Ta myśl była tak banalną, że aż nie mógł w to uwierzyć. On! Dziedzic Alaira! On! Zginął! Tak... tak po prostu. Tak zwyczajnie. Banalnie, że aż strach.
Umierająca matka, głosząca swoje ostatnie słowa. Amulet. Porwanie. Wampir i ucieczka z jego rezydencji. Pierwszy kontakt z Bractwem. Masa, masa, masa pytań bez odpowiedzi. A potem? Spotkanie z Draconem. Uratowanie orka. Walka z awatarem. Wszystko to będące zaledwie preludium do dalszych problemów i do walki w płonącym mieście. Do zdobycia Łuku. Do odnalezienia Saihri. Do odnalezienia ukochanej siostrzyczki i do jej śmierci.
Śmierci!
Tyle jej było. Tak wiele. Tak nieludzko. Tak potwornie, ohydnie, krwawo, bezwstydnie. W śmierci nie było chwały. W śmierci był smród własnego strachu i rozpaczliwe szamotanie się w żelaznym uścisku wampirzycy. Umarł... umarł tak beznadziejnie głupio.
Tym dziwniejsze, że myślał. Myślał, zawieszony w pustce. Jakże mógł myśleć, skoro go nie było? Skoro nie istniał? Skoro nie miał prawa myśleć, jako niebyt? Kimże wobec tego się stał?
Uderzenie w tył głowy wyrwało go z otępienia. Potem stopniowo zaczęły docierać do niego innego doznania. Coś z delikatnością papieru ściernego szorował jego plecy. Szorował plecy? Chwila, kurwa, moment... no tak. To nie ktoś szorował PLECY, tylko szorował jego PLECAMI. Anhur był ciągnięty za nogi po jakimś kamienistym, żwirowym podłożu. Uderzenie w głowę musiało być wywołane jakimś kamieniem. Ból z pleców i totalnie zdartych ramion odezwał się falą po całym ciele. Było gorąco i duszno. Gdzieś w głębi gardła czuł paskudny, suchy posmak. Jego głowa była jednym wielkim bólem. Słyszał coś, co mogło być głosami, ale nie umiał ich nawet określić w przestrzeni. Po prostu zdawał sobie jedynie sprawę z tego, iż jest ciągnięty po papierze ściernym i że boli go każdy nerw ciała.
I że, na wszystkich bogów Undusu, jakimś cudem, nadal czuje.
Że - aż nie śmiał tak myśleć - żyje.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
"Matko, Saihri, zawiodłem was." Czuł gorycz przegranej. Nowa fala złości i żalu na siebie przelewała się na samo wspomnienie o tym jak zginął. Już miał zwycięstwo nad wampirzycą w ręku, lecz jakiś okrutny los sprawił, że zginął.
Te i inne myśli błąkały się po jego głowie, lecz coś nie dawało mu spokoju. W końcu uzmysłowił sobie co to było. "Ja myślę!" Po czym poczuł uderzenie w głowę i szorowanie pleców. "AJ! I czuję, co jest grane? Przecież ja... zginąłem?"
Tak jak ból rozpłynął się po ciele Anhur poczuł przypływ nadziei. "Może jeszcze nie wszystko stracone! Jest jeszcze nadzieja! Tylko czemu tak musi boleć!"
"Tylko kto mnie ciągnie?" Spróbował otworzyć oczy i rozeznać się w sytuacji, a przez suche gardło spróbował przemówić
-Hej, gdzie ja jestem?
Jego głowa podskakiwała, odzywając się raz za razem, przy każdym kolejnym pociągnięciu. Czuł na twarzy zaschniętą skorupę brudu, pyłu i krwi. Aby otworzyć oczy musiał właściwie najpierw je rozkleić.
Miał wrażenie, że robiąc to, traci wszystkie rzęsy.
I powieki.
Tysiące, miliony drobnych kamyczków i żwiru szorowało jego plecy jak szczotka ryżowa. Powiedzieć, że całe ciało go bolało, to banał. Ciągnięty Anhur miał wrażenie, że ktoś zdziera z jego pleców skórę razem z mięśniami i ścięgnami.
Gdy wreszcie otworzył oczy, a źrenice przyzwyczaiły się do słabego światła, tym, co przykuło uwagę łowcy była... szarość. Wszechogarniająca, wypełniająca każdy centymetr oglądanej powierzchni, przytłaczająca szarość. Niebo, pokryte było barwą stali. Niskie, jakby brzemienne w deszcz chmury wisiały niezniszczalną skorupą bardzo nisko. Tak nisko, że wydawało mu się, iż jest w stanie do nich dosięgnąć dłonią. Nawet jeden promyk słońca nie był w stanie się przez nie przedrzeć. O ile coś takiego jak słońce w ogóle tu istniało.
Przyzwyczajony do przyrody i do krajobrazu Undusu, pełnego kwiatów, Anhur zadrżał widząc, iż znajduje się na pustkowiu szarości. Nigdy nie widział czegoś podobnego. Nagie, wyrzeźbione przez wiatr i piach skały, formujące abstrakcyjne kształty ciągnęły się aż po horyzont. Jak gdyby natura w tym miejscu cierpiała na wyjątkowy brak inwencji. Jeno szarość, pył, piach i skały, tworzące las ze snu wariata.
Tytanicznym wysiłkiem spróbował przenieść spojrzenie na owo coś, co go ciągnęło.
- Gdzie jestem? - spytał.
Nawet jego własny głos w jego uszach zabrzmiał sucho, sztucznie i nienaturalnie.
Ciągnęły go dwa orki. Dwie zwaliste, krępe masy mięśni, ubrane w jakieś poszarpane resztki szmat, które kiedyś można było nazwać ubraniami. Anhur widywał w życiu orki... ale nigdy takich. Tak wielkich i potężnych, a jednocześnie tak... zezwierzęconych. Orki słysząc jego głos zatrzymały się i spojrzały po sobie uważnie. Jeden z nich rzekł coś w ich narzeczu, a drugi roześmiał się gardłowo.
- Nie wiedzieć? - rzekł, kończąc się śmiać, łamanym wspólnym.
Anhur, nie wiedzieć czemu, właśnie w tym momencie uświadomił sobie, że jest nagi. I bezbronny.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nigdy w życiu nie pomyślał o tym, że otwarcie oczu może sprawiać aż tyle bólu. Kiedy wreszcie je i ujrzał otaczający go świat przestraszył się. Lecz coś innego bardziej go przestraszyło, mianowicie orki. Nigdy jeszcze nie widział takich orków
Kiedy otrzymał odpowiedz na swoje pytanie z jeszcze większą trwogą rozejrzał się. "To nie możliwe!" Gorycz, strach, zmieszanie kotłowało się w jego ciele. Chciał coś powiedzieć, lecz czuł pustkę w umyśle, jakaś część jaźni mówiła mu, "to nieprawda, to tylko sen, wkrótce się obudzisz", lecz to był ledwie słyszalny podmuch wiatru, przytłoczoną przez inny głos, który z mocą huragan zdawał się mówić "witamy w piekle mały."
-P...puśćcie mnie -zwrócił się łowca bełkoczącym głosem do orków- Ja... ja mogę sam iść.
Szarość otaczała go i przytłaczała z każdej możliwej strony. Suchy, kwaśny i metaliczny posmak gdzieś w głębi ust informował niechybnie, iż musiał solidnie albo ugryźć się w język, albo uderzono go w twarz. Czuł krew. Suchą już, zakrzepłą, ale jednak krew.
Przypomniała mu się Girithiel, na chwilę przed tym, gdy go zabiła i pożarła.
- P... puśćcie mnie - zwrócił się łowca bełkoczącym głosem do orków - Ja... ja mogę sam iść.
Ork, znający język wspólny przez chwilę patrzył się na człowieka, jak na owcę, która beczy i prosi rzeźnika o to, by pozwolił jej samemu wskoczyć wesoło na stół na którym ją rozćwiartują. Rzekł wreszcie coś do swojego kompana w twardym, gardłowym narzeczu orków, na co ten w odpowiedzi warknął coś urwanie i skinął potakująco głową.
- Nie - rzekł pierwszy z orków - nie możesz.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, drugi ork unieruchomił trzymaną nogę Anhura, zaś ten pierwszy całym ciężarem swojego ciała...
<trzask>
- Aaaarhghhh!! - wrzask bólu wydobył się z suchego gardła totalnie zaskoczonego i zamroczonego łowcy.
Jak oczarowany mógł tylko wrzeszczeć i patrzeć na swoją lewą nogę, która nagle, w kolanie dorobiła się zupełnie nowego stawu. Nienaturalnie wygięta, bolała go samym faktem swojego istnienia. Brutalnie złamana, zdawała się krzyczeć równie głośno co on sam całemu światu niesprawiedliwość, jaka ją spotkała. Fala oślepiającego bólu, bólu, jakiego jeszcze nigdy nie zaznał, odebrała mu wręcz umysł, głos, siły...
...a wreszcie świadomość.
* * *
Leżał na ziemi. To już nie był żwir, ani kamienie, jeno ziemia i błoto, przemieszane z pyłem. Czuł bardzo wyraźnie, jak jego policzek obkleja warstwa brudu i owej ziemnistej masy. Noga go nie bolała. Właściwie, ku swojemu przerażeniu skontaktował, iż jej nie czuje.
Co się stało? Gdzie był?
Dźwięki... przez tępą zasłonę bólu zamraczającą mu umysł dochodziły do niego gardłowe warknięcia orków. Były tu. Może całkiem blisko, a może zupełnie daleko... w obecnym stanie nie był zupełnie w możliwości tego ocenić.
Nagle drgnął, czując, jak czyjaś delikatna, smukła dłoń kładzie się na jego ramieniu.
- Budzisz się, przyjacielu...?
Głos należał niewątpliwie do mężczyzny, mówiącego dobrze we wspólnym. Zapewne raczej starszego, niż młodszego... choć jak zwykle, zmysły mogły go mylić. Brak czucia w nodze go przytłaczał.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Gdy ork złamał mu nogę poczuł wielki ból, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie czuł. Łowca nic nie mógł na to poradzić, tylko w myślach przeklinał ich. Cóż przynajmniej chciał to zrobić, lecz fala ciemności zalała jego umysł zanim zdążył skleić jakieś sensowne słowa pasujące do danej sytuacji i do danych osobników.
"Co się stało?" przepłynęła pierwsza fala myśli. Chwila koncentracji. "Ach... tak... pamiętam, dwa skurwiele złamało mi nogę" Chwila zastanowienia, czuł że coś jest nie tak. Błysk zrozumienia i przerażenia. "Nie czuję jej!"
Wtedy to właśnie przez umęczony przez ból umysł doszły dźwięki, warknięcia orków. "Co oni chcą ze mną zrobić" pomyślał. Znienacka poczuł jak czyjaś dłoń kładzie się na ramieniu.
-gdzie mnie zabraliście?- spróbował powiedzieć, jednocześnie chciał zobaczyć gdzie się znalazł i kto do niego przemawia.
Dłuższą, naprawdę dłuższą chwilę zabrało łowcy przezwyciężenie suchości w gardle, przez którą każde słowo musiało przejść, niczym przez wielomilową pustynię piachu i kamieni.
- Gdzie mnie zabraliście? - gdy już ta sztuka mu się udała, aż wzdrygnął się, słysząc swój własny, nieprzyjemnie charczący i chropowaty głos.
Głos człowieka bardzo, ale to bardzo zmęczonego wszystkim, co go w ostatnich chwilach spotykało.
Nie czuł nogi. Leżał w błocie, twarzą do ziemi. Odruchowo, jedną ręką próbował sięgnąć w dół, by sprawdzić, czy dolna kończyna nadal znajduje się na swojej pozycji. Sztuka ta jednak nie do końca Anhurowi się udała. Gdy tylko drgnął, można rzec, że jego plecy nagle szumnie dały znać o sobie. Jak gdyby obudził je z jakiegoś snu. Ostry ból targnął całym ciałem łowcy, momentalnie zmuszając go do spokoju i wykonywania jedynie najdrobniejszych ruchów.
Jak mruganie.
No cóż, mógł się jednak tego spodziewać. Wszak musiano go ciągnąć po ziemi, po szorstkich kamieniach przez ładny kawałek drogi. Wolał nawet nie zastanawiać się, jak to tam z tyłu wygląda. O ile cokolwiek z jego pleców pozostało.
- Nie ruszaj się, przyjacielu, bo do reszty będzie z tobą źle.. - szeptem doradził mu ów znany już głos.
Dialekty orków dochodzące z niedalekiej odległości nie słabły ani nie nasilały się, co świadczyło, że ciemiężcy nie zdają sobie chyba sprawy z tego, iż ich ofiara się przebudziła. Opcjonalnie, nic ich to nie obchodziło.
Anhur z najwyższym trudem zdołał otworzyć oczy. Póki co jednak miał kłopoty ze skupieniem wzroku na jednym punkcie. Ze swojej, przyziemnej, perspektywy widział zarówno błoto i kurz, zmieszane w paskudną papę, pokrywającą najbliższą okolicę. Widział pręty czegoś, co mogło być kratą jakiejś klatki, zbudowanej ze wszystkiego, co było pod ręką i powiązaną powrozami. Widział ostre światło, nie pochodzące od słońca przebijającego się przez chmury, a od pochodni, co znaczyło, iż nie jest już na powierzchni ziemi. Wszystko jednak latało mu przed oczami i otumaniało.
Twarz zniszczonego życiem człowieka, pooraną bruzdami i szramami, bezwłosą i praktycznie bezzębną powitał niemal jak twarz anioła. Później dotarło do niego, iż starzec jest praktycznie, jak i on sam, nagi, oraz, że wygląda na wyjątkowo wymęczonego. Starzec nie miał prawej nogi, uciętej tuż poniżej biodra.
- Spokojnie, przyjacielu, nie jestem twoim wrogiem... - szepnął - ...nic ci nie zrobię.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Gdy ruszył ręką od razu poczuł, że lepiej tego nie było robić. Zacisnął zęby by nie jęknąć głośno. Gdy radę nieznajomego chciał się uśmiechnąć, lecz trwający jeszcze ból powstrzymał go.
"Cholerne orki, zapłacą mi za to..." sapnięcie. "O ile będę miał jeszcze okazję. Nie... to zły sposób myślenia. Na pewno mi się uda. No tak lepiej" Uśmiechnął się pod wąsem.
Rozejrzał się po okolicy. "Hmmm... klatka, pochodnie, podziemia... po prostu pięknie. Będzie ciężko, ale muszę przeżyć! Tylko jak?"
Spojrzał na współlokatora. "Cóż może i mizernie wygląda, ale jest w takiej sytuacji co ja... Cóż szanse trochę wzrosły... trochę heh..."
Po chwili zbierania sił i namysłu rzekł do współwięźnia
-Powiedz mi, gdzie my jesteśmy i co oni zamierzają z nami zrobić
Towarzysz niedoli roześmiał się cichutko i sucho, jak gdyby pytania Anhura należały do owego rzadkiego gatunku pytań, na które nie należy odpowiadać a na które należy roześmiać się właśnie. Pytań tak prostych, tak oczywistych dla słuchacza, że aż zabawnych. Nawet, jeśli pytania te wcale zabawne ani proste nie są.
Ot, stara prawda, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, również w tym wypadku i w tym miejscu miała okazać się nad wyraz życiową.
- Nowy, prawda? - odpowiedział pytaniem starzec, gdy skończył wreszcie swój kaszlący śmiech - Nie sądziłem, że ktoś zdoła mnie w tym miejscu rozbawić.. dziękuję, przyjacielu..
Ból w plecach i ręce gasł cicho, natarczywie nie chcąc przestać przypominać o swoim istnieniu. Głosy orków nie słabły, wciąż pozostając w tym samym natężeniu i odległości. Wzrok łowcy powoli ogniskował się, wyłapując coraz więcej szczegółów z otoczenia. Do pełnego rozeznania w sytuacji brakowało mu jednak jeszcze nieco zdrowia... na tyle, by móc się podnieść i rozejrzeć.
- Miałeś paskudnego pecha, by trafić na tych tutaj zaraz po przybyciu - starzec lekkim ruchem podbródka wskazał miejsce gdzieś, ponad Anhurem, w stronę, z której dochodziły głosy orków - ha, nawiasem mówiąc miałeś paskudnego pecha, by w ogóle się tu znaleźć, przyjacielu...
Starzec ciężko klapnął na błocie pokrywającym dno klatki.
- Mało kto uważa się za szczęśliwca po trafieniu do piekła - rzekł prozaicznie.
Tak prozaicznie, że aż nierealnie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
"No tak, od śmierci matki wydarzyło się trochę pechowych rzeczy..." Przed oczami pojawił mu się obraz przypalonego krasnoluda. Już na samo to wspomnienie dreszcz przeszedł przez jego plecy. Po chwili ten obraz zastąpił postać uśmiechniętej Saihrii "Ale też przytrafiło się trochę dobrych..."
Spojrzał jeszcze raz po otoczeniu. "Jak pech to pech..." Swoją uwagę zwrócił na towarzysza
-A co pan może jest stary weteran?- powiedział z półuśmiechem głosem w którym można było wyczuć lekką rezygnację.
Po chwili namysłu dodaje
-A tak w ogóle to nazywam się Anhur, a pan?
Starzec znów zaniósł się cichym, ukradkowym, przechodzącym momentami bardziej w kaszel śmiechem. Zupełnie, jakby obawiał się, iż w miejscu takim jak to, po wypowiedzeniu słów, które padły, nie wypadało się śmiać. Albo po prostu nie chciał przyciągać uwagi orków.
Ból w ciele Anhura stabilizował się. Powoli paskudne otępienie z głowy również przechodziło, aczkolwiek łowca nadal czuł się ciężko i odrobinę zdezorientowany. Zauważył już, iż ich niedbale skleciona klatka znajduje się w rogu sporej jaskini, czy też nawet kompleksu jaskiń. Obecna sala, w której się znajdowali mogła mieć osiem na pięć metrów, oraz nieco ponad dwa metry wysokości. Oczywiście, ściany nie były idealnie ciosane, toteż wartości te różniły się miejscami. Jedynym źródłem światła tu była samotna pochodnia zawieszona daleko, tuż przy wyjściu z jaskini, przechodzącym zapewne w drugą komorę. To stamtąd, zza zakrętu i skał dobiegały właśnie głosy orków.
- Stary weteran... - Sirus chwilę milczał, smakując w ustach to słowo - ...tak, chyba można tak mnie nazwać. Nie wiem ile to już lat minęło od mojej śmierci... tu czas płynie zupełnie inaczej, z tego, co mi mówiono. Ale, cóż to ma za znaczenie? - uśmiechnął się smutno - I tak koniec spotka nas jeden.
Wymownym gestem wskazał przejście pomiędzy jaskiniami.
- A ty, przyjacielu? Umarłeś niedawno... powiedz mi, staremu, jakich ciekawych historii dokonałeś za życia?
W jego głosie brzmiała bezwstydna, nieskrywana ciekawość. Taka ciekawość narkomana, który zabiłby chociaż za historię z ust innego o narkotyku, który bezpowrotnie utracił.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
-Ciekawych historii...- powiedział cicho, po czym spróbował usiąść.- cóż można tak to nazwać, choć dla kogo ciekawe, to ciekawe. Wolałbym tego zbytnio nie opowiadać, ale skoro już jesteśmy w tym piekle, to już raczej i tak nie mam nic do stracenia. Ale w zamian za moją historię chciałbym usłyszeć twoją, tak będzie chyba uczciwie.
Usadowił się wygodniej, po czym przez chwilę siedział z zamkniętymi oczami zbierając myśli do kupy.
-Cóż moja przygoda zaczęła wraz ze śmiercią mojej matki, która jak się dowiedziałem nie była moją prawdziwą matką, ale to nie znaczy, że nią nie była...- I tak właśnie zaczął opowiadać o swojej historii. Starał się zbytnio nie przynudzać współtowarzysza i próbował w miarę streścić swoje przygody, ale na wzmiankę o ostatnich chwilach swojej siostry mówił przyciszonym głosem, w którym można było wyczuć tęsknotę.
Swoje opowiadanie skończył mówiąc
-Cóż i tak właśnie wylądowałem tutaj. Heh... masz może jakieś pytania? Jeśli nie to chciałbym co nieco o tobie usłyszeć
Historia, jaka popłynęła z ust Anhura w żadnym wypadku nie mogła zostać nazwana banalną i byle jaką. Łowca sam przed sobą musiał przyznać, iż, choć od momentu jego wyruszenia w podróż, mającą na celu ustalenie sekretu leżącego za amuletem, choć krótka, obfitowała w różne warte dobrej, osobnej opowieści wydarzenia. Siłą rzeczy bohater nie był w stanie opowiedzieć wszystkiego tak barwnie i bujnie, jak na to miara wydarzeń zasługiwała. Ale, sądząc po reakcji słuchacza, i to wystarczało.
Przez najbliższą godzinę ciszę w jaskini przerywały jedynie charknięcia orków i spokojny, miarowy głos Anhura. W bujanej atmosferze snutej opowieści nawet brak czucia w nodze i strach przed swoim niepewnym losem, jak gdyby zmalał.
Sirius westchnął, dając znak, iż niepowtarzalna atmosfera bardziej opowieści znikła.
- Niezwykłe rzeczy mi tu mówisz, Anhurze, niezwykłe... - rzekł z lekka, cedząc ostrożnie słowa - ...i powiem ci coś w sekrecie, przyjacielu. Gdyby nie to, iż razem siedzimy w tej podłej dziurze, pierwszą rzeczą, jaką bym zrobił po opowiedzeniu tej historii byłoby przypieprzenie ci kamieniem w ciemię i dostarczenie na Targ.
Właśnie tak wypowiedział to słowo. "Targ". Jakby to było coś niesamowicie istotnego, a nie zwykły, miejski targ.
- Jesteś tu nowy, a my za niedługi czas pojawimy się w zupełnie innych miejscach... wobec tego dam ci darmową radę. Zapomnij o tamtym życiu. Nie opowiadaj o nim nikomu. Stań się innym Anhurem, walczącym każdego dnia o wodę i pył do żarcia. W tym parszywym miejscu jedyne, co pozostaje nam, ludziom, to zdrowe zmysły, pamięć o życiu, oraz dusza. Nie pozwól, by ktokolwiek wszedł butami w jedną z tych wartości.
Nawet orki z jamy obok, na potwierdzenie tych słów, ucichły na moment.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Radę Sirusa przyjął kiwnięciem głowy i cichym słowem "zapamiętam".
Westchnął. "W co ja się wpakowałem. Heh... że też to spotkało mnie, akurat wtedy, kiedy zaszedłem już tak daleko. Cóż, heh takie już jest eee... życie?"
Przez chwile siedział zadumany, po czym zapytał się towarzysza:
-Hej Sirus, wspomniałeś coś o jakimś Targu, czym ono dokładnie jest i dlaczego akurat byś mnie tam zaniósł. Czyżby dlatego, że w mojej krwi płynie krew Alaira? Powiedziałeś też, że trafimy gdzieś indziej, czy możesz powiedzieć mi dokładniej co się z nami później się stanie?
Sirius uśmiechnął się pod nosem, uśmiechem doświadczonego życiem – czy też może nieżyciem – człowieka. Uśmiechem człowieka, który ze wszech miar miał prawo spodziewać się takiego pytania który czerpie niesłychaną przyjemność z tego, iż teraz jemu padło w udziale podzielenie się częścią swojej wiedzy.
W miejscu takim jak to i w takich okolicznościach, nawet tak prosta sprawa, jak możliwość porozmawiania z innym człowiekiem, może urosnąć do miary prawdziwego skarbu, którego nie a się ocenić miarą złota i kosztowności.
- Pojawimy się w innym miejscu... - wymruczał starzec - ...widzisz, największym przekleństwem tego miejsca jesteśmy my sami... nasze umysły... tu nie można umrzeć! - rzekł nagle, niemal krzycząc – Rozumiesz? Już umarliśmy! A tu... tu jest piekło! Prawdziwe! Tu... tu nie ma nic! Najpierw pojawiasz się przy Bramie. Nagi, bezbronny.. i wydaje ci się, że dasz radę. Że przetrwasz. Ale potem rozumiesz, zaczynasz rozumieć, czym jest to miejsce. Wytrzymać można tutaj naprawdę długie lata... lecz wreszcie się poddajesz. Każdy się poddaje. Za każdym razem... za każdym razem, gdy ktoś cię tu zabije, ty nie znikasz. Po prostu odradzasz się. W innym miejscu, przy innej Bramie, nawet może w innym czasie. I tak w kółko. W nieskończoność. Bez żadnej możliwości zmienienia tego. Jak sądzisz, ile wieków człowiek jest w stanie to wytrzymać?
- Każdy, ale to każdy prędzej czy później odchodzi od zmysłów...
Chwila wymownego milczenia. Refleksja, czy nie ma innej drogi. Jak długo się wytrzyma.
- Ostatecznie istnieje Targ. Paskudne miejsce, przyjacielu. Paskudne, niebezpieczne, pełne grup, które uważają się za królów lokalnego śmietniska, widm, demonów i szaleńców. Ale z drugiej strony jest to jedyne miejsce, gdzie tacy jak my możemy spotkać się z którymś z Lordów. Z demoniej szlachty. Czasem się tu pojawiają, w tej rzeczywistości. Patrzą. Szukają. Czasem kogoś porywają na mocy starych układów i paktów. A czasem oferują... układy...
Starzec zadrżał zauważalnie, nie wiedzieć, czy pod wpływem zimna, czy też myśli o układach z demonami.
- Targ istnieje wszędzie i zawsze. Gdziekolwiek byś się nie pojawił, możesz na niego natrafić. Nie ma stałego miejsca pobytu... mawiają nawet, że nie ma stałego czasu pobytu. Czasem wystarczy go głośno wezwać, a on się pojawia... czasem spędza się całe wieki szukając go. Czasem bywa w wielu miejscach jednocześnie, a czasem nie ma go wcale... wielu sądzi, iż jest legendą. Ale ja wiem, że istnieje. Byłem tam. Rozmawiałem z demonem... ale spanikowałem. Wystraszyłem się. Zaproponował mi życie, Anhurze. Normalne, ponowne, prawdziwe życie. Nową młodość. W prawdziwym świecie. Ale cena, jakiej zażądał... to była cena, której nie mogłem zapłacić.
Jedna, samotna łza, uporczywie torując sobie drogę przez blizny, zmarszczki i bruzdy pokrywające twarz starca, stoczyła się po jego poliku.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Słuchał uważnie słów Siriusa. Kiedy towarzysz skończył swoją przemowę chciał się zapytać o cenę jaką miał zapłacić za życie, ale widząc łzę powstrzymał się, więc dalej siedział milcząc i rozmyślając nad jego słowami, choć niektórych rzeczy do końca nie rozumiał.
"Ten Targ, ciekawe czy będę mógł tam się dostać... Cóż ale najpierw bym musiał się stąd wydostać, tylko jak? Czekaj, czekaj, Sirius coś chyba mówił o tym, że kiedy zginę pojawię się w innym miejscu" Skrzywił się na samą myśl o ponownej śmierci.
"Cóż muszę znaleźć jakieś inne wyjście, ale też nieco dowiedzieć się o tym świecie."
Chwilę jeszcze rozmyślał nad tym czego musi się dowiedzieć o prawach jakie w tym świecie obowiązują.
-Powiedz mi, czy kiedy zginę- skrzywił się lekko -to czy będę w takim samym stanie w jakim się pojawiłem w piekle? I czy też mogę zginąć tutaj z głodu? A jeszcze jedno, czy są tutaj jakieś miasta, gdzie człowiek mógłby żyć przez jakiś czas?
Ciałem towarzysza wstrząsnął spazm, jak gdyby tłumionego szlochu. Chwilę trwało, zanim odzyskał zdolność prowadzenia rozmowy.
- Wszystko.. wszystko tutaj jest okraszone dozą szaleństwa, przyjacielu - rzekł - możesz odrodzić się całkowicie zdrów i silny, oraz najedzony, co zdarza się dość często. Znam jednak wypadki, gdy odradzano się bez kończyn, z pomieszanymi zmysłami, czy nawet w innym ciele, tylko po to, by umrzeć i próbować szczęśliwie odrodzić się znowu, w lepszym miejscu i lepszej kondycji...
- Tak, głód męczy tutaj tak samo, jak za życia... z tą różnicą, że trudniej go zaspokoić. Myślisz, że twoja noga sama poszła na spacer?
W tym momencie Anhur zamarł.
Noga!
Nie czuł jej od momentu przebudzenia, lecz do tej pory nie zadał sobie trudu, by bliżej zbadać jej stan... zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Nie w sposób było nie domyślić się, co Sirius miał na myśli... lecz ta konieczność, ten obowiązek zobaczenia tego na własne oczy była w bohaterze silniejsza, niż cokolwiek innego.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Gdy usłyszał ostatnie zdanie Siriusa serce na chwilę stanęło. Przełknął ślinę, która nazbierała się w ustach.
Odchylił głowę w której czuł pustkę do tyłu nie chcąc jeszcze zobaczyć co się stało z jego nogą. Domyślał się co się stało z jego nogą, a może już wiedział. Ale domyślać się i wiedzieć, a zobaczyć i uświadomić to sobie to są dwie różne sprawy.
Przez chwilę tak siedział z odchyloną głową, by móc jeszcze przez chwilę żyć z tą głupią iskrą nadziei.
W końcu kiedy zebrał sie w sobie powoli skierował swój wzrok w stronę nogi...
Jak to mawiają, nawet najstraszniejszy koszmar nie jest nawet w połowie tak potworny, jak rzeczywistość. Co innego bowiem śnić o czymś, nawet możliwie najbardziej realistycznie, a co innego zobaczyć to na własne oczy. Dotknąć. Poczuć.
I wrzasnąć, gdy potwornie ociężały mózg wreszcie przyjmie do wiadomości to, co dostarczają mu zmysły.
Anhur, co prawda nie wrzasnął, lecz wynikało to raczej z szoku i faktu, iż jego gardło od początku pobytu w piekle nie zaznało ni kropli wody. Teraz, wysuszone na ostatni wiór nie byłoby chyba nawet w stanie wydobyć z siebie choćby ułamku tego, co kiedyś, za życia mógłby nazwać krzykiem.
Jego noga kończyła się tuż poniżej biodra, na początku uda. Nie w sposób było ocenić, kiedy ją stracił, ani w jaki sposób. Kikut owinięty był byle jak zakrwawionym strzępem jakiejś starej szaty, zaś powyżej - zaciśniętym możliwie jak najmocniej sznurem. Szmata sprawiała wrażenie, jakby chodziło w niej wcześniej dziesięć pokoleń orczych wojowników - była brudna, podarta i obficie pokryta rdzawymi plamami krwi. Z kolei sznur wydawał się być wykonany z włosów bardziej, niż z jakiś roślinnych włókien.
Przypalone fragmenty skóry, wystające zza materiału gdzieniegdzie kazały sugerować, iż krwawienie po amputacji tamowano najprostszym sposobem - przypalając kikut.
Anhur nie czuł nic. Odruchowo starał się poruszyć utraconą kończyną, lecz - oczywista - jedyny rezultat, jakim to owocowało, to były ruchy całym biodrem.
- Ach... wybacz, przyjacielu... nie wiedziałeś? - cicho szepnął współwięzień.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
"Ach... wybacz, przyjacielu... nie wiedziałeś?" Te słowa dodarły do Anhura jakby ktoś je wypowiedział z wielkiej odległości.
Oddychał głęboko starając się na próżno uspokoić się, lecz to było daremne, ponieważ miał w głowie wielki mętlik. Cóż, w końcu nie codziennie mu trafiało się odcięcie kończyny.
Na początku nie usłyszał odgłosu orków, lecz kiedy towarzysz powiedział, że nadchodzą, najpierw nic z tego nie zrozumiał. Spojrzał tylko na niego nieprzytomnymi oczami, powoli rozumiejąc sens jego wypowiedzi, gdy zrozumiał zerknął w stronę krat ze wzrokiem w którym czaił się zalążek nienawiści.
"Uspokój się! Uspokój się do cholery, nic nie zdziałasz denerwując się" Mówił mu wewnętrzny głos. "Przecież, podczas polowań najważniejszy jest spokój, zaczekaj, pomyśl i działaj. To rób! W tej kolejności!"
Wziął głębszy oddech, oparł się wygodniej o ścianę i spojrzał na sufit. Tym razem we wzroku czaiło się chwiejne opanowanie, które byle jaki impuls mógł zachwiać.
Westchnął jeszcze raz zamykając oczy na chwilę. "Spokój." Jeszcze czuł w ciele oznaki gniewu, lecz w umyśle czuł już spokój. "Musze się stąd wydostać! I to jak najszybciej, żeby nic te skurwiele nie zrobiły"
Anhur podniósł się na łokciach, oceniając swoje możliwości powstania. Łowca poczuł paskudny dreszcz, biegnący zimną falą wzdłuż całego kręgosłupa. Kto by pomyślał, iż kiedyś tak prozaiczna czynność, jak wstanie z ziemi stanie się dla niego takim problemem? Kto mógłby przewidzieć, iż on, jeszcze nie tak dawno temu tryskający życiem i energią, teraz patrząc w dół zobaczy okrwawiony kikut czegoś, co było jego kończyną?
Najlżejszy ruch sprawiał, iż miał ochotę wyć. Kikut był owinięty brudnymi szmatami bardzo niefachowo. Nie krwawił już tylko dlatego, iż w sposób oczywisty go przypalano, barbarzyńskim sposobem. Mimo to, przy próbie podniesienia się, Anhur musiał skapitulować. Jakakolwiek próba powstania wiązała się z szorowaniem raną po ziemi, a tego bohater musiał unikać za wszelką cenę.
Trzask otwieranej klatki i nagły ciężar sękatych ramion wyrwał go z zamyślenia. Bohater zobaczył, jak Sirius cofa się w przerażeniu w głąb pomieszczenia. Jego jednak napastnicy zignorowali. To po Anhura przyszli.
- Ścierwo! – warknął jeden z orków w swoim narzeczu, z którego Anhur rozumiał zaledwie pojedyncze frazy i wyrażenia.
Dwoje sękatych, owłosionych łapsk porwały bohatera pod ramiona, wyciągając bezlitośnie z klatki. Łowca nie był w stanie nic zrobić. Uścisk był zbyt silny, a ciało bohatera zbyt osłabione. Każda nierówność jaskini, po której go przeciągano, odzywała się eksplozją bólu rozchodzącą się od urwanej nogi, aż po najdrobniejsze zakończenia nerwowe.
Gdzieś w tym wszystkim bohater miał możliwość zauważenia, iż ork w wysokiej cholewie połatanego buta ma wsadzony długi i zardzewiały sztylet. Z grubsza łowca mógł próbować go wyjąć, choć szanse na to, oraz na ewentualne wygrane starcie byly niewielkie... równie dobrze mógł po prostu pozwolić dalej się ciągnąć w nieznane.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Anhur, gdy został brutalnie podniesiony chciał krzyknąć z bólu, lecz to był zbyt duży wysiłek, jak na jego obecne siły. "Cóż za pech" Pomyślał sarkastycznie.
Kidy był ciągnięty starał się jakoś wstać i samemu iść, lecz co chwila upadał, czy to z braku sił, czy też to w nowej fali bólu. "Niech będą przeklęci! Mogliby być przynajmniej trochę bardziej delikatniejsi! Już wampiry były milsze od nich."
Gdy oślepiony bólem zauważył sztylet miał wielką pokusę go wziąć i wbić prosto w ciało strażnika, lecz wraz z kolejną falą bólu przyszło trochę otrzeźwienie. "No tak, co ja wtedy zrobię, kiedy już wbiję? Pewnie padnę na ziemie, a oni mnie skopią, jak jakiegoś kundla! I co potem wykrwawię się na nich na śmierć? Śmierć? Hmm, jak o tym pomy..." Kolejne rozważania przerwała kolejna fala bólu
"Głupota i po co mi to, lepiej chyba będzie trochę poczekać. W końcu zginąć zdążę później. Mam przynajmniej taką nadzieję."
Bezsilny i bezradny dalej pozwolił się ciągnąć orkom starając się jako tako niwelować skutki tej 'wędrówki' na jego i tak już zdewastowaną nogę.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum