TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Sacer acer
Autor Wiadomość
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-06-15, 19:48   Sacer acer

Stary dom, izba duża na środku której ogień płonie. Starzec tam siedzi, marszczy swe skronie potrzebując ciepła wystawia ku ogniu swe dłonie. Mruczy coś sam do siebie: - Tak, tak młodzieńcze, pamiętam ja ciebie. - I odwraca wzrok po kątach tej izby, starej i brudnej, pełnej dziś ciżby. Gotowe pospólstwo, uszy nadstawia, a na nielicznych to twarzach grymas się zjawia. Nie zaczyna swej bajki, bajarz ten stary, ale gdy zacznie, będą tam miecze i czary. Znany wszak jest ten starzyna, umieszczać w centrum legend paladyna. - Jeno słuchajta, gminie mi bliski. - Zaczął bajarz, ścierając pot śliski, który na dłoniach rozgrzanych w ogniu się zjawił. - Nocy tej będę tutaj ja bawił. Z ust mych wyzionie ostatnia gawęda. Kto nie uwierzy, ten warchoł i menda. Na oczy widziałem, jakżem był mały, jak paladyn się zjawił nietypowy cały. Imię Cohen wam znane, ino nieczęsto powiadane. Teraz napełni wam głowy, więc zacznę już teraz swe mowy...


Sacer acer



18 Jullis 1510

Między miastem Broln i Roeen była sobie wieś, stojąca na granicy sporego lasu. Spokojna, niedużą, większości nieznana. Oddalona od traktu łączącego dwie duże lokalizacje nigdy nie narzekała na zbyt wielu gości. Tak się jednak złożyło, że w czas lata, dnia nie różniącego się wiele od innych do wsi tej, której nazwa rzekomo brzmiała "Bremborg", a tutejsi zwali ją "Wioską", przybył dziwny jegomość. Na wierzchowcu, co nieczęsto widywał gmin przyzwyczajony chodzić pieszo. Pierwsi, którzy go tutaj zobaczyli od razu się zainteresowali, lecz żaden nie miał odwagi, aby z nim porozmawiać. Ta broń i pancerz. To był na pewno zbrojny. Pytanie tylko - jakie mógł mieć zamiary?

,,Niektórzy wiedząc więcej od innych, niektórzy chcą poznać prawdy, ale nie wiedzą jak do niej dotrzeć, a jeszcze inni... o nich się nie mówi. Słyszałem o tobie wiele, a ty o mnie niczego i tutaj mam przewagę nad tobą. Czy mam jednak złe zamiary? O nie, wręcz przeciwnie. Myślę, że jestem w stanie wiele dla ciebie zrobić, pod warunkiem, że ty zrobisz coś dla mnie. Pamiętasz swą wioskę, zdruzgotaną od razów wojennej hordy? Pamiętasz swą matkę, nim została zgwałcona i spalona przez najeźdźców, swych sąsiadów i ich dziatki, które łamane kość po kości stawały się zabawką dla tych, dla których cierpienia innych są zabawą. Mogę udzielić ci wielu odpowiedzi, na pytania, których nigdy na głos nie zadawałeś. Mogę jednak znacznie więcej. Przeszłość i przyszłość w pewnym miejscu się dotykają. Nie zgadniesz dlaczego. Znajdź mnie proszę Cohenie, szlachetny paladynie w wiosce Bremborg, tej, która leży między Broln i Roeen. Na pewno trafisz. Pytaj o mnie, a droga zostanie ci wskazana.
-Meldaven
"

Ten list, który nie wiadomo skąd trafił w jego ręce, zdawał się być kluczem do czegoś. Ktoś interesował się Cohenem, ktoś kogo ten nie mógł odnaleźć w swej pamięci. Wiedział coś o historii Paladyna i chciał się spotkać. Czego jednak chciał?

Cohen na swym wierzchowcu wyjechał jakiś czas temu z lasu, przez który prowadziła droga nie szersza niż chłopski wóz. Zaniedbana, nieczęsto używana. Za nią były pola zbożowe. Jeszcze zielone zboża już powoli nabierały koloru złotego, pięknie mieniąc się w blasku wschodzącego słońca, które Bohater miał teraz za plecami. Dość długo podróżował, ale nie był wciąż głodny i zmęczony. Po błękitnym niebie przesuwały się z wolna szaro-białe chmury. Było ich dość sporo, co mogło być oznaką zbliżającego się deszczu, chociaż kto tam wie. Na polach swe prace zaczynali chłopi, rozsądek podpowiadał, że gdzieś niedaleko były ich siedliska. Paladyn jednak się nie zatrzymywał, jeszcze nie teraz. Ludzi widział z daleka, czymś się widać zajmowali na polach, niekoniecznie tych zbożowych, bo inne także były widoczne. Jechał dalej.

Półtora kilometra dalej było wzgórze po którym przechodziła droga. Ze szczytu tego wzgórza widać było niemal całą okolicę. Wielki obszar pól i jakieś skupisko domostw gdzie, gdzie prowadziła droga. To musiała być wspomniana w liście wieś.
Ostatnio zmieniony przez Pythonius 2008-09-06, 01:21, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-06-15, 23:43   

18 Jullis.

"Sporo czasu minęło". Taka myśl błądziła po głowie paladyna już od dawna. Sporo czasu minęło od przyjęcia święceń. Sporo czasu minęło od spotkania Reggirta, ich wspólnych przygód w Otchłani jak i od pokonania Zarr'Tahira. Od jego ostatniej wizyty w okolicach Broln. Od tragicznych wydarzeń w Granicy.

Z kolei jeszcze więcej czasu minęło od momentu, gdy Cohen myślał o swoich rodzicach i bliskich. Już dawno nauczył się nie zadręczać myślami o zemście czy żalu.

Szczęki paladyna zacisnęły się mimowolnie, gdy w myślach powtarzał sobie treść listu, od którego słów zdawał się być bardziej tajemniczy chyba tylko sposób, w jaki mu go dostarczono. Cohen nie miał żadnego interesu w odwiedzaniu tej wioski. Wracając z Granicy planował raczej zaszyć się na jakiś czas w Zakonie, spędzić czas na modlitwie i pokucie, na ułożeniu sobie wszystkiego na spokojnie w głowie...

Nie dane mu było.

Meldaven, kimkolwiek by nie był, nie bawił się w półśrodki. Bezczelnie grał na uczuciach Cohena opisując wprost i brutalnie to, co faktycznie miało miejsce... Bezczelnie udawał wszechwiedzącego. I bezczelnie wreszcie wydawało mu się, iż to wystarczy, by mieć Cohena na swoje wezwanie. Bezczelnie ofiarował swoje usługi, zakładając, iż są paladynowi w ogóle potrzebne i od razu żądał z góry zapłaty w tym samym.

Jak do tej pory nie mylił się, lecz Cohen nie wątpił, iż w swoim czasie zada niejedno pytanie autorowi listu. Niejedno pytanie, na które z pewnością pozna odpowiedź. W swoim czasie...

- W drogę, malutka.. - mruknął, trącając Łunę piętą w miękkie.

I tak przed siebie. Aż do zabudowań.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-04, 23:30   

Cohen z wolna przemieszczał się w kierunku widzianych zabudowań. Okolica była dobrze widoczna, mimo wyrazistego zalesienia. Te budynki, te pola. Wieś Bremborg, tu nie mógł się mylić. Jechał więc na Łunie w miejsce, gdzie był wzywany. Droga prowadziła przez mały zagajnik, za którym po prawej stronie była mała polanka porośnięta wysoką trawą, a w oddali widać było jakąś zniszczoną czasem stodołę. Wyrwane z zawiasów drzwi leżące przed wejściem nie zasłaniały tego co było w środku. A w środku ciemność wypalana przebijającymi się przez dziurawy sufit promieniami słońca. Paladyn odwrócił głowę w lewą stronę i ujrzał kolejne pole na którym pasły się krowy i może dwa konie. Przed nim kolejny zagajnik, mały lasek, którego drzewa rzucały cień na dość miękką drogę. Za linią drzew były już wały ochronne i palisada. Po lewej stronie jakieś domostwo, a dalej duży staw lub małe jezioro. Droga tutaj rozchodziła się na boki i zapewne prowadziła do kolejnych zabudowań, które były widoczne ze wzgórza.

Palisada była wysoka na dwa i pół metra, a w niektórych miejscach może na trochę wyżej. Wyglądała na starą, bezużyteczną. Chłopi z okolicy pewnie nie remontowali jej od wielu lat, a jeżeli coś przy niej robili to tak niedbale, że nie widać tego w najmniejszym stopniu.
Dwie wieżyczki były oddzielone otwartą bramą. Mógłby przejechać przez nią ledwo wóz. Panicz, który chciałby wjechać za palisadę karetą musiałby przełknąć gorzką pigułkę niemożliwości. Jeździec na wierzchowcu to jednak inna sprawa. Paladyn spokojnie minął ogrodzenie i znalazł się w sercu wioski. Smród, brud i bieda. Widok dość znajomy. Pełno czarnego błota, ściśnięte domostwa, zwierzęta gospodarcze. Wszystko stłoczone wraz z ludźmi na małej powierzchni. Tutaj tylko na środku było trochę miejsca, aby móc się może przejść spokojnie, chociaż podłoże raczej zniechęcało. Domostwa były zbudowane z kamienia i drewna. U spodu mury, wyżej zbite deski, a na samej górze słomiane dachy w większości już lekko przegniłe. Z nielicznych okien oczywiście pozbawionych szyb wyglądały stare baby z owiniętymi chustami na głowach. Kilka bosych dzieciaków wybiegło z chatek, aby przyjrzeć się przybyszowi. Cohen czuł się tutaj trochę obco, a szczekające na niego trzy psy raczej nie negowały tego uczucia. Bohater widział jak kilku mężczyzn wychodzi z domostw, oni również nie mieli na nogach butów. Brudni, niezadbani, ale dożywieni. Życie na wsi było znacznie inne od życia w mieście. W obu przypadkach większość ludu żyła w biedzie, ale standard był jednak zupełnie inny. Z każdą chwilą coraz więcej osób obserwowało Cohena, który mógł czuć się jak atrakcja miesiąca. Wszyscy tylko patrzyli. Gdyby nie ujadanie psów byłaby tu niemal grobowa cisza. Nieśmiałość tutejszych, ich zażenowanie przybyszem? Gdyby ufać oczom, to uczucia te powinny być zbyt wysokie dla tych niskich ludzi. Lud patrzył i czekał.

Wiocha.GIF
Plik ściągnięto 12326 raz(y) 28,52 KB

 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-05, 08:02   

Cohen czuł się obco na tyle, na ile każdy przybysz czułby się, wkraczając do nowej, zamkniętej społeczności. W porównaniu z typowym mieszkańcem wioski paladyn, zakuty w stal, konno, musiał wyglądać... co najmniej niepokojąco. Minęło wiele lat, odkąd Cohen sam żył w takich warunkach. Już niemal zapomniał, jak życie na wsi potrafiło być trudne.

Meldaven... myśl o autorze listu nie opuszczała paladyna nawet na chwilę. "Pytaj o mnie, a droga będzie ci wskazana, tak?" powtórzył sobie w głowie Cohen, wykrzywiając się lekko w dziwacznym grymasie "Jak sobie życzysz".

- Witajcie, dobrzy ludzie w imię Aesira! - rzekł, zatrzymując Łunę w miejscu i unosząc prawicę w powszechnie rozumianym geście powitania i pokoju.

Przynajmniej powszechnie rozumianym wśród ludzi, z którymi do tej pory przebywał. Zawsze tutejsi mogli czcić demony z Otchłani i rzucić się na niego z nahajami. Początek konwersacji tyleż durny co i trudny. A ktoś odezwać się musiał.

- Zmierzam z daleka szukają sioła Bremborg! - kontynuował - Dobrze trafiłem?

Nie zważając na odpowiedź tłumu, lub jej brak po chwili rzucił drugie pytanie.

- Czy w wiosce znajduje się ktoś potrafiący czytać i pisać? Cyrulik, znachor, sołtys, ktokolwiek? Chciałbym też zatrzymać się na noc... macie tu karczmę?

Póki co Cohen wolał nie pytać wprost o Meldavena. Wrodzona ostrożność do pisemnych "uczynnych" wskazówek, jakiej nabawił się w Granicy nakazywała najpierw ograniczyć listę podejrzanych do ludzi piśmiennych, a więc mogących teoretycznie Meldavenem być. Nawet gdyby trafił źle... z doświadczenia wiedział, że od człowieka uczonego łatwiej mu będzie się czegoś dowiedzieć, niż od surowego tłumu. A ten na pytanie wprost mógł zareagować różnie.

Gdyby nikt nie kwapił się udzielić Cohenowi odpowiedzi, paladyn ponawia pytania, tym razem wymownym gestem sięgając do sakiewki po złotą monetę.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-06, 19:40   

- Pochwalon. - Odpowiedział tłum nierównym głosem i kiwnięciami głowy, gdy tylko sam Paladyn się przywitał. Reakcja ta nie była w końcu niczym nadzwyczajnym, wręcz przeciwnie, czymś przewidywalnym. Jedno niosące się zewsząd pozdrowienie, to cichsze, to głośniejsze.

- Zmierzam z daleka szukają sioła Bremborg! Dobrze trafiłem? - Słowa te odbiły się półgłuchym echem od drewnianych chałup. Aż chciało się obejrzeć dookoła i sprawdzić, czy wszystkie głoski zdania nie rozbiły się i nie poleciały w niebo, w kierunku błękitu i słonecznej tarczy.
- Dobrzeście trafili panie. - Odezwał się głos mężczyzny w słomianym kapeluszu. Brązowa opalona skóra, zapocone czoło, pękaty nos, a pod nim siwo-brązowy wąs i niechlujny zarost. Rozpinana lniana koszula w kolorze siwo-niebieskim i szare spodnie. Chłop ten miał duże dłonie i już na pierwszy rzut oka było widać, że wie on czym jest praca. Stał przy długiej chatce po prawej stronie, obok kurnika. Kilka młodych osobników kręciło się obok niego, ubranych skromnie, bardzo letnie.
Później padły kolejne słowa przybysza w zbroi, a na nie odpowiedź tegoż samego człeka.
- Ni panie, my tu lud prosty, niepiśmienny. Ni ma tu mędrków i uczonych, ani szynków, stąd też nocleg niewskazany. - Rozwiał nadzieje Cohena na noc w karczmę lub kontakt z kimś na poziomie. Udzielone odpowiedzi jednak okazały się na tyle sensowne, że na tym etapie Bohater nie musiał uszczuplać swej kalety. Złoto ponoć nie waży, szczególnie gdy się go nie ma tyle ile by się chciało.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-06, 19:49   

Cohen skrzywił się lekko, nie spodziewając się takich odpowiedzi. Łuna zatańczyła na piachu, okręcając się wokół własnej osi, dając paladynowi sekundy na przemyślenie swoich następnych słów. "Pytaj o mnie, a droga zostanie ci wskazana.". Tak było napisane w liście... sęk w tym, że jego treść, jako całości wcale nie napawała optymizmem. Cohen wcale by się nie zdziwił, gdyby wieśniacy na dźwięk imienia "Meldaven" zareagowali wściekłością, czy też atakiem, lub gdyby zbyli go milczeniem. Równie dobrze mogli też wskazać mu czyjś... grób. Nawet takiej ewentualności paladyn nie wykluczał.

- Dziękuję - skinął głową w stronę wieśniaka.

Niegościnność nie odrzucała. Dawała jednak pewne pojęcie na temat tego, co za chwilę może się wydarzyć. "Nocleg niewskazany"... to było niezmiernie wymowne. Ogólnie mieszkańcy Bremborg sprawiali... wrażenie dziwnych. Choć może to tylko lęk przed obcym zbrojnym wywoływał takie odczucie?

- Pytam, panie, bo powiedziano mi, że będę mógł tu kogoś spotkać - rzucił od razu - kogoś, kto posługuje się mianem "Meldaven". Mówi wam to coś? Miał tu na mnie czekać. Moje miano Cohen, paladyn Aesria.

Właściwie paladyn mógł zrobić tylko jedno. Liczyć na to, iż faktycznie droga zostanie mu wskazana. Oby nie na cmentarz.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-06, 20:01   

Niby prosta sprawa wykonywać polecenia z listu, niby prosta sprawa wykonywać polecenia i czekać, aż trafi się na ścieżkę losu, która jak wilczur warczy, że idzie, że woła. Chłopi nie wykazywali entuzjazmu większego niż minimalny, ale nie chwytali także za siekiery, pochodnie i widły. Kilka dziesiątek osób tu mogło być, chociaż pewnie większość tych, którzy mogliby coś zrobić zażartemu w bojach Paladynowi była na polach. Ciekaw co sumienie powiedziałoby na małą eksterminację ludności wiejskiej.

Przybysz zadał kolejne swe pytanie i wyjaśnił przy okazji cel swojej podróży lub chociażby powód odwiedzin. Reakcja na te słowa mogła być różna, jak to już Bohater przewidywał. Począwszy od braw i oklasków aprobaty i sympatii, po chwycenie za deski i gwoździe, czy też cokolwiek pod ręką. Ciekawe co ich sumienia powiedziałyby na zabicie uzbrojonego Paladyna.
Reakcja, tak reakcja. Cohen mógł się obawiać jej, ale tak w istocie nie było. Nie czuł strachu i nic nie wskazywało na to, aby miał go poczuć. Na razie nic.

- Nie panie, tu kogoś takiego ni ma i nigdy ni było, a jeżeli był to ino ni wim o tym. - Odpowiedział człowiek bez chwili namysłu. Odpowiedź była szybka i celna. Trudno jednak było stwierdził Paladynowi, czy ten chłopek roztropek nie igra sobie z nim. Życie zwykło pokazywać pazur zawsze wtedy, gdy było to najmniej przyjemne. Przeszła więc myśl przez umysł: Ktoś mnie wystawił?
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-06, 20:12   

No tak. Mógł się spodziewać. W zasadzie to nawet rozważał taką opcję.

- Rozumiem - rzekł równie szybko co jego rozmówca, lecz w przeciwieństwie do niego nie tracił w miarę kulturalnego tonu.

Ręka paladyna sama skoczyła do sakiewki przy pasie, wyjmując zeń złotą monetę. Mężczyzna bez wahania wyciągnął ją przed siebie, zachęcającym gestem kiwając na wieśniaka.

- To za pomoc, w ramach podziękowań... - rzekł w ramach wyjaśnienia.

Łuna ponownie zatańczyła na piachu placu. Cohen nie spuszczał z oczu wieśniaka. Miał pewne pojęcie o dyplomacji i o sztuczkach, jakie stosuje się, chcąc okłamać rozmówcę. Niestety, o wyczuwaniu pobudek zbytnio już pojęcia nie miał. Na szczęście, miał w podorędziu swoją najskuteczniejszą broń, która nieraz pozwalała mu w miarę trafnie ocenić, na ile danej osobie można ufać.

Wykrycie zła.


- Będę w pobliżu przez jakiś czas. - rzekł spokojnie, rozkoszując się możliwością wejrzenia głęboko w duszę swego rozmówcy - Kto wie, może Meldaven się spóźnia? Poczekam... i liczę, że w razie czego uda wam się mnie powiadomić? Zapłacę złotem i t o więcej niż jedną monetę, jeśli będzie trzeba. Naprawdę zależy mi na tym, by się z nim spotkać, dobry człowieku. Będę w pobliżu.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-06, 20:26   

Wieśniak przyjął monetę o barwie złota i konsystencji stopu złota i jakiegoś innego metalu. Ten piękny symbol na rewersie skrzyżowanie młota kowalskiego i kilofa górniczego. Krasnoludzka robota.

- Jesteś bardzo hojny panie. - Powiedział biorący ją ze dziwieniem chłop, a Cohen właśnie zaglądał wgłąb jego wzorca, aby doszukać się w nim węzłów zwanych złem. Sam Paladyn nie musiał wiedzieć do końca jak działa jego sztuczka, ważne było, że działała... tyle zwykło wystarczać.

Chłop dla pewności ugryzł monetę. Jego żółte lekko spróchniałe zęby sugerowały, że ma on na swym karku ciężar kilku lat, chociaż tutaj na wsi w sumie trudno było zawsze o odpowiednią opiekę, a cyrulik leczący zęby byłby i tak luksusem ponad miarę. Człowiek tamten schował monetę w garści i odsunął się na krok, a gdy jego bosa stopa dotknęła ziemi Cohen miał pewność, że nie jest on zły. A przynajmniej nie jest zły w paladyńskim tego słowa znaczeniu. I w tych momentach zawsze rodziło się dramatyczne pytanie, czy każda niezła istota jest od razu dobra. Odpowiedź zwykła być negatywna.

- Poczekaj no panie. Tyś paladyn, człek chyba to szlachetny, nie? - Zapytał z lekkim, zaczepnym nie na końcu zdania. W przekrwionych oczach Cohen dostrzegł gdzieś jakiś cień, jakby coś... coś, co chłop mógł chcieć od Paladyna. Pierwsza myśl mogła być prosta. Reakcja na złoto okazała się reakcją uzależniającą, jak narkotyk wytwarzany przez leśne lub mroczne elfy. Wysyłany do ludzi, aby ich uzależnić, obezwładnić, zniewolić. Sprawić, że staną się jego zwolennikami, oddanymi wręcz fanami, którzy zechcą innych do niego przekonywać, a później nim grać. Może jednak to nie było złoto.

Tłum gapiów cały czas patrzył na Cohena, Łunę i tego, który z nimi rozmawiał.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-06, 20:33   

Dobro, zło... filozofowie od wieków toczą i toczyć będą dyskurs na temat tego, czym jedno od drugiego się różni. Wyznaczają granice, ustalają płynnie zmieniające się definicje, budują teorie tyleż liczne, co bzdurne. Nie dla paladyna. Dla paladyna sprawa była prosta. Dobro wymaga ochrony. Zło niszczy i reprezentuje agresję, oraz mord. Przed złem trzeba chronić i zło należy zwalczać. To, co Aesir wskaże, poprzez głęboko czerwoną otoczkę wokół osoby, jest złem. Z reguły to kończyło każdą dyskusję na linii paladyn - filozof. Z reguły.

Ostatnie wydarzenia doskonale ukazały Cohenowi, że nie każde zło i nie każdy problem da się rozwiązać mieczem. Miecz bowiem, jak w przysłowiu, ma dwa ostrza. I ma paskudny zwyczaj do zadawania ran, których nie da się wyleczyć.

- Szlachetny, jak szlachetny - lekko roześmiał się paladyn, chcąc gestem tym nieco rozluźnić dość niezręczną atmosferę - zależy kto i o co pyta lub prosi. Jeśli będę mógł w czymś pomóc... mówcie, panie.

Tu brak już było filozofii, tylko prosta kalkulacja. Powiedz mi, co ci leży na duszy, a ja powiem ci, czy to zrobię. Brak nici zła w aurze wieśniaka napawał optymizmem. Z dużą dozą prawdopodobieństwa Cohen nie zostanie "wrobiony"... co najwyżej straci kilka godzin czasu uganiając się topielcem na pobliskim cmentarzu. Godzin, które mógłby poświęcić na szukanie Meldavena.

Ale czymże by był, gdyby nawet mężczyzny nie wysłuchał?
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-06, 20:49   

- No bo pomyślałem panie, że skoro chcesz tutaj zostać i czekać, to nie należy marnować twego czasu, nie? - Kolejne zadziorne nie, jakby sugestia, że jest to w sumie komplement, a nie opis sytuacji i myśli. Teraz Cohen mógł już spodziewać się propozycji... oczywiście czegoś, co sam musiałby zrobić.
- A to jakbyś się miał nudzić, czy coś, to już lepiej sobie zrobić coś pożytecznego, nie? No, a jak paladyn ma robić coś pożytecznego, to może coś pożytecznego dla nas być zrobił. My lud tutaj prosty, zbrojnych ni ma wielu, a chłopy wolą w chałupach siedzieć, niż dupska ruszyć i zrobić porządek. Widzisz... jeno mamy mały tu problem. Na północy, z kilka to milów drogi są takie zalesione wzgórza, nie. A tam są takie pieczary, jamy, czy choroba jasna wie co, No i skoro paladyn chce tu zostać, to może spełnić swój paladyński obowiązek i pomóc nam, bo tam się jeno coś zalęgło, co nasze kozy zjada. Chuj wi co to jest, a głodne to i niebezpieczne być może. Może paladyn pomoże, nie?

Człowiek przedstawił problem, a gdy mówił kolejne zdania w których trochę nieskładnie prezentował swe poglądy, ludzie patrzący dookoła kiwali z lekka głowami na znak zgody z tymi słowami. W końcu jakaś baba wyglądająca z okna, mająca chustę na głowie i pomarszczoną twarz, już mniej opaloną otworzyła usta i piskliwym głosem rzekła:
- Jo panie, to tam to wyger miszka, a stwór to zjadliwy i podły był raczył. Ma wygląd to wstrętny i zapach tak podły. Kiedyś tu był, ale chłopy go przepędziły. Teraz bies tu wrócił i bydluje na nas i kłypie oczyma złowieszczo, a później szcza do strumyka, gdy baby piorą chłopom koszule.

Trzeba było przyznać, że zajadle wypowiadała się kobiecina. Wiek jest znaczący, ale pojmowanie i przedstawienie oponenta niewiele mówiący.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-06, 20:58   

- Wyger...? - powtórzył Cohen.

Chwilę w pamięci rozważał, na ile nazwa ta coś mu mówi. W Zakonie wszak z pewnością niejednego nauczono go na temat bestii, a i sam na ich temat posiadał sporo informacji (demonologia znawca). Musiał jednak przyznać, że w pierwszej chwili propozycja zdrowo go zaskoczyła.

Właściwie to nawet nie chodziło o to, czy pójdzie do tych jaskiń, czy też nie. Wiedział, że pójdzie. Na tym polegał jego "paladyński obowiązek", oraz dług, jaki zaciągnął wobec własnego sumienia. Ostatnio wszystko, czego się dotknął, porastało pleśnią i ginęło w gruzach jego niezręczności... a Cohen potrzebował sukcesu. Chciał zyskać w swoich własnych oczach, pokazać samemu sobie, że nie jest z nim tak do końca źle i że nadal zasługuje na miano paladyna.

Nawet, jeśli traktuje się go jak najemnego zabójcę potworów. Nigdy nie słyszał, by potwory szczały ludziom do strumyków... doświadczenia ostatnich dni pokazywały, że nie wszystko, co strasznie wygląda, jest potworem.

- Opisze mi ktoś lepiej, jak wygląda ten "wyger"? - zapytał, by po chwili dodać - No dobrze by było, gdyby mi ktoś pokazał dokładnie, gdzie są te jaskinie.

Z opisem, czy też nie, z pomocą, czy też bez niej, Cohen nie poświęca więcej czasu na rozmowę.

- Z Aesirem, dobrzy ludzie! - rzuca na pożegnanie, odwraca Łunę w miejscu i przez bramię wyjeżdża, biorąc za cel wskazane mu miejsce.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-06, 21:25   

Wyger, tak wyger. Bohater pierwszy raz o czymś takim słyszał. Co to mogło być, nie miał pojęcia, ale zdrowy rozsądek, który w przypadku tego Człowieka był przyzwoitej mocy, podpowiadał, że może tu chodzić o inne stworzenie niżby wynikało z nazwy. Tak się bowiem składało od wielu to już setek lat, że niski gmin zwykł tworzyć coś, co trzeba nazwać slangiem. Wieśniaki swą nowomową określały spotykane potwory. Jakimi kryteriami się w tym kierowali? Tego Paladyn nie wiedział.

- Wyger to podły bies panie, obrzydliwe dziadostwo. Ma nogi, ręce i rogi. - Mówił chłop.
- Nie, co ten plecie jełop jeden. Wygera widział z daleka chyba. - Wtrąciła się baba. - Wyger ma futro, czarne od łajna w którym się tarza. Robi sobie gnój kamuflaże! Śmierdzi to dziadostwo i ma takie duże ślepia.
- Noś chybaś babo rozum straciła. Wyger ma rogi, ogon i łuski na ciele. A na plecach czarne pióra i jego pierdy są śmierdzące, bo gazuje on tych grzybów, które zjada w przerwach pożerania kóz.
- Durnyś leniwy warchole. Wyger ma futro i długie uszy, a nie rogi. Jakbyś widział kiedyś wygera, to takich dziadowskich bredni być nie szczekał!

Po tych słowach nastąpiła jeszcze krótka wymiana zdań między babą wyglądającą przez okno, a chłopem, który jeszcze niedawno otrzymał złotą monetę. Cohen natomiast korzystając z sytuacji odwrócenia uwagi podjechał do młódki, która stała przy bramie. Rozebrana do pasa, to było w sumie dziecko, które na kobiece kształty poczekać będzie musiało jeszcze kilka lat. Złote włosy i błękitne oczy. Wybiegła za palisadę i wskazała z uśmiechem paladynowi drogę na północ. No cóż. Tyle widać musiało wystarczyć.

Cohen się pożegnał i ruszył w drogę.

Na początku jechał przy boku lasu słysząc kłótnie poróżnionych na temat wyglądu wygra. Wyzwiska były w iście chłopskim stylu, którego powtórzenie gdzieś poza wsią byłoby zapewne bez zrozumienia. Dalej Bohater przejechał między gospodarstwem i jakąś wielką szopą, a dalej już jechał między polami.

Wioska została gdzieś z tyłu, a z przodu pozłacane pola rozciągające się na długim odcinku. Rósł tu dziwny gatunek zbóż, którego Bohater raczej nie znał, chociaż znać w sumie powinien. Pewnie nie raz jadł coś, co pochodziło z tym podobnych zbóż, ale niewiele ludzi zdaje sobie sprawę z tego co tak naprawdę spożywają i jakim kosztem jest to przyrządzane. Dzień był iście ciepły i odziany w zbroję Paladyn czuł pot, który się lał z jego pleców, pach, w okolicach brzucha i pośladków. Pod zbroją był cały wilgotny, lecz na twarzy nie było tak źle, chociaż sam siebie nie widział. Zarost, który zdążył powstać od chwili ostatniego golenia brody spokojnie wchłaniał wilgoć.
Już po trzech, trzech i pół mili drogi Bohater widział drzewa, porastające wzgórza. Tutaj nie było już pól, ale były pastwiska. Trawa ujedzona, dużo odchodów. Znawca roli mógłby uznać, że jest to efekt krów, czy innych takich. Chociaż przepędzać krowy z wioski tutaj to trochę strata czasu. W miarę inteligentny gospodarz bliżej domu ma pastwiska, a dalej pola, aby mniej się męczyć, przy pracy, która w jednym przypadku jest częsta, a w drugim sezonowa tylko. Widać inteligencja tutaj przeszkodą.
Drzewa, wzgórza. Droga prowadziła gdzieś na północny zachód, a wzgórza były dokładnie na północy. Nie wyglądało na to, aby można było przejeżdżać między drzewami na koniu, czy chociażby prowadzić wierzchowca. Łuna wszak nie była źrebięciem, przynajmniej ostatnio. Obszar dość spory i z miejsca, gdzie Cohen był, niezbyt dobrze widoczny.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-06, 21:36   

Cohen jechał i pocił się. W innej sytuacji pewnie pośmiałby się zdrowo z kłócących się chłopów, ale obecnie niezbyt było mu do śmiechu. Nie dość, że poszukiwania Maldavena napotkały niespodziewane trudności, to jeszcze ta cała sprawa z... wygrem.

Wspiął się na palce w strzemionach, chcąc lepiej zapamiętać drogę. Cóż takiego blokowało mu przejście, że nie dało się jechać konno? Wyboje? Korzenie? Niewielkie stado smoków? Blokada milicji chłopskiej? Postanowił jeszcze kawałek podjechać drogą. A może się poszczęści, i zauważy jakąś ścieżkę odbiegającą dokładnie na północ i oszczędzi sobie wysiłku?

W innym wypadku (gdyby żadnej ścieżki nie było w najbliższej okolicy) Cohen zmienia działanie. Z jeźdźcem może i Łuna byłaby zagrożona skręceniem kończyny, czy wywrotką, ale bez niego... paladyn zwinnie zeskoczył z siodła. Klaczy zostawiać tutaj pośrodku niczego jednak nie zamierzał. Bo i gdzie? Gotowa uciec, zostać skradziona lub też pożarta przez coś, co "wygra" zjada na śniadanie.

Zapamiętując ostatnią najlżejszą (w opinii paladyna) trasę wiodącą ku sercu wzgórz, Cohen łapie Łunę za wodze i prowadzi ją spokojnie za sobą. Nie spieszy się. Woli "za pysk" przeprowadzić ją przez wyboje i przewrócone drzewa, niż ryzykować utratę cennego wierzchowca. Poza tym, kto go popędza? Znają się z Łuną już nieco czasu i nie wątpi, że klacz nie będzie oponowała przed wspólnym marszem.

- Wyger... - prychnął pod nosem mimo wszystko z pewnym rozbawieniem Cohen.

I ruszył w drogę.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-07, 22:29   

Wzgórza, które piętrzyły się przed Bohaterem były bardzo gęsto porośnięte drzewami i krzakami. To owy figiel natury, który tak ciasno ulo0kował roślinność na wzgórzu utrudniał poruszanie się czemuś tak dużemu jak koń. Cohen widział to dobrze jeszcze, gdy był na Łunie, a gdy podszedł ze swą zgrabną klaczą do linii zieleni zobaczył to jeszcze lepiej.
Ta bujna roślinność zaczynała się niemal w tym samym miejscu, gdzie zaczynało się wzgórze. Drzewka, drzewa, krzaki i oczywiście chwasty, a na pierwszej linii pokrzywy, a za nimi oset. Widoczność tego co jest dalej była już trochę utrudniona. Ścieżki do serca wzgórza, czy też wzgórz bo niekoniecznie jedno wzniesienie tu było, jeżeli nawet istniały, to były na tyle sprytnie ulokowane, że Paladyn ich nie widział. Ogólnie rzecz nawet biorąc, to nawet teraz, gdyby chciał się gdzieś tu przebić dalej, to musiałby użyć swego miecza i trochę drogi sobie wycięć lub najprościej zdeptać kilka zielonych dziadków matki natury.
Gęstość zarośli mogła jedynie dawać nadzieję Paladynowi, że owy wyger nie jest czymś wielkim, a przynajmniej tak wielkim jak koń. Chyba, że bestia zna jakieś sztuczki na przemieszczanie się po lesie w wyrafinowany sposób. Gdyby to potrafiła, mogłoby to świadczyć o jej inteligencji. Jak to często bywa, inteligentni przeciwnicy są tymi z wyższej półki. Wyger... zmartwienie chłopów i od kilku chwil pewnego Paladyna.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-07, 22:42   

Cohen w tym momencie najchętniej kazałby iść głęboko do diabła zarówno wszystkim wygrom jakie kiedykolwiek chodził po okolicy oraz wszystkim krzakom, jakie kiedykolwiek stanęły mu na drodze. Widząc, jak nieprzebyty szpaler utworzyła przed nim natura, zaczął się zastanawiać, czy nie prościej byłoby aktywować płomienie w swoim mieczu i nie spalić tego przeklętego lasku...

- Po prostu nie do wiary... słodki Aesirze, co ja tu robię? - mruknął sam do siebie paladyn.

Mógł wziąć byka za rogi. Mógł wyrąbywać drogę i prowadzić za sobą Łunę. Mógł. Nie wątpił jednak, że tym samym nie dość, że narobi hałasu i zaalarmuje bestię, to jeszcze straci masę czasu oraz sił, ryzykując ewentualną kontuzję u klaczy. Z drugiej strony okolica zdawała się być spokojna...

- Nie do wiary... - szepnął.

Po pierwsze, przejrzał ekwipunek. Plecak przerzucił przez plecy, zdejmując go z juk Łuny. Nigdy nie wiadomo, co mogło mu się przydać.

Po drugie, rozejrzał się za jakimś dobrym miejscem, gdzie mógłby przywiązać klacz. Jeśli to możliwe, wybrał jakiś słabo wyglądający krzak. Na tyle mocny, by klacz nie urwała się przypadkowo, zaś na tyle słaby, by dała radę zerwać się i uciec w razie ataku.

Po trzecie wreszcie, przeżegnał się, czyniąc w powietrzu zarys świętego symbolu Aesira i ruszył przed siebie, w stronę serca wzgórz. W miarę możliwości wybiera mniej męczące podejścia, ograniczając "wybijanie" sobie przejść do minimum. Jeśli wziąć pod uwagę czekającą go walkę z "wygrem", wolał oszczędzać siły.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-07, 23:50   

Jak zaplanował tak zrobił, z małym to ale, jak zawsze. Klacz została przywiązana do młodego drzewka rosnącego tuż przy wzgórzu. Była to chyba akacja, bo miała malutkie kolce, ale w sumie licho tam wie, czy tylko akacja ma kolce. Mogła to by być zawsze jakieś egzotyczna roślinka lub jakiś zielony duszek, który zamienił się w drzewo. Doświadczeni Bohaterowie musieli zawsze liczyć się z tym, że każdy kopnięty na drodze kamień może im oddać, a co tu dopiero mówić o trawie, krzakach, czy drzewach. Paladyn nawet słyszał kiedyś pokątnie o pewnym wojaku, który idąc lasem kichnął, a jakieś wredne skrzaty spłatały mu figla i kichnięcie jego odbijało się echem ciągle nabierając mocy, aż wojak kompletnie ogłuchł od hałasu. Oczywiście takie historie w 99% pochodziły z drugiej, trzeciej, czwartek, czy piętnastej ręki. W każdym razie strach zawsze był, bo świat, gdzie jest magia jest nieprzewidywalny jak zmieszanie w organizmie cztery różne alchemiczne mikstury.

Cohen zabrał swój sprzęt, fakt może się przydać. Trochę to ważyło, ale nie było tego na tyle, aby się porządnie zmęczyć. Gdyby ktoś tam na górze dokładniej liczył każde gramy jakie nakłada na plecy śmiertelnych, mógłby dojść może do wniosku, że jest różnica w tym, czy tamtym sprzęcie i ten śmiałek, a nie tamten powinien się przewrócić z przeciążenia. Bogowie jednak nie ujawniali się od dawien dawna, co było próbą wiary dla ich wiernych. Cóż to wszak za wiara, gdy się wie, że gloryfikacja jednej z boskich sił przyniesie takie, a nie inne gratyfikacje. Wiara ograniczona do składania kultu, a wiara jako sama nadzieja, że za to co się robi otrzyma się nagrodę, czy chociażby wyróżnienie. Nadzieja zawsze winna gościć w sercach Bohaterów.

Cohen ruszył w las przechodząc przez pokrzywy i przedzierając się przez oset. Nie zrobił sobie tym krzywdy, co mogło go ucieszyć. Później jednak przeciskał się między gałązkami dziwnej roślinki, na której zostały skrawki jego ubrania. Pesymista zmartwiłby się faktem straty ubrania, a optymista ucieszył, że to tylko ubranie, a nie skóra. Realista wiedziałby natomiast, że czeka go praca z igłą i nicią lub wyszukiwanie w sakiewce sztuk srebra dla szwaczki lub krawca. Paladyn szedł, maszerując pod górkę. Chwytał się różnych drzewek, różnych pnączy, dziwnych dużych chwastów, aby zachować równowagę i nie obciążać tak nóg. Mimo wszystko jak na razie niewiele razy musiał używać swego miecza. W końcu las stał się bardziej przejrzysty. Drzewa tu były wyższe i te rosnące przy ziemi roślinki nie miały wystarczająco dużo słońca, aby urosnąć. Poza tym rosnące tu świerki, modrzewie i cisi tracąc korę robiły ściółkę na której żadne rośliny nie mogły rosnąć, a jedynie grzyby były w stanie tutaj nabierać kształtów. Już z tego poziomu widać było kilka jam w ziemi, wszystkie na tyle głębokie, że nie widać było ich dna. Jedna tutaj, a dwie trochę wyżej. Wzgórze się jednak nie kończyło, pięło się w górę, podobnie jak rosnące tu drzewa. Luna była niżej, jakieś 50 metrów drogi. Nie było tu jednak słychać jej rżenia.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-08, 00:06   

Cohena nie obchodziło zbytnio ubranie. I tak jedyny materiał, jaki mógł zostać uszkodzony, stanowił płaszcz, czyli element garderoby i tak w obecnej sytuacji nad wyraz zbędny, bo niemiłosiernie grzejący plecy. Reszta była schowana pod pancerzem. Właściwie to nawet nie wiedział, po co wciąż nosił na grzbiecie ten płaszcz.

I to właśnie podsunęło mu pewną myśl.

Zdjął z siebie ciężki płaszcz, po czym zbliżył się do brzegu najbliższej jamy w ziemi. Nachylił się nad nią, po czym dobył miecza i aktywował drzemiące w nim płomienie. Planował najpierw tylko nieco sobie przyświecić i ocenić, na ile głęboka jest dana dziura i na ile jest w stanie ocenić jej wielkość.

Gdyby Cohen pomimo tych działań nie widział dna jamy, decyduje się podpalić zmięty w kłębek płaszcz przy pomocy miecza i rzucić go do środka. W ten sposób zarówno przekona się, jak głęboko sięga ta królicza nora, oraz przy odrobinie szczęścia spuści wygrowi prosto na łeb niespodziankę.

Choć w to ostatnie wcale nie wierzył.

Wiara... tak, wiara Cohena ostatnimi czasy ciągle była wystawiana na próby.

Paladyn nie ogranicza swoich działań do jednej dziury. Ostrożnie, świecąc sobie mieczem bada również pozostałe a i rozgląda za kolejnymi. Teoretycznie z każdej strony już mogło nadejść niebezpieczeństwo, więc Cohen stara się nie tracić czujności.

- Wyger... dość niewielkie, aczkolwiek wystarczająco silne, by zabić kozę stworzenie. Mieszka w jamach pod ziemią... prawdopodobnie czarnego koloru, choć nie wiadomo, czy pokryte futrem, czy łuskami, czy ma rogi, czy uszy... czym ty jesteś, u licha? - szeptał sam do siebie, ostrożnie nachylając nad kolejnymi dołami.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-08, 23:09   

Pierwsza jama do której zajrzał Cohen okazała się na tyle głęboka, że sfajczenie płaszcza okazało się niezbędne. W sumie i tak był lekko podarty, a tak przynajmniej zapłonął gdzieś w środku szerokiej na półtora metra pieczary, długiej na 8 metrów. Tunel ciągnął się pod jakimiś drzewem i widać było korzenie owej rośliny, no ale wygra ani śladu. Druga jama była już płytsza. Ogień na tyle rozświetlił jamę, że można było ją przejrzeć. To samo było z kolejną jamą. W żadnej jednak wygra, ani czegokolwiek prócz robaków i pająków nie było widać. W sumie to już Paladyn był oswojony z myślą, że to co ma spotkać pewnie jest jakimś przerośniętym borsukiem lub jaszczurko-łasicą. Wyger jako dziwna krzyżówka dwóch potulnych stworzonek, która zyskała złą sławę dzięki samej swej obecności w świecie. Fakt, faktem ludzie nie należą do tolerancyjnych w stosunku do potworów i czegokolwiek, co niszczy efekty ich pracy albo mienie. Nawet niegdyś tak powszechne wilki zostały niemal doszczętnie wytępione, tylko dlatego, że zjadały kury, owce i czasem krowy. Ponoć nawet powstały w wielkich miastach ruchy, jakby post druidyczne, które domagały się ochrony stworów i potworów przed ludźmi. Paladyn miał jednak bardzo wąskie pojęcie o tych fanaberia zbyt dobrze żyjących ludziach.
Jamy były jeszcze dalej na wzgórzu, po którym Bohater wciąż szedł. Pierwsza, druga, później trzecia i czwarta. Wszystkie z zewnątrz do siebie podobne. Utworzone pod drzewami i krzakami jamy zdawały się być schronieniem dla jakichś większych istot niż leśne kuny, czy lisy. Nigdzie jednak nie widać było mieszkańców jam, a śpiew ptaków, nawet dla niewprawnego łowczego, sugerowała, że jest tutaj względnie bezpiecznie. Nagle jednak ptaki z drzew się zerwały, a jakiś koń u stóp wzgórza zaczął dość głośno rżeć. Łuna...
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-09, 09:37   

No tak.

- U diabła! - syknął pod nosem Cohen słysząc, co się dzieje.

A w każdym razie słysząc coś, co wskazywało na to, co się dzieje. Właściwie to śmiesznym był nawet fakt, że paladyn, święty wojownik, w chwili jakiegoś niepowodzenia wzywał imię "diabła" na usta a nie "Aesira". Z drugiej jednak strony - jak by to brzmiało? "U Aesira, znowu zawiodłem"? Wymawiać imię swego boga w tak negatywnym wydźwięku było co najmniej niestosowne. Między innymi dlatego też bohater wolał pozostawać przy starym, dobrym diable. Innych przekleństw z zasady nie używał.

Wiedział, że do Łuny dzieliło go nie więcej niż pięćdziesiąt metrów. Niestety, był to dystans na szalenie trudnym terenie. Biec właściwie się nie dało. A najlepszym wypadku zakończyło by się to bolesnym upadkiem, a w najgorszym połamaniem kończyn. Prozaicznego skręcenia kostki chyba nie musiał się obawiać - wysokie, łuskowe nogawice i buty poza kostkę usztywniały je w dość dobrym stopniu.

Mimo to Łunę musiał ratować. Nawet, jeśli rżała tylko na widok ptaków.

- Do diabła! - syknął ponownie, zerwawszy się mimo wszystko do pół biegu, pół szybkiego marszu.

Gdzie się da - biegnie na złamanie karku. Gdzie się nie da - uwija się jak może, by pokonać ewentualną przeszkodę. Byle szybciej. Byle do Łuny.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-10, 21:23   

Zwinny to Paladyn nigdy nie był, a przez to nie był nigdy dość szybki. Może wtedy, gdy wspomagał się magią, to jeszcze jakoś to wszystko działało, ale w normalnych okolicznościach to straszna sprawa. Wzgórze może nie było wielce strome, ale rosnące tu rośliny, wystające korzenie, duże i małe jamy, a także liczne kamienie i wgłębienia nie służyły temu, aby rozwinąć swą niewiarygodną jak na zbrojnego żółwika prędkość 6 metrów na sekundę. W sumie to, aby zejść ze wzniesienia, a nie zjechać lub stoczyć się, Cohen był zmuszony poruszać się dość skromnie. Skromności skromnościami, a Łuna niemal woła o pomoc. To nie był zwyczajny strach wierzchowca, z klaczą musiało się coś dziać, coś niekoniecznie dobrego.

Paladyn schodził ze wzgórza, schodził wciąż słysząc rżenie. Gdy dostał się do gęstych zarośli, przez które musiał się długo przeprawiać, głos klaczy umilkł, tak jakby został urwany. Cohen szedł jednak dalej, wciąż najszybciej i najbezpieczniej jak tylko mógł. Robił przy tym dość sporo hałasu, ale dopiero po jakimś czasie zdał sobie z tego sprawę. Może trochę zbyt późno, gdyż w chwili, gdy tylko mógł mieć obraz na to co jest poza gąszczem ujrzał jedynie ciemny cień, który wskakuje w zieleń. Przez chwilę atak był bardzo prawdopodobny, lecz hałasy wskazywały, że jakaś poczwara przemieszcza się na górę wzgórza, a nie w kierunku Paladyna, który już był na dole.

Łuna się zerwała z uwięzi, którą stworzył dla niej Bohater. Widać jednak zrobiła to zbyt późno. Klacz leżała 20 łokci od poziomu zieleni. Ciało było pokryte śladami pazurów, a gardło rozerwane. Na zadzie był ślad po wgryzieniu się i rozpoczęciu konsumpcji. Dość skromny ślad, ledwo dwa kęsy, może trzy, mięso tam wyglądało raczej na wyrwane lub wyszarpane.
Martwy wierzchowiec leżał w kałuży krwi, którą wchłaniała wysoka zielona trawa. Bohater kilkadziesiąt sekund schodził ze wzniesienia, a czas ten wystarczył do tego, aby zaprzyjaźnione zwierzę zostało bestialsko zabite. Śmierć nie była szybka, nie była też łagodna. Łuna umierała od utraty krwi, braku tchu, duszności mózgu. Kiedy się już przewróciła, musiała być wielokrotnie szarpana i cięta. Musiała wiele znieść nim stała się całkowicie martwa.

Paladyn przyjrzał się jednak uważniej. Ku jego zdziwieniu tylko na pierwszy rzut oka klacz była martwa. W istocie jeszcze drgała, a głowa unosiła się do góry i w dół, w tempie innym niż klatka piersiowa. Klacz jeszcze żyła, jeszcze jej droga się nie skończyła. Czy to był jednak powód do uśmiechu? Bohater wiedział, że nie jest w stanie jej pomóc, obrażenia są zbyt rozległe. Jeżeli opowieść chłopów nie była fikcją, za tym wszystkim stał nie kto inny jak wyger. Tak, to zwierzę, bestia, potwór, czy cokolwiek by to nie było. Tak urządzić miłego konika, zadać tyle bólu. Takie jednak były prawa przyrody, silniejszy zabija słabszego i nie można go za to winić. Paladyni jednak wielokrotnie w swych kodeksach ponad zasady przyrody wznosili swe prawa, a one nie pozwalały na to, aby się biernie przyglądać takim scenom.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-11, 10:51   

Właściwie, to wiedział, co zastanie już w połowie biegu. Już w momencie, gdy Łuna przestała rozpaczliwie wzywać pomocy i umilkła. Wiedział, choć w duchu nie chciał się przed samym sobą do tej wiedzy przyznać. I nawet nie chodziło już o to, że widok wiernej klaczy leżącej w kałuży własnej krwi i wnętrzności sprawi mu fizyczny niemal ból. Nawet nie o to, że będzie musiał pieszo wracać do wsi.

Najbardziej bolała go własna głupota i to, że do tego dopuścił.

- Łuna! Łuna! Koniku... - jęknął, wkładając w te słowa całą bezsilność, jaka nagle go ogarnęła.

Klacz jeszcze żyła. Ledwo, ale żyła. A w takim stanie konać mogła jeszcze długo.

Cohen podszedł bliżej, za nic mają sobie ewentualnego wygra, który wciąż mógł krążyć w pobliżu czekając, aż intruz odejdzie i pozwoli mu kontynuować ucztę. W tej chwili Cohen zupełnie się nim nie przejmował. Przed oczami mijały mu kolejne obrazy - moment, w którym zyskał Łunę od wdzięcznego Bulantara, pierwsza walka jaką na niej odbył w dniu, gdy poznał Reggirta, opętańczy galop ku Firenwekl i wiele, wiele dni wspólnej wędrówki.

Paladyn wiedział, że nic nie zdoła zrobić. Choćby wylał jej do pyska wszystkie swoje mikstury leczące, klacz i tak by nie przeżyła. Obrażenia był zbyt rozległe. A przecież to przewidział! Specjalnie przywiązał ją do małego drzewka, by się zerwała w razie ataku!

Zerwała się zbyt późno.

- Wybacz mi, że do tego dopuściłem, malutka... - szepnął, opierając sztych miecza o miejsce, w którym jej łeb stykał się z karkiem.

Po czym pchnął z całej siły.

Poczekał, aż klacz przestanie się szamotać, wyjął ostrze i ostrożnie wytarł je z krwi o jej bok. Miał ochotę płakać. Może to trochę głupie porównanie, ale czuł się niemal tak, jak w Granicy, gdy zrozumiał, że zabił kobietę. Dobijając Łunę, tak naprawdę dobijał wiernego towarzysza. Towarzysza, którego żaden koń już nie zastąpi.

- Wyger... zaraza - warknął cicho pod nosem, zły na siebie i na cały świat.

Należało zmienić taktykę. Zamiast szukać wygra, może wystarczyło nań poczekać? Paladyn wątpił, by mając kilkaset kilo świeżo upolowanego mięsa tuż pod nosem, bestia zdecyduje się uciec daleko. Raczej zaczai się, poczeka do zmroku i wróci, by kontynuować ucztę. A skoro tak... Cohen będzie na nią czekać. Cierpliwie. Wszak wyger nawet na kozy polował z głodu. Teraz pewnie też mięsem nie pogardzi.

- Poczekam... - szepnął - ...po prostu poczekam.

Chwilę poświęcił na wybór odpowiedniego miejsca w promieniu nie więcej niż trzydziestu metrów, z którego miałby dobry widok na ciało Łuny oraz okolicę. Może jakieś drzewo z nisko położonymi gałęziami? Może jakieś skały, krzaki? Potem paladyn zasadza się tam i... czeka, mając oczy dookoła głowy. Nie spieszy mu się, jest ostrożny i cierpliwy. Przy warcie trzyma go żal za utraconym towarzyszem... i chęć zobaczenia na własne oczy, czym ten przeklęty wyger jest.

Zabijając sobie czas, Cohen poświęca nieco go na modlitwę.
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-13, 19:18   

Klinga miecza dość gładko wbiła się w kark wierzchowca przerywając bardzo sprawnie kręgi szyjne. Cohen widział to ostatnie szarpnięcie ciała w chwili, gdy miecz opuszczał ciało. Łuna miała wtedy otwarte oczy, a jej źrenice powoli, acz zauważalnie zmniejszały się, aby w ostateczności mieć wielkość ziarenek grochu. Paladyn stał we krwi swej wiernej klaczy, która jak sam to stwierdził, była jego towarzyszką. Strata wierzchowca zawsze boli, zwłaszcza, gdy traci się wartościowego sojusznika.
Otwarte rany jeszcze przez kilka minut sączyły krew, która z chwili na chwilę stawała się coraz to rzadsza. Ciało jednak ostygło, a co sprytniejsze owady już zwęszyły zdobycz i zaczęły obsiadać truchło. Ile smutku miał wtedy Cohen w swych oczach? Paladyn winien być dzielny, winien nie okazywać zbyt wielu uczuć na polu boju. Jednakże smutek, jakże ludzkie uczucie nie było wcale odległe Bohaterowi. Znieczulica w takich chwilach nie była czymś chwalebnym, a wręcz przeciwnie - wypaczeniem.
Ciepło sprawi, że szybko Łuna stanie się elementem bytu natury i łańcuchem, który połączy poprzednie generacje owadów z następnymi. Może ciałem zainteresują się padlinożercy, z wygerem na czele. Ten na pewno był gdzieś niedaleko i na pewno złowieszczo łypał oczyma na Paladyna, który przerwał jego ucztę. Czy tamten stwór mógł zdawać sobie sprawę z tego co zrobił? Czy był na tyle inteligentny, aby wiedzieć czego się dopuścił? Może była to istota bezrozumna, która kierowana instynktem działała zgodnie z zasadą: rób wszystko, aby przetrwać. Winienie wtedy tego stwora straciłoby większy sens. Co jednak, gdy stwór zabił klacz z satysfakcją i radował się teraz smutkiem jej właściciela? Nie każda dziko żyjąca bestia był pozbawiona intelektu. Wiele z nich kierowanych złymi intencjami robiło wszystko, aby dopiec tym, którzy się tylko nawiną. Ciężko było jednak w tej sytuacji rozstrzygać do której z tych dwóch grup należy zabójca Łuny.

Paladyn przysiadł z boku zieleni w odległości jak to sam chciał nie większej jak 30 metrów. Wysoka kępa trawy rosnąca 13 metrów od truchła Luny w kierunku wioski musiała być wystarczająca. Krzaki i drzewa zaczynały się dopiero z poziomem wzgórza, ale z tamtego miejsca Cohen musiałby wybrać, czy odwrócić się w kierunku lasu, czy też odwrócić się w kierunku martwego wierzchowca. Obie opcje nie były zbyt korzystne, stąd wybór wysokiej kępy trawy.
Zielone źdźbła rosły już kilka sezonów na pewno. Wysokie na metr dawały w miarę dobre ukrycie osobie, która za nimi usiadła. W okolicy było mrowisko, jednakże mali mieszkańcy tej kolonii zdawali się nie zwracać większej uwagi na okutego Bohatera.
W zbroi na słońcu było Bohaterowi bardzo ciepło na początku, a później gorąco. Modlił się jednak nieprzerwanie godzinę i nie mógł w tym czasie sięgać po bukłak, aby nie dekoncentrować się zbytnio. Modły jednak zostały zakończone, a ich efekt jeżeli jakiś w rzeczywistości był dostępny, na pewno został uzyskany, chociaż... Dopiero teraz Cohen mógł lepiej rozglądać się dookoła i zachować większą czujność. Widział przeto jakiś ruch w zaroślach na wzgórzu, wpierw lekki, później większy, a na koniec brak ruchu. Sytuacja powtórzyła się po 12 kolejnych minutach. Wyglądało to tak, jakby coś tam było, przyglądało się, obserwowało, a następnie gdzieś odchodziło. Roztropność podpowiadała Cohenowi, że mimo dobrego kamuflażu, jak na jego mniemanie, nie był dostatecznie dobrze ukryty. Może elementy zbroi odbijały światło. Kolczuga wszak składała się z wielu pierścieni, które ustawiały się pod różnymi kontami na zagięciach. Gdyby może Cohen nie spalił swego płaszcza, to teraz mógłby się nim zasłonić. Płaszcza jednak nie było i żadna magiczna sztuczka nie sugerowała, aby się on tutaj znalazł w cudowny sposób. Gdyby jednak płaszcz był na karku Bohatera, to teraz może zapociłby się on na śmierć. Już teraz stracił wiele płynów, a na razie ich ubytek nie miał jakiegoś wyraźnego końca.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-07-14, 14:09   

Cohen był kamieniem. Właściwie od dobrych dwóch godzin poruszał się minimalnie, lub też wcale. Był skałą. Czekał. Czekał i pocił się. W duchu miał nadzieję, że te męki szybko się skończą. Jeszcze gdy jechał ku wiosce, widział na niebie kłębiące się burzowe chmury. Przy odrobinie szczęścia, nadejdą tu prędko...

Póki co doświadczenie uczyło, że nadzieja matką głupich, a o własny los najlepiej jest troszczyć się samemu. Cohen był wytrzymały kondycyjnie. W Zakonie nie raz, nie dwa musiał spędzać godziny na modlitwie w bezruchu, lub całe dnie na poście, będąc pogrążonym w medytacji i pokucie. Nie bał się zmęczenia. Bał się otępienia umysłu, jakie ono ze sobą niesie. Wiedział dobrze, że ruch w krzakach, jaki widział, wcale nie musi być wygrem, a jeno jakimś zbłąkanym wilkiem, lub innym zwierzęciem. Dlatego nie osłabiał uwagi na tym jednym punkcie, nadal mając przysłowiowe oczy wokoło głowy.

Inna sprawa z kamuflażem i gorącem. Brak płaszcza nie był jakąś gigantyczną stratą. Łatwo można było znaleźć jego substytut w postaci koca, jaki Cohen miał przy plecaku. Paladyn ostrożnie, centymetr po centymetrze przesuwa rękę w jego stronę. Delikatnie odwiązuje, czeka kilka minut, po czym przesuwa nieco bardziej na siebie. Każdy jego ruch poprzedza dobra minuta spokojnego obserwowania otoczenia. W zbroi czy też nie, najlepszym jego sposobem na pozostanie w ukryciu był bezruch. Im mniej niepotrzebnych ruchów wykona, tym lepiej. Gdy nakryje się już kocem (tylko z przodu - nie owija się nim cały), w podobny sposób sięga po bukłak z wodą i pociąga zeń kilka ostrożnych łyków.

Czeka.

Wyger z pewnością był w pobliżu. Zabita klacz dla czegoś, co codziennie poluje na kozy musiała wyglądać jak przysłowiowa ziemia obiecana, której z pewnością bez walki nie odpuści...

...inna sprawa, czym może być stwór, zdolny do powalenia konia?
_________________
Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 3587
Wysłany: 2008-07-14, 15:14   

Ukrywanie się z reguły nie jest dyscypliną preferowaną przez zbrojnych, ale odrobina pomyślunku i już jest dobrze. Nie trzeba się przeto dziwić dlaczego okrycie się jednostronnie kocem było czymś naturalnym dla skrycia się. Koc, ciepły, trochę szorstki. Nie kontrastował znacznie z kolorem trawy, a na pewno zapobiegał odbijaniu się promyków słońca od wypolerowanych kółeczek pancerza. Cohen wyciągnął go powoli i powoli się nim okrył, a następnie wypił łyk wody z bukłaku i drugi łyk. Okazało się wtedy, że trzeci łyk będzie już tym ostatnim. Bukłak nie był studnią bez dna, a ostatnie napełnienie go było dość dawno temu. Nawet będąc w wiosce Bohater nie uzupełnił braku, który niedługo może odczuć w postaci pragnienia.

Koc grzał i to dość mocno. Nie dość, że był normalnie ciepły, to teraz jeszcze jest gorący. Wiatr nie wiał wtedy mocno, ale każdy podmuch studził lekko ciało. Koc natomiast uniemożliwił to w znaczącym stopniu. Powietrze pod nim się nagrzało i Bohater pocił się jeszcze mocniej. Widać tracił wodę z organizmu szybciej niż ją uzupełniał, a to w warunkach wzmożonego wysiłku fizycznego nie było dobrą wróżbą. Nadzieją były chmury, które Bohater widział na niebie. Cumulusy, czy stratusy. Bohater nie znał się dobrze na pogodzie, nie na tyle, aby znać nazwy poszczególnych rodzajów chmur. Wiedział jednak, że deszcz spadnie, teraz lub za jakiś czas. Niekoniecznie jednak z jego upadkiem, swymi stopami po ziemi będą kroczyły gromy.

Czekał... czekał. Ruch w zaroślach jeszcze dwukrotnie powtórzył się w ciągu godziny. Słońce już wtedy było zasłonięte chmurami i zrobiło się troszeczkę chłodniej, chociaż pozostający w bezruchu Bohater wcale nie czuł tego. Był cały zapocony, wilgotny w niemiły sposób. Najgorsze jednak było to, że coś w tamtych zaroślach było na pewno i prawdopodobnie obserwowało Bohatera. Czy jego kamuflaż był, aż tak słaby? Paladyn nie wiedział, ale mimo wszystko był dobrej myśli. Stracił wiele soli ze swego organizmu, wiele minerałów i wody. Chciało mu się bardzo pić, a wody w bukłaku brakowało. Ostatni łyk? Na swe nieszczęście pewnie opalił się znacznie na twarzy, czego efektem będzie podrażnienie skóry, a następnie jej brązowienie. Kontakt z możnymi panami mając opaleniznę na twarzy nigdy nie należał do łatwych. Szlachta odkąd tylko istniał czas starała się unikać słońca. Nie pracowali na polach, nie budowali murów i wałów. Brak opalenizny był więc kryterium, który wyróżniał ich od reszty pospólstwa. Przez to widać im było niebieskawe żyły wystające spod skóry. Czyżby przez to powstało powiedzenie o błękitnej krwi? W każdym razie możni panowie zwykli gardzić tymi, którzy nie byli ich stanu lub chociażby nie mieli zbliżonego do nich wyglądu. Nic tu jednak nie zapowiadało odwiedzin śmietanki towarzyskiej, a co najwyżej jakiegoś biesa. Czy to jednak był powód do zmartwienia dla Cohena? Nie.
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group