Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-12, 18:25
Zamurowało go. Po prostu. Nie wiedział jak się zachować, nie wiedział, co zrobić, nie wiedział nic. Po prostu stał, i patrzył się na napis widniejący na górze kawałka papieru. Wyspa Kertil. Kamieniołomy. Dożywotnie. Stał tak, z wyciągniętą ręką, aż nie zaczeła mu się ona trząść. Nie zważał na czas, po prostu ścisnął nagle w dłoni papier i nie rozluźniał mięśni, do póki ręka nie zaczęła drżeć. Wyciągnął lewą rękę przed siebie, wyobrażając sobie, że jest w niej płonąca pochodnia. Musiał coś robić. Musiał działać. Jeżeli znajdowały się tu rzeczy dotyczące jego osoby, to ciekawe, jak on mógł wpływać na świat rzeczywisty stąd. Musiał działać, próbować. Jednakże, musiał najpierw zniszczyć ten dokument. Po prostu nie umiałby bez tego iść dalej, nie myśląc o tym, że nawet jakby wiedział jak, nie wróci do tamtego świata. Bo będzie na dożywotnim stażu w kamieniołomach. Pochodnia się przyda, podsunął ją pod dokument, czekając, aż ten zapłonie, czekał chwilę, by ładnie się zajął, a następnie wyrzucił pochodnie przed siebie, uważał, by nie oparzyć się w rękę, wyrzucił dokument, gdy tylko ogień pożarł jego nazwisko, na siedemnastej pozycji...
Tak! Taka wiadomość może być koszmarem, no ale za swe wykroczenia trzeba płacić niekiedy surowo. Elf jednak był teraz gdzie indziej i jak myślał nie miał zamiaru wracać, nie tam gdzie była droga tylko w jedną stronę. Gdy tylko się uspokoił na tyle by pomyśleć wyobraził sobie zapaloną pochodnię w wyciągniętej dłoni. Ta natychmiast się tam zmaterializowała, widać było że coraz lepiej radzi sobie w tym świecie. Przytknął do płomieni swój wyrok i patrzył jak ogień go pochłania. Gdy dłużej już nie można było go trzymać rzucił go wraz z pochodnią przed siebie.
Załatwione!
Stał przy biurku i spoglądał na stos papierów, ten sam z którego wziął wyrok i ten sam na którym leżała ta sama karta z tymi samymi nazwiskami i rozporządzeniami. Jego wyrok leżał na biurku w tym samym miejscu skąd go zabrał.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-24, 18:05
Stał przy biurku, patrząc się spokojnie przed siebie. Dał radę, zniszczył rzecz, która skazywała go na takie męczarnie, gdyby zdecydował się wrócić do swojego świata. Gdyby umiał to zrobić. Był spokojny. Udało mu się. Nie musiał się martwić o to, że tam, w świecie, który jeszcze niedawno był dla niego jedynym światem czeka na niego wyrok. Wszystko było skończone.
Wtedy jego wzrok padł na kartkę, która znów leżała na biurku, tam gdzie wcześniej. Tak samo, z tymi samymi nazwiskami, z takim samym podpisem, z takim samym nagłówkiem
"Lista osób skazanych na dożywotnią prac w kamieniołomach na wyspie Kertil".
Oczy rozszerzyły mu się w niemym zdziwieniu. Jeszcze przed chwilą widział, jak kartka płonęła od pochodni. Jeszcze przed chwilą ta kartka znikała w jego dłoni. Oczy, wielkie jak spodki. Wpatrywał się w punkt siedemnasty listy. Wpatrywał się w wielkie dla niego litery układające się w jego imię i nazwisko...
17. ERVIN ICHAER
Patrzył się, oddychając coraz szybciej, czując, jak w jego piersi tłucze się serce, chcąc wyskoczyć spod żeber i upaść na tą kartkę, plamiąc ją krwią tak, by nie było możliwości przeczytania siedemnastej pozycji. Otworzył usta, jakby chciał wyrazić sprzeciw. Jakby chciał powiedzieć recepcjoniście, że na pewno wystąpił jakiś błąd, że on tylko jest chory, że ten starzec go torturował.
-To nie był wasz alchemik - wystękał - zostawcie mnie w spokoju
Poczuł beznadziejne kłucie w żołądku. To zbieg okoliczności. tak samo jak zbiegiem okoliczności los objawił mu Alię D'Hadmak, która wpadł na nich tamtego wieczoru w Tym samym mieście. W tym zaułku przed karczmą, której nazwy nie pamiętał. Przywołał do siebie obraz tego wydarzenia i tego miejsca, nie wiedząc nawet o tym. Nie chciał tego robić, lecz chyba przeniósł się w przestrzeni. Gdy to zauważył zaklął głośno i w tej samej sekundzie znalazł się znów w miejscu, z którego mógł świetnie obserwować kartkę z wielkim punktem numer siedemnaście.
Cała sytuacja wydarzyła się w parę sekund. Patrzył się znów na listę, gdy z naprzeciwka wyszedł do niego drow, śmiejący się cholernie głośno, trzymający ręce przy twarzy.
-Wpadłeś, Kurwa! Hahahahaha- roześmiał się, znów, lecz po chwili uspokoił się i wskazał na kartkę. Parsknął krótkim śmiechem. - Zjebałeś! Wiedziałem,że taka niedorajda jak ty nie da rady odnaleźć wszystkich amuletów. A nawet jak w Wahnsinn Ci się udało, to dalej nie miałeś szans przeżyć. Te wisiorki przynoszą pecha. Chociaż... tobie i tak nic by nie pomogło! Hahahahahaha! Chciałem się po prostu zabawić, jebany drzewołazie, pierdolony leśniaku! - Wykrzywił się znów w grymasie pogardy patrząc się na listę. I zniknął, pozostawiając po sobie wielkie echo, które odbijało się w głowie Ervina, który oniemiał, nie zwracając uwagi na łzy.
Ervin poczuł bezsilność, niezależnie jak bardzo zniszczy tą kartkę tutaj, ona i tak nie zniknie, tak jak ścięte drzewko wszystko wraca do swego początku, do swego pierwowzoru. Ervin załamał się, zaczął wspominać dawne chwile, przypadkowe miejsca, przypadkowe spotkania, odwiedzał je bezwiednie po czym już świadom wracał do biurka i swego nemezis. Przygnębienie się pogłębiało i w końcu z zakamarków jego chorej fantazji wyszedł drow. Szybko przeszedł do monologu który zakończył się równie szybko jak zaczął. Znikł lecz czy na pewno? W jego stronę ktoś zmierzał.
- Hej! Co tu robisz? - usłyszał pytanie Ervin, a zaraz potem dźwięk dobywanego miecza i szybkie kroki pobrzmiewające echem w pustych korytarzach ratusza. Mężczyzna biegł w jego kierunku z uniesionym mieczem ponad głową i krzyczał - Straż do mnie, intruz w ratuszu! - lecz nikt nie biegł, nie było słychać żadnych dźwięków poza tymi wydawanymi przez mężczyznę. Ubrany był w kolczugę i hełm, ćwiekowane rękawice i nagolenice chroniły jego członki, długi miecz kołysał się nad jego głową. Z każdą chwilą był coraz bliżej i bliżej.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-26, 20:24
Spojrzał się nieobecnym wzrokiem w stronę głosu. Jakiś człowiek, na pierwszy rzut oka człowiek, biegł na niego z mieczem uniesionym nad głową, niczym paladyn, wykrzykujący imię swego boga, w świętej szarży na potężnego demona. Zamrugał powiekami, próbując pozbyć się łez, które ciągle zwilżały mu oczy, przez co widział jak przez mgiełkę. Spojrzał się na miecz, spojrzał się na twarz człowieka. On i tak już nie żył. Był skazany na kamieniołomy. Nie żył w swoim świecie. Teraz to jest jego świat. Teraz musiał bronić swojego nowego życia, by nie powrócić do tamtego. Nie chciał pracować w kamieniołomach, nie chciał służyć, nie chciał być karany za coś, co było tylko jednym, małym, pieprzonym przypadkiem. Uniósł brwi, czekając na odpowiedni moment, spojrzał w bok, zerkając na drzwi, przygotowując się do przeniesienia. Czekał, uniósł rękę, by spoczywała na rękojeści katany, pokrytej ostrą skórą zwierzęcia wodnego. Czekał, aż człowiek zbliży się, chcąc dokończyć szarżę. Gdy znajdował się na tyle blisko, by mógł rozpocząć swój atak, pomyślał, by znaleźć się za przeciwnikiem.
Z początku chciał znaleźć się przy drzwiach, lecz chciał tę walkę skończyć jak najprędzej. Człowiek był przeszkodą, człowiek był wrogiem, zagrożeniem, które może go pozbawić tutejszego życia. Mógł go wysłać na kamieniołomy. Gdy znalazł się za człowiekiem, kopnął go w zgięcie kolan, by ten wylądował na kolanach, i szybkim ruchem wyciągnął katanę z say'i, przykładając ją do pleców przeciwnika, zaraz pod szyją, karkiem.
-Tylko się rusz, ścierwo - rzucił, wzmacniając lekko napór ostrza na przeciwnika.
Uważał jednak, by go nie zabić. Mógł mu się przydać.
Cały plan ułożył się półelfowi w momencie w głowie, wiedział co zrobi i jak. Człowiek atakował z uniesionym mieczem w szale bojowym widząc Ervina jako swego wroga i jedyny cel jego życia. Biegł z każdym krokiem zbliżając się do Ervina i gdy ten przygotowywał sie do "skoku" mężczyzna rozwiał się niczym opar mgielny bez dźwięcznie. Ervin nie mógł zatrzymać swego "skoku" i choć skoczył znalazł się w miejscu w którym wcześniej znajdowała sie postać a teraz nie było tam nic oprócz powietrza. Zdziwieniem najłatwiej byłoby opisać jego stan, choć wydaje się że lepiej pasowałoby tu zdumienie. Nagle pojawił sie człowiek kiedy Ervin nigdzie nie widział nic żywego, a potem rozwiał się niczym mgła. Tak zdumienie dobrze pasowało do jego stanu.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-26, 20:43
- Co jest... Kurwa? - Sapnął, lekko wydobywając miecza, targany pierwotnymi planami. Sterczał tak, myśląc, co tu się mogło wydarzyć. Nagły skok adrenaliny mu się przydał, wiedział, że coś tu nie gra, wiedział, że nie jest tu sam, a przynajmniej nie jako coś co mogło się samo poruszać.
Wrodzony egoizm nie pozwalał mu dopuścić do siebie wiadomości, że ktoś kto leciał na niego z mieczem był kimś takim jak on. Zagubiony, nie potrafiący się odnaleźć w nowej rzeczywistości człowiek. W jego przypadku elf. Wyciągnął ostrze do końca, splatając palce na rękojeści, przesuwając je do podstawowej gardy, z której mógłby w miarę jak najszybciej wyprowadzić sparowanie, odbijając niespodziewany cios. Obrócił się, o sto osiemdziesiąt stopni, w stronę, z której przybył człowiek. Przymrużył lekko oczy, chcąc zobaczyć jak najwięcej w ciemnym wnętrzu budynku.
- Kurwa...- powiedział do siebie i splunął na podłogę obok siebie - coraz mniej mi się to wszystko podoba.
ruszył kilka kroków w przód, trzymając miecz ciągle w tej samej pozycji, wyczekując czegokolwiek. Gdy nic się nie stało, szedł coraz szybciej, przechodząc do szybkiego marszu. Zmierzał wgłąb korytarza, chcąc spenetrować cały ratusz.
Wyczekiwał ataku, spodziewał sie go i był na niego przygotowany. Katana idealnie leżała w dłoni i wiedział że będzie wspaniała w walce. Obracał sie, rozglądał i czekał i nic. Nigdzie żywego ducha, cisza przerywana tylko odgłosami jego kroków.W końcu ruszył w głąb korytarza. Był ciemnylecz elf dobrze go widział, po lewej i prawej co kilka , kilkanaście kroków znajdowały sie drzwi prowadzące zapewne do biur urzędników tu pracujacych. Poza tym na korytarzu było pusto, aż do momentu gdy trafił do holu o potężnych gabarytach. Tam po prawej jego stronie znajdowały sie schody prowadzące na górę. Schody w postaci łuku biegły na półpiętro gdzie rozwidlały się na prawo i lewo wspinając sie na ogromną antresolę. Patrząc w górę dostawało sie zawrotu głowy od ogromu przestrzeni która rozciągała sie w tym wnętrzu.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-26, 22:06
Pełno drzwi. Które wybrać? Dążył przed siebie, nie wiedząc, co dalej. Prawo, lewo? Drzwi. Schody. Wielka sala, przytłaczająca wielkością i wzniosłością. Wielki, szerokie schody. Gdzie?
Na górę?
Myśli kołotały się w jego głowie, rozwalając się o ściany czaszki.
kurwa.
Zaczynał coraz bardziej kląć, co wskazywało na coraz większy wpływ adrenaliny, przestawał nad sobą panować. Szedł w stronę schodów, chcąc zobaczyć wszystko z góry. Co dalej?
Patrzył się w górę, potem znów w dół, myśląc, co on tu robi. jak to możliwe, że widzi rzeczy, których nigdy wczesniej nie widział? do tej pory nic takiego tu nie spotykał. chociaż nie. Kartki też nie widział w życiu. A tutaj sama myśl, co na niej było, przyprawiała go o dreszcze i zimny pot spływający po plecach. Wchodził po schodach coraz wyżej, rozmyślając, co może znajdować się jeszcze wyżej. I tak ciągle, aż znalazł się na samej górze. wybierał kierunek rozwidlenia na chybił trafił. Którekolwiek, byle wyżej.
Wchodził wyżej i wyżej, w końcu stanął u szczytu schodów. Przed nim ciągnął się korytarz w prawo i lewo, zaś patrząc w dół widział dużą sale na środku której tuż przed schodami wymalowany był herb, obraz znany mu ze zbroi tych z którymi walczył, tych którzy go sprowadzili z powrotem do Dornost w kajdanach. O tak ten herb znał doskonale. Architektura była zachwycjaąca lecz nie dla niej tu był. Popatrzył na korytarz gdzie w rzędzie stały drzwi prowadzące do kolejnych biur. Gdy stał tak na szczycie schodów zauważył że zielonkawy dywan biegnie tylko korytarzem na prawo, ten na lewo miał tylko parkiet.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-27, 06:46
Herb przeraził go, wywołując wspomnienia i bezwiednie przenosząc w miejsce, gdzie pierwszy raz go zobaczył. Znów stanął u bram Dornost, patrząc w górę na flagę. Herb.
Nieprzyjemne wspomnienia, nieprzyjemne konsekwencje. Cholerny pech i zachcianki bogów...
Znów pomyślał o szczycie schodów, by się tam znaleźć. Cholera... zaczął się przyzwyczajać do tej magii. Rozejrzał się, zaglądając w oba korytarze. W pierwszym był tylko parkiet, w drugim, zielony dywan. Tam był ktoś znaczniejszy. Burmistrz? Książe? To zobaczy później. Wyżej psotawionych zostawi sobie na deser. Tym czasem skierował swe kroki w stronę korytarza bez dywanu.
O tak wspomnienia były żywe i dobrze wiedział co się z nimi wiązało. Choroba, tortury przypadkowa śmierć alchemika. Napad na transport i morderstwo wojaków Dornost, schwytanie i osądzenie w zasadzie bez sądu. Skazanie na wieczne kamieniołomy. Strach to uczucie zakiełkowało ponownie gdy zobaczył herb, przypomniało kto go tam wyśle. Przypomniał sobie pierwsze chwile w których zobaczył herb na fladze przed bramą i znalazł się tam z zadartą do góry głową gdzie na potwierdzenie jego wspomnień wesoło na wietrze powiewała flaga miasta Dornost, a nad bramą wyrzeźbiony był herb.
Ponownie pomyślał o schodach i znalazł się na nich stojąc u szczytu schodów z tą różnicą że na ostatnim stopniu stał mniej niż połową stopy. Zachwiał się rozpaczliwie starając się złapać równowagę. Ręce skoczyły na boki raz dla uzyskania lepszej równowagi dwa na próbę uchwycenia się poręczy, było jednak za daleko. Chwilę walczył o zachowanie równowagi lecz w końcu cały spocony ze strachu i wysiłku stanął pewnie na stopniu poniżej. Może i skoki były łatwym sposobem podróżowania, miały jednak swe minusy i na jeden z nich Ervin właśnie trafił. Cóż skończyło się w końcu dobrze, a elf mógł ruszyć w korytarz na lewo od schodów. Mijał drzwi jedne po drugich aż dotarł do miejsca gdzie korytarz skręcał w lewo dalej obiegając pustkę nad salą a także gdzie skręcał w prawo w ciemniejszą część budynku ze znacznie mniej zdobnymi i mniejszymi drzwiami. Korytarz także był o połowę węższy, wystarczający na swobodne poruszanie się jednej osoby.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-27, 18:06
Nagłe skoki, wywoływane impulsowymi wspomnieniami robiły się niebezpieczne. Mógł sobie skręcić kark, spadając ze schodów. To było niebezpieczne. Wróciłby do sorii, jaką znał kiedyś. Do tłumu ludzi, chodzących po targu, grzmiących jak burza, wśród cichego świata, poruszających się jak mrówki, w ciągłym biegu ludzi, którzy pędzili za swoimi sprawami. Powróci tam, gdzie w pocie czoła i w zgiełku uderzeń kilofów będzie musiał do końca życia pracować w kamieniołomach. Musiał się bardziej kontrolować, nie wspominać, nie "skakać".
Korytarz stał się węższy, jedynie jedna osoba mogła się w nim poruszać, by nie mieć ograniczonych ruchów. Poszedł do skrętu i wyjrzał zza niego, kontrolnie. chciał wiedzieć, gdzie prowadzi ten malutki korytarzyk. Zrobił kilka kroków dalej, opuszczając katanę, by pozycja nie nadwyrężała jego ręki.
Korytarz jak wszystkie inne tylko węższy i ciemniejszy. Można było przypuszczać że znajdują się tu magazynki na środki czystości, artykuły biurowe i może jakieś niewielkie archiwa. Nic szczególnego elf tu nie zauważył, no może poza czerwonym niewielkim światełkiem na jego końcu. Jednak czy było to ciekawe? Malutki punkcik jarzył się ostrą czerwienią wśród cieni korytarza. Na pewno przykuwał uwagę lecz czy był ważny, togo bohater nie wiedział.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-03-06, 18:55
Dziwny korytarz, który znajdował się na samym szczycie schodów, wiodących na najwyższe piętra ratusza miejskiego Dornost. Nie wiedział, co może to oznaczać, a jego słaba wiedza na temat cywilizacji ludzi nie wystarczała widocznie, by wiedzieć, czy w każdym z ratuszy umieszczano takowy korytarz, z jaśniejącą czerwoną kropką. Może był to najzwyklejszy korytarz?
Jedna rzecz dawała mu jednak do myślenia. Jedna rzecz, która pulsowała mu w podświadomości, i nie pozwalała zignorować niezwykłości tego zjawiska. Do tej pory, oprócz słońca, i wymyślonych przez niego rzeczy... Nic nie żyło, nic nie wytwarzało energii. Świece nie płonęły, ludzi nie było. Nic żywego nie było, poza tymi dwoma osobami... Mrocznym elfem i tym dziwnym wojownikiem, który na niego zaszarżował, znikając w chwili, gdy się zbliżył. Rośliny niby też żyły, ale nie brał ich pod uwagę, to było zupełnie coś innego.
To światełko było nagłą zmianą, która nie podobała mu się, jak każdemu przygłupiemu wojownikowi nie podoba się to, że przewaga zmienia się w przegraną. Po prostu przygłupi wojownicy nie lubią, jak coś ich zaskakuje, i nie idzie po ich myśli.
Czerwień żarząca się na ścianie... Bał się jej.
Stał przez chwilę w miejscu, zastanawiając się, co może zrobić. Po namyśle schował katanę do say'i znajdującej się na plecach, i wyczarował sobie długą włócznie i tarczę. Włócznia jednoręczna oczywiście.
Przyodział obie rzeczy, i zaczął kierować się powolnym krokiem, wyznaczając sobie kierunek końcem grota włóczni.
Elf był zaskoczony, zbity z tropu jeśli można tak powiedzieć, a to za sprawą jakże mało znaczącego czerwonego punkcika. Jarzył się tą swoją mocną czerwienią przykuwając uwagę i nęcąc przygłupich wojowników. Widać to podziałało gdyż półelf zaopatrzony w tarczę i włócznię ruszył w jego kierunku swego czerwonego celu. W korytarzu było coraz ciemniej, a punkt na ścianie jaśniał coraz mocniej. Kolor był coraz bardziej intensywny. Gdy tak się zbliżał do niego zauważył że pod tym punkcikiem znajduje jakaś srebrna tablica, jednak z tej odległości nie dało się stwierdzić co tam jest umieszczone, zaś na prawo od punktu widać było drzwi, i co ciekawe błyszczały metalicznym blaskiem.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-03-28, 01:02
Wpatrywał siew punkcik, czując jak kropla potu spływa po jego czole, zlatując po boku nosa, by spocząć na ustach, skąd zniknęła, zabrana przez język, chcący zwilżyć usta. W malutkim umyśle wojownika kłębiły się obawy. zrobił kolejny niepewny krok, za którym nastąpił kolejny. Pomyślał, że koniec włóczni trzymanej w ręce pali się. Wystarczającym ogniem, by oświetlić korytarz, lecz nie na tyle wielkim, by go poparzyć. Gdyby żar zaczął zbliżać się jego dłoni, Ervin rzuca włócznią w stronę punkciku, próbując się dopatrzeć chociażobrysu tego, z czego owe światełko wychodzi.
Podczas tego wszystkiego Ervin poczuł kolejne kropelki potu spływające po jego twarzy, kolejne dreszcze, które wstrząsały jego ręce, i wstrzymywały kolejny krok.
To tylko światło.
Elf czuł się głupio, bojąc się takiej drobnostki jak czerwone światełko wychodzące ze ściany w malutkim korytarzu. Jednakże czym byłby mężny wojownik, gdyby nie umiał pokonywać swoich lęków?
Siła woli cudowna sprawa zwłaszcza wtedy gdy za jej pomocą można dokonywać cudów i to widocznych od razu. Ogień na końcu włóczni rozżarzył się żółtym płomieniem oświetlając koniec korytarza. Czerwone światełko żarzyła się ze środka metalowego kwadratu po lewej stronie równie metalowych drzwi. Pod światełkiem znajdował się kolejny metalowy kwadrat podzielony dziewięcioma mniejszymi kwadratami oraz jednym prostokątem na samym dole. Metal z którego były wykonane te wszystkie rzeczy błyszczał odbijając płomienie z pochodni i nadając tym rzeczom złowieszczego wyrazu.
Ervin podszedł już prawie na odległość włóczni do czerwone światełka, proste pchnięcie do przodu i ostrze powinno dotknąć go.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-03-31, 21:46
Ervin spojrzał się na metalowe kwadraciki, osądzając, czy było się czego bać. jak w wielu przypadkach, głupota okazała się u niego widoczna, i przestraszył się pewnie zwykłej dziurki na klucz przez którą przechodzi światło zachodzącego słońca. Takie myśli przynajmniej pojawiły się w głowie Elfa, któremu buczało w głowie od własnego tętna. Strach, tak bardzo znienawidzony przez wszystkich bezmyślnych mięśniaków. Strach jest oznaką słabości, a słabość jest oznaką tego, że można dać się pokonać. Ta rzecz znaczyła jedno - jest się słabym wojownikiem. A każdy bezmyślny mięśniak chce być dobrym wojownikiem.
Po chwili do jego głowy trafiła myśl, że zaimprowizowany pomysł z włócznią już przestał być potrzebny. Pozwolił, by z jego dłoni znikła broń, a by na jej miejscu mogła pojawić się płonąca pochodnia. Jednocześnie zrobił parę kroków w stronę drzwi i przyjrzał się kwadracikom.
Odrzucona włócznia jak można się było domyślić znikła w momencie w którym dotknęła ziemi, a jej miejsce zajęła płonąca pochodnia. Ervin podszedł kilka kroków dalej i gdy był już na wyciągnięcie ręki od światełka zaczęło ono intensywnie mrugać, zaś za jego plecami z głośnym hukiem opadła solidna krata odcinając drogę wstecz. Światełko nie przestało mrugać choć elf zauważył że z każdą chwilą mruga coraz wolniej. Nie wiedział co to może oznaczać. Gdy spojrzał na kwadrat poniżej czerwonej lampki zobaczył w trzech rzędach zestawy trzech przycisków przedstawianych różne bronie.
Pierwszy rząd należał do broni krótkich, sztylet, tanto, krótki miecz. Drugi rząd ukazywał broń długą miecz, szpada, włócznia. W trzecim znajdowały się bronie strzeleckie łuk, kusza i shuirken. W czwartym rzędzie znajdował się tylko jeden długi przycisk przedstawiający zaciśniętą pięść.
Oprócz światełka, panelu, drzwi i kraty nie było nic, no może trochę kurzu. Widać dawno nikt ze służb sprzątających nie zapuszczał się w to miejsce.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-04-08, 22:02
Ervin wyrzucił włócznię, oczekując jej zniknięcia, i znów się nie przeliczył, gdyż ta wraz z dotknięciem ziemi znikła, nie pozostawiając po sobie śladu. Nie było żadnego cichego pyknięcia, żadnego wybuchy, implozji, czy też innych rzeczy, które mogłyby świadczyć o załamaniu się jakiejś podstawowej struktury wszechświata, dzięki której rzeczy istnieją, i nie mogą rozpłynąć się w powietrzu. Był tylko wyrzut z ręki, krótki lot, który zakończył się wraz z pierwszym dotknięciem podłoża. Niesamowite. Po sekundzie, z nikąd pojawiła sie pochodnia, która pomogła mu w ciemnościach. Magia tego świata. Ervin nie potrafił ogarnąć myślami tego, czego jest nie tylko świadkiem, ale i podmiotem. Nie mógł zrozumieć, co tu się właściwie dzieje.
Trzy rzędy przycisków. Obrazki z broniami wcale nie kojarzyły mu się dobrze, wraz z obrazem kraty opadającej z tyłu. Krata może i nie była przeszkodą dla niego, umiejącego się w owy magiczny sposób przenosić, jednakże w prawdziwym świecie była to pułapka. Musiała mieć też jakiś cel. Coś było za tymi drzwiami. Obejrzał dokładniej sam zamek, światełko, jego źródło, przyciski, klamkę. Chciał wiedzieć o tym cokolwiek, zanim zacznie to ruszać.
Przyjrzał się światełku i był pewny że jego częstotliwość migania słabnie że błyski są coraz dłuższe, źródła nie mógł zidentyfikować gdyż było gdzieś po drugiej stronie ściany lub wewnątrz niej. Przyciski to srebrne kwadraty trzy na trzy centymetry oraz jeden długi prostokąt trzy na dziesięć centymetrów ułożone na metalowej płytce w czterech rzędach. Klamki żadnej nie było, gładkie metalowe drzwi idealnie przylegały do ściany ze wszystkich stron. Migotanie zwalniało coraz bardziej.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-04-10, 23:24
Oczy opadły znów w stronę światełka... Czegoś, co go zamurowało, przestraszyło. Światełko miało dla niego jakieś znaczenie. Dzięki niemu zobaczył, jak bardzo się zmienił. Jak z wojownika stał się znów dzieckiem, który poznaje świat. Jak z dorosłego mężczyzny staje się bezbronnym wyrostkiem. Jak z kogoś, kto był w stanie się obronić, stał się tylko marionetką, która trzymała w dłoniach narzędzia, nie mające w ogóle siły. Tak, dotarło to do niego, a teraz, gdy wpatrywał się w to mrugające światełko, docierało to do niego coraz bardziej. Nie był kimś, kim był na początku swej przygody. Kimś, kto zachował zimną krew, gdy kazano mu zabić swego przyjaciela. Nie był tym samym elfem, który beztrosko przechodził koło zwał trupów w martwej świątyni w wymarłym mieście, nie był tym samym zabójcą, który wyżynał bezbronnych chłopców w zaułku Dornost. Był kimś innym, słabszym, kimś kto na widok zwykłego mrugającego światełka nie mógł logicznie myśleć, kimś kto uważa, że starszy dziadek jest w stanie go torturować. Ervin był teraz... Słaby. Inny. Był zupełnie inny. Kim się teraz stanie? Czy przeżyje to? Co się będzie mogło z nim dziać, kiedy naciśnie jakikolwiek przycisk? Ze ścian wychylą się ostrza? Przedziurawią jego ciało, rozpryskując mózg, mięśnie, krew na ścianach? Sprawią, że gałki oczne rozpłyną się po podłodze? Nie wiedział, czemu tak brutalne myśli pojawiły się w jego głowie. Wyobrażał sobie coś, co mogłoby sprawić, że chciałby stąd uciec.
On chciał uciec, chciał się znaleźć jak najdalej od tego pieprzonego Dornost. chciał siedzieć na balkonie swojej chatki w pięknych elfickich lasach, oglądając zwierzęta, kluczące pomiędzy grubymi drzewami. Chciał, żeby wszystko było tak jak kiedyś.
W jego myślach pojawiły się obrazy. Przenosił się co sekundę w inne miejsce z jego życia sprzed całego zamieszania z drowami. nie nadążał za tym, by obserwować jedną lokację, a już znajdował się w drugiej. Aż stanął przed drzwiami swojego domu (Swojego, nie rodzinnego). A przynajmniej w miejscu, gdzie się on znajdował. Nie wiedział, czy on Ciągle stoi. Stanął, by na chwilę spojrzeć na owe drzwi, które mogły istnieć w jego wyobraźni, spojrzał w miejsce, gdzie na drzwiach w dornost znajdowało się światło, czerwone, pulsujące światło. I znów przed nimi stał. Znów znajdował się w korytarzu, odgrodzony kratami, przed mrugającym światełkiem, dziesięcioma przyciskami.
Stał z myślami krążącymi w głowie w rytmie pulsowania czerwieni. Wraz ze spowolnieniem migania, spowalniały myśli.
Od czasu do czasu wzbierały w nim siły mentalne. Dziwne uczucie... Czasami zachowywał się jak maszyna, a czasami potrafił wspominać... Melancholijnie powracać do rzeczy z przeszłości, jakby pisarz, piszący opowieść jego życia nabrał sił, dostał magicznej weny.
Wyciągnął rękę w stronę "panelu". Nacisnął największy przycisk, na którym widniała pięść. Spoglądał strachliwie, na rękę, która powoli przesunęła się do przodu, jak w zwolnionym tempie. Gdy dotknął przycisku zwrócił uwagę na temperaturę, fakturę, i innego typu szczegóły. Wszystko działo się, jakby to była bajka, zmienił się, a to dopiero do niego docierało. Podobno ludzie zmieniają się pod wpływem traumatycznych przeżyć. Pewnie elfy też...
Myśli skakały od miejsca do miejsca i choć spodziewał się że jego ciało będzie między nimi także przeskakiwać, to ku jego zaskoczeniu nic się nie zmieniło, nadal stał przed metalowymi drzwiami patrząc jak czerwone światełko spowalnia coraz bardziej a błyski zamieniają się w coraz dłuższe wiązki światła. Dotknął panelu, przycisków skupiając się na jednym tym największym. Elf z dużą dozą strachu nacisnął duży przycisk, który w dotyku był zimny i gładki, po prostu kawałek metalu. Naciśnięcie przycisku spowodowało że wokół Ervina rozbrzmiał niezbyt przyjemny dla ucha dźwięk. Nie wróżył on niczego dobrego, zaś ciągle zmniejszające częstotliwość błysknięć światło potwierdzało tylko obawy Ervina co do niebezpieczeństw tu na niego czyhających szczególnie gdy nie mógł się stąd wydostać siłą woli.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-04-15, 22:08
Wydawało mu się, że będzie podróżował za pomocą swej woli. Znów miał przeczucie. Tym razem się nie sprawdziło. Nie przemieszczał się z wielką prędkością pomiędzy miejscami, które zapadły mu w pamięci dawien dawno. Stał w miejscu, myśląc, że tam się przeniesie. Jednakże ciągle patrzył na czerwony punkcik, który ciągle zwalniał swe tętno.
Myśli wirowały mu w głowie. Zagubił się, bo był przygotowany na ewentualne trudności z przeniesieniem, jednakże nie oczekiwał, że zostanie w tym samym miejscu.
Przyciśnięcie dłoni dało jakiś efekt, jednakże nie taki, który mógłby Ervina zadowolić. Jakiś rumor, który mógł oznaczać jedno. Coś się włączyło. Włączyło, czy też zaczęło działać. Cokolwiek się stało, przeczucia elfa nie myliły go. Stanie się coś złego, jeśli nie zacznie działać.
Wyciągnął znów rękę. Zobaczył, jak lekko trzęsła się ze zdenerwowania. Przypomniał sobie, jak trzęsła mu się ręka, gdy dzierżył w niej miecz, który zadał śmiertelny cios alchemikowi. Był bardzo osłabiony. Teraz był przerażony.
Nie zważając, czy przyciski były zimne, płaskie, szorstkie, gorące, gładkie, wypukłe, czy też wklęsłe, wystukał pierwszą kombinacje, która wpadła mu do głowy.
Sztylet, włócznia, shuriken i ostatni, podłużny przycisk.
Chciał nacisnąć po jednym przycisku z rzędu.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum