, obecnie sama myśl o jedzeniu czegokolwiek napawała go trudnym do opanowania wstrętem. Wszelako, wieloletnie doświadczenie tej materii upewniało go zarazem, iż bardzo szybko, gdy pierwszy kac zeń zejdzie, zrobi się cholernie głodny. Inna sprawa z mlekiem. Ono wyglądało nieziemsko wręcz apetycznie i zachęcająco. Dzbanek, w każdym razie, był miło chłodny w dotyku, a sam napój – aromatycznie pachnący świeżością.
Karczmarz uważnie wysłuchał prośby bohatera, aż na jego czole wykwitły trzy szerokie, poziome bruzdy, świadczące niechybnie o zaawansowanych procesach myślowych, które rozgrywały się w jego głowie.
- Wiem, o kim, mosterdzieju, mówita.. – zaczął – ..alem ja nigdy u niej nie był i nie znam doń drogi. Wiedźma, jak to wiedźma. W lesie, ot! Rzadko tu bywa. Częściej kobity do niej chodzą, rozpytują o różności, kto by tam je wiedział… ale wiedźma dobra, porządna. Krowę chorą uleczy. Czasem deszcz sprowadzi, gdy trza. Nie przeklina często, chyba, że kto mocno jej podpadł – rzekł stanowczo.
- Jedzcie, jedzcie, mosterdzieju, a ja za moment córę mą wam tu podeślę. Ona będzie wiedzieć! – podchwycił po chwili, ruszając żwawym krokiem w stronę drzwi prowadzących na zaplecze karczmy i zostawiając barda samemu z posiłkiem.
Skrzywił się, kiedy poczuł pulsowanie w głowie. "Co się dzieje?" Zapytał się w myślach mocno zaniepokojony, zwłaszcza, że dziwne zjawisko zaczęło się nasilać. "Co to za dźwięk?" Chciał odruchowo sprawdzić skąd dobiega ten dźwięk.
"Najwyraźniej Dhalia nic nie słyszy." Pomyślał widząc brak reakcji kobiety. "Więc dlaczego ja słyszę. To przez te moje pojawienie się? Czy też efekt tego uroczyska, o którym wspomniała"
Zamrugał zaskoczony, ponieważ zdawało się, że ten bulgot wraz z siłą zyskuje też coś na kształt słów. Choć tego zbytnio nie chciał skupił się by wyłapać sens tego dziwnego przekazu, o ile to był przekaz.
"Już prawie... już prawie mam..." W końcu coś złapał, pojedyncze słowo. "Bartz? Co to jest?" Był zły na siebie, że nie zna znaczenia tego słowa. Spojrzał na staruszkę i powiedział:
-Dhalio- przełknął ślinę -...coś przed chwilą słyszałem, znaczy się zdawało mi się, że usłyszałem. Na początku to był jakiś bulgot, ale później usłyszałem to, znaczy się słowo... 'Bartz'. Czy wiesz co to może oznaczać?
-Więc to tak? Doskonale panie, doskonale. Za strawę dziękuję
Przyjrzał się śniadaniu. Apetycznie, ale jednocześnie nieapetycznie, ale...
MLEKO!
Mleko! Bogowie pobłogosławcie każdą jedną krowę, owcę, kozę i każde jedno zwierze, które ten padół raczy słodzić swym błogim każdemu z osobna i wszystkim naraz mlekiem! Naturze chwała za niską temperaturę tego dzbana i za kołnierz śród martwych wyciągającą! Oto one, mleko! Napój dzieciństwa, młodości, życia dorosłego i przysmak każdego staruszka, który miał ostatki zdrowych zmysłów aby tylko mleka w swym szaleństwie nie odrzucić od diety! To jest magiczny eliksir wszystkiego! MLEKO ! Ale od mleka i kaca, który zdradą i występkiem między wspaniałymi łykami wina wdarł się do głowy i jeszcze ją zamieszkiwał mimo usilnych znaków, iż na niego pora, była poza! Poza jest absolutnie wszystkim. Kiedy nie ma się rozbudowanej muskulatury, dającej szacunku pełne worki w każdym miejscu, gdzie się zawita, rzeźby ciała niczym tej, która personifikuje bóstwa, jakich podobizny są wydobywane z surowych kształtów kamieni, należy liczyć tylko na pozę! Nie może się tak po prostu rzucić na dzban i barbarzyńskim gestem wychlać zawartość oddając się bezbrzeżnej ekstazie chłodu w gardzieli suchej. Oczekiwanie na moment, aż ten, kto raczył w swej intencji, trafnie mleka dać, odwróci głowę, było więcej niz zbyt srogą chłostą. Sekundy, kroczki jakie stawał dzieliły go od mleka. Czuł na sobie jego spojrzenie i wołanie 'wypij mnie! WYPIJ MNIE!'. Wreszcie się odwrócił. Do kruków z pozą. Bartz rzucił się i bezczelnie wlewał w siebie świętą ciecz. Cóz za rozkosz! Nie dziwota, że bogom własnie mlekiem składano ofiary! Mlekiem i miodem! Zaraz po mleku należało wmusić w siebie jedzenie. Mleko, masło, wędlina i pieczywo. Godne to to nawet i samego króla, a jemu w zaszczycie przyszło tak jadać!
Dopiero zwilżając gardziej, noc uprzednią całą umilające i winem zraszane, miał chwilę na namysł. Smarując chleb masłem (co względną było rzadkością) miał czas na objęcie myślami sytuacji w jakiej się znalazł. Pierwiej potrzebuje wiedźmy, jej czarów i guseł. Wtóre - potrzebuje również dziewoi, bo jemu w tej specyficznej materii nie trzeba było mu nic przywracać. Problem był taki, że dziewczyna miała przecież zakaz na spotykanie się z nim. Najwidoczniej trzeba będzie kogoś uprowadzić - albo wiedźme, albo córkę źle strzeżoną. Ostatnie dwa warunki zdawały się być najcięższymi do spełnienia. Miał czas tylko do wieczora, a przecież tak bardzo wcześnie nie było. Musiał też wiedźmie czymś zapłacić, a pieniędzy wiele nie posiadał. Jeżeli będzie to możliwe, zrobi coś dla niej, ale to jeszcze bardziej uszczupli jego zapasy czasu.
W grę wchodziła jeszcze ucieczka... Pankracek mógł przecież blefować. Pewnie tak właśnie było. Nie jest wyjątkowo wysoko postawionym oficjelem, toteż nie bedzie dysponował ilosciąludzi niezbędną do odnalezienia osobnika, który mógł być w drodze już cały dzień. Kto jeden wie, czy nie wozem. Możliwość rozpatrywana była taka, że jednak mówił szczerze i zrobi to, żeby jego córka była 'pełnowartościowa'. Zdecydowanie bezpieczniej byłoby po prostu odwalić pańszczyznę i zwiewać stąd później co sił w nogach, bo się jeszcze paniczykowi może odwidzieć ta jego łaskawość. Psia jego mać, kiedyś go dopadnie i ukarze za tego 'Parcia'.
Konsumował śniadanie wyczekując córki gospodarza. Im szybciej ruszy tym lepiej będzie. A najbardziej zadowalającym go rozwiązaniem sytuacji byłoby, gdyby córka tego chłopa zaprowadziła go do wiedźmy. Przyjemne z pożytecznym.
Czoło Dhalii zmarszczyło się zauważalnie, gdy Anhur zdał jej sprawę z dręczących go przypadłości. Kobiecina wpatrywała się w tej chwili w łowcę z iście, babciną troskę i zafrasowaniem. Przekrzywiła głowę lekko w bok, przygryzając wargi w iście, dziewczęcym, a nie starczym geście.
- Wiem... - rzekła nie od razu - ...wiem, że cierpisz na podobną przypadłość. Wyczułam to w tobie od razu, już na uroczysku.
Anhur kojarzył, iż owe dziwaczne odgłosy towarzyszyły mu już od sekundy w której się przebudził gdzieś na polance, otoczony mistycznie cudownymi zapachami.
- Dlatego nie możesz u mnie zostać, kochaniutki. Nie mogę ci pomóc. Nie mogę ci tego wyjaśnić. To problem daleko większy niż na moje wątłe, starcze siły. Nie wiem też, kto mógłby.
Staruszka zakręciła się w mieszkaniu, otwierając stojącą pod ścianą komodę. Po chwili wyjęła zeń malutki mieszek, który, sugerując się brzdękiem, wypełniony był monetami. W ręku trzymała również krótki łuk, wykonany jakimś prostym splotem, oraz kołczan z kilkoma strzałami.
- Tutejsi mają mnie za wiedźmę, nie bez racji - uśmiechnęła się - zaś gdy kilka dni temu miałam sen, iż muszę zakupić łuk i strzały, gdyż komuś się one przydadzą wiedziałam, że był to znak, którego nie należy lekceważyć. To dla ciebie, Anhurze.
Wyciągnęła dłonie w stronę łowcy.
- Zanim odejdziesz powiem Ci tylko, byś z mojej chatki kierował się na północ. Dojdziesz do dróżki, którą skierujesz się w stronę wschodu. Dojdziesz do malutkiej wsi, zwanej Grounhorm. "Bartz" to imię barda, który, jak słyszałam, od wczoraj nieco tam rozrabia - na ustach staruszki zagościł tajemniczy uśmieszek.
Dhalia podeszła do drzwi chatki, otwierając je.
- Nie możesz tu dłużej zostać, kochaniutki. Wybacz mi, Anhurze, ale czuję, że po prostu nie możesz.
Sam wyżej wymieniony Bartz z kolei, choć całkowicie nieświadom, iż właśnie w tej chwili, ktoś, całkiem niedaleko, rozprawia o jego biednej, pogrążonej w kacu osobie, zajął się bez reszty śniadaniem. Gdy tylko karczmarz zniknął w poszukiwaniu swojej córki, bard rzucił się łapczywie na dzban z mlekiem. Mlekiem! Zaprawdę, raję mają ci, którzy twierdzą, iż najprostsze rzeczy potrafią cieszyć najbardziej. Mleko! Chłodne, świeżutkie, słodkie, przykryte leciutką warstwą kożuszka, spływało w dół gardła bohatera jasnym, czystym światłem, a nie płynem jeno. Każdy kolejny łyk był niczym najprawdziwsza ambrozja i nektar w jednym, niczym najdoskonalszy lek wyganiający w niepamięć całą suchotę przełyku oraz paskudny posmak alkoholowy tak częsty w syndromie dnia następnego.
A mówiąc prozą: mleko to było właśnie to, czego bard w tej chwili potrzebował.
Karczmarz, mimo całej swojej odrzucającej dość aparycji z pewnością wiedział, iż jego gość raczej nie obudzi się dziś świeżutki i śpiewający, toteż wiedział, skurczybyk, co podać mu do posiłku. To należało mu przyznać.
Reszta śniadania, w innych okolicznościach zapewne byłaby równie królewska. Obecnie jednak zaliczała się jedynie do kategorii zła koniecznego, które jakoś należało przeboleć, aby później w ciągu dnia nie cierpieć daleko gorszych konsekwencji.
W chili, gdy Bartz kończył się posilać, do sali powrócił karczmarz wraz z córką.
Widząc z kolei córkę, bard nie mógł oprzeć się wrażenia, iż daleko pada jabłko od jabłoni. Dziewczę w niczym nie przypominało swojego dość mało atrakcyjnego ojca i albo pochodziło z nieprawego łoża, albo miało matkę urody tak cudnej, iż godnej królewskich zamutzów. Tak czyn inaczej, córeczka tatusia była ludzką kobietą lat nie więcej niż dwudziestu. Delikatna, odrobinę dziecięca twarzyczka ozdobiona była kształtnymi ustami, oraz wielkimi, niebieskimi oczami, jak również lekko zadartym noskiem. Blond włosy, długie, upięte miała w kok z tyłu głowy, tak, aby nie przeszkadzały jej w pracy, co nie przeszkadzało im zarazem odsłaniać iście łabędziej szyi i krągłych ramion. Wzrok, w miarę, jak przesuwał się w dół jej ciała nie mógł nie napotkać dużego, doskonale kulistego biustu, który zauważalnie odcinał się w materiale zgrzebnej, lnianej koszuli, którą posiadała na sobie. Że o płaskim brzuchu, wąskiej talii, oraz szerokich, cholernie kobiecych biodrach nie wspominając. Stawiając kolejne kroki długimi, atrakcyjnymi nogami, całość kołysała się na tyle ponętnie, iż Bartz musiał mimo woli przyznać, że... że... zaraza, że mowę odbierało. Tutejsi musieli się zabijać o tą nimfę. Wieśniacy, urodą podobni bardziej dzikom, tudzież tępym wołom nijak mieli się ku jej gracji.
- Witajcie, panie Bartz - rzekło dziewczę, zatrzymując się przy stoliku i płonąc trudnym do wyjaśnienia rumieńcem.
Czy ja ją wczoraj widziałem? Bardowi w tej chwili ciężko było oddzielić wspomnienia wczorajszego wieczoru od własnych fantazji na jej temat.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum