Wysłany: 2008-10-15, 16:39 Ślepa sprawiedliwość akt II
"...Sprawiedliwość czy jest ślepa - nie wiem - wiem że nie zawsze uczy tych których karze. Sprawiedliwość ma własną logikę, własny cel, na nim opiera werdykt, według niego szafuje życiem i śmiercią, szczęściem i rozpaczą, łaskawością i bezwzględnością. Kto trafi przed jej oblicze drżeć ze strachu powinien bo jej słowo ostateczne jest i na życiu ciąży..." - fragment rozprawy naukowej mecenasa Heriosa von Greznta
Ślepa sprawiedliwość akt II
Stał na środku placu, znajomego placu trzeba dodać. Oj tak znał go jak i znał świątynie przed którą stał. Mógł zadać sobie pytanie "Dlaczego? Dlaczego znów tu jestem?" lecz wiedział dobrze - Whansinn było jego domem, jego prawdziwym domem w którym powinien zostać do końca swych dni. Czy mógł udać się gdzie indziej - nie, to była jego kołyska stąd wyszedł i tu powrócił. Czy był tu naprawdę czy tylko mu się zdawało. Było mu zimno, bardzo zimno, czuł wiatr na swym ciele, na każdej cząstce swej skóry, wiedział że jest nagi, wiedział to dobrze.
Patrząc wokół nic się nie zmieniło, świątynia nadal górowała nad pozostałymi budynkami swymi wysokimi dwiema wieżami, a wokół placu można było rozpoznać koszary i ratusz. Wszystko wyglądało identycznie, może troszkę roślinności udało się wedrzeć do miasta jednak nie była to jeszcze ich inwazja. Ludzi nigdzie nie mógł dostrzec, tak zresztą jak i zwierząt.
Wrócił.
Wrócił gdzie jego miejsce.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-10-15, 19:09
Gorąco. ciągłe gorąco. Zbliżający się niebyt. Myśl o śmierci. Pomimo strachu przed śmiercią, chciał jej. Tak jakby miał wybrać pomiędzy wiecznym cierpieniem a końcem świadomości. Wybrać mniejsze zło. Wybrać, egoistycznie, lepiej dla siebie. Byleby nie czuć tego jebanego, wszechobecnego ciepła. Tego palącego od środka żaru. Przyprawiającego o wrzenie krwi gorąca. By nie czuć sztyletów powbijanych w każdy zakątek jego ciała, wprowadzając więcej ciepła, otwierając drogę dla krwi, która jeszcze bardziej go rozgrzewała.
Wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Z bólu odpłynie w niebyt, jego ciało podda się. Umrze. Już niedługo.
Wyzwolenie
Ciemność. Zbliżająca się. Przyćmiewająca powoli wszystko dokoła. Przykrywając mgłą najpierw ściany sali tortur, potem drzwi zamykających się za wychodzącymi strażnikami. Ciemność zbliżała się, jakby chciała go klaustrofobicznie zdołować. Powiedzieć mu, że teraz nie ma stąd wyjścia. Jakby chciała mu ujawnić, że nie ma stąd ucieczki, że spędzi w tej sali ostatnie chwile swego życia. ciemność otaczała go coraz mniejszym kręgiem, pokazując, co go czeka po śmierci. Pustka jest ogarniającą wszystko ciemnością. Czarnym kolorem w czystej materialnej postaci. Ciemność zbliżała się, zataczał coraz ciaśniejszy krąg. Zbliżał się niebyt. Strażnik został nakryty czarnym płaszczem. Krzesło także się zaciemniało. Spojrzał lekko w dól, ignorując ból. Miał ochotę wrzasnąć wprost z trzewi. Spojrzał na swoje ręce nakrywane ciemnością. Spojrzał na nogi, brzuch. Czarna osłona pokrywała całe jego ciało. Zbliżała się do piersi, ramion....
Ciemność
Wiatr rozbił się na jego twarzy, przywracając wzrok.
To jest śmierć? Tak jest w niebycie?
Powrócił na plac. Ten plac. Po środku mały mostek przecinał kanał. Targowisko. Ratusz. Świątynia.
Wahnsinn. Jego dom. Jego pierwotne miejsce. Wiedział, że kiedyś tu wróci. Wiedział, że gdzieś tu znajdzie się przed śmiercią po raz drugi. Przeżycia, które go tu spotkały nie dadzą o sobie zapomnieć. Nie zapomni już nigdy, rozpalonych, zgniłych ciał. Nie zapomni stert palącego się truchła. Żywego truchła. Nie zapomni, jak uciekał przed nieumarłymi pochodniami. Nigdy nie straci widoku dwukolorowych oczu pod zamkniętymi powiekami. ten obraz będzie na niego czekał zawsze, gdy zamknie oczy.
"Szukaj!" Zabrzmiał w jego głowie głos.
Głosik. Niewiniątko pragnące się bawić. Chciał go znaleźć. Był nieosiągalnym celem. Urojeniem w jego chorej głowie. Był.... Ciastem. A ciasto jest kłamstwem. Nie wiedział, czemu takie skojarzenie wpadło mu do głowy. Ciasto. Ciasto nie istnieje. Jest to tylko nagroda, którą obiecuje osoba, która tak naprawdę chce nam wbić nóż w plecy.
Nie ma ciasta. Ciasto jest kłamstwem. Jednym wielkim kłamstwem! Jedna wielka mistyfikacja, zmuszająca go do ślepego dążenia wbrew wszystkim przyjętym formą moralności. Bawienia się życiem. Chcesz znaleźć ciast, zmieniające ciągle położenie? Spoko, tylko uważaj na wyskakujące z szafy trupy, które mogą wbić ci w ramię miecz.
Mały skurwiel. Oferował mu... Właśnie. co mu oferował? On brał tylko udział w zabawie. Czym to się zaczęło? Cichym "szukaj" rzuconym w tym ciemnym korytarzu? To było to Ciasto. Nieosiągalnym celem, obiecywanym przez nieznanego nam prowokatora. To ciasto... Było przedstawieniem kłamstwa. Ciasto samo w sobie było kłamstwem.
Po co tu powrócił? Po nagłym zjawieniu się tu przyszły mu do głowy dziwne myśli. trafił tu po śmierci po to, by przemyśleć, jaka była jego rola w historii Wahnsinn?
Nie wiedział. Nie dowie się.
Mimo wszystkiego. Mimo całego oporu. Mimo umysłowi, który mówił mu, że każdy, nawet najmniejszy ruch jest równoznaczny z wielkim bólem, ruszył się. Spróbował się ruszyć. Spróbował poruszać nogami tak, by iść w stronę Świątyni. Jak magnez, przyciągała go, wabiła. Pomimo ciasta.
Krok, pierwszy krok który był krokiem niewiedzy, nieufności i obaw przed bólem. Zrobił go i nic się nie stało poza drobnym ukuciem kamyczka pod bosą stopa. Kolejny krok i kolejny i kolejny. Zbliżał się do świątyni, do miejsca które napawało go strachem, wręcz przerażeniem , ale wiedział że musi tam wejść, zobaczyć to co tam było, zobaczyć czy nadal leżą wszyscy tam gdzie leżeli. Szedł krok za krokiem coraz bardzie trzęsąc się z zimna lub ze strachu. Był nagi, nieuzbrojony, samotny i był w Wahnsinn. Tylko czemu nie było tu żadnych zwierząt, czemu nie było kruków, wron lub innych padlinożerców. Czemu był tu tylko on jeden. Czemu?
Musiał się dowiedzieć, a może powinien uciec, może powinien zostawić to miasto za sobą skoro był wolny. Czy nie miał innych celów, czy nie miał zadania do wykonania, czy nie powinien umrzeć na gorącym fotelu?
Drow, czy to jego sprawka że się tu znalazł? Tylko gdzie jest? Tak tu pusto, tak zimno, tak strasznie.
Świątynia zbliżała się był już naprawdę blisko, jeszcze kilka metrów i będzie mógł wejść do środka, jeszcze tylko kilka metrów i będzie tam gdzie kiedyś, pośród swoich.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-10-18, 15:23
Żył?
Czy będąc duszą, podróżującą po świecie znanym za życia, mógł odczuwać ból? Uczucia?
Wydawało mu się, że śmierć jest końcem takich wrażeń. Myślał, że wszelkie doznania empiryczne, jak i odczucia umysłowe zostaną zakończone. Dlaczego jednak czuł, jak w jego łowie coraz bardziej odczuwa bicie serca? Że słyszy przyspieszone tętno? Dlaczego tak bardzo się denerwuje? Czemu czuje strach? Chciało mu się płakać. Wrócił... Wrócił do miejsca określającego kamień milowy w historii jego życia? Od tego miejsca wszystko się zmieniło. Oczywiście zmiany zapoczątkował drow. Przeklęty. Ale w tym mieście poznał... Samego siebie, strach... Śmierć. Po jego policzku popłynęła pojedyncza łza. Płaczący mężczyzna. Nie bał się płakać. Chciał za pomocą łez wyrazić... Szczęście? Szczęście a zarazem smutek. Co się wydarzyło w tym mieście? Co z tych rzeczy było jedynie jego halucynacjami? Co przeżył naprawdę? Spojrzał na swe ramie. Blizna przypomni mu, co się stało naprawdę. Wiedział, że się tam znajduje. Nie raz już ją oglądał. Nie raz przypominał sobie moment, gdy z otwartej szafy wypadał trup z mieczem. A on, zbyt wolny, by zareagować, z otwartymi oczami oglądał jak miecz wbija mu się w ramię. To stało się naprawdę. Zaczęło się tym jebanym
Szukaj! Szukam... Już idę!
Szedł, powoli zbliżał się w stronę świątyni. Był już blisko. Musiał się tam znaleźć. Bał się, czuł jak po plecach spływa mu zimny pot, a na rękach włosy podnoszą się, za sprawą gęsiej skórki. Szedł coraz szybciej. Przeszedł do marszu. Oddychał coraz szybciej, łzy spływały po jego policzkach coraz większymi strumieniami. Biegł, łkając. Wyklinając bogów, że go tu sprowadzili. Obiecywał sobie, że gdy się tu znajdzie, nie będzie tam wchodził. Nie chciał umierać. Znów. Wiedział, że to wszystko się powtórzy. Był za słaby, by utrzymać się w swym przekonaniu.
Szukaj!
Wrócił. Znów tu był. Pamiętał, jak wchodził tu nieświadom niczego. Jak dochodząc do bramy spodziewał się dwóch wielkich, milczących strażników pilnujących porządku. Pamiętał to, jakby to było dziś. Ile od tamtej pory minęło czasu? Stracił poczucie czasu. Więzienie, tortury... To było przed chwilą! Tylko zamknął oczy!
Ciemność pełzła po jego piersi, a potem już znalazł się tutaj!
A teraz już biegł w stronę drzwi łkając.
Czy żył? Tak i czuł, czuł wszystko, powiew wiatru, dotyk ziemi i małych kamyków na drodze do świątyni. Czuł łzy płynące po policzkach, i szalejące serce które próbowało wydostać się przez klatkę na zewnątrz a wszystko to przez wspomnienia z ostatniej wizyty w tym miejscu. Jednak teraz było w tym coś dziwnego, było pusto i bardzo cicho. Wtedy także był spokój i cisza aż do momentu wejścia do świątyni, lecz teraz ta cisza była wręcz namacalna. Było coś nie tak z tym miejsce, lecz czy kiedykolwiek było tu normalnie. Czy jak był ostatnio to było normalnie, czy witali go chlebem i solą czy raczej mieczem.
Wiatr tulił się do jego ciała gdy elf zaczął biec do świątyni, tulił się swym chłodnym zwiewnym ciałem ziębiąc go i zmuszając jego ciało do dreszczu.
W końcu był u bram miejsca do którego nie chciał ale musiał iść, bram które stały otworem roztaczając widok na dobrze znany już sobie krajobraz, który zmienił się nieznacznie od ostatniej jego wizyty. Ciała które teraz widział były teraz w daleko większym rozkładzie niż zostawił je podczas ostatniej wizyty. Lecz co dziwne nie mógł dostrzec na truchłach wijących się robaków, nic nie zżerało ich choć same ciała były coraz mniej rozpoznawalne, pozbawione w dużej mierze miękkiej tkanki.
Można powiedzieć że Ervin stał przed morzem kości które posiadały jeszcze niekiedy tkankę. Widział to wszystko widział te ciała i to co z nich zostało.
Zamknął oczy, pomyślał o więzieniu i w tym momencie stał w nim tuż obok swego miejsca spoczynku, cudownego krzesła z milionem sztylecików zbroczonych krwią, prawdopodobnie jego krwią. Krzesło było puste, jak i całe pomieszczenie. Nie było ani jednego strażnika, cisza i chłód wilgotnej celi rozwiewany lekko przez ciepło bijące od fotela. Pamiętał jak na nim siedział i jak ciemność zawładnęła jego umysłem. Pamiętał jak znalazł się w …
Wahnsinn znów biegł do świątyni płacząc i łkając cicho.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-10-22, 19:52
Ervin biegł łykając własne łzy, połykając powietrze, w haustach, które miały zaspokoić pragnienie tlenu. Biegł ku swemu przeznaczeniu. Kierował się do miejsca, w którym chciał się znaleźć. W którym odzyska spokój ducha. Miejscu, który jest dla niego... Jest dla nie go... Wszystkim ,co mu pozostawało, punktem zaczepienia, odnośnikiem, pokazującym, czym jest jego prawdziwe życie. Wahnsinn. Miasteczko, które zmieniło wszystko. Miasteczko, które pogrążyła choroba. Miasteczko, które umarło, pogrzebane ciałami. Miasteczko, które ukrywało w sobie tajemnicę. Miasteczko, które... Było... Wszystkim. Było śmiertelnie ważne. Piękne w swoim spokoju. Piękne w swojej okazałości. Piękne w swojej śmierci. Pokazywało, jak życie człowieka może zakończyć się w jednej sekundzie. W kilka godzin odmieniło się życie całego miasta. Wydobywające się z ciał opary odoru, który porażał. Człowiek, nabity na własny miecz. Dwukolorowe oczy. Sztylet w jego piersi. Serce na dłoni. strumienie krwi wydobywające się z aort i żył odchodzących od organów. Powolne zimno.
ciemność.
Kamyki wbijające się w jego stopy przywołały go do teraźniejszości, nie ruszył się ani o centymetr, gdy wszystkie poprzednie myśli nawiedziły go. Biegł, połykając łzy. Słony smak wypełniał jego usta, a dziwnie słodki zapach wypełniał nozdrza. Płakał.. ze szczęścia? Ze smutku, że przybył tu tak późno, niezdolny ocalić dowodów na to, że wcale nie był szalony, że mu się to nie zdawało. Płakał, że tu był. Biegł w stronę punktu. Punktu, które wyznaczał sobie od tak dawna... Biegł w stronę świątyni, W środku świątyni w stronę ołtarza, po prawej - schody, na dół, prosto, przez korytarz.
Szukaj!
Prosto, przez korytarz, przez drzwi. Biegiem. W stronę łóżka. Spokój, natchnienie. Punkt, który kazał mu odpocząć. Tam musiał się znaleźć, uspokoić. Połączyć z wszechrzeczą tego miejsca. Jak kapłan, łączący się z bogiem. On musiał tu połączyć się z tym miejscem. Musiał się tam znaleźć znów. Myśląc, że dopełnia się jego żywot. Musiał sie tam znaleźć przed końcem jego czasu. Wiedział, że nie znalazł się tu przypadkiem. Wiedział, że jakiś Bóg pozwolił mu tu znaleźć się przed śmiercią. Musiał coś tu zrobić. Wypełnić swoje życie. Zakończyć je w stu procentach. Musiał się tu znaleźć.
Krzesło wybijane milionami sztylecików, na którym jeszcze spływała jego krew.
Wahnsin, świątynia. Wolność.
Rozkład. Ciała. Cel.
Bieg. Jego myśli ograniczały się w tej chwili do prostych sygnałów. do pojedynczych słów. Jakby nie chciał marnować ani jednej sylaby wypowiedzianej w myślach. Jakby nie chciał marnować Ani jednej sekundy spędzonej w tym mieście.
Jednak nie udało mu się. Jak wbiegł do świątynie, zobaczył te ciała. Rozkładające się, pozbawione tkanek. Biegł.
I nagle przestał, opadając na kolana. Wywrzaskując w niebo ryk. Ryk powrotu. Rozpłakał sie jeszcze bardziej, był w domu. W miejscu, w którym go akceptowano, nie wykrzywiano na nie go twarzy i wrzeszczano o "Jebanym drzewołazie", nie skazywano go za kształt uszu, nie wywalano z karczm, nie zaczepiano na ulicy. tu po prostu był... Był tym miejscem, żył nim. Był tutaj... Wrzeszczał, płacząc, jakby całe to miejsce wypełniało go energią. Padł na plecy, głęboko oddychając, zalewając się łzami. Ciągle, sam nie wiedział czemu płacze. Czuł się jak dziecko, które odzyskuje swą zabawkę, lecz musi za to zapłacić wielkim bólem. Wspomnieniami, zdrowiem, płaczem, opuszczeniem. Osamotnieniem.
Płakał, leżąc na środku świątyni, którą sam kiedyś podpalił, by pochować te ciała. Wierząc, że ich bóg ich przyjmie.
Płakał, zalewając całą swoją twarz łzami.
Biegł cały czas, łzy płynęły, oddech przyspieszał, a on biegł, nagła myśl o świątyni do której tak zdążał i znalazł się w niej, schody na prawo od ołtarza i już próbował się na nich nie zabić. Korytarz, tylko zaświtała mu w głowie myśl o nim a już w nim był, ciemnym i suchym korytarzu, łóżko i stał w jego nogach spoglądając na jego piękno i przepych.
Krzesło ze sztyletami i jego krwią, tak widział je - stał obok spoglądając na nie z obrzydzeniem i znów Wahnsinn w chwilę po tym jak o nim pomyślał, świątynia, widział trupy leżące na posadzce tego przybytku duchowości, puste szkielety z niewielką ilością miękkiej tkanki. Skakał od miejsca do miejsca. W końcu padł na kolana zalany łzami, płakał i szlochał czując symbiozę z tym miejscem, z tym czasem. Czuł się normalny choć był w nienormalnych warunkach, nagi, zziębnięty, zmęczony, głodny i samotny. Czuł że wszystko tu może się zdarzyć a może nic, sam już nie wiedział czego chce. Chciał żyć i cieszyć się życiem, lecz był w martwym mieście, czy sam także nie żył?
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-10-23, 17:05
Jestem tu.
Myśli docierały do niego ociężale. Powoli, jakby odzyskiwał utraconą trzeźwość umysłu.
Jestem tu. Znów. Powróciłem. Po śmierci?
Jest. Leżał. Płakał, myśląc o dziwności swego życia. O dziwności tego, co się działo wokół niego. Połykał powietrze, jakby w jego gardle zawiązał się jakiś węzeł, który blokował dopływ powietrza. Łapczywie wchłaniał w siebie powietrze, myśląc tylko o tym, po co się tu znalazł. Bogowie musieli mieć jakiś cel w tym, by go tu znów sprowadzić. Chciał tu zostać. Pogrążyć się w tym miejscu, pozostać na wieki. Pochłaniając swoją jaźnią wszechrzecz otaczającego go miasta, jakby było jedyną rzeczą istniejącą w świecie, który dla niego istniał. Załkał, pozwalając, by z tym głośnym płaczem wyleciały w powietrze wszystkie jego emocje, które się teraz w nim zbierały. Ręka podążyła do głowy. Rozmazał łzy na twarzy, przeczesał włosy palcami, odgarniając je z oczu. Otworzył je. Przyjżał się sklepieniu tego monumentalnego budynku. Czym była ta świątynia?
Czy była budynkiem, który był punktem zwrotnym w życiu wielu ludzi? Czy religia Dariona była religią posiadającą najwięcej wyznawców tylko dlatego, że miała takie swiątynie? Tylko dlatego, że okazywała swoją potęgę i wielkość poprzez budowle wznoszące się w imię Boga? Czym była religie? była ograniczeniem. Była głupotą. Ludzie widzieli w posągu coś nadzwyczajnego. Widzieli stwórcę. Postać... Osobę... Nie umieli sami opisać tego, do kogo stóp klękali. Modlili się, wierząc, że to odmieni ich życie. Wiara czyniłą ich ślepymi marionetkami w rekach mistrza marionetek, ciągnącego za sznurki, zmieniając tory ich działania. Są zaślepieni własną wiarą. Sami nie potrafili opisać swego boga. Nie potrafili określić, co on tak naprawdę chciał im przekazać. Religia. Głupota. Religia.
Machina napędzająca spory, konflikty i wojny.
Nie miał już siły na rozmyślanie na tak głupi temat, który aktualnie wydawał mu się studnią bez dna. Mógł wygłaszać sobie w głowie podobne słowa, lecz nigdy by nie doszedł do wniosku, czemu ludzie są wierzący, czemu wierzą w te brednie wygłaszane przez fanatyków. czemu uważają symbol za świętość!? Czemu są tak naiwni? Rozpłakał się nad beznadziejnością życia, w duszy w środku. Nie płakał już fizycznie. On tylko pogrążył się w rozpaczy nad ludzką mentalnością.
Nagle, ze stanu, który rozkazywał biegać i wyć z rozpaczy i szczęścia zarazem, wyrwał się, w stan, który zakazywał mu się ruszać, który kazał mu odpocząć na środku świątyni, wokół zwałów trupów. W miejscu, gdzie kiedyś leżał martwy, ze sztyletem wbitym w mostek. Ile się wydazyło od tamtej pory.
Tajemnicza Alia D'Hadmak. Elf w czerwonej szacie. Alchemik, próbujący go zabić. Więzienie.
Czekał, jakby chciał przenieść się w te miejsca jak poprzednio, sprawdzając, co się tam aktualnie dzieje.
Lilien. Jakby wraz z myślą na temat Kobiety-Jorki, jego myśli przeniosły się w stronę kobiety jego życia. Druidka, która odeszła od niego dla rozwoju swej sztuki. Tak bardzo pragnął ją znów zobaczyć, znów spojrzeć w jej piękne, błękitne oczy, znów dotknąć jej aksamitnie gładkiej skóry. Znów chciał usłyszeć jej wysokiego głosu. Znów chciał ją spotkać, być z nią.
Był w Wahnsinn. I wiedział, że jest tam, gdzie jest jego miejsce.
Już nie miał siły biec, nie miał siły szukać, klęczał, myślał, zgłębiał temat religii, czym była, skąd brała siłę czym się kierowała. Dywagacje na jej temat wydawały mu sie ważne lecz czy były w istocie, gdy ciało pokryte gęsią skórką zaczynało tracić siły z zimna. Zęby zaczęły uderzać o siebie, a wspomnienia choroby przybyły jak na zawołanie. Dobrze pamiętał te chwile gdy nic nie mógł zrobić, gdy zabił osobę która go torturowała, a może leczyła, nie przecież pamiętał że torturowała. Teraz klęczał w zimnej pozbawionej życia świątyni zastanawiając się nad sensem istnienia religii w momencie gdy lodowate zimno pełzło po jego nogach kierując się w stronę reszty jego ciała. Wyobrażał sobie po kolei poznanych znajomych, zastanawiając się co u nich, chciał jak wcześniej przeskoczyć do nich lecz nic się nie działo,aż do momentu gdy pomyślał o więzieniu, wtedy na drobną chwilę znów w nim był by po sekundzie wrócić do świątyni.
Zimno, przeszywające zimno targało jego ciałem, musiał się ubrać, musiał się ogrzać. Musiał...nic nie musiał, nad wszystkim miał kontrolę, wszystko zależało od niego, czy aby napewno.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-10-28, 20:00
Chciał do nich powrócić. chciał, by wraz z myślą przytoczoną w umyśle mógł przenieść się w miejsce, które ukazało się w jego głowie. Tak jak przed chwilą. Chciał ich znów zobaczyć. Tęsknota za życiem, jaka go w pewnej chwili nawiedziła była jakby pierwszą falą uderzeniową, która dotarła do niego po odczuciu pustki ziejącej z tego miejsca. Poczuł, jak brak ludzi oddziaływał na to miejsce, jak było widoczne to, że nikt tu nie zaglądał, że nikt nie wypowiedział tu ani słowa od tak dawnego czasu. Nikt, zupełnie nikt nie przechodził tędy od czasu gdy on biegł tym korytarzem, widząc powstających z palących się stosów zmarłych. Jak ze słowami "Niech Darion ma was w swej opiece", ożywił wszystkich, a jakby wraz z nimi pozbawił to miejsce możliwości wytwarzania swoistej, odczuwalnej atmosfery świadczącej o tym, że ludzie tu byli, lub są. Atmosfery mówiącej "Nie jesteś tu sam". Atmosfery dającej nadzieję, że nie zostało się opuszczonym, że ktoś jeszcze zauważa malutką osobę na tle całej masy.
Chciał znów spotkać kogokolwiek.
Fala uderzeniowa.
Ramiona, wargi, powieki, cała twarz drgały mu z zimna, powielanego jeszcze z powodu zimna oddawanego przez kamienną podłogę. Pomyślał o więzieniu, o cieple oddawanym przez miliony sztylecików wyrastających z krzesła. Wtedy wręcz błagał o kojące, symbolizujące wyzwolenie zimno. Teraz już dla niego zimno nie było tak pociągające. tak samo jak widmo śmierci. Jakże sytuacja zmieniła się, w ciągu kilku minut, gdy on zmienił swoją pozycję z torturowanego, poniżanego "jebanego drzewołaza", na zupełnie wolnego, lecz nagiego człowieka w opuszczonym mieście trupów. Cóż za ironie. Czuł, że jest w miejscu, które jest dla niego ważne, jest jednym z ważniejszych miejsc w całym jego ponad stuletnim życiu, chciał w nim być po wsze czasy, lecz jakby... Chciał znaleźć się gdzieś... W miejscu, które zupełnie wyklucza to miejsce.
Nie, chwilę.
Przybrał przed oczami obraz celi kapłańskiej w długim korytarzu prowadzącym do magazynku i pokoju arcykapłana. Widział tam prycze. Jest pewnie jakieś przykrycie.
Liczył, że znów, jak przed chwilą stanie w tym miejscu.
Gdy elf myślał o swych znajomych nic się nie działo, klęczał nadal w tym samym miejscu na zimnej podłodze świątyni, jednak gdy tylko myśli przeskoczyły do więzienia, od razu je zobaczył, był w nim, siedział na krześle znów czując ten okropny ból zadawany przez tysiące sztyletów i ciepło, gorąco, żar palący jego ciało, nie było to przyjemne nawet w porównaniu do zimna śmierci w Washinn. Znów myśli pobiegły do świątyni i znów był nagi klęczący na posadzce świątyni, a kilka sekund później stał w celi kapłańskiej tak jak sobie to wyobraził. Pamiętał jak wyglądała ale zobaczyć nie mógł nic, panowała całkowita ciemność. Pamiętał że w prawym kącie stała leżanka, że obok była szafa i że wewnątrz stał modlitewnik, zaś nad wejściem wisiała pochodnia. Wszystko to pamiętał ale nic nie widział.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-11-14, 21:30
Myślał o nich. Ciągle przypominał sobie ich twarze, wywoływał ich imiona, odtwarzał wszystkie wspomnienia. Wiedział, że nic To nie da, wiedział, że nie wydostanie się z tego przeklętego miasta, nawet, gdyby mógł sobie przypomnieć każdy atom ich ciała, i tak byłoby to niewystarczające. Apofatyczność w czystej postaci. Zawsze, gdy będziemy coś o nich wspomnieć, będzie to niewystarczająco, nawet dla niego, nawet dla elfa, który wraz z myślami przenosił swe ciało. Tak to wyglądało, cień zwątpienia wykwitł w jego głowie, mówiąc przez chwilę, że coś jest nie tak. Ignorowanie cienia nie było dla niego trudne, na razie miał ważniejsze rzeczy na głowie.
Rozejrzał się, mając nadzieję, że ujrzy przynajmniej zarysy ścian, co pozwoli mu ocenić, w jakich odległościach się od nich. Nawet, gdy mu się to nie udało, spróbował sobie przypomnieć, układ celi. W prawym rogu znajdowała się prycza, a obok niej, po prawej, szafa. Jeżeli dobrze pamiętał, znajdowała się w nich sutanna, a raczej kawałek worka, który można naciągnąć na ciało, co może dać choć trochę ciepła, a przynajmniej zmniejszy zimno. Była jedna rzecz, która się tam znajdowała, gdy był tam, wtedy. Nieokreślony czas temu, wyklinając się, rozpalał pochodnię na posadzce tej celi, wstał, i wyjął znad drzwi pochodnie. Jak na złość. Podszedł do szafy, znajdowała się w niej sutanna, i masy bielizny. Miał nadzieję, że ciągle się tam znajdują, będzie mógł je wykorzystać. Kolejnym ważnym aspektem tego pokoju był modlitewnik. Może był ważny, z powodu miejsca, w którym się obecnie znajdował, a może dlatego, ponieważ pokój nie grzeszył wyposażeniem i każda rzecz, która się w nim znajdowała, był ważna dla mieszkańca.
Powoli, małymi kroczkami przesuwał się w stronę, tak, jak mu się wydawało, znajdowała się prycz, wyciągając ręce w dół i do przodu, bu wcześniej dotknąć, niż wejść w owy mebel. Gdy Tylko go dotknął łóżka zgiął palce w poszukiwaniu tkaniny, która może z niego zejść. Bez względu na wynik, odszedł od łóżka, kierując się te kilka kroczków w stronę szafy, która według niego znajdowała się na prawo od łóżka, przy ścianie.
No i zaczęły dziać się dziwne rzeczy. W jednej chwili elf pomyślał o szacie kapłańskiej i był w nią ubrany, za chwilę porównał do worka i poczuł szorstki materiał na twarzy i ciele. Pomyślał o pochodni i ta się w dłoni mu pojawiła. Poczuł ciepło od niej bijące, zobaczył poświatę dobywającą się od spodu, gdyż worek który miał na sobie nie dopuszczał światła w zbyt obfitych ilościach.
Ruszył małymi kroczkami z wyciągniętymi przed siebie rękami w kierunku jak mu się zdawało pryczy. Gdy w końcu dotarł poczuł że zrobiło się znacznie cieplej niż dotychczas. Ciepła cały czas przybywało, zrobiło się też znacznie jaśniej. Coś było nie tak jak zamierzał, było coś dziwnego, intuicja podpowiadała mu by pozbył się worka, by mógł zobaczyć co się dzieje.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-11-17, 15:54
Co jest Kurrrrwa? Rozbrzmiały w głowie Ervina słowa, w chwili, gdy na jego ciele pojawił się worek. Potem pochodnia. Coś Tu jest na pewno nie tak... Myśli powolnie wędrowały przenosząc się od jednego punktu do drugiego, wykonując rzeczy, które sobie zaplanował wcześniej, a z drugiej strony ciągle zszkowoany zastanawiał się "Co jest kurrrrwa?". Podszedł kilka kroków w stronę łóżka.
Co się dzieje?! W pewnej chwili dotarłą do niego złożoność tej całej sytuacji. Tak, ot, pojawił się na jego ciele materiał, o jakim pomyślał. Magia? Nie możliwe, nie on, nie był czarodziejem, nie umiał nawet żadnej "magicznej" sztuczki, nawet wyciąganie monety zza ucha jest dla niego "czarną magią". I tak, po prostu nagle przyzywał na swoje ciało rzecdz, którą sobie wyobrażał. Magicznie. Jak? Czemu? Co sie dzieje? Chciał obejżeć swoej dłonie w dziwnym odruchu, który miał oznaczać to, że nie wierzył w to co zrobił, ale niestety worek trochę mu w tym przeszkadzał. Nie pozwalał mu wręcz na tę czynność. Schylił tylko głowę, mniej więcej kierując wzrok w stronę, gdzie powinny znajdować się jego dłonie. Nagle pomyślał o pochodni, a w jego ręku pojawiła się pochodnia. Nie widział jej, ale poczuł, jak w jego ręce coś się pojawiło, a po wcześniejszych doznaniach domyślił się, że jest to pochodnia. Lekki uśmieszek wykwitł na jego twarzy. Co to oznacza? Trzeba będzię przetestować to później. Światło wydobywające sie spod powierzchni worka trochę się rozjaśniło. Temperatura się zwiększyła. Coś się działo. Coś na pewno złego. Miał złe przeczucia. Pierwotne odruchy. A mozę to nie były odruchy. Nie. To było Przeczucie, zwiększony poziom adrenaliny, przyspieszone tentno, nieznośne buczenie w głowie. To wszystko mówiło mu, że coś, bądź co bądź jest nie tak. Nawet podczas tego całego zastanawiania się nie pomyślał o tym, by zdjąc worek z ciałą. Pomyślał natychmiast o koszuli, która pokrywała jego ciało w więzieniu. Miał nadzieje, że to poskutkuje. Jeśli nie, wypuścił pochdnie z ręki, by owa nie przeszkadzała mu w zdjęciu worka z głowy. Odszedł także od leżącej na ziemi, bądź, co byłoby gorsze, łóżku pochodni, przezorności nigdy za wiele. Łóżko mogło się podpalić, co nie skończyło by się dla niego zbyt dobrze. Chciał mieć widoczność na całość, na wsztskie rzeczy, które stały się podczas gdy on miał worek na głowie.
Wszystko działo się z zawrotną szybkością, nowe doświadczenia, nowe przeżycia i dziwne wrażenia. Ciepło rozprzestrzeniało się powodując nieprzyjemne oddziaływanie na ciało, elf pomyślał o koszuli i od razu blask płonącego łóżka oślepił go powodując odruch odwrócenia głowy od ciepła i żaru. Ogień pożerał łózko w zastraszającym tempie a jego głód sięgnął szafy, elf wiedział że za chwilę wszystko zostanie strawiony przez ten nienasycony żywioł.
Cofnął w stronę wyjścia, w tej celi raczej nie miał czego szukać. Choć może jego wyobrażenie o potrzebnych mu rzeczach było inne.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-11-18, 16:44
Koniec był już blisko. Musiał stąd uciec. Musiał wydostać się z tej pułapki, którą stworzył. Ogień zaczął rozprzestrzeniać się, z łóżka do szafy. Co było ważniejsze? Ubrania, czy życie?
Zważając na to, co przed chwila się stało, bez ubrań też sobie poradzi, bo może je sobie "wyczarować". Coraz cieplej, coraz jaśniej. Coraz mniej czasu. Gdzie? Gdzie się udać? Jak wybiegnie z pokoju trafi do ciemnego korytarza, potknie się wbiegając na schody i spadnie, łamiąc sobie kark. W przypływie adrenaliny zapomniał o swoim przenoszeniu się. Zrobił jeszcze kilka kroków, przekrzywiając ciało, w odruchu, który miał ukazać próbę obrony. Nie wiedział czemu, prawa noga znajdowała się krok za lewą. Instynkt, który mówił mu, że na jego lewej ręce znajduje się tarcza, a na prawej miecz. Bronił się, mając lewą nogę wysuniętą wprzód, a prawa strona ciała cofnięta, by mógł nabrać większy zamach, nie zostając przy tym ranionym. Wspomnienia sprzed wielu lat. gdy jeszcze ojciec uczył go walczyć. Wspomnienia jego domu, jego wioski, która spłonęła. Zastygł przez sekundę w bezruchu, wspominając. Otrząsnął się dopiero widząc ogień, ciągle rosnący, jak to ogień miał w zwyczaju, gdy znajdował się na suchej powierzchni. Jeszcze kilka kroków, obejrzał się za siebie, patrząc, gdzie znajdują się drzwi. Spojrzał się jeszcze raz na ogień.
Nagły impuls kazał mu się obrócić nagle i biec. Wybiec za drzwi i skręcić w lewo, w stronę pokoju kapłana. Miał nadzieję, że znalazł się w tej samej celi, w której znalazł się po raz pierwszy, jeszcze nie wiedząc o namolnym głosiku. Jeżeli przeniósł się do innej, znaczyło to, że biegnąc w lewo, wbiegnie prosto na schody.
Elf czuł rosnącą temperaturę czuł że jest coraz mniej powietrza. Zastanowił się gdzie ma się udać. Nie wiedział co zrobić. Pomyślał o obronie o tarczy i mieczu które teraz obciążały jego ręce. Pomyślał o postawi bojowej i o miejscu w którym czuł się bezpieczny. Pomyślał o domu, o wiosce i jej końcu.
Stał na polanie którą otaczały wysokie drzewa i krzewy. Zieleń cieszyła oczy elfa, czuł zapach lasu, wiatr we włosach, uczucie wolności. Był w domu, w miejscu w którym kiedyś byłą jego wioska, po której nie został już nawet ślad. Jednak pomimo żalu za miejscem swego urodzenia czuł się dobrze znów tu będąc.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-11-20, 16:15
Już miał obrócić się i pobiec, Gdy znalazł się na polanie, którą po chwili poznał. Był to jego dom. Było to miejsce, w którym niegdyś była zbudowana jego wioska. Przypływ emocji był tak niespodziewany, że praktycznie zwalił go z nóg. Aby opanować się musiał usiąść na ziemi. Może znajdował się w miejscu, gdzie jego matka umarła, może był w miejscu, gdzie stał jego dom. Gdzie się znajdował. Gdzie odszedł? Kiedy wybiegł z pobojowiska, dywanu ciał mrocznych elfów? Może było to małe targowisko, na którym łowcy prezentowali swoje zdobycze, wystawiali skóry na sprzedaż? Co tu się znajdowało? Ciągłe pytania. Był w tym miejscu tak dawno. Zgiął palce, zgarniając w ręce trochę trawy. Powrócił do domu.
Wspominał wszystkie rzeczy, które się tu zdarzyły, kiedy w dzieciństwie wracał z kolegą, którego imię już zatarło się w jego pamięci, z jego pierwszych łowów. Pamiętał pierwszą miłostkę, pamiętał pierwszą noc, gdy wrócił do domu pijany, pierwszy pocałunek, pierwsze wieści o drowach w okolicy. Obrazy migały mu przed oczami jakby oglądał obrazki namalowane wprost z jego głowy.
Dużo się tu wydarzyło, aż do czasu napaści. Tak dużo tu przeżył...
Elf siedział na ziemi czując pod rękami trawę, soczystą, miękką zieloną. Czuł zapach lasu, słyszał szum wiatru i melodię liści. Wszystko to było cudowne, piękne, idealne. Brak jednak było czegoś wokół niego. Coś nie dawało mu spokoju, odsunął to od siebie wspominając dawne czasy swej młodości i pierwszych kroków w tych najważniejszych dla młodzieńca chwilach. Wszystkie obrazy były jak błogosławieństwo a zarazem przekleństwo. Dawały poczucie domu i odbierały go poprzez wiedze o tym co stało się później. Czas był dla elfa poważnym nauczycielem, surowym. Dostarczył mu już tylu cierpień, tylu porażek że normalnie dawno już powinien się załamać. Jednak Ervin nie był tego typu osobą. Nie zostawiał życia losowi i właśnie ta cecha znów przyniosła na skraj jego myśli to samo uczucie. Czegoś brakowało. Nie chodziło tu o wioskę, domy i elfów, nie ważne też były ciała drowów. Brakowało mu czegoś normalnego, obecnego zawsze w takich miejscach. Ta cisza zakłócana tylko przez wiatr i liście targane jego melodią.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-12-20, 20:58
Wspomnienia. Tak dużo wspominał ostatnimi czasy. Tak dużo przypominał sobie rzeczy, wydarzeń, osób. Przywoływał do pamięci obrazy, dźwięki, twarze, jakby były czymś, co ma mu pomóc przetrwać w tym jakże innym świecie. Jednakże każde wspomnienie niosło ze sobą zagrożenie. Mógł przenieść się w miejsce, gdzie nie będzie sam, mógł przenieść się w miejsce, gdzie będą inne osoby z tego świata. Teraz już był pewien, że nie jest w tym samym świecie, w którym był na torturach.
Następne wspomnienie.
Czym jednak był ten świat? Ten świat, w którym najpierw znalazł się w Wahnsinn? Gdzie zapalił pryczę? Co się stało z nim? Co powodowało jego nagłe zmiany położenia? Co sie do cholery dzieje w tym całym zamieszaniu? Gdzie on jest?
Bawili się nim? Jacyś możni tego świata raczyli zebrać kasę na wielkich magów, zebrać jakichś ludzi z więzień, stworzyć jeden, wielki świat, do którego wpuszczą tych ludzi, by Ci zdezorientowali biegali po tym świecie, korzystając ze zdolności, które nagle, same z siebie się pojawiły.
Głupi pomysł...
Coś było tu nie tak. Nie było tu normalnie. Ciągle nie mogło do niego dotrzeć, co się dzieje. Było... jakoś tak nienaturalnie. Cicho, pusto. Wstał powoli, zaczynając kierować sie na środek polany.
Wolno krok za krokiem zmierzał bohater na środek polany. Uczucie które mu towarzyszyło ani na chwilę nie osłabło. Gdyby się nad tym zastanowić to towarzyszyło mu przez cały czas odkąd znalazł się w tym dziwnym miejscu, od czasu tortur. Cisza bez oznak życia, głosów przyrody, okrzyków śmierci. Tylko wiatr, liście i dźwięki które sam spowodował. Dotarcie na środek nic nie zmieniło, wszystko było identyczne. Zieleń, wiatr, las, wolność i cisza.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-12-22, 22:21
Cisza. Nic. Nieznośne uczucie, jakby otaczała go pustka.
Pustka, jak widział, nie otaczała go, wokół znajdował się las, polana, jego były dom. Właśnie, gdzie są ruiny? Gdzie są jakieś najmniejsze chociaż pozostałości po jego wiosce? Rozejrzał się dokoła, szukając.... Czegokolwiek. Czegokolwiek, co wyrywałoby się poza kanony nienormalności tego świata. Czegokolwiek, co mówiłoby mu, że miejsce, w którym się znajduje, nie jest tylko snem, obłudną przestrzenią nie-rzeczywistą.
Chwileczkę, patrzył skonsternowany na boki, mając nadzieję, że dostrzeże nagle elfa, który wyjdzie z lasu naprzeciwko samego Ervina. Bał się. Najzwyczajniej w świecie się bał. do tej pory była to niepewność, która chroniła go przed panicznym strachem. teraz przyszła kolej na pierwszy etap tego strachu. Zaczął głębiej oddychać. Jego dłonie zwinęły się w pięści. Odruchy. Bał się.
Ervin dokładnie rozglądał się, szukając choćby najmniejszych oznak po swym domu, choć po jakimś domu w dawnej swej wiosce. Gdy samo rozglądanie nie wystarczyło podszedł do miejsca w którym wiedział że stał wcześniej dom. Szukał i znalazł kawałek obrobionego drewna stanowiącego jeden z elementów podstawy budynku. Drewno to było poczerniałe od ognia który musiał strawić jego dawne domostwo. Gdy szukał potrafił gdzieniegdzie dopatrzyć się elementów stanowiących kiedyś wioskę, teraz były to stare i zniszczone pozostałości dawnej osady elfów.
Wypatrywanie elfa wychodzącego z lasu było jeszcze mniej owocne, bo choć starał się bardzo nikt nie wyszedł mu na spotkanie, nawet żaden owad nie podleciał do niego. Wszystko było nieruchome.
Brak żywych istot przytłaczał go, pogłębiał w nim rodzący się dopiero strach, strach który z każdą chwilą rósł i chwytał za gardło. Panika który wykiełkowała na tym strachu zaczęła ogarniać jego ciało, ręce, umysł, oddech. Wszystko mówiło mu że zostanie tu na zawsze.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2008-12-23, 17:09
A jednak. Znalazł coś, co pochodziło z jego wspomnień, co dotykało jego przeszłości. Znajdować się po prostu w Wahnsinn, to nie to samo, co zobaczyć, co stało się z jego wioską. Gdy ją opuszczał, wioska stała na miejscu, zlatywało się do niej coraz to więcej drowów, lecz istniała. Teraz widział, co się stało, uklęknął przed spalonym drewnem, lekko się garbiąc, jakby chciał własnym ciałem bronić pozostałości z jego życia. Po kilku chwilach pozycja zmieniła się na siad skrzyżny. Widział przed sobą coś, co było kiedyś budynkiem. Co się od tamtej pory wydarzyło? Nie chciał już płakać, wylał już zbyt wiele łez w tej dziwnej dla niego krainie. Nie chciał pozwolić sobie na ten brak samokontroli, jednakże spod jego powiek znów wydobyły się łzy, nawilżając jego policzki słoną ścieżką. Pociągnął nosem, podkreślając beznadziejność swojej sytuacji. Strach. Beznadziejna panika, która coraz bardzije dawała o sobie znać. Wychodziła spod odrętwienia. Podwinął lekko kolana, by podpierały jego podbródek, czuł się jak małe dziecko, siedzące w kącie, które nie rozumie kłótni rodzićów. Ono mogło siedzieć w kącie, płacząc lekko i łkając widząc beznadziejną kłótnię, która mogła wywiązać się od byle błachostki, a może zakończyć się wielką tragedią. Pozycja ta była o tyle skuteczna, co dawała poczucie bezpieczeństwa. Istoty inteligentne, takie jak ludzie i Elfy, lubiły czuć kogoś bliskość, co jest podkreślone przytuleniem się do kogoś, co daje natychmiastowe uczucie bezpieczeństwa. Teraz, Ervin, jak małe dziecko przytulił się do własnych kolan, zamykając oczy, mając nadzieję, że wkrótce obudzi się, gdzieś w trasie pomiędzy Dornost a Krag'Sur. Miał nadzieję, że w końcu uwolni się od tej tajemniczej Alii D'hadmak dowiadując się, kim ona naprawdę jest. Uwolni się od tej przeklętej tajemnicy wokół jej osoby, uwolni się od tego beznadziejnego uczucia pociągu za jej jorzą osobą. Była szczuro-człekiem, jak to się mogło stać, że Elf taki jak Ervin mógł aż tak "zaciekawić" się jej osobą, by popaść w obsesję?
To wszystko było chore...
Przez chwilę trwał w tej beznadziejności, panicznym strachu, który powodował uczucie, jakby w gardle nagle wyrosło mu drugie serce. Bałsię, ale myślał, w jego ograniczonym, małym umyśle wojownika, przelatywało wiele myśli, z których z otępieniem próbował wyciągnąć wnioski. Co się działo?" Powoli docierały do niego cuda tej krainy. Mógł się przenosić w przestrzeni, mógł wyczarowywać sobie ubrania. Co to jest? O co w tym chodzi?
Miękka trawa i zapach lasu dodawały siły elfowi lecz powodowały dodatkowe fale uczuć i tęsknoty za domem rodzinnym i rodzicami. Myślał, zastanawiał się nad tym co wydarzyło się w ostatnich dnia. Zaczynał rozumieć co może w tym miejscu w którym jest lecz nie rozumiał dlaczego i gdzie jest. Siedząc na polanie analizował wszystko to czego doświadczył i czego się dowiedział.
Świadomość tego że jest w innym świecie była wręcz namacalna, nie wiedział jak długo tu pozostanie, chwilę, czy wieczność, a może nie żył i znalazł się w piekle, może piekło było miejscem które realizowało najgorsze obawy, i może on bał się najbardziej samotności, a może to jakiś mag przeniósł go do tego dziwnego miejsca jako karę za swe uczynki. Tego nie wiedział, lecz myślał, chciał wiedzieć.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum