"No, karzełku [...] dawaj królewskiemu wojsku grosz, dawaj żarcie, dawaj konie, wyprowadzaj konie z obory. Nie będziem tu stać do zachodu. Musim jeszcze parę wsi obskoczyć dziś"
Granza. Wieś niewielka, bo i po co większa. Bez palisady, bo i po co palisada. Z polami, bo te są zawsze. Blisko rzeki, bo ta niezbędna. Blisko również niewielkiego lasu choć nie opłacało się go wycinać. Mimo to był całkiem ładny i młode dziewuchy miał gdzie chodzić na schadzki. A młode chłopaki miały gdzie chędożyć...
Do takiej to wsi gębą pełną zawitał niedawno ktoś niecodzienny. Bohater, a jakże!, również gębą pełną, a przy najmniej taki w swym mniemaniu. Granza, choć nazwy nie znał wydawała mu się miejscem przyjemnym. Zwłaszcza po kilkunastu dniach wędrówki. Elfy wyprawiły go, a i owszem, zupełnie odpowiednio ale o o sucharach i suszonych owocach daleko się nie zachodzi. Do wiosek przygranicznych co najwyżej a to i tak na głodzie wybitnym. W sumie od połowy drogi zaczął jeść na chybił trafił jagody czy coś podobnego. Obyło się jakoś i bez biegunek i bez śmierci, która przy tak nieostrożnym zachowaniu była prawie pewna. W mniemaniu Rohina dzięki temu w coraz większym stopniu począł przypominać bohatera i pogromcę... czegokolwiek, choćby orków. A właśnie orków, to był kolejny powód, z którego śmiałek pojawił się tu. Na szlakach mówiło się o okolicznych zielonoskórych co to skorzy do bitki, jeno nikt tej bitki nie chce. Rohin chciał. Pamiętał to dobrze, krzyki, tupot za plecami, znów krzyki, matka, śmierć, gniew, płacz, strach. Rzecz potworna. Uciekł. Uciekł, bo co miał zrobić? Bo inaczej by nie przeżył. Tak jak inni...
Granza więc była dla niego miejscem doskonałym. Uśmiechnął się więc człek sam do siebie widząc jak przed nim uwijają się wieśniacy, jak gdzieś w oborach ryczą krowy, jak pośrodku wsi stoi karczma. Tak, ten widok szczególnie podniósł go na duchu, karczma na takim zadupiu było to coś wręcz pięknego. Przepatrzył kieszenie, starczyło na syty posiłek i piwo. Świetna sprawa po długiej wędrowce.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-17, 20:22
- Witam - odezwał się Rohin do pierwszego napotkanego osobnika. Spojrzał na plątających się a to w jedną a to w drugą stronę wieśniaków. Od razu przypomniały mu się dni jego egzystencji. Wychowania. Nauki. Mieszkał on w podobnych okolicach. Las, rzeka, karczma. Prowincja ta przypominała mu swoją, aczkolwiek nie do końca. Nie Ci ludzie. Brak szacunku. Brak rodziny i bliskich. Szczególnie rodziny. Matka i Ojciec. Oni przypominali mu się nocami a nawet i dniami. Ten dzień, ta noc. Noc przetrwania. Dzień smutku. Nie mógł nic zrobić. Był za młody, zbyt niedoświadczony. Orkowie. Jego "najbliżsi" wrogowie. Tak znał ich dobrze. Znał ich tradycje i zachowania. Czekał. Czekał na zemstę. Zadośćuczynienie. Był pewien swojego wyboru. Nie miał zamiaru go zmienić.
- Jest i karczma - rzekł pod nosem. Musiał wreszcie nakarmić swój żołądek, nie zapominając o napojeniu. Jagody i inne zielska przejadły mu się niesamowicie. Całą drogę to samo. Było to trochę nużące. Szukał też wypoczynku. Tyle dni w drodze. Musiał zaznać chwili ciszy i spokoju. Ruszył w stronę gospody spokojnym krokiem, rozglądając się.
- Ano witoj mości panie! - orzekł zagadnięty wieśniak. Był to raczej chudy i żylasty człek, wybitnie nawykły do roboty wszelakiej, a mogącej objawić się potrzebą w każdej wsi. Człek na wagę złota. Chociaż... może nie? Nie przesadzajmy i na to go wywyższając. Mimo to jednak, był to człek sławiony pewnie przez każdego wojewodę. - Co tam panie mruczysz? - zapytał gdy Rohin wyraził swoje zdanie na temat wsi - Panie drogi! Gdzież pan idzie?! - zakrzyknął po chwili - Dziwny chłop... - dodał na granicy słyszalności. Człek jednak miał to najwyraźniej głęboko w poważaniu.
Wioska jak wioska pełna był obór, stadnin, pól, drewniano-słomianych chat i tych chat właścicieli. Co jeden to inny. Grubi, chudzi, weseli, smutni, wyspani, niewyspani, jak w kalejdoskopie. Nie raz jednak było dane Rohinowi widzieć wieś, nie jedną odwiedził podczas ucieczek, pachniało tu toteż mu przyjemnie, nie jak większości podróżnym krowim gównem i nieumytymi wieśniakami. On nie wyczuwał tych zapachów na koszt subtelniejszych. Czuł jak z pola zawiewa zapachem zboża, co prawda z tego co widział było ono już skoszone, aczkolwiek czemu nie miałby przywołać wspomnień? Czuł również jak z karczmy, przed którą to stanął zawiewało jadłem. Najwyraźniej kaszą i czymś jeszcze, chyba mięsem. Czyżby świeżo zagotowane? Żołądek człeka zagrał dziwną pieśń, którą jednak Rohin znał już nadto. Był głodny, albo chociaż pełen chęci do skonsumowania czegoś. Napitkiem również nie pogardziłby.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-17, 22:40
Rohin, wlekąc się w stronę karczmy pieczałowicie się rozglądał. "Wieś jak wieś" - myślał - "Mam jednak sentyment do takich". Nagle poczuł zapach letniego zboża. Zauważył że jest ono skoszone i się trochę skrzywił. - Szkoda, że ścięte - rzekł do siebie. Bardzo dobrze pamiętał jak za młodu razem ze swoimi kolegami bawił się, a to w chowanego, a to w inne gry czy zabawy. Brakowało mu tamtych beztroskich dni. - Dobra, koniec z tym użalaniem się nad sobą - rzekł stanowczo - Trzeba w końcu coś zjeść. A te słowa wymówił kiedy stanął na wprost karczmy. Miał ciche nadzieje, że spotka go tam miła atmosfera. Że zostanie ciepło powitany. - Zaraz, zaraz czy to nie przypadkiem pieczona wołowina ? - zastanawiał się - Nie jestem pewien, ale pachnie znakomicie - po czym ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Spróbował wejść do środka.
Fasada karczmy była drewniana, jak zresztą cały budynek. Jedynym, jak podejrzewał człek, co zbudowane było z innego materiału był fundament. O ile był w ogóle... W fasadzie były dwa okna, nieotwieralne, dzielone na 4 przeszklone części. Typowa to była zabudowa dla wiejskich karczm. Znów miał wojownik powód do wspomnień, o ile w jego małej ojczyźnie prosperowała gospoda. Na to jednak wyglądało.
Drzwi były proste, drewniane choć dwuskrzydłowe. Otwierały się w jeno jedną stronę, do środka, czy to z powodu możliwości zabarykadowania takowych czy po prostu ot tak, bez powodu. W sumie Rohin wolałby drugą z tych opcji. Wydawała mu się bardziej optymistyczna.
Gospoda była typową. Góra 10 szerokości, na 4 długości. Zbudowana na planie, jak łatwo wywnioskować - prostokąta. Przed sobą miał człek krótki kontuar zakończony po prawej drewnianym filarem. Tam też pozostało nieco miejsca, aby najwyraźniej za ten kontuar zajść. Za ladą stał gruby człek o fizjognomii wsiowego głupka, rozglądał się właśnie po całej powierzchni przybytku i wycierał drewniany kufel. Po lewej ręce miał wojownik cztery stoły. Dwa zajęte w całości przez czwórkę podróżniczo ubranych ludzi, dalej dwa zajęte na poły przez najwyraźniej co większe chłopskie moczymordy. Jeden stolik był pusty, ku uciesze człeka. Każdy z rezydentów jadł najwyraźniej kaszę z jakimś mięsem popijając czymś z drewnianego kufla. Jeno karczmarz zwrócił większą na wchodzącego człeka. Rzucił na niego spojrzenie godne prawdziwego moczymordy i splunął przed siebie na deski podłogi. Nie powiedział nic.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-18, 18:47
" Niezły gmach " - pomyślał Rohin, stanąwszy w drzwiach gospody. - "Jedyne co mi nie pasuje to te okna. U nas były zdecydowanie ładniej zdobione". Dokładnie przeczesywał swoimi oczyma cały budynek. Ogólnie nie było źle. Standard - można rzec. Niezbyt elegancko aczkolwiek z klasą. Zwykła gospoda, ot co. Nie było zbyt dużego ruchu, przez co na twarzy Rohina zawitał miły uśmieszek. Nie lubił pałętać się pod nogami innym. Kiedyś od takich przepychanek rozpętała się bójka. Nie lubił walczyć. A walczył, kiedy zaszła taka potrzeba lub kiedy naprawdę został wyprowadzony z równowagi. Niepotrzebne "usypianie" innych sprawiało mu przykrość . A przynajmniej rozgrzewało w nim złość. Najwyraźniej było to powodem sytuacji w dzieciństwie. Widział tyle niepotrzebnej śmierci. Krew, którą był plamiony przypominała mu się na każdym kroku. Rohin zauważywszy puste miejsce obok filaru udał się w tę stronę. - Wreszcie się pożywię i odpocznę - westchnął. - Tego mi właśnie trzeba. No i oczywiście piwa. - dodał. Kiedy znalazł się przy ladzie, rzucił spokojne spojrzenie w stronę gospodarza, jeśli takowy nadal stał na swoim miejscu. - Witam, czoło chylę. - rzucił nas podzianie, ukłaniając się - Czy nie macie może wolego pokoju oraz ciepłego posiłku? Piwem także nie pogardzę - dodał. Czekając na reakcję gospodarza rozejrzał się za wolnym stolikiem. Nie chciał wplątywać się w jakiekolwiek rozmowy z miejscowymi. Za dużo miał na głowie. - Jest i stolik - rzekł pod nosem, po czym na jego twarzy pojawił się skromny uśmieszek.
Z oknami w tej gospodzie było tak, że nie były zdobione wcale. Za jedyne zdobienie mógł służyć fakt, że były one przeszklone, a nie jak to zwykle bywało na tego typu wsiach wypełnione rybim pęcherzem albo czymś równie ohydnym.
Buty oddawały głosy ze średnim natężeniem utwierdzając wojownika, że był tu jednak fundament. Co prawda brakowało tym dźwiękom nieco do elfiego "stepowania", ale głos był pocieszający. Był chociaż człek pewien, że gospoda nie zawali mu się na głowę po byle większym deszczu.
Pucołowata twarz karczmarza była dziwnie gładka. Ni na niej śladów ostrza, ni chorób paskudnych co lecząc się szpecą. Wyglądał jakby na wszelkie blizny, a na pewno choroby miał immunitet. Kaszląc jednak po chwili przeraźliwie odwiódł Rohina od tak głupich rozmyślań.
Dał sobie gospodarz chwile na analizę wypowiedź wojownika. Co prawda nie był to czas długi jednak zdążył tym karczmarz nieco zadziwić Rohina.
- Eeee... Kaszę dopiero co gotowałem. - orzekł - A pokój jeden stoi wolny. - zadowolony najwyraźniej z siebie gospodarz uśmiechnął się szeroko ukazując znaczne braki w żółtym uzębieniu. - A za piwo to 2 srebrne monety - zapanowała chwila ciszy, którą najwyraźniej karczmarz dał sobie na zastanowienie - A! No tak! To pokój moneta złota, a żarcie to 3 srebrne! - zakrzyknął prawie swój cennik. - I do kaszy mięso dodam za 2 srebrne!
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-19, 17:03
Kiedy Rohin usłyszał głos gospodarza na jego twarzy pojawiła się niezbyt pocieszająca mina. Do tego twarz człeka nazbyt mu się nie podobała. Sądził, że ktoś taki raczej przyjemny nie jest , co spowodowało chęć szybkiego skończenia rozmowy. Skrzywił się, po czym rzekł posępnym tonem: No panie drogi, ładny zarobek pewnie macie z tej gospódki. – ironizował - Ale jak trzeba to trzeba. Tylko poprosiłbym samo mięso bez ryżu, z miłym dodatkiem w postaci kufelka piwa. – skończywszy konwersację rzucił przed karczmarza wymaganą liczbę monet. Wiedział, że nie zostanie mu zbyt dużo na dalszą podróż. Wydawało mu się, że może zostać nawet bez miedziaka. Większość swojego dobytku wydał na ekwipunek. Co jak co, ale uzbrojenie najważniejsza rzecz. Teraz czekał na swoje zamówienie. Jeżeli w pobliżu znajdował się jakiś człek zagadał do niego. - Czy nie wiesz może gdzie mogę znaleźć jakąś płatną pracę? A może słyszałeś co nieco o orkach? - słowa zostały wypowiedziane bardzo poważnie aczkolwiek nie mogły nikogo zniechęcić do dalszej rozmowy. Jeżeli jednak w pobliżu nie było nikogo siedział na swoim miejscu i niecierpliwił się. Spróbował lekko wyjrzeć przez okno i ustalić, która to może być godzina.
- Z czegoś żyć trzeba, a wokół o pieniądz coraz trudniej. Zwłaszcza o pieniądz uczciwy! - orzekł równie ironicznie karczmarz przyglądając się raz to twarzy człeka raz to monetom położonych przezeń na ladzie. Potem odwrócił się i zniknął za drzwiami, których to wcześniej człek wcześniej nie zauważył.
Najbliżej siedzieli podróżnicy, których wojownik widział wchodząc. Byli oni również najgłośniejsi. Co chwilę wznosili jakiś gromki toast o dość niecenzuralnej formie. Ostatni dla przykładu brzmiał "Na pohybel skurwysynom" i towarzyszył mu gromki śmiech całej grupy. Nie wyglądali oni jednak na zawadiaków, byli w podróży więc potrzebowali się wyżyć, nie paląc wieś to chociaż pijąc na umór. I tak było lepiej.
Zagadnięty odwrócił ku wojownikowi wyjątkowo czerwoną a zarazem trzeźwą twarz. Chwilę słuchał i analizował wypowiedź Rohina po czym odrzekł również nad wyraz trzeźwo.
- Jam jest przejezdny panie, spytaj pan miejscowych! - po czym odwrócił się i zaryczał najgłośniej - Na pohybel skurwysynom! - ostatnie głoski gubiąc w łapczywie popijanym piwie.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-20, 19:13
- No nic, posłucham twojej rady – rzekł Rohin, po czym odwrócił się od nieznajomego. Spojrzał na drzwi, w których przed chwilą zniknął karczmarz. „ A jedzenia jak nie ma tak nie ma” – westchnął. Trochę znużony znów utrwalił swój wzrok na podróżnych. Na pohybel skurwysynom – cóż to miało oznaczać? Trochę się zdziwił. To zdanie miało jednak w sobie jakiś głębszy sens i Rohin to wyczuł. Za takich „skurwysynów” uważał orków. Ale nie tylko. Kiedy wędrował napotykał także i ludzi, podobnych zachowaniem i charakterem do zielonoskórych. – Prawda – krzyknął – Na pohybel ! – gdyby miał już swój kufel z piwem pewnie by go wzniósł by razem z innymi toastować. Teraz jednak czekał, coraz to bardziej się niecierpliwiąc. Kiedy już dostał swoje pożywienie podszedł do najbliższego stolika i zaczął się nim delektować, choć tak naprawdę nie było czym. Jeżeli jednak karczmarz nadal się nie pojawiał Rohin znowu zaczął konwersować z podróżnymi.
Podróżni popatrzyli przez chwilę na Rohina załzawionymi już od śmiechu oczami po czym parsknęli i pokładli się po stole. Nie wiedział człek czym było to spowodowane choć poczuł się nieco zmieszany, co najmniej zmieszany...
Drzwi za kontuarem zagrały nagle zawiasami tam to skupiając uwagę wojownika. Karczmarz torując sobie drogę tyłkiem przeszedł właśnie przez nie upewniając Rohina jakoby nie było w nich klamki. Obrzucił całą salę niepokojącym wzrokiem po czym podszedł do lady, na której to postawił zręcznie drewnianą miskę pełną kaszy oraz całkiem pokaźnych rozmiarów kufel. Piana praktycznie opuszczała go z każdej możliwej strony co wywoływało u człeka przyjemne mrowienie wynikającego z dobrego zakupu. Karczmarz chwilę zastanawiał się najwyraźniej mając wykrzyknąć imię swego klienta. W porę jednak zrozumiał, że takowego nie zna i po prostu skinął na Rohina wołając go.
- No to 5 srebrnych będzie. - orzekł po chwili - Byle nie oberżniętych! - dodał.
Podróżnicy znów wznieśli ku swej ucieszę jakiś niecenzuralnych toast i rzucili się w śmiechu. Z tego co zrozumiał człek był on o cycatych pannach i ich nie zorientowanych mężach.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-20, 23:34
Nieco zmieszany Rohin nie do końca zrozumiał zachowanie podróżnych. "Daj sobie spokój człowieku"- pomyślał, po czym po raz kolejny utrwalił swój wzrok na drzwiach. To tam miała się ukazać postać karczmarza. - Jesteś Pan wreszcie ! - krzyknął, widząc powoli wysuwający się tyłek. Jego mina z posępnej stała się bardziej rozpieszczona i uradowana. Kiedy dostał już swoje racje żywnościowe zapłacił , kładąc 5 srebrników na ladzie. - Prawdę mówiąc trochę się naczekałem, ale ważne, że posiłek już jest - dodał. Kufel z trunkiem wyglądał znakomicie. Piana sączyła się na wszystkie strony, powodując wytwarzanie ślinki w ustach Rohina. Nie spodziewał się, że w takim miejscu może zastać tak smakowicie wyglądające piwo. - No to jedziemy - rzucił, po czym zasmakował kaszy. Widać, że był bardzo głodny, gdyż wcinał ją w niesamowitym tępie. Co jakiś czas rozgrzewał gardło piwem. Nie ma to jak porządny posiłek. Nagle zastopował. - Panie karczmarzu - powiedział dość donośnym głosem. - Może pan wie gdzie mógłbym znaleźć jaką płatną robotę?
Wojownik sięgnął w jedną ze swych przepastnych kieszeni i zorientował się że... ma jeno jedną monetę srebrną i jedną złotą. Nijak nie dało się tego wyliczyć 5 srebrników. Karczmarz za to wlepiał wzrok to w jedzenie to w twarz Rohina mając w oczach pewne wyczekiwanie czy niepokój.
Podróżni zawyli znów jeden ze swych sprośnych toastów mówiących teraz o chwale dla szybko ściągalnych majtkach. W sumie Ci czterej mieli jeno dwa tematy do rozmów jak i opijania. Były to dziewczynki - a więc chędożenie i skurwysyny - czyli walka. Byli oni więc raczej jednymi z tych, których Rohin nazywał synami kurwy, a następnie krzyczał o ich pohybel. W efekcie również oni pili na swą pohybel co znaczyło tyle, że nawzajem bardzo się nie lubią. Po jednak przyjacielskich uśmiechach i regularnych poklepywaniach po plecach można było wywnioskować co innego. Galimatias.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-21, 20:30
- A niech drą te japę – westchnął, słuchając powtarzających się toastów. Coraz bardziej się nimi brzydził. Czy oni nie zapomnieli, że to jest karczma i że ludzie tu jadają? Mylił się co do nich. Myślał, że ludzie porządni, a okazało się inaczej. - Nie się co przejmować. - pomyślał, po czym wrócił do jedzenia. Powoli nabierał siły, choć wiedział, że musi jeszcze odpocząć, w ciepłym łożu. "Dzisiaj już nic nie zdziałam westchnął . Wierzył, że nowy dzień przyniesie nowy cel, albo chociaż poda wskazówki do aktualnego. – Panie oberżysto ! – rzekł donośnym głosem. – Ile za to za ten pokój? – zapytał, po czym stwierdził. – Chyba 8 srebrników. - Doskonale wiedział, że to 1 ZM, ale chciał wyperswadować lepszą cenę. Jeżeli jednak karczmarz nie dał się oszukać Rohin położył na stole odpowiednią wartość monet. „No to dobranoc” – rzekł już odchodząc do pokoju. Nie wiedział jednak czy rzeczywiście świat pogrążony jest już w ciemnościach.
Karczmarz szybkim ruchem zabrał jadło gdy Rohin próbował po nie sięgnąć.
- Płac pan, nie defrauduj! - orzekł po czym chytrym wzrokiem obrzucił monety, które wojownik trzymał w garści. Chwilę myślał nad czymś intensywnie.
- Mogę Ci dać pokój i żarcie za to co masz w garści. - orzekł po czym wyciągnął przed siebie dość pulchną dłoń. Palce miał krótkie, garść dużą dłoń pasowałaby do chłopa. Była dość spracowana, można powiedzieć - starta i większość linii, które znaczą nam dłoń były bardzo wyraźne.
Podróżnicy ucichli teraz pogrążeni w rozmowie, z tego co zrozumiał Rohin rozmawiali o dość poważnym temacie nie będącym najlepszym dla ludzi w stanie upojenia. Mówili o celu swej dalszej podróży i z tego co niekoniecznie specjalnie podsłuchał człek wychodziło na to, że dążą ku północy by przez tereny niezależne przejść do elfich lasów. W sumie Rohin nigdy nie orientował się specjalnie w geografii świata teraz zupełnie nie wiedział jak to się ma do prawdziwego ułożenia krain. Wędrując kierował się głównie radami innych podróżnych co szczęśliwie dawało mu jakoś przeżyć, teraz jednak wysłuchiwał teorii a tej nie miał za wiele.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-22, 00:10
Rohin rzucił swoje spojrzenie na wychudła sakiewkę. Trochę się dziwił jej zawartością. – Dobra panie… jak tam panu? - rzekł – A z resztą nie ważne. Masz pan tu wszystkie moje oszczędności . Oczekuję jednak w zamian czystego pokoju z wygodnym łożem. – zareklamował. - Nudzi mnie już ta rozmowa i to ohydne towarzystwo – rzekł, wsłuchując się w plotki podróżnych. Nagle twarz Rohina zbladła i posępiała. – Czy oni powiedzieli to elfiego lasu? – zadał sobie pytanie. Zaciekawiło go to niezmiernie, gdyż kiedy przebywał razem z elfami opowiadali mu oni o przepięknych lasach elfickich. Dotarcie do tych regionów, można nazwać jego niespełnionym, acz aktualnym marzeniem. Może się do nich przyłącze. Wątpię jednak czy będą chcieli.„Nie czas na rozmowy” – pomyślał. Wiedział , że trzeźwi nie są i rozmowa do najprzyjemniejszych by nie należała. „ Poczekam do jutra” – westchnął „ Jeżeli jeszcze tu będą być może się do nich przyłączę. Sam raczej rady bym nie dał. Rohin stwierdzał fakty. Nie jest na tyle doświadczony, żeby przebyć tak długą podróż. Samotnie. - Panie, gdzie ten pokój? – zapytał nagle.
Sakiewka co prawda nie istniejąca byłaby zapewne wychudłą gdyby się pojawiła. Karczmarz patrzył na niego przez cały monolog wzrokiem ucieszonego z nowej zabawki dziecka. Człek nie znał powodu takiego stanu i szczerze mówiąc wolał tego nie wiedzieć, dość już miał własnych dziwactw by jeszcze rozpytywać innych o ich.
- Te panie? Zdrowyś ty? - zapytał karczmarz widząc blednącego wojownika. - Wezwać Ci może znachora? - zapytał z wcale nieudawaną troską. Chwile przyglądał się jak Rohin mruczy pod nosem, nagle wybucha pytaniem. Oberżysta podskoczył prawie przestraszony nagłym wybudzeniem sie człeka.
- Tam panie na lewo, za stołami, są drzwi i tam są pokoje. - orzekł karczmarz wyjmując spod lady klucz z całkiem dużym brelokiem. Na breloku koślawo wymalowane były trzy czarne krechy. - O tej godzinie się pan będziesz kładł? - zapytał po chwili karczmarz, a Rohin musiał przyznać mu rację, na dworze słońce wskazywało ledwo południe, a więc nie najlepszy czas do spania. - A i jeszcze godność poproszę. - dodał po chwili sądząc z tonu pytając o imię.
Podróżnicy wypili w końcu za powodzenie po czym znów zagłębili się w rozmowie, teraz najwyraźniej mówili o kościach, które zresztą momentalnie wylądowały na stole. Problem polegał na tym, że żaden z awanturników nie był w stanie odczytać wartości na kostkach co grę zamieniło w jeno salwę śmiechu.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-22, 09:59
- Jam zdrowym jest - odpowiedział, znacząco Rohin. Nadal jednak analizował wypowiedź podróżników. Wysoki Las. Czy to było powodem zmiany wyrazu twarzy? Najwyraźniej... - I znachora nie potrzeba - dodał. Siedział teraz i dziwnie wpatrywał się w karczmarza. Spoglądał na niego choć tak na prawdę w głowie przeplatały mu się myśli wcale z nim nie związane. Wręcz odwrotnie. Tkwił w takich zamyśleniach dość długo. Nagle zauważył jak karczmarz wyjmuje klucz. Klucz do pokoju. "Do siedziby spoczynku" - pomyślał. Uwielbiał bawić się słowami. Wiele zdań wychodzących z jego ust ubarwiał i urozmaicał. Lecz nie teraz. Czy coś się stało? Kiedy rezydował w siedzibie leśnych elfów przychodziło mu to z łatwością. Wręcz bez namysłu. Teraz jednak coś się stało. Otoczenie się zmieniło jednocześnie zmieniając wnętrze człowieka. Wspomnienia dotyczące dni jego egzystencji stłumiły w nim tą twórczość. Ale cóż zrobić. - Dobra daj pan ten klucz - rzekł stanowczo. - Kłaść się jeszcze nie będę - odpowiedział. Rzeczywiście było zbyt wcześnie. Południe. "Może wyjdę na zewnątrz i tam zaczekam na zachód słońca" - pomyślał. Kiedy był mały było to tak jakby jego pasją. Codziennie razem z przyjaciółmi wychodził pod wieczór tylko po to by zobaczyć słońce ukrywające się za horyzontem. Nagle słyszał pytanie do niego skierowane. - Jam Rohin ze Złotego Lasu - odpowiedział, po czym wstał i udał się w stronę drzwi wyjściowych.
Oberżysta jednak średnio najwyraźniej uwierzył w zdrowie fizyczne bohatera, gdyż skinął tylko lekceważąco i odwrócił się odpuszczając sobie wszelką interakcję z otoczeniem będącym aktualnie Rohinem. Mruknął on coś jeszcze w odpowiedzi na przedstawienie się człeka po czym zabrał się, z tego co wywnioskował wojownik, za wycieranie kufli. Lub - stereotypowo - jednego kufla.
Człek wykazał się nie lada siłą woli wychodząc na podwórze. Dopiero co przyniesione przez karczmarza jedzenie parowało intensywnie roznosząc po sali przyjemny zapach. Widok tez był niezgorszy. Kasza była pierwszego sortu, można by było powiedzieć z pierwszej ręki. Piwo wyglądało na jakościowo dobre co ukazywał głęboki kolor oraz przesadna ilość piany wydobywającej się z kufla. Mało kto potrafiłby się oprzeć takim wdziękom. Rohin jednak nie był kimś na tyle słabym aby nie poradzić sobie z byle pokusą. Jak zaplanował tak zrobił. Pozostawiając na kontuarze swój niedawno uwielbiony posiłek opuścił karczmę aby wyczekiwać zachodu słońca.
Powitał go ten sam widok wsi. Słońce miło świeciło na ogorzałe twarze rolników, między chatkami biegały brudne dzieci. Ranna gwiazda nie planowała jednak szybkiego zachodu. Stała teraz mniej więcej w połowie nieba, na południowej jego stronie.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-22, 23:25
"Nie ma to jak świeże powietrze" - westchnął Rohin zamknąwszy za sobą drzwi wyjściowe z knajpy. Pierw spojrzał na niebo, na horyzont., na gwiazdę i chmury. Wpatrywał się w nie przez chwilę. "Słońce jeszcze wysoko" - stwierdził, nagle. Trochę go to przygnębiło, ale postanowił zobaczyć zachód. A sowich postanowień w miarę sił dotrzymywał. "Skoro czas nie nagli i dzień świta to pochodzę tu i ówdzie. Powspominam." - zadecydował. Rozejrzał się w koło. Doskonale wiedział, że wioska nie za duża, wiec dużo zwiedzania nie będzie. Ważne, żeby zabić czas. - Chociaż się nie zmęczę - zażartował, po czym, zarzucił swoje włosy na tył głowy. Nie chciał, aby mu przeszkadzały. - Może znajdę kogoś z kim mógłbym porozmawiać - rzucił, po czym ruszył na obchód wioski.
Zrezygnował więc elf zupełnie ze swej strawy kosztem wycieczki krajoznawczej zwanej przez wychowanków elfów obchodem wioski. Ta była jednak typową jednoulicówką, wybudowaną wokół jednego z wielu pomniejszych traktów, którym przed kilkunastoma chwilami wędrował Rohin. Co prawda przy większości gospodarstw pojawiały się niewielkie alejki, ale były to drogi głównie prywatne i prowadzące jeno na jedno obejście.
Podwórzy naliczył człek około 10 na prawą i 11 czy 12 na stronę lewą. Każde nie większe jak dziesięć metrów szerokości, głębokość trudno było ustalić choć analizując zabudowę na którą prawie zawsze składała się drewniana chata, taka sama stodoła i choćby jakaś niewielka zagroda, teren ten musiał być rozległy.
Na "ulicy" wojownik nie spotkał nie jedną osobę. W poprzek, wzdłuż i nawet ukosami podążali w sobie jeno znanych kierunkach ludzie wyglądu i wieku wszelkiego. Wpadał więc Rohin na obdarte dzieci, na tęgich chłopów, na całkiem urodziwe chłopki, na których widok przypominały się i nabierały sensu toasty podróżników. Widział również wszystkich jakby w zwierciadle. Smutne dzieci, chudych chłopów czy brzydkie jak noc chłopki. Kraj kontrastów można powiedzieć.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-23, 11:28
Rohin kręcił się nadal, żwawo spoglądając na wszystkie strony. Rzeczywiście. Zwiedzać nie był czego, aczkolwiek takie chodzenie go nie męczyło wręcz dodawało sił. Najprawdopodobniej powodem tego był klimat i otoczenie wioski. Kiedy się tak w nią wpatrywał i wczuwał coraz bardziej przypominał sobie swoją małą "ojczyznę". Było to pokrzepiające, dodające otuchy. Cóż innego przecie mogło? No chyba, że te okazałe dziewki wlokące się po dróżkach i alejkach. Czasami było na czym zawiesić oko. Acz trudniej było je potem oderwać. Ale taki już urok dziewek i innych nadwornych "piękności". Niestety wioska nie posiadała tylko walorów. Widok smutnych i biednych dzieci mógł załamywać człowieka. Do tego ta myśl nie pomocy. A jak przecie ktoś taki jak Rohin mógłby im pomóc? Sam był w podobnej sytuacji... i nadal jest. " Złota brak, pracy nie ma, tylko pokój w gospodzie został" - pomyślał, lekko się zadręczając. Rohin był jednak człowiekiem, który żył dniem. Nie patrzył w przyszłość. Interesowała go tylko aktualna doba i może kilka następnych godzin. Teraz kiedy nadal się przechadzał po prowincji zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie znajdzie czegoś do roboty to będzie ją musiał opuścić. - Ale cóż zrobić - westchnął - Kolejna wioska, którą zaraz będzie trzeba porzucić. W jego całej podróży było to normalne i nie zasmucało go tak bardzo. Teraz liczył się jedynie zachód słońca.. Usiadł na ziemi, opierając się o ścianę najbliższej chatki i czekał.
Aby oprzeć się o chatę Rohin musiałby ominąć niewysoki i dość koślawy parkan z nieheblowanych desek. Płotek mógł bez większych problemów przeskoczyć czy obejść, ale średnio mu się widziało takie oto naruszanie prywatności. Jedyne co więc mógł zrobić to stać, czy siąść pod płotem i czekać na coś co miało przyjść, a trudno było określić czym było. Niezależnie jednak od postawy człek doczekać mógł sie jeno zwiększonego czy zmniejszonego ruchu oraz zmiany pozycji słońca. Poza tym mógł się jeszcze nabawić odgniotków na zadku i bolących nóg. Nic poza tym i właśnie tak się stało. Minęła go masa ludzi, doskoczyło do niego wiele dzieci, a on po jakimś czasie zorientował się, że wygląda na chorego. Na katatonika, czy to z racji braku jakiegokolwiek większego ruchu, czy braku reakcji na wszystko wokół.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2007-12-23, 12:57
- Co się ze mną dzieje!?- wrzasnął Rohin, próbując się podnieść. Miał słabe czucie w nogach i bolał go trochę zad. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Ostatnimi czasy nie nabawił się żadnej większej, ani nawet mniejszej choroby. A teraz dziwnym i pechowym zbiegiem okoliczności zachorował. - Dobra - powiedział, przełykając ślinę. - Muszę chyba wrócić do karczmy, bo zarz.... - nie skończył, gdyż nie miał sił. " Niby miejsce ładne, przyjemne, ludność nie gorsza, ale od początku nachodzi mnie pech" - pomyślał, po czym ruszył w stronę karczmy.
Katatonia jak błędnie sądził człek nie była przywarą fizyczną. Katatonik był osobnikiem, który potrafił zalegać w jednej pozycji na czas dla kogoś stricte normalnego nieosiągalny by następnie wejść w stan euforii i nadmiernej ruchliwości. Rohin swymi czynami coraz bardziej popierał hipotezę, według której on był jednym z takich to oto bezruchowców.
Pech jakkolwiek nie objawiał się tu w żaden sposób. Było wręcz przeciwnie, każdy kto tu dotarł mógłby czuć się szczęśliwym, że to akurat do Granzy dopadł. Jest co pić, co jeść, w razie skrajnej chuci jest i lasek. Prawie jak raj. Rohin jednak miał w sobie nutkę pesymisty, który w natłoku spraw przyjemnych wychwyci te niewielką złą i przyczepi się do niej podając jako przykład okrutności tego świata. Nikt jednak nie znał tego to małego zła prócz samego pesymisty. Najwyraźniej tak to już bywało z ocalonymi z wojennej pożogi, nabywali pewnych niezbyt przyjemnych cech.
Karczma znów przywitała go podobnym obrazkiem. Liczba chłopów co prawa stopniałą do jednego za to naprawdę zapitego, a karczmarz odpuścił sobie czyszczenie kufla na koszt siedzenia i rozglądania się, ale lokal nie zmienił się. Wciąż miał urok wiejskiej karczmy.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum