Po raz kolejny z rzędu Nathiana zgubił zbyt wielki pośpiech. W walce z magiem, mógł najpierw unieruchomić jego kończyny. Być może to by zupełnie zmieniło bieg wydarzeń. Ale bardzo wątpliwe, żeby ten wydał kryjówkę swoich ziomków.
W Dorienburgu, gdy zmierzył się ze zbirem, dostał po głowie, tylko dlatego, że nie docenił wytrzymałości oponenta. Teraz cień.
Pośpiech był jego wielką wadą.
- Sir Trevorze! Kamieniem! - ryknął do paladyna.
Jako, że był bardzo blisko swojego przeciwnika, to wykonał tylko prosty wypad do przodu lewą nogą. Ręka zaś, wykonała zamaszysty łuk. Kamień poszybował w kierunku głowy cienia. Zaraz po pierwszym ciosie, młody wojownik starał się uderzyć potwora z prawej strony w bok.
Jako że kryształ bardzo się rozgrzewa przy zetknięciu z ciałem ducha to Nathian przygotował się do bólu. Nawet skórzane rękawice, całkowicie nie mogły zatrzymać temperatury do jakiej powiększała się powierzchnia kamienia.
Kryształ, owszem, przy zetknięciu się z niematerialnym przeciwnikiem emanował ciepłem na tyle silnym, by dało się je odczuć pomimo noszonych rękawic, to nie nagrzewał się aż tak bardzo, by oparzyć, czy wywołać ból. Obawa Nathiana przed tym była wobec tego nieco bezpodstawna.
Mimo to walka trwała.
Inicjatywa należała do młodego wojownika. Z przymocowaną na ramieniu małą tarczą uderzanie kamieniem nie było proste. Poza tym z przyczyn dość oczywistych przedmiot ten nie został zaprojektowany do tego, by uderzać nim kogokolwiek. Chyba z tych właśnie przyczyn pierwszy cios Nathiana chybił sromotnie. Na szczęście przy drugim podejściu uderzył dość celnie i mocno w bok cienia. W łatwością docisnął z całych sił kamień czując, jak niematerialna do tej pory powierzchnia ducha zaznacza nagle cielesnym oporem swoją obecność. Nieumarły zasyczał wściekle z bólu. Mimo to nie planował kontratakować. Nie na tym polegała jego taktyka. Już miał się wycofać, zniknąć i ponownie zaatakować z ukrycia, gdy spadł na niego drugi atak, tym razem w wykonaniu sir Trevora.
Paladyn w międzyczasie schował miecz do pochwy i - zasłaniając tarczą - ręką dzierżącą kamieniem uderzył wprost w głowę cienia. Trafiony zasyczał jeszcze głośniej. Niemal tak głośno, że nie dało się zwrócić uwagi na dźwięk smażonego tłuszczu, jaki towarzyszył obu atakom.
Smród palonych włosów był wręcz nie do wytrzymania.
Cień - dociśnięty z dwóch stron - nie miał możliwości do tego, by zniknąć i wtopić się w mrok. Musiał walczyć. Oba jego zamaszyste ciosy skierowane w stronę paladyna zostały jednak skutecznie zatrzymane na trójkątnej tarczy sir Trevora.
Solidny kawałek metalu rodem z kuźni paladyńskiej właśnie ratował życie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian starał się nie patrzeć na głowę stwora. Obserwował łapy. Nigdy nie był aż takim twardzielem jak na przykład Sir Trevor. Po prostu, zawsze, gdy stanął w obliczu zagrożenia śmierci, adrenalina robiła to za niego.
Smród jaki wydawało z siebie smażone ciało cienia był powoli nie do zniesienia. Trzeba się jak najszybciej stąd wynieść. Mógłby teraz wyskoczyć przez drzwi, nie blokowane przez nic. Jednak nie miał zamiaru zostawiać paladyna na pastwę potwora. Choć teraz mieli przewagę, wszystko mogło się zmienić.
Teraz była dobra okazja do wykończenia walki. Cień był zaklinowany pomiędzy ścianą a wojownikami. Widocznie jego ciało się zmaterializowało na tyle, przy zetknięciu z kryształem, że nie był w stanie wniknąć w cień.
Czuł jak krew powoli uciekała z rany na jego ramieniu. Miał nadzieję, że nie jest zbyt poważna, nie chciał marnować eliksiru życia tak wcześnie. Może starczy tylko porządnie omotać rękę bandażem. Ale najpierw trzeba skończyć z potworem.
Nauczył się na swoim błędzie i tym razem zaatakował inaczej niż poprzednio. Nie wykonał ciosu jak mieczem czy inną bronią, lecz po prostu docisnął kamień do ciała potwora. Jeśli ten się wyrwie ponownie powtarza atak. Taka taktyka wydawała mu się najskuteczniejsza.
Rana na ramieniu piekła i krwawiła. Jak to rana. Nathian jednak w obecnej sytuacji nie był w stanie ocenić swojej sytuacji na ile jest ona groźna. Najważniejsze, że ból był w stanie przetrzymać i nadal w miarę sprawnie walczyć.
Walczyć i wygrywać.
Znów inicjatywa należała do Nathiana. Tym razem zmienił taktykę, co okazało się znacznie lepszym posunięciem. Zamiast uderzać, naparł na swojego przeciwnika. Cień syknął.. ale jakoś ciszej, bardziej rozpaczliwie, jakby naprawdę odczuwał ból. Gdy Nathian zwiększył siłę nacisku, nieumarły zawył autentycznie boleśnie, a jego łapy bezskutecznie młóciły powietrze w bezrozumnym geście wzywania ratunku.
Zawył po raz ostatni i znikł, jakby nagle zdmuchnięty z sali niewidocznym podmuchem wiatru.
Było po wszystkim.
- Miałem nadzieję że nie natkniemy się na cienia... - jęknął sir Trevor, zdejmując rękawicę i dotykając rany na twarzy.
Wyglądała paskudnie, gdyż intensywnie krwawiła, lecz nie należała do szczególnie groźnych dla życia. Ot, solidne otarcie, przeradzające się w sporego krwiaka.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Kolejna walka w tym przeklętym miejscu. Szczęśliwie wygrana. Nathian spojrzał na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała poczwara, której się tak bał. Serce, które do tej pory łopotało mu w piersi niczym ptak w klatce, teraz powoli zwalniało. Rozejrzał się po komnacie, wydawało mu się, że jest tu teraz jakby jaśniej niż przedtem. Wtedy powodował to strach.
" - Co jeszcze tutaj spotkamy - pomyślał - gdy weszliśmy do poprzedniego pomieszczenia Sir Trevor wspomniał coś o demonach. Czy to możliwe, że udało się go przywołać? Jeśli tak to lepiej nie iść dalej. Babcia, czasem opowiadała mu o różnych poczwarach, które się kryją po świecie. Najgorszy był demon i smok. "
Zerknął na paladyna i przypomniał sobie o swojej ranie. Tak zajęty rozmyślaniem. Serce całkowicie się uspokoiło.
Powoli zdjął plecak z ramion i położył go na ziemi.
- Wydaje mi się, że jedna mikstura leczenia powinna starczyć na nas dwóch. Nasze rany nie są zbyt poważne. - powiedział do towarzysza, jednocześnie szukając zbawiennego napoju w zakamarkach swojego bagażu. Całe szczęście, że eliksir był w szklanych fiolkach, maź z łap zombiech już w większości zalała plecak. Podał napój Sir Trevorowi. - Wypij pierwszy.
Przypuszczenia Nathiana rychło okazały się wcale trafne. Gdy sięgał do plecaka po szklaną fiolkę zbawiennego płynu przekonał się, że ze swych bandaży nie będzie miał już pożytku podczas tej przygody. Szczęściem, list i mapa były w oddzielnej kieszeni, zaś reszta jego ekwipunku była dość odporna na zabrudzenia i po ewentualnym oczyszczeniu mogła nadawać się do użytku.
Za wyjątkiem, rzecz jasna, racji żywnościowych.
Cóż, nikt nie mówił że będzie łatwo. Zaś nie zabranie ze sobą niczego, do czego można by wsadzić organy nieumarłych teraz potwornie się na bohaterze mściło. Jedynie wizja zysków, jakie osiągnie z tej wyprawy dodawała minimum otuchy.
Otuchy, jakiej poprzednia grupa poszukiwaczy, jaka trafiła do tych podziemi, z pewnością już nie miała.
- Był zwinniejszy, niż myślałem.. - jęknął paladyn, uważnie badając palcem rozmiary swojej rany - dostał mnie zza zastawy, przeklęty! - dodał z wyrzutem.
Wypicie połowy mikstury leczenia przyniosło spodziewany efekt. Krwawienie z rany na ramieniu momentalnie ustało a rana zasklepiła się, zostawiając po sobie tylko czerwone pręgi. Bolała jeszcze nieco przy gwałtownych ruchach, lecz zapewne była to tylko kwesita czasu, gdy zagoi się kompletnie. Reszta mikstury powędrowała do paladyna. Krwawienie u niego również ustało, lecz jego rana na twarzy była nieco poważniejsza i nie zasklepiła się do końca. Nadal wyraźnie widać było czerwony ślad po uderzeniu. Mimo to nie przeszkadzał mu on już w zasadzie w niczym.
Przynajmniej, póki nie spojrzy w lustro.
- Nieźle hałasowaliśmy - rzekł spokojnie poprawiając uchwyt na tarczy - jeśli ktoś jest za drzwiami, mamy problem.. - dodał, spoglądając na wyjście z korytarza.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian z goryczą na twarzy spojrzał na zawartość swojego ekwipunku. Nie martwił się o racje żywnościowe, bo w tej chwili nie były mu do niczego potrzebne. Bardziej bolała go strata bandaży. Przy dalszym eksplorowaniu podziemi, potrójna porcja opatrunków jaką posiadał była bardzo cennym przedmiotem. Teraz, przy cięższej ranie, sam eliksir może sobie nie poradzić.
Obejrzał krytycznie obrażenia na ramieniu po wypiciu zbawiennego napoju. Powinno nie przeszkadzać w walce, ale lepiej obejrzeć to teraz.
- Możemy walczyć tutaj, po obu stronach drzwi są wnęki, powinniśmy się zmieścić. Chyba, że wolisz wejść szybko do środka i tam oprzeć się ewentualnemu przeciwnikowi.
Nathian podszedł do drzwi i obejrzał je dokładnie i ocenił ich wytrzymałość. Interesowało go to, czy będzie w stanie je wyważyć jednym celnym kopnięciem.
- Jak dla mnie, najlepiej by było wpaść tam od razu. Mam pomysł! Potrafisz wykrywać zło? Jeśli tak, to będziesz w stanie wyczuć aurę nawet w sąsiednim pomieszczeniu prawda? To ułatwiłoby nam wybór - szepnął do paladyna, szykując się jednocześnie do kolejnej walki. Poprawił ustawienie tarczy i mocniej ścisnął miecz w garści.
Rany na ramieniu nawet nie dało się już określić mianem "rana". To było po prostu zaczerwienienie powstałe w formie trzech pręg długości może pięciu, a szerokości niecałego centymetra, gdyż taki właśnie ślad pozostawiły łapy cienia. Obecnie lekko szczypały i pulsowały, ale nie bardziej, niż lekkie obicie. W żaden sposób nie przeszkadzało to w walce ani nie wydawało się móc pogorszyć w najbliższym czasie.
Ot, większe obrażenia czasem zbierają dzieci bawiące się w straż miejską i złodziei, niż Nathian w tej chwili, po wypiciu leczącego specyfiku.
A strata bandaży bolała i bez tego.
- Wchodzimy do środka, a wycofamy się, jeśli będzie niedobrze - zadecydował paladyn.
Od razu dało się wyczuć, że jest niechętny taktyce, polegającej na kryciu się i biciu zza osłony. Znacznie bardziej przekładał otwartą walkę nad 'skrytobójstwo'. Ot, takie skrzywienie paladynów.. choć zapewne, gdyby zaszła potrzeba, nie oponowałby przeciwko ciosowi w plecy.
Drzwi? Jak to drzwi. Wykonane z kilku zbitych ze sobą desek. Obecnie, pod wpływem czasu i wilgoci w dość słabej kondycji, ale jednak trzymających się kupy. Zamek i dwa metalowe zawiasy nie sprawiały wrażenia szczególnie wytrzymałych i raczej nikt ich nie projektował jako zapory przed atakami. Bynajmniej, rola drzwi w tym miejscu sprowadzała się najwyraźniej tylko jako granicy między dwoma pomieszczeniami.
Czy wylecą od kopniaka? Był tylko jeden sposób, by się przekonać.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian jeszcze raz przejrzał wszystkie części ekwipunku. Lepiej teraz sprawdzić, niż dostać w walce przez swoja nieuwagę. Gdy ułożenie tarczy i wszystkich części pancerza się zgadzały, skinął na paladyna.
- Jestem gotów, możemy wchodzić. Ja idę na prawo, ty na lewo. Niech ci sprzyja szczęście Sir Trevorze, nie daj się zabić.
Przymknął oczy i rozluźnił mięśnie. Serce ponownie zaczęło trajkotać w piersiach młodego wojownika. Ze strachu ale również i podniecenia.
- Trzy, dwa, jeden! - prawie krzyknął przy ostatniej cyfrze i wykonał zamaszysty kopniak w drzwi. Ta kupa desek powinna od razu ustąpić.
Gdy tylko puszczą zawiasy i drzwi odlecą do przodu Nathian szybko ocenia sytuację, jeśli ewentualni przeciwnicy są blisko wejścia, to lepiej trzymać się od nich z dala. Jednak gdy metr od framugi nie widać żadnego zagrożenia, to chłopak wparowuje do środka i od razu staje w pozycji bojowej, jednocześnie przepuszczając po swojej lewej stronie paladyna.
Ostatnie spojrzenie na ekwipunek. Wszystko w porządku. Twarde spojrzenie sir Trevora zwiastowało, iż paladyn również jest gotów na wszystko.
Zbyt daleko już zaszli, by teraz się wycofać, czyż nie?
Trzy, dwa, jeden...
Nathian z rozmachem kopnął drzwi. Przez chwilę już myślał, że będzie wyklinać własną brawurę, a przez resztę życia leczyć złamaną kostkę, ale jednak - drewno ustąpiło, a zamek z chrzęstem wyłamał się. Drzwi odskoczyły, ukazując obu towarzyszom swoją zawartość. Jako że nikogo w promieniu metra nie było, Nathian bez wahania wpadł do środka...
...tylko po to, by zobaczyć, jak osoba stojąca pod przeciwległą ścianą żywo gestykuluje, wymawiając niezrozumiałe słowa. Ubrany w obszerne, czerwone szaty ludzki mężczyzna wyglądał na swój sposób imponująco. Wokół niego gęstą chmarą fruwał cały obłok... owadów. Much, komarów, os, wydając z siebie nieznośny, głośny szum. Aż dziw, że nie słyszano go spod drzwi. Wyglądałoby to śmiesznie gdyby nie fakt, iż chmura ta stanowiła sporą przeszkodę dla atakujących wojowników.
Nie ulegało wątpliwości, nieznajomy był magiem. Magiem, o dość wrogich zamiarach.
- Aeeesherhfg! - zawył w nieznanym Nathianowi języku.
Młodzieniec nagle poczuł, jak.. słabnie. Dosłownie. Jego skóra lekko zżółkła, zaś on sam poczuł się, jakby nagle dostał gorączki. Przyspieszony kurs łapania grypy, dosłownie. Po prostu, pod wpływem magii nieznajomego, bohater... zachorował, na nieznaną mu infekcję. Nieznaną, ale poważną. Czuł się wyraźnie osłabiony, choć walczyć mógł nadal.
Sala była niewielka. W końcu jej prawej ściany i na początku lewej widniały drewniane odrzwia. W jej dolnym prawym rogu obaj bohaterowie zobaczyli stół. Stół, zakończony we wszystkich rogach metalowymi kajdanami, zupełnie, jakby był przeznaczony do unieruchamiania kogoś na swojej powierzchni.
Ale teraz chyba nie miało to znaczenia.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Pierwsze co wpadło na myśl Nathianowi jak zobaczył maga to wspomnienie po swoich rodzicach. Członek znienawidzonej przez niego od niedawna profesji był na wyciągnięcie ręki. Pora na zemstę, nieważne czy był związany ze śmiercią jego rodziców. Przez niego cierpieli inni. Przed oczami stanął mu widok ciał ludzi w poprzednim pomieszczeniu. Ogarnął go przemożny wstręt do tego człowieka, który przed nim stanął.
Czym mogły być te dziwne owady, które otaczały maga? Czy rzucą się na niego, gdy zaatakuje? Trzeba się przekonać, nie ma innej rady, na pewno nie zostanie tutaj. Zaszedł już za daleko żeby się teraz poddać.
Już miał ruszyć na niego z okrzykiem na ustach, gdy jego ciało poczęło się deformować. Mag niechybnie użył jakiegoś czaru, który go osłabił. Czuł się jakby był chory na grypę. Osłabienie mięśni, bolesne chodzenie, ciężkość głowy i na dodatek ten żółty kolor skóry. Nathian posiadał jako taką wiedzę na temat magii (Magia poziom. 1), więc postarał się przypomnieć co mógł zrobić jego przeciwnik, jednocześnie ruszając do boju.
" - Za wszystkich, których skrzywdziłeś draniu - pomyślał, dodając sobie otuchy podczas szaleńczego sprintu w kierunku czarodzieja. "
Gdy tylko do niego dopadł wykonał szybkie cięcie, pchane do przodu pędem biegu. Potem, automatycznie zasłonił się tarczą, dając pole do popisu Sir Trevorowi.
Wiedza, jaką Nathian posiadał na temat magii mogła mu w tej niesprzyjającej rozmyślaniom chwili powiedzieć mu tylko tyle, iż został zarażony chorobą. Było to zaklęcie z kręgu śmierci, które - raz rzucone na przeciwnika - osłabiało go powoli, ale systematycznie przez pewien czas. Rzecz jasna, stopień osłabienia, oraz czas trwania zaklęcia zależał przede wszystkim od siły maga.
A tej nijak nie był w stanie ocenić.
Mimo to nie mógł zaprzeczyć - zaklęcie działało. Miał wrażenie, że żółte plamy na jego skórze jakby rozrosły się, zaś on poczuł, jak opuszcza go dodatkowa porcja sił. Szczęściem, przed chwilą pił miksturę leczenia. Inaczej mogłoby być z nim kiepsko.
Jedyną myślą, jaka dodawała otuchy był fakt, iż choroba nie będzie trwała wiecznie.
Nathian zerwał się do biegu w stronę maga. To do niego należała inicjatywa. Już w połowie dystansu podniósł miecz do cięcia. Na chwilę przed koncem biegu zawahał się. Owady brzęczały nieznośnie, nie pozwalając się skoncentrować i skupić na ataku.
Gniew był jednak silniejszy.
Ostrze zatoczyło srebrzysty łuk i opadło bezbłędnie na skrytą za specyficznym pancerzem maga. Ów krzyknął krótko, ale boleśnie, dając młodzieńcowi do zrozumienia, iż atak powiódł się dość dobrze. Krew spadła karminowym wężykiem na kamienną posadzkę. Mimo to Nathian nie był w stanie powiedzieć, gdzie dokładnie trafił wroga. Owady przesłaniały wszystko.
Mimo to nie przeszkadzały magowi tkać kolejnych zaklęć. Ułamek sekundy później, za pomocą jego woli, tuż przed sir Trevorem pojawił się animowany szkielet.
Paladyn, zaskoczony, uskoczył nieco w bok, wyprowadzając cios, niestety - niecelny. Szczęściem, atak pazurami bezbronnego szkieletu nie był w stanie zrobić mu żadnej krzywdy, odbijając się od tarczy paladyna.
Walka trwała, zaś Nathian miał teraz doskonałą pozycję do zaatakowania maga. Ów najwyraźniej nie wiedział, iż sir Trevor jest paladynem. Gdyby było inaczej, nie traciłby czasu i many na przyzwanie nieumarłego sługi.
Tylko by uciekał.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Plamy na jego ciele wcale a wcale mu się nie podobały. Nawet jeśli nie przeszkodzą mu wygrać w tej walce, to mogą utrudnić dalsze poszukiwania. Oby tylko to zaklęcie nie działało zbyt długo, bo to osłabienie, które go ogarnęło, wyglądało na poważne. Kątem oka zerknął w plamy na dłoni trzymającej miecz. Nie znał na to odtrutki. Nie miał pojęcia o współczesnym leczeniu. Zdał się jedynie na siłę swojego młodego organizmu. Który bądź co bądź radził sobie jako tako z chorobą skoro Nathian był w stanie celnie zaatakować nieznajomego napastnika.
Chłopak zerknął w stronę Sir Trevora jak sobie radzi ze szkieletem. Nie był to zbyt potężny przeciwnik, a pancerz paladyna z pewnością powinien zatrzymać jego niezdarne ciosy, dlatego przestał się nim martwić i zajął się swoim przeciwnikiem.
Wziął krótki zamach z biodra od prawej strony i natarł na nekromantę poprzecznym cięciem przez klatkę piersiową. Nie wiedział czym są te owady, ale skoro póki co nie przeszkadzały to mogą sobie dookoła niego fruwać. Przyjrzał się nim uważnie po pierwszym cięciu i spróbował stwierdzić co to takiego.
Zebrał siły jakie pozostały mu po osłabieniu i natarł na maga ponownie. Tym razem wykonał szybkie pchnięcie w brzuch przeciwnika.
Sądząc po obrażeniach jakie chłopak zadał mu poprzednio, to jeśli te dwa ciosy będą celne to najprawdopodobniej będzie koniec walki.
Nathian nie posiadał co prawda takiej wiedzy na temat magii, ale z własnych obserwacji mógł wywnioskować, iż owady te nie pełnią raczej funkcji ofensywnych. Owszem, gdyby wszystkie te muchy, komary i pszczoły ruszyły na niego w ataku, byłoby z nim kiepsko - tym bardziej, iż mógł okazać się alergikiem na ich użądlenia. Mimo to jak dotąd, owady jedynie.. krążyły wokół maga. Bynajmniej nie była to jakaś ekscentryczna ozdoba, a dość skuteczny sposób na osłabienie skuteczności ewentualnych ataków wymierzonych w stronę maga.
- Przeklęci! - zaryczał nekromanta z wyczuwalnym, tłumionym bólem w głosie.
Najwyraźniej ostatnie uderzenie dało mu się we znaki.
Nathian mógł wobec tego zrobić tylko jedno - iść za ciosem.
Błyskawiczny, umykający oczom atak z biodra ruszył w stronę mężczyzny. Tym razem jednak góra były owady. Ich nieznośne buczenie i ciągły ruch sprawiły, że cios Nathiana minimalnie chybił celu. Wojownik był jednak na tyle szybki, iż był w stanie wykorzystać siłę swojego ciosu do wyprowadzenia kolejnego, zanim mag zakończył tkać swoje następne zaklęcie.
Pechowo, i tym razem chłopak chybił, znacznie poważniej, niż przed sekundą. Owady jako zapora spisywały się znakomicie.
Mag w tym czasie nie próżnował. Jednym gestem.. zniszczył przyzwany szkielet. Tak, iż ów jedynie rozpadł się z klekotem na stertę kości. Nathian pojęcia nie miał, czemu owo działanie mogło służyć.
Dość jednak zauważyć, iż sir Trevor był teraz wolny. Nie tracąc czasu podbiegł do maga i Nathiana. Nekromanta znalazł się w potrzasku bez wyjścia.
- Poddaj się, plugawcze! - krzyknął paladyn, stając w pozycji do ataku - Nie masz szans na wyjście stąd cało!
Nekromanta wykrzywił się paskudnie zza zasłony owadziej, ale nie rzekł ni słowa.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Owady widać były bardzo pomocne, Nathian jednak był zły na siebie, bo nie przyłożył się do drugiego ciosu. Mag nie ruszał się, tylko rzucał zaklęcia więc jak mógł go nie trafić? To przez te wszystkie zwierzęta, które go otaczały. Widocznie to było jakieś zaklęcie ochraniające, jednak chłopak nigdy o takim nie słyszał.
Zdziwił się tym bardziej, gdy nekromanta zniszczył animowanego szkieleta. Co on kombinował? Na co mu sterta kości? Jeśli na nic mu się to nie przyda to nie było to zbyt mądre posunięcie. Ale Nathian wolał nie wiedzieć co on kombinuje. Na pewno nic dobrego, dlatego trzeba mu koniecznie w tym przeszkodzić. Wystarczająco, że osłabił go przez jakąś dziwną chorobę.
Wiedział, że paladyni są strasznie honorowi, ale to przechodziło wszelkie wyobrażenie. Wspomniał natychmiast komnatę z ludźmi na podeście. Wzdrygnął się mimowolnie.
- Sir Trevorze, ten człowiek nie zasługuje na przebaczenie. Przypomnij sobie co się stało z tamtymi ludźmi! - ryknął do paladyna.
Teraz był zły i na siebie, na paladyna, który mógł zaatkować zamiast paplać i na nekromantę, który rzucił na niego urok.
" Zgiń w końcu - przeszło mu przez myśl"
" Co się ze mną dzieję? Właśnie staram się zabić człowieka a nie czuję żadnych skrupułów. Chyba nie jest ze mną wszystko w porządku. "
Zaatakował ponownie, tym razem ciął od góry przez twarz, przynajmniej tak przypuszczał, że tam jest głowa, bo owady wszystko zasłaniały. Potem wziął szeroki zamach z lewej strony i ciął na odlew, aby zabić.
Człowiek, zmamiony iluzją, przebity na wylot przez sterczące z dna dołu, zaostrzone bale. Paskudny odór zombie, ruszających do ataku. Zmasakrowane, poświęcone w nieznanym rytuale ciała trójki poszukiwaczy przygód. Spalony rodzinny dom. Ciało Ralfa, jąkającego się stajennego... wszystko to sprawiało, że krew w żyłach Nathiana aż kipiała z gniewu.
Nekromanta i ludzie jemu podobni stali za tymi i wieloma innymi, niezliczonymi zbrodniami. Czy komuś takiemu można proponować poddanie się? Kapitulację? Złożenie broni?
- Nathian! - ostrzegawczo krzyknął paladyn.
Chłopak jednak nie słuchał.
- Mój mistrz... - zaczął mag, lecz nie dokończył.
Pierwszy cios poszedł skośnie, samym końcem miecza przez całą szerokość klatki piersiowej, od obojczyka aż po biodro. Z sykiem ciętego materiału, prutej skóry i ryku ranionego maga, długi wężyk karminowej krwi splamił ponownie posadzkę komnaty.
- Nathian! - sir Trevor ruszył do przodu by zatrzymać drugi cios wojownika.
Zbyt wolno.
Wykorzystując energię celnego ciosu Nathian zwinął się w półobrocie i ciął na odlew. Czuł niemal, jak wraz z tym ciosem uchodzi z niego cała nienawiść, jaką w sobie hodował. Z takiej odległości nie mógł spudłować, nawet, pomimo zaklęć ochronnych otaczających maga.
Odwrotne cięcie od dołu zniosło nekromancie lewą połowę szczęki, rozwaliło krtań i tchawicę, oraz niemal rozpołowiło czaszkę.
Paskudny fresk z krwi, kawałków kości i płatków mózgu wykwitł na suficie oraz ścianie za opadającym już na ziemię trupem.
Z chwilą śmierci maga zarówno owady, jak i żółte plamy na skórze młodzieńca zniknęły. Nathian czuł się słabo... ale bardziej ze względu na chorobę, jaka do nie dawana w nim bytowała, niż ze względu na to, co uczynił. Nie miał w sobie żadnych skrupułów.
- Nathian! - ostry, gniewny krzyk sir Trevora - Coś ty zrobił?!
Puste, paskudnie zakrwawione oczy nekromanty zdawały się niemo zadawać całemu światu to samo pytanie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian dyszał ciężko patrząc mętnym wzrokiem na pocięte członki nekromanty.
Kolana ugięły się pod nim, upadł na zimną posadzkę. Miecz potoczył się obok.
Jak do tej pory starał się zgrywać twardziela, chciał się mścić. A tak naprawdę to przez to, że do tej pory nie pogodził się ze startą najbliższych mu osób. Nikt mu tego nie zastąpi. Ani kowal Delvert ani Sir Trevor, nikt.
Teraz całą złość wyładował na tym człowieku. Spojrzał zaszklonymi oczami na jego drgające zwłoki. Zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił. Z tego czym się stał. Bezmózgą maszyną do zabijania. Nathian jakiego znał z przed tygodnia zniknął bezpowrotnie. Jego ciałem wstrząsnęło łkanie. Wszystkie żałości jakie do tej pory skrywał uwolniły się w łzach jakie powoli spływały przez jego policzki.
Czemu akurat właśnie on? Bóg stwierdził, że ma za dobrze na świecie czy jak? Czym sobie na to zasłużył?
- Sir Trevorze, przepraszam cię. Nie powinienem w ogóle tutaj wchodzić. To zbyt trudne dla mnie. - powiedział cicho nie podnosząc głowy - To przez moją przeszłość. Kilka dni temu straciłem wszystko co miałem. Do tej pory nie mogę się z tym pogodzić. Zrobili to nieznani mi magowie, a on należał do tej przeklętej rasy. Nie spocznę póki wszyscy, którzy byli odpowiedzialni za zabójstwo moich rodziców nie będą gryźli gleby. Ty nie wiesz jak to jest. Zabrali cię pewnie z rynsztoku jako wyrzutka, pewnie nigdy nie miałeś nikogo tak bliskiego. Nie straciłeś go jednego dnia...
- Ojciec sam oddał mnie do Zakonu. Wkrótce po moim urodzeniu. Gdy niedawno miałem okazję go odnaleźć i się z nim spotkać, by spytać, dlaczego to zrobił, stwierdził, że moja matka go zdradzała i powiła mnie z innym. Nie chciał wychowywać bękarta, więc mnie wyrzucił.
Z głosu sir Trevora bił jedynie chłód, wcale nie wzruszony łkaniem Nathiana.
- Utrata tego, co się kocha, nie usprawiedliwia mordu. Nic nie usprawiedliwia mordu. Mogliśmy dać mu szansę. Przesłuchać go. Dowiedzieć się czegoś. Gdyby nas zaatakował, zabilibyśmy go. Ale nie musieliśmy robić tego od razu.
Sir Trevor mówił spokojnie. Mimo to dało się odczuć, jak bardzo jest zły na decyzję podjętą przez towarzysza.
- Jeśli chcesz się mścić, to nie w moim towarzystwie, Nathianie. Przybyłem tu by pomóc mieszkańcom Dorienburga w ich problemie, nie po to, by gonić własne demony.
Dłuższą chwilę wpatrywał się w ciało maga.
- Ma przy sobie miksturę leczenia - wskazał podbródkiem flakonik przytroczony do pasa nekromanty - weź się w garść, Nathian, nie załamuj. Stało się. Nic więcej nie poradzisz. Większy problem przed nami, bo z tej komnaty wychodzą dwoje drzwi.
Nawet nie starał się pocieszać towarzysza. Był twardy, zimny i rzeczowy.. a co najgorsze w tym, co mówił, była sama prawda.
I nic, nawet straszący zaschniętymi plamami krwi stół stojący w rogu pomieszczenia, nie było w stanie temu zaprzeczyć.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Jak to nie zaatakował? Przywołał szkieleta, a na mnie rzucił jakiś urok. Teraz cały jestem w tych plamach - mruknął już znacznie spokojniej, pokazując Sir Trevorowi dłoń - strasznie mnie tym osłabił. Nie był bezkarny. Nie czuję się winny, broniłem się, no cóż, nie opanowałem swojej złości. - Odwrócił wzrok od paladyna, chciał pobyć sam, ale raczej w tym momencie to było trudne do zrealizowania. - Jak już wyjdziemy z tego bagna, powiesz mi gdzie jest jakiś klasztor Sir Trevorze. Potrzebuję chwili spokoju bo jak widzisz, nie bardzo sobie radzę.
Gdy nogi przestały mu już dygotać, chwiejnie powstał z klęczek i otarł twarz. Na jego twarzy widać było już spokój, ale również nieukojony ból. Nie był przyzwyczajony do takich wydarzeń, w swoim spokojnym, beztroskim życiu. To wszystko spadło na niego jak kamień, nie umiał sobie z tym poradzić. Nagle zapragnął ciężkiej fizycznej pracy, takiej, po której nie miał by siły się ruszyć. Pozwoliłoby mu to choć na chwilę zapomnieć.
Niepewnym krokiem podszedł do trzewi nekromanty. Starał się nie patrzeć i nie myśleć o niczym innym niż mikstura lecząca. To było trudne, ale jako tako się udawało. Powoli odkorkował i wypił eliksir, aby przywrócić siły utracone podczas choroby.
- Chodźmy tędy - powiedział do paladyna, wskazując na drzwi które prowadziły jak mu się przynajmniej zdawało, w głąb lochu. - Jestem już gotowy. Ale, jeśli znowu będzie tam mag, który na wejście zacznie miotać we mnie zaklęciami to nie ręczę za siebie.
Ostrożnie podszedł do drzwi w pełnej gotowości, gdy paladyn zrobi to samo, otwiera drzwi, które powinny być otwarte i stawia czoło nieznanemu.
Wypicie mikstury leczenia i towarzyszące jej ożywcze ciepło rozlewające się po całym ciele było właśnie tym, czego Nathian potrzebował. Od razu poczuł się znacznie lepiej, choć wiedział, że pełni sił, dzięki tej miksturze nie odzyskał.
I pewnie jeszcze kilka dni będzie dochodził do siebie.
- Otoczyliśmy go. Nie miał szans. Chciałem dać mu szansę na poddanie sie a ty... - Trevor westchnął, kręcąc głową - nieważne, stało się. Idźmy dalej.
Nathian podszedł do południowych drzwi. Zgodnie z jego przewidywaniami, były otwarte. Gdy je uchylał, do środka komnaty ze stołem wlało się migoczące, blade światło.
- Witajcie, nieznajomi, w czym mogę służyć? - przyjemny, głęboki.... koci głos dobiegł ich uszu.
Komnata nie była szczególnie większa od tych, które do tej pory mijali za sobą. U jej obu ścian migotały magiczne kryształy światła, identyczne z tymi, jakie sami nosili. Przeciwległą ścianę kończył drewniane, dwuskrzydłowe drzwi. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, iż drzwi tych pilnowała najdziwniejsza istota, jaką Nathian do tej pory w życiu widział.
Uzbrojona w bajecznie wyglądający sejmitar istota miała kształt z grubsza humanoidalny. Była niezwykle umięśniona i sprawiała wrażenie wyjątkowo doświadczonego oraz groźnego wojownika. Najdziwniejsze było jednak to, iż łeb jej, był łbem dużego, cętkowanego kota o złotej sierści. Całe ciało istoty pokryte buło krótkim futrem, nawiasem mówiąc, choć nosiła na sobie pancerz.
- Rashka... - szepnął sir Trevor.
Nazwa ta Nathianowi absolutnie nic nie mówiła, ale na paladynie najwyraźniej zrobiła pewne wrażenie. Kotołak uśmiechnął się uprzejmie, wykonując delikatny skłon. Jego wielka, puchata, uzbrojona w ostre pazury łapa jednak nawet nie drgnęła w stronę miecza.
- Owszem, człowieku, należę do ludu Rashka. Powtórzę pytanie, w czym mogę służyć?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian był przygotowany na prawie wszystko. Na hordy zombie, nekromantów odprawiających swój mroczny rytuał lub nawet na demona. Ale nie na to dziwne stworzenie jakie zobaczył za drzwiami. Zmierzył je wzrokiem, nigdy o czymś takim nie słyszał. Nawet jego babcia nie znała lub nie zdążyła opowiedzieć małemu Nathianowi bajki o Rashce. Co to mogło być?
Po wyrazie twarzy Sir Trevora wnioskował, że to stworzenie raczej nie jest często spotykane. Być może paladyn wyczytał o niej w starych księgach zakonu. Lecz nie o tym teraz. Co zrobić z tym stworzeniem, które pilnuje przejścia dalej. A jeśli tam jest artefakt, który sprowadza zombie do miasta.
Sądząc po minie Sir Trevora, jest zbyt zdumiony, żeby wykrztusić coś z siebie, dlatego Nathian pierwszy zwrócił się do kotołaka. Tylko jak to zrobić, żeby go nie urazić? Bo raczej walka z nim to nie przelewki :
- No więc, jesteśmy tu, aby oczyścić to miejsce ze złą, jakim są nieumarli. - zająknął się chłopak, pytająco zerkając na Sir Trevora - Myśleliśmy, że tutaj również znajdują się potwory, więc weszliśmy do środka. Widać myliliśmy się. - ukłonił się tak samo jak Rashka przed momentem. Spojrzał na paladyna, oddając mu głos.
Nie czuł się zagrożony, ale szabla potwora nie była tylko ozdobą.
Sir Trevor chrząknął, pod uważnym spojrzeniem Nathiana.
- Jest dokładnie tak, jak mówi mój towarzysz... sprowadza nas tu problem nieumarłych, którzy z tej krypty wychodzą na powierzchnię i niepokoją mieszkańców. Jesteśmy tu, by ten problem rozwiązać.
Istota wydała z siebie przyjemny dla ucha, głęboki pomruk. Właściwie dokładnie taki, jaki wydają z siebie zwykłe dachowce, gdy posadzi się je na kolanach i w odpowiedni sposób drapie za uszami. Słowem, pomruk zadowolenia. Zupełnie, jakby fakt, iż nieznajomi są skłonni do rozmowy a nie rzucają się od razu do przodu z okrzykiem 'giń potworze!' sprawiał Rashce trudną do wytłumaczenia radość.
- Rozumiem wasz problem, nieznajomi - wymruczał z siebie strażnik - wyczuwam też, iż zabiliście większość umarłych w tej części krypty, choć nie wszystkich, jak mi się zdaje... cóż, ale mniejsza z nimi. Cel, jaki wam przyświeca, jest szlachetny. Rashka ceni osoby zwalczające umarłych. Oczywiście, źródło waszego problemu znajduje się dokładnie za tymi drzwiami.
Wymowny gest podbródkiem nie pozostawiał żadnych wątpliwości, jakie drzwi demon ma na myśli.
- Niestety, kontrakt, jaki mnie tu sprowadził i utrzymuje w tej strefie nie pozwala mi wpuścić nikogo niepowołanego za te drzwi, o ile nie będzie miał przy sobie znaku. Uprzedzam was z góry, dobrzy nieznajomi, że jeśli spróbujecie przejść siłą, będę zmuszony was zabić.
Ostatnie zdanie wypowiedział równie spokojnym, głębokim, kocim tonem, co wcześniej.. lecz groźba weń się kryjąca była aż nazbyt oczywista.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Więc skoro źródło naszych wspólnych problemów ma miejsce ze tymi drzwiami, to dlaczego nie można nam tam wejść? Skoro poradziliśmy sobie do tej pory, to powinniśmy zakończyć to zadanie przez całkowite unieszkodliwienie nieumarłych. Pozwól nam wejść. - powiedział cicho Nathian. Skoro tak ceni sobie ludzi zabijających nieumarłych to dlaczego nie wpuści nas do środka. Albo wejdzie razem z nami, na pewno był potężnym wojownikiem. Coś co za tymi drzwiami się znajduje, musi być najwyraźniej jeszcze potężniejsze - lecz jeśli, sobie nie życzysz, żebyśmy przekroczyli te drzwi, to sobie pójdziemy. Nic tu po nas, prawda Sir Trevorze? Zwiedzimy pozostałe komnaty w krypcie i będziemy zmuszeniu opuścić to miejsce.
Ciekawe kto mógł wydawać rozkazy tak potężnej istocie. Kim lub czym jest ten kontrakt? Nie pozwala? Musi to być istota o bardzo wielkiej mocy skoro kontroluje Rashkę.
Wszystko sprowadza się do magów, bo tylko takowy mógłby sprowadzić takie stworzenie. Bez magii na tym świecie nie byłoby łatwo. Można za jej pomocą czynić rzeczy szlachetne i dobre, ale również i te podłe. I to w straszny sposób.
- Nie ma mowy, bym się stąd wyniósł, Nathian... - syknął paladyn.
Jego ręka minimalnie, ale jednak systematycznie zbliżała się do rękojeści miecza. Rashka zareagował natychmiastowo, mrużąc niebezpiecznie oczy.
- Trzymaj ręce z dala od broni, nieznajomy - zasyczał groźnie - mój kontrakt zakazuje mi wpuszczać kogokolwiek za drzwi, jeśli nie ma przy sobie znaku. Nie jest moją intencją zabijać bez powodu. Chciałbym pomóc, lecz wiąże mnie magiczna umowa. Odejdźcie, lub wróćcie ze znakiem, nieznajomi.
Ton, jakim wypowiedział te słowa nie znosiły żadnego sprzeciwu. Sir Trevor rozluźnił się lekko, jego dłoń odsunęła się od miecza.
- Chyba mamy problem - rzucił do Nathiana.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Skoro nie możesz nas wpuścić, chciałbyś nam pomóc ale nie możesz, to może powiesz nam w jaki sposób możemy cię uwolnić. Na pewno jest coś co możemy zrobić, aby przerwać tą więź. Jedno z pomieszczeń krypty wygląda jakby ktoś wykonywał tam jakiś rytuał, prawda Sir Trevorze? Na podłodze wymalowany jest pentagram, a w środku niego misa z ciałami ludzkimi. W ten sposób ten człowiek za drzwiami cię przywołał?
Nathian wyobraził sobie na moment, że musi wyjąć ciała z tej misy, aby uwolnić demona. Zebrało mu się na mdłości.
- Powiedz nam co mamy zrobić. To nasz obowiązek żebyśmy uwolnili to miasto od nieumarłych, zaszliśmy już za daleko żeby się poddać. Cenisz sobie ludzi, którzy zwalczają nieumarłych więc wspomóż nas.
- A ty siedź cicho - syknął do Sir Trevora, tak żeby Rashka nie usłyszał - tylko pogarszasz sprawę.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum