Bądź tak uprzejmy i spróbuj przemyśleć następujący problem - na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie. Oto cień mojej szpady. Ale są również cienie drzew i cienie istot żywych. A może chcesz złupić całą kulę ziemską, usuwając z jej powierzchni wszystkie drzewa i wszystko, co żyje, ponieważ masz taką fantazję, żeby się napawać niezmąconą światłością? Jesteś głupi.
Woland, Mistrz i Małgorzata
Miasto Cieni
- kroniki Fayvarda Vainhama
To był pracowity i owocny rok w Dorienburgu dla Fayvarda. Dorienburg! Stolica imperium! Miasto, gdzie żadne marzenie nie wydawało się odległe, a żaden cel – zbyt abstrakcyjny. Gdzie możliwości leżały tuż obok ogromnych pieniędzy na ulicznym bruku, a jedynym wysiłkiem w celu ich zdobycia było po prostu zatrzymanie się i schylenie. Gdzie wyrażenie „chcieć to móc” nabierało całkiem nowego znaczenia dla każdego, kto znalazł w sobie dość sił, by się o tym przekonać.
Fayvard chciał. Nic tak jak ulica nie uczy, że albo ludzie będą się ciebie bali i szanowali cię, albo staniesz się nikim. Bohater znał tę prostą prawdę. Znał ją doskonale. Znał ją z własnej nieraz obitej twarzy, z niejednej przeżytej walki, z niejednego razu, gdy z duszą na ramieniu gubił za sobą gdzieś w ciemnych alejkach sunący za nim pościg… znał ją też z krwi ofiar, które dopadł, z krzyków mordowanych, z gulgotu podrzynanych gardeł, z zaskoczonych wyrazów oczu i twarzy. Dorienburg uczył wyzbycia się litości, uczył skuteczności, uczył działania… zaś Fayvard należał do jego najpilniejszych uczniów.
Nie wiedzieć czemu, właśnie ta myśl, o szacunku i strachu, przyszła mu do głowy teraz, gdy siedział naprzeciw Theroniusa w bogato urządzonym salonie jego rezydencji, w centrum dorienburga. Dwóch postawnych goryli stało w pewnej odległości od dwójki rozmawiających, nie spuszczając z bohatera wzroku nawet na chwilę. Ich dłonie, zaciśnięte na mechanizmach spustowych naładowanych kuszy, zdawały się być wykute z kamienia. Czekali tylko na jeden nieostrożny ruch… a jednak mimo wszystko nie dało się pozbyć wrażenia, iż czuli przed zabójcą respekt. Respekt, na który zasłużył. Pozwolono mu mieć swoją broń, siedząc po drugiej stronie malutkiego stolika do napojów, w samym środku rezydencji bogatego szlachcica. Zdecydowanie na to zasłużył.
- Cieszy mnie, że tu przybyłeś, Fayvardzie – odrobinę otyły, nienagannie ogolony i przystrzyżony, gustownie ubrany mężczyzna zza drugiej strony stołu posłał w stronę zabójcy oszczędne skinienie głowy przemieszane z równie oszczędnym uśmiechem – moja wiadomość, mniemam, dotarła do ciebie bez trudu?
List z instrukcjami gdzie i w jakim czasie pojawić się celem zlecenia dotarł do bohatera zwyczajową drogą. Łącznikiem był stary Leo, karczmarz z dzielnicy handlowej, z przybytku „Pod rozpiętym gorsetem”. Raz w tygodniu można było do niego zajrzeć i dowiedzieć się o nowych mokrych robotach w okolicy. Nie raz pomagał Fayvardowi i dostarczał wielu cennych informacji. Skurczybykowi z całą pewnością nie można było ufać całkowicie, ale jak do tej pory sprawdzał się jako informator i pomocnik. Poza tym, był osobą, która w tym mieście po prostu trzeba było znać.
Zaś zlecenie wyłącznie do uszu Fayvarda od kogoś z *wyższych* sfer mówiło samo za siebie.
- Tuszę… - rzekł, podnosząc do ust gustowną, malutką filiżankę z herbatą Theronius - …iż od razu przejdę do rzeczy. Chciałbym, byś kogoś odnalazł, Fayvardzie. Odnalazł, w miarę możliwości dopadł żywego i przesłuchał. Po przesłuchaniu zaś, zabił. Metodę i rodzaj śmierci pozostawiam tobie, wszelako najbardziej zależy mi na posiadanej przez owego osobnika informacji. Jest to sprawa bardzo delikatna, lecz zwracam się z nią właśnie do ciebie… gdyż masz reputację kogoś, kto nie nawala. Kogoś, kto umie sobie poradzić ze wszystkim.
Duże miasta, takie jak Donienburg był niemal idealnym miejscem dla kogoś takiego jak Fayvard. Nie brakowało tu ludzi chcących skorzystać z usług jakie świadczył. Mimo tego w zawodzie bywało różnie, raz lepiej, nieraz gorzej. Nawet teraz, kiedy bohater już wyrobił sobie pewną pozycję oraz dobrą opinię, nie spoczywał na laurach. Tak w istocie, to dopiero teraz, mając odpowiednie zaplecze, mógł zacząć grać o konkretne pieniądze. Żądza złota nieustannie pchała mężczyznę do kolejnych zleceń.
Bądź co bądź, to że teraz Fayvard siedział w eleganckim salonie i kulturalnie omawiał szczegóły kolejnego zadania, zawdzięczał tylko i wyłącznie swojej ciężkiej pracy. Rzetelność w wykonywaniu zleceń, zdecydowanie oraz profesjonalizm pozwalały piąć się w górę w podziemnej hierarchii.
I co ważniejsze, ciągle pozostawać żywym.
Skinął tylko głową na znak, że wiadomość dotarła bez żadnych problemów. Na goryli stojących w drzwiach starał się nie wracać uwagi. Doskonale ich rozumiał i też, w pewnym sensie, szanował. Można by nawet powiedzieć, że to koledzy po fachu.
-Jeśli tylko zaplata będzie adekwatna do podejmowanego ryzyka, z przyjemnością podejmę się tego zlecenia. Konkrety poproszę, konkrety -odparł uśmiechając się nieco.
Zlecenie rysowało się raczej na typowe, niewiele różniące się od tych, jakimi zajmował się głównie do tej pory. Szansa na łatwe i szybkie pieniądze? Oby.
Theronius skinął głową, jak gdyby w geście potwierdzenia, iż spodziewał się podobnego pytania. Jego palce nerwowo wystukiwały trudny do rozszyfrowania rytm na brzegu filiżaneczki.
- Oferuję zwyczajową stawkę pięćdziesięciu złotych monet, oraz możliwość zabrania wszystkiego, co twój cel będzie posiadał przy sobie - rzekł.
Pięćdziesiąt monet było typową stawką, której ostatnimi czasy dorobił się Fayvard za swoje nietypowe usługi. Rzecz jasna, stawka ta była bardzo płynną i rzadko kiedy ustalana była trwale i nieodwracalnie. Sprawienie, iż dana osoba *zniknie* z ulic miasta potrafiła być u byle tłuczka kwestią paru monet dosłownie, zaś zlecenie na kogoś znanego, tudzież dobrze bronionego - czyli zlecenie wymagające wielu umiejętności i nielichego farta, potrafiło dobijać cen rzędu setek, a czasem i tysięcy monet. A trzeba dodać, iż trzos stu imperialnych to był już spory worek, który miło było dźwigać przy sobie w ekwipunku. Póki co jednak Fayvard nie mógł się nie zgodzić, iż proponowana cena była adekwatną do zadania.
Twarz szlachcica skurczyła się w grymasie niezadowolenia.
- Celem jest mój były służący, imieniem Karimon Grunn - powiedział ostro - ktoś, komu zaufano w tym domu i który zaufanie to poważnie naruszył. Tydzień temu uciekł z tej rezydencji, kradnąc ze sobą szereg bardzo cennych i bardzo dla mnie ważnych pamiątek rodzinnych. Amulet mojej ciotki, biżuterię marki, herb rodowy ojca... coś, za dotknięcie czegoś kazałbym mojej straży wypruć komuś flaki i rozciągnąć po całym Placu Tysiąclecia.
Fayvard musiał przyznać, że mimo błękitnej krwi w żyłach, Theronius, gdy chciał, wykazywał się bardzo plebejskim temperamentem.
- Tydzień temu przepadł z całym tym bogactwem, a ja rzuciłem za nim moich najlepszych ludzi. Do tej pory cztery razy dopadali go w odosobnionych miejscach. Cztery razy meldowali, iż wkraczają do akcji, by go pojmać. I cztery razy im znikał. Nie mamy pojęcia, jak to robi. Nikomu nie zrobił krzywdy, nikogo nie zabił, nawet nie drasnął... zawsze jednak udało mu się jakoś rozpłynąć w powietrzu. Miarka się przebrała.
- Wiemy na pewno, iż dzisiejszą noc spędzi w zajeździe "Gliniany Dzban" na przedmieściach...
Fayvard znał to miejsce. Nocował tam swego czasu parę razy. Znał drogę i wiedział, że spokojnie będzie w stanie znaleźć się tam w ciągu godziny marszu z centrum.
- ...tym razem nie zaryzykuję. Karimon zna moich ludzi. Ale ciebie nie. Przed tobą się nie ukryje. Tobie nie ucieknie. Dopadnij go w tej karczmie, dowiedz się, gdzie ukrył skradzione rzeczy, albo co z nimi zrobił. A potem wypatrosz go jak karpia. Zyskasz nie tylko pieniądze ale i potężnego przyjaciela tutaj w mieście.
Na stoliku do herbaty, przed najemnikiem spoczęła malutka rycina, przedstawiająca krótko ostrzyżonego, młodego mężczyznę o łagodnym spojrzeniu, wydatnych kościach policzkowych i wyrazistym, orlim nosie.
- Poznać go łatwo. Skurczybyk jest rudy jak ten wiewiór. Nawet zarost ma rudy. Włosy ma krótkie i raczej nie wyhodował nowych do tego czasu. Zarost dość skąpy. Wielki nos. Ciężko powiedzieć coś o ubraniu, bo te może zmienić. Ostatnio chłopaki wspominali tylko, że podczas dwóch ostatnich obław miał na sobie purpurowy, bogaty płaszcz, co znaczy, że przynajmniej część łupu zaczął spieniężać... skurwysyn.
W głosie szlachcica brzmiała aż wyczuwalna chęć mordu.
Bohater ujął w ręce rycinę przedstawiającą nieszczęśnika, o zapłacie za głowę którego właśnie w tej chwili rozprawiano.
Naiwny głupek ? Czyżby liczył na to, że uda mu się uniknąć kary ? To było przecież oczywiste, że za zniewagę której się dopuścił, poleci jego głowa. Ciekawym wydawał się, że udało mu się uniknąć śmierci już czterokrotnie w dość niewyjaśniony sposób. Mogło być to spowodowane tym, że Karimon wiedział o czyhających na niego zabójcach bądź jest o wiele sprytniejszy, niż mogłoby się z pozoru wydawać, i znalazł sposób, jak ich wykiwać. Sprawa powinna się wyjaśnić już wkrótce.
Z Vainhamem oczywiście nie pójdzie mu łatwo. Bohater przypatrywał się wizerunkowi przez dłuższą chwilę, jednocześnie słuchając opisu słownego. Postarał się najlepiej jak potrafi zapamiętać wygląd swojego celu.
-To uczciwa zapłata. Odzyskasz swoje dobra, a Karimon , za zniewagę której się dopuścił, zapłaci życiem. Mogłeś od razu skontaktować się ze mną, już dawno byłoby po sprawie-
Fayvard zamyślił się nieco, zastanawiając się nad kolejnymi słowy.
-Być może jeszcze dzisiejszej nocy pojawię się tu ponownie. Chyba że nie chcesz, by niepokojono Cię w trakcie snu, w takim razie pojawię się rano. - krótka pauza - Czy to wszystko ?
Na twarzy zleceniodawcy zagościł mściwy, pełen satysfakcji uśmiech. Widać było po nim, iż zapewnienia z ust siedzącego naprzeciw niego człowieka mają dla niego wyjątkową wartość i że ufa im bezgranicznie.
- Cieszy mnie to podejście do sprawy - rzekł swobodnie.
Wstał, nerwowym gestem poprawiając wszelkie fałdy i fałdki, które wygniotły się podczas siedzenia na jego ubraniu.
- Nawet jeżeli przyjdziesz w nocy, ktoś z moich ludzi mnie o tym powiadomi. Straż będzie wiedzieć, że ktoś może się pojawić i nie będzie sprawiała ci problemów, Vainhamie. Ja również wstanę choćby i przed pierwszymi kurami, byle tylko usłyszeć, że ta gnida pazerna gryzie już ziemię...
Kolejny, ociekający wręcz jadem wyszczerz zębów.
- To wszystko. Pozostawiam ci wolną rękę wobec twoich kolejnych działań. Moi ochroniarze odprowadzą się do wyjścia.
Dłonie, zaciśnięte kurczowo na mechanizmach spustowych kusz rozluźniły się zauważalnie. Wszyscy w pomieszczeniu mogli odetchnąć z ulgą. Krew, przynajmniej teraz i przynajmniej tutaj, nie polała się. Jeden z goryli, skinieniem głowy i lekkim ukłonem dał znać, by iść za nim. Vainham znał, oczywiście, doskonale drogę do wyjścia. Już wchodząc do rezydencji, na wszelki wypadek, jego wrodzona przezorność kazała mu planować ewentualne drogi ucieczki. Wiedział jednak, że nie taki był cel tej kurtuazji i musiał się dostosować.
Spotkanie przebiegło pomyślnie. Fayvard wielce cenił u swoich pracodawców umiejętność szybkiego i rzeczowego załatwienia tego typu spraw. Oby tylko równie pomyślnie przebiegła rozmowa po, miejmy nadzieję, pomyślnym wykonaniu zadania.
Nie ociągając się, ruszył za strażnikiem w stronę wyjścia.
Należało obmyślić plan działania. Vainham wiedział, w której konkretnie gospodzie jego cel zatrzyma się na spoczynek. Nawet jeśli do zmierzchu pozostawało nieco czasu, warto na miejsce akcji udać się nieco wcześniej.
Na szczęście, w Glinianym Dzbanie bohater bywał już wcześniej. Było to może i jakiś czas temu, ale drogę pamiętał. Spróbował sobie jednak przypomnieć kto w owym zajeździe był karczmarzem, barmanem czy właścicielem tego miejsca. Tego typu informacje mogły okazać się przydatne.
Tak więc, po opuszczeniu rezydencji, Fayvard skierował swe kroki nigdzie indziej, jak ku przedmieściom Dorienburga.
Wyjście ze szlacheckiej rezydencji nie zabrało bohaterowi więcej niż kilka minut. Szybko i sprawnie prowadzony przez goryla, gładko trafił do wyjścia. Od tej chwili to on sam stanowił sobie prawo i decydował o tym, gdzie się udać. Ochroniarz skinął głową na odchodne w stronę zabójcy. Czy to w ramach okazania szacunku, czy życzenia powodzenia… albo jakieś innej, trudnej do wytłumaczenia uprzejmości. „Pomyślnych łowów” zdawało się mówić to skinięcie.
Kilka chwil później Fayvarda pochłonęło miasto.
W Dorienburgu słowa „wtopić się w tłum” były truizmem nabierającym zupełnie nowego wymiaru i znaczenia. Tutaj tłum pożerał każdego nieostrożnego wędrowca, który okazał się być dość śmiałym, by się w niego zagłębić. Różnokolorowa ciżba, tłocząca się, jak to w dzień targowy, w każdym niemal kierunku, falowała, szumiała, hałasowała. Fayvard jednak nie był pierwszym lepszym, co to w tłumie się zgubi, da się obrobić z ostatniego grosza, a koniec końców wyjdzie w zupełnie innej ulicy, niż pierwotnie planowana. Zabójca taka ulica i takie tłumy właśnie wychowały. To nie w salonie szlacheckim, tylko teraz dopiero czuł się jak w domu.
„Gliniany dzban” był rodzinnym interesem. Z tego co bohater kojarzył, prowadziło go małżeństwo krasnoludzkie – Dropun i Chloe Hohenheim, wraz z dziećmi. Obrotni nieludzie w ciągu kilku lat z zapadłej dziury stworzyli wcale cieszący oko zajazd na przedmieściach stolicy. Nie chrzcili piwa wodą, nie zdzierali na cenach, a w swoim lokalu dbali o porządek, oraz o to, by wszelkie burdy załatwiano poza jego murami. Summa summarum, dorobili się całkiem zasłużonego szacunku, oraz oddanej i wiernej klienteli. Fayvard nie miał z nimi nigdy do czynienia w sposób bardziej… *zawodowy*. Po prostu zdarzało mu się u nich nocować. Tym, co warte było odnotowania, to właśnie renoma i spokój, które charakteryzowały lokal. Zabójca zdawał sobie sprawę z tego, iż będzie musiał działać, a zwłaszcza *przesłuchiwać* swój cel bardzo dyskretnie.
Po niecałej godzinie spokojnego marszu ulicami miasta, oczom mężczyzny ukazał się i rzeczony budynek. „Gliniany dzban” był sporej wielkości zajazdem, postawionym z drewna, na murowanych, kamiennych fundamentach. Dwupiętrowa karczma, ciasno przylegająca do dwóch pobliskich budynków niewiadomego przeznaczenia, zwieńczona była spadzistym, łupkowym dachem. Szeregi szklanych okiennic, dzielonych na czworo, spoglądały na ulicę oczami pokoi. Ponieważ nie miało się jeszcze ku zmrokowi, nigdzie nie paliły się światła z racji ich niepotrzebności – było dość jasno. Szerokie, dwuskrzydłowe drzwi do zajazdu były obecnie zamknięte, ale Fayvard nie miał wątpliwości, iż gospoda jest otwarta. Zawsze była.
Przebijanie się przez stłoczoną, chaotycznie ukierunkowaną masę ludzi, i to w pożądanym kierunku, ani do najprostszych, ani do najprzyjemniejszych nie należało. Były jednak sytuacje, kiedy wysokie zagęszczenie ludzi na ulicach Dorienburga bywało bardzo pomocne.
Głównie kiedy chciało się umknąć goniącym cię strażnikom miejskim.
Po dłuższej chwili bohater stanął przed drzwiami gospody. W każdym większym mieście można trafić do takich karczm, gdzie, dopóki płacisz za piwo i posiłek, fakt że przy okazji rozłupiesz na pół komuś czaszkę, raczej nikomu zbytnio nie przeszkadza. No i oczywiście dopóki nie jest to czaszka, przykładowo, właściciela tejże gospody.
Gliniany Dzban niestety do takich miejsc jednak nie należał, Zabójca wiedział, że będzie musiał działać ostrożnie.
Nie namyślając się długo pchnął drzwi, po czym wkroczył pewnie do środka. W jego głowie już formował się pewien plan działania, jednak wszystko zależało od tego, jaki widok zastanie w środku.
Wejście młodego, dobrze zbudowanego mężczyzny do środka karczmy nie wywołało ani większego zamieszania, ani większej innej reakcji ze strony znajdujących się tam już bywalców. Również fakt, iż nowy z gości był uzbrojony, tudzież wyróżniał się nietypowym jak na swój wiek srebrnym kolorem włosów nie budził niczyjego zainteresowania. Fayvard mógł przyjąć to z ulgą. Póki co był po prostu kolejnym z klientów "Glinianego Dzbana", który przybył tu w sobie tylko znanych celach.
Parter karczmy składał się z jednej, bardzo obszernej sali zbudowanej na planie prostokąta, którego krótsze boki stanowiły ściany południowa i północna. Jeżeli założyć, iż drzwi wejściowe znajdowały się przy ścianie południowej, to kontuar, miejsce pracy barmana, znajdował się dokładnie naprzeciwko - przy ścianie północnej. Salę ściśle wypełniał szereg małych, okrągłych stolików, mogących pomieścić przy sobie cztery dorosłe osoby. Obecnie jednak w większości były one puste. Z racji pory dopiero mającej się ku zachodowi słońca, klientela w przybytku była dość uboga. Fayvard zdołał dojrzeć zaledwie jedną parę ludzką, mężczyznę i kobietę, oraz jednego, samotnie pijącego krasnoluda.
Zarówno ściany, jak i podłoga, oraz sufit, wykonane były ze starannie wykonanych i ciasno do siebie dopasowanych drewnianych bal. Oheblowane, oraz wciąż pachnące nowością, zwiastowały nieomylnie, iż wyszły spod dłoni doświadczonego sztukmistrza w swoim fachu, oraz że znalazły się tutaj stosunkowo niedawno, po gruntownym remoncie. Fakt, iż nie były poznaczone, dajmy na to, jasnymi pręgami po ciosach ostrymi narzędziami dodatkowo potwierdzały już wcześniej postawioną tezę, iż przybytek ten nie był świadkiem zbyt wielu scen bitewno - karczemnych. Zawieszony u sufitu ogromny, ciężki, żelazny kandelabr był obecnie wygaszony. Nie paliła się ani jedna z kilkunastu umieszczonych nań świec.
Co do reszty sali, Fayvard zanotował, iż za kontuarem, przy którym obecnie krzątał się niewysoki, acz pokaźnej postury krasnolud, w osobie Dropuna Hohenheima, znajdowały się drewniane, zamknięte drzwi, zapewne prowadzące do pomieszczeń gospodarczych oraz kuchni. Ponadto, w ścianie zachodniej, bliżej północno zachodniego rogu znajdowały się kolejne drewniane drzwi - te, jak pamiętał zabójca, prowadziły do wychodka. To był kolejny z wielu elementów, które świadczyły o wyższości "Glinianego Dzbana" nad pozostałymi karczmami w okolicy. Krasnoludy nie pozwalały, by klientela załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne tak, jak to było powszechnie przyjęte - czyli najczęściej gdzieś w zaułkach w bezpośredniej bliskości budynku. Zamiast tego zainwestowawszy pokaźną sumkę, podłączyli karczmę do systemu kanalizacji miejskiej (również, nawiasem mówiąc, opartego na identycznych systemach krasnoludzkich), dzięki czemu ciężkiemu pęcherzowi można było tutaj ulżyć, jak należy, w godnych, nie-fajdających nogawek spodni warunkach.
Ostatnim elementem tego miejsca, były schody, prowadzące na piętro. Znajdowały się one blisko kontuaru, w północno wschodnim rogu sali.
Drzwi wejściowe ze stuknięciem zamknęły się za bohaterem w chwili, gdy tylko przekroczył próg pomieszczenia...
Fayvard niemal automatycznie, zaraz po wejściu, dokonał szybkiej analizy przybytku, w którym się znalazł. Wydedukował, że żeby mieć dobry pogląd na drzwi wejściowe, kontuar i chyba co najważniejsze, na schody prowadzące na piętro będzie musiał zając miejsce przy stoliku ulokowanym gdzieś przy zachodniej ścianie.
Mężczyzna zbliżył się do lady, celem złożenia zamówienia.
-Podaj mi jakąś strawę krasnoludzie, do tego także kufel dobrego miodu pitnego- - rzekł bez zbędnych uprzejmości.
I to by było na tyle tej rozmowy. Zabójca nie chciał wdawać się jak na razie w żadne dłuższe dyskusje. Dopóki nie było to konieczne, nie chciał zwracać na siebie zbytnio uwagi, by nie zostać zapamiętanym.
Bohater miał zamiar poczekać spokojnie przez chwilę, licząc, że jego cel jeszcze nie wynajął pokoju i dopiero się zjawi. Mała, jak na razie liczba osób niezbyt sprzyjała poczynaniom bohatera. Tak samo jak nieobecność barda czy jakiegokolwiek innego grajka który potrafił zabawić biesiadników... oraz wywołać nieco hałasu.
Jedna z zasad zabójców mówiła przecie:
"Jeśli nie masz dogodnych warunków do działania, stwórz je"
Fayvard zajął upatrzone wcześniej miejsce po czym cierpliwie czekał na posiłek.
Złożenie zamówienia oraz wybranie sobie odpowiedniego miejsca nie nastręczyło Fayvardowi większych trudności. Krasnolud zza kontuaru również doskonale zrozumiał, iż ten klient nie należał do denerwującego gatunku ludzi, co to przy każdej możliwej okazji wypytują karczmarzy o to, co się dzieje w okolicy, gdzie można by coś zarobić, albo zaznać przygód. Po prostu, tak zwyczajnie, poprosił wobec tego o srebrną monetę za posiłek i alkohol. Odbierając od Fayvarda złoty krążek, po chwili wydał mu dziewięć srebrnych, gestem wskazując, by gość wybrał sobie spokojnie miejsce.
karta postaci zaktualizowana
- Zaraz coś panu podam – rzekł, pisząc treść zamówienia na malutkiej karteczce, z którą to ruszył w stronę drzwi prowadzących na zaplecze.
Fayvard tymczasem usiadł z wyraźnym uczuciem ulgi przy jednym ze stolików pod zachodnią ścianą. Miał stąd, dokładnie tak jak planował, świetny widok na całą salę, oraz wszystko to, co mogło być w niej warte uwagi zabójcy. A fakt, iż póki co niewiele z tego było warte jego uwagi, nie deprymował. Polowanie wszak dopiero się zaczynało. Po prostu żadna z osób w zasięgu wzroku bohatera nie była jego zwierzyną.
Po dobrych piętnastu minutach krasnolud wyszedł z pomieszczeń gospodarczych, niosąc przed sobą jedzenie, oraz kufel dla człowieka. Fayvard znów musiał przyznać, iż renoma „Glinianego Dzbana” była ze wszech miar zasłużoną. Nie dość, że jedzenie podano na talerzy metalowym, a nie drewnianym, to jeszcze sztućce również wykonane były z tego materiału. Mało tego! Kufel również nie był drewnianą stągwią, a był – bogowie – szklany, z wyraźnym znakiem cechowym krasnoludów dorienburdzkich na boku. Wszystko tak, jak zamawiał – miód pitny, oraz ciepła strawa składająca się z mięsnego gulaszu na kaszy, obficie polanego sosem, aż zachęcało do posiłku.
Strawa prezentowała się całkiem zachęcająco. Sposób w jakiś zaserwowano jadło i napitek, również zasługiwał na uznanie. Widać, że dla krasnoludów priorytetem było zadowolenie klienta. Jeśli uda się wykonać robotę nie wzbudzając niczyich podejrzeń, być może kiedyś w przyszłości Fayvard zdecyduje się zatrzymać w tej gospodzie ponownie.
Tymczasem przystąpił do konsumpcji. Nie śpieszył się z posiłkiem, ba, wręcz przeciwnie, jadł stosunkowo powoli. Gdyby nie ukradkowe spojrzenia rzucane co jakiś czas na drzwi wejściowe, można by powiedzieć, że mężczyzna delektował się posiłkiem.
Zabójca wiedział jednak, że jeśli prze dłuższy czas nie doczeka się przybycia swojego celu, będzie musiał podjąć się dalszego działania - przykładowo choćby w postaci próby uzyskania jakichkolwiek informacji od karczmarza.
Jak na razie chciał jednak tego uniknąć. Czekał, wypatrując zakontraktowanego rudzielca.
Cierpliwość cnotą zabójcy, jak by można było powiedzieć.
Fayvard nie spieszył się. Absolutnie nie było ku temu potrzeby. Póki jadł, mógł się rozglądać gdzie tylko chciał i jak tylko chciał. Mógł siedzieć spokojnie, samotnie przy stoliku, popijając miód, przez nikogo nie zaczepiany. Problemy mogły pojawić się dopiero w momencie, gdy zabójcy skończą się *wymówki* do przebywania w "Glinianym dzbanie". Wtedy zacząłby wyglądać podejrzanie. Stałoby się oczywiste, że na coś czeka, a z racji faktu, iż gości w karczmie było niewielu - stałby się również bardzo łatwy do zapamiętania. Uzbrojony, siwy, siedzący na osobności...
Póki co jadł. Jadł i obserwował. Coś, jakieś trudne do opisania przeczucie mówiło mu, że musi być niezmiernie uważny. Że w tym miejscu i tej chwili liczy się każda, najmniejsza nawet wskazówka. Najdrobniejsza literka w prozie życia, jakby to bard powiedział, mogła naprowadzić go na cel teraz... lub w przyszłości.
Posiłek był ciepły, ale nie parzył ust gorącem. Był idealny. W sam raz. Mięso soczyste i odpowiednio doprawione zgodnie z arkanami krasnoludzkiej sztuki samo rozpływało się w ustach, nie wymagając niemal gryzienia. Kasza również nie pozostawiała wiele do życzenia. Miód bohater popijał powoli, rozkoszując się jego mocą i aromatem, nie znaczoną zbędnymi ingrediencjami. Wszystko było na swoim miejscu.
Dosłownie.
Od czasu do czasu zerkając w stronę wejściowych drzwi, Fayvard drgnął, gdy nagle z jego obserwacji wyrwał go męski głos, dochodzący ze strony schodów.
- Karczmarzu! Niechże pan dorzuci mi tu jeszcze jedną butelkę wina, jeżeli łaska, pod trójkę! Moja towarzyszka jest spragniona!
Krzyk pochodził z ust mężczyzny, a towarzyszący mu wysoki, damski chichot zwiastował, iż jego "towarzyszka" zaiste, była spragniona. Wina, rzecz jasna. Fayvard mimowolnie spojrzał w stronę osobnika, który przewieszony wpół przez poręcz schodów, wychylał się tak, by jego twarz była widziana przez stojącego za kontuarem karczmarza.
Osobnik ów, posiadał krótko przycięto, soczyście rudą czuprynę, młodą twarz, naznaczoną sporej wielkości nosem, oraz dość normalną budowę ciała. Obecnie nosił na sobie skórzane legginsy, ozdobione fantazyjnym pasem z szeroką klamerką, oraz bogaty, purpurowy płaszcz z misternym, wyszywanym wzrokiem. Koszulę, lnianą, na piersi miał rozchłestaną. Zapewne dopiero co wyszedł z pokoju, z objęć swej jakże chętnej wina i zabaw towarzyszki.
"Jest i nasz wiewiór" - przebiegło przez głowę bohatera
Mimo wszystko, obecna sytuacja niezbyt podobała się zabójcy. Jakby na to nie patrzeć, do przewidzenia było, że mężczyzna który zyskał w dość krótkim czasie sporą ilość pieniędzy będzie chciał się zabawić w towarzystwie jakiejś... rychło rozkładającej nogi kobiety. A to w oczywisty sposób komplikowało zadanie Vainhama.
No nic, zadanie trzeba wykonać, nawet jeśli miałoby polecieć kilka dodatkowych głów.
Fayvard dopił miód, nie mógł sobie wszak pozwolić na marnowanie tak cennego napitku, w tak dobrej cenie. Strawę jednak wciąż "męczył". Cierpliwie poczekał, aż karczmarz dostarczy miłującej się parze alkohol. Następnie wyczekał sytuacji, kiedy tylko ten ponownie zniknie gdzieś na chwile w pomieszczeniach gospodarczych...
Kiedy dogodny moment się nadarzył, ruszył jak gdyby nigdy nic schodami na górne piętro. Pozostali biesiadnicy nie powinni jak na razie nic podejrzewać. Następnie postarał się odnaleźć drzwi pokoju oznaczonego trójką. W razie wątpliwości, drogę powinny wskazać mu dobiegające z pokoju charakterystyczne odgłosy.
Spojrzenia dwójki mężczyzn spotkały się może przez ułamek sekundy. Uzbrojony, siwowłosy, spokojnie jak gdyby nigdy nic jedzący posiłek człowiek, oraz drugi, obnoszący się bogactwem, radością i jawną perspektywą kolejnej sesji udanego seksu z partnerką, gdzieś w pokojach karczmy. Cóż za myśli krążyły w głowach i obu w tej chwili? Zimne, chłodne kalkulacje odnośnie ewentualnej ofiary postronnej podczas zamachu, czy też może rozbiegane, pełne cipek, cycków i jęków myśli o nadchodzących godzinach rozkoszy? Bezduszne, jak sam złoty talar, czy też może ciepłe, niczym rozlewane po młodym ciele wino?
Myśli ofiary i zabójcy.
Rudzielec drgnął, odwracając wzrok od Fayvarda, po czym widząc, iż karczmarz usłyszał zamówienie, ruszył z powrotem na piętro.
Podczas gdy krasnolud zniknął na sekundę w pomieszczeniu gospodarczym, bohater spokojnie dopijał właśnie miód. Słodki alkohol krążył żwawo w żyłach, aczkolwiek było go zbyt mało, by wywołać jakąś większą reakcję ze strony organizmu zbrojnego. Już nie takie i nie w takiej ilości trunki się pijało. Fayvard nie czuł nic, poza słodkością w gardle i przełyku, oraz miłą obietnicą, że za pieniądze ze zlecenia stać go będzie na co lepsze karczmy przez najbliższych kilkanaście dni.
Krasnolud z butelką wina wrócił zza zaplecza, kierując się schodami na piętro karczmy...
...w tym czasie Fayvard kulturalnie, ze spokojem, dokończył jedzenie gulaszu mięsnego.
Nie minęła minuta, gdy karczmarz powrócił. Jak na zamówienie, rozejrzał się po sali, po czym widząc, iż żaden nowy klient się nie pojawił, zaś obecni nie zamawiają niczego nowego, ponownie zanurzył się w czeluści zaplecza. Dla Fayvarda był to sygnał do działania.
Szybkim, zdecydowanym krokiem, ruszył w stronę schodów, a następnie na górę, na piętro karczmy. Gdy tylko znalazł się we wskazanym miejscu, po drodze minęła go młodziutka, ludzka dziewczyna. Jej włosy, rozmierzwione w nieładzie, opadały blond falą na krągłe ramiona. Średniej wielkości, acz kształtny i cieszący oko biust napinał atrakcyjnie cienki materiał mocno wydekoltowanej bluzeczki z jasnego materiału. Wąska talia i krągłe biodra podkreślane były ponadto, przez skórzane, obcisłe spodnie, oraz delikatny, wzorzysty pasek. Na widok Fayvarda, uśmiechnęła się lekko spojrzeniem zmęczonych oczu, oraz lekkim drgnięciem pełnych ust, po czym ruszyła schodami ku parterowi karczmy. W ręku trzymała niewielki mieszek z brzęczącą przy każdym pokonywanym kroku zawartością.
Tymczasem przed Fayvardem znajdował się wąski korytarz z szeregami drzwi po jego obojgu stronach. Na każdych z nich znajdowały się malutkie, metalowe tabliczki, z liczbą kresek odpowiadającą ich numeracji. Parzyste po stronie lewej, nieparzyste - po prawej. Nawet ktoś nie umiejący czytać powinien się domyśleć, iż jedna kreska oznaczała pokój numer "jeden" i tak dalej...
Fayvard nie poskąpił sobie dłuższego spojrzenia wymierzonego w atuty mijającej go dziewczyny. Jasna cholbika, kobita była niezła. Przez chwilkę pomyślał o tym, że dla chwili spędzonej z nią chętnie zamieniłby się rolami ze swoim celem.
Szybko jednak otrząsnął się z tych przyjemnych, aczkolwiek wielce rozpraszających myśli. Miał robotę do wykonania.
Odnalazł drzwi oznaczone trzema kreskami. Stanął przed nimi. Jako że bardzo istotną rolę odgrywał teraz element zaskoczenia, bohater miał pewien dylemat. Spróbować otworzyć... czy zapukać ? Każdy normalny człowiek, raczej zamknąłby drzwi na czas stosunku. Jednak od chwili kiedy partnerka jego celu opuściła pokój, minęła dopiero chwila, być może Karimon jeszcze ich nie zamknął.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma w w zasięgu wzroku, Vainham delikatnie nacisnął klamkę. Jeśli było to tożsamym z otworzeniem się drzwi, Fayvard najzwyczajniej w świecie wchodzi do pokoju, po czym, nie mówiąc zupełnie nic, jeśli klucz był w zamku, zamyka za sobą drzwi a klucz chowa do kieszeni. Być może dziwne, aczkolwiek przemyślane zachowanie. Jeśli drzwi były jednak zamknięte, po prostu puka.
W tego typu momentach Fayvardowi zawsze towarzyszyło specyficzne uczucie podekscytowania.
Fayvard zatrzymał się na chwilę przed drzwiami. Malutka, metalowa tabliczka z trzema wyrytymi nań starannie kreskami sugerowała nieomylnie, iż ma przed sobą wejście do pokoju numer trzy. Same drzwi nie były imponujące - sprawiały wrażenie solidnych, wykonanych starannie z drewna, aczkolwiek o zamku na tyle słabym, iż w razie potrzeby dało się je wyważyć przy pomocy kilku silniejszych uderzeń nogą, lub barkiem. Oczywiście, wiązało się to z wywołaniem sporego hałasu i zwróceniem na siebie uwagi, ale, jak to mawiają, zawsze lepiej mieć jakiś plan "b" w razie niepowodzenia planu "a". Tym bardziej, iż mistyczny plan "a" zakładał po prostu wejście do pomieszczenia, naciskając na metalową klamkę. Czy można być równie nieostrożnym i nie zamykać drzwi na klucz wiedząc, że ma się na swoim ogonie najlepszych ludzi wysłanych przez byłego pracodawcę?
Można. Można, gdy wino krąży w żyłach, zaś członki wypełnia słodkie zmęczenie po niedawnych miłosnych zmaganiach. Gdy pierś ciągle podnosi się i opada w rytm miłosnych oddechów, a na sobie wciąż czuje się krągły ciężar ślicznej, młodej kurtyzany.
Drzwi, jak gdyby nigdy nic, otworzyły się, a Fayvard wkroczył pewnie do środka. Zamknął je za sobą kulturalnie, rozglądając się wokoło.
- C-co? Kim jesteś? Co tutaj robisz?
Pokoik był malutki. Jednoosobowy. Trzy metry szerokości i może pięć długości. Wąskie łóżko w rogu, tuż pod dzielonym na dwoje oknem, przykryte wyjątkowo zmierzwioną warstwą prześcieradła. Mała komoda, na której stały dwie lampi po winie, oraz dwie butelki, w tym jedna opróżniona, zaś druga nawet nie napoczęta, jak również szafa w rogu przeciwległym. Malutki zydelek, na którym siedziała osoba wypowiadająca owe słowa. Żadnego miejsca, którego nie objąłby wzrok zabójcy. Żadnego miejsca do schowania się.
Zaś słowa wypowiedziała...
- Co to ma znaczyć?
Kobieta.
Była blondynką. Młodziutką, ludzką dziewczyną o wyjątkowo atrakcyjnych kształtach. Siedziała zalotnie na zydelku w takiej pozycji, iż Fayvard nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż coś zbyt wiele tutaj atrakcyjnych dziewcząt jak na jeden pokój. Ta jednak, w przeciwieństwie do poprzedniej, nie okazywała całemu światu swoich wdzięków. Wręcz odwrotnie. Miała na sobie skórzane legginsy, ozdobione fantazyjnym pasem z szeroką klamerką, wokół której zaciskała właśnie swoje dłonie, lnianą koszulę, zawiązaną starannie po samą szyję, oraz bogato zdobiony, purpurowy płaszcz z wyszywanym wzorkiem, okrywający szczelnie całe jej ciało. W pozycji w której siedziała blondynka, nie dało się, niestety zauważyć, czy jej biust był równie obfity jak u tej, którą przed chwilą Fayvard mijał, choć z pewnością jej pupa opięta przez skórzane spodnie wyglądała równie zachęcająco. Niemniej jednak, buzie obie miały równie piękne. Z równie pełnymi ustami, równymi ząbkami, oraz regularnymi, ciemnymi brwiami...
- Wyjaśnij!
Głos kobiety drżał zauważalnie. Trudno było odkryć, czy to z nerwów, czy to z zaskoczenia, czy to może z innego powodu.
Usta zabójcy wykrzywił jakiś dziwny, nieopisany grymas. Od biedy można by nazwać to uśmiechem satysfakcji.
-Drgnij, lub wydaj z siebie choć najcichszy pisk, a zaszlachtuje Cie jak wieprza, Karmion.- - wypalił groźnie.
Tak, Karimon. Karimon Grunn. Jak to możliwe, bohater nie był sam do końca pewien. Po prostu jednak nie było innej możliwości. Nie było mowy o pomyłce. Fayvarda wszak ostrzegano, że jego cel, już kilkakrotnie umknął zamachowcom w bliżej niewyjaśniony sposób. Być może znał się nieco na magii, mogła to być alchemia, bądź cokolwiek innego, co pozwalało an takie diabelskie sztuczki.
W każdym bądź razie był niemal pewien, że kobieta, która leżała teraz przed nim, to właśnie osoba której szuka. Ubranie miała wszak identyczne, co mężczyzna, którego widział jeszcze przed chwilą na schodach. Postawił więc wszystko na jedną kartę.
-Mnie nie tak łatwo oszukać. Chyba mamy co nieco do pogadania, hm ?-
W międzyczasie rozglądnął się za czymś, co mogło by posłużyć za materiał na knebel. Kawałek szmaty, czy czegoś w tym stylu. Od biedy mógł użyć prześcieradła bądź koszuli, bynajmniej jednak nie swojej. Ofiary rzecz jasna.
Głos kobiety dygotał jak liść na wietrze. Tym razem Fayvard nie miał wątpliwości. Zaskoczenie było udawanym, a oburzenie - nietrafionym blefem. Znajdująca się przed nim osoba udawała te uczucia. I to udawała wyjątkowo nieudolnie.
W pomieszczeniu, niestety, nie dojrzał niczego, co mogło być użyte w charakterze knebla. Kurtyzana, która dopiero co opuściła pokój zabrała za sobą skrzętnie wszystkie elementy swojej garderoby, które zapewne jeszcze przed godziną fruwały po całej powierzchni malutkiego pomieszczenia. Koszula przesłuchiwanej postaci mogła posłużyć jej uciszeniu, wszelako, najpierw należało ją zeń ściągnąć. Fayvard obawiał się, iż przygotowanie prześcieradła, jego ściągnięcie z łóżka, zwinięcie, po czym obwiązanie dookoła ust postaci byłoby w ostatecznym rozrachunku zbyt mozolne i dałoby jego ofierze zbyt wiele okazji czy to do ucieczki, czy to do podjęcia walki.
Tymczasem blondynka ubrana jak Karimon westchnęła ciężko.
- Kurwa... - rzekła nieswoim, męskim głosem - ...no dobra, masz mnie, hyclu. I co teraz? Założysz na mnie smycz i odprowadzisz do swojego pana? Dostaniesz złotą monetę na drogę? Nie znam cię, więc zapewne cię wynajęto, spodziewałem się tego. Ile ci zaoferowali? Zapłacę drugie tyle! Wiesz, ile mam gotówki? Gotówki tego śmiecia! Zapłacę ci! Powiedz tylko kwotę!
Kobieta zmieniła ton. Już nie udawała marnie oburzenia i strachu. Owszem, strach dźwięczał w jej głosie, ale obok tego brzmiało również wyraźne przekonanie, iż Fayvarda uda się przekupić na swoją stronę.
"Dlaczego zawsze niedoszłe ofiary są tak cholernie przewidywalne ?"
-Hmm, nie jesteś wcale taki głupi na jakiego wyglądasz... Być może uda nam się dobić targu. Nie ma co tu ukrywać, że robię to tylko i wyłącznie dla pieniędzy - zaczął
-Pamiętaj tylko, że to kurwa nie ty ustalasz w tej chwili warunki - ciągnął dalej - Pytanie więc brzmi, jak wysoce cenisz sobie swoje życie ? Jeśli nie chcesz, by kawałki twojego mózgu już wkrótce były porozwalane po całym tym cholernym pomieszczeniu zapłacisz mi... zapłacisz mi bite sto złotych monet, powiesz również co zrobiłeś z skradzionych przedmiotami, których jeszcze nie spieniężyłeś, oraz opuścisz miasto najszybciej jak się da. Z twoimi specyficznymi zdolnościami do zmiany wyglądu będziesz mógł rozpocząć nowe życie w innym miejscu. Tutaj jednak nie masz już czego szukać. - zabójca mówił nad wyraz spokojnie, jednak w tonie jego głosu było coś, co mówiło, że bynajmniej nie blefuje. Groźba była aż nadto wyczuwalna.
-Bynajmniej jednak nie mam zamiaru się z tobą targować. Masz tylko jedną szansę. Przystaniesz na moje warunki, albo zginiesz, wybieraj.-
Karimon, wyglądający obecnie jak minięta przed chwilą na korytarzu dziewczyna, zmarszczył brwi, jakby powoli analizując usłyszane przed chwilą słowa. Najwyraźniej rozważał wszystkie za i przeciw sytuacji, w której aktualnie się znalazł. Fayvard słyszał wręcz, jak malutkie trybiki w jego głowie starały się odnaleźć optymalne wyjście z patu. Tyle myśli, tyle myśli...
- J-ja... - zaczął, a uwadze zabójcy nie uszedł fakt, iż głos przesłuchiwanego drżał silniej, niż jeszcze przed paroma sekundami - ...j-ja ci powiem. Powiem, co zrobiłem z tym wszystkim. Spieniężyłem tylko jeden pierścień rodzinny. Całą resztę mam ukrytą, na przyszłość. Dam ci wszystko, nawet mój pas, tylko p-proszę...
Głos, jak szmaciana piłeczka, spadająca w dół schodów, znalazł się na krawędzi płaczu.
- T-tylko proszę, nie zabijaj mnie... - granica szlochu była już niebezpiecznie blisko - ...weź co zechcesz, tylko nie zabijaj, nie oddawaj mnie siepaczom tego potwora...
Fayvard zaś musiał przyznać, iż obserwowanie ciała blondynki z ukrytą wewnątrz psychiką Karimona, który błagał o życie, było dość upiornym doświadczeniem.
-Nie wydam Cię. Powiedz po prostu, gdzie ukryłeś te przedmioty. Tylko tyle... i jesteś wolny- - odrzekł dwuznacznie
"Wolny co najwyżej od udręk tego świata, kretynie."
Widok człowieka pogrążonego w takim przerażeniu, i z tak wielkim uporem błagającego o własne życie był mimo wszystko co najmniej poruszający. Cholera. Przecież Karimon musiał liczyć się z tym, że to wszystko tak się skończy... po prostu musiał. Sam sobie wybrał taki los. Zgubiła go chciwość. Zresztą, każdego kiedyś gubi.
Fayvard oczywiście już teraz zakładał, że nie wypuści swojego celu wolno. Po prostu nie mógł tego zrobić, nie mógł sobie pozwolić na utratę renomy, jaką sobie wyrobił.
"Albo Ty, albo oni. Nie ma innego wyjścia" Zawsze sobie powtarzał w takich chwilach. Inaczej po prostu nie da się żyć na tym świecie. Albo jest się drapieżnikiem, albo ofiarą.
-Mów- - rozbrzmiał ostatni rozkaz. Całe to mamienie o darowaniu życia, miało oczywiście na celu tylko i wyłącznie ułatwić pozyskanie pożądanych informacji.
W głosie Karimona zabrzmiały pierwsze, nieśmiałe nutki nadziei. Niczym tonący, który wciąż ma nadzieję, że ten szary kształt, który się do niego zbliża, to koło ratunkowe. A nie rekin. Fayvard widział, jak oczy przesłuchiwanego otwierają się szeroko, a oddech przyspiesza, stając się wręcz chrapliwy. Karimon naprawdę, z całego serca wierzył, że jednak się wykaraska, a wysłany za nim człowiek połakomi się na złoto.
Jego dłoń przez chwilę gmerała w kieszeni spodni, wyjmując z nich niewielki, papierowy kwitek.
- Ten kwit upoważnia do odebrania w banku "Wasfald i synowie" paczuszki ze wszystkimi kosztownościami... - wyszeptał niemal mężczyzna.
Czy też raczej, wyszeptała blondynka.
Kwit drżał jak liść na wietrze, w jej wyciągniętej w stronę Fayvarda dłoni.
- D-dziękuję... tak bardzo ci dziękuję, że mnie puszczasz wolno... - wyszeptał.
Jego druga dłoń spoczęła na klamerce ozdobnego paska.
- Daj mi chwilę, wrócę do swojej postaci i to też możesz zabrać...
Kiwnął głową na znak aprobaty, odbierając od mężczyzny kwitek. Następnie schował go głęboko do kieszeni. Nie chciał by zabryzgał się krwią.
Poczekał również, aż Karimon odda mu pas. Ten schował z kolei do plecaka. Był to niewątpliwie przydatny nabytek.
-Dziękuję, świetnie się z Tobą robi interesy - westchnął ciężko, po czym zdjął z pleców swój wielki miecz dwuręczny - Przykro mi. To nie będzie bolało.- dodał z wyrzutem w głosie
W istocie. Fayvard nie był sadystą, nie czerpał przyjemności z zadawania bólu. Traktował je bardziej jako przydatne narzędzie. Któż normalny bawi się młotkiem ? Oczywiście, od czasu do czasu trzeba było kogoś "bardziej przycisnąć", i zabójca nie wahał się w takich momentach. Jeśli jednak było to możliwe, wybierał metody takie jak dzisiaj. Nie lubił się brudzić.
Cios był silny. Nie dając Karimonowi jakiejkolwiek szansy na wszczęcie alarmu bądź próbę ucieczki wyprowadził atak. Jedno potężne uderzenie miało zakończyć to wszystko.
Zwitek papieru wkrótce spoczął w kieszeni Fayvarda. Tymczasem jego niczego nieświadoma ofiara rozpięła klamrę pasa i zdjęła z siebie ów ubiór, podając go bohaterowi. W chwili, gdy to uczynił, z ciałem Karimona zaczęły dziać się niezwykłe rzeczy. Jego kontury zamazały się, rozpływając, jak gdyby wykonane były z plasteliny. Przez bite kilka sekund Karimon zwijał się w miejscu, na swoim zydelku, zaś powierzchnia jego ciała pływała wręcz, sprawiając, iż płaszcz szczelnie je otulający - falował, nie mogąc pomieścić pod sobą zmieniającej się jego fraktury.
Całośc odbywała się bez najmniejszego nawet dźwięku.
Włosy skróciły się i zmieniły swą barwę, rysy twarzy zrobiły bardziej twarde i męskie, nos urósł, zaś usta straciły swój naturalny wdzięk. Delikatne dłonie stężały, zaś biust znikł, zastąpiony szerokimi barkami. Słowem, z atrakcyjnej blondynki Karimon na powrót stał się dość atrakcyjnym, acz całkowicie normalnym mężczyzną.
- D-dziękuję... - szepnął z wyraźną ulgą, odwracając wzrok ku Fayvardowi.
Fayvardowi, który w tym czasie najspokojniej w świecie schował pas, oraz uniósł dwuręczny miecz do potężnego, katowskiego cięcia.
Przez ten ułamek sekundy, gdy ich spojrzenia się spotkały, zabójca ujrzał potworny błysk zrozumienia i rezygnacji w oczach swojej ofiary. Karimon już wiedział, że dał się nastraszyć. Popełnił błąd. I właśnie za ów błąd przyszło mu zapłacić ostateczną, najwyższą i ostatnią w jego życiu cenę.
Atak = 30 / trafienie omijające pancerz
Obrażenia = 29 + 40 (potężny atak II) + 17 (atak z zaskoczenia III) = 76
Wartość wytrwałości celu = 20 Trafienie mordercze
To nawet nie była chwila. To trwało krócej. Miecz szybko i czysto, niczym brzytwa, z sykiem i mlaśnięciem wbił się w szyję Karimona, w słodkim miejscu tuż powyżej barku, a poniżej styku czaszki z kręgosłupem. Opór jaki sprawiła mu kość był minimalny. Już ułamek sekundy później przeszedł z drugiej strony, ciągnąc za sobą buchający rytmicznie strumień krwi. Jej wężyk chlusnął obficie na przeciwległą ścianę, znacząc ją okrutnym freskiem, zaś głowa, oddzielona od korpusu, koziołkując poleciała w kąt pomieszczenia. Bezgłowe ciało siedziało jeszcze przez chwilę na zydelku, zaś z urwanego kikuta wciąż rytmicznie buchała krew imponująco wysoką fontanną. Po chwili jednak i ono osunęło się na ziemię w rosnącą szybko kałużę posoki.
Krew zbierała się już nawet pod butami zabójcy.
Paradoksalnie, samo ostrze miecz wyjątkowo zabrudzone nie zostało. Ot, minimalny, czerwony wężyk, zbierający się ciężkimi kroplami na końcu broni.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum